Zobaczyć Sorrento i umrzeć - Katarzyna Kwiatkowska - ebook + książka

Zobaczyć Sorrento i umrzeć ebook

Katarzyna Kwiatkowska

0,0
18,00 zł

lub
Opis

Konstancja Radolińska, młoda Polka podróżująca po Europie, płynie do Neapolu na spotkanie ze swym prawie narzeczonym, Janem Morawskim, bohaterem Zbrodni w błękicie. Mężczyzna jednak w ostatniej chwili zmienia plany i rozżalona dziewczyna zaczyna podejrzewać, że Janowi na niej nie zależy. Przypadkowo Konstancja wpada na trop spisku anarchistycznego, którego pierwszym aktem był udany zamach na króla Włoch. Bez wahania postanawia rozwikłać tę zagadkę i ostatecznie podbić serce ukochanego.
Trafia do luksusowego hotelu w Sorrento, w sam środek międzynarodowego zgromadzenia arystokratów i awanturników, ale to, co miało być wakacyjną rozrywką, wkrótce zmienia się w tragedię, gdyż dochodzi do morderstwa. Dziewczyna bynajmniej nie rezygnuje i do zadania wytropienia spiskowców dokłada sobie nowy cel – upolowanie zabójcy. I nawet nie podejrzewa, że to jeszcze nie koniec niespodzianek.
W pogoni za przestępcami Konstancja zagłębia się w zaułki Neapolu, wspina na Wezuwiusz, zwiedza Pompeje, wędruje wokół Sorrento i płynie na Capri. Poznaje także nowe fakty z przeszłości Jana, a przede wszystkim odkrywa samą siebie.
W tle tych wydarzeń nieustannie ścierają się dwie rzeczywistości: rodowitych Włochów i turystów okupujących Południe. Ta pierwsza to świat kontrastów – nędzy i ekstrawagancji, żarliwego katolicyzmu i zabobonów, wiary w świętych i w loterię; to nory biedoty w półmilionowym mieście i pizza jedzona na ulicy. Ta druga – to codzienność wypełniona podróżami parowcami, pociągami i powozami; to ekskluzywne hotele i pieczone przepiórki na obiad. Z jednej strony chaos i hałas, z drugiej – etykieta i bedeker.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 564

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Projekt okładki

Joanna Majewska

Zdjęcie na okładce

Zdjęcie kolorowane wykonane przez Photoglob Zürich w latach 1890-1900,

obecnie w Kolekcji Fotochromografii Biblioteki Kongresu USA.

Dostępne w Wikimedia na licencji Creative Commons

Copyright © by Katarzyna Kwiatkowska, 2017

ISBN 978-83-940786-1-4

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.
Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.
Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!
Kontaktwww.rozpisani.plinfo@rozpisani.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

ROZDZIAŁ 1

Podsłuchiwanie bywa wielce przydatne i pouczające. Jest to fakt powszechnie znany, choć każdy odkrywa go samodzielnie, gdyż mądrość ta nie należy do kanonu oficjalnej wiedzy.

Pewnego wrześniowego poranka 1900 roku prawdę tę poznała także Konstancja Radolińska, która na pokładzie parowca Kaiser Wilhelm II płynęła z Genui do Neapolu. Wybierała się do Amalfi, by spędzić tam wakacje razem ze swym bratem Antonim oraz Janem Morawskim, ukochanym przyjacielem z dzieciństwa. Podsłuchana, a raczej podsłyszana rozmowa miała wprawdzie zniweczyć te świetliste projekty, ale nade wszystko okazała się właśnie przydatna i pouczająca.

Był to ostatni dzień rejsu i Konstancja postanowiła zaszyć się gdzieś na osobności, by wystawić twarz na działanie słońca i lekko ją zezłocić. Decyzja ta nie przyszła jej łatwo. Dziewczyna żywiła wrodzony i utrwalony wstręt do wszelkich ukradkowych działań, a kąpiel słoneczna musiała być potajemna, gdyż zgodnie z panującym przekonaniem słońce nie miało prawa paść na twarz damy. Przewalczywszy swe opory, Konstancja rozpoczęła poszukiwania odludzia na przeludnionym statku, co powiodło się dopiero dwie godziny przed cumowaniem parowca w Neapolu, gdy pasażerów i załogę opanowało szaleństwo pakowania.

Zaglądając do palarni położonej na rufie pokładu spacerowego, Konstancja stwierdziła, że między dwoma stosami złożonych krzeseł wypoczynkowych powstała metrowej szerokości szczelina. Rozejrzała się, a ponieważ nikogo w okolicy nie dostrzegła, oknem wydostała się na pokład, rozstawiła leżak i zasłoniła go dodatkowym krzesłem. Zdjęła kapelusz i szmizetkę, a potem wygodnie się umościła.

Przez kwadrans pławiła się w słońcu i snuła wizje nadchodzących rozkosznych dni: kąpieli, wycieczek po okolicy i wspólnie spędzanych wieczorów.

Nagle, z lewej strony, dobiegł ją głos jej starszego brata:

– A więc Jan nie przyjedzie.

Dziewczyna poderwała się i zakryła usta, by nie zawołać: „Jak to, nie przyjedzie?”.

– Niestety – tym razem mówił pułkownik Richards, angielski mocodawca zarówno Antoniego, jak i Jana w ich międzynarodowych rozgrywkach. – Wiedziałem o waszych planach, więc zaproponowałem, że znajdę kogoś do tego zadania, ale uparł się, że to on pojedzie do Mediolanu. Obawiam się, że twoja siostra będzie zawiedziona.

– Konstancja zrozumie – odparł Antoni uspokajająco. – Jest bardzo rozsądna.

Konstancja, zaciskająca pięści i zagryzająca wargi, nie wyglądała w tej chwili na kogoś szczególnie wyrozumiałego czy racjonalnego. Ponownie odezwał się młody Polak:

– Musimy zrobić wszystko, aby nie dopuścić do kolejnych zamachów. W Europie…

Dalszych słów dziewczyna nie słuchała, gdyż w wymuszonym milczeniu trawiła prawdę, że Jan po raz kolejny odwołał ich spotkanie i po raz kolejny zrezygnował ze spędzenia z nią czasu. Już chciała się zerwać i ukryć w kajucie, gdy uświadomiła sobie swą krytyczną sytuację. Ukazanie się teraz byłoby przyznaniem się, że oddawała się czemuś zakazanemu, a przede wszystkim, że podsłuchiwała.

Tymczasem znowu padło imię Jana i Konstancja zmusiła się, by słuchać:

– Jan pojechał na północ, by to rozpoznać – stwierdził Anglik. – Nie wiemy, czy te ślady faktycznie wiążą się z zamachem na króla Umberta1, ale zbyt wiele nitek zbiega się w Mediolanie, by można to uznać za przypadek. A większość tych tropów wiedzie na południe. Dlatego postanowiłem tam wyruszyć, a tymczasem na północy musi mnie zmienić ktoś tam nieznany.

– W Neapolu nigdy nie było spokojnie – zauważył Polak.

– Tym razem nie chodzi o Neapol, lecz o Sorrento. Najlepiej będzie, jeśli opowiem ci wszystko od początku. Dwa tygodnie temu, dokładnie dwudziestego piątego sierpnia, pilnie wezwano mnie do Mediolanu, bo poprzedniego dnia wytropiono w mieście Giuseppe Angelego. Z pewnością o nim słyszałeś. To jeden z najgroźniejszych włoskich anarchistów, od kilku lat poszukiwany. W maju widziano go na Azorach, tuż przed morderstwem króla był w Monzie, ale potem zniknął. W Mediolanie wszedł do remontowanej pralni Hotelu de la Ville, po godzinie z niej wyszedł i rozpłynął się w powietrzu. Pralnię przeszukano i znaleziono dwa świstki. Jeden był oderwanym fragmentem kartki, na której napisano po francusku: „…Liberata. Za pierwszym razem się nie udało, ale to nic straconego. Następna szansa w drugiej dekadzie września. Proszę nie zmieniać wcześniejszych planów. W Sorrento jest pięknie o tej porze roku, a Hotel Royal zasługuje na swą nazwę. Eleanor może potwierdzić, że nie rzucam słów na wiatr”. To ostatnie zdanie przekreślono.

– Eleanor? – powtórzył Antoni. – Jaka Eleanor?

– Poczekaj, to nie wszystko. W starym piecyku znaleziono nadpaloną ćwiartkę papieru. Nagłówek brzmiał „Per l’american”, a pod spodem wymieniono trzech cesarzy i prezydenta Francji.

W tym momencie Konstancja, którą te tajemnicze wiadomości tak zainteresowały, że zapomniała o doznanym zawodzie, oparła się o stertę krzeseł rozdzielającą ją od mężczyzn. Dwa z nich przesunęły się względem siebie, przyciągając uwagę Anglika.

– Ktoś tam jest? – zawołał, dłońmi badając przesłonę.

– Same krzesła – odparł niefrasobliwie młody Polak. – A za nimi kończy się pokład.

– Wydawało mi się, że wcześniej widziałem na tym pokładzie twoją siostrę.

– Konstancję? Chyba poszła do kajuty. Zresztą nie wierzę, by była zdolna do jakichkolwiek ukradkowych działań.

Dziewczyna bezgłośnie zachichotała, tłumiąc jednocześnie poczucie honoru, które nakazywało się ujawnić. Pan Richards jednak nie dał się przekonać. Przybliżył się do barykady i próbował przeniknąć ją wzrokiem.

– Widać tylko kremowe siedziska i brąz drewnianych ram – mruknął.

Była to także kremowa suknia Konstancji i brąz jej włosów. Uspokojony pułkownik podjął opowieść:

– Tamtego dnia, już po Giuseppe, do tej pralni weszły pojedynczo jeszcze dwie osoby: mężczyzna i kobieta. Mężczyzna ubrany był w strój kelnera, ale agent śledczy nie rozpoznał go później wśród obsługi hotelu. Kobieta była szczupła, twarz miała szczelnie zakrytą woalką, ale gdy się odwracała, mignęły rude włosy.

– Jedyne, co kojarzy mi się z „Liberatą” – wyznał Polak – to ta organizacja, Europa Liberata.

– Angelo należy do jej najaktywniejszych członków – przytaknął pułkownik. – Porzucili swe szczytne ideały i przeobrazili się w terrorystów gotowych usunąć każdego niewygodnego polityka. O ile tylko znajdzie się ktoś skłonny ponieść koszty egzekucji.

– O to chyba nietrudno – mruknął Antoni. – Nie brakuje przecież zawiedzionych w ambicjach arystokratów czy niezadowolonych ze swych władców obywateli.

– Dlatego wciąż wydłuża się lista celów ewentualnych zamachów. W Paryżu odkryliśmy ślady przygotowań do ataków na tych czterech wymienionych władców, a także na prezydenta Stanów Zjednoczonych, pana McKinleya. I coraz więcej wskazuje na to, że to Europa Liberata ponosi odpowiedzialność za zabójstwo króla Umberta oraz za tę sierpniową próbę zamordowania szacha.

Konstancja leżała nieruchomo, prawym ramieniem zasłaniała twarz przed palącymi promieniami słońca i czuła się, jakby czytała jedną ze szpiegowskich powieści Williama Le Queuxa.

– Podobno w Nowym Jorku – odezwał się Radoliński – aresztowano kilku anarchistów pod zarzutem planowania zamachu na prezydenta. Może należałoby poinformować Amerykanów o paryskim odkryciu? Najwyraźniej prowadzą własne działania i być może chcieliby przyłączyć się do naszej akcji.

– W połowie sierpnia byli tu na konsultacjach ich urzędnicy – poinformował pułkownik – ale stwierdzili, że nie istnieje żaden ślad spisku na życie prezydenta. Morderstwo króla Umberta uznali za sprawę włoskich antymonarchistów, strzały do szacha zaś za wybryk szaleńca. Albo rzeczywiście nie wierzą w istnienie spisku, albo planują rozwiązać zagadkę sami.

Tu nastąpiła chwila ciszy, a w powietrzu rozniósł się zapach dymu cygar.

– Wydaje mi się – oznajmił Antoni – że należy się skoncentrować na tej kartce związanej z Liberatą. W tym urywku mamy co najmniej trzy konkretne punkty zaczepienia.

– Tak właśnie postąpiliśmy – odpowiedział pan Richards. – Liberata. Hotel Royal w Sorrento. Eleanor. Sądzimy, że w Hotelu Royal dojdzie do spotkania anarchisty z Europa Liberata ze zleceniodawcami. Nie mamy tylko pewności, czy chodzi o przyszłe zadanie czy o rozliczenie dokonanego zamachu.

– A ta Eleanor?

– Tamtego dnia w Hotelu de la Ville przebywała znana francuska awanturnica, zamieszana nie tylko w skandale towarzyskie i zniknięcia klejnotów, lecz także w szpiegostwo i szantaże.

– Czyżby Eleanor Duval? – zagadnął Polak.

Zaciekawiona Konstancja lekko się uniosła i w tym momencie tuż przed jej twarzą przemknęła jak strzała końcówka męskiej laski, wbita z szaleńczą siłą między krzesła. Dziewczyna osunęła się na leżak, lecz równie szybko jak ta strzała przez głowę przemknęła jej myśl o piorunie, który nigdy nie uderza w to samo miejsce. Poderwała się i przylgnęła do tych desek, spomiędzy których przed chwilą wystrzeliła śmiercionośna broń. Po kilku sekundach nastąpił kolejny cios, tym razem tnąc powietrze w miejscu, gdzie przed momentem spoczywała jej skroń. Pokonując opór ciasnej sukni, Konstancja zsunęła się z siedzenia i skuliła na podłodze. Serce jej łomotało, a krew przetaczała się z ogłuszającym hukiem.

Zza przepierzenia dobiegł spokojny głos pułkownika.

– Chciałem tylko się upewnić, że jesteśmy sami – wyjaśnił, po czym kontynuował: – Wprawdzie nie znamy całego tekstu wiadomości, ale mogę się założyć, że Eleanor jest w tej sprawie postacią kluczową: głównym ogniwem bądź pośredniczką. Skoro ją znasz, nie muszę ci tego tłumaczyć.

– Właściwie niewiele o niej wiem.

– Jak my wszyscy. Jest obywatelką Francji. Miała co najmniej dwóch mężów: Austriaka i Francuza. Pojawiła się znikąd w Paryżu, uwiodła starego barona, który się z nią ożenił, wprowadził do towarzystwa i zmarł. To, co jej zostawił, już dawno wydała, ale nadal żyje niezwykle rozrzutnie, choć nie wiadomo, kto płaci za te luksusy.

Tymczasem mimowolny świadek tej rozmowy postanowił opuścić panów po angielsku, nie chcąc narażać się na bliskie spotkanie z laską. Dziewczyna musiała tylko zdecydować się na jakąś drogę ucieczki. Ostrożnie przybliżyła oko do sterty krzeseł. Plamy marynarek obu panów, granatowa i popielata, znajdowały się przy ścianie palarni, Konstancja odwróciła się więc i zaczęła powolutku wycofywać na klęczkach w przeciwnym kierunku, w stronę burty. Przesuwała się tyłem, cal po calu, na tyle tylko bowiem pozwalała jej wąska suknia, opinająca ściśle biodra i nogi aż do kolan. Pomyślała z rozbawieniem, że podobnie musiała się czuć Kleopatra zawinięta w dywan.

Pułkownik zaś dalej kreślił portret bezwzględnej damy:

– Największym dla nas problemem jest jej upodobanie do młodych dyplomatów, którzy nie potrafią jej się oprzeć, a kolejną komplikacją to, że nie jest związana z żadnym rządem. Pracuje dla tych, którzy najlepiej płacą. Ale wszystko to wiem niejako z drugiej ręki, bo nigdy nie zetknąłem się z nią osobiście. A ty ją znasz?

– Spotkałem ją kilka razy. – Po tej lakonicznej odpowiedzi Antoni na chwilę zamilkł. – W gruncie rzeczy dobrze się stało, że Jan ruszył na północ.

Konstancja dotarła właśnie do skraju pokładu i odkryła, że ten drugi stos leżaków, bliższy rufy, nie dochodził do burty, dzięki czemu między nim a barierką istniała wąska szczelina. Postanowiła wślizgnąć się za leżaki i zeskoczyć na niższy pokład. Już wyciągała dłoń w stronę balustrady, gdy imię Jana zatrzymało ją w miejscu.

– Jan? A co on ma z nią wspólnego? – spytał w imieniu Konstancji pułkownik.

– Wywiadowcy sfuszerowali sprawę – zauważył Polak – skoro nie wykryli, że był z nią związany.

– Nic o tym nie słyszałem – mruknął Anglik. – No, ale nie jesteśmy w stanie wyśledzić każdej miłostki.

– To nie była miłostka, tylko kilkuletni związek – sprostował Antoni. – Oparty na potężnej fascynacji. Wbrew pozorom, sporo ich łączyło. Żądza przygód, śmiałość, ekstrawagancja. Ogólny… rozmach, nazwijmy to. On chyba planował jej się oświadczyć, może zresztą do tego doszło. Byli razem ze dwa lata, gdy wybuchł ten skandal ze zniknięciem testamentu księcia Platera. Stanęli po przeciwnych stronach i ona wystrychnęła go na dudka. Rozstali się jako wrogowie. To musiało być jakieś pięć lat temu, pół roku po tym jak po raz pierwszy pojechałem do niego do Paryża.

Opowiadał o tym zupełnie beztrosko, a tymczasem jego siostrę sparaliżowało na skraju pokładu. Jan oświadczył się jakiejś… ladacznicy! Urzeczony jej śmiałością i ekstrawagancją! A tymczasem ona, Konstancja, siedziała w tej klatce i narażała się na nadzianie na rożen, tylko dlatego, że wstydziła się przyznać do wygrzewania na słoneczku. Po raz pierwszy poczuła impuls, by wstać, odsunąć krzesło, wejść do palarni przez okno i pomachać do obu panów. To też byłby rozmach.

– Z kim jest obecnie związana? – spytał Antoni.

– W świetle tego, co powiedziałeś, to dość ciekawe. Do Mediolanu przybyła jako towarzyszka pewnego młodego amerykańskiego milionera…

– A jednak jest w tym jakiś Amerykanin.

– To nie on – zapewnił Anglik. – Już wrócił za ocean. Porzuciła go i oddała się pod opiekę Rosjanina, wpisującego się do hotelowych ksiąg jako hrabia Straduński. Stało się to wieczorem tego dnia, gdy znaleziono te wiadomości w pralni. Co ciekawe, chwilę wcześniej hrabia otrzymał jakąś tajemniczą wiadomość, która wprawiła go w wyśmienity humor. Możliwe, że był to list od Europa Liberata i możliwe, że piękna Eleanor zmieniła protektora właśnie przez tę wiadomość. Od razu wyjechali do Wenecji, a stamtąd do Sorrento.

– A sam hrabia? – dopytywał się Polak. – Kto to taki?

– Straduński to chyba pseudonim, bo widziałem jego zdjęcie i myślę, że to pewien autentyczny książę. Jeśli mam rację, to ten człowiek nadawałby się na klienta organizacji. Nie ukrywa niechęci do cara i od ponad dwudziestu lat znajduje się w niełasce za swe ostre wypowiedzi.

– Przystojny? Młody? Bogaty?

– Tylko bogaty – zaśmiał się Anglik.

– W takim razie piękna Eleanor miała inny powód, by się do niego przyłączyć.

Konstancja zagryzła wargi z nagłą determinacją. Poczuła, że musi poznać tę cudowną istotę, szpiega i awanturnicę, kobietę, w której zakochał się Jan. Najwyraźniej, wbrew zapewnieniom matek, śmiałość i ekstrawagancja podobały się mężczyznom bardziej niż prozaiczny rozsądek.

Porzuciła te myśli i nadstawiła ucha, gdyż ponownie odezwał się pułkownik:

– Skoro poznałeś Eleanor, czy mówi ci coś nazwisko Julien de Preissac?

– Nie, zupełnie nic.

– Ta dwójka współpracuje od lat, lecz nie wiem, czy ich związek można nazwać namiętnością, przyjaźnią czy wspólnotą interesów. A w wolnych chwilach on oddaje się swej pasji, którą jest polowanie na bardzo bogate kobiety, szczególnie te utytułowane, i wyciskanie z nich pieniędzy.

– Był teraz w Mediolanie? – spytał młody Radoliński.

– Nigdzie nie natrafiliśmy na jego ślad – przyznał z ociąganiem Anglik. – Ale nos mi podpowiada, że on bierze w tym udział.

– Trzech podejrzanych. To całkiem sporo.

– Może być ich więcej. Muszę po prostu znaleźć osoby, które były wtedy w Mediolanie, a teraz będą w Sorrento.

– Wyjazd z żoną to doskonały pretekst dla dyskretnego śledztwa – zauważył Antoni.

– I tak wybieraliśmy się na południe, więc przyjrzę się sprawie z bliska.

Konstancja aż wyprostowała się w klęku. W tym jednym zdaniu zawierało się rozwiązanie patowej sytuacji, w którą zabrnęła. Jan przed wielu laty zdobył jej serce, ale – niestety – nie zdeklarował się. Wierzyła, że już wkrótce zrezygnuje ze swego ryzykanckiego zajęcia i wybierze ją, a tymczasem żyła w zawieszeniu, jakby jej życie było nieważne, dopóki brakowało w nim Jana. Dopiero ostatnio zaczęła czuć zniecierpliwienie tym impasem, zaczęła się obawiać, że już zawsze ona będzie czekała, a on będzie się wahał. A tymczasem pułkownik Richards podróżował po świecie z młodą żoną i unieszkodliwiał polityczne spiski, co znaczyło, że Jan nie musiałby wyrzekać się swej pasji, gdyż mogliby rozwiązywać zagadki razem. Konstancja musiała więc tylko, zamiast do Amalfi, pojechać do Sorrento, rozwikłać tę anarchistyczną intrygę (z pomocą pułkownika lub jeszcze lepiej bez), wzbudzić podziw Jana i skłonić go do oświadczyn. Jakie to proste!

Gdy ona oddawała się tym podniebnym lotom, panowie przeprowadzali podsumowanie, z którego Konstancja trochę straciła.

– Nie wiemy – mówił pułkownik – czy te dwa znaleziska dotyczą tego samego zlecenia. Pewne jest tylko to, że coś się szykuje i że podejrzani są obywatele wszystkich mocarstw.

W tym momencie z dołu dobiegła melodia, którą trębacz wzywał wszystkich na lunch, i dziewczyna pojęła, że musi się ewakuować, gdyż zaraz zacznie się ruch, jeśli nawet nie na tym górnym poziomie, to na niższych. Wycofała się na skraj pokładu i ręką sprawdziła stan barierki. Spojrzała w lewo, w stronę rufy. Ponad metr od miejsca, gdzie przysiadła, kończył się pokład spacerowy. Łopotały tam flagi, zapewniając szczelną kurtynę przedstawieniu, jakie planowała dać. Z przeciwnej strony dobiegło ją jeszcze:

– Jan dopilnuje spraw w Mediolanie – powiedział Anglik – ale muszę znaleźć kogoś, kto pojedzie do Monachium. Włosi mają podejrzenia wobec pewnej niemieckiej grupy.

– Ja pojadę – odrzekł Antoni. – Przez rok tam studiowałem, więc nieźle znam miasto.

Dziewczyna przysiadła na piętach i spojrzała poza siebie: w dole pieniły się fale rozbryzgiwane przez prujący parowiec. Na mgnienie oka znalazła się w samym środku swego koszmarnego snu o spadaniu, ale zacisnęła zęby. Skoro miała być szpiegiem, powinna zwalczać swoje słabości. Wyprostowała się, chwyciła w zęby kapelusz i na klęczkach przesunęła się po wąziutkiej półeczce, dłońmi zaczepiając o leżaki, a plecami ocierając o poziome pręty barierki. Wstrzymując oddech, prześlizgnęła się na drugą stronę sterty. Tam kończył się pokład spacerowy, krótszy od głównego. Na szczęście wzdłuż leżaków pozostawiono odrobinę więcej miejsca i zdołała usiąść na tej wąskiej ławeczce. Metr pod jej stopami znajdował się podest zewnętrznej klatki schodowej. Odczepiła linkę balustrady, zeskoczyła i zbiegła na niższy pokład. Skręciła w lewo i zmuszając się do spokojnego kroku, przeszła kilkanaście metrów wzdłuż jadalni rufowej, wprost do ustawionego na uboczu fotela. Usiadła i drżącymi dłońmi nałożyła kapelusz. Kończyła go przypinać, gdy na ażurowych, metalowych schodach zadudniły ciężkie kroki. Zza gorsu wyciągnęła szmizetkę i narzuciła ją na dekolt. Usłyszała męskie głosy i chwyciła pozostawioną przez kogoś gazetę. Natychmiast zagłębiła się w lekturze.

– Nie idziesz na lunch, siostrzyczko? – zabrzmiało tuż obok.

Podniosła głowę i postarała się o roztargnione spojrzenie. Zbliżał się jej jasnowłosy brat o zniewalającym, słonecznym uśmiechu, który jednak tracił część swego blasku w zestawieniu z niebywale przystojnym pułkownikiem Richardsem. Nieposłuszny wzrok dziewczyny spoczął na złowrogiej lasce, z którą prawie zawarła była znajomość, i czym prędzej przewędrował na Antoniego.

– Chciałam doczytać do końca ten artykuł – wyjaśniła Konstancja.

– Coś ciekawego? – spytał odruchowo.

Z emocji zapiekły ją policzki. Lekko uniosła gazetę i dostrzegła słowa wypisane pogrubioną czcionką: „Caravaggio” i „Pinacoteca Brera”. Przypomniała się jej wiadomość sprzed kilkunastu dni. Niewiele o tym wiedziała, ale i tak więcej niż Antoni.

– Eksperci z Pinacoteca Brera potwierdzili autentyczność obrazów Caravaggia, nazywanych Sądem Tankreda – oznajmiła tonem specjalistki. – To trzy portrety kobiet namalowane dla rodziny Carafów. – Nie słuchali, jak to mężczyźni, ale tym razem nie miała im tego za złe. – Czy coś się stało?

Antoni przybrał minę zarezerwowaną na pogrzeby.

– Złe wieści, Konstancjo. Jan nie może przyjechać do Amalfi – oznajmił. – Doszło do pewnych niespodziewanych wydarzeń, bardzo poważnych, i musiał natychmiast wyruszyć do Mediolanu.

– To przykre, ale tamte sprawy są najważniejsze – zapewniła dziewczyna. – Doskonale to rozumiem.

Dla potwierdzenia obdarzyła brata pogodnym uśmiechem, ale on patrzył na nią z troską i chyba uważał jej spokojne zachowanie za wymuszone. A Konstancja z trudem się hamowała, by nie okazać euforii. Nareszcie pojawiła się okazja, by działać, nie trzeba było już trwać bezwolnie i czekać. A po połączeniu dwóch zadań, które sobie wyznaczyła, ostateczna wersja planu wyglądała następująco: pojedzie do Sorrento, pozna Eleanor, odkryje tajemnicę jej fascynującego czaru, a przy okazji rozwikła sprawę tego spisku. Udowodni Janowi, że mogą współdziałać.

Podejmując te postanowienia, nie wiedziała jeszcze, że to pierwsze w jej karierze podsłuchiwanie stanowiło przełomową chwilę. To był początek nowego życia.

 

ROZDZIAŁ 2

Konstancja zrezygnowała z lunchu, a panowie oddalili się, przyjmując jej decyzję ze zrozumieniem.

Serce dziewczyny uderzało coraz wolniej, a ciało stopniowo rozluźniało się po koszmarnych chwilach oczekiwania na kolejny cios laską. W miarę jednak jak poczucie bezpośredniego zagrożenia się rozpływało, wracało nieprzyjemne zaskoczenie faktem istnienia Eleanor i narastał gniew na Jana. Nerwowym, bezmyślnym ruchem zaczęła zwijać gazetę w rulon i ją prostować.

Górny pokład pierwszej klasy powoli się zapełniał. Najpierw powróciło kilka par, które Konstancja widziała już poprzedniego dnia. Każdy z mężczyzn skakał wokół swej damy, przysuwał podnóżek, poprawiał poduszkę, machał wachlarzem i całował po rączce, na której błyszczała nowa obrączka. Wszystkiemu temu towarzyszyły lukrowane zwroty i czułe spojrzenia w oczy. Naraz dziewczyna usłyszała tuż przy uchu komentarz:

– Chętnie pooglądałabym te gołąbki za kilka lat. Ciekawe, jak wtedy będą gruchać.

Słowa te wypowiedziała kruchutka, drobnokoścista dama o siwych włosach zwiniętych w kok na czubku głowy, z fantazyjną falą tuż nad czołem. Była to angielska ciotka Konstancji, czcigodna Victoria Greville2. Kobiet nie łączyło pokrewieństwo, lecz powinowactwo, jako że siostra pani Victorii wyszła za mąż za stryja dziewczyny. Pięć lat wcześniej, tuż po tym jak Konstancja skończyła pensję, ojciec zaproponował jej, by spędziła z Angielką trochę czasu jako towarzyszka podróży. Podczas tych minionych lat młoda Polka kilkakrotnie wracała do domu rodzinnego, ale ciotka zawsze się o nią upominała.

Teraz uśmiechała się dość łagodnie, co znaczyło, że Antoni powiadomił ją o katastrofie wspólnych planów. Rzucanie taniej pociechy byłoby sprzeczne z naturą Angielki, minęła więc Konstancję i poszła w stronę swej kajuty.

Niedaleko dziewczyny ulokowała się para Niemców, która także wsiadła na statek w Genui. On, malutki i okrągły, służył swej złotowłosej walkirii niczym średniowieczny giermek królowej, choć ich obrączki dawno straciły blask nowości.

Polka już zamierzała odejść, lecz nagle podchwyciła nazwę „Hotel Royal”. Pamiętała, że Hotel Królewski można znaleźć w każdym mieście, ale na wszelki wypadek nadstawiła uszu.

– Nie jestem pewna, czy Hotel Royal to dobry wybór – zakwękała Niemka.

– To cudowne miejsce, kochana Gabrielo. – Mężczyzna, w przeciwieństwie do żony, miał niezwykle ujmujący, dźwięczny głos. – Zresztą wiesz, jak mi zależy, abyśmy zatrzymali się w Sorrento. Tylko będąc na miejscu, zdołam załatwić…

– Ćśś – psyknęła kochana Gabriela i rozejrzała się nerwowo. Zasłuchana Konstancja uniosła głowę i zapatrzyła się w przelatujące mewy. – Prosiłam cię, abyś tego nie wypowiadał. Po tylu latach ze mną mógłbyś wreszcie nabyć trochę subtelności. Nikt nie wie, co ja muszę znosić.

Osunęła się na oparcie, zamknęła oczy i palcami masowała skronie. Jej niewolnik wyciągnął z niewielkiej torby flakon, zwilżył płynem chusteczkę i ostrożnie przemył czoło żony.

W tym momencie na pokładzie pojawił się pan Alex Richards ze swą młodziutką żoną i Konstancja zwróciła się ku nadchodzącym. Wyglądali razem zachwycająco, choć on mógłby być jej ojcem – zdaniem Antoniego skończył czterdzieści pięć lat, Fleur zaś ledwie przekroczyła dwudziestkę. Pułkownik był nieprzyzwoicie wręcz przystojny: wysoki, szczupły i opalony, przyciągał uwagę swymi ciemnosrebrnymi włosami. Gdy tak szedł po pokładzie w popielatym garniturze, lśniącogłowy, pewny siebie i wyprostowany, przypominał Konstancji króla Artura. A u jego boku płynęła śliczna, wiotka Fleur w różowej sukni i z uśmiechem przysłuchiwała się mężowi.

Choć o pułkowniku, rozkazodawcy Jana i Antoniego w ich dyplomatycznych grach, Konstancja słyszała już wcześniej, poznała go dopiero minionego dnia, gdy w Leghornie wsiadł na ich statek. Państwo Richardsowie wybierali się do Sorrento, by świętować pierwszą rocznicę ślubu, który tam właśnie się odbył.

Po chwili pułkownik opuścił panie, tłumacząc się koniecznością sprawdzenia, czy bagaże są gotowe do lądowania. Gdy zostały same, Angielka zbliżyła się do barierki i oparła o reling. Miała brązowe włosy o złocistym połysku, oczy w kształcie migdałów i prawie proste brwi. W chwilach zamyślenia sprawiała wrażenie smutnej, ale zagadnięta, natychmiast się uśmiechała, a wtedy jej twarz zmieniała się w niepowtarzalne zjawisko.

Konstancja, nadal olśniona perspektywami, jakie odkryła, postanowiła dowiedzieć się, jak funkcjonowało małżeństwo Fleur.

– Pan pułkownik jest bardzo doświadczonym podróżnikiem, prawda? – zagadnęła.

– Tak – uśmiechnęła się młoda pani Richards – przez dwadzieścia lat błąkania się po świecie nabył wyjątkowej wprawy.

– A czy po ślubie musiał ograniczyć swe działania?

– Trochę tak – przyznała Angielka. – Więcej czasu spędza w Europie, a wtedy zazwyczaj zabiera mnie ze sobą. Ja zostaję w jednym miejscu, a on załatwia swoje sprawy w okolicy.

– Nie każdy mężczyzna zgodziłby się zrezygnować z czegoś, co przez lata stanowiło sens jego życia – zauważyła Konstancja.

– Mój mąż jest najszlachetniejszym człowiekiem na świecie – zapewniła Fleur.

Polka nic nie odrzekła, tylko skierowała wzrok za burtę. Statek właśnie dotarł do Zatoki Neapolitańskiej. Po lewej stronie ukazała się wyspa Ischia, po prawej, w oddali, wynurzyło się Capri, niczym dwaj strażnicy pilnujący wejścia do raju. Panie przeszły bliżej dziobu statku, by móc w pełni ogarnąć czar lazurowego basenu. Od południa zamykał go Półwysep Sorrentyński z kolonią rybackich wiosek, które przysiadły na wysokiej platformie. Na wprost uwagę przykuwał Wezuwiusz, ze stokami pokrytymi winnicami, cieniutką kolumną dymu snującego się z krateru i mrowiem osad rozłożonych u stóp wulkanu, a na lewo rozciągała się biało-kolorowa mozaika Neapolu i jego przedmieść. Konstancja podziwiała ten widok już dwukrotnie i za każdym razem dochodziła do wniosku, że żadne chyba miasto nie mogło pochwalić się bardziej fantastyczną lokalizacją.

Po chwili nadeszli Antoni z pułkownikiem i wszyscy razem przyglądali się, jak statek zbliżał się do nabrzeża.

Dookoła kłębiły się jednostki pływające każdego rodzaju i każdej bandery. Parowiec nie zdążył rzucić kotwicy, a już obległy go szalupy pełne muzykantów, śpiewających Santa Lucia czy Funiculì, funiculà. Obok dziobu kręciła się łódź z dwoma mandolinistami, matką z tamburynem i dziewczyną z parasolem, który odwróciła i wyciągała w stronę pasażerów po miedziaki.

Statek rzucił kotwicę przy stanowisku sanitarnym i wciągnął na maszt czarno-żółtą flagę. Powiewała tam do chwili przybycia włoskiego lekarza portowego, który wystawił świadectwo stwierdzające, że na pokładzie nie ma i nie było przypadków dżumy, cholery czy jakiejkolwiek innej choroby zakaźnej.

Parowiec przybił do brzegu na wprost białego budynku w porcie Immacolatella, gdzie mieściła się kwatera główna portowego Urzędu Celnego. Gdy kufry zostały zwalone ze statku na nabrzeże, bagażowi w dowolny sposób porozwozili je do trzech osobnych magazynów i rozpoczęło się polowanie, któremu towarzyszyło nieopisane zamieszanie: tragarze się nawoływali, policjanci próbowali usunąć z budynku tubylców, a podróżni myszkowali między setkami skrzyń i waliz. Z chmary portierów Konstancja wybrała jednego i przy jego pomocy szybko znalazła wszystkie kufry, ponieważ już w Genui przepasała je pomarańczową taśmą. Postawiła ciotkę na straży przy bagażu i sprowadziła celnika, choć Antoni sugerował, by spokojnie poczekać. Uśmiechnięty inspektor grzecznie zapytał podróżnych o przewożony tytoń, kazał otworzyć najmniejszą walizkę, po czym zamknął ją nietkniętą i zrobił kredą odpowiednie znaki dla kontrolera przy drzwiach. (Ta wyrozumiałość, jak później dano Konstancji znać przez hotelowego portiera, kosztowała ją zaledwie jednego lira).

– Ciekawe – skomentowała ciotka – że w każdym kraju, gdy odpowiesz celnikowi, że nie masz nic do oclenia, on i tak spyta: „Żadnych cygar?”.

Oficer sprawdzał akurat kufry tuż obok i uśmiechnął się pod nosem. Konstancja nie chciała sprowokować go do napadu obowiązkowości, czym prędzej więc skinęła na facchino3, który załadował kufry na wózek i odjechał, a trójka podróżnych podążyła za nim. Minęli kontrolę, ale zanim zamknęły się za nimi drzwi, dziewczyna odwróciła się i zobaczyła, że dwóch oficerów w niewielkich czapeczkach z daszkami nasuniętymi na nosy prowadziło dokądś tego pękatego Niemca, który nerwowo rozglądał się na boki i obiema dłońmi trzymał neseser.

„Co też przy nim znaleźli?” – przemknęło przez głowę dziewczynie. – „Zakazany jest alkohol, tytoń i perfumy. No i broń, oczywiście”.

Razem ze swymi towarzyszami wyszła na placyk przed budynkiem portowym i rozejrzała się dookoła. Choć Neapol szczycił się cudownym położeniem, lądowanie przysparzało podróżnym straszliwego antyklimaksu. Widziany z daleka dostojny krajobraz wyolbrzymiał oczekiwania, zawód był więc tym boleśniejszy. Wstrętne otoczenie portu, brud i nędza ulic, krzyczący tragarze i dorożkarze – wszystko to odzierało z iluzji i przydawało nowego znaczenia powiedzeniu: „Zobaczyć Neapol i umrzeć”.

Po chwili dołączyli państwo Richardsowie. Już na statku ustalono, że obie rodziny planowały zatrzymać się w Hotelu Bristol przy Corso Vittorio Emanuele, w nowszej dzielnicy ulokowanej ponad centrum, i teraz wszyscy odczytywali napisy na czapkach kręcących się portierów, szukając nazwy Bristol. Wreszcie pan Richards wypatrzył właściwego człowieka. Portier, ujrzawszy pięcioro pasażerów i stertę bagażu, zaproponował, by damy z częścią waliz pojechały dorożką, natomiast omnibus hotelowy zabierze panów i resztę pakunków. Zgodzono się na to.

Gdy tylko panie zbliżyły się do jezdni, kilkunastu fiakrów wybuchło mieszanką neapolitańskiego dialektu, francuskiego żargonu i łamanego angielskiego. Portier skinął ręką na jednego z nich i kobiety wsiadły do dziwacznego, maleńkiego powoziku, ciągniętego przez konia wielkości kucyka.

Dorożkarz, wbrew lokalnym zwyczajom, podał rozsądny koszt przejazdu i nie zażądał opłaty za żadną fikcyjną usługę. Panie czekały przy recepcji, ale gdy nadjechał omnibus, nie było w nim ani pana Richardsa, ani Antoniego. Portier z tajemniczą miną oznajmił, że gdy ruszali, przyjechało dwóch bardzo ważnych signore, jeden w imponującym mundurze, a drugi w pięknym garniturze, i obaj inglesi4 (znaczy się jeden inglese i jeden polacco) udali się dokądś z tymi dygnitarzami. Nie, żaden z nich się nie przedstawił.

Konstancja pospiesznie rozpakowała rzeczy ciotki, a potem oznajmiła, że pojedzie do Cooka, by zorganizować Antoniemu podróż na północ.

– Chyba potrafi kupić sobie bilet – prychnęła ciotka.

– Wsiądzie w pierwszy lepszy pociąg i spędzi trzy dni w tych powolnych składach. Poszukam mu czegoś lepszego.

Starsza dama cmoknęła z dezaprobatą, ale dziewczyna zignorowała to, schowała do torebki szkarłatny bedeker i wyszła. Przed hotelem wpadła na tego samego fiakra, który przywiózł je z przystani, wsiadła więc do dorożki i pojechali do agencji przy Piazza dei Martiri. Na miejscu mężczyzna nie przyjął pieniędzy, lecz najspokojniej oświadczył Polce, że na nią poczeka.

W biurze zajął się Konstancją uprzejmy urzędnik w okularach. Wspólnie wybrali dla Antoniego dogodną kombinację połączeń przez Rzym do Werony, Innsbrucku i Monachium. Wybór tej trasy oznaczał jednak, że Antoni odjedzie do Rzymu jeszcze tego samego wieczoru, a zatem spędzi z siostrą tylko kilka godzin. Przez chwilę Konstancja czuła żal z tego powodu, ale szybko doszła do wniosku, że każde z nich i tak pochłonięte było innymi myślami: Antoni czekającym go zadaniem w Monachium, ona sama upragnionym wyjazdem do Sorrento.

Podczas pobytu w biurze Cooka Polka poczyniła zastanawiające odkrycie. Kończyła omawianie trasy, gdy jej urzędnik – kolega zwrócił się do niego „Roberto” – został poproszony o konsultację przy sąsiednim stanowisku. Odszedł, a ona także się podniosła i zbliżyła do okna. Gdy wracała na swe krzesło, zobaczyła tę część lady, która dotąd pozostawała zakryta. W centralnym punkcie stało zdjęcie pułkownika Richardsa, którego misja dyplomatyczna rzekomo była tajemnicą!

Dziewczyna zdołała zachować przytomność umysłu i gdy okularnik wrócił, zastał ją piszącą liścik.

Wsiadła do dorożki i „swojemu” fiakrowi podała adres biura Societa Napoletana di Navigazione. W rozkładzie rejsów wyczytała, że codziennie o czwartej odpływał z Neapolu statek pocztowy do Sorrento i na Capri, miała więc pół godziny na dostarczenie listu.

Dotarła w samą porę. Weszła niezauważona i usłyszała rozmowę dwóch kancelistów, którzy stali tyłem do wejścia i sortowali koperty. Na szczęście wymieniali proste zdania, więc Konstancja sporo zrozumiała:

– Naprawdę duca5di Nocera tam popłynął?

– To był na pewno on, przecież go znam. A ten jego (tu padło słowo niepodobne do niczego) anarchico przypłynął z powrotem rano, ale ma jeszcze dziś popłynąć znowu do Sorrento.

– Co go (tu znowu dziewczyna nie zrozumiała), żeby we wrześniu tam jechać?

– No i skąd wziął pieniądze na taki hotel jak Royal? Przecież jego rodzina to bankruci!

W tym momencie drzwi otwarły się z hukiem i skrzydło uderzyło o boczną ścianę tuż obok młodej Polki. Do środka ciężkim krokiem wszedł niechlujny człowiek, sprawiający wrażenie, jakby od tygodni się nie mył. Podszedł do lady i rzucił:

– Jedna osoba do Sorrento.

Mówił po włosku z silnym słowiańskim akcentem, dziewczyna jednak nie zdołała przestudiować tej kwestii, gdyż transakcję przeprowadzono w absolutnym milczeniu. Odrażający mężczyzna zabrał karteczkę, zarzucił na plecy prawie pusty sak i ruszył do wyjścia. Mijając Konstancję, wyszczerzył zęby w głodnym, wilczym uśmiechu. Większą część głowy pokrywały mu rozwichrzone włosy, spomiędzy których przebłyskiwały wodniste oczy, twarz zaś zasłaniała broda. Wyszedł, nie zamykając za sobą drzwi.

Pobladli urzędnicy dopiero wtedy dostrzegli stojącą pod ścianą klientkę. Pod ich spojrzeniem dziewczyna wypuściła z płuc powietrze. Zbliżyła się do lady i spytała po francusku:

– Czy ten człowiek… czy on jest Słowianinem?

– To Serb, mademoiselle.

Podała im swój list. Była to prośba o rezerwację dwóch pokoi w Hotelu Royal. Przesyłkę przyjęto, a Konstancja poczuła się tak, jak musiał czuć się Cezar po przekroczeniu Rubikonu. Alea iacta est.

 

ROZDZIAŁ 3

Vetturino6 pracowicie wypełnił sobie czas oczekiwania, przyszywając guzik do spodni. Na widok swej ulubionej pasażerki zeskoczył z kozła, by batem odgonić tłum handlarzy i żebraków, który obstąpił Polkę. Dziewczyna wsiadła, starając się nie patrzeć w stronę zwisającej przy guziku nitki, i podała nazwę hotelu. Fiakier nie próbował nakłonić jej na przejażdżkę po odległych zakątkach; zamiast tego zaprezentował swój styl jazdy, godny uczestnika wyścigu rydwanów. Z pełną prędkością przeciągnął Konstancję po wyboistych jezdniach, a w zakręty wchodził z takim impetem, że raz prawie wyrzucił ją z siedzenia prosto w ramiona podbiegającego sprzedawcy kwiatów.

W hotelu akurat serwowano na tarasie podwieczorek. Część gości siedziała przy stolikach, pozostali okupowali duży bufet, na którym stały etażerki z ciastami, misy z owocami i patery z eleganckimi kanapkami. Konstancja rozglądała się z niepokojem, gdyż nigdzie nie mogła dostrzec ciotki. Nagle tuż obok usłyszała łagodny głos Fleur.

– Nie musisz się martwić o panią Victorię. Czuje się dobrze, choć wolała zostać w swym pokoju i odpocząć. – Polka się uśmiechnęła. – Może coś zjesz? Albo wypijesz?

– Marzę, by się przebrać. Niedługo wrócę.

Weszła do budynku i mimo wszystko ruszyła na poszukiwanie swej podopiecznej. Oczywiście, ani przez chwilę nie potraktowała poważnie tej opowieści o odpoczynku w pokoju. Udała się wprost do ogrodu zimowego, gdzie przy stoliku pod oknem siedziały cztery damy, do granic świadomości pochłonięte grą w karty. Prawdziwe Cranford. Konstancja wycofała się i cicho zamknęła drzwi.

W swej sypialni umyła się, przebrała w jasnożółtą suknię i pobiegła na dół. Wybór ciast był już ograniczony, ale uchował się dla niej kawałek cassata napoletana,lokalnegotortu serowego z owocami kandyzowanymi.

Swe towarzystwo znalazła w ogrodzie. Panowie rozmawiali przy stoliku, a Fleur siedziała na fotelu pod wielkim drzewem. Konstancja podeszła do niej i zobaczyła, że Angielka trzyma na kolanach tom w czerwonej oprawie. Widząc zaciekawienie Polki, Fleur lekko odwróciła wolumin, pokazując jego tytuł: London to Ladysmith via Pretoria.Autor:Winston Spencer Churchill.

– Alex twierdzi – wyjaśniła pani Richards – że to nazwisko warto zapamiętać, bo jeszcze o panu Churchillu usłyszymy.

Konstancja usiadła na wolnym fotelu. Fleur podała jej książkę, pod którą skrywały się dwie inne.

– Nie udało mi się dotąd rozstrzygnąć, jak postąpiłabym na jej miejscu – oznajmiła Konstancja, wskazując Księżnę de Clèves, która leżała na wierzchu.

– W małżeństwie nie ma miejsca na tajemnice – pouczyła ją idealistka z rocznym stażem mężatki. – Nie można niczego budować na oszustwie.

– A na poświęceniu? – podsunęła Polka. – Przecież, znając swego męża, musiała wiedzieć, że śmiertelnie go zrani podobnym wyznaniem.

Na ścieżce rozległ się szmer kroków. Pikolak podszedł do pana Richardsa i podał mu gruby pakiet gazet i kopert. Pułkownik przyniósł jeden list żonie, a jej towarzyszkę próbował pocieszyć „Timesem” sprzed trzech dni. Reszta korespondencji zaadresowana była do niego. Fleur rozcięła kopertę maleńkim nożykiem, rozwinęła kartkę i zatopiła się w lekturze. Konstancja przebiegła wzrokiem nagłówki angielskiego dziennika, jednym ruchem przetasowała książkę pana Churchilla, a potem skierowała wzrok w stronę miasta. Spora jego część skrywała się za drzewami rosnącymi poniżej hotelu, ale dziewczyna doskonale widziała zatokę połyskującą niczym płynne szkło. W porcie panował zwykły ruch: wpływał jeden ogromny parowiec, wypływał inny, jeszcze większy. Wszędzie kłębiły się żaglówki, łodzie rybackie o jaskrawych żagielkach i prywatne jachty motorowe. Blask jednak był nie do zniesienia i Konstancja szybko musiała odwrócić wzrok.

– Nie mam ochoty jechać do Amalfi – wyrwało się jej bezwiednie. Fleur uniosła nieprzytomny wzrok i zakłopotana Polka tłumaczyła: – Chodzi o to, że nastawiłam się na spędzenie wspólnych wakacji z Janem… i z Antonim, więc jeśli pojadę tam teraz bez nich, to wszystko będzie mi przypominać o doznanym zawodzie.

– Musisz pojechać gdzieś indziej – oznajmiła po chwili Angielka.

– To nie jest takie proste. – Konstancja pokręciła głową, choć w stu procentach zgadzała się z opinią Fleur. – Wiesz, że zależę od ciotki, a ona jest taka wybredna. Zgadza się jechać tylko tam, gdzie znajdzie partnerów do wista. I dobry hotel. I nie za dużo Amerykanów, Anglików, Niemców i wszystkich innych.

– Myślę, że spodobałoby jej się w Leghornie. To najcudowniejsze miejsce na ziemi.

– Myślałam raczej o Sorrento – lekkim tonem podsunęła Polka.

– Tam też jest pięknie.

Konstancja już otwierała usta, by poprosić Fleur o wsparcie w rozgrywce z ciotką, ale chwilowo porzuciła ten zamiar, bo Angielka wyraźnie pragnęła wrócić do swego listu. Polka spojrzała w stronę mężczyzn i widok stosu kopert leżących przed pułkownikiem przypomniał jej o konieczności powiadomienia hotelu w Amalfi o rezygnacji z zamówionych pokoi.

Poszła do recepcji po papier listowy, starając się nie myśleć, gdzie zamieszkają, jeśli czcigodna Victoria uprze się, by mimo wszystko pojechać tam, dokąd pierwotnie planowano. Dziewczyna usiadła przy stoliku panów i wyrwała kartkę z bloku. Pułkownik rozcinał nożem ostatnią kopertę, a po chwili Konstancja kątem oka zauważyła, jak pocierał skronie.

– Coś nowego? – rzucił niedbałym, miękkim tonem Antoni.

– Znaleziono tobołek Giuseppe – odparł lekko pan Richards. – A w nim dolary amerykańskie.

Dziewczyna czuła, że obaj na nią spojrzeli, jakby sprawdzali, czy słuchała. Nakreśliła nagłówek, a oni poczekali, aż wpadła w rytm pisania.

– Pewnie dostał od americano – zasugerował Polak. – A nasza rosyjsko-francuska dwójka?

– Są już na miejscu. Francuz też. Wokół niej kręci się jakaś para z Wiednia.

– Mogliśmy się spodziewać, że pojawi się ktoś stamtąd.

– Ale to by znaczyło – odparł pułkownik – że ten Rosjanin nie jest tym, o którego mi chodziło. Tamten nienawidzi Austriaków i nie zniósłby żadnego obok siebie.

Konstancja z irytacji mocniej docisnęła stalówkę. Rozmawiali obok niej, jakby była dzieckiem czy wiejskim matołkiem, niezdolnym do przeprowadzenia najprostszych skojarzeń.

– Nie wiem, czy ci wspominałem – sądząc z tonu pana Aleksa, można by przypuszczać, iż opiewał uroki Włoch – że pewna piękna Francuzka podejrzewana jest o związek ze śmiercią angielskiego dyplomaty w Wiedniu.

– Grosvenora? – Dla podkreślenia zdumienia Antoni zagwizdał.

Dziewczyna uniosła głowę i obaj mężczyźni na nią popatrzyli. List był gotowy, musiała więc szybko wymyślić sobie jakieś inne nieabsorbujące zajęcie. Wydobyła z torebki plik kartek przyniesiony od Cooka i oznajmiła bratu:

– Opiszę ci kolejne etapy twojej podróży.

Tymczasem ze skrupulatnością uczennicy przystąpiła do notowania komentarzy rzucanych przez jej towarzyszy.

– Jest też depesza od naszego wspólnego przyjaciela – rzekł Anglik. – Odkrył, że ktoś mieszkał w hotelowej oficynie, choć w księdze gości tego nie ujęto. Postara się zdobyć nazwiska. A nasz Aniołek jeszcze się tu nie przedarł – dodał pułkownik. – Nie będzie mu łatwo. Wszystkie drogi są obstawione.

Ten „Aniołek” ostatecznie rozbroił Konstancję. Ci dorośli mężczyźni zachowywali się niczym dwaj chłopcy, którzy ukryli skarb i delektowali się przekazywaniem sobie zaszyfrowanych wiadomości.

Złożyła swe notatki i spojrzała na panów. Najwyraźniej nie zamierzali tłumaczyć się z tego nagłego wezwania, które czekało na nich w porcie. Początkowo dziewczyna nie chciała o to pytać, bo bała się obudzić podejrzenie, że wiedziała cokolwiek o ich misji. Teraz jednak, po występie, który jej zaserwowali, pokusa, by zobaczyć ich spanikowane miny, okazała się silniejsza od rozwagi.

– Po przyjeździe omnibusu do hotelu – zaczęła – portier przekazał nam wiadomość, że dwóch dżentelmenów miało do panów jakiś pilny interes. Wspominał, że nie chcieli się przedstawić.

Antoni wyglądał na wytrąconego z równowagi, ale pułkownik nie okazał cienia emocji.

– Mój stary znajomy prosił nas o przybycie – wyjaśnił. – Zajmuje tutaj wysoką pozycję i lubi zlecać różne zadania umundurowanym pracownikom. Postąpił nieopatrznie, ale nie wie, że przybyłem tu prywatnie i niejako incognito.

Konstancja szczerze żałowała, że nie mogła go spytać, co w takim razie robiło jego zdjęcie w tutejszej agencji Cooka.

Nie kontynuowali tego wątku, gdyż do stołu podeszła Fleur i zajęto się omawianiem planów na wieczór. Państwo Richardsowie wybierali się o dziewiątej na Aidę do teatru San Carlo, natomiast pociąg Antoniego odchodził pół godziny wcześniej. Ustalono zatem, że wszyscy zjedzą razem obiad w hotelu, po czym Polacy pojadą na dworzec, a Anglicy udadzą się na przedstawienie.

Obiad przerodził się w rozbudowaną ceremonię i w połowie posiłku Konstancja musiała oderwać swego brata od stołu z obawy, że nie zdążą na stację. Mimo to zdołał pochłonąć zupę z żółwia, łososia w sosie holenderskim, mus z kurczęcia i polędwicę z grzybami porcini. Koniecznie chciał poczekać na zamówione przepiórki, ale dziewczyna wstała i wyszła z restauracji.

Antoni nie zamierzał jednak odjechać bez deseru. Gdy dotarli do centrum, kazał fiakrowi zatrzymać się przy Gambrinusie, najbardziej znanej neapolitańskiej caffe-ristorante.

– Nie mogę wyjechać z Neapolu, nie spróbowawszy gelato napoletano – oznajmił – najwspanialszych lodów na świecie.

Konstancja protestowała, ale słabo, bardzo słabo, bo tak jak brat uwielbiała lody.

Były rzeczywiście wyśmienite i niepowtarzalne, a serwowano je w klasycznym, trójkolorowym zestawieniu: śmietankowe, truskawkowe i czekoladowe.

Przez chwilę rodzeństwo ze śmiechem wspominało oszustwa, których dopuszczał się Antoni, by zasłużyć na niedzielną porcję lodów, ale nawet wśród żartów Konstancji nie opuszczała tajemnicza Eleanor. Nie potrafiła pozbyć się myśli o nowo odkrytej sferze życia Jana i cały czas jej świadomość wracała do tej niewiadomej, tak jak język wciąż z uporem bada świeży zębodół. Próbowała się pohamować, ale w chwili nieuwagi i rozprężenia, w samym środku wybuchu śmiechu, to pytanie samo jej się wymknęło:

– W ilu kobietach Jan był zakochany?

Antoni osłupiał.

– Skąd to pytanie, Konstancjo? – wykrztusił.

– Po prostu chciałabym wiedzieć. – Wzruszyła ramionami.

– No cóż, oczywiście, w jego życiu były jakieś kobiety – Antoni wykonał w powietrzu nieokreślone machnięcie łyżeczką – ale to nigdy nie było nic poważnego.

Konstancja z niesmakiem wpatrywała się w towarzyszącego jej kłamczucha.

– Słyszałam coś innego – oświadczyła oficjalnym głosem.

– Od kogo, do pioruna? – Ze zdenerwowania uderzył łyżeczką w stół. Siostra nie zamierzała odpowiadać, ale jej wzrok i odęcie ust wystarczyły, by go sprowokować. – Posłuchaj, wiem, że możesz trochę się niecierpliwić, ale to nie jest łatwy czas… A może sądzisz, że ruszył za jakąś kobietą, a to zadanie jest tylko pretekstem? Zapewniam cię…

– Rozmawiałam z Fleur… – zaczęła, lecz zanim dokończyła, że mówiły o wspólnym życiu Richardsów, które nie kolidowało z zajęciem pułkownika, brat jej przerwał.

– Nigdy bym nie uwierzył, że ona ci się z tego zwierzy.

Konstancję po prostu zamurowało. Oto skutki niekończenia zdań.

– Przecież między nimi do niczego nie doszło – perorował z zapałem Antoni. – To Richards uparł się dwa lata temu, by ich połączyć. Janowi ona się podobała, nic dziwnego, jest przecież urocza, ale dla niej liczył się tylko Alex. – Na chwilę zamilkł. – Co jeszcze ci powiedziała?

– Właściwie to nic. O tym, że cokolwiek było między nimi, dowiedziałam się teraz od ciebie.

– To o kim myślałaś?

– O kimś innym – rzuciła wyzywająco.

– O nie, siostrzyczko. Raz się zbłaźniłem, ale więcej mnie na to nie nabierzesz.

Wstał i nie czekając na garsona, rzucił monety na stół. Chwilę później siedzieli w dorożce zmierzającej na stację. Nie pozwolił siostrze odprowadzić się na peron, tylko po krótkim pożegnaniu usadowił ją ponownie w carrozzelli i podał fiakrowi nazwę hotelu.

W drodze powrotnej Konstancja obmyślała plany na kolejny dzień, a także wyznaczyła sobie zadania: podstawowe – przekonać ciotkę do spędzenia najbliższych tygodni nie w Amalfi, lecz w Sorrento – oraz dodatkowe – pojechać do Cooka i pod pozorem planowania podróży na Sycylię dowiedzieć się czegoś o Robercie, urzędniku agencji. Oprócz tego czekały ją zwykłe sprawy: wizyta u bankierów, zakup biletów na statek, zostawienie butów u szewca, zamówienie lekarstwa ciotki.

Gdy wieczorem sięgała po Samotnię, by poczytać przed snem, w ręce wpadło jej tłumaczenie powieści George Eliot, nad którym pracowała. Od kilku dni leżało nietknięte. Konstancji brakowało czasu, ale przede wszystkim straciła do tego tekstu serce. Nie potrafiła jednak ocenić, czy zaczęło ją nudzić samo zajęcie, czy też zirytowała para głównych bohaterów, niezdecydowanych i pogrążonych w indolencji, tak jak ona czekających na nieokreśloną lepszą przyszłość.

A ciotka? W dalszym ciągu „odpoczywała w swoim pokoju”. Oby karta jej szła. Konstancja czuła, że dobry humor czcigodnej Victorii będzie następnego dnia bardzo potrzebny.

 

ROZDZIAŁ 4

Konstancja obudziła się pełna zapału i optymizmu, gotowa przystąpić do działania. Pokojówka przyniosła gorącą wodę i po pospiesznej toalecie dziewczyna ruszyła na dół, by pożegnać się z odjeżdżającymi Richardsami.

– Panno Konstancjo – powiedział pułkownik, ujmując ją za rękę – zdaję sobie sprawę, jaki zawód pani przeżyła. Proszę pojechać do Amalfi i spokojnie tam poczekać, a ja obiecuję, że jak najszybciej przyślę do pani Jana.

Fleur, słysząc tę szlachetną obietnicę, pogłaskała męża po ramieniu. Wprost promieniała i Polka ponownie pozazdrościła jej tej rocznicowej podróży. Podziękowała obojgu za przyjaźń i złożyła tak serdeczne życzenia szczęścia, jakby miała spotkać się z nimi za dwa lata, a nie za dwa dni. Nie odprowadziła ich do powozu, lecz została w holu, a mimo to zauważyła, że wsiedli do tej samej dorożki, którą wczoraj panie przyjechały z przystani i która obwoziła ją potem po mieście. To był ten sam vetturino w zbyt małym meloniku, ten sam zielony pojazd z czerwonymi drzwiczkami, ten sam koniczek z figurką Madonny na karku. Zanim Konstancja zdążyła zareagować, odjechali.

Nie była jeszcze głodna, więc poszła do czytelni. Przejrzała gazety z ostatnich sześciu tygodni, szukając zasłyszanych nazwisk – de Preissac, duca di Nocera, Grosvenor. Natrafiła na tylko jedną wzmiankę z początku sierpnia: Hugh Grosvenor, trzydziestoletni sekretarz angielskiej ambasady w Wiedniu, z nieznanych powodów (podejrzewa się melancholię lub nieszczęśliwą miłość) popełnił samobójstwo, strzelając sobie w serce.

Złożyła gazety i poszła na śniadanie do sali jadalnej, gdzie zastała wyłącznie Anglików. Tylko oni wzdragali się jeść w tym samym pokoju, w którym sypiali, i nic w tym dziwnego, skoro od samego rana pałaszowali wędzone rybki, cynaderki i inne wonności. Konstancja ulokowała się na uboczu i zamówiła klasyczne śniadanie włoskie: pieczywo, masło i konfitury, a także kawę.

Odebrała z recepcji kilka listów, a potem wróciła do swego pokoju i przez wewnętrzne drzwi usłyszała, jak ciotka sztorcowała służącą za to, że grzanki były zbyt cienkie. Znaczyło to, że Victoria Greville obudziła się w dobrym zdrowiu i humorze.

Dziewczyna weszła do sąsiedniej sypialni. Ciotka siedziała na łóżku w czepku na głowie i wczuwała się w rolę królowej tuż przed levée. Wzięła podane jej dwie koperty i z niesmakiem je oglądała.

– Sapiehowie są we Włoszech – poinformowała ją dziewczyna, czytając jeden ze swych listów. – Zamierzają zwiedzić Rzym, ale potem najprawdopodobniej przyjadą tu, na południe.

– Wspominałam ci, że Matylda niezmiernie podobała się Janowi? – zagadnęła starsza dama. – To było w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym drugim roku w Abacji. Miała wtedy osiemnaście lat.

„A ja piętnaście” – pomyślała Konstancja, która w ciągu ostatniej doby dowiedziała się o trzech ukochanych swojego ukochanego. Jedna co osiem godzin. Nabrała tchu i spróbowała opanować głos:

– Myślą o trasie przez Neapol, Amalfi i Sorrento. Chcieliby się z nami spotkać.

– Jan jest okropnie zmienny.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Wpatrywała się w kartkę i czuła, że coś w niej pęka. Ciotka tymczasem rozkręcała się w swej złości na Jana. Przez moment siedziała naindyczona i z pasją żuła grzankę, jakby sobie wyobrażała, że jest kanibalem pożerającym niezdecydowanego Polaka.

– Konstancjo, on się z tobą nie ożeni – rzuciła tonem groźby, po czym sprostowała: – Z nikim się nie ożeni, bo się boi.

Konstancja również z każdą chwilą coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że Jan nie zdecyduje się na małżeństwo, ale miłość do niego tak głęboko w niej tkwiła, tak bardzo z nią się zrosła, że dziewczyna chciała dać jej ostatnią szansę. Musiała popłynąć do Sorrento i udowodnić, że jest coś warta. Teraz jednak bardziej chciała udowodnić to samej sobie.

– Nie zależy mi na wyjściu za mąż – zapewniła.

– Wszystkie tak mówią i wszystkie kłamią.

To jedno zdanie zadziałało jak inkantacja. W Konstancję wstąpił diabeł. Zmyśliła gładko:

– Matylda pisze, że do Amalfi jedzie pani Carruthers. To się doskonale składa. – Dziewczyna obdarzyła czcigodną Victorię przekornym spojrzeniem. – Ona z taką radością zawsze gra z tobą w wista, ciociu.

Ciotka pasjami nie znosiła owej pani Carruthers, która była ambitną graczką, lecz jej umiejętności nie dorównywały zapałowi, czym doprowadzała czcigodną Victorię do napadów szału. Reakcja nastąpiła natychmiast.

– W takim razie mnie w Amalfi nie zobaczą – oświadczyła ciotka.

– Ale przecież… – zaczęła Konstancja, z premedytacją utrwalając sprzeciw Angielki.

– Nawet mnie nie przekonuj! Nie, nie i nie!

Dziewczyna pochyliła się nad listem i czytała nieistniejący tekst:

– Pani Carruthers była przedtem w Sorrento, ale wyjechała, gdyż jest tam zbyt wielu Amerykanów.

– A ja lubię Amerykanów. I właśnie dlatego pojadę do Sorrento. Jutro.

Zajęła się wydłubywaniem okruszków z koronkowych mankietów peniuaru, dając tym do zrozumienia, że sprawę uważa za zakończoną.

Przez chwilę Konstancja wpatrywała się w nią w bezruchu, oszołomiona własnym sukcesem. Nie sądziła, że pójdzie jej tak łatwo.

 

Punkt główny planu został wykonany, dziewczyna przystąpiła zatem do zadania dodatkowego.

Przebrała się w swój ulubiony kostium w kolorze malin i poprosiła portiera o wezwanie dorożki, choć czuła taką euforię, że najchętniej pobiegłaby na dół do miasta.

Pojechała do Cooka, by zbadać sprawę zdjęcia pułkownika. W biurze roiło się od turystów, ale na miejscu signora Roberta siedział jakiś obcy młodzian, niezwykle szczupły i wysoki. Ustawiła się w kolejce i po krótkiej chwili zbliżyła do lady.

Po omówieniu szczegółów planowanej wyprawy na Sycylię, agent spytał, jak może z nią się skontaktować, gdyby w rozkładzie rejsów zaszła jakaś zmiana.

– Jutro płyniemy do Hotelu Royal w Sorrento – odrzekła. – Wszyscy znajomi twierdzą, że to cudowne miejsce. Czytałam też, że najstarszy z budynków był kiedyś domem Tassa.

Dopiero wtedy zauważyła, że sąsiednie miejsce zajął ten sam urzędnik, którego widziała tam poprzedniego dnia. Na wzmiankę o Sorrento na moment zwrócił ku niej twarz.

– To prawda i nie tylko do pani doszła sława tego zakątka – paplał beztrosko ten chudy. – Nie dalej jak przedwczoraj dwie signore americane, niejaka panna Chester z bratanicą, uparły się, że tam popłyną, i choć ostrzegaliśmy je, że w hotelu mają komplet gości, za nic nie chciały zrezygnować.

– Z pewnością znaleziono dla nich pokoje… – Zaskoczona Konstancja próbowała się uśmiechnąć.

Pokiwał głową z powątpiewaniem:

– Akurat w zeszłym tygodniu tam byłem i mówiono mi, że Royal ma zarezerwowane wszystkie pokoje na najbliższe dni. To zresztą niezwykłe o tej porze roku. – Dziewczyna nic nie odpowiedziała, gdyż stać ją było tylko na kurczowe gniecenie fałd spódnicy. A on kontynuował: – Proponowaliśmy tym paniom inne hotele, ale nie chciały ustąpić. Chyba miały z kimś tam się spotkać. Dobrze, że pani wcześniej zarezerwowała miejsca.

Konstancja z trudem oddychała. Zupełnie nie wzięła pod uwagę możliwości, że hotel może być pełen. Opanowała się jednak i przypomniała sobie o celu swego przybycia.

– Liczyłam, że zastanę tu signora Roberta – rzuciła.

– Roberto? – Chudy się uśmiechnął. – Nikt taki tu nie pracuje.

– Byłam tu wczoraj po południu – wyjaśniała cierpliwie Konstancja – i obsługiwał mnie signorRoberto. Niewysoki. W okularach. Siedział przy tej ladzie.

Zaskoczony agent zwrócił się z pytaniem do kolegi:

– Enrico, byłeś wczoraj w biurze?

– Tak, cały dzień. Po południu pracowałem sam.

– Obsługiwał mnie pan Roberto – powtórzyła Konstancja. – Tak przynajmniej zwracał się pan do niego. – Ponieważ trwał w zaciętym milczeniu, więc dziewczyna zdecydowała się na ryzykowne posunięcie. – Pytam o niego, ponieważ widziałam na jego biurku fotografię mężczyzny, którego chyba znam. Jeśli to było faktycznie zdjęcie mojego znajomego i jest on w Neapolu, to chciałabym z nim się skontaktować.

Gdyby miała jakiekolwiek wątpliwości, co do prawdomówności urzędnika, uleciałyby w tym momencie. Odpowiedział, wprost dławiąc się słowami:

– Niestety, mademoiselle, nie było tu żadnego Roberta, a co za tym idzie, nie było też zdjęcia.

Dziewczyna ustąpiła. Dalsze upieranie się nie miało sensu, ale cała ta sytuacja porządnie ją rozdrażniła. Podniosła się i ruszyła do drzwi, a wtedy dogonił ją nieznośny Enrico.

– Słyszałem, że nie podała pani swego nazwiska. Jeśli coś się zmieni w rozkładzie rejsów, to prześlemy informacje do Hotelu Royal dla panny…

– Moje nazwisko jest niezwykle trudne – odparła dziewczyna.

– Naprawdę? A skąd pani pochodzi? Bo akcent ma pani angielski…

Była pewna, że ani razu nie ujawniła swej narodowości, odpowiedziała więc bezczelnie:

– Z Bośni.

Mężczyzna przełknął ślinę i chciał coś dodać, ale do biura wpadła roztrzęsiona starsza dama i podbiegła do nich.

– Bardzo przepraszam, że państwu przerywam, ale mam tylko jedno pytanie. – I zwróciła się do agenta: – Czy mógłby mnie pan poinformować, czy pociąg o pół do trzeciej z Mediolanu do Lucerny zatrzymuje się gdzieś na tak długo, by można wyjść coś zjeść, i gdzie następuje kontrola bagaży, i czy mogę zostawić bagaż podręczny w przedziale, i czy w Faido odprawiane jest nabożeństwo anglikańskie, i czy to w moim hotelu, i według porządku Kościoła niskiego czy wysokiego, i czy trzeba płacić za krzesła, i jakiej książki z hymnami używają?

Biedny Włoch oparł się o biurko. A Konstancja zachichotała z uciechy i czmychnęła na ulicę.

 

Z biura Cooka poszła do przedstawicielstwa banku Brown Shipley & Co. i pobrała pieniądze z akredytywy, a potem wstąpiła do angielskiej apteki. Lunch zjadła z czcigodną Victorią w hotelu, a popołudnie poświęciła na pisanie zaległych listów i przepakowanie bagażu swego i ciotki, tak by kufry okrętowe mogły zostać w hotelowej przechowalni.

Gdy panie siadały do obiadu, Konstancji przyniesiono depeszę od Antoniego. W pierwszej chwili gardło ścisnął jej strach, że coś się stało. Drżącymi dłońmi rozwinęła blankiet.

Kochana Konstancjo, wszystko się ułoży. Tamte nic nie znaczą. Antoni.

Ze świstem wypuściła powietrze, a gdy jej serce przestało galopować, uśmiechnęła się kącikiem ust. Wczorajsza rozmowa musiała poważnie potrząsnąć jej bratem, skoro wysilił się na wysłanie telegramu innego niż standardowa formułka: Przyjeżdżam jutro.

Rozplatając wieczorem włosy, Konstancja doszła do wniosku, że stan podejrzanych zaskakująco się zgadzał z przewidywaniami pułkownika: Francuzka, Francuz i Rosjanin byli na miejscu, do tego doszła ta austriacka para kręcąca się przy pięknej Eleanor, Niemcy z parowca, panna Chester z bratanicą czyli dwie Amerykanki od Cooka (Konstancja pamiętała, że z listy nie wynikało, jaka była płeć odbiorcy: americano czy americana), zrujnowany włoski diuk i ten serbski anarchista. W tamtym momencie nie martwiło jej, że było ich aż tylu. Jeszcze sobie nie uświadamiała, ilu strapień przysporzy jej ta różnorodność. Cieszyła się niczym kolekcjonerka spiskowców.

Zasypiała, zaciskając kciuki, by Hotel Royal dysponował wolnymi pokojami.

 

ROZDZIAŁ 5

Rano panie opuściły hotel i pojechały na przystań w Santa Lucia, gdzie wsiadły na parowiec płynący do Sorrento i na Capri. Na pokładzie roiło się od turystów, pomiędzy którymi uwijali się obnośni handlarze i gromada przygrywająca na akordeonie, mandolinach i tamburynach.

Ciotka, całkowicie ignorując tę hałastrę, zażądała ustawienia sobie krzesła na dziobie statku, usadowiła się tam i przez większą część rejsu wcielała w rolę galionu.

Po niebie pruły chmury, po morzu – żaglówki, a Konstancja zaczęła w duchu powątpiewać w sens całej eskapady. Było tak, jak zawsze: najpierw walczyła o jakiś przywilej czy przyjemność, a gdy je sobie zapewniła, traciła do nich przekonanie. Najlepiej opisał to zjawisko pewien Francuz, którego w kwietniu spotkała w Wenecji i z którym od tamtej pory korespondowała, pan Marcel Proust. Twierdził on mianowicie, że część naszej istoty jest chwiejna, niestabilna i podatna na zachcianki. Po zdobyciu prawa do jakiejś atrakcji, na przykład podróży, natychmiast zaczyna tracić ochotę na realizację tego marzenia. Na szczęście żyje też w nas nieugięta wola, która, nie zważając na zmiany nastroju, kieruje nas w odpowiedniej godzinie na dworzec, każe kupić bilety i wpycha nas do wagonu. Zgodnie z tym, w chwili gdy dziewczyna znalazła się na pokładzie statku, z każdym metrem przybliżającym ją do celu coraz bardziej żałowała wszystkich poczynionych wysiłków. Ponieważ jednak było za późno na rejteradę, więc usiadła obok ciotki i wpatrywała się w wyniosły brzeg.

Sorrento, położone na południowym brzegu Zatoki Neapolitańskiej, słynęło w świecie jako miejsce urodzenia Torquata Tassa, czwartego włoskiego poety (za Dantem i Petrarką, na równi z Ariostem). Nade wszystko jednak było kurortem, a sławę tę zyskało już w starożytności, zapewne dzięki wspaniałemu położeniu, które przybysze mogli ocenić z pewnej odległości: otoczone od południa wzgórzami miasto rozciągało się na skalistej platformie, której północna krawędź kończyła się urwiskiem i opadała do morza. Podpływając do Sorrento, podróżny miał wrażenie, że przyjdzie mu zdobywać gniazdo przycupnięte na klifie i zabezpieczone przed wszelką inwazją.

U stóp urwiska wiły się wąskie paski plaży zakończone dwiema skromnymi osadami – Marina Piccola i Marina Grande – w których tłoczyły się łodzie i chatki rybackie. Przy brzegu nie było pirsu, więc na spotkanie parowca wypłynęły szalupki, a każda z nich na jedwabnej fladze prezentowała nazwę macierzystego hotelu. Od razu wybuchł typowo włoski gwar – szefowie załóg raz za razem wykrzykiwali nazwy hoteli, marynarze parowca debatowali nad bagażem wysiadających pasażerów, turyści nawzajem się nawoływali, muzykanci grali i śpiewali – aż dziw brał, że nie doszło do żadnych pomyłek ani kraks. Stewardzi pomogli podróżnym przesiąść się do łódek i maleńka armada ruszyła w kierunku brzegu.

Stanąwszy na suchym lądzie, Konstancja spojrzała w górę, w stronę Hotelu Royal. Pionowa ściana wznosiła się co najmniej pięćdziesiąt metrów i aby dostać się do miasta, trzeba było pokonać kilkaset stopni w jednym z tuneli wykrojonych w skale. Nie mogło być mowy o tym, aby narażać ciotkę na taką wspinaczkę. Szczęśliwie do wschodniej przystani rybackiej, Marina Piccola, dochodziła droga dla powozów, dziewczyna ustaliła więc z kapitanem hotelowej łódki, że wioślarze odtransportują tam ciotkę i zatroszczą się o przewiezienie jej na górę. Konstancja liczyła też, że dzięki temu pierwszą rozmowę z właścicielem hotelu uda się jej odbyć w cztery oczy.

Gdy wraz z posługaczem przekroczyła żelazną furtę, która zamykała wyjście z hotelowego tunelu, znalazła się na wielkim kwadratowym dziedzińcu, otoczonym z trzech stron przez budynki i tonącym w powodzi glicynii. Cały kompleks stanowił zlepek dobudowywanych w różnych okresach skrzydeł, ale twórcom udało się zgrabnie je połączyć.

Weszła do budynku i poprosiła portiera o rozmowę z padrone. Stała i czekała, płytko i szybko oddychając. Ze zniecierpliwienia zaczęła też przytupywać.

Nagle rozległy się jakieś stukoty i szmery. Zza drzwi wyłoniła się niziutka kobieta o nienaturalnie lśniących brązowych loczkach i idealnie równych białych zębach, dosyć dziwnie wyglądających w pooranej zmarszczkami twarzy. Nosiła czarną wdowią suknię, a do tego nowomodne okulary w złotych oprawach. Szła, kolebiąc się na boki i wspierając o dwie laski, a hałas, który ją wyprzedził, wzniecały te właśnie laski w połączeniu z brzękiem bogatej biżuterii, którą kobieta była obwieszona.

Konstancja w pierwszej chwili zdumiała się, że hotelem zawiaduje nie padrone,lecz padrona, ale szybko wypowiedziała swe nazwisko.

– Tak, signorina, list otrzymałam – zaskrzeczała Włoszka. – Signoriną opiekują się chyba dobre wróżki. Już chcieliśmy odpisać pani, że dysponujemy tylko jednym pokojem na drugim piętrze, lecz wczoraj wieczorem dwoje naszych gości, oboje austriaci, nagle wyjechało. Możemy więc ulokować panią i jej ciotkę w przylegających pokojach na najlepszym, pierwszym piętrze.

– To wspaniale – rozpromieniła się dziewczyna, którą niezwykle zaintrygował ten wyjazd Austriaków. – Jakie to przykre, że ci goście musieli przerwać pobyt w tym cudownym miejscu.

Hotelierka skinęła głową, aż zadzwoniły wielkie kolczyki.

– Miejmy nadzieję, że to nie oznacza jakichś kłopotów, bo ten signor – kobieta ściszyła głos – jest dyplomatą w Wiedniu. Dostał depeszę pilnie wzywającą go do powrotu.

Zbliżył się portier i padrona mu poleciła:

– W salonie siedzi signora Pignatelli. Wyjaśnij jej, że nie mamy pokoi. Ja się zajmę signoriną.

Konstancja usłyszała w oddali powóz, przeprosiła więc hotelierkę i wyszła na dziedziniec. Nagle w bocznych drzwiach ukazał się pułkownik Richards. Był zaskoczony, wręcz niezadowolony, i dziewczynie przyszło do głowy, że może sytuacja na miejscu okazała się naprawdę groźna. Anglik podszedł do niej szybkim krokiem i spytał ostro:

– Co pani tu robi? Miała pani być w Amalfi.

– Ciotka zmieniła zdanie – odparła Konstancja bez zająknięcia. – Uznała, że w Amalfi nie odpowiadałoby jej towarzystwo.

W tym momencie powóz podjechał i pułkownik, ku radości Konstancji, zakończył rozmowę. Przywitał się z czcigodną Victorią i zniknął.

Panie ruszyły za padroną, która tu i ówdzie przystawała i za pomocą lasek kontrolowała stan czystości hotelu: odchylała nimi zasłony, poprawiała dywany i przesuwała meble. Po drodze orszak minął młodego człowieka o uderzającej powierzchowności. Był wysoki, chorobliwie szczupły, ciemnowłosy, a z bladej twarzy wyzierały gorejące oczy. Hotelierka zauważyła zainteresowane spojrzenie Konstancji i wyjaśniła z dumą:

– To duca di Nocera. Z najsłynniejszej familii neapolitańskiej. Jest zagorzałym irredentista7!

Dziewczyna patrzyła za nim. Więc ten zbiedniały arystokrata, który uparł się, by tu przybyć, byłby idealnym klientem zamachowców.

Na pierwszym piętrze, gdy ciotka i hotelierka weszły już do apartamentu, Konstancja zobaczyła na końcu korytarza idącą z naprzeciwka młodą pokojówkę z naręczem bielizny. Naraz skądś pojawił się mężczyzna w intensywnie niebieskiej marynarce i zastąpił jej drogę. Służąca zgrabnie przemknęła pod jego ręką i zniknęła za załomem muru.

Pokoje okazały się urocze. W sypialni Konstancji ściany pomalowano na kolor mlecznego różu, a na podłodze ułożono w karo białe marmurowe płytki. Od tego jasnego tła wspaniale odcinały się ciemnobrązowe meble. Największy jednak zachwyt wzbudził w Polce sufit. Umieszczony centralnie fresk obwiedziony był misternie rzeźbionym drewnianym belkowaniem, które łukami nachodziło na ściany, tworząc sklepienie.

Dziewczyna wyszła na szeroki balkon. Jako że północna ściana hotelu zlicowana była z urwiskiem, Konstancja znalazła się w powietrzu nad maleńką zatoczką. Choć nie cierpiała na lęk wysokości, poczuła absurdalną obawę, że pod jej ciężarem cały budynek przechyli się i spadnie w czeluść, ciągnąc za sobą mury i ludzi. Czym prędzej wycofała się na stały grunt.

Weszła ta sama pokojówka, która chwilę wcześniej umknęła przed wielbicielem, i zniknęła w pokoju ciotki. Po chwili dobiegły stamtąd wypowiadane przez nią angielskie słowa. Konstancja z nawyku podeszła do wewnętrznych drzwi.

– Proszę się nie martwić – zapewniła padrona. – Marietta wszystkiego dopilnuje. To bardzo doświadczona cameriera8. Przez rok pracowała w Paryżu i dopiero kilka tygodni temu do nas wróciła.

Po tych słowach starsza Włoszka opuściła apartament, na odchodnym przykazując pokojówce, by dbała o jakąś signorinę Lawinię.

Kwadrans później Konstancja z ciotką zeszły na parter i przez jedne z wielu przeszklonych drzwi wydostały się na dziedziniec. Po krótkim spacerze wróciły do budynku i przy recepcji spotkały padronę, która zaproponowała, że przedstawi im innych gości.

Polka rozumiała, że powinna jak najszybciej znaleźć ciotce partnerki do wista, gdyż pochłoniętej grą czcigodnej Victorii nikt nie ruszy z miejsca, nawet gdyby w hotelu grasował morderca.

– Ciocia uwielbia grać w wista – zagadnęła hotelierkę. – Czy są tu jakieś grające damy?

– Si, signorina. Mamy trzy Angielki, które grywają popołudniami. Zaraz panią do nich zaprowadzę, signora.

Trzy kobiety ruszyły korytarzem dookoła dziedzińca, a mijając jeden z saloników, padrona przypomniała sobie o swym pierwotnym zamiarze:

– Przedstawię paniom kilka osób.

Poprowadziła nowo przybyłe na długi balkon wiszący nad plażą. Siedzieli tam olśniewająca kobieta i ten mężczyzna, który wcześniej przekomarzał się z pokojówką. Na dźwięk kroków odwrócili się w stronę nadchodzących.

– Panie pozwolą – zaczęła Włoszka – że im przedstawię: pani Eleanor Duval i pan Julien de Preissac.

Pani Duval z uśmiechem skinęła głową, mężczyzna zaś wstał i nisko się ukłonił. Jeśli chodzi o Konstancję, to nie uczestniczyła świadomie w ceremonii prezentacji, gdyż wszystkie zmysły nakierowała na kobietę, o której od dwóch dni myślała prawie bez przerwy.

Jaka była Eleanor? Bez wątpienia piękna. Więcej nawet, fascynująca. Miała kremową cerę, mieniące się zielono-niebieskie oczy oraz bujne kasztanowe włosy, tak świetliste, że nie chciało się wierzyć, by natura mogła stworzyć podobnie rozpalone sploty. A jej zachwycającą figurę z wąziutką talią, obfitym biustem i pełnymi ramionami idealnie podkreślała akwamarynowa suknia o najmodniejszej linii S.

Konstancję z otępienia wyrwało pytanie:

– Czy pani jest Rosjanką? – spytała melodyjnym głosem pani Duval. – To słowiańskie nazwisko, prawda?

– Jestem Polką.

W wyrazie twarzy Eleanor nastąpiła nagła zmiana. Oczy jej się zwęziły, wargi spięły. „Nie spodobałam się jej” – pomyślała Konstancja.

Pani Victoria zniknęła z padroną,a monsieur de Preissac podsunął pannie Radolińskiej fotel. Siadając, dziewczyna skorzystała z okazji, by mu się przyjrzeć. Pod każdym względem wyglądał na Francuza: twarz miał oliwkowośniadą, piękną i wyrazistą, zakończoną krótko strzyżoną hiszpanką. Był niezbyt wysoki, ale zgrabny, a tużurek w kolorze błękitu paryskiego bez wątpienia został dobrany tak, by podkreślać barwę jego oczu.

Eleanor milczała, więc to pan Julien zagadnął Konstancję:

– Czy to pani pierwsza bytność w Sorrento, mademoiselle?

– Tak, monsieur – odpowiedziała drewnianym głosem.

– To rozkoszne miejsce. Nie ma tu imponujących zabytków, więc można bezkarnie się lenić.

Po tych słowach spojrzał na swą towarzyszkę, jakby oczekiwał, że teraz ona zmusi się do wygłoszenia jakiegoś banału, ale piękna Francuzka wpatrywała się w nowego gościa nieruchomym, czujnym spojrzeniem jastrzębia i kamiennie milczała.

– Czy w hotelu jest… – z konfuzji Konstancja zachrypła i musiała odchrząknąć. – Przepraszam. Czy towarzystwo w hotelu jest miłe?

– Urocze – mruknął pan de Preissac, przyglądając się Eleanor.

– Nie spotkałyśmy nikogo – bąknęła Polka, coraz bardziej zmieszana tym dziwnym zachowaniem. Czuła się tak, jakby ktoś zmienił ich w marionetki, a jedna zapomniała swej roli.

Ciszę, która nastała, przerwało klaśnięcie w dłonie. Eleanor z niebywałą werwą skoczyła na nogi, wskazała Polkę palcem i zalała ją istną rzeką francuskich słów:

– Już wiem! Antoine! Antoine Radoliński. On miał siostrę. Konstancję. Pani jest jego siostrą. A jeżeli jest pani siostrą Antoine’a, to pani jest tą małą przyjaciółką Jeana. To pani jest Mignonne!

Konstancja poczuła dławienie w gardle i łzy pod powiekami. Od wielu miesięcy nikt tak do niej się nie zwracał. Ale co Jan powiedział o niej tej kobiecie? Zanim to rozważyła, Eleanor, całkowicie już rozkrochmalona, odsunęła zawadzający jej stolik, złapała dziewczynę za ręce, podniosła ją i plotła dalej głosem, w którym dźwięczały dzwoneczki:

– To niewiarygodne. Tak się cieszę. – Ujęła twarz Konstancji w obie dłonie i ucałowała. – Zawsze chciałam cię poznać! Tyle o tobie słyszałam, że czuję się, jakbym znała cię od wieków. – Jej entuzjazm był nieodparty i młoda Polka z pewnym niezadowoleniem odkryła, że nie jest odporna na czar Francuzki. – Musisz do mnie mówić po imieniu.

– Gdybym wiedział, że panie się znają, opisałbym należycie gości. – Pan de Preissac mrugnął i usiadł na krześle bokiem, przewieszając rękę przez oparcie.

– Nic straconego – zaśmiała się Konstancja. Rozmowa o gościach była akurat tym, na co liczyła. – A zatem, czy towarzystwo jest miłe? Padrona wspominała o jakimś neapolitańskim arystokracie.

– Ach tak – prychnął Francuz – jej duma i chwała. Jest tu na posadzie hotelowego diuka, który ma przywabiać Amerykanów. Lorenzo il Magnifico9… a do kompletu jest jego dawny preceptor10, bałkański diavolo.

– W życiu nie spotkałaś się z czymś tak obleśnym – zapewniła Eleanor i efektownie zadrżała.

Prześmiewcza prezentacja została zakończona, gdyż niepostrzeżenie pojawił się na balkonie ów młody, prawie zagłodzony Włoch, którego Konstancja przelotnie widziała w korytarzu.

– Oto on, signor Lorenzo, duca di Nocera. – Pani Duval wskazała przybyłego. – Mój wielbiciel i następca Torquata Tassa.

– Bojownik o Trydent! – Francuz prychnął głośno. – Nic dziwnego, że prowincja należy do Austrii.

– Słodka Leonoro – zadeklamował duca, pochylił się nad dłonią bogini i ją pocałował. Podał pięknej pani różę i wyznał: – Osobiście usunąłem wszystkie kolce. Tak jak chciałbym usuwać wszystkie strapienia z pani życia.

Eleanor, rzekomo spłoniona, zanurzyła twarz w wielkim kwiecie i obdarzyła amanta spojrzeniem spod przymrużonych powiek. On ponownie pochylił się nad jej ręką, a Konstancja kątem oka przyglądała się panu de Preissac. Był wściekły, choć nie wiedziała, czy chodziło o to, że przestał grać pierwsze skrzypce i musiał zakończyć swój solowy występ, czy też rozdrażniło go coś więcej. Wyciągnął papierosa i nerwowo go rozgniatał, zerkając przy tym w stronę recepcji.

– Czy to prawda – Konstancja zagadnęła signora – że Tasso urodził się w domu, którego część wchodzi w skład hotelu?