Żywoty świętych - Leigh Bardugo - ebook + książka

Żywoty świętych ebook

Leigh Bardugo

3,6

Opis

Zanurzcie się w świat stworzony z epickim rozmachem przez autorkę międzynarodowych bestsellerów, Leigh Bardugo, sięgając po pięknie ilustrowaną replikę „Żywotów Świętych” – Istorii Sanktia. Zawiera ona opowieści o świętych zaczerpnięte z powszechnie uwielbianych powieści i nie tylko. Oto magiczna pamiątka ze świata griszów zaczerpnięta ze stronic trylogii „Cień i kość”, Istorii Sanktia, dar Aliny Starkov dla was.

Zbiór przedstawia zarówno opowieści o cudach i męczeństwie tak dobrze wam znanych świętych jak Sankta Lizabeta od Róż czy Sankt Ilia w Okowach, jak i przedziwne, mało znane legendy Sankta Ursuli od Fal, Sankta Maradi oraz Bezgwiezdnego Świętego.

„Żywoty…” zawierają także oszałamiające ilustracje do każdej historii, równie barwne jak serial stworzony przez Netflix.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 82

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (93 oceny)
24
31
20
16
2
Sortuj według:
___niedziela___

Nie polecam

Nudna i nieciekawie napisana. Jest to swego rodzaju ciekawostka i dodatek do serii, ale tylko dla zagorzałych fanów.
20
iCate0

Z braku laku…

Ewidentne dla fanów, dla mnie męczarnia i nuda. Piękne ilustracje ❤️
10
Morrigain

Nie polecam

Słabe, ksiażeczka na pół godziny, a opowieści w większości nawet nie o "Sanktach", tylko jak komuś pomogli
10
przeczytane1995

Nie oderwiesz się od lektury

Zdecydowanie Bardugo potrafi tworzyć świetne światy i tak jak w podstawowych książkach trochę postaci kuleją, są denerwujące i jakby niedopracowane, tak w opowiadaniach wypadają świetnie. I tak jak było to w przypadku Języka cierni, tak i tutaj naprawdę przyjemnie było się zagłębić w te krótkie historie ze świata Griszów.
00
Halsey

Dobrze spędzony czas

Popularność




O auto­rach

Leigh Bar­dugo jest best­sel­le­rową pisarką powie­ści fan­tasy, nume­rem jeden na liście New York Timesa. Stwo­rzyła świat gri­szów, który przed­sta­wia w try­lo­gii „Cień i kość”, dylo­gii „Szóstka Wron”, „Języku cierni” oraz dylo­gii „Król z bli­znami”. Jej opo­wia­da­nia zna­la­zły się w licz­nych anto­lo­giach, w tym w zbio­rze Best Ame­ri­can Science Fic­tion and Fan­tasy. Inne jej dzieła to mię­dzy innymi „Won­der Woman. Zwia­stunka wojny” i „Dzie­wiąty Dom”. leigh­bar­dugo.com gri­sha­verse.com

Daniel J. Zol­lin­ger to nagra­dzany ilu­stra­tor i malarz. Uro­dził się w Glens Falls w sta­nie Nowy Jork, dora­stał w Sche­nec­tady, stu­dio­wał sztukę w Art Insti­tute of Pit­ts­burgh. Zaczy­nał jako sto­ry­bo­ar­dzi­sta przy Madi­son Ave­nue, zanim zajął się ilu­stra­cjami dla cza­so­pism. Publi­ko­wał mię­dzy innymi w New York Times, The Washing­ton Post i w maga­zy­nie Esqu­ire. Miał kilka samo­dziel­nych i wspól­nych wystaw jako malarz. Obec­nie sku­pia się na ilu­stro­wa­niu ksią­żek i malar­stwie. Mieszka w Holly Springs w Karo­li­nie Pół­noc­nej z uro­czą żoną, Karen.

Tym, któ­rzy pokła­dają wiarę w opo­wie­ści.

Sankta Mar­ga­re­tha. Patronka zło­dziei i zagi­nio­nych dzieci

Sankta Mar­ga­re­tha

Jak to cza­sem zda­rza się w Ket­ter­da­mie, demon zamiesz­kał w jed­nym z kana­łów, tym razem pod mostem w dziel­nicy ogro­do­wej. To był paskudny stwór z pazu­rami, dłu­gim czer­wo­nym ozo­rem i o skó­rze pokry­tej bia­łymi łuskami.

Codzien­nie dzieci prze­cho­dziły mostem w dro­dze do szkoły, a potem wra­cały nim do domów. Szły parami. Nie wie­działy, że w ich mie­ście zamiesz­kał demon, więc śmiały się i śpie­wały, nie mar­twiąc się tym, że mogą zwró­cić na sie­bie uwagę.

Pew­nego dnia w dro­dze do szkoły, kiedy dzieci zeszły z mostu na uliczny bruk, usły­szały słodki szept:

– Jorgy, Jorgy, ty będziesz pierw­szy.

Rze­czy­wi­ście był wśród nich chło­piec imie­niem Jorgy, więc dzieci zaczęły się okrop­nie z nim dro­czyć, kiedy usły­szały melo­dyjny szept, ale żadne z nich nie prze­jęło się tym szcze­gól­nie. Przez cały dzień głos szep­tał, towa­rzy­sząc dzie­ciom pod­czas lek­cji i zabaw na prze­rwach: „Jorgy, Jorgy, ty będziesz pierw­szy.” Jed­nak nic się nie stało, więc dzieci poszły do domu w dwóch schlud­nych rząd­kach. Pokrzy­ki­wały i chi­cho­tały, gdy prze­cho­dziły przez most.

Kiedy prze­szły na drugą stronę, Jorgy’ego ni­gdzie nie było.

– Ale prze­cież był tutaj! – krzyk­nęła Maria, która szła w parze z bied­nym Jor­gym.

Dzieci pobie­gły do domów i powie­działy rodzi­com, ale nikt ich nie słu­chał, gdy opi­sy­wały szept. Rodziny prze­szu­kały całą oko­licę, prze­pły­nięto łodziami kanał w tę i z powro­tem, ale ni­gdzie nie zna­le­ziono śladu Jorgy’ego. Doro­śli byli prze­ko­nani, że o znik­nię­cie dziecka należy winić jakie­goś sza­leńca albo kry­mi­na­li­stę, dla­tego usta­wili straże wzdłuż ulicy.

Następ­nego dnia, kiedy dzieci szły do szkoły, Maria bała się przejść przez most. Usły­szała wtedy głos:

– Nie martw się, będę cię trzy­mać za rękę, więc nikt cię nie zabie­rze.

Maria pomy­ślała, że to na pewno jej przy­ja­ciółka Anna, więc się­gnęła po jej rękę. Kiedy jed­nak dzieci prze­szły na drugą stronę kanału, odkryła, że ma pustą dłoń, a Anny nie ma. Dzieci pła­kały i krzy­czały, wzy­wa­jąc pomoc, a ich nauczy­ciele i rodzice prze­cze­sy­wali oko­liczne ulice i kanały. Ni­gdzie nie zna­le­ziono Anny.

Znowu dzieci opo­wie­działy rodzi­com o szep­cie, ale doro­śli byli zbyt zajęci, żeby słu­chać. Zamiast tego podwo­ili liczbę straż­ni­ków.

Następ­nego dnia dzieci poszły do szkoły w mil­cze­niu, a gdy zbli­żyły się do mostu, zbiły się w cia­sną gro­madkę.

– Bli­żej, podejdź­cie bli­żej – szep­tał demon.

Jed­nakże z miesz­ka­nia nad skle­pem jubi­lera wyglą­dała wła­śnie przez okno Mar­ga­re­tha. Jej ojciec sprze­da­wał naj­róż­niej­sze prze­piękne przed­mioty w skle­pie pię­tro niżej, a wiele z nich zostało zapro­jek­to­wa­nych przez Mar­ga­re­thę. Miała talent do naj­drob­niej­szych detali, a kamie­nie, które opra­wiała, błysz­czały moc­niej i czy­ściej niż miały prawo.

Tego ranka pra­co­wała w pla­mie świa­tła sło­necz­nego wpa­da­ją­cego przez okno i zoba­czyła demona, który sko­czył jak kłąb dymu, żeby porwać Marię. Mar­ga­re­tha krzyk­nęła na paskud­nego stwora i bez chwili namy­słu cisnęła w niego sza­fi­rem.

Świa­tło zaskrzyło w lecą­cym kamie­niu, który zapło­nął jak spa­da­jąca gwiazda. Demon patrzył jak zacza­ro­wany. Odrzu­cił na bok ofiarę i sko­czył do kanału za pięk­nym sza­fi­rem. Maria wypa­dła na bruk i aż się od niego odbiła. Miała bar­dzo poobi­janą pupę i otarte kolano, ale pobie­gła za innymi uczniami do szkoły cała i zdrowa, wdzięczna za to, że ją oszczę­dzono.

Mar­ga­re­tha pró­bo­wała powie­dzieć przy­ja­cio­łom i sąsia­dom o tym, co widziała. Słu­chali uważ­nie, bo Mar­ga­re­tha była roz­sądną dziew­czyną, która ni­gdy nie fan­ta­zjo­wała, ale nikt tak naprawdę nie uwie­rzył w jej dziwną opo­wieść. Wszy­scy zgo­dzili się, że musi mieć gorączkę i zale­cili jej, żeby się poło­żyła do łóżka.

Mar­ga­re­tha poszła do swo­jego pokoju, usia­dła przy biurku i zaczęła czuj­nie obser­wo­wać most. Następ­nego ranka, kiedy demon znowu spró­bo­wał zła­pać Marię, Mar­ga­re­tha rzu­ciła do kanału wielki, szma­rag­dowy wisior. Demon cisnął Marią w stronę drzwi, a sam sko­czył do wody po klej­not.

Mar­ga­re­tha zro­zu­miała, że tak dłu­żej być nie może. Pew­nego dnia nie zare­aguje dosta­tecz­nie szybko i demon porwie kolejne dziecko, dla­tego posta­no­wiła roz­wią­zać ten pro­blem raz na zawsze. Pra­co­wała przez całą noc nad nad­zwy­czajną rze­czą – dia­men­tową broszką tak ciężką, że led­wie mogła ją unieść. Kiedy nad­szedł świt, dziew­czyna za pomocą koło­wrotu i żura­wika unio­sła broszkę z biurka i wysu­nęła przez okno, aż zawi­sła nad kana­łem, mocno napi­na­jąc linę, na któ­rej wisiała. W skle­pie na dole klienci ojca Mar­ga­re­thy zasta­na­wiali się, co zna­czą te hałasy z góry, ale odkąd dzieci zaczęły ginąć na prawo i lewo, mieli inne zmar­twie­nia na gło­wie.

Tym razem, kiedy dzieci zbli­żyły się do mostu, Mar­ga­re­tha była gotowa. Gdy tylko demon sko­czył, ona zwol­niła linę. Broszka wpa­dła do kanału z potęż­nym plu­skiem. Wystar­czyło jed­nak, że demon spo­strzegł ją prze­lot­nie, żeby opa­no­wała go sza­leń­cza żądza posia­da­nia.

Sko­czył w głąb ciem­nych wód, cał­kiem porzu­ciw­szy myśli o poże­ra­niu dzieci. Się­gnął szpo­nami po dia­ment na dnie kanału, ale broszka oka­zała się dla niego za ciężka. Każdy, kto ma odro­binę rozumu w gło­wie, porzu­ciłby klej­not, ale demony nie mają rozumu, a jedy­nie pra­gnie­nia. Widział migo­ta­nie broszki, gdy spa­dała, i wie­dział, że kamień jest pięk­niej­szy od wszyst­kiego, co widział w swoim życiu i jest mu naj­nie­zbęd­niej­szy.

Uto­pił się, mocu­jąc się z broszką, a jego ciało wypły­nęło na powierzch­nię kanału. Rada Kupiecka kazała zedrzeć z niego skórę i zro­bić z niej obrus ołta­rzowy do Kościoła Han­dlu.

Mówi się, że wiele lat póź­niej, kiedy nade­szła potworna susza i kanał wysechł, zna­le­ziono na jego dnie scho­wek z klej­no­tami, wśród któ­rych była broszka za ciężka, by kto­kol­wiek zdo­łał ją unieść, a pod tym sto­sem biżu­te­rii kupkę dzie­cię­cych kości.

Co rok wzdłuż kanału zapala się latar­nie i ludzie modlą się do Mar­ga­re­thy, patronki zło­dziei i zagi­nio­nych dzieci.

Sankta Ana­sta­sia. Patronka cho­rych

Sankta Ana­sta­sia

Anasta­sia była pobożną dziew­czyną, która miesz­kała we wsi Cemna. Sły­nęła z urody. Miała włosy rude jak pole świeżo roz­kwi­tłych maków i zie­lone oczy, które lśniły niczym wypo­le­ro­wane szkło. O tym roz­ma­wiali wie­śniacy, gdy widy­wali ją na targu. Szep­tali mię­dzy sobą, że to wielka szkoda, że Anasta­sia mar­nuje życie, zapa­la­jąc w kościele świece za zmarłą matkę i opie­ku­jąc się sta­rym ojcem w ich małej, nędz­nej chatce. Taką dziew­czynę powi­nien widzieć i podzi­wiać świat, mawiali i ostrze­gali, że Anasta­sia zesta­rzeje się przed­wcze­śnie.

Jed­nakże wie­śniacy stra­cili zapał do plo­tek, gdy w Cem­nej wybu­chła strasz­liwa zaraza. Nie mieli już siły, żeby iść na targ albo nawet do kościoła. Leżeli w łóż­kach zło­żeni gorączką. Żadna strawa ich nie kusiła, a nawet kar­mieni siłą wię­dli i osta­tecz­nie umie­rali.

Ana­sta­sia nie zacho­ro­wała. Ojciec w oba­wie, że sąsie­dzi uznają ją za cza­row­nicę, zatrzy­mał córkę w domu, żeby ukryć jej pulchne członki i różane policzki. Ale pew­nego dnia ojciec nie wstał z łóżka. Nie chciał zjeść ani mięsa, ani chleba, ani żad­nego przy­smaku, jaki przy­go­to­wała mu Ana­sta­sia.

Ana­sta­sia uklę­kła przy łóżku i pomo­dliła się do świę­tych, żeby oszczę­dzili jej ojca, a wtedy prze­mó­wił do niej głos. Kiedy wstała, wie­działa już, co robić. Zna­la­zła naj­ostrzej­szy nóż matki, zro­biła w ręce dłu­gie nacię­cie i napeł­niła naczy­nie swoją krwią. Pod­su­nęła je do ust ojca i kazała mu się napić.

– Cóż to za cudowny aro­mat? – wykrzyk­nął ojciec. – Pach­nie jak kuro­pa­twa o chrup­kiej skórce i grzane wino z przy­pra­wami.

Wypił łap­czy­wie krew córki i wkrótce rumieńce wypły­nęły mu na policzki, zaraza go opu­ściła. Sługa zauwa­żył to i wkrótce ponio­sła się wieść o lecz­ni­czych wła­ści­wo­ściach krwi Ana­sta­sii.

Wie­śniacy przy­szli do jej domu, a potem zeszli się miesz­kańcy oko­licz­nych wio­sek i mia­ste­czek. Ojciec Ana­sta­sii bła­gał, żeby zacho­wała roz­są­dek i zary­glo­wała drzwi, ale ona powie­działa, że nikomu nie odmówi pomocy. Prze­le­wano jej krew do małych naczy­nek – z nad­garst­ków, rąk i kostek – a potem nie­siono ludziom, któ­rzy ją pili i zosta­wali ule­czeni. Kiedy Ana­sta­sia dowie­działa się, że są tacy, któ­rzy są za słabi, żeby przyjść po jej krew, popro­siła, żeby wsa­dzono ją na wóz. I tak powie­ziono ją od wio­ski do wio­ski, od obej­ścia do obej­ścia, i dalej, do miast. Ana­sta­sia sła­bła, aż w końcu w Arke­sku ostat­nia kro­pla wypły­nęła z jej żył do pod­su­nię­tego kubeczka i jej ciało zmie­niło się w plewę, którą porwał wiatr.

Sankta Ana­sta­sia została patronką cho­rych i dla jej uczcze­nia co roku w jej święto wypija się z małych naczy­nek odro­binę czer­wo­nego wina.

Sankt Kho i Sankta Neyar. Patron od dobrych chęci i patronka kowali

Sankt Kho i Sankta Neyar

Dawno temu, przed pano­wa­niem kró­lo­wych z rodu Taban, Shu Hanem wła­dał okrutny i nie­kom­pe­tentny król. Liczne wojny, które pro­wa­dził, spra­wiły, że sze­regi jego wojsk prze­rze­dziły się, a kraj osłabł. Zabra­kło ludzi w wieku pobo­ro­wym i nie było już żoł­nie­rzy, któ­rzy uzu­peł­ni­liby te nie­do­bory. Król zebrał dorad­ców, ale nie pozo­stało im nic innego niż cze­kać na atak wroga.

W cie­niu pałacu żył pewien zegar­mistrz imie­niem Kho, który przy­siągł sobie, że wyko­rzy­sta wszel­kie swoje umie­jęt­no­ści, żeby ustrzec ojczy­znę. Pra­co­wał całą noc, łącząc kość z meta­lem, napi­na­jąc ścię­gna na koła zębate. Ran­kiem sta­nął na bacz­ność w schlud­nych sze­re­gach bata­lion mecha­nicz­nych żoł­nie­rzy z wypo­le­ro­wa­nymi butami i guzi­kami. Kiedy wróg zaata­ko­wał sto­licę, mecha­niczny bata­lion poma­sze­ro­wał do walki. Ci żoł­nie­rze byli nie­zmor­do­wani. Ni­gdy nie głod­nieli. Ni­gdy nie sła­bli w mar­szu. Wal­czyli bez prze­rwy, dopóki ostatni nie­przy­ja­ciel­ski żoł­nierz nie padł mar­twy.

Jed­nakże król nie pozwo­lił im zaprze­stać walki. Wysłał bata­lion, żeby zajął tereny, do któ­rych nie miał prawa, a gdyby tam­tejsi miesz­kańcy zapro­te­sto­wali, roz­ka­zał mecha­nicz­nym żoł­nie­rzom uci­szyć wszelki opór wobec jego wła­dzy. Bata­lion poma­sze­ro­wał, zabi­ja­jąc każ­dego, kto ośmie­lił się sprze­ci­wiać, nisz­cząc całe mia­sta na roz­kaz króla. Mecha­niczni żoł­nie­rze masze­ro­wali, aż mun­dury im się postrzę­piły, buty cał­kiem się zdarły, a mimo to nie prze­stali wal­czyć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki