Zośka i Parasol. Opowieść o niektórych ludziach i niektórych akcjach dwóch batalionów harcerskich - Aleksander Kamiński - ebook

Zośka i Parasol. Opowieść o niektórych ludziach i niektórych akcjach dwóch batalionów harcerskich ebook

Aleksander Kamiński

0,0
51,14 zł

lub
Opis

Książka powstała na podstawie sławnego archiwum Jana Rodowicza – Anody, relacji żołnierzy batalionów, dokumentów, listów, pamiętników, konsultacji z matkami poległych. Autor prowadzi swych bohaterów – spadkobierców ideałów Kamieni na szaniec – przez barykady powstańcze od Woli poprzez Starówkę po Czerniaków. Spotykamy na kartach najsłynniejsze postaci Szarych Szeregów: Andrzeja Romockiego – Morro, Piotra Pomiana, Stanisława Leopolda, Czarnego Jasia – Wuttke, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.Iskry wydały epopeję druha Kamińskiego po raz pierwszy w roku 1957. Obecne wydanie wzbogacono unikatowymi zdjęciami bohaterów, a także wstępem Barbary Wachowicz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 940

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



OPRA­CO­WA­NIE GRA­FICZ­NE An­drzej Ba­rec­ki

KO­REK­TA Jo­lan­ta Ro­so­siń­ska

ZDJĘ­CIE NA OKŁAD­CE

DO­BÓR ZDJĘĆ I POD­PII­SY Bar­ba­ra Wa­cho­wicz

Zdję­cia ze zbio­rów Bar­ba­ry wa­cho­wicz ofia­ro­wa­ne przez żoł­nie­rzy ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”; zdję­cia współ­cze­sne – Bar­ba­ra Wa­cho­wicz; re­pro­duk­cje zdjęć ar­chi­wal­nych – Adam Płu­cien­nik

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Iskry, War­sza­wa 2009

ISBN 978-83-244-0287-8

Wy­daw­nic­two Iskry

ul. Smol­na 11 00-375 War­sza­wa

tel./faks: (0-22) 827-94-15

e-mail:iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Barbara WachowiczPolska godna szacunku

Jest luty 1978 roku. War­szaw­skie kino „Skar­pa”, po któ­rym dziś po­zo­sta­ła już tyl­ko zie­ją­ca pust­ką jama. Pre­mie­ra fil­mu Jana Łom­nic­kie­go „Ak­cja pod Ar­se­na­łem”. Tłum­nie ze­bra­na eli­ta War­sza­wy i War­szaw­ki. Roz­gło­śny gwar na­gle cich­nie i przez kino to­czy się szmer: „Ka­myk… Ka­myk… Ka­myk…”. Cała wi­dow­nia wsta­je. Bu­rza okla­sków. Siwy, nie­wy­so­ki, nie­co przy­gar­bio­ny star­szy pan o ży­wych, czar­nych oczach – wi­do­mie za­sko­czo­ny, za­że­no­wa­ny po­chy­la gło­wę w ge­ście po­dzię­ki.

Druh Alek­san­der Ka­miń­ski, au­tor „Ka­mie­ni na sza­niec”, książ­ki uczą­cej po­ko­le­nia bra­ter­stwa i służ­by.

Ileż mu za­wdzię­cza­my! Woj­na zdru­zgo­ta­ła świat na­szych ro­dzi­ców. Nas rzu­ci­ła w pust­kę. Było sza­ro, buro, bez­na­dziej­nie. Każ­dy sa­mo­chód za­trzy­mu­ją­cy się przed do­mem przej­mo­wał gro­zą. Może już idą po ro­dzi­ców, żoł­nie­rzy Ar­mii Kra­jo­wej, tych, któ­rzy się nie ujaw­ni­li.

Pierw­szym świa­tłem w mro­ku tych sta­li­now­skich lat była nie­wiel­ka ksią­żecz­ka, ob­ja­wie­nie, olśnie­nie. Za­ka­za­ne, wy­co­fa­ne z bi­blio­tek „Ka­mie­nie na sza­niec”. „Rudy”, „Alek”, „Zoś­ka” – wy­cią­ga­ją do nas po­moc­ną dłoń. – Tacy by­li­śmy – mó­wią – a wy, jacy je­ste­ście? Któ­reś z AK-owskich dzie­ci prze­my­ci­ło też wiersz Ta­de­usza Gaj­ce­go: „Jed­na jest zie­mia, któ­ra nie­sie cie­bie i mnie, i jed­na mło­dość…”. Wie­dzie­li­śmy, że zgi­nął w po­wsta­niu. Mło­dość nie była jed­na. Ale była jed­na zie­mia – i ten „je­den dom, któ­ry nade mną w to­bie ro­śnie” – jak na­pi­sał. Oni zgi­nę­li.Te­raz my mu­si­my wzno­sić ten pol­ski dom – tak so­bie tłu­ma­czy­li­śmy na­sze za­da­nie. Świat prze­sta­wał być pu­sty.

SZKO­ŁA CHA­RAK­TE­RÓW

Ja­kimś cu­dem oca­la­ło ar­chi­wum Alek­san­dra Ka­miń­skie­go. Udo­stęp­nio­ne mi przez żonę Ka­my­ka, Ja­ni­nę z So­ko­łow­skich, od­kry­ło przede mną sze­reg bez­cen­nych do­ku­men­tów. Wśród nich mło­dzień­czy pa­mięt­nik, a na jego kar­tach sło­wa dzie­więt­na­sto­let­nie­go har­ce­rza, za­pi­sa­ne w 1922 roku: „Dużo ma­rzę. I znów o Niej, o tej Bia­łej, Uko­cha­nej Naj­ja­śniej­szej Pol­sce. Pa­mię­tam, jak przed laty my­śla­łem o To­bie. By­łaś mi Ide­ałem, Praw­dą, Spra­wie­dli­wo­ścią. Pa­mię­tam, jak łzy szczę­ścia ka­pa­ły mi z oczu, gdyś wsta­ła z gro­bu… Ma­rzy­łem o To­bie!

A te­raz? Cze­go Ci brak? Dla­cze­go Sy­no­wie Twoi tak cham­sko wy­że­ra­ją się o wła­dzę?! (…)

Bo nie dość jest my­śleć i chcieć o Pol­sce i dla Pol­ski.Trze­ba sa­me­mu re­pre­zen­to­wać Pol­skę!!!”.

Temu prze­ko­na­niu po­zo­stał wier­ny. U schył­ku ży­wo­ta po­wie­dział: „Pra­gną­łem prze­ka­zy­wać chłop­com i dziew­czę­tom, mło­dzie­ży i do­ro­słym swój ide­ał Pol­ski god­nej sza­cun­ku”.

O ten ide­ał Pol­ski, ide­ał Po­la­ka wal­czył w naj­tra­gicz­niej­szych la­tach oku­pa­cji. „Wiel­ka gra” jest nie tyl­ko pod­ręcz­ni­kiem wal­ki z wro­giem, nie­sie wzor­ce ży­cia.

„Je­śli­by de­mo­kra­tycz­na Rzecz­po­spo­li­ta ska­za­na zo­sta­ła przez ja­kieś fa­tum dzie­jo­we na rzą­dy sła­be i nie­trwa­łe – zgi­nie­my! Na Pol­skę nie­rząd­ną i nie­po­rad­ną nie ma miej­sca w na­szej czę­ści Eu­ro­py” – pi­sał druh Ka­miń­ski. „Pol­ska bę­dzie pań­stwem de­mo­kra­tycz­nym, par­tie zaś po­li­tycz­ne są nie­od­łącz­nym i nie­zbęd­nym skład­ni­kiem każ­de­go ustro­ju de­mo­kra­tycz­ne­go, gdyż de­mo­kra­cja – to do­pusz­cze­nie do gło­su spo­łe­czeń­stwa.

Ale gdy­byś moc­no się prze­jął du­chem któ­rejś par­tii po­li­tycz­nej i wszedł w jej służ­bę, zdo­bądź się na naj­wyż­szy wy­si­łek, aby prze­strze­gać w swym ży­ciu par­tyj­nym ogrom­nie waż­nej za­sa­dy: po­mi­mo ca­łej mi­ło­ści i wia­ry, jaką da­rzysz swo­ją par­tię – zdo­bądź się na lo­jal­ną po­sta­wę wo­bec wszyst­kich in­nych par­tii, sto­ją­cych na grun­cie nie­pod­le­głe­go pań­stwa pol­skie­go. Jed­ną z naj­przy­krzej­szych wła­ści­wo­ści ży­cia par­tyj­ne­go jest ja­kieś sza­tań­skie otu­ma­nie­nie mó­zgów, któ­re czy­ni z lu­dzi on­giś ry­cer­skich, ho­no­ro­wych i uczci­wych – ogłu­pia­łych fa­na­ty­ków, któ­rzy we wszyst­kich in­nych par­tiach i stron­nic­twach po­li­tycz­nych prócz wła­sne­go do­strze­ga­ją tyl­ko pod­łość, nik­czem­ne in­ten­cje, nie­udol­ność i złą wolę – oraz prze­ko­na­ni są, że naj­strasz­niej­sze klę­ski spo­tkać są go­to­we oj­czy­znę z rąk ich prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych. Zdo­bądź się na ry­cer­ski i lo­jal­ny sto­su­nek wo­bec in­nych par­tii. Od naj­skraj­niej le­wi­co­wej do skraj­nie pra­wi­co­wej – trak­tuj wszyst­kie gru­py jako te, w sto­sun­ku do któ­rych trze­ba zdo­by­wać się na lo­jal­ność, w sto­sun­ku do któ­rych trze­ba czy­nić wy­si­łek zro­zu­mie­nia ich in­ten­cji. Kul­tu­ra pol­skie­go ży­cia po­li­tycz­ne­go była do­tych­czas fa­tal­na. Ta dzie­dzi­na woła wiel­kim gło­sem o nowy styl ży­cia.

Je­śli­byś wszedł do ży­cia po­li­tycz­ne­go i zy­ski­wał na to ży­cie wpływ – miej am­bi­cję wnie­sie­nia tam god­nych od­ro­dzo­nej Pol­ski form po­stę­po­wa­nia, u pod­ło­ża któ­rych leżą sta­re, ale za­wsze ak­tu­al­ne praw­dy o tym, że służ­ba na­ro­do­wi, a nie po­goń za przy­wi­le­ja­mi i ko­rzy­ścia­mi – jest ho­no­rem każ­de­go oby­wa­te­la! Każ­de­go po­li­ty­ka! (…)

Nie kon­sty­tu­cje, nie masy ludz­kie i nie gra­ni­ce de­cy­du­ją o wiel­ko­ści na­ro­dów i ich roli w świe­cie. (…) O wiel­ko­ści i po­tę­dze państw de­cy­du­je nie ustrój, nie ob­szar, nie masa ludz­ka – lecz czło­wiek i cha­rak­ter czło­wie­ka. (…) Styl ży­cia Po­la­ków za­de­cy­du­je o na­szej wiel­ko­ści”.

Re­da­go­wa­ny prze­zeń „Biu­le­tyn In­for­ma­cyj­ny”, naj­więk­sze pi­smo pod­ziem­nej Eu­ro­py – nie tyl­ko niósł in­for­ma­cje z fron­tów, lecz tak­że praw­dzi­wie wy­cho­wy­wał na­ród.

„Za co umie­ra­my, o co wal­czy­my, dla cze­go ży­je­my?”, „O służ­bie i za­słu­dze”, „Pa­trio­tyzm bier­ny i pa­trio­tyzm czyn­ny”, „Każ­dy Po­lak żoł­nie­rzem”, „Ka­mie­nie przez Boga rzu­ca­ne na sza­niec”, „Ar­mia Kra­jo­wa woj­skiem de­mo­kra­tycz­nym”, „Nę­dza Po­la­ków – to nie­wo­la Pol­ski, bo­gac­two – to jej siła”, „Wal­ka z pi­jań­stwem – obo­wiąz­kiem na­ro­do­wym”, „Co to jest de­mo­kra­cja?”, „W po­szu­ki­wa­niu siły”, „Wol­ność, wol­ność.”, „O jaką Pol­skę wal­czy­my?”, „Dla­cze­go od­rzu­ca­my ko­mu­nizm?”, „Cha­rak­ter na­ro­do­wy Po­la­ków” – już same ty­tu­ły tek­stów Ka­my­ka mó­wią o krę­gu spraw naj­waż­niej­szych, do któ­rych po­wra­cał. I tu mnó­stwo spo­strze­żeń nie utra­ci­ło swej ak­tu­al­no­ści. Ana­li­zu­jąc nasz cha­rak­ter na­ro­do­wy, Ka­myk wy­li­cza naj­waż­niej­sze ce­chy: umi­ło­wa­nie wol­no­ści i nie­za­leż­ność du­cha, wiel­ko­dusz­ność, do­broć, po­czu­cie hu­ma­ni­tar­ne, mę­stwo, bo­ha­ter­stwo, ho­nor, umie­jęt­ność cał­ko­wi­te­go od­da­nia się spra­wie pu­blicz­nej. Ale te wspa­nia­łe ce­chy mogą przyj­mo­wać for­my po­zy­tyw­ne i ne­ga­tyw­ne. Obok nie­na­wi­ści do ob­ce­go jarz­ma, poza to­le­ran­cją re­li­gij­ną, prze­ciw­sta­wia­niem się cen­zu­rze i taj­nej po­li­cji – war­chol­stwo i „dzie­le­nie się na co­raz drob­niej­sze par­tie”. Na­sze chwa­leb­ne „umi­ło­wa­nie wol­no­ści”: „Jest to za­ra­zem jed­nak wła­ści­wość nie­bez­piecz­na, czy­nią­ca z nas wy­jąt­ko­wo trud­ne do rzą­dze­nia spo­łe­czeń­stwo, w któ­rym uzgod­nie­nie de­cy­zji mię­dzy wol­ny­mi i nie­pod­le­gły­mi gru­pa­mi sta­je się czę­sto rze­czą nie­osią­gal­ną”. Praw­dzi­wa de­mo­kra­cja „prze­ja­wia się w trak­to­wa­niu swo­jej par­tii jako czę­ści na­ro­du, a nie jako ob­ja­wie­nia na­ro­do­we­go, któ­re je­dy­nie tyl­ko i wy­łącz­nie zdol­ne jest ob­da­rzyć na­ród wszel­ki­mi do­bro­dziej­stwa­mi” – stwier­dza Ka­myk. Obok ofiar­no­ści i spo­łecz­nej służ­by – ist­nie­je u nas groź­ne zja­wi­sko nie­do­ce­nia­nia war­to­ści lu­dzi do­brze pra­cu­ją­cych, nie­do­ce­nia­nie zja­wisk eko­no­micz­nych, lek­ce­wa­żą­cy sto­su­nek do sza­rej, mrów­czej pra­cy i do „sza­re­go czło­wie­ka”, nie­umie­jęt­ność or­ga­ni­za­cji dzia­łań i pra­cy. A jed­no­cze­śnie – gdy Niem­cy uczy­ni­li wszyst­ko, by znisz­czyć, uni­ce­stwić pol­ską kul­tu­rę, szkol­nic­two, by zła­mać, za­mor­do­wać, roz­pić na­ród – „szczy­ty mło­dzie­ży prze­cho­dzą dziś we wszyst­kich war­stwach spo­łecz­nych okres tak sil­ne­go na­pię­cia ide­owe­go, tak bez­gra­nicz­ne­go od­da­nia Pol­sce, or­ga­ni­zu­ją z ta­kim roz­ma­chem pra­cę nad sobą – że po­zaz­dro­ścić im mogą po­ko­le­nia po­przed­nie” – su­mo­wał Ka­myk na ła­mach „Biu­le­ty­nu” opty­mi­stycz­nym ak­cen­tem swe roz­wa­ża­nia po­świę­co­ne mło­dzie­ży w cy­klu „Bla­ski i nę­dze ży­cia oku­pa­cji” (1942).

„Ży­ciem moim: Pol­ska cier­pią­ca i wal­czą­ca. Wia­rą moją: Pol­ska zwy­cię­ska i trium­fu­ją­ca” – to wy­zna­nie wia­ry za­miesz­czo­ne w „Ka­te­chi­zmie” kol­por­to­wa­nym przez chłop­ców i dziew­czę­ta z Sza­rych Sze­re­gów.

W ar­chi­wach Ka­my­ka jest re­cen­zja Jana Kot­ta z „Ka­mie­ni na sza­niec”(„Prze­krój” 1946, nr 49) za­czy­na­ją­ca się sło­wy: „(…) od­rzu­ca mnie od tej książ­ki. To jest groź­na książ­ka. Tak wy­cho­wy­wa­no po­ko­le­nie kon­do­tie­rów, a nie żoł­nie­rzy i dzia­ła­czy świa­do­mych celu i sen­su wal­ki”.

Przy­po­mi­nam, że kon­do­tier – to na­jem­nik wal­czą­cy za obo­jęt­ną mu spra­wę dla pie­nię­dzy.

13 wrze­śnia 1942 roku na ćwi­cze­niach huf­ca Sza­rych Sze­re­gów Mo­ko­tów Gór­ny „kon­do­tier” Ja­nek Byt­nar „Rudy” od­czy­tał roz­kaz „kon­do­tie­ra” Ta­de­usza Za­wadz­kie­go „Zoś­ki”, do­wód­cy Grup Sztur­mo­wych:

„Sto­imy moc­no i stać bę­dzie­my nadal na róż­nych od­cin­kach wal­ki pod­ziem­nej, pro­wa­dzo­nej z wro­ga­mi już dziś. Cho­ciaż wal­kę tę pro­wa­dzi się bez bro­ni w ręku, jed­nak moż­na w niej roz­wi­nąć w so­bie od­wa­gę, kar­ność, zdol­ność bra­nia na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści. Tej je­dy­nej w swo­im ro­dza­ju szko­ły cha­rak­te­rów, jaką jest dla nas wal­ka pod­ziem­na, nie wol­no nam prze­oczyć.

By­ło­by jed­nak źle, gdy­by­śmy po­prze­sta­li na przy­go­to­wa­niu się tyl­ko do wal­ki zbroj­nej, a za­po­mnie­li o tych roz­licz­nych obo­wiąz­kach, ja­kie ocze­ku­ją nas w Pol­sce nie­pod­le­głej. Na­szym ce­lem jest nie tyl­ko wy­cho­wa­nie żoł­nie­rza, ale ukształ­to­wa­nie peł­no­war­to­ścio­we­go oby­wa­te­la, zdol­ne­go nie tyl­ko do służ­by woj­sko­wej, lecz do jak naj­sze­rzej po­ję­tej służ­by spo­łecz­nej, służ­by oby­wa­tel­skiej”.

Roz­ka­zy, li­sty, no­tat­ki bo­ha­te­rów „Ka­mie­ni na sza­niec”, bo­ha­te­rów „Zoś­ki i Pa­ra­so­la” sta­no­wią bez­cen­ne do­wo­dy, że – jak po­wie­dział o swym po­ko­le­niu Zdzi­sław Stro­iń­ski, po­eta po­le­gły w po­wsta­niu – „ta mło­dość nie my­śli o zglisz­czach, lecz łunę my­śli po­nie­sie”.

Blask tej łuny obej­mu­je no­tat­ki Alka Da­wi­dow­skie­go, któ­re lat trzy­dzie­ści le­ża­ły ukry­te w ko­mi­nie. Ten „kon­do­tier” w swych re­flek­sjach po­sta­na­wia: „Wszyst­ko po­ję­te jako przy­go­to­wa­nie, za­pra­wa do do­brej pra­cy i ca­łe­go ży­cia… Wy­ko­rzy­sta­nie chwi­li, chwy­ce­nie oka­zji, by roz­grza­ne że­la­zo kuć na go­rą­co, by me­tal nie tra­cił na swej czy­sto­ści i szla­chet­no­ści, by co­raz nowe i lep­sze przy­bie­rał for­my (…) naj­wię­cej rzut­ko­ści i ini­cja­ty­wy, ener­gii (…). Nie wol­no ogra­ni­czać się do po­zna­nia tyl­ko jed­ne­go stron­nic­twa czy ugru­po­wa­nia, oby­wa­tel­skim obo­wiąz­kiem jest za­po­zna­nie się w po­sza­no­wa­niu dla prze­ciw­ni­ka ze wszyst­ki­mi kie­run­ka­mi my­śli po­li­tycz­nej pol­skiej: a) wy­cho­wa­nie oby­wa­tel­skie, b) współ­ży­cie, c) kul­tu­ra, d) na­ucza­nie pra­cy za­wo­do­wej, spo­łecz­nej, or­ga­ni­za­cyj­nej”.

„Kon­do­tier” „Mały Ta­dzio” Wut­t­ke – brat „Czar­ne­go Ja­sia” – w li­ście do ojca na Boże Na­ro­dze­nie 1943: „Mu­si­my trwać, mu­si­my we krwi wzra­stać. Tyl­ko jak wzro­śnie­my. Dro­ga krwi do­kąd za­pro­wa­dzi. Wro­gość, ob­cość, na­pię­cie nie­na­wi­ści na­si­la­ją się (…). «Jako i my od­pusz­cza­my» – czy rze­czy­wi­ście, czy też to tyl­ko fra­zes?”.

I w li­ście ostat­nim, u pro­gu roku 1944, któ­ry miał być w jego ży­ciu ostat­ni: „Świa­do­ma od­po­wie­dzial­ność za to jed­no­ra­zo­we na­sze ży­cie, któ­re te­raz nie­wie­le kosz­tu­je, nie two­rzy bez­wol­nych roz­grze­szeń. Raz żyję, więc mu­szę żyć jak naj­le­piej”.

A „kon­do­tier”„Czar­ny Jaś” – czo­ło­wy bo­ha­ter książ­ki Ka­my­ka – twór­ca sław­nej Ak­cji „M”, pi­sał do ojca 30 wrze­śnia 1943 roku, po śmier­ci „Ru­de­go”, „Alka” i „Zoś­ki”: „Od­cho­dzą je­den za dru­gim, jak ka­mie­nie przez Boga rzu­ca­ne na sza­niec. Ale rzu­ca­ne nie w ni­cość, nie na zmar­no­wa­nie. Je­den przy dru­gim twar­do sto­ją. Jak ce­gła przy ce­gle. Wzno­szą się ścia­ny wiel­kie­go domu. (…) To nic, jak przyj­dzie być mar­twą ce­głą, nie­ru­cho­mą, tego domu. (…) Dużo mu­ra­rzy po­trze­ba! Jak dom wy­mu­ru­ją, niech nie stoi pu­sty. (…) Dom już wi­dać. Tak! (…) Ale ce­gły dro­gie. Dro­gie ce­gły rzu­ca­ne na sza­niec. Co dnia! Niech nie stoi pu­sty!”.

WAL­CZYĆ ZE ZŁEM

„(…) Gdy pi­sa­łem «Ka­mie­nie», to prze­cież pi­sa­łem o za­przy­jaź­nio­nych ze sobą chłop­cach. Więc gdy zde­cy­do­wa­łem się pi­sać – do­ko­na­łem tego w cią­gu kil­ku dni, może ty­go­dnia? Od­czu­wa­łem to tak, jak­bym był me­dium, przez któ­re wy­po­wia­da się ja­kaś wiel­ka siła, siła pod­sta­wo­wych war­to­ści. I za­wsze mia­łem po­czu­cie, że nie je­stem au­to­rem «Ka­mie­ni», lecz tyl­ko po­śred­ni­kiem w ich prze­ka­za­niu (…). Wszyst­ko to się splą­ta­ło, sto­pi­ło: mi­łość i ża­ło­ba po po­le­głych chłop­cach, ja­kieś wi­zje pod­sta­wo­wych war­to­ści i chęć da­nia im wy­ra­zu” – ten list dru­ha Alek­san­dra Ka­miń­skie­go do mnie, da­to­wa­ny 14 lu­te­go 1978 roku, jest je­dy­nym do­ku­men­tem mó­wią­cym o tym, w ja­kim na­pię­ciu emo­cjo­nal­nym po­wsta­wa­ła ta książ­ka za­czy­na­ją­ca się jak ga­wę­da przy har­cer­skim ogni­sku: „Po­słu­chaj­cie opo­wia­da­nia o «Alku», «Ru­dym», «Zo­ś­ce»…”.

Dzię­ki dzie­cię­ce­mu pa­mięt­ni­ko­wi cór­ki Ka­my­ka – Ewy – zna­my do­kład­nie czas po­wsta­nia pierw­szej wer­sji „Ka­mie­ni”. To po­cząt­ko­we dni maja 1943 roku. Ka­myk dyk­to­wał swą opo­wieść żo­nie Ja­ni­nie, ukry­wa­jąc się w ma­łej ofi­cy­nie, na gra­ni­cy miej­sco­wo­ści Pia­stów i Żbi­ków pod Prusz­ko­wem. Od­na­la­zły­śmy to miej­sce z pa­nią pro­fe­sor Ewą z Ka­miń­skich Fe­lesz­ko i usi­ło­wa­ły­śmy wy­wal­czyć tam – przy uli­cy Gał­czyń­skie­go 44 – ja­kiś znak pa­mię­ci, mó­wią­cy, iż tu wła­śnie po­wsta­ła naj­sław­niej­sza książ­ka cza­sów oku­pa­cji. Nie­ste­ty – na próż­no. I po­my­śleć, że to wła­śnie w tym­że Pia­sto­wie cho­dził do szko­ły Ja­nek Byt­nar „Rudy”, że tu nas po la­tach kaź­nio­no za czy­ta­nie za­bro­nio­nych „Ka­mie­ni”, a nie­opo­dal – w Pę­ci­cach, ucie­kł­szy na wa­ga­ry, od­kry­li­śmy nie­zwy­kłą mo­gi­łę z or­łem i krzy­żem Vir­tu­ti Mi­li­ta­ri. Tu spo­czę­li żoł­nie­rze 2. plu­to­nu 3. kom­pa­nii ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” po­le­gli 2 sierp­nia 1944 roku.

Do­wód­ca plu­to­nu – Iwo Ry­giel, pseu­do­nim „Bo­gu­sław”, po­ja­wia się prze­lot­nie na kar­tach „Zoś­ki i Pa­ra­so­la”. Pa­mię­ta­jąc, jak sta­li­śmy się straż­ni­ka­mi pę­cic­kiej mo­gi­ły – uda mi się po la­tach od­two­rzyć losy tych, któ­rzy tam spo­czy­wa­ją, w IV to­mie cy­klu „Wier­na rze­ka har­cer­stwa”.

W ga­blot­kach bra­ci Ro­moc­kich na na­szej wy­sta­wie „Ka­myk na szań­cu – opo­wieść o Dru­hu Alek­san­drze Ka­miń­skim i Jego Bo­ha­te­rach” – eks­po­nu­je­my pierw­sze po­wo­jen­ne wy­da­nie „Ka­mie­ni” z roku 1946, opa­trzo­ne de­dy­ka­cją: „Pani Ja­dwi­dze Ro­moc­kiej – mat­ce dwóch wspa­nia­łych sy­nów, któ­rych pa­mię­ci w pierw­szym rzę­dzie pra­gnę po­świę­cić dal­szy ciąg «Ka­mie­ni» – je­śli będę umiał je na­pi­sać”.

Kie­dy sło­wa do­trzy­mał?

W la­tach 1946-1947 od­wie­dzał Ka­my­ka Ja­nek Ro­do­wicz „Ano­da”, żoł­nierz plu­to­nu „Fe­lek” ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”, po­rucz­nik Ar­mii Kra­jo­wej, uczest­nik ak­cji pod Ar­se­na­łem i dwu­dzie­stu in­nych w Wiel­kiej Dy­wer­sji… Ka­wa­ler Krzy­ża Vir­tu­ti Mi­li­ta­ri i dwa­kroć Krzy­ża Wa­lecz­nych. Zwa­ny – dla bra­wu­ry, wi­tal­no­ści, od­wa­gi, fan­ta­zji i nie­praw­do­po­dob­ne­go szczę­ścia – uła­nem ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”. Na pew­no nie „sły­nął z fleg­ma­tycz­ne­go tem­pe­ra­men­tu”, jak pi­sze Ka­myk! Jest to jed­na z nie­licz­nych omy­łek w cha­rak­te­ry­sty­ce bo­ha­te­rów.

„Ano­da”, dwa­kroć ran­ny w po­wsta­niu, oca­lo­ny przez przy­ja­cie­la, Stasz­ka Sie­radz­kie­go „Świ­sta”, któ­ry go wy­niósł, ry­zy­ku­jąc ży­cie, spod ostrza­łu na Sta­rów­ce, dru­gi raz, ze zgru­cho­ta­nym ra­mie­niem, prze­wie­zio­ny z ko­na­ją­ce­go Czer­nia­ko­wa na pra­ski brzeg przez pol­skich żoł­nie­rzy i Dy­wi­zji im. Ko­ściusz­ki (jed­nym z nie­licz­nych pon­to­nów, któ­ry zdo­łał do­pły­nąć) – na­tych­miast po po­wro­cie do War­sza­wy, obok prac nad wy­do­by­wa­niem spod gru­zów po­le­głych, za­czął gro­ma­dzić ar­chi­wum ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”. Od­naj­do­wał cu­dem w mi­ster­nie skon­stru­owa­nych skryt­kach oca­lo­ne do­ku­men­ty, ra­to­wał je, bła­gał tych, któ­rzy prze­ży­li: „Pisz­cie wspo­mnie­nia! Tyl­ko na­sza pa­mięć może ich oca­lić!”.

Po roz­mo­wach z Zoś­kow­ca­mi, po spo­tka­niach z „Ano­dą”, już wio­sną 1946, Ka­myk opra­co­wał część pierw­szą – „W dy­wer­sji”, za­czy­na­jąc opo­wieść przej­mu­ją­cą sce­ną prze­wo­że­nia le­śny­mi duk­ta­mi cia­ła „Zoś­ki”. Książ­ka mia­ła być dal­szym cią­giem „Ka­mie­ni na sza­niec”, mia­ła opo­wia­dać o tych, któ­rzy po odej­ściu „Ru­de­go”, „Alka”, „Zoś­ki” nadal będą peł­ni­li ich służ­bę w bra­ter­stwie i bo­ha­ter­stwie.

Har­cer­stwo od­ro­dzi­ło się po woj­nie bły­ska­wicz­nie i spon­ta­nicz­nie. Już w 1945 roku dwie­ście ty­się­cy mło­dych lu­dzi wło­ży­ło znów sza­re i zie­lo­ne mun­dur­ki, przy­pię­ło krzy­że, ukry­te pod­czas oku­pa­cji, bły­snę­ło li­lij­ka­mi. Druh Ka­miń­ski zo­stał człon­kiem Na­czel­nej Rady Har­cer­skiej. W jego ar­chi­wum za­cho­wa­ła się ko­pia re­fe­ra­tu wy­gło­szo­ne­go na kon­fe­ren­cji in­struk­to­rów 15 czerw­ca 1946 roku. Po­wie­dział: „Nie po­szli­śmy dro­gą ma­ło­dusz­ne­go słu­żal­stwa, pro­te­sto­wa­li­śmy prze­ciw­ko ob­łu­dzie, jaką na­rzu­ca się ca­łe­mu po­wo­jen­ne­mu ży­ciu, bro­ni­li­śmy z całą wia­rą w słusz­ność spra­wy ide­ałów har­cer­skich (…), bro­ni­li­śmy swej har­cer­skiej twa­rzy, ale rów­no­cze­śnie usi­ło­wa­li­śmy to wszyst­ko czy­nić w opar­ciu o nową pol­ską rze­czy­wi­stość – nie wbrew niej i nie poza nią”.

W mar­cu 1947 roku alar­mo­wał w li­ście do przy­ja­cie­la har­cer­skiej mło­do­ści – harc­mi­strza Oska­ra Żaw­roc­kie­go: „To­ta­lizm, je­dy­na or­ga­ni­za­cja mło­dzie­ży – to: 1) ogrom­ne zu­bo­że­nie ży­cia, 2) pchnię­cie sil­nie mło­dzie­ży do or­ga­ni­zo­wa­nia związ­ków kon­spi­ra­cyj­nych. Wszy­scy win­ni­śmy wyć na to jak psy i tłu­ma­czyć nie­zmor­do­wa­nie, by od tych po­my­słów od­wieść lu­dzi po­li­ty­ki! By­ła­by to ka­ta­stro­fa. Na od­wrót – trze­ba po­pie­rać włą­cze­nie w peł­no­praw­ne pol­skie ży­cie do­tąd od­su­wa­nych na bok mło­dzie­żo­wych or­ga­ni­za­cji ka­to­lic­kich. I bro­nić za wszel­ką cenę sa­mo­dziel­no­ści ZHP. (…) Nie wol­no się pod­da­wać!”. Na kwiet­nio­we świę­to har­cer­stwa roku 1947 przy­go­to­wał ga­wę­dę „Na­stęp­cy Świę­te­go Je­rze­go”. Zo­sta­ła ona przez sa­me­go mi­ni­stra oświa­ty oce­nio­na grom­kim okrzy­kiem: „Nie­bez­pie­czeń­stwo!”. Wro­go­wie ro­zu­mo­wa­li we­dle swej lo­gi­ki traf­nie. Bo jak­że w epo­ce na­ra­sta­ją­cych re­pre­sji od­czy­tać te sło­wa by­łe­go do­wód­cy ma­łe­go sa­bo­ta­żu: „Mu­si­my po­zbyć się wszel­kich wąt­pli­wo­ści i wa­hań. Mu­si­my być na­stęp­ca­mi Świę­te­go Je­rze­go w wal­ce ze wszel­kim złem. (…) Je­że­li po­sta­no­wi­li­śmy prze­bi­jać mur, nie prze­bi­jaj­my go gło­wą, lecz ja­kimś umie­jęt­nie wy­bra­nym na­rzę­dziem! Ale wal­czyć ze złem trze­ba. (…) Od­waż­nie i upo­rczy­wie, lecz ro­zum­nie i in­te­li­gent­nie. Kto by z wal­ki ze złem zre­zy­gno­wał – zre­zy­gno­wał­by z czło­wie­czeń­stwa!”. Ga­wę­da zo­sta­ła skon­fi­sko­wa­na. Na ple­num Ko­mi­te­tu Cen­tral­ne­go Pol­skiej Par­tii Ro­bot­ni­czej w tym­że kwiet­niu 1947 po­sta­no­wio­no: „Zde­ma­sko­wać na­le­ży po­zy­cję Ka­miń­skie­go jako szko­dli­wą”.

O tym, iż Ka­myk pra­co­wał nad książ­ką o „Zo­ś­ce” i „Pa­ra­so­lu” jesz­cze la­tem 1947, mówi list Ja­ni­ny Ko­wal­skiej, kol­por­ter­ki „Biu­le­ty­nu In­for­ma­cyj­ne­go”, mat­ki dwóch łącz­ni­czek: Ma­ry­ny, po­le­głej w po­wsta­niu, i Irki, za­mor­do­wa­nej w jego ostat­nich dniach z gru­pą bez­bron­nych dziew­cząt. Irka i jej po­ślu­bio­ny w po­wsta­niu mąż, „Czar­ny Jaś” Wut­t­ke – mie­li być jed­ny­mi z głów­nych bo­ha­te­rów no­wej książ­ki Ka­my­ka.

„Czę­sto i in­ten­syw­nie my­ślą je­stem przy Panu i jego pra­cy. Chcia­ła­bym swo­imi my­śla­mi po­móc Panu w pi­sa­niu – pi­sze mat­ka Irki 27 lip­ca 1947. – Już za parę dni 3-cia rocz­ni­ca Po­wsta­nia. (…) Żeby tak całe Po­wsta­nie mo­gło być opi­sa­ne!

Ja swo­ją Ma­ry­nę eks­hu­mo­wa­łam z Ogro­du Kra­siń­skich. Trud­no­ści z po­cho­wa­niem ich w kwa­te­rze «Zoś­ki» były ogrom­ne. Cały ty­dzień trwa­ły roz­mo­wy z dy­gni­ta­rza­mi, Ra­do­sław na­pi­sał b. moc­ny me­mo­riał – a ży­cie idzie swo­im to­rem. (…) Ob­sy­cha­ją łzy – za­ra­sta­ją gro­by”.

„Zo­ś­ce” miał wkrót­ce przy­być jesz­cze je­den. 7 stycz­nia 1949 za­mor­do­wa­no w Urzę­dzie Bez­pie­czeń­stwa pod­czas śledz­twa Jan­ka Ro­do­wi­cza „Ano­dę”. Jego ro­dzi­ce ura­to­wa­li ar­chi­wum – pa­mięt­ni­ki Zoś­kow­ców.

Opo­wia­da­ła mi mat­ka „Ano­dy”, Zo­fia Ro­do­wi­czo­wa, gdy ją od­wie­dza­łam w domu star­ców na Szu­biń­skiej:

– Jan­ka aresz­to­wa­no w wi­gi­lię Bo­że­go Na­ro­dze­nia 1948. Wła­śnie mie­li­śmy się dzie­lić opłat­kiem i dzię­ko­wa­łam Bogu, że oca­lił dla mnie cho­ciaż jed­no dziec­ko. Star­szy syn zgi­nął w po­wsta­niu, ale prze­cież były mat­ki, któ­rym przy sto­łach wi­gi­lij­nych sta­ły po trzy pu­ste krze­sła…

Dzwo­nek. My­śle­li­śmy, że może ktoś z bli­skich, sa­mot­nych…

Re­wi­zja była dość po­spiesz­na, da­łam Jaś­ko­wi ukrad­kiem opła­tek, żeby po­dzie­lił się w wię­zie­niu. Już go ży­we­go nie zo­ba­czy­łam. Wy­pro­wa­dzi­li. Ar­chi­wum sta­ło w pu­dłach na sza­fie. Nie wiem, ja­kim cu­dem nie za­uwa­ży­li. Po­rwa­li­śmy z mę­żem te pu­dła i za­czę­li prze­no­sić do za­przy­jaź­nio­nych są­sia­dów. Na­gle re­flek­sja – prze­cież oni po to wró­cą! Co ro­bić? Za­czę­li­śmy go­rącz­ko­wo prze­glą­dać. Trze­ba zo­sta­wić wszyst­ko o po­le­głych, ich już nie aresz­tu­ją, usu­nąć wszyst­ko, co może zgu­bić jesz­cze ży­ją­cych…

Wró­ci­li dru­gie­go dnia świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Od pro­gu py­ta­li o ar­chi­wum. Za­bra­li – te wy­se­lek­cjo­no­wa­ne przez nas reszt­ki, któ­re ni­ko­mu nie mo­gły za­szko­dzić, na ża­den na­pro­wa­dzić ich trop.

Od życz­li­wych są­sia­dów prze­nie­śli­śmy oca­lo­ne pa­mięt­ni­ki do Han­ny Dłu­go­szow­skiej. Jej już nie mie­li kogo aresz­to­wać. Mąż, sław­ny przed woj­ną pi­lot – zgi­nął w ka­ta­stro­fie lot­ni­czej. Oby­dwaj sy­no­wie, Ma­rek „Ba­obab” i An­drzej „Dłu­gi”, Zoś­kow­cy, po­le­gli w po­wsta­niu… Ba­li­śmy się, że mogą nas śle­dzić, umó­wi­li­śmy się na kon­takt – jak za oku­pa­cyj­nych cza­sów – w ko­ście­le Zba­wi­cie­la na ja­kiejś mszy. Zbie­la­ła jesz­cze bar­dziej. I mnie si­wi­zny przy­by­ło, bo nic o Jaś­ku nie wie­dzie­li­śmy – gdzie go trzy­ma­ją, co się z nim dzie­je, szy­ko­wa­łam pacz­ki, cho­dzi­łam pod wię­zie­nie na Ra­ko­wiec­kiej, nie przyj­mo­wa­li… A on już nie żył.

Han­na, klę­cząc obok mnie – to pa­mię­tam – szep­ta­ła taką dzi­wacz­ną li­ta­nię: …I od­puść nam na­sze winy… Od­da­łam mat­ce „Hani Bia­łej”… I od­puść nam na­sze winy… U mnie już nie… I od­puść nam… Dzię­ku­ję za wszyst­ko…

Prze­że­gna­ła się i po­szła. Do „jako i my od­pusz­cza­my” nie do­brnę­ła.

Te pa­mięt­ni­ki przy­ja­ciół i to­wa­rzy­szy bro­ni jej sy­nów były ostat­nią lek­tu­rą mat­ki. Han­na Dłu­go­szow­ska, otrzy­mu­jąc nie­mal co­dzien­nie wia­do­mo­ści o no­wych aresz­to­wa­niach wśród Zoś­kow­ców, po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo.

Ar­chi­wum prze­ka­za­ła swej przy­ja­ciół­ce, in­nej mat­ce – Ire­nie Za­krzew­skiej. I jej nie mie­li kogo uwię­zić. Ha­nia Za­krzew­ska, dla pięk­no­ści swych ja­snych wło­sów zwa­na Bia­łą, zgi­nę­ła – jak An­drzej „Dłu­gi” – pod­czas pierw­szych dni po­wsta­nia na Woli…

Tyle mat­ka Ano­dy.

Do­tar­łam wio­sną 1985 do oboj­ga jesz­cze ży­ją­cych ro­dzi­ców „Hani Bia­łej”. Mat­ka Hani ofia­ro­wa­ła mi li­sty Ka­my­ka i opo­wie­dzia­ła dal­szy ciąg dra­ma­tycz­nych lo­sów ar­chi­wum „Ano­dy”:

– My, mat­ki po­le­głych, bar­dzo zbli­ży­ły­śmy się, ja­koś tak przy­tu­li­ły do sie­bie. Ja­dwi­ga Ro­moc­ka sta­ra­ła się nas łą­czyć, za­wsze mó­wi­ła: – An­drzej był ich do­wód­cą, dbał o nich, te­raz tak ja mu­szę dbać o was – ich mat­ki. Naj­bied­niej­sze były te, któ­re dzie­ci zna­leźć nie mo­gły i nie zna­la­zły, jak pani Ko­wal­ska, któ­ra cór­ki Irki, żony Czar­ne­go Ja­sia, szu­ka­ła mie­sią­ca­mi. Inne nie wie­rzy­ły, jak pani Ste­fa­nia Ba­czyń­ska, cią­gle po­wta­rza­ła: – Nig­dy, nig­dy nie uwie­rzę w śmierć Krzy­cha, on żyje, on jest gdzieś za gra­ni­cą, on wró­ci.

Han­ka Dłu­go­szow­ska swo­ich chłop­ców zna­la­zła obu. Ja moją Ha­nię też. Nie mia­ły­śmy na kogo cze­kać. A te­raz my, mat­ki dzie­ci po­bi­tych, pa­trzy­ły­śmy, jak ci ostat­ni ich przy­ja­cie­le, któ­rzy prze­ży­li – idą do wię­zień – może na za­tra­ce­nie.

Przy­szła Han­ka Dłu­go­szow­ska. Wie­dzie­li­śmy już o aresz­to­wa­niu Ano­dy. Nio­sła ja­kieś tor­by:

– Zoń­ka Ro­do­wi­czo­wa dała mi na prze­cho­wa­nie te pa­mięt­ni­ki, któ­re Ja­nek ze­brał. Wiesz, ja tam od­na­la­złam mo­ich – po­wie­dzia­ła. I wy­su­płu­je te kart­ki. Ja­kieś za­pi­ski An­drze­ja, roz­wa­ża­nia o róż­ni­cy mię­dzy wy­kształ­ce­niem a mą­dro­ścią, de­fi­ni­cje czło­wie­ka mą­dre­go, któ­ry ma wła­ści­wą hie­rar­chię war­to­ści…

– No po­patrz, czym to się ci moi sy­no­wie zaj­mo­wa­li mię­dzy wy­sa­dza­niem po­cią­gów i stu­dia­mi w pod­cho­rą­żów­ce – Han­ka po­gła­ska­ła pa­pie­rek de­li­kat­nie. – A do Mar­ka to się w po­wsta­niu przy­plą­tał pies. Do­wie­dzia­łam się z tego wspo­mnie­nia Bila. Ja w ogó­le nie pa­mię­tam tego chłop­ca, szko­da. Ład­nie pi­sze, że „Ba­obab” ol­brzym opie­ko­wał się tym kun­del­kiem i prze­zwa­li go Sa­dzik, bo ich plu­ton był „Sad”. I nie wia­do­mo, co się sta­ło z Sa­dzi­kiem, jak Ma­rek zgi­nął. Może ja we­zmę te­raz ja­kie­goś psa, jak my­ślisz, Iren­ko?

– Tak, tak, na­ma­wia­łam, żeby wzię­ła! – I na­zwę go Sa­dzik! – po­wie­dzia­ła, że­gna­jąc się i zo­sta­wia­jąc mi te pa­mięt­ni­ki. – Bo tu im bę­dzie le­piej niż u mnie! – wy­rze­kła, jak­by to było coś ży­we­go.

Nie wzię­ła Sa­dzi­ka. Po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo.

Prze­ży­ła śmierć sy­nów. Ale śmier­ci cy­wil­nej tych, co po­zo­sta­li – nie mo­gła.

Alek­san­der Ka­miń­ski nie na­pi­sał o śmier­ci „Ba­oba­ba”, ani o Sa­dzi­ku…

O mo­jej Hani też nie.

Kie­dy mat­ka „Dłu­gie­go” i „Ba­oba­ba” zo­sta­wi­ła nam te wspo­mnie­nia Zoś­ko­we – prze­czy­ta­łam u „Świ­sta”, jak Ha­nia za­grze­wa­ła ich do wal­ki – a za chwi­lę, jak zo­ba­czył ją na kar­to­fli­sku i jej wło­sy pra­wie bia­łe, tak ja­sne, cze­pia­ją­ce się naci. I Ta­dzio „Lesz­czyc” tak pięk­nie o niej na­pi­sał – jak się prze­bi­ja­li ze Spo­koj­nej, moja Ha­nia bie­gła do ran­ne­go w strasz­nym ogniu. Ale ja nie mam żalu, że Hani nie ma w „Zo­ś­ce i Pa­ra­so­lu”. Wiem, że pan Alek­san­der mu­siał wy­bie­rać…

Sio­stra moja, Ma­ry­la Ło­skie­wicz-Pasz­ko­wicz, to jego ko­le­żan­ka z taj­ne­go har­cer­stwa w Hu­ma­niu! No­si­ła pseu­do­nim „Szczę­sna”. Ma­ry­la od­na­la­zła pana Ka­miń­skie­go po po­wsta­niu w Ło­dzi, utrzy­my­wa­ła z nim ser­decz­ny kon­takt. Po prze­czy­ta­niu prze­cho­wy­wa­nych u mnie pa­mięt­ni­ków po­wie­dzia­ła: – On by je oca­lił…

„Wśród lu­dzi mi bar­dzo bli­skich były ostat­nio w War­sza­wie bar­dzo cięż­kie przej­ścia – mu­sia­łeś zresz­tą czy­tać ko­mu­ni­kat o aresz­to­wa­niach resz­tek lu­dzi z by­łych Ba­ta­lio­nów «Zoś­ka» i «Pa­ra­sol»” – pi­sze Ka­myk Oska­ro­wi Żaw­roc­kie­mu 28 lu­te­go 1949.

Strasz­ny rok. 7 stycz­nia gi­nie, wy­rzu­co­ny przez okno w cza­sie śledz­twa, Ja­nek Ro­do­wicz „Ano­da”, wier­ny łącz­nik Ka­my­ka z tymi, któ­rzy prze­ży­li po­wsta­nie. Aresz­to­wa­nia na­ra­sta­ją gwał­tow­nie – wię­zie­nia na Ra­ko­wiec­kiej, w For­do­nie, Ra­wi­czu, we Wron­kach za­peł­nia­ją te „reszt­ki” obu har­cer­skich ba­ta­lio­nów. Bog­dan Decz­kow­ski, Bog­dan Ce­liń­ski, Han­ka Bor­kie­wi­czów­na (wy­nie­sio­na cu­dem ze Sta­rów­ki, ran­na, przy­wró­co­na ży­ciu, wspie­ra­ła ojca – puł­kow­ni­ka Ada­ma Bor­kie­wi­cza – w pra­cy nad mo­no­gra­fią po­wsta­nia), Sta­szek Sie­radz­ki „Świst”, An­drzej Wol­ski „Jur”, wszy­scy do­sta­ją wy­so­kie wy­ro­ki – nie­rzad­ko śmier­ci, za­mie­nio­ne na do­ży­wo­cie. Hal­ka Du­nin-Kar­wic­ka z „Pa­ra­so­la” – przy­szła bo­ha­ter­ka książ­ki Ka­my­ka „Zoś­ka i Pa­ra­sol” – opusz­cza śledz­two na no­szach… Prze­słu­chu­je ją oso­bi­ście obe­rkat bez­pie­ki – Ró­żań­ski. Umie­ra­ją­ce­mu z ran po po­wsta­niu mę­żo­wi, harc­mi­strzo­wi Wac­ko­wi, pseu­do­nim „Luty”, do­wód­cy kom­pa­nii w „Pa­ra­so­lu”, obie­ca­ła, że wszy­scy Pa­ra­so­la­rze spo­czną ra­zem obok sie­bie na Po­wąz­kach, nie­opo­dal „Zoś­ki”. Do­trzy­ma­ła sło­wa.

I zo­sta­je ska­za­na na sześć lat, utra­tę praw oby­wa­tel­skich i ho­no­ro­wych, prze­pa­dek mie­nia za to, że (we­dług wy­ro­ku) „była kon­ty­nu­ator­ką wię­zi gru­po­wej resz­tek ujaw­nio­nych od­dzia­łów «Pa­ra­so­la», przez udział w pra­cach eks­hu­ma­cyj­nych była świa­do­ma, że od­dzia­ły zo­sta­ją utrzy­ma­ne w gru­po­wej wię­zi ce­lem usi­ło­wa­nia zmia­ny prze­mo­cą ustro­ju Pań­stwa Pol­skie­go”!

Alek­san­der Ka­miń­ski od­cho­dzi z Na­czel­nej Rady Har­cer­stwa już w 1947 roku. W 1949 zo­sta­je wy­rzu­co­ny ze Związ­ku Har­cer­stwa Pol­skie­go, któ­ry w tym­że roku uni­ce­stwio­no. W roku 1950 usu­wa­ją Ka­my­ka z Uni­wer­sy­te­tu. Od­zy­wa się gruź­li­ca… Jest umie­ra­ją­cy…

„ZIAR­NA MOCY, PIĘK­NA I WIEL­KO­ŚCI…”

Od de­dy­ka­cji-obiet­ni­cy zło­żo­nej Ja­dwi­dze Ro­moc­kiej mi­nę­ło sześć cięż­kich lat. 25 stycz­nia 1952 od­po­wie­dział Ka­myk gorz­ko Żaw­roc­kie­mu: „Py­tasz, cze­mu nie pi­szę ja­kiejś wiel­kiej po­wie­ści, za­miast Ja­ćwin­gów. Dra­ma­tycz­ne py­ta­nie. Po­dob­ne za­da­wa­li mi przez kil­ka lat – nie­kie­dy na­tar­czy­wie – moi kon­spi­ra­cyj­ni przy­ja­cie­le: – Kie­dy za­bio­rę się do dal­szej czę­ści «Ka­mie­ni na sza­niec»?

Nig­dy.

Pró­bo­wa­łem – i nic nie wy­szło. Dłu­go mę­czy­łem się, za­nim zna­la­złem przy­czy­nę: pi­sać do­brze moż­na tyl­ko o tym, co się bar­dzo do­brze zna i co się ak­tu­al­nie go­rą­co prze­ży­wa. Ja prze­sta­łem brać udział w wiel­kim, kon­kret­nym i go­rą­cym ży­ciu, prze­sta­łem wie­le wi­dzieć i na­mięt­nie czuć. A to, co było na­wet przed paru laty – za­cie­ra się w kon­tu­rach, blak­nie w wy­obraź­ni i w uczu­ciach (…). Po­wie­ści nie na­pi­szę już nig­dy. Ani do­brej no­we­li”.

Ta­jem­ni­czy Ja­ćwin­go­wie – to bo­ha­te­ro­wie pra­cy ma­gi­ster­skiej Ka­my­ka (ukoń­czył wy­dział hu­ma­ni­stycz­ny Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go w 1928 roku), wa­lecz­ne ple­mię, któ­re wy­gi­nę­ło u schył­ku XIII wie­ku, za­nim po­sia­dło sztu­kę pi­sa­nia. Dźwi­ga­ją­cy się z cho­ro­by Ka­myk pra­cu­je nie­stru­dze­nie, roz­wi­ja­jąc te­mat ja­ćwin­go­wy w po­tęż­ną dy­ser­ta­cję. Pi­sał też mo­nu­men­tal­ną hi­sto­rię pol­skich związ­ków mło­dzie­ży, owych „wspól­not przy­jaź­ni”…

Po śmier­ci Sta­li­na – nad­cho­dzi czas tak zwa­nej od­wil­ży.

3 lu­te­go 1955 Ka­myk po­wia­da­mia Oska­ra z uśmie­chem: „Mo­no­po­li­stycz­ne pa­no­wa­nie Ja­ćwin­gów już się skoń­czy­ło, za­bie­ram się do pi­sa­nia wiel­kie­go opo­wia­da­nia”… Do­cie­ra doń ar­chi­wum Ano­dy.

Mat­ka „Hani Bia­łej” pi­sa­ła (bez daty, ale dzięk­czyn­na od­po­wiedź Ka­my­ka z 28 lu­te­go 1956 umiej­sca­wia rzecz w cza­sie): „Te pa­mięt­ni­ki otrzy­ma­łam od mat­ki Dłu­gie­go i Ba­oba­ba, bie­dacz­ka w peł­ni zdro­wia i w peł­ni swe­go nad wy­raz war­to­ścio­we­go ży­cia po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo, nie mo­gła znieść stra­ty sy­nów i jak­by za­ła­ma­nia się tych ide­ałów, za któ­re oni od­da­li swe mło­de, szla­chet­ne ży­cia. (…) Te pa­mięt­ni­ki są dla nas, ma­tek, świę­tą re­li­kwią”.

Te ko­bie­ty włą­czył Ka­myk do swej pra­cy. Skła­da­ły mu re­la­cje o swych po­le­głych, pro­wa­dzi­ły pra­ce re­dak­cyj­ne. Ja­dwi­ga Ro­moc­ka, Ja­ni­na Ko­wal­ska.

Tyl­ko pani Ste­fa­nia Ba­czyń­ska nie do­ży­ła cza­su prac nad „Zoś­ką i Pa­ra­so­lem” ani po­śmiert­ne­go try­um­fu wier­szy syna. Umar­ła w domu star­ców w 1953 roku, sa­mot­na. W jed­nym z ostat­nich li­stów w lu­tym 1947 roku, tuż po po­grze­bie syna, pi­sa­ła: „(…) od­cho­dzę od wszyst­kie­go, co nie jest bo­daj wspo­mnie­niem o Krzy­chu”.

Mat­ka do­wód­cy Krzysz­to­fa – Ja­dwi­ga Ro­moc­ka – ca­łym ser­cem za­an­ga­żo­wa­ła się w pra­cę Ka­my­ka.

Zma­gał się z su­ge­stia­mi, spro­sto­wa­nia­mi, proś­ba­mi, ape­la­mi. Nie­któ­rzy Zoś­kow­cy uwa­ża­li, że wy­bór bo­ha­te­rów nie jest spra­wie­dli­wy, że byli inni – dziel­niej­si i god­niej­si, zda­wa­li so­bie spra­wę, że książ­ka ta weź­mie na skrzy­dła le­gen­dy tyl­ko wy­bra­nych, ża­ło­wa­li po­mi­nię­tych, po­le­głych. Inni – uzna­wa­li wi­ze­run­ki przy­ja­ciół za zbyt bla­de. Oba­wy bu­dził ty­tuł. Sta­ni­sław Bro­niew­ski „Or­sza” (dru­gi po wspa­nia­łym Flo­ria­nie Mar­ci­nia­ku „Sza­rym” na­czel­nik Sza­rych Sze­re­gów) za­sta­na­wiał się, czy dla nie­wta­jem­ni­czo­nych w Sza­ro­sze­re­go­we dzie­je po upły­wie lat nie bę­dzie on wy­wo­ły­wał ja­kichś zu­peł­nie in­nych sko­ja­rzeń – i czy nie zo­sta­nie od­czy­ta­ny jak na przy­kład coś w ro­dza­ju „Han­ka i ka­lo­sze”.

Mat­ka An­drze­ja „Mor­ro” pi­sa­ła 30 paź­dzier­ni­ka 1957, krze­piąc Ka­my­ka w roz­ter­kach: „Naj­zu­peł­niej po­dzie­lam Pana sta­no­wi­sko w ogra­ni­cze­niu szcze­gó­łów i na­pły­wa­ją­cych po­pra­wek, któ­re wy­da­wa­ły mi się od po­cząt­ku, po na­pi­sa­niu, już bez­ce­lo­we. I nie umiem so­bie na­wet tej pra­cy wy­obra­zić bez stra­ty «na tem­pe­ra­tu­rze uczu­cio­wej» i sta­ram się wszyst­kich prze­ko­nać, że to jest «opo­wia­da­nie» czy opo­wieść o lu­dziach – o ich du­cho­wych zma­ga­niach, o at­mos­fe­rze ich pra­cy i wal­ki, a nie kro­ni­ka czy hi­sto­ria.

Ty­tuł «Zoś­ka i Pa­ra­sol» wy­da­je mi się naj­lep­szy i je­stem pew­na, że bę­dzie atrak­cyj­ny, że nic na tym nie stra­ci póź­niej­sza pra­ca hi­sto­rycz­na – prze­ciw­nie, za­chę­ci do po­zna­nia. O An­drze­ja ani na chwi­lę nie mia­łam i nie mam naj­mniej­szej oba­wy i cie­szę się, że Go po­znał Pan le­piej, dla­te­go wła­śnie tak bar­dzo za­le­ża­ło mi na wy­sła­niu Czar­ta – Lau­dań­skie­go – Wi­tol­da. Czart to ten, któ­ry do mnie po­wie­dział 23 II 45 r. «pro­szę nie szu­kać lu­dzi do eks­hu­ma­cji – An­drze­ja i Jaś­ka, nikt ich obu nie do­tknie» – taki był przy po­zna­niu – i taki po­zo­stał – to­też opi­nia Pana o Nim jest dla mnie wiel­ką ra­do­ścią.

By­łam 26 VIII na Ja­snej Gó­rze – ogar­nia­łam my­ślą wszyst­kich bli­skich – Pana wiel­kie Ser­ce dla mo­ich Chłop­ców i Zoś­kow­ców wszyst­kich, któ­rych Pan wpro­wa­dza w ży­cie na­sze. Na nowo”.

Ka­myk rze­tel­nie kon­sul­to­wał swą pra­cę tak­że z jej ży­ją­cy­mi bo­ha­te­ra­mi. Jest w jego ar­chi­wum wie­lo­stro­ni­co­wy list wspo­mnia­ne­go przez pa­nią Ro­moc­ką Stasz­ka Lech­mi­ro­wi­cza „Czar­ta” z dnia 28 paź­dzier­ni­ka 1956, kwe­stio­nu­ją­cy „Epi­log”, któ­re­go był obok Bog­da­na Ce­liń­skie­go „Wik­to­ra” po­sta­cią cen­tral­ną. Ich li­te­rac­ki dia­log, wkom­po­no­wa­ny przez Ka­my­ka w au­ten­tycz­ną sce­nę, kie­dy usi­ło­wa­li prze­drzeć się z ko­na­ją­ce­go Czer­nia­ko­wa na Pra­gę po ze­rwa­nych przę­słach mo­stu Po­nia­tow­skie­go, na­zy­wa „Czart” „dys­ku­sją nie­re­al­ną”: „bo tak chy­ba, mimo wszyst­ko, trze­ba by na­zwać roz­mo­wę z Wik­to­rem o Ter­mo­pi­lach i Ko­ściusz­ce, wo­bec fak­tu, że obaj by­li­śmy u kre­su wy­czer­pa­nia, że mie­li­śmy go­rącz­kę i sta­li­śmy na gra­ni­cy ma­li­gny, że w ta­kich sy­tu­acjach in­a­czej się my­śli, a pra­wie nie roz­ma­wia, że jest mowa o prze­rżnię­ciu po­wsta­nia, a więc wkła­da się w na­sze usta sło­wa, któ­re wpro­wa­dza­ją czyn­nik, któ­ry wte­dy wśród nas ani w tej for­mie, ani w tym aspek­cie nie wy­stę­po­wał”.

Ka­myk „Epi­log” zmie­nił. Nie ma już ani Ter­mo­pil, ani Ko­ściusz­ki, tyl­ko dwóch ran­nych, pół­przy­tom­nych po­wstań­ców, brną­cych ku Wi­śle. Fi­nał książ­ki jest pra­wie do­kład­nym po­wtó­rze­niem pa­mięt­ni­ka „Czar­ta” z 1945 roku:

„Reszt­ką sił ści­ska­my się z Wik­to­rem i osu­wa­my bez­sil­nie na żwir.

Gdzieś da­le­ko, na dru­giej stro­nie gra ce­ka­em, a przed nimi szy­bu­je ja­sna wstę­ga ra­kie­ty… Zmę­czo­ne oko chwy­ta jesz­cze błysk wy­nu­rza­ją­ce­go się zza fi­la­ru ba­gne­tu.

– Kto idzie?

– P o w s t a ń c y”.

Wśród po­wstań­ców z „Zoś­ki”, któ­rzy wspie­ra­li Ka­my­ka w pra­cy nad książ­ką na czo­ło­we miej­sce wy­su­nął się Ju­liusz Bog­dan Decz­kow­ski-Lau­dań­ski, wię­zień Pa­wia­ka, bo­ha­ter Po­wsta­nia, wię­zień PRL-u.

Po­wie­dział mi:

– Sie­dzia­łem we Wron­kach, wi­dzia­łem z da­le­ka wy­so­ką po­stać „Świ­sta”, po­sta­wio­ne­go twa­rzą do ścia­ny. Przy­po­mi­na­łem, jak śpie­wa­li­śmy w po­wsta­niu pio­sen­kę „Ziut­ka” Szcze­pań­skie­go z „Pa­ra­so­la”:

A gdy miną już dni – wal­ki, sztur­mów i krwi,

Ale­ja­mi z pa­ra­dą, bę­dziem szli z de­fi­la­dą,

W wol­ną Pol­skę, co wsta­ła z na­szej krwi.

I taka była na­sza de­fi­la­da.

Aw 1956 roku spo­tka­ła mnie wiel­ka na­gro­da – współ­pra­ca z dru­hem Ka­miń­skim przy książ­ce „Zoś­ka i Pa­ra­sol” od chwi­li, kie­dy po­sła­łem mu to­mik wier­szy Krzy­sia Ba­czyń­skie­go „Śpiew z po­żo­gi”. Mat­ka Krzy­sia, któ­ry był w mo­jej dru­ży­nie, na­pi­sa­ła mi de­dy­ka­cję: „Przy­ja­cie­lo­wi mego syna…”.

Dzie­ląc się z Bog­da­nem swy­mi roz­ter­ka­mi, Ka­myk pi­sał: „Jest dla mnie ja­snym, że po­nie­waż nie by­łem żoł­nie­rzem Wa­szych ba­ta­lio­nów – mogę po­peł­niać ja­kieś nie­wła­ści­wo­ści w cha­rak­te­ry­sty­kach, oce­nach etc. Moja głów­na rola, Ko­cha­ny Dru­hu, nie po­le­ga na tym, że­bym miał moż­li­wie ści­śle od­twa­rzać ty­sięcz­ne fak­ty, lecz na czym in­nym: ja je­den tyl­ko je­stem w sta­nie po­wie­dzieć jed­ną praw­dę naj­waż­niej­szą, ona po­win­na przede wszyst­kim prze­trwać”.

Udo­ku­men­to­wa­ny rze­tel­nie tom, po­tęż­ny fresk, po­wstał szyb­ko. Od pierw­sze­go sy­gna­łu w li­ście do Żaw­roc­kie­go mi­nę­ło pół­to­ra roku. 21 czerw­ca 1956 roku – na ty­dzień przed straj­kiem ro­bot­ni­ków po­znań­skich – Ka­myk za­koń­czył pra­cę nad „opo­wie­ścią o nie­któ­rych lu­dziach i nie­któ­rych ak­cjach dwóch ba­ta­lio­nów har­cer­skich” – „Zoś­ka” i „Pa­ra­sol”.

To praw­da – nie był żoł­nie­rzem opi­sy­wa­nych ba­ta­lio­nów. Ale prze­żył z ich bo­ha­te­ra­mi czas ma­łe­go sa­bo­ta­żu i Wiel­kiej Dy­wer­sji, prze­żył po­wsta­nie – gdy jego „Biu­le­tyn In­for­ma­cyj­ny” stał na stra­ży każ­de­go po­wstań­cze­go dnia. To­wa­rzy­szy ge­ne­ra­ło­wi „Mon­te­ro­wi”, An­to­nie­mu Chru­ście­lo­wi, w in­spek­cji po­wstań­czych od­dzia­łów – przez ba­ry­ka­dy Że­la­znej, Mie­dzia­nej, Srebr­nej, pierw­sze stro­ny „Biu­le­ty­nu” po­świę­ca he­ro­icz­ne­mu bo­jo­wi Sta­rów­ki, gdzie wal­czy „Zoś­ka”, wal­czy „Pa­ra­sol”…

„Na krań­cach tej bo­ha­ter­skiej for­te­cy, wśród gru­zów i zwa­lisk, przy­war­ły do zie­mi na­sze od­dzia­ły. Nie ma pra­wie wśród żoł­nie­rzy Sta­re­go Mia­sta lu­dzi, któ­rzy nie mie­li na so­bie ban­da­ży. Ich broń, przy po­mo­cy któ­rej prze­ciw­sta­wia­ją się naj­no­wo­cze­śniej­szym ma­szy­nom wo­jen­nym – to pi­sto­le­ty, ka­ra­bi­ny, gra­na­ty i lek­ka broń ma­szy­no­wa. (…)

W czym­że tkwi ta moc, ta siła, któ­ra po hu­ra­ga­no­wej na­wa­le ognia nie­przy­ja­ciel­skie­go po­tra­fi osa­dzić na miej­scu sztur­mu­ją­ce czoł­gi i po­su­wa­ją­cą się za nimi pie­cho­tę? (…) Praw­da jest tyl­ko ta: na Sta­rym Mie­ście wal­czą naj­cu­dow­niej­si żoł­nie­rze, ja­kich wy­da­ło na­sze po­ko­le­nie. He­ro­izm wal­czą­cych żoł­nie­rzy udzie­la się stu­ty­sięcz­nej lud­no­ści Sta­re­go Mia­sta. (…)

Sta­re Mia­sto – ser­ce Po­wstań­czej War­sza­wy – krwa­wi, pło­nie i wal­czy. (…) Ale wśród tylu ruin i zgliszcz za­sia­ne zo­sta­ły ziar­na ta­kiej mocy, pięk­na i wiel­ko­ści – że plo­ny z nich umac­niać będą pol­ską du­szę przez wie­ki całe”.

Na­le­żą­ca do re­dak­cji „Biu­le­ty­nu” har­cer­ka – Zula Wi­śniew­ska (obec­nie Mach­now­ska) – opo­wia­da­ła mi:

– Było to w pierw­szych dniach wrze­śnia, gdy przy­szedł do Ka­my­ka, kuś­ty­ka­jąc, Ry­szard Bia­ło­us, harc­mistrz, huf­co­wy Po­wi­śla za przed­pow­stań­czych cza­sów, te­raz ka­pi­tan Je­rzy, do­wód­ca ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”. Przedarł się z gru­pą po­wstań­ców ze Sta­rów­ki do Śród­mie­ścia przez Ogród Sa­ski. Wte­dy Ka­myk po raz pierw­szy usły­szał od na­ocz­ne­go świad­ka na go­rą­co zre­la­cjo­no­wa­ną opo­wieść o tym wy­czy­nie, któ­ry opi­sze po la­tach w „Zo­ś­ce i Pa­ra­so­lu”.

Ry­szard opo­wia­dał twar­do, żoł­nier­sko, krót­ko. Prze­skok w huku gra­na­tów do ko­ścio­ła świę­te­go An­to­nie­go, osa­cze­ni w ostrze­li­wa­nych piw­ni­cach – prze­cze­ku­ją cały dzień, ran­ni, bez kro­pli wody, nocą – spo­koj­nym kro­kiem, w mun­du­rach i nie­miec­kich heł­mach, zsu­nąw­szy opa­ski po­wstań­cze – idą obok po­ste­run­ków nie­miec­kich, wy­mie­nia­jąc z nimi uwa­gi:

– Wy skąd?

– Z pa­ła­cu Brüh­la!

– Uwa­żaj­cie, bo tu ostrzał!

W re­la­cji Je­rze­go po­wta­rza się imię An­drze­ja „Mor­ro” – do­wód­cy kom­pa­nii „Rudy”. Jego wy­trwa­łość, cier­pli­wość, roz­wa­ga, czuj­ność, od­por­ność. Jest ran­ny, ale do­wo­dzi. To on utrzy­mu­je na wo­dzy ner­wy od­dzia­łu, gdy sie­dzą w piw­ni­cy, a wo­kół krą­żą Niem­cy, wrzu­ca­jąc gra­na­ty. Kie­dy czy­ta­łam „Zoś­kę i Pa­ra­sol” – wi­dzia­łam chwi­lę, kie­dy Bia­ło­us opo­wia­da Ka­my­ko­wi tę sce­nę – na go­rą­co.

Na go­rą­co – pod­czas po­wsta­nia – do­cie­ra też do Ka­my­ka wieść o śmier­ci „Pio­tra Po­mia­na” – Eu­ge­niu­sza Sta­siec­kie­go. Ktoś z „Zoś­ki” opo­wia­da mu o ostat­nim ogni­sku „Pio­tra”…

Ka­myk opi­sze ta­kie ogni­sko w książ­ce „Zoś­ka i Pa­ra­sol”, opi­sze śmierć „Pio­tra” na Staw­kach… Ale – o dzi­wo – bę­dzie to bled­sze, mniej wy­ra­zi­ste i przej­mu­ją­ce niż opis za­miesz­czo­ny w „Biu­le­ty­nie” z 29 sierp­nia: „Noc już gwiaź­dzi­sta. Cie­pły wiatr gła­ska twa­rze. Od­dzia­ły po­su­wa­ją się ci­cho… gdy od­le­głość od czu­jek nie­miec­kich zmniej­szy­ła się do mi­ni­mum – Niem­cy mu­sie­li coś wy­czuć. Na­gle bla­ski re­flek­to­rów oświe­tli­ły przed­po­le, a rów­no­cze­śnie nie­miec­kie gra­nat­ni­ki i ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we otwo­rzy­ły gwał­tow­ny ogień. (…) Druh Piotr dzia­łał w ta­kich wy­pad­kach od­ru­cha­mi na­by­ty­mi w licz­nych po­przed­nich wal­kach: trze­ba być oso­bi­ście tam, gdzie naj­cię­żej (…), zry­wa się i pę­dzi do czo­ło­we­go plu­to­nu (…), za­ta­cza się w bok i pada”. Nie od­na­le­zio­no jego cia­ła. W „Biu­le­ty­nie” epi­ta­fium „Druh Piotr” za­koń­czył Ka­myk sło­wa­mi: „Mówi się, że rze­czą nie­mę­ską jest prze­czu­le­nie, za­du­ma, ma­rze­nie. Ale har­ce­rzom z ba­ta­lio­nu «Zoś­ka» wy­da­je się, że my­śli i uczu­cia «Pio­tra» są z nimi. Zbyt sil­nie byli ze sobą zwią­za­ni. Wy­da­je się nie­kie­dy, że krą­ży gdzieś tam w pierw­szej li­nii, cho­dzi od jed­ne­go do dru­gie­go żoł­nie­rza i mówi coś swo­im życz­li­wym, do­brym gło­sem”.

„PI­SA­ŁEM Z PO­TRZE­BY SER­CA”

4 paź­dzier­ni­ka 1956 Ka­myk na­pi­sał: „Jesz­cze do­tych­czas nie mogę przyjść do sie­bie po od­da­niu «Zoś­ki i Pa­ra­so­la». Je­stem roz­ło­żo­ny fi­zycz­nie i ner­wo­wo”. Te sło­wa mó­wią, że książ­ka po­wsta­wa­ła w nie mniej­szym na­pię­ciu niż „Ka­mie­nie”. Nie bez po­wo­du au­tor mówi, że ko­cha swych bo­ha­te­rów.

16 paź­dzier­ni­ka (na­le­ża­ło­by na­pi­sać wiel­ką li­te­rą) 1956 pani Ja­ni­na Ko­wal­ska zło­ży­ła ma­szy­no­pis w Wy­daw­nic­twie Iskry, peł­na nie­po­ko­ju: „Boję się o los tej książ­ki – je­stem pe­sy­mist­ką – no i tak im wszyst­kim nie wie­rzę! Od­da­jąc dziś pacz­kę – mia­łam uczu­cie, że lwom na po­żar­cie”. Mamy cie­ka­wą re­la­cję jed­ne­go z „lwów”. W pół wie­ku po po­wsta­niu, a w lat czter­dzie­ści od opi­sy­wa­ne­go wy­da­rze­nia – Ry­szard Wa­si­ta wspo­mi­na, jak bę­dąc pod­ów­czas dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nim re­dak­to­rem „Iskier”, po­sta­wił so­bie za cel na­wią­za­nie kon­tak­tu z au­to­rem „Ka­mie­ni na sza­niec”: „Wie­lo­krot­nie (…) od­wie­dza­łem Po­wąz­ki Woj­sko­we, krą­żąc mię­dzy brzo­zo­wy­mi krzy­ża­mi mo­ich star­szych po­le­głych ko­le­gów. Mó­wi­łem so­bie – oto na­sza wła­sna i mło­da gwar­dia, prze­mil­cza­na w szko­le, w książ­ce, w pra­sie, w prze­ci­wień­stwie do tej ob­cej «mło­dej gwar­dii» tak na­tręt­nie wci­ska­nej w mło­de pol­skie gło­wy. Na­pi­sa­łem o tym wszyst­kim do Ło­dzi, gdzie miesz­ka­li wów­czas pań­stwo Ka­miń­scy”. Z wi­zy­ty w stycz­niu 1956 wy­je­chał ob­da­ro­wa­ny nową edy­cją „Ka­mie­ni” i de­dy­ka­cją, któ­rą uzna za „bo­daj naj­waż­niej­szą w ży­ciu”. Ka­myk uznał, że „ser­decz­ne sło­wa o woj­sko­wym cmen­ta­rzu po­wąz­kow­skim – mło­de­go czło­wie­ka – przy­czy­ni­ły się de­cy­du­ją­co do po­wsta­nia dal­sze­go cią­gu tej książ­ki”. „(…) Pra­co­wał in­ten­syw­nie nad dzie­ja­mi pol­skich związ­ków mło­dzie­żo­wych – opo­wia­da Wa­si­ta. – Była to pra­ca za­kro­jo­na na kil­ka to­mów. A jed­nak druh Ka­miń­ski (bo był dru­hem aż do śmier­ci) pod­jął na­tych­miast pra­cę nad przy­bli­ża­niem mło­dym po­ko­le­niom tak dro­gich jego ser­cu lu­dzi z dwóch ba­ta­lio­nów har­cer­skich Ar­mii Kra­jo­wej”(…).

Nie­ste­ty, od­wilż 1956 roku, jak każ­de zja­wi­sko at­mos­fe­rycz­ne, nie była ugrun­to­wa­na i trwa­ła. Książ­ka tra­fi­ła do cen­zu­ry na uli­cę My­sią i wy­ma­ga­ła wal­ki o bar­dzo wie­le nie tyl­ko stron, ale wręcz po­szcze­gól­nych zdań. Spra­wa opar­ła się o dość wów­czas wy­so­ki szcze­bel w hie­rar­chii in­sty­tu­cji na uli­cy My­siej. To i owo uda­ło się wy­bro­nić, ale nie wszyst­ko. Na pew­no nie uda­ło się wy­bro­nić ta­kich tek­stów o Sta­li­nie, któ­re moż­na zna­leźć w pier­wot­nej wer­sji ma­szy­no­pi­su, prze­cho­wy­wa­nej w ar­chi­wum Ka­miń­skie­go: «Sta­lin, jak wi­dać, uwa­ża Po­wsta­nie za akt po­li­tycz­ny prze­ciw­so­wiec­ki, od­mó­wił uży­cze­nia lot­nisk eska­drom an­glo­sa­skim do­ko­nu­ją­cym zrzu­tów nad War­sza­wę – i jak moż­na się do­my­ślać – wstrzy­mu­jąc lot­nic­two so­wiec­kie od po­mo­cy Po­wsta­niu». «Sta­lin na zim­no po­zwa­la Hi­tle­ro­wi mor­do­wać War­sza­wę».

Te oce­ny wło­żo­ne w usta bo­ha­te­rów po­wsta­nia My­sia ostro skry­ty­ko­wa­ła.

Ale i tak było to wiel­kie zwy­cię­stwo – w paź­dzier­ni­ku 1957 roku tom li­czą­cy 644 stro­ny le­d­wie się uka­zał – cały na­kład na­tych­miast znik­nął.

„Dzię­ku­ję, dzię­ku­ję, dzię­ku­ję – bo jak po­wie­dział p. Wut­t­ke – już inny po­mnik nie jest im po­trzeb­ny. Prze­cież oni żyją – są tacy, jacy byli na­praw­dę, i tacy po­win­ni po­zo­stać w oczach obec­nej mło­dzie­ży” – pi­sze mat­ka Irki i Ma­ry­ny – Ja­ni­na Ko­wal­ska.

„Jak pa­cior­ki ró­żań­ca – prze­su­wa­ją się Ich roz­mo­wy – dys­ku­sje – Ich prze­ży­cia i męka – tak do­brze zna­ne, a wciąż żywe i bli­skie. Pan swym ser­cem wszyst­ko zro­zu­miał. Ser­cem Ich ogar­nął – i nie umiem oprzeć się wra­że­niu, że z Nimi roz­ma­wiał. Na pew­no sto­ją wszy­scy przy swym Dro­gim Dru­hu i Prze­wod­ni­ku i po­ma­gać będą w każ­dej chwi­li dnia po­wsze­dnie­go re­ali­zo­wa­nia har­cer­skie­go «sty­lu ży­cia» i wszel­kich jego tru­dów” – pi­sze mat­ka An­drze­ja „Mor­ro” i Jan­ka „Bo­na­wen­tu­ry” – Ja­dwi­ga Ro­moc­ka.

Z mat­ką obu bra­ci Ro­moc­kich był Ka­myk w sta­łym kon­tak­cie. Na jej ręce prze­ka­zy­wał po­ło­wę swych ho­no­ra­riów za „Ka­mie­nie”, któ­re się uka­za­ły znów – po dzie­się­cio­let­niej prze­rwie – z po­nu­rym zna­kiem cza­su, któ­ry od­cho­dził: miej­sce wy­da­nia – Sta­li­no­gród (mło­dzie­ży przy­po­mi­nam, że tak prze­chrzczo­no Ka­to­wi­ce!), po­tem za „Zoś­kę i Pa­ra­so­la” – dla ro­dzin po­le­głych, na cele eks­hu­ma­cji, na opie­kę nad cmen­ta­rzem obu ba­ta­lio­nów. W sierp­niu 1957 pani Ja­dwi­ga Ro­moc­ka re­la­cjo­no­wa­ła: „(…) Wy­mie­nio­ne zo­sta­ły wszyst­kie krzy­że brzo­zo­we – nie­któ­re ta­blicz­ki, opła­co­no też gro­by bez ro­dzin i za­le­głość za kwia­ty. Wy­pła­co­no też dwie więk­sze za­po­mo­gi na ku­ra­cję cho­rym mat­kom. Chcia­ła­bym prze­zna­czyć część «Zoś­ki» na ta­bli­cę z na­zwi­ska­mi nie od­na­le­zio­nych”.

Taka ta­bli­ca – po­tęż­na gra­ni­to­wa ścia­na – po­wsta­ła. Wid­nie­ją na niej na­zwi­ska tych Zoś­kow­ców, któ­rzy nie spo­czę­li wśród ko­le­gów na kwa­te­rze (jak „Ano­da”) lub też mo­gi­ły nie mają – jak An­drzej Sam­so­no­wicz „Ksią­żę”, do któ­re­go sio­stra – Han­ka Sam­so­no­wi­czów­na, stu­dent­ka – jak on – taj­nej me­dy­cy­ny, pi­sa­ła: „Na­wet krzy­żyk drew­nia­ny na tym miej­scu nie sta­nie. Cóż zo­sta­ło po «Zo­ś­ce». Co zo­sta­ło po To­bie?”.

Co zo­sta­ło?

Po uka­za­niu się „Zoś­ki i Pa­ra­so­la” mło­dzi pi­sa­li do Ka­my­ka (li­sty są w jego ar­chi­wum): „Książ­ka sta­ła się dla nas bez­cen­nym skar­bem. Ko­cha­my tam­tych chłop­ców i dziew­czę­ta, są dla nas wzo­rem, jak żyć i jak wal­czyć. Przez dwa­na­ście lat uczęsz­cza­nia do szko­ły kar­mio­no nas ba­nal­ny­mi słów­ka­mi, któ­re… mia­ły być pięk­ny­mi. Na­uczo­no nas kła­mać «wiel­ki­mi i praw­dzi­wy­mi» sło­wa­mi. I te­raz, kie­dy już mo­że­my mó­wić praw­dę, nie mo­że­my się tego na­uczyć. Mu­si­my za­cząć na­ukę od po­cząt­ku. Ale nie prze­ra­ża­my się tym wca­le, chce­my wal­czyć o na­sze ide­ały, jak tam­ci chłop­cy i dziew­czę­ta wal­czy­li o wol­ność. Na­stęp­ne­go dnia po spo­tka­niu z Pa­nem po­szli­śmy na Se­na­tor­ską szu­kać tej ka­mie­ni­cy, w któ­rej Oni prze­ży­wa­li te strasz­ne chwi­le bo­ha­ter­stwa. Ogród Sa­ski, przez któ­ry Oni prze­cho­dzi­li, prze­stał być dla nas miej­scem nie­dziel­nych spa­ce­rów, a stał się Po­mni­kiem Bo­ha­te­rów War­sza­wy i gdy­by to od nas za­le­ża­ło, to wła­śnie ten po­mnik po­sta­wi­li­by­śmy tam” – Bar­ba­ra Śnie­chór­ska, Ire­ne­usz Misz­ta­la, War­sza­wa, 29 stycz­nia 1958.

„Skąd po­pu­lar­ność?” – za­sta­na­wiał sie Ka­myk. I od­po­wia­dał: „Wą­tek przy­jaź­ni na śmierć i ży­cie – od­wiecz­ny. Wą­tek bo­ha­ter­stwa w służ­bie war­to­ściom – od­wiecz­ny. Czy­tel­nik spra­gnio­ny od­wiecz­nie w sztu­ce pięk­na, praw­dy, spra­wie­dli­wo­ści”.

W ar­chi­wum Ka­my­ka znaj­du­ją się zwię­złe kon­spek­ty przy­go­to­wa­ne na wie­czo­ry au­tor­skie w Ło­dzi – 19 li­sto­pa­da i 18 grud­nia 1958. Cen­na au­to­ana­li­za pod­sta­wo­wych cech swe­go pi­sar­stwa:

„Je­stem au­to­rem jed­nej książ­ki, nie be­le­try­stą (…). Pi­sa­łem z po­trze­by ser­ca. Zna­łem cu­dow­ną mło­dzież, by­łem wśród nich – gdy ude­rzył w nich grom – za­pra­gną­łem go­rą­co po­ka­zać tę mło­dzież świa­tu, utrwa­lić praw­dę, prze­dłu­żyć jej spo­łecz­ne ży­cie, poza śmierć. (…) Do­ko­ny­wa­łem wy­bo­ru! Na pew­ne fak­ty pa­trzy­łem przez szkło po­więk­sza­ją­ce: dziel­ność, pra­wość, opie­kuń­czość (…). Ale ni­cze­go nie za­ta­iłem! Mój po­gląd na li­te­ra­tu­rę: musi krze­pić ser­ca! Ale nie wol­no fał­szo­wać fak­tów i za­ta­jać fak­tów”.

Je­śli już mowa o fał­szer­stwach, to go­dzi się tu wspo­mnieć o tym, iż w pew­nej au­dy­cji te­le­wi­zyj­nej po­szu­ki­wa­cze kłam­li­wych sen­sa­cji ob­wie­ści­li – iż An­drzej Ro­moc­ki „Mor­ro” zgi­nął tra­fio­ny kulą… pol­skich żoł­nie­rzy, któ­rzy o świ­cie 15 wrze­śnia 1944 roku prze­pły­nę­li Wi­słę.

Tę ha­nieb­ną i krzyw­dzą­cą wer­sję ogło­szo­no nie wia­do­mo na ja­kich pod­sta­wach. Żyła jesz­cze wów­czas, gdy tę bzdu­rę po­da­no – bo­ha­ter­ska sa­ni­ta­riusz­ka, któ­ra mia­ła od­wa­gę wy­biec, by ra­to­wać An­drze­ja – pro­fe­sor Zo­fia Ste­fa­now­ska-Treu­gutt – wy­bit­ny hi­sto­ryk li­te­ra­tu­ry ro­man­tycz­nej. Żyje do dziś, na szczę­ście, świa­dek śmier­ci An­drze­ja z ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” – dok­tor Wi­told Si­kor­ski „Bo­ru­ta”, żyje łącz­nicz­ka An­drze­ja – Kry­sty­na Mu­sia­to­wicz, któ­rej na­rze­czo­ny po­legł ra­zem z An­drze­jem. Jest pi­sa­na tuż po po­wsta­niu re­la­cja do­wód­cy ba­ta­lio­nu – Ry­szar­da Bia­ło­usa – „Wal­ka w po­żo­dze”. I żyje do­wód­ca tej je­dy­nej ło­dzi, któ­ra pierw­sza przedar­ła się z Pra­gi na po­wstań­czy brzeg – żoł­nierz I Sa­mo­dziel­nej Kom­pa­nii Zwia­dow­czej 1. Dy­wi­zji Pie­cho­ty im. Ta­de­usza Ko­ściusz­ki, har­cerz i Wo­łyń­skiej Dru­ży­ny Har­ce­rzy im. Za­wi­szy Czar­ne­go, wów­czas pod­cho­rą­ży – Ja­nusz Ko­wal­ski. Ra­nio­ny cięż­ko praw­do­po­dob­nie przez tego sa­me­go snaj­pe­ra nie­miec­kie­go, któ­ry za­bił An­drze­ja, ope­ro­wa­ny przez dok­to­ra Zyg­mun­ta Ku­jaw­skie­go „Bro­ma” – le­żał w tej sa­mej piw­ni­cy co Je­rzy Zbo­row­ski „Je­re­mi” i Wa­cek Du­nin-Kar­wic­ki. Ofiar­ny, zna­ko­mi­ty le­karz, któ­ry ty­siąc­om ma­tek i dzie­ci ura­to­wał ży­cie – był wi­ta­ny en­tu­zja­stycz­nie na opłat­ku ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” w roku 1985 przez wszyst­kich Zoś­kow­ców z dok­to­rem „Bro­mem” na cze­le…

W książ­ce Ka­my­ka, w któ­rej tak, jak było na­praw­dę, Zoś­kow­cy „ści­ska­ją mu ser­decz­nie dłoń” – dok­tor Ko­wal­ski za­kwe­stio­no­wał tyl­ko przy­pi­sa­ne mu przez Ka­my­ka sło­wa: „Ja mu­szę do wa­sze­go ko­men­dan­ta, to­wa­rzy­sze”.

– Nikt z nas, żoł­nie­rzy, nie uży­wał tego okre­śle­nia „to­wa­rzy­sze”… Na­to­miast praw­dą jest, że pa­dli­śmy so­bie w ra­mio­na z pierw­szym Zoś­kow­cem, któ­ry do mnie do­biegł. Jak bra­cia – po­wie­dział mi dok­tor Ko­wal­ski.

I jest jesz­cze jed­no świa­dec­two śmier­ci An­drze­ja. Mat­czy­ny pa­mięt­nik pi­sa­ny tuż po po­wsta­niu i po od­na­le­zie­niu obu sy­nów. „Chłop­cy na­sze­go domu roz­bi­te­go! Wiem jesz­cze o Was wszyst­ko i wszyst­ko z Wami prze­ży­wam. (…) By­li­ście na­szą dumą i szczę­ściem. Iskra Boża roz­pa­la­ła się w Was pło­mie­niem, któ­ry pro­mie­nio­wał i dał Wam tyle serc, przy­jaź­ni ludz­kiej i moż­ność wno­sze­nia wszę­dzie tyle ra­do­ści. (…)” – pi­sa­ła Ja­dwi­ga Ro­moc­ka. – Po­sze­dłeś, Synu, sam zu­peł­nie na roz­po­zna­nie te­re­nu i Bóg przy­jął Two­ją ofia­rę za wszyst­kich – strzał w ser­ce… «Je­zus – Ma­ry­ja!» Twój okrzyk ostat­ni za­my­ka Twe ży­cie, a Je­zus i Ma­ria bło­go­sła­wią Twą mękę Woli, Sta­rów­ki i Czer­nia­ko­wa, zsy­ła­jąc taką śmierć, o ja­kiej pew­no Syn­ku ma­rzy­łeś w te naj­trud­niej­sze dni…

I przyjm, o Boże, któ­ry wi­dzisz wszyst­ko – moje «Tak, Oj­cze» za te na­sze dzie­ci pol­skie”.

„MOI RÓ­WIE­ŚNI­CY W PAN­TER­KACH”

Od roku 1995 ostat­ni ży­ją­cy żoł­nie­rze ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” ape­lu­ją do zmie­nia­ją­cych się władz Mi­ni­ster­stwa Edu­ka­cji Na­ro­do­wej o wpro­wa­dze­nie na li­stę lek­tur książ­ki Alek­san­dra Ka­miń­skie­go „Zoś­ka i Pa­ra­sol”. Mło­dzież w wol­nej Pol­sce nie ma w lek­tu­rach ani jed­nej książ­ki o bo­ha­ter­stwie ich ró­wie­śni­ków w po­wsta­niu war­szaw­skim!

Ru­nę­ły im­pe­ria. Zmie­ni­ły się ustro­je. A siła obu ksią­żek Ka­my­ka, pro­mie­nio­wa­nie jego bo­ha­te­rów – trwa­ją.

Mam dzie­siąt­ki li­stów od mło­dzie­ży (w epo­ce SMS-ów i e-ma­ili), set­ki wpi­sów do ksiąg pa­miąt­ko­wych Ka­my­ko­wej wy­sta­wy. Żal, że moż­na ich tu za­cy­to­wać tak nie­wie­le:

„Leżą te­raz przy­sy­pa­ni zie­mią, już na za­wsze dwu­dzie­sto­let­ni. Moi ró­wie­śni­cy w pan­ter­kach, któ­rzy umie­li pięk­nie żyć i pięk­nie umie­rać. Od­gar­niaj­my zie­mię, oca­laj­my pa­mięć o nich, od­naj­duj­my tych, któ­rzy prze­ży­li, niech nam po­mo­gą zna­leźć wła­sną dro­gę we wła­snym kra­ju” – Ewa Szu­lik, li­ce­alist­ka z Ryb­ni­ka.

„Dźwi­ga­li pol­ski krzyż mę­czeń­stwa – a prze­cież nie róż­ni­li się od nas. Pra­gnę­li ko­chać i być ko­cha­ni, chcie­li żyć… Doj­rze­wa­li tak szyb­ko – do wal­ki, czy­nu, ofia­ry – i nie­ste­ty, do śmier­ci, nie do ży­cia! Jak trud­no zro­zu­mieć po­ko­rę, z jaką przyj­mo­wa­li cier­pie­nie, ich siłę i ogrom­ną na­dzie­ję, któ­rej nam czę­sto brak” – Anna Prze­woź­nik z Li­ceum im. Ba­czyń­skie­go w Kra­ko­wie.

„Co mam zro­bić, aby Pol­ska, o któ­rą wal­czo­no, nie umar­ła. Nie chcę, by cier­pie­nia mo­ich ró­wie­śni­ków po­szły na mar­ne, chcę tak jak oni – aby POL­SKA BYŁA, TRWA­ŁA I NIG­DY NIE UMAR­ŁA!” – Edy­ta Bu­rzyń­ska z Li­ceum Eko­no­micz­ne­go im. Jana Ko­cha­now­skie­go w Czę­sto­cho­wie.

„Mam 17 lat i cie­szę się każ­dym przy­po­mnie­niem mo­jej pol­sko­ści. Jak­że to waż­ne dla ser­ca gu­bią­ce­go się w świe­cie bie­ga­ni­ny, ner­wów i co­raz bar­dziej wszech­wład­ne­go pie­nią­dza. Ale wie­rzę, że my, mło­dzi, nie za­po­mni­my, «skąd nasz ród»” – Ma­rek Ka­zu­lak z Be­ne­wicz.

„Sza­re płasz­cze, sza­re uli­ce i my, na któ­rych za­rzu­co­no te sza­re płasz­cze, okry­wa­ją­ce ko­lo­ro­we skrzy­dła, wła­śnie my – tyle mo­że­my. Mo­że­my krzy­czeć: – Jesz­cze nie zgi­nę­łaś, póki my ży­je­my, a my nie zgi­nę­li­śmy, póki Ty ży­jesz w nas!” – Do­mi­ni­ka Ma­ków­ka z Piotr­ko­wa Try­bu­nal­skie­go.

„Je­ste­śmy har­cer­ka­mi-li­ce­alist­ka­mi, wie­le my­śli­my o war­to­ściach – o praw­dzie, o wol­no­ści, o mi­ło­ści. Chce­my wia­rę w te war­to­ści umac­niać i spraw­dzać. W hi­sto­rii Po­wsta­nia nie szu­ka­my tyl­ko wy­da­rzeń i dat – ale przede wszyst­kim Lu­dzi – z ich roz­ter­ka­mi, emo­cja­mi, cier­pie­niem. My­śli­my o Po­wsta­niu nie jak o wy­da­rze­niu z hi­sto­rii Pol­ski – ale jak o czymś ży­wym – o dra­ma­tach mło­dych lu­dzi, ich de­cy­zjach, ich bo­ha­ter­stwie, o tym, że Oni byli tacy jak my.” – Mag­da Ma­gow­ska, Po­znań.

„Za ty­dzień skoń­czę 15 lat. To prze­cież taki «po­wstań­czy» wiek. Tylu wspa­nia­łych lu­dzi, kwiat pol­skiej mło­dzie­ży, sta­nął mu­rem w obro­nie swo­je­go mia­sta, da­jąc do­wód, że jesz­cze Pol­ska nie zgi­nę­ła. Z ca­łe­go ser­ca po­dzi­wiam Po­wstań­ców, ty­sią­ce bez­i­mien­nych bo­ha­te­rów do ostat­niej kro­pli krwi wal­czą­cych i wie­rzą­cych w Pol­skę. Jaka szko­da, że tak wie­lu z nich nie do­cze­ka­ło wol­no­ści, na pew­no mo­gli­by wpły­nąć na losy Pol­ski, prze­ka­zu­jąc dzie­ciom i wnu­kom wspo­mnie­nia i ide­ały tak waż­ne w dzi­siej­szym świe­cie, gdy czę­sto war­tość czło­wie­ka oce­nia się nie po tym, jaki jest, ale po tym, ile ma pie­nię­dzy.

Mło­dzi lu­dzie ob­ra­ża­ją Pol­skę, uwa­ża­jąc, że pa­trio­tyzm to prze­ży­tek, a na py­ta­nie – co jest 1 sierp­nia, od­po­wia­da­ją – wa­ka­cje.

Od­rzu­ca­nie swej hi­sto­rii to igno­ran­cja i tchó­rzo­stwo, a nie – jak mnie­ma­ją – tak mod­ne «by­cie tren­dy».

Bo­ha­te­ro­wie Sza­rych Sze­re­gów i Po­wstań­cy War­sza­wy będą dla mnie za­wsze wzo­rem, od nich się uczę sza­cun­ku do Oj­czy­zny i pa­trzę na swój kraj jak na coś naj­cen­niej­sze­go na świe­cie” – Ola Wierz­ba z Gim­na­zjum im. Igna­ce­go Do­mey­ki w War­sza­wie.

„Ich roz­wa­ga, od­wa­ga, od­po­wie­dzial­ność, ho­nor, przy­jaźń są nie­śmier­tel­ne, za­wsze będą to ce­chy waż­ne i god­ne mło­dzie­ży. Sta­nę­li przed twar­dą pró­bą cha­rak­te­ru, od­wa­gi, mę­stwa, wy­cho­dząc z niej zwy­cię­sko.

Żyją po śmier­ci w nas, zo­sta­wia­jąc po so­bie «te­sta­ment», dla nich po­mnik, dla nas prze­sła­nie. Woj­na się skoń­czy­ła, inne cza­sy, po cóż nam ono, ktoś pyta. Po to, by­śmy umie­li ko­chać szcze­rze, wie­rzyć w przy­jaźń, mieć od­wa­gę mó­wić to, co na­praw­dę my­śli­my, by­śmy umie­li brać od­po­wie­dzial­ność za to, co ro­bi­my, mie­li po­czu­cie god­no­ści i ho­no­ru” – Kry­stian Łu­ka­sik, lat 16, Łódź.

„Te­raz wal­czyć bro­nią się nie da, ale sło­wem i czy­nem. Jak wspo­mni mi się wal­ka o wol­ność tylu Po­la­ków wspa­nia­łych, to łza się w oku krę­ci, że te­raz, cho­ciaż wol­na, tak da­le­ka od ide­ału ich Pol­ska. Nie mogę wal­czyć o nią jak oni, ale o ję­zyk pol­ski po­tra­fię i będę” – Mi­chał Beł­dow­ski z Czar­no­ci­na.

„To ta­kie waż­ne, by Oni wszy­scy trwa­li w na­szych ser­cach i umy­słach, bo będą żyli, do­pó­ki żyją w na­szej pa­mię­ci. Moje za­in­te­re­so­wa­nie hi­sto­rią Sza­rych Sze­re­gów i Po­wsta­niem War­szaw­skim za­czę­ło się po prze­czy­ta­niu nie­zwy­kłej, wzru­sza­ją­cej i po­ucza­ją­cej książ­ki, na szczę­ście lek­tu­ry szkol­nej – «Ka­mie­ni na sza­niec» Alek­san­dra Ka­miń­skie­go. Wie­le razy za­sta­na­wia­łam się, dla­cze­go moi ró­wie­śni­cy mu­sie­li cier­pieć, po­rzu­cić swo­je ma­rze­nia, a na­wet stra­cić ży­cie. Skąd bra­li siłę, by zno­sić to wszyst­ko. I my­ślę, że od­po­wiedź jest tyl­ko jed­na – z mi­ło­ści do Oj­czy­zny! To była taka wspa­nia­ła mło­dzież, od­waż­na i mą­dra. Sło­wo «Oj­czy­zna» nie było dla nich pu­ste. Ko­cha­li Ją ca­łym ser­cem i za nią umar­li. Nie po­trze­bo­wa­li od­ręb­ne­go przed­mio­tu w szko­le, któ­ry na­uczył­by ich pa­trio­ty­zmu. Czę­sto za­sta­na­wiam się, czy gdy pa­trzą na nas te­raz z góry, na to, co się dzie­je w na­szym kra­ju, nie cier­pią pra­wie tak moc­no jak wte­dy. Nie o taką Pol­skę wal­czy­li.

Czy my pa­mię­ta­my, że wol­ną Pol­skę mamy dzię­ki nim? Czy umie­my oka­zać im wdzięcz­ność za ofia­rę, jaką po­nie­śli? Moją pra­cę ma­tu­ral­ną po­świę­ci­łam po­sta­ci Krzysz­to­fa Ka­mi­la Ba­czyń­skie­go, wspa­nia­łe­go po­ety-żoł­nie­rza. To on po­wie­dział: «Trze­ba nam te­raz umie­rać, by Pol­ska umia­ła znów żyć!». Oby wresz­cie umia­ła znów żyć” – Iwo­na Zie­liń­ska, stu­dent­ka Aka­de­mii Me­dycz­nej w Kiel­cach.

„Ja o Nich my­ślę jak o mo­ich przy­ja­cio­łach, któ­rzy cią­gle ist­nie­ją gdzieś w cza­sie – i wie­rzę, że Oni wie­dzą – że my też zro­bi­my wszyst­ko pro­sto, zwy­czaj­nie, jak trze­ba” – Ane­ta Pi­skorz z Gorz­ko­wic, lat 16.

„Oni koła ra­tun­ko­we nam rzu­ca­ją – wier­ność i na­dzie­ję” – Ka­ro­li­na Czer­wiń­ska, lat 15, Łódź.

„Ta­de­usz Gaj­cy, za­nim po­legł, po­wie­dział do nas: «Jed­na jest zie­mia, któ­ra nie­sie cie­bie i mnie, i jed­na mło­dość». Krzysz­tof Ka­mil Ba­czyń­ski, za­nim po­legł, po­wie­dział do nas: «Trze­ba nam te­raz umie­rać, by Pol­ska umia­ła znów żyć». Nie­ste­ty – cią­gle żyć nie umie. Jak na­pi­sał Druh Alek­san­der Ka­miń­ski lat temu pra­wie 80! «(…) cze­mu jej sy­no­wie tak cham­sko wy­że­ra­ją się o wła­dzę?». Mam 23 lata. Ukoń­czy­łem wy­dział po­li­to­lo­gii i so­cjo­lo­gii. Cią­gle drę­czy mnie myśl – co moje po­ko­le­nie zdo­ła uczy­nić, by speł­nić ma­rze­nia po­le­głych, by «Pol­ska umia­ła żyć».” – Mar­cin Bryl­czak, Po­znań.

„«Ka­mie­nia­mi na sza­niec» in­te­re­su­ję sie od za­wsze. Jeź­dzi­łam do War­sza­wy, wę­dro­wa­łam szla­ka­mi «mo­ich» chłop­ców. Na Po­wąz­ki, gdzie za­wsze w ci­szy moż­na się po­mo­dlić i «po­roz­ma­wiać» z nimi. Tak samo jak mu­sia­łam być 1 sierp­nia – w rocz­ni­cę po­wsta­nia. Za­wsze strasz­nie ża­ło­wa­łam, że uro­dzi­łam się tak póź­no. Po ja­kimś cza­sie do­tar­ło do mnie jed­nak, że każ­dy czło­wiek ma swój czas, w któ­rym żyje. I w każ­dym moż­na żyć peł­nią ży­cia, nie mu­szę «pięk­nie umie­rać», ale mogę «pięk­nie żyć», co prze­cież też jest wy­zwa­niem i też wy­ma­ga tru­du i ogrom­nej pra­cy nad sobą. Oni są za­wsze w moim ser­cu. War­to­ści, któ­ry­mi żyli, wy­zna­cza­ją i moje ży­cie. War­to żyć dniem dzi­siej­szym, ko­rzy­sta­jąc z wszyst­kie­go, co ży­cie daje, za­wsze ma­jąc w ser­cu prze­szłość. Ale ona nie ma nas za­trzy­my­wać, nie cho­dzi o to, by tyl­ko wspo­mi­nać, wzru­szać się. Ona ma bu­do­wać na­sze ży­cie!” – Anna Strze­lec, praw­nicz­ka, lat 26, Cho­rzów.

„Na ekra­nach na­szych te­le­wi­zo­rów kró­lu­je mło­dzież, za któ­rą moż­na się tyl­ko wsty­dzić. Nie ma tam ani mo­ich ró­wie­śni­ków, któ­rzy wal­czy­li o Pol­skę, ani tych, któ­rzy dziś mo­gli­by być dla nas wzo­rem do na­śla­do­wa­nia. A prze­cież i dziś tacy mło­dzi są! Pa­trzy­łem na tych, któ­rzy po­da­wa­li do za­pa­le­nia zni­cze żoł­nie­rzom «Zoś­ki» i «Pa­ra­so­la» – na to po­łą­cze­nie du­cho­we po­ko­le­nia Ko­lum­bów i po­ko­le­nia wcho­dzą­ce­go do­pie­ro w ży­cie. I my­śla­łem – jaką dro­gą iść, co mamy ro­bić, żeby te ich za­mie­rze­nia, któ­rych nie zdą­ży­li zre­ali­zo­wać – sta­ły się dzię­ki nam tak­że Ich zwy­cię­stwem?” – Ra­fał Zdraj­kow­ski, lat 16, uczeń Szko­ły Mu­zycz­nej w Ło­dzi.

„Przy­gnę­bie­nie, wzru­sze­nie, ale i ra­dość – oto uczu­cia to­wa­rzy­szą­ce mi. Pa­trząc na te ślicz­ne, ro­ze­śmia­ne, peł­ne ener­gii i chę­ci do ży­cia twa­rze, my­śla­łam – prze­cież to byli moi ró­wie­śni­cy. Mie­li przed sobą naj­pięk­niej­sze lata. Zgi­nę­li. Oca­la­ła ich gar­stecz­ka, sie­dzie­li w PRL-owskich wię­zie­niach, wy­szli. Jacy? Oglą­da­łam ich dy­plo­my z naj­wyż­szy­mi no­ta­mi. Le­ka­rze, ar­chi­tek­ci, na­uczy­cie­le, hi­sto­ry­cy. Skąd bra­li moc? Bar­dzo chcia­ła­bym Ich spo­tkać, za­py­tać?” – Syl­wia Fink, uczen­ni­ca Szko­ły im. Za­moy­skie­go w Za­ko­pa­nem.

„Zoś­ka, Rudy, Alek, An­drzej Mor­ro – to po­sta­cie, któ­re przez całe moje ży­cie będą wska­zy­wać mi dro­gę. Ich krót­kie, lecz jak­że pięk­ne ży­cio­ry­sy – to dla mnie wzór po­stę­po­wa­nia, a wy­pra­co­wa­ne przez Nich war­to­ści, po­cząw­szy od co­dzien­nej pra­co­wi­to­ści, su­mien­no­ści i po­god­ne­go uśmie­chu do bra­ter­stwa, bo­ha­ter­stwa czy przede wszyst­kim go­rą­ce­go umi­ło­wa­nia Oj­czy­zny, sta­ły się mo­imi ide­ała­mi. To dzię­ki Nim po­czu­łam się dum­na, że je­stem Po­lką, Ich ro­dacz­ką, że mat­ką nam – ta sama zie­mia, Pol­ska.

Pi­sząc o Nich, chcia­ła­bym uni­kać wznio­słych słów (choć nie umiem), bo prze­cież przy swo­jej wiel­ko­ści byli Oni tacy skrom­ni i tacy zwy­czaj­ni. I ci zwy­kli mło­dzi lu­dzie po­tra­fi­li trwa­le wy­ryć imio­na na kar­tach hi­sto­rii, a przede wszyst­kim pięk­nie za­pi­sać się w pa­mię­ci po­ko­leń – w pa­mię­ci Ich ró­wie­śni­ków, mo­ich ró­wie­śni­ków i wie­rzę, że i tych, któ­rzy na­dej­dą” – Agniesz­ka Bryś, stu­dent­ka po­lo­ni­sty­ki, Po­znań.

„W moim do­ra­sta­niu, kształ­to­wa­niu cha­rak­te­ru i pa­sji to­wa­rzy­szą mi pra­wie od po­cząt­ku. Przy­ja­cie­le, bo nie umiem Ich już in­a­czej na­zy­wać, ży­ją­cy przede mną. Wy­war­li na mnie wiel­ki wpływ. Są ze mną bez prze­rwy, choć da­le­ko, to jed­nak tak bli­sko. Oni wska­za­li mi ścież­kę ży­cia. Alek, Rudy, Zoś­ka, An­drzej i Ja­nek Ro­moc­cy, Ma­ciek, Piotr Po­mian, Czar­ny Jaś to­wa­rzy­szą mi i pro­wa­dzą, od­kry­wam nowe fak­ty z Ich ży­cia, nowe za­pi­sy z Ich my­śli, któ­re zmu­sza­ją do re­flek­sji, kształ­tu­ją cha­rak­ter, gdy wra­cam do lek­tu­ry Ka­my­ko­wych ksią­żek.” – Aga­ta Bo­giel, stu­dent­ka skan­dy­na­wi­sty­ki, Gdy­nia.

„Po­dob­no au­tor «Zoś­ki i Pa­ra­so­la» miał na­pi­sać jesz­cze jed­ną książ­kę – o tych bo­ha­te­rach «Zoś­ki», któ­rzy prze­ży­li. Jaka szko­da, że nie zdą­żył. Chciał­bym Ich wszyst­kich po­znać!” – Piotr Macz­kow­ski, Szcze­cin.

To praw­da. Alek­san­der Ka­miń­ski my­ślał o ta­kiej książ­ce. Przy­go­to­wa­niem do niej była an­kie­ta, któ­rą ro­ze­słał do oca­lo­nych Zoś­kow­ców już w stycz­niu 1959 roku. Jej pod­su­mo­wa­nie zna­la­zło się w roz­pra­wie „Po­wo­jen­ne losy żoł­nie­rzy Ba­ta­lio­nu «Zoś­ka»”, któ­ra cze­ka­ła na ze­zwo­le­nie dru­ku… lat dwa­na­ście, do roku 1971!

Od sie­bie do­dam z go­ry­czą, że kie­dy już w wol­nej Pol­sce usi­ło­wa­łam zre­ali­zo­wać o Nich film te­le­wi­zyj­ny, otrzy­ma­łam od­po­wiedź z 1 Pro­gra­mu TVP, iż „na tę te­ma­ty­kę nie ma pa­sma i nie ma pie­nię­dzy”.

A dziś już wie­lu spo­śród Nich nie ma, za­ga­sa­ją, od­cho­dzą.

Naj­wspa­nial­si lu­dzie na­szej epo­ki. Pięć lat oku­pa­cji, sześć­dzie­siąt trzy dni po­wsta­nia, lata wię­zie­nia w PRL-u. Nie za­ła­ma­li się. Nie ucie­kli z Pol­ski. Nie po­pa­dli w na­ło­gi. Wspa­nia­le ukoń­czy­li stu­dia. Sta­li się zna­ko­mi­ty­mi le­ka­rza­mi (Wi­told Si­kor­ski „Bo­ru­ta”, Ka­zi­mierz Ło­dziń­ski „Mar­kiz”, Je­rzy Wa­lesz­kow­ski „Ali”), ar­chi­tek­ta­mi (Sta­ni­sław Lech­mi­ro­wicz „Czart”), in­ży­nie­ra­mi (Bog­dan Ce­liń­ski „Wik­tor”, Wło­dzi­mierz Stey­er „Grom”, Wik­tor Ma­tu­le­wicz „Lu­xor”, Wi­told Bart­nic­ki „Ka­dłu­bek”, Ty­tus Kar­li­kow­ski „Wąż”, sła­wa eu­ro­pej­skie­go le­śnic­twa), fo­to­gra­fi­ka­mi (Ta­de­usz Su­miń­ski „Lesz­czyc”), in­struk­to­ra­mi har­cer­ski­mi (nie­stru­dzo­ny Sta­szek Sie­radz­ki „Świst”, któ­re­go ko­cha cała har­cer­ska Pol­ska), praw­ni­ka­mi (Lid­ka Zien­tal), far­ma­ceu­ta­mi (Ula Ka­ta­rzyń­ska), hi­sto­ry­ka­mi-na­ukow­ca­mi (Zo­fia Ste­fa­now­ska, Han­ka Bor­kie­wicz-Ce­liń­ska)… To tyl­ko garst­ka z garst­ki. Wszy­scy – do­słow­nie wszy­scy za­iste re­pre­zen­tu­ją Pol­skę god­ną sza­cun­ku!

W czerw­cu 1966 roku po­wo­ła­li Śro­do­wi­sko Żoł­nie­rzy Ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”, od­na­leź­li wszyst­kich ży­ją­cych i ro­dzi­ny po­le­głych. Roz­to­czy­li wza­jem­ną opie­kę: przy­ja­ciel­ską, zdro­wot­ną, by­to­wą. Do­ku­men­to­wa­li czy­ny wo­jen­ne i po­wstań­cze. Usta­li­li, że ba­ta­lion „Zoś­ka” li­czył pię­ciu­set pięć­dzie­się­ciu sze­ściu żoł­nie­rzy (dziew­cząt i chłop­ców), z cze­go w ak­cjach, obo­zach i po­wsta­niu zgi­nę­ło czte­ry­stu pięć­dzie­się­ciu trzech. Usta­no­wi­li od­zna­kę Ba­ta­lio­nu „Zoś­ka” wrę­cza­ną bli­skim po­le­głych na uro­czy­stych ko­min­kach. Sta­li się sy­na­mi dla sa­mot­nych ma­tek, to­wa­rzy­sząc im czę­sto do ostat­nich chwil.

W roku 1988 stwo­rzy­li Spo­łecz­ny Ko­mi­tet Opie­ki nad Gro­ba­mi Po­le­głych Żoł­nie­rzy Ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”, kon­ty­nu­ując swą od lat pro­wa­dzo­ną ak­cję dba­ło­ści o ten nie­zwy­kły po­mnik pa­mię­ci – rzę­dy mo­gił w le­sie bia­łych brzo­zo­wych krzy­ży, je­dy­nych, ja­kie zo­sta­ły na po­wstań­czych kwa­te­rach. Utrzy­mu­ją sta­ły kon­takt ze szko­ła­mi no­szą­cy­mi imię Ba­ta­lio­nu i imio­na jego bo­ha­te­rów. Uczest­ni­czą w zlo­tach i raj­dach.

1 Pułk Ko­man­do­sów w Lu­bliń­cu przy­jął uro­czy­ście dzie­dzic­two ba­ta­lio­nu „Zoś­ka”.

Pi­sał Ka­myk z ża­lem w „Wiel­kiej grze”: „Ła­twiej u nas o wiel­kie czy­ny w chwi­lach za­pa­łu – niż o wy­trwa­łość i co­dzien­ne «bo­ha­ter­stwo» przy zno­sze­niu trud­nych obo­wiąz­ków. Ła­twiej u nas umrzeć dla Oj­czy­zny, niż ofiar­nie dla niej żyć”.

Oni po­łą­czy­li pie­tyzm dla prze­szło­ści z wzo­rem ży­cia w te­raź­niej­szo­ści. Umie­li za Pol­skę wal­czyć. Umie­ją dla niej żyć. Są ży­wym za­prze­cze­niem gorz­kiej kon­sta­ta­cji Nor­wi­da, że Po­lak w Po­la­ku to ol­brzym, lecz czło­wiek w Po­la­ku to czę­sto ka­rzeł. Udo­wod­ni­li swym ży­ciem, że i czło­wiek w Po­la­ku może być ol­brzy­mem.

* * *

Alek­san­dro­wi Ka­miń­skie­mu i jego Bo­ha­te­rom po­świę­co­ny jest pię­cio­to­mo­wy cykl Bar­ba­ry Wa­cho­wicz „Wier­na rze­ka har­cer­stwa”. Po­wsta­ła z my­ślą o nich wy­sta­wa znaj­du­je się w ge­stii Mu­zeum Hi­sto­rycz­ne­go m.st. War­sza­wy (Ry­nek Sta­re­go Mia­sta 28,00-272 War­sza­wa).

O autorze

Alek­san­der Ka­miń­ski – mój Oj­ciec – zna­ny jest przede wszyst­kim jako au­tor „Ka­mie­ni na sza­niec”, słyn­nej opo­wie­ści o pod­ziem­nej wal­ce har­ce­rzy „Sza­rych Sze­re­gów”. „Zoś­ka i Pa­ra­sol” mia­ła być dru­gą czę­ścią za­mie­rzo­nej try­lo­gii, Oj­ciec my­ślał bo­wiem jesz­cze o trze­cim to­mie, po­świę­co­nym po­wo­jen­nym lo­som bo­ha­te­rów.

Pod­czas oku­pa­cji na­pi­sał tak­że „Wiel­ką grę” (1942), któ­ra była pod­ręcz­ni­kiem dla kon­spi­ra­to­rów, i „Przo­dow­ni­ka” (1944) – prze­zna­czo­ne­go dla kie­row­ni­ków od­dzia­łów „Za­wi­szy”. Był też przez pięć lat na­czel­nym re­dak­to­rem „Biu­le­ty­nu In­for­ma­cyj­ne­go”, któ­ry – jako ty­go­dnik, a w okre­sie Po­wsta­nia War­szaw­skie­go dzien­nik – osią­gnął naj­wyż­szy na­kład wśród pism wo­jen­nej Eu­ro­py.

Naj­czę­ściej mówi się i pi­sze o ów­cze­snych do­ko­na­niach mego Ojca. Są one naj­le­piej zna­ne. We wrze­śniu 1939 roku przy­je­chał ze Ślą­ska do War­sza­wy, by wziąć udział w jej obro­nie, a po ka­pi­tu­la­cji za­czął or­ga­ni­zo­wać har­cer­skie pod­zie­mie. Wkrót­ce po­wsta­ła kie­ro­wa­na przez Nie­go or­ga­ni­za­cja „Wa­wer”. Oj­ciec był du­cho­wym przy­wód­cą i wy­cho­waw­cą „Sza­rych Sze­re­gów”, od kwiet­nia 1941 roku sze­fem Okrę­gu War­szaw­skie­go Biu­ra In­for­ma­cji i Pro­pa­gan­dy AK oraz re­fe­ren­tem kontr­wy­wia­du Od­dzia­łu II Ko­men­dy Głów­nej ZWZ AK.

W jaki spo­sób ukształ­to­wa­ły się Jego losy i po­sta­wa? Co spra­wi­ło, że Jego ce­lem była służ­ba: Pol­sce, spo­łe­czeń­stwu, har­cer­stwu, sła­bym i prze­śla­do­wa­nym, na­uce? Cze­mu za­wdzię­czał nie­zwy­kły ta­lent or­ga­ni­za­cyj­ny i twór­czą ak­tyw­ność w każ­dym okre­sie ży­cia?

Uro­dził się w War­sza­wie 28 stycz­nia 1903 roku. Jego oj­ciec był far­ma­ceu­tą, mat­ka przy­wę­dro­wa­ła do War­sza­wy spod Łę­czy­cy. Na ro­dzin­nych fo­to­gra­fiach wi­docz­ne jest ra­czej po­do­bień­stwo do mat­ki. Dzie­ciń­stwo za­kłó­co­ne zo­sta­ło wy­jaz­dem ro­dzi­ny do Ki­jo­wa i wcze­sną śmier­cią ojca. Alek­san­der miał wte­dy osiem lat. Mógł skoń­czyć tyl­ko czte­ro­kla­so­wą szko­łę ele­men­tar­ną i mu­siał – jako dwu­na­sto­let­ni chło­piec – pod­jąć pra­cę, aby po­móc mat­ce. Zo­stał goń­cem w ban­ku. Wy­niósł stam­tąd waż­ną umie­jęt­ność pi­sa­nia na ma­szy­nie.

Kie­dy miał nie­ca­łe czter­na­ście lat, na­stą­pi­ło roz­sta­nie z mat­ką. Po­gu­bi­li się w cza­sie po­dró­ży, prze­sia­da­jąc się na ja­kiejś więk­szej sta­cji w Ro­sji czy na Ukra­inie, gdy wo­kół sza­la­ła re­wo­lu­cja. Stra­cił wów­czas mat­kę z oczu na pięć lat. Od­naj­dzie ją do­pie­ro jako osiem­na­sto­let­ni mło­dzie­niec. Tym­cza­sem zo­stał zu­peł­nie sam. Wuja, u któ­re­go po­cząt­ko­wo miesz­kał, za­mor­do­wa­no. On sam zaś oca­lał, bo nie było go w tym cza­sie w domu.

W Hu­ma­niu wszedł w pol­skie śro­do­wi­sko har­cer­skie. Tu zna­lazł ser­decz­nych przy­ja­ciół i dru­ży­nę, któ­ra sta­ła się jego ro­dzi­ną. W tym wła­śnie cza­sie, gdy for­mo­wał się jego cha­rak­ter, gdy wy­zna­czał so­bie cel i bu­do­wał sys­tem war­to­ści, żył ży­ciem har­ce­rza pol­skie­go na ob­czyź­nie. Ide­ały or­ga­ni­za­cji sta­ły się jego ide­ała­mi, a tę­sk­no­ta za Pol­ską zmie­nia­ła się stop­nio­wo w go­rą­cy pa­trio­tyzm. Czy­tał Mic­kie­wi­cza i Sło­wac­kie­go, ale przede wszyst­kim chło­nął try­lo­gię Sien­kie­wi­cza. W niej znaj­do­wał bo­ha­te­rów god­nych na­śla­do­wa­nia. Zna­ko­mi­ta opie­kun­ka Bi­blio­te­ki Pol­skiej w Hu­ma­niu, ser­decz­nie za­in­te­re­so­wa­na zdol­nym i in­te­li­gent­nym chłop­cem, kształ­to­wa­ła Jego ser­ce i umysł.

Był spraw­ny, sil­ny, szyb­ki, za­rad­ny, we­so­ły; Jego spo­so­bem na ży­cie było upo­rczy­we do­sko­na­le­nie się, umac­nia­nie cha­rak­te­ru, sil­nej woli, ini­cja­ty­wy. Umiał zor­ga­ni­zo­wać wy­rąb lasu, by ogrzać szko­łę i in­ter­nat, obro­nić pra­wo­sław­ne­go popa przed na­pa­ścią bol­sze­wi­ków, wy­cią­gnąć z wody to­piel­ca, za­ra­biać ko­pa­niem gro­bów i wy­ro­bem cu­kier­ków. Jego pierw­szą pod­ziem­ną or­ga­ni­za­cją sta­ło się roz­wią­za­ne w 1920 roku przez bol­sze­wi­ków hu­mań­skie gniaz­do har­cer­skie.

W lu­tym na­stęp­ne­go roku opu­ścił Hu­mań i nie­le­gal­nie, pod ostrza­łem, prze­kro­czył gra­ni­cę Pol­ski, by roz­po­cząć – uwień­czo­ne po­wo­dze­niem – po­szu­ki­wa­nia mat­ki.

Po przy­jeź­dzie do Pol­ski pra­co­wał i miesz­kał w Prusz­ko­wie w bur­sie dla chłop­ców. W 1922 roku zdał ma­tu­rę, wstą­pił na uni­wer­sy­tet. Stu­dio­wał hi­sto­rię i ar­che­olo­gię. Pra­cę ma­gi­ster­ską – o bał­tyc­kim ple­mie­niu Ja­dź­win­gów pod­bi­tym w XIII wie­ku przez osad­ni­ków z Ma­zow­sza – na­pi­sał w 1928 roku. Przez cały ten czas dzia­łał w har­cer­stwie: był ko­men­dan­tem huf­ca prusz­kow­skie­go, or­ga­ni­zo­wał obo­zy i kur­sy, wi­zy­to­wał dru­ży­ny; wresz­cie zo­stał harc­mi­strzem. Pi­sał opo­wia­da­nia i ar­ty­ku­ły do „Zni­cza”, „Iskier”, „Pło­my­ka”, „Wy­cho­waw­cy”, „Harc­mi­strza” i „Na tro­pie”. Wciąż sta­wiał so­bie wy­so­kie wy­ma­ga­nia, har­to­wał wolę i cha­rak­ter, ulep­szał or­ga­ni­za­cję dnia, po­dej­mo­wał ko­lej­ne za­da­nia, zdo­by­wał nowe umie­jęt­no­ści. No­tat­ki z tego okre­su po­ka­zu­ją, jak kon­tro­lo­wał re­ali­za­cję za­mie­rzeń, oce­niał za­nie­dba­nia i suk­ce­sy. Tych ostat­nich było wię­cej.

Dwa eta­py ży­cia za­wa­ży­ły na Jego syl­wet­ce. Pierw­szy – hu­mań­ski – gdy wstą­pił do har­cer­stwa i cał­ko­wi­cie zi­den­ty­fi­ko­wał się z jego sys­te­mem war­to­ści.

Dru­gi – prusz­kow­ski – kie­dy to in­ten­syw­nie i wszech­stron­nie rzeź­bił swą oso­bo­wość. Wów­czas to w kon­tak­tach z przy­ja­ciół­mi, w dys­ku­sjach zro­dził się cel ży­cia: służ­ba.

Po stu­diach w 1930 roku oże­nił się z har­cer­ką z Prusz­ko­wa, stu­dent­ką hi­sto­rii i ar­che­olo­gii. Ra­zem po­dró­żo­wa­li po Fran­cji, urzą­dza­li dom. W tym cza­sie Alek­san­dra po­wo­ła­no do woj­ska. Tam wła­śnie za­czę­ły się kło­po­ty ze zdro­wiem: za­zię­bie­nie i ostry atak gruź­li­cy (na tę cho­ro­bę wcze­śniej zmar­ła Jego mat­ka), któ­ra od­tąd bę­dzie to­wa­rzy­szyć Mu nie­prze­rwa­nie, nisz­cząc płu­ca i ner­ki, osła­bia­jąc ser­ce. Po­by­ty w szpi­ta­lach i sa­na­to­riach, ope­ra­cje sta­ną się nie­od­łącz­nym ele­men­tem ży­cia mego Ojca. Ata­ki cho­ro­by przy­pa­da­ły zwy­kle na okre­sy in­nych klęsk, po­li­tycz­nych i oso­bi­stych. Le­ka­rze zdu­mie­wa­li się, że czło­wiek po­zba­wio­ny po­waż­nej czę­ści płuc i jed­nej ner­ki mógł tak in­ten­syw­nie dzia­łać i nie­prze­rwa­nie pra­co­wać.

W la­tach 1933-1939 or­ga­ni­zo­wał i pro­wa­dził kur­sy dla ka­dry har­cer­skiej w Bren­nej, Nie­ro­dzi­miu i Gór­kach Wiel­kich na Ślą­sku Cie­szyń­skim.To tam od­by­wa­ły się nie­za­po­mnia­ne ko­min­ki i obo­zy. Tam ła­do­wa­ły się ener­gią i ide­ami umy­sły in­struk­to­rów z ca­łej Pol­ski, a tak­że z za­gra­ni­cy. Uczest­ni­cy kur­sów wią­za­li się na za­wsze ca­łym ser­cem z gó­rec­kim ośrod­kiem i jego ko­men­dan­tem – dru­hem Ka­miń­skim „Ka­my­kiem”.

W tym wła­śnie cza­sie opra­co­wy­wał On kon­cep­cję sys­te­mu zu­cho­we­go. Opie­ra­jąc się na do­świad­cze­niach an­giel­skich „wil­cząt”, ob­my­ślał cy­kle za­baw spraw­no­ścio­wych, do­sto­so­wa­nych do wy­obraź­ni pol­skich dzie­ci, two­rzył na­wet pio­sen­ki i tań­ce. W Gór­kach od­by­wa­ły się pierw­sze pró­by tych gier i za­baw, tam też po­wsta­ła zu­cho­wa try­lo­gia-in­struk­taż: „An­tek Cwa­niak”, „Książ­ka wo­dza zu­chów”, „Krąg Rady”. Alek­san­der pa­mię­tał ze swo­ich lat dzie­cin­nych, jak waż­ne jest, by chło­piec zna­lazł praw­dzi­wych przy­ja­ciół, by mógł się ba­wić w gro­ma­dzie ró­wie­śni­ków, by uczył się od­wa­gi. To­też je­den z naj­waż­niej­szych punk­tów pra­wa zu­cho­we­go brzmiał: „Zuch jest dziel­ny”. Lata gó­rec­kie to naj­szczę­śliw­sze cza­sy w ży­ciu „Ka­my­ka”.

W koń­cu lat trzy­dzie­stych Alek­san­der wcie­lił swą me­to­dę w ży­cie. Kil­ka klas szko­ły w Mi­ko­ło­wie koło Ka­to­wic było po­lem do­świad­czal­nym. Wy­ni­ki oka­za­ły się re­we­la­cyj­ne.

Kie­dy 1 wrze­śnia 1939 roku wy­bu­chła woj­na, Oj­ciec wsiadł na ro­wer (trans­port ko­le­jo­wy zdez­or­ga­ni­zo­wa­ny, auta nie było) i po­je­chał do sto­li­cy. Wziął udział w obro­nie War­sza­wy, a po ka­pi­tu­la­cji zor­ga­ni­zo­wał pierw­sze for­my pod­ziem­ne­go opo­ru. Już 27 wrze­śnia wraz z gro­nem in­struk­to­rów har­cer­skich po­sta­no­wił nie prze­ry­wać pra­cy i przy­go­to­wy­wać się do wal­ki zbroj­nej. Po­wsta­ły „Sza­re Sze­re­gi”. Jako ko­men­dant szko­ły gó­rec­kiej był zna­ny więk­szo­ści in­struk­to­rów i cie­szył się ogrom­nym za­ufa­niem i au­to­ry­te­tem, co zna­ko­mi­cie uła­twia­ło Mu two­rze­nie sie­ci kon­tak­tów i or­ga­ni­zo­wa­nie grup kon­spi­ra­cyj­nych. Bę­dąc człon­kiem „Pa­sie­ki” – Kwa­te­ry Głów­nej „Sza­rych Sze­re­gów”, nie za­nie­dby­wał wy­cho­waw­czej funk­cji pod­ziem­ne­go har­cer­stwa, kwe­stii kształ­ce­nia, bu­do­wy wi­zji przy­szłej Pol­ski.

W li­sto­pa­dzie za­czął wy­da­wać „Biu­le­tyn In­for­ma­cyj­ny”, któ­re­go był ini­cja­to­rem i na­czel­nym re­dak­to­rem. Zda­wał so­bie spra­wę, że ma w ręku broń sil­niej­szą niż ka­ra­bin – sło­wo. Mu­sia­ło ono wspie­rać w ra­zie klę­ski, ale i ostrze­gać przed bez­pod­staw­ną na­dzie­ją. Praw­dzi­wa in­for­ma­cja mu­sia­ła do­trzeć wszę­dzie, do naj­od­le­glej­szych za­kąt­ków. „Biu­le­tyn” stał się naj­po­pu­lar­niej­szą ga­ze­tą kon­spi­ra­cyj­ną w Pol­sce, a jego na­kład do­cho­dził do 47 ty­się­cy. Był to fe­no­men or­ga­ni­za­cyj­ny: ga­ze­ta wy­cho­dzi­ła zdu­mie­wa­ją­co re­gu­lar­nie, za­wie­ra­ła świa­to­wy ser­wis in­for­ma­cyj­ny, wie­ści przy­wo­żo­ne przez ku­rie­rów z ca­łe­go kra­ju. Ar­ty­kuł wstęp­ny pi­sał z re­gu­ły Oj­ciec. Ce­lem „Biu­le­ty­nu” było pod­trzy­my­wa­nie du­cha pol­skie­go, pięt­no­wa­nie szmal­cow­ni­ków i sza­brow­ni­ków, obro­na sła­bych, a wśród nich Ży­dów.