Życie 2.0 - Reich Aldona - ebook

Życie 2.0 ebook

Aldona Reich

3,8

Opis

"Życie 2.0" to opowieść o ludziach, których ścieżki schodzą się, krzyżują lub tylko stykają.
O tym, że uporanie się z własną przeszłością jest konieczne, aby móc rozpocząć nowy rozdział życia, a także o odcieniach miłości, które są najtrudniejsze, najbardziej wymagające i najmocniej wpływające na koleje losu. To historie ludzi, ich przeżycia, rozterki i plany, których wypadkową stała się niecodzienna podróż. Wówczas wszystkie wątki, pozornie ze sobą niepowiązane, powoli zaczynają tworzyć przejrzystą i czytelną całość. Sześć osób, sześć ludzkich losów, połączonych ze sobą w sześciu stopniach oddalenia.

Główna bohaterka, Karolina Sarnawska, sądząc, że minęła już swoje życiowe rozdroże, wyjeżdża z Krakowa na Wybrzeże w towarzystwie osobistego szofera. Chce pozamykać swoje sprawy, które w ciągu ostatnich lat miały bezpośredni wpływ na jej życie. Z pozoru oschła i nieprzystępna, z czasem odsłania swoją tajemnicę, godząc się na opiekę swojego kierowcy.
Co wie o sobie, o nim, o ludziach, których spotyka w tej podróży? Czy sześć stopni oddalenia wystarczy, aby zagubione ścieżki znów dało się połączyć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 301

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (18 ocen)
5
7
5
0
1

Popularność




RedakcjaRobert Ratajczak

KorektaNatalia Jargieło

Fotografia na okładce© Masson – stock.adobe.com

© Aldona Reich© Wydawnictwo „Vectra”

Projekt okładkiNatalia Jargieło

Skład, łamanie, realizacja okładkiprzygotowanie publikacji elektronicznejArtur Kaczor, PUK KompART

Druk i oprawaWZDZ Drukarnia Lega, Opole

ISBN 978-83-65950-49-9(wydanie elektroniczne)

ISBN 978-83-65950-48-2 (wydanie papierowe)

WydawcaWydawnictwo „Vectra”Czerwionka-Leszczyny 2020

www.arw-vectra.pl

Wszystkich nas łączyszósty stopień oddalenia

TYDZIEŃ WCZEŚNIEJ

– Dzień dobry – powiedziała Karola uważnie lustrując dystynkcje policjanta siedzącego po drugiej stronie okienka. – To tutaj zgłasza się zaginięcia osób?

Funkcjonariusz wychylił się zza biurka i przysunął głowę do niewielkiego otworu w dzielącej ich szybie.

– A kto zaginął? I kiedy? – zapytał.

– Hmm... – zawahała się Karola. – Właściwie... – Nabrała powietrza. – Właściwie, to... nikt. – Wzruszyła ramionami. – Jeszcze.

– Nie rozumiem... – Policjant pokręcił głową. – Pani chce zgłosić zaginięcie czy?... O co chodzi? – Zawiesił głos.

Karola zagryzła usta i odwróciła wzrok, jakby tam, gdzie stał wypełniony po brzegi kubeł na śmieci, znajdowała się odpowiedź, która byłaby w tej sytuacji idealna.

– Więc? – ponaglił dyżurny.

– Więc... – zaczęła. – Więc chcę zgłosić, że nie zaginęłam – rzuciła szybko. Przemknęło jej przez głowę, że chyba robi błąd, ale było już za późno na ewentualne rozterki.

– Ale to ktoś zgłaszał pani zaginięcie? – Pogubił się dyżurny. – Kiedy? – Odpalił jakiś rejestr w komputerze i wlepił wzrok w ekran.

– Nie, nikt nie zgłaszał – powiedziała Karola spokojnie. – Tylko... W każdym razie słyszałam, że zdarzają się przypadki, że ktoś chce... – westchnęła – no wie pan... hmm... zniknąć. A bliscy myślą, że ta osoba zaginęła. No i żeby nie wszczynać tej całej polki z poszukiwaniami, tak słyszałam przynajmniej, to trzeba wcześniej zgłosić, że nie ma mowy o zaginięciu. – Sięgnęła do torebki i wyjęła dokumenty. – To jest mój dowód osobisty, proszę spisać dane i jakoś to odznaczyć, wie pan, żeby nie było niepotrzebnego zamieszania.

Policjant patrzył na Karolę z namysłem.

– Ale... to coś się stało? Ma pani jakieś kłopoty? No nie wiem... Nieprzyjemności? – Dyżurny z wysiłkiem starał się dociec powodów tego niecodziennego zgłoszenia.

Karola spojrzała na niego zaskoczona.

– Nieprzyjemności? W sensie, że... przemoc, długi i takie tam? – zapytała ze zdziwieniem. – Nie, raczej nie mam przyjemności, żeby oglądać niektóre twarze – powiedziała wprost. – To jak, mam wypełnić jakiś formularz? Bo nie wiem, nigdy tego nie robiłam.

– Hmm... – Policjant niepewnie podrapał się po karku. – W zasadzie to... W zasadzie to czegoś takiego nie praktykujemy.

– Nie rozumiem? – Karola zmarszczyła brwi. – Przecież chcę ułatwić wam pracę, niech pan to doceni – zakpiła.

– Ale tak nie można – uparł się. – Zgodnie z procedurą to najpierw ktoś musi zgłosić pani zaginięcie.

Do Karoli dotarło, że niepotrzebnie zawraca komuś głowę i właściwie to powinna już sobie pójść.

– No to nie było tematu. Przepraszam, że zajęłam cenny czas – uśmiechnęła się ujmująco. – Żegnam. – Schowała do torebki dokumenty, zabrała z blatu pod okienkiem słoneczne okulary, którymi jak opaską podtrzymała opadające włosy i odwróciła się na pięcie.

Dyżurny chciał coś jeszcze chyba powiedzieć, ale ponieważ zobaczył już tylko jej plecy, westchnął i klapnął za biurkiem, zaś Karola, zmierzając energicznym krokiem do wyjścia z budynku, minęła na korytarzu jakiegoś ubranego po cywilnemu mężczyznę. Szedł z naprzeciwka, uważnie się jej przyglądając. Dopiero, kiedy się minęli, niespodziewanie zatrzymała się w pół kroku, nawet lekko odwróciła głowę za przechodzącym mężczyzną, jakby coś sobie nagle przypomniała, a raczej jakby pociągnęła ją jakaś niewidzialna nić, mocna, ale nie na tyle wyraźna, żeby potrafiła to wspomnienie w jakikolwiek sposób zidentyfikować. Stała chwilę niezdecydowana, a potem wzruszyła ramionami i wyszła z budynku komendy.

* * *

Mijany na korytarzu mężczyzna podszedł do okienka dyżurki i zajrzał do środka.

– O co tu chodzi? – zapytał i wymownie spojrzał w kierunku wyjściowych drzwi, w których przed chwilą zniknęła kobieta.

– O! Pan komisarz! A pan na urlopie? – zdziwił się dyżurny, widząc go bez munduru.

– Na urlopie? – warknął komisarz. – Chyba na japońskim... Pytałem, o co tu chodzi? – powtórzył lekko zniecierpliwiony.

– Panie komisarzu, baba jakaś nienormalna, no słowo daję... – Uderzył się w pierś dyżurny.

– A konkretniej? I bardziej obiektywnie?

– No... chciała zgłosić, że... nie zaginęła. – Dyżurny wzruszył ramionami.

– Że n i e zaginęła? – upewnił się oficer. – No i?

– Ale co „no i”? – pogubił się dyżurny.

– No i czy ją spisałeś? Imię, nazwisko, adres, wypytałeś, czy coś jej grozi? – oficer wymieniał z narastającą irytacją. – Dobrzycki, no chyba nie muszę cię takich rzeczy uczyć? Pierwszy dzień na służbie? – Palcem wskazał na drzwi do dyżurki, które niemal natychmiast zostały otwarte przez zwolnienie elektronicznej blokady. Wszedł do środka i spojrzał pytająco na Dobrzyckiego.

– Powiedziała tylko, że... – dyżurny nabrał powietrza – nie ma ochoty kogoś tam widzieć. No i tyle. – Znów wzruszył ramionami, ale tym razem jakoś bez przekonania.

– I to wszystko? – Brwi oficera powędrowały piętro wyżej. – Żadnej własnej inicjatywy?

– A co miałem zrobić? Powiedziałem, że to ktoś musi zgłosić jej zaginięcie, a nie ona sama będzie takie zgłoszenie robić. No to ona powiedziała, że... ma to w dupie – dokończył z wahaniem. – Przecież nie mamy na takie coś żadnej procedury – rzucił butnie, czując jednak, że się pogrąża.

– Kurwa, Jacuś, a na myślenie masz procedurę?! – Komisarz podszedł do okna, wychodzącego na parking przed komendą.

Kobieta, którą mijał przed chwilą na korytarzu, właśnie wsiadała do czarnej toyoty. Przyjrzał się rejestracji, a potem podszedł do biurka i na niedużej karteczce szybko spisał numer.

– Myśli pan... Myśli pan, że to coś poważnego? – Dobrzycki uśmiechnął się przepraszająco. – Eee... Chyba nie... Baba ma pewnie klimakterium i hormony walnęły – próbował zażartować.

– Myślę, Jacuś. Zawsze myślę. – Oficer schował do kieszeni karteczkę ze spisanym numerem rejestracyjnym i skierował się do wyjścia. – Tobie też nie zaszkodzi. – Już miał położyć dłoń na klamce, gdy nagle się zawahał i spojrzał na Dobrzyckiego z zastanowieniem.

– Tak? – Dyżurny pod wpływem tego spojrzenia poczuł się jakoś nieswojo.

– Słuchaj… – Komisarz podszedł do niego, wciąż patrząc mu w oczy. – Gdyby zrobił się jakikolwiek ruch, no rozumiesz, wpłynęło rzeczywiście jakieś zgłoszenie, od razu mi melduj. – Ponieważ Dobrzycki mrugał gęsto, a na jego twarzy malowała się wyraźna chęć zrozumienia ciągu przyczynowo-skutkowego takiego postępowania, komisarz dodał, ściszając głos: – Jakby się potwierdziło, no rozumiesz, za jakiś czas ktoś zgłosi, że ona rzeczywiście zaginęła, będę w stanie ci jakoś pomóc, rozumiesz, gdyby ktoś tam się przysapał o zaniechanie – uśmiechnął się pokrzepiająco. – Tak? – upewnił się, że do spłoszonego Dobrzyckiego dotarła istota przekazu. Ale zanim dyżurny zdążył cokolwiek odpowiedzieć, komisarz, wiedziony jakimś nagłym impulsem spojrzał na kalendarz i zmarszczył brwi. – O jasna kurwa... – powiedział bardziej do siebie, ale Dobrzycki aż się skulił. – Spokojnie, coś mi się tylko przypomniało... – uspokoił go. – Pytałem, czy zrozumiałeś?

– Tak, tak, oczywiście, panie komisarzu – z ulgą odpowiedział Dobrzycki. – Ale pan, ten, nikomu? – zapytał, chcąc się upewnić, że komisarz dotrzyma słowa.

– Spokojnie, Jacuś, tylko melduj mi od razu, nie chcę być zaskakiwany serią pytań. Wiesz, jakie hieny są w mediach. – Oficer wyszedł z dyżurki i już za drzwiami zmarszczył brwi, intensywnie nad czymś się zastanawiając. Spojrzał na zegarek i skierował się w stronę laboratoriów.

* * *

– Sam komisarz Jaworski łaskaw był nawiedzić lud pracujący... Co tam, Piotruś? Sprawdzasz, jak się ma najbardziej zaorany odcinek? – Technik okręcił się na fotelu i zmierzył wchodzącego oficera z kpiącym uśmiechem. – Działamy, działamy... No wchodź!

Gość wszedł i starannie domknął za sobą drzwi.

– Zrobisz coś dla mnie? – zapytał technika, kontrolnie zerkając w stronę wejścia.

Tamten podniósł na niego badawcze spojrzenie.

– Mam o tym nie pamiętać? – upewnił się. Lata pracy w tym domu wariatów wypracowały w nim zasadę, żeby niczemu się nie dziwić, nie zadawać zbędnych pytań i nie drążyć tematu, skoro ten go nie dotyczy.

– Już zapomniałeś – Jaworski uśmiechnął się z ulgą i podał mu skrawek papieru z zapisanym odręcznie numerem.

– Na kiedy? – Technik wpatrywał się chwilę w cyfry, a potem zmiął papier i wrzucił do pojemnika, stojącego pod jego wielkim, zawalonym po same krawędzie stole.

– Na cito. Jeżeli będzie to w ogóle możliwe, potrzebuję wiedzieć, gdzie samochód jest, najlepiej codziennie od dziś.

– Jeżeli ma GPS, coś pokombinuję. Kto to?

Zanim komisarz zdążył odpowiedzieć, do pokoju weszła młoda kobieta w białym fartuchu, niosąc na niedużej tacce dwie gorące kawy, które błyskawicznie wypełniły całe laboratorium gorzkim, palonym aromatem.

– Oj, pan Piotr! – wyraźnie ucieszyła się na widok komisarza. – Nie wiedziałam, że pan do nas zajrzy – posłała mu wiele mówiący uśmiech, pod którym, dość nieudolnie zamieściła całą gamę uczuć o temperaturze znacznie przekraczającej relacje zawodowe. – Napije się pan kawy? Ja zaraz...

– Już wychodzę – Piotr zdecydowanym głosem uprzedził jej ewentualny galop do pokoju socjalnego. – Chciałem tylko zobaczyć, co tu u was słychać – uśmiechnął się do technika znacząco.

– Nie chcesz wrócić? – Technik zdjął okulary i z namysłem przetarł szkła połą fartucha. – Brakuje nam ciebie. – Podniósł wzrok na komisarza i uważnie przyjrzał się jego twarzy.

– Nie chcę – krótko odparł Piotr i nacisnął klamkę. – Miło było was zobaczyć... – uśmiechnął się z rezygnacją. – Do widzenia.

Po jego wyjściu kobieta ostrożnie postawiła tacę na stojącym w rogu pomieszczenia kontenerku i odwróciła się w stronę kolegi.

– Jeszcze go trzyma? Mógłby już odpuścić... – miało to zabrzmieć współczująco, ale jakoś niespecjalnie wyszło. Służbowy dystans i ograniczenie kontaktów pana komisarza z działem technicznym były jej najwyraźniej nie na rękę.

– Nie twoja sprawa. Zajmij się robotą, z łaski swojej – warknął technik i szybko przypomniał sobie numer, który przekazał mu Piotr. Uruchomił odpowiedni program i sprawnie wpisał kombinację cyfr.

Rejestracja samochodu była na firmę rentierską, wystarczyło chwilę poklikać i okazało się, że samochód wciąż jest na terenie Krakowa, od paru dni kręcąc się po kilku dzielnicach.

– Póki co, siedzi na dupie... – powiedział do siebie półgłosem technik.

– Kto? – Jednak usłyszała!

– Wujek jajo – prychnął. – Kamila, skarbie, ty od urodzenia jesteś taka wścibska czy praca w policji cię zdeformowała? Stary czeka na ten raport od rana – głową wskazał teczkę leżącą na stosie innych dokumentów, które przykrywały kolejne, oczywiście „priorytetowe” na daną chwilę sprawy. – Rusz cztery litery i zajmij się wreszcie czymś pożytecznym.

– No i po co ta agresja? – Kamila roześmiała się kpiąco. – Przecież już kończę. – Odrzuciła włosy i usiadła za swoim biurkiem.

Była irytująco wyluzowana, za bardzo jak na to miejsce pracy, ale nie było czemu się dziwić – najmłodsza córka komendanta miała tu specjalne względy.

TRZY DNI WCZEŚNIEJ

– Mamuśka, a ty nie jesteś trochę za stara na takie rozrywki? – usłyszała nad swoją głową Karola i spojrzała na autora tej troskliwej uwagi.

Bramkarz. Wysoki i otyły, nieudolnie maskujący rozlewające się kilogramy pod – z pewnością kiedyś luźną – bluzą z rozciągniętymi teraz do granic wytrzymałości literami, składającymi się w promujący sport i aktywny tryb życia napis PROSTO. Chyba do zawału – oceniła trzeźwo Karola adekwatność napisu.

Facet wpatrywał się w nią przenikliwie, więc odpowiedziała kpiąco, mrużąc powieki:

– Przy odrobinie szczęścia, dożyjesz moich lat, synku... – A potem obejrzała go od stóp do głów i dodała, kiwając głową z udawanym żalem: – Ale mam co do tego poważne wątpliwości – wzruszyła ramionami. – O miażdżycy słyszałeś co nieco?

Bramkarz zdębiał i – nieco oszołomiony ripostą – zszedł Karoli z drogi.

Podeszła do okienka kasowego i przez niewielką szparę w zbrojonej szybie wsunęła stówę.

– Reszty nie trzeba – mruknęła. Potem przeszła kilka kroków i pozwoliła sobie przybić na przegubie prawej ręki idiotyczną pieczątkę z logo dyskoteki.

– All inclusive – sapnęła z irytacją. – Paranoja...

Weszła do niedużego holu i poczuła, jak dudniące basy wprowadzają jej trzewia w rezonans. Poza uciążliwym rytmem nie można było rozróżnić żadnych dźwięków wskazujących, że z głośników właśnie leci muzyka, do której się tańczy. No a przynajmniej kołysze.

Pomyślała z lekkim żalem, że za „jej czasów” wyglądało to zupełnie inaczej: na parkiecie tańczyły pary, a to, do czego się poruszały, można było zanucić. Tu wszystko wskazywało na to, że właśnie odbywa się konkurs strzelniczy z karabinów maszynowych, nawet laserowe rozbłyski były spójne z tym absurdalnym staccato.

Z niejakim trudem przebiła się przez podskakujący poza rytmem tłum i dobrnęła do gigantycznego baru.

– Pierwszy drink gratis! – krzyknął do niej młody, przystojny barman. – Czego się napijesz? – bezceremonialnie przeszedł na „ty”, ale prawdę mówiąc, było to o niebo lepsze niż wcześniejsze chamskie powitanie w drzwiach.

– A skąd będziesz wiedział, że nie piłam tego pierwszego już wcześniej? – zainteresowała się Karola, starając się przekrzyczeć parodię ogłuszającej muzyki.

Barman wskazał już przybitą pieczątkę:

– Obok stawiam swoją! Więc? – dalej wrzeszczał.

Karola spojrzała na imponujący zestaw dostępnych alkoholi za jego plecami i po chwili zastanowienia rzuciła:

– Martini. Lód. Cytryna. Białe – dodając do tego wyraźny ruch ust, żeby chłopak nie miał wątpliwości. Stwierdziła, że w najgorszym wypadku wróci taksówką, ale jeżeli jej się poszczęści, to i tak będzie wsiadała za kółko dopiero rano, więc alkohol zdąży się zneutralizować.

Podczas gdy barman wygłupiał się z butelkami przed kompletnie tym niezainteresowaną widownią na hokerach, Karola rozejrzała się po sali. Wśród przeważającej grupy dzieciaków dostrzegła też sporo ludzi po trzydziestce, którzy byli średnio zajęci tańcem – raczej stali w niewielkich grupkach i rozmawiali, próbując przekrzyczeć muzykę.

– Hej, lalka! – usłyszała i w kompletnym osłupieniu zrozumiała, że to było do niej.

Odwróciła się w stronę baru, a wtedy barman podał jej drinka i od razu przywalił kolejną pieczątkę. Jak na poczcie – pomyślała rozbawiona Karola i niemal duszkiem wychyliła zawartość kieliszka.

– Powtarzamy! – palcem wskazała na puste szkło i sięgnęła po portfel. Rzuciła na blat pięćdziesięciozłotowy banknot, zabrała kieliszek i tuż pod ścianą przeszła na drugą stronę sali. Powinna uzbroić się w cierpliwość, bo to było ostatnie podejście. I tym razem już musi się udać.

* * *

Karola, nieco zrezygnowana, już miała zbierać się do wyjścia, gdy zobaczyła tego, kogo właśnie dziś szukała.

Kelner w białej koszuli, ciemnych spodniach, opasany długim, czarnym, biegnącym od pasa do połowy łydki fartuchem z logo jakiejś wódki. Wysoki, szczupły, nawet był lekko podobny do Juliana, no, może włosy miał odrobinę jaśniejsze. Młody, bardzo młody...

Stał przy jednym ze stolików i użerał się z podchmielonymi, a może i naćpanymi klientami. Jeden z nich złapał go za rękę i mocno przyciągnął, kelner stracił równowagę i niemal upadł na stół. Wyrwał się i szybko wyprostował, chwycił pustą tacę i przebił się przez tłum, do samego baru niezbyt elegancko torując sobie drogę łokciami.

Karola szła tuż za nim, sprytnie wykorzystując wywalczone przez niego przejście przez salę.

– Kurwa, Daro, powiedziałem ci, wprowadź karki na salę, bo niektórym odwala za bardzo! – Chłopak walnął tacą w blat z taką siłą, że odskoczyła i wpadła za bar. – Albo dawaj moją dniówkę i spierdalam stąd! – krzyknął do barmana.

– Dniówkę odbierzesz o piątej, jak wszyscy – odkrzyknął barman. – A teraz jazda na salę i bez humorów. – Najwyraźniej był właścicielem tego przybytku uciech albo co najmniej managerem, więc, nauczony doświadczeniem, nie dyskutował ze sfrustrowanym personelem, zwłaszcza w szczycie wieczoru.

Chłopak przez chwilę dyszał z wściekłości, ale posłusznie wziął podaną mu przez barmana tacę i wrócił do pracy.

Karola uśmiechnęła się pod nosem. Praca w takiej mordowni, tolerowanie chamskich zachowań i braku szacunku ze strony pracodawcy w imię uczciwej pracy i zarobku były z pewnością oznaką solidności, ale i głupoty połączonej z naiwnością.

Tak, to był idealny kandydat.

* * *

Gdy mniej więcej po godzinie Karola znalazła wreszcie opuszczony stolik i przy nim zasiadła, z ulgą odciążając obute w szpilki stopy, chłopak zajrzał także do niej.

– Coś podać? – zapytał, sprawnie zbierając z blatu brudne naczynia. Widać było, że jest już mocno zmęczony i nadal na granicy wytrzymałości.

– A możesz usiąść na chwilę? – zapytała Karola i wskazała puste krzesło.

Chłopak spojrzał na nią podejrzliwie i odparł:

– Jestem tu w pracy. Nie wolno nam siadać z gośćmi...

– No, domyślam się – uspokoiła go. – A z pracodawcą? – przechyliła głowę, uważnie mu się przyglądając.

Kelner zmarszczył brwi, usiłując pojąć sens tej rozmowy.

– Przyszłym pracodawcą? – uściśliła Karola, najwyraźniej chcąc ostatecznie rozwiać jego ewentualne rozterki.

– Chyba nie za bardzo rozumiem... – zaczął chłopak, ale szybko mu przerwała:

– Pod dyskoteką stoi czarna corolla na warszawskich blachach. Jak skończysz pracę, podejdź tam. Myślę, że miałabym dla ciebie pewną propozycję.

Kelner był jednym wielkim znakiem zapytania.

– Dla mnie? – zapytał. – Propozycję? – upewnił się. – Propozycję... jaką?

Karola stwierdziła, że to idealny moment, żeby skończyć tę jałową konwersację. Zarzuciła sieć i teraz wystarczy spokojnie poczekać. Spojrzała na zegarek, a potem na wciąż zdziwionego chłopaka.

– Dyskoteka jest czynna do czwartej, ja poczekam na ciebie powiedzmy do... – zastanowiła się chwilę – do szóstej, a potem jadę. Jak chcesz zmienić pracę, to się ogarniesz. A jak nie... – zawiesiła głos – to nie było tematu. – Chwyciła za torebkę i wstała. – Do szóstej – powtórzyła. – Pamiętaj.

* * *

Było kwadrans przed szóstą, gdy Karola zobaczyła we wstecznym lusterku, że w kierunku jej auta zmierza kelner.

Kurtuazyjnie zapukał w szybę i otworzył drzwi.

– Można? – zapytał, z uwagą przyglądając się Karoli, jakby szykował się do ewentualnego, natychmiastowego odwrotu.

– Tak, jasne – Karola pokiwała zapraszająco dłonią. Chłopak wsiadł, delikatnie zamknął drzwi, a potem oparł się całym ciałem na siedzeniu i odetchnął głęboko. – Zmęczony? – zapytała. – Jak chcesz, możemy gdzieś podjechać, zjesz coś i wtedy pogadamy.

Chłopak spojrzał na nią podejrzliwie.

– Będę ofiarą rytualnego mordu czy tylko jestem w ukrytej kamerze? – rozejrzał się po wnętrzu samochodu. – O co tu chodzi?

No tak: cała ta sytuacja wyglądała dość dziwnie i kelner miał pełne prawo zachować instynktowną ostrożność. Karola wyjęła z torby colę i „małpkę” z Wyborową.

– Na dobry poranek – wyjaśniła i podała je zdziwionemu chłopakowi. – No przecież odwiozę cię do domu, spokojnie – dodała, widząc jego niepewną minę.

– W środku jest pigułka gwałtu? A poza tym pijam raczej wieczorem. Teraz to chyba odrobinę za wcześnie – zakpił.

– Nie ma sprawy – Karola niedbale wrzuciła puszkę i buteleczkę na tylne siedzenie. – Masz dość tej roboty? – głową wskazała na budynek dyskoteki.

– Bo? – wciąż patrzył nieufnie. Zdaje się, że wziął ją za „tajemniczego klienta”, który na zlecenie szefa ma sprawdzać nastroje załogi. Okay, czas przejść do rzeczy.

– Bo miałabym lepszą ofertę – powiedziała Karola spokojnie, wciąż patrząc mu prosto w oczy.

– Też w gastronomii? – prychnął.

– Nie. W transporcie. Prawo jazdy chyba masz?

– Jako kurier? Odpada, jebałem tak przez ostatni rok, chyba podziękuję. – Chłopak chwycił za klamkę z zamiarem otwarcia drzwi.

– Chwila! – powstrzymała go Karola. – Byłaby robota kierowcy, ale... – zawahała się – mojego. Rozumiesz? – spojrzała na niego uważnie. – Szofer, na bardzo dobrych warunkach.

– Pani mówi, pani mówi... – zauważyła w jego oczach cień zainteresowania.

– Muszę dojechać do Trójmiasta, mam na to tydzień. Po drodze załatwię kilka pilnych spraw. Terminowych – dodała, myśląc jednocześnie, że to dosłowny deadline...

– Nie rozumiem? – zdziwił się chłopak. – Przecież tutaj pani jakoś przyjechała, to po co kierowca?

– Tak, przyjechałam sama – zgodziła się. – Ale jedynie dlatego, że to krótka trasa, tak tylko, po mieście, a na długą muszę mieć wsparcie. I tu wchodzisz ty – spojrzała na niego znacząco. – Cały na biało... – uśmiechnęła się.

– Tydzień? – upewnił się chłopak. – Krótko, tu mam robotę do końca sierpnia – wzruszył ramionami.

– Półtora miesiąca... – przeliczyła Karola. – Ale jestem pewna, że tu do sierpnia nie zarobisz piętnastu tysięcy – powiedziała spokojnie. – Prawda?

– Piętnaście kawałków za trasę Kraków-Trójmiasto? – jeszcze powątpiewał, choć Karola zauważyła błysk w jego oczach. – I co? Mam po drodze kogoś zabić? – zakpił. – A może… – zawahał się i obrzucił Karolę uważnym spojrzeniem – mam świadczyć inne „usługi”? – zrobił charakterystyczny gest palcami.

– Nie – odpowiedziała, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Masz być wyłącznie połączeniem kierowcy z... asystentem. – Zobaczyła, że puścił klamkę i teraz już słucha jej z zaciekawieniem. – No... powiedzmy: rodzajem damy do towarzystwa, tyle że w męskiej wersji – uściśliła. – Wyglądasz na ogarniętego, szkoda zmarnować taką szansę.

Chłopak patrzył na nią z zastanowieniem. Po namyśle pokręcił głową i wyciągnął w jej kierunku dłoń.

– Raz się żyje... Jestem Błażej, pani dyrektor – powiedział. – Kiedy wyjazd?

– Karola. – Odwzajemniła uścisk. – Pojutrze. Możesz spokojnie rzucić tę robotę. – Spojrzała w kierunku dyskoteki. – Od poniedziałku będziesz użerał się tylko ze mną. No, dosyć już tych pogaduszek – zadecydowała. – Masz tu swoje auto? – Zaprzeczył ruchem głowy, więc Karola odpaliła silnik i zapięła pas. – Gdzie cię zawieźć?

DZIEŃ 1

1.

Karola wjechała na parking pod blokiem Błażeja w poniedziałek dokładnie o godzinie czternastej. Chłopak czekał już na nią w umówionym miejscu, wpół oparty na niedużym murku i przeglądał coś w telefonie. Słysząc nadjeżdżający samochód spojrzał w jego kierunku i uniósł słoneczne okulary. Ubrany w jeansy i rozciągnięty t-shirt wyglądał jednocześnie niechlujnie i... niewątpliwie w jakimś sensie atrakcyjnie, jak całe rzesze młodych mężczyzn w jego wieku. To była taka z trudem wypracowana pozorna niedbałość, w której każdy element jest gruntownie przemyślany, od zaplątanych na nadgarstku skórzanych bransoletek po markowe i pewnie absurdalnie drogie okulary słoneczne.

Karola przyjrzała mu się uważnie i nagle dopadły ją wątpliwości. Podróż w małej przestrzeni samochodu, ta ciągła współobecność dzielona z młodym samcem może nieść za sobą pewne konsekwencje. Ale nie było już odwrotu. Westchnęła i podjechała bliżej, uchylając okno.

– Tak się zastanawiałam, czy nie zrezygnujesz w ostatniej chwili – powiedziała, po czym z braku miejsca zaparkowała wzdłuż jezdni, włączając światła awaryjne. Zgasiła silnik i wysiadła. – Gotowy do pracy?

– Dzień dobry, pani dyrektor... – Błażej powoli odkleił się od murku i sięgnął po wielką torbę, lecz sądząc po stopniu napięcia tkaniny, niemal pustą.

– Spakowałeś się na tydzień? – upewniła się Karola.

– Tak mi się wydaje... – Spojrzał zdziwiony najpierw na torbę, a potem na Karolę.

– Coś mało tego... – powątpiewała, mając na uwadze swoje dwie po brzegi wypakowane walizki zdeponowane w bagażniku.

– Jadę jako kierowca, na cholerę mam się wozić z klamotami? – zapytał trzeźwo Błażej.

No tak, facet... – pomyślała.

– No, to w zasadzie możemy ruszać – Karola obeszła samochód i stanęła obok Błażeja. – Przypominam tylko, że samochód jest wynajęty, więc uważaj.

– Jednak tym jedziemy? – skrzywił się z wyraźnym rozczarowaniem. – Sądziłem, że na taką trasę wybierzesz co najmniej jakiegoś suva... Automat?

– Manual.

– Tyle dobrego – stęknął, jakby czekała go trzydniowa podróż furmanką, na dodatek zaprzężoną w woły.

Karola westchnęła, z trudem tłumiąc narastającą irytację. Nieźle się zaczyna...

– Jak rozumiem, chciałeś imponować kierowcom tirów i przydrożnym córom Koryntu? – syknęła z przekąsem. Ciekawe, że jej jakoś nigdy nie przyszło do głowy budować wizerunku na czymś tak trywialnym jak samochód. Jurek, owszem, on całe swoje życie tapetował dobrym wrażeniem. Szkoda, że pod spodem zawsze był koszmarny syf...

Błażej nie wyglądał na specjalnie przejętego jej reakcją.

– No raczej. Na trasę auto musi mieć depnięcie. Liczy się prestiż, pani dyrektor, inaczej nikt nie będzie cię traktował poważnie – pouczył ją. – A to wygląda jak, za przeproszeniem, zdeptany portfelik babci Jadzi. – Z niesmakiem wrzucił swoją torbę do bagażnika i skierował się na miejsce po stronie pasażera.

– No, a ty dokąd? – skarciła go Karola. – Właśnie zacząłeś pracę, siadaj za kierownicą.

Błażej westchnął z udawaną rozpaczą.

– No nie mogę, co za obciach... – Posłusznie obszedł samochód i usadowił się na miejscu kierowcy. – Spływamy, nie chcę, żeby mnie ktoś znajomy zobaczył w tym futeraliku! – Nasunął na oczy słoneczne okulary, ustawił fotel, lusterka i umościł się wygodniej. – No? – Spojrzał na Karolę. – Pani wsiada obok czy mam otwierać drzwi z tyłu?

Karola cmoknęła z dezaprobatą. Lekko nie będzie, ma chłopak charakterek.

– Miałam do wyboru to lub kompaktową auriskę. Nadal uważasz, że źle trafiłeś? – Wsiadła do samochodu i przyjrzała się uważnie Błażejowi. – Sądząc po twoim zniesmaczeniu, chyba jeździsz jakimś amerykańskim pick upem z czterolitrowym silnikiem, idealnym do orania w polu? – zakpiła.

– Nie mam samochodu – odparł ze spokojem Błażej. – Po prostu, teraz nie jest dla mnie dobry czas na inwestycje tego rodzaju – uśmiechnął się z wyższością. – Poza tym pick up to żenada ćwiczona przez łysiejących zgredków z brzuchem i niedorozwojem przyrodzenia, a ja nie mam problemów z kompensacją. Furę kupię adekwatną do statusu społecznego, a póki co, jako kelner, mogę jeździć nawet hulajnogą. – Wzruszył ramionami. – Wali mnie to.

Tak, to z pewnością będzie bardzo ciekawe doświadczenie – z rozbawieniem pomyślała Karola.

– Dokładnie to samo mam wobec twoich opinii na temat tego samochodu – zapewniła go. – To nie jest prezent na osiemnaste urodziny dla rozkapryszonego gówniarza, tylko narzędzie do pracy.

– Okay, okay. – Podniósł w górę ręce, jakby się poddawał. – Spokojnie, pani dyrektor, bez nerw! – uśmiechnął się kpiąco. – Startujemy!

– Jakieś pytanie, zanim wyruszymy? – upewniła się Karola, wsiadając do samochodu.

Odwrócił głowę w jej stronę i uniósł okulary. Chwilę się zastanawiał, a potem wypalił:

– Będziesz próbowała mnie uwieść, pani Robinson?

Spojrzała na niego spod zmarszczonych brwi.

– Ty normalny jesteś, chłopaku?

– Wolałem zapytać – roześmiał się Błażej. – Ale, jakby co, nie będę udawał niedostępnego, wyglądasz całkiem, całkiem – mrugnął porozumiewawczo i odpalił silnik. – No, to w imię Ojca i Syna... – Wprawnie wykręcił i po chwili byli już przy wyjeździe z parkingu. – A to ci historia! – Pokręcił z niedowierzaniem głową. – Jestem szoferem!

– Za najlepszą stawkę w kraju – dodała Karola. – Tylko bez głupot na drodze, bo za mandaty potrącę – uprzedziła. – I nie bierz do siebie, gdy rozmowa nie będzie się kleić. Nie należę do tych szczególnie rozgadanych...

2.

Na trasie Karola ukradkiem przyglądała się Błażejowi.

Widać było, że prowadzenie samochodu sprawiało mu przyjemność: od razu zabrał się za wszelkie przyciski, pokrętła i sensory, na które ona patrzyła z nabożnym podziwem na granicy świętokradztwa. A on niemal intuicyjnie ustawił wszystko, co mogło im tę podróż uprzyjemnić, począwszy od nasilenia i temperatury klimatyzacji, po muzykę, choć tu akurat był obszar mocno dyskusyjny. Ostatecznie stanęło na RMF Maxxx z opcją przełączeń na Eskę w czasie najbardziej irytujących reklam.

Jechał w swobodnej pozycji, odchylony, jedną rękę trzymając na kierownicy, a drugą na drążku skrzyni biegów. Wszystkie ruchy były płynne, pewne, dające pełnię poczucia bezpieczeństwa.

– Lubisz prowadzić? – zapytała Karola.

– O! – Błażej uniósł w zdziwieniu brwi. – Czyli jednak rozmawiamy?

– Lubisz prowadzić? – powtórzyła pytanie.

– W jakim sensie? – uśmiechnął się dwuznacznie.

– Samochód – uściśliła. – Lubisz?

– Chyba tak – odpowiedział po namyśle. – Prawdę powiedziawszy, nigdy się nad tym nie zastanawiałem, po prostu wsiadam i jadę. A ty?

– Lubię – przyznała. – I żałuję, że teraz nie mogę. Czym się zajmujesz, gdy nie szarpiesz się z klientami w dyskotece? – szybko zmieniła temat.

– A dlaczego pytasz? – Spojrzał na nią bystro.

– Bez wyraźnego powodu – odpowiedziała. – Z ciekawości?

– Dwa lata temu skończyłem resocjalizację. Z robotą po czymś takim ciężko, więc łapię, co się da. W weekendy jest ta mordownia, a w tygodniu... – zawahał się. – W tygodniu to różnie bywa – dokończył wymijająco. – Nic stałego w każdym razie.

– Nie chcesz o tym mówić?

– Nie ma o czym. Porażka…

– Nie ma sprawy. – Karola odwróciła wzrok i skupiła się na migającym za oknem krajobrazie.

– A ty? – zapytał Błażej. Spojrzała zdziwiona, bo była przekonana, że ten temat właśnie on zakończył.

– Ja? – zastanowiła się. – W sumie też nic ciekawego. Encyklopedyczna, nudna pracownica korporacji.

– Finanse? – próbował zgadnąć. – Chociaż nie... – zastanowił się. – Nie wyglądasz na księgową.

– Szkolenia – westchnęła Karola. – Socjotechniki i takie tam... Mówiłam: nuda.

– Podobno jak się człowiek postara, to nawet przyszywanie guzików może być ekscytujące – roześmiał się Błażej. – A teraz co, urlop?

– Zwolnienie lekarskie – odparła.

– I tak sobie po Polsce podróżujesz? – zdziwił się. – ZUS takich nie lubi...

– Na zwolnieniu mam adnotację „pacjent może chodzić” – wyjaśniła. – Póki co... – sapnęła.

– W sensie?

– Chodzić może póki co. – Wbiła wzrok w pas drogi, odtwarzając wydarzenia sprzed miesiąca. Odruchowo pokręciła głową, jakby chciała się z czegoś otrząsnąć.

Chwilę milczeli, a potem Błażej niepewnie zerknął w jej stronę. Dostrzegła to kątem oka i spojrzała pytająco.

– Słuchaj... – zaczął niepewnie. – Tylko nie bierz tego dosłownie, ale... – znów się zawahał i zamilkł.

– No? – zachęciła go Karola. – Pytaj!

– Czegoś tu nie rozumiem. – Błażej nabrał powietrza. – Wynajmujesz gościa, którego widzisz pierwszy raz w życiu, tak bez żadnych pytań, wątpliwości?

Wątpliwości? W jej sytuacji? Karola pomyślała, że czas jakichkolwiek wątpliwości minął w jej życiu bezpowrotnie, ale fakt, z boku mogło to wszystko wyglądać dość... dziwnie.

– A co dokładnie masz na myśli?

– No nie wiem. A gdybyś trafiła na jakiegoś zwyrola? – Chłopak był naprawdę zdziwiony. – Przecież mogłem cię okraść, zwinąć samochód, pobić... Zabić nawet.

Karola popatrzyła na niego z kpiącym uśmieszkiem, błąkającym się w kąciku ust.

– Odnośnie kradzieży, to byłoby trochę... trudno.

– Nie rozumiem?

– A na ile mnie wyceniłeś? – zapytała wprost.

– Bo ja wiem? – zastanowił się. – Kilka tysi. No i samochód.

– Uspokoję cię: w portfelu mam kilka stów, karta ma ustawiony dzienny limit, a całą dostępną gotówkę mam na koncie depozytowym, do którego nie ma karty i pieniądze mogę podjąć wyłącznie w banku, osobiście. Co do samochodu zaś... Wypożyczalnia ma zadeklarowaną trasę i jeżeli geolokalizacja wskaże inny kierunek, od razu zgłaszają to policji – wzruszyła ramionami. – Coś pominęłam?

– Siebie. Siebie pominęłaś – zakpił Błażej. – No, bo gdyby coś ci się jednak przytrafiło, to chyba ktoś by cię szukał?

– Niby kto? – zdziwiła się.

– Nie wiem... – wzruszył ramionami. – Choćby mąż? Masz jakiegoś męża?

Na wspomnienie Jurka i jego ewentualnej troski o jej los miała ochotę się roześmiać: strzelił chłopak jak kulą w płot. Zagryzła wargę, uspokoiła oddech i po chwili odpowiedziała z dziwnym uśmiechem.

– Jakiegoś miałam, ale w pewnym momencie wdrożył inny plan na życie. Od ponad dwóch lat żyjemy osobno. Jeszcze coś?

– No tak, okup w tej sytuacji odpada – roześmiał się. – Mógłbym ewentualnie cię zgwałcić tuż za miastem i zatłuc dla chorej przyjemności. To też przewidziałaś?

– Tu to akurat byś mi się tylko przysłużył – powiedziała ze spokojem Karola, patrząc przed siebie.

– Nie rozumiem? – Błażej spojrzał na nią z uwagą.

– Przyjdzie czas, wrócimy do tematu... – stwierdziła, że na tłumaczenia przyjdzie jeszcze pora. Niewykluczone, że w ogóle nic z tego nie będzie, ale nie warto uprzedzać faktów. Ostatecznie sytuacja wyjaśni się sama, nawet bez jej udziału.

– Pani dyrektor, o czym pani mówi?

Karola dostrzegła znak informujący, że za kilometr będzie stacja benzynowa.

– Zajedź tam – wskazała tabliczkę. – Chcę się napić kawy. A ty? – spojrzała na niego pytająco. – Zjadłbyś coś?

Błażej domyślił się, że tak jak on, Karola nie będzie odpowiadać na niewygodne pytania.

– Delegacja jest z wiktem? – upewnił się.

– Tak. Ale bez opierunku – zastrzegła Karola.

– Wchodzę w to. Szykuj kasę, mam nuklearną przemianę materii. Nie znam pojęcia „dość” – powiedział z niekłamaną dumą.

Gdy wysiedli, Karola poprosiła o czarną kawę, dała Błażejowi kilka banknotów i poszła do łazienki, a on od razu ruszył do lady po zamówienie.

Zdążył odebrać swoją porcję i zjeść, a Karoli wciąż nie było. Zaczął z niepokojem rozglądać się po sali i wreszcie ją dostrzegł. Szła powoli, jakby obawiała się, że podłoga jest z gumy i każdy nieostrożny ruch może spowodować utratę równowagi. Podeszła do stolika, usiadła z wyraźną ulgą i szybko wypiła już niemal zimną kawę.

– Brałaś coś? – zapytał wprost, bo objawy były mu dziwnie znajome.

– Co takiego? – zmarszczyła brwi. – O co ci chodzi?

– Pytam, czy coś wzięłaś. – Patrzył jej w oczy. – Wyglądasz jak po dawce jakiegoś gównianego polepszacza. Nie jestem święty, ale wolę takie rzeczy wiedzieć od razu – zastrzegł ze spokojem.

– Zwariowałeś – skwitowała jego domysły Karola. – Mam koszmarny atak migreny, muszę chwilę posiedzieć na dworze. Możemy wyjść?

– Chcesz pooddychać świeżym powietrzem? – zapytał.

– Nie – odparła. – Zapalić. – Założyła słoneczne okulary, wstała i skierowała się do wyjścia. Błażej podążył za nią.

3.

Było chwilę po szesnastej, kiedy w biurze komisarza Piotra Jaworskiego rozległo się pukanie.

– Proszę! – zawołał.

– Można? – W szparze uchylonych drzwi ukazała się twarz aspiranta Dobrzyckiego.

– Wchodź, Jacuś, no wchodź! – Jaworski zachęcającym gestem przywołał go bliżej i wskazał krzesło po drugiej stronie biurka. – Co jest?

– Tamta sprawa... No wie pan, z tą niby zaginioną... Kazał pan meldować, więc... Pan wie, o czym mówię? – upewniał się Dobrzycki.

– Wiem, Jacuś, wiem – burknął zniecierpliwiony Jaworski. – Ruszysz z miejsca?

– No, bo chyba coś się ruszyło – ostrożnie zaczął aspirant.

– Melduj – szybko powiedział Jaworski.

– Mamy już oficjalne zgłoszenie o zaginięciu. – Jacuś nieśmiało przysiadł na brzegu krzesła i spojrzał na komisarza badawczo.

– Wiesz, kto zgłosił?

– Sarnawski – powiedział cicho aspirant.

– T e n Sarnawski? – zaakcentował Jaworski, pilnując, aby wyraz jego twarzy nie zmienił się ani odrobinę. – No i co z nim?

– Zgłosił, że od czterech dni próbuje się kontaktować z byłą żoną, ale ta nie odbiera telefonu, ani nie odpisuje na wiadomości, w ogóle od wczoraj abonent, znaczy ta Sarnawska, jest niedostępna. Ponoć nawet do sąsiadki dzwonił i ta, znaczy ta sąsiadka, też Sarnawskiej jakiś czas nie widziała, ale twierdzi, że ta zaginiona, znaczy niby ta Sarnawska, nie należy do szczególnie towarzyskich, bo one w ogóle to widywały się bardzo rzadko.

– A on? Dzwonił czy był tu osobiście? – Jaworski pomyślał, że spotkanie z Sarnawskim na korytarzu komendy byłoby ciekawym doświadczeniem, szczególnie w tych okolicznościach.

– Do starego musiał bezpośrednio dzwonić, bo się zrobił nagle szum i od razu wszyscy na nogach – konspiracyjnym szeptem wyjawił Dobrzycki.

Komisarz wbił w niego uważne spojrzenie i ściągnął brwi.

– Meldowałeś, że jakiś tydzień temu była tu kobieta, która w twojej opinii mogłaby być Sarnawską? – zapytał.

– Tak, od razu! – Solennie zapewnił Jacuś. – Chociaż w sumie to... – zawahał się. – No, przecież sam pan wie: ani jej nie spisałem, ani nic i teraz... – Spojrzał na Jaworskiego wzrokiem zbitego psa. – Nie mogę w stu procentach zaręczyć, że to była akurat ta Sarnawska... No, na zdjęciu, które przesłał Sarnawski, to niby podobna.

– Spokojnie, Jacuś, zrobiłeś wszystko jak należy – pocieszył go Piotr. – Jestem świadkiem, jakby co – uśmiechnął się pokrzepiająco. – Dzięki za informację.

– Ale... Ale to nie wszystko. – Dobrzycki znów odruchowo ściszył głos i kontrolnie spojrzał w kierunku drzwi.

– Nie rozumiem?

– Bo po godzinie od tego całego zamieszania techniczni złapali rezerwację w hotelu na tę Sarnawską.

– Gdzie?

– W Częstochowie.

– Ktoś już z ich miejskiej tam był? – Jaworski z trudem panował nad głosem.

– Nie wiem. – Jacuś wzruszył bezradnie ramionami. – Kryminalni mają meldować tylko do starego. Sarnawski tu wszystkich jak do pożaru gonił. Pan wie, przecież to idiota...

– Dobra Jacuś, dziękuję. – Jaworski wiedział już tyle, ile powinien. Szybko wstał i uścisnął rękę aspiranta. – Możesz iść, zajmę się tym.

– Ale dlaczego pan? – Jacuś wyglądał na pogubionego. – Przecież...

– Możesz iść – powtórzył komisarz i zatopił wzrok w ekranie leżącego na biurku laptopa.

Aspirant wstał i niemal bezszelestnie wyszedł z biura. Ledwo tylko zamknęły się za nim drzwi, komisarz chwycił za telefon i szybko wybrał numer.

– Cześć, Jaworski z wojewódzkiej mówi. Sprawa jest – powiedział, gdy tylko ktoś po drugiej stronie odebrał połączenie. – Musisz coś dla mnie zrobić. Na wczoraj!

4.

Zameldowali się w hotelu chwilę po osiemnastej.

Dziewczyna w recepcji patrzyła na nich znacząco, gdy wypełniali karty meldunkowe. Błażej uwiesił się na ladzie i uśmiechnął do niej szeroko.

– Są tu jakieś rozrywki poza pielgrzymkami? – zapytał i uwodzicielsko poruszył brwiami. Jednego nie można mu było odmówić: miał smarkacz wysokie poczucie wartości, które przynajmniej momentami zahaczało wręcz o bezczelność.

– Wystarczy wyjść do miasta, coś pan sobie znajdzie – urzędowym tonem odpowiedziała recepcjonistka, ale nie udało się jej ukryć błysku zainteresowania w oku.

– A ty o której kończysz? – Błażej wciąż irytująco wisiał na ladzie. – Może wyjdziemy gdzieś razem? Starsza pani – ruchem głowy wskazał na Karolę – o dziewiętnastej musi być już w łóżku. Potem mam wolne – uśmiechnął się zachęcająco.

Słysząc to, Karola spojrzała na niego spod zmrużonych powiek.

– Pójdziesz, jak mi nasmarujesz plecy – weszła w rolę. – A teraz skończ te wygłupy, bierz klucz i jazda do pokoju.

Błażej odkleił się od blatu i westchnął ciężko.

– Idę, idę... – Odwrócił się do recepcjonistki. – Jakby co, to wiesz, gdzie mnie szukać. – Pokiwał brelokiem z numerem pokoju i posłusznie pomaszerował za Karolą.

5.

– Pokój jest jeden? – ze zdziwieniem zapytał Błażej. – Myślałem, że bierzemy dwa osobne. W takim razie...

– Spokojnie, jest podwójny – Karola ucięła jego ewentualne rozterki.

– Podwójny? – Cmoknął z uznaniem. – A więc tak wygląda apartament. – Niedbale zrzucił na podłogę trzymane bagaże i od razu rozejrzał się po wnętrzu, kolejno otwierając wszystkie napotkane drzwi. – E, fajnie tu jest! – Odwrócił się w stronę Karoli. – Ale dlaczego tak?

Karola rozejrzała się po pokoju z uznaniem. Fakt: był idealny!

– To konieczne, potem ci wytłumaczę, dlaczego – odparła. – Wiesz, że byłam tu kiedyś, chyba ze sto lat temu? – Uśmiechnęła się do swoich wspomnień. – Tyle że wtedy to był zapyziały obiekt pod szyldem „Społem”, cuchnęło zakurzoną wykładziną i zetlałą tapicerką – roześmiała się i usiadła na łóżku. Po chwili położyła się i wtuliła twarz w poduszkę. – A pościel pachniała pospieszną lubieżnością... – powiedziała jakby do siebie, ale Błażej usłyszał.

– Ładnie powiedziane – pochwalił.

– Zacytowane – poprawiła go. – To Łysiak – dodała.

– Kto? – Chłopak spojrzał na nią nieuważnie, pochłonięty poszukiwaniem pilota od telewizora. – Nie znam człowieka.

Karola westchnęła.

– A to nie ma się czym chwalić – stwierdziła. – Literatura poszerza horyzonty, spróbuj, nie zaboli. Czytanie? – zapytała, patrząc na jego lekko zdziwione spojrzenie. – Książka? Papier? Coś się kojarzy?