Zmora - Robert Małecki - ebook + audiobook

Zmora ebook

Robert Małecki

4,9
31,90 zł

lub
Opis

W świecie, w którym wszyscy kłamią, nikt nie słyszy prawdy.

Kama Kosowska, niespełniona dziennikarka, wraca do Torunia i otrzymuje propozycję udziału w programie o tajemniczym zaginięciu z 1986 roku. Wtedy też przepadł bez śladu jej kolega z dzieciństwa, siedmioletni Piotrek Janocha. Kama jest jedną z osób, które ponad trzydzieści lat temu jako ostatnie widziały chłopca żywego.

Gdy po wielu latach akta starej sprawy trafią w ręce komisarza Lesława Korcza, odkryje on szereg rażących nieprawidłowości, a cień podejrzenia padnie na owdowiałego ojca Kamy, emerytowanego policjanta, Waldemara Kosowskiego.

Kiedy prawda sprzed lat zacznie wychodzić na jaw, dziennikarka będzie musiała również stanąć oko w oko z niewyobrażalną prawdą na temat śmierci swojej matki.

Czy uda jej się wyjaśnić, co wydarzyło się podczas tamtych tragicznych wakacji?

Porażający thriller kryminalny, w którym rodzinne sekrety zyskują niszczycielską moc…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 401

Oceny
4,9 (8 ocen)
7
1
0
0
0

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Robert Małecki, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała / Słowne Babki

Korekta: Gabriela Niemiec, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki i stron tytułowych: Tomasz Majewski

Fotografia na okładce: © Alexander Krivitskiy / Unsplash

Fotografia autora: © Zuza Krajewska / Warsaw Creatives

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66736-20-7

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

Kościół tchnie chłodem niczym zwłoki wystawione w kostnicy.

Zanim do niego wejdę i poczuję ten chłód na sobie, zanim wedrze się on pod ubrania i wprawi ciało w dygot, obserwuję złote liście porwane do tańca ze ścieżki. Wirują, unoszą się i opadają na tle czarnych szkieletów drzew i szarych chmur, szczelnie pokrywających niebo. Zapewne uśmiecham się na ten widok. Jestem przecież dziewczynką, wszyscy lubią, kiedy się uśmiecham.

Ojciec trzyma mnie za rękę. Twardym paznokciem kciuka bezwiednie pociera delikatną skórę mojej dłoni, gdy idziemy w stronę świątyni z czerwonej cegły.

Szarość wkrapla się przez strzeliste witraże, a boczne nawy toną w mroku. Głuche odgłosy kroków niosą się echem, stare ławki trzeszczą dłużej niż chwilę. Ktoś pochrząkuje, ktoś coś szepce. Wielkie drewniane wrota skrzypią przeraźliwie. Wyobrażam sobie, że to krzyk zbłąkanej duszy.

Płomienie świec tańczą na ołtarzu, a ja się nudzę. Szybko jednak znajduję sobie zabawę. Otwieram szeroko usta i wydycham powietrze, które zamienia się w jasnoszary obłok. Miękkie nitki unoszą się wolno i kłębią, przenikając się wzajemnie, a ja próbuję zmącić je ręką.

– Uspokój się! – syczy babka, matka mojego ojca, i chwyciwszy moją dłoń, ściąga ją gwałtownie w dół.

To boli, dlatego wykrzywiam usta w podkowę.

Czasami boję się tej starej kobiety.

Tata spogląda na mnie i wolno przymyka powieki. Nie jest zły, zresztą on tak szybko się nie złości. Po prostu daje mi znać, że wszystko będzie dobrze, żebym to wytrzymała.

Mam nie więcej niż trzy, może cztery lata i niewiele wspomnień tamtej chwili.

Siedzę na lodowatej ławce, wciśnięta między ojca a babkę, która strzepuje pyłki z gabardynowego płaszcza.

Pomimo niedawnej reprymendy szybko wynajduję sobie nowe zajęcie. Bawię się dużą, zimną dłonią ojca, którą położył na moich kolanach. Palcem wgniatam grube szare żyły układające się w sieć. Biegną tuż pod skórą, łączą się ze sobą i znikają przy szorstkich kłykciach, za którymi są już długie i grube palce. Te żyły są takie miękkie, łatwo poddają się naporowi, ale tylko na moment, tylko na chwilę. W miejscu, w którym uciskam, powstają białe placki. Znikają jednak szybko.

Po jakimś czasie znowu unoszę głowę, by spojrzeć na ojca. Chciałabym dotknąć kłującego rudawego zarostu, ale tego nie robię, bo jego dolna warga drży. Nos ma czerwony, pewnie z zimna. Ociera go chusteczką. Szkliste oczy patrzą przed siebie. Podążam za tym wzrokiem do przodu, przed ołtarz. I już oboje patrzymy na połyskującą lakierem sosnową trumnę.

Kolejne wspomnienie przenosi mnie na cmentarz, na pogrzeb, a dokładnie do tej chwili, kiedy ubrani na czarno mężczyźni spuszczają trumnę na pasach wprost do grobu. Ojciec trzyma mnie w silnych ramionach. Szczękam zębami i mówię mu, że jest mi zimno. Chcę, żeby zabrał mnie do domu. Szepczę mu to, niemal dotykając wargami jego ucha. Ale on nawet nie drgnie. Zresztą nikt się nie rusza. Przyszło niewiele osób, wszyscy zwieszają głowy. Próbuję dostrzec w ich twarzach coś więcej niż smutek wyrzeźbiony zimnym wiatrem.

Mój ojciec, zamiast mi odpowiedzieć, zamiast zabrać mnie do ciepłego mieszkania i bawić się ze mną, mocno zaciska powieki. Stawia mnie na ziemi, nie chce patrzeć mi w oczy, bo nie ma w sobie dość siły, żeby mi wyjaśnić, dlaczego nie możemy odejść. Opieram się o niego plecami i czuję, że cały się trzęsie.

Chwytam leżącą na moim ramieniu dłoń ojca i zginam jego grube palce. Niewykluczone, że coś do siebie mówię, może nawet podśpiewuję cicho: „Stary niedźwiedź mocno śpi, stary niedźwiedź mocno śpi, my się go boimy, na palcach chodzimy, jak się zbudzi, to nas zje”.

Przecież mogę robić wszystko to, co robią dzieci, gdy skupiają się na jednej czynności.

Nieważne.

I tyle właśnie z tego pogrzebu zapamiętałam.

Wiem, że na wrażenia dziecka nakładają się doświadczenia dorosłej kobiety i być może obrazy ze wszystkich pogrzebów, których byłam świadkiem.

Jeśli mam być szczera, nie wiem już, co jest prawdą, a co tylko moim wyobrażeniem.

Mimo to pielęgnuję w sobie te wspomnienia.

A wśród nich to, w którym mój ojciec długo gładzi mnie po głowie i ani razu nie gani, nie ma żalu o to, że bawię się na pogrzebie. Bo jestem zbyt mała, żeby zrozumieć, co się stało.

Żeby godnie pożegnać matkę.

 

 

 

 

 

KAMA

 

 

 

Trzask w głośniku przerywa sen, w którym spadam z ogromnej wysokości. Każdy zna to uczucie: żołądek podchodzący do gardła, mrowienie rozpełzające się z trzewi.

Lecę długo i ze świadomością, że zaraz zginę. Jestem gotowa na śmierć. Tuż przed uderzeniem w pomarszczoną taflę rzeki biorę haust zimnego powietrza. Zamykam oczy, spinam mięśnie i nagle z głośnym pluskiem wpadam w lodowatą toń.

W tej samej chwili drgam nerwowo.

Wypełnia mnie dziwne poczucie strachu wymieszane z ulgą.

– Szanowni państwo, zbliżamy się do stacji Toruń Główny. Planowy przyjazd pociągu: godzina szesnasta dwadzieścia dwie. Podróżnych wysiadających prosimy o zabranie bagaży i rzeczy osobistych oraz o zachowanie ostrożności. Dziękujemy za skorzystanie z usług PKP Intercity i życzymy udanego pobytu lub dobrej dalszej podróży.

Jestem przekonana, że ta zmora kiedyś mnie wykończy. Śni mi się ciągle, uparcie powraca. Na szczęście rzadko uderzam z impetem o bruk. Częściej, podobnie jak przed chwilą, topię się, nie umiem wypłynąć na powierzchnię. Zalewa mnie woda, pochłania mnie ciemność.

Ale sen już odszedł. Zastępują go kołyszący stukot kół, lepki pot na karku i ból zdrętwiałej stopy. Ciepłe powietrze wypełnia mi płuca. Zatrzymuję je na dłużej, po czym wydycham ze świstem.

Pod łokciem wyczuwam torebkę. Jest na swoim miejscu, zamknięta, ale dla pewności pociągam za suwak. Zerkam na półkę nad głową. Walizka tkwi tam, gdzie ją położyłam.

Przez lekko uchylone okno do pustego przedziału wpada z szumem wiatr, tarmosi zaciągniętą zasłonę, przez którą prześwitują gorące promienie gasnącego czerwcowego słońca.

Ocieram pozbawioną makijażu twarz i wciąż zaspana poprawiam się na siedzeniu. Mija chwila, nim dochodzę do siebie, bo krótki sen wyczerpał mnie całkowicie.

Wstaję i odsuwam zasłonkę. Za oknem dobrze znany las ustępuje miejsca nowoczesnym halom produkcyjnym oraz skrytym w gąszczu drzew i krzewów altanom, rozsianym gęsto na działkach. Wojskowe koszary, samochody na ulicach, refleksy słońca na karoserii i szybach. I to wszystko ucieka, znika mi z oczu.

Wreszcie pociąg wyraźnie zwalnia bieg, a gdy się zatrzymuje, szarpie mną lekko.

Kolejka zmęczonych ludzi przepycha się do wyjścia. Robię krok nad szczeliną między pociągiem a peronem i już ciągnę walizkę po kamiennych płytach w stronę dworca z żółtej cegły, która w popołudniowym słońcu nabiera wyjątkowo intensywnego odcienia.

Zmierzam w kierunku frontu budynku, tam gdzie postój taksówek. Kilka wozów z kolorowymi naklejkami i gapami na dachach wyczekuje na kurs. Otwarte drzwi, opuszczone szyby. Zgarbiony kierowca ociera pot z czoła, zwiesza głowę, odjechałby stąd, poczuł wreszcie na skroniach pęd chłodnego wiatru. Zaraz przyniosę mu ulgę, bo moja przyjaciółka Aldona Terlecka wysłała mi wcześniej esemes, że nie da rady mnie odebrać. Może to i lepiej, nie jestem w nastroju do babskich pogaduch.

Obok, na parkingu, do ciemnego SUV-a wsiada kobieta z dziewczynką ubraną w zwiewną kwiecistą sukienkę. Mała ma wsuniętą we włosy opaskę opartą wysoko nad czołem i śnieżnobiały uśmiech szczęśliwego dziecka. W dłoni trzyma maskotkę misia.

Kiedy matka sadowi ją w foteliku, pluszak wypada i turla się pod koła. Dziewczynka płacze, ale kobieta, nieświadoma zguby, zatrzaskuje już drzwi. Siada za kierownicą, uruchamia wóz i odjeżdża.

Mały miś leży na plecach.

Proszę taksówkarza, aby schował mój bagaż, a sama podchodzę do zabawki. Schylam się po nią, wyciągam dłoń, a potem macham w kierunku samochodu, który zatrzymuje się kilkadziesiąt metrów dalej po to, by skręcić w prawo pod kolejowy wiadukt.

Ale ona mnie nie widzi. Wóz włącza się do ruchu i znika z mojego życia.

Przypatruję się pluszowemu wyrzutkowi i myślę o tym, jak wiele nas łączy.

– Widziała pani jej samochód? Drogi jak cholera. Pani się nie martwi. Na pewno kupi nowego misia – krzyczy taksówkarz.

Odwracam się do niego. Kręci się nerwowo przy otwartych drzwiach od strony kierowcy.

Omiatam wzrokiem dworzec. Ludzi już mniej, pociąg odjechał. Z głośników dworcowych niesie się kolejny komunikat. Neon „Toruń Główny”, zawieszony na szczycie elewacji, rozświetla się na niebiesko.

– No to jak? Jedziemy? – rzuca ochoczo kierowca w moją stronę.

Kiwam głową.

– Ale dokąd? – dopytuje mężczyzna.

– Na Kościuszki, do Rio Bravo.

Zbieram się w sobie i siadam na nagrzaną tylną kanapę.

Kiedy opony terkoczą po bruku, smutny pluszak patrzy mi prosto w oczy.

W połowie mostu, nad ciemną Wisłą, taksówkarz, obserwując mnie w lusterku wstecznym, ściąga mój wzrok.

– To z powodu tego misia? – pyta z uśmiechem na ustach. – No niechże pani nie żartuje. Przecież to śmieszne.

Nie mogę wydusić z siebie słowa. Nie chodzi o przytulankę, nie dlatego mam łzy w oczach. Chodzi o mnie. O powrót do miasta, z którego uciekłam. O powrót do życia, którego nie chciałam. O to, że świat, który miałam na wyciągnięcie ręki, okazał się nie dla mnie. Że wracam z podkulonym ogonem, bo nie sprostałam wyzwaniom. Moje nazwisko skreślili przy pierwszej turze redakcyjnych czystek.

– Nie bierz tego osobiście, Kama – powiedział wtedy mój naczelny, przesuwając palcem po grzbiecie nosa, żeby poprawić okulary. Dla lepszego efektu skrzywił się i podrapał po siwym zaroście.

– A jak mam to odebrać? Najlepszych przecież nie zwalniasz, prawda? – Ściskałam kurczowo wilgotne dłonie.

Szef w końcu na mnie spojrzał. Rozłożył ręce, jakby chciał coś wyjaśnić, ale prawdopodobnie nie znalazł odpowiednich słów, więc zrezygnował.

– Tak myślałam – stwierdziłam, odwracając się do drzwi.

– Znajdziesz coś sobie. Wystawimy ci dobre referencje.

– W dupie mam twoje referencje – szepnęłam.

Ta scena tkwi we mnie jak zadra, ale szybko pozbywam się jej z głowy i wracam do rzeczywistości.

Przykładam miękką zabawkę do nosa. Pachnie słodko, jak moje dzieciństwo.

Zanim – z powodu pewnych zdarzeń – uleciało przedwcześnie.

 

 

Cisza jest drugim pasażerem.

Nie przyglądam się miastu przez boczne szyby, bo obok na kanapie leży złożona na pół gazeta. Rozprostowuję „Echo Torunia”, bezpłatny tygodnik miejski prowadzony przez moją przyjaciółkę, i rozkładam go sobie na kolanach. Jak zahipnotyzowana wpatruję się w zdjęcie siedmioletniego rudego, pulchnego chłopca, którego doskonale pamiętam, i w znacznie mniejszy portret, a raczej grafikę przedstawiającą progresję wiekową, a więc prawdopodobny wygląd mężczyzny, którym Piotrek Janocha zapewne by się stał, gdyby nie zaginął w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku.

„Gdzie jesteś, Piotrze?” – grzmi tytuł wielką czcionką, a pod nim czytam: „Mijają trzydzieści trzy lata od tajemniczego zaginięcia w Lubiczu. Policja ponownie przygląda się tej zagadkowej sprawie i publikuje portret Piotr Janochy, który w tym roku skończyłby czterdzieści lat”.

Odwracam stronę i czytam artykuł Aldony Terleckiej, naczelnej „Echa”. Nie jestem zaskoczona, że nie pisze o nowych dowodach i śladach. Dziennikarka wspomina jedynie o powrocie policji do starego śledztwa. Ale to wystarczy, żebym zaczęła drżeć na myśl o latach mojego dzieciństwa. Bo być może w tym jednym zdaniu zawiera się znacznie więcej treści, niż można z niego wyczytać.

– Jesteśmy na miejscu – mówi kierowca, ale nie gasi silnika. – Osiemnaście pięćdziesiąt.

Płacę drobnymi.

Mężczyzna chowa bilon, po czym odpina pas i wysiada. Wciąż otumaniona robię to samo.

Chłód klimatyzacji zastępują smagnięcia rozgrzanego wiatru.

Kierowca wyciąga walizkę z bagażnika i stawia ją przy mnie. Żegna się delikatnym ukłonem i życzy mi miłego dnia.

– Mogę zabrać gazetę? – pytam, unosząc złożony tygodnik.

– Bardzo proszę, ja już przeczytałem.

Odprowadzam go do wozu i czekam, aż odjedzie, ale samochód ani drgnie.

Maskotkę razem z tygodnikiem chowam do obszernej torebki i wracam do rzeczywistości.

Rozglądam się. Zmieniło się, od kiedy byłam tu ostatnio. Za sobą mam szeroki wiadukt nad torami, z którego zjeżdżają samochody. Obok biurowiec z kolorową szklaną elewacją. Po prawej, w wysuniętym najbliżej jezdni fragmencie starej budowli, Młynów Richtera, trwają prace rozbiórkowe. Patrzą na mnie puste czarne oczodoły okien.

Przymykam powieki i robię kilka kroków do przodu w stronę mężczyzny, który wyszedł z restauracji i zatrzymuje się pod szklanym zadaszeniem.

Moja walizka terkocze.

Od łysej skóry głowy nieznajomego odbija się słońce. W lustrzankach na nosie zapewne widać moją postać, ale nie wiem tego na pewno, bo wciąż dzieli nas zbyt duża odległość.

Taksówkarz odjeżdża, odprowadzam wzrokiem jego samochód, ale trwa to chwilę. Ponownie odwracam się do mężczyzny. Wyraźnie i z zaciekawieniem spogląda w moją stronę, ale kiedy podchodzę bliżej, drzwi się rozsuwają i pojawia się w nich ubrana w granatowy kostium kobieta. Podchodzi do niego, on chwyta ją za rękę i oboje ruszają w moim kierunku. Przechodzą obok, rozmawiając cicho. Nie docierają do mnie żadne słowa, ale całkowicie zdezorientowana przystaję i oglądam się za nimi. Myślałam, że to właśnie z nim mam się spotkać.

Dystans między nami stale się zwiększa.

– Dzień dobry. – Za plecami słyszę niski głos. – Pani Kamila Kosowska?

Młody blondyn niedbale przeczesuje dłonią długą grzywkę.

Nie odpowiadam.

– To pani, prawda?

Mierzymy się wzrokiem, ale po chwili mężczyzna rozgląda się ostentacyjnie.

– Przejdziemy się czy woli pani usiąść i wypić kawę? Dodam tylko, że akurat w tej restauracji znakomicie ją zaparzają. – Łączy dłonie i bawi się obrączką na palcu.

Znowu wolę milczeć.

– Nasz stolik czeka – zachęca i podnosi moją walizkę.

Wpatruję się w jego szczupłą twarz. Ma niebieskie oczy i gładką linię brody, niemal pozbawioną zarostu. Może być młodszy ode mnie nawet o kilkanaście lat. A jednak budzi moje zaufanie, a może raczej ciekawość, i tylko dlatego kieruję się do drzwi. Poza tym w restauracji będę czuła się pewniej, przynajmniej tak mi się wydaje.

Siadamy w ciszy przy stoliku w pobliżu oszklonej witryny z widokiem na ruchliwą jezdnię. Sala wystrojem przypomina westernowy bar. Ciemne drewno od podłogi po sufit. W rogu figura Johna Wayne’a, który mierzy do mnie z rewolweru. Na ścianach fotosy z amerykańskich kanionów, przy barze zamiast hokerów prawdziwe skórzane siodła. A drzwi do toalet z zakratowanymi kwadratami wyglądają jak cele w siedzibie szeryfa.

Kelner w stroju kowboja przyjmuje zamówienie i bezszelestnie odchodzi.

– Pani Kamilo…

– Wystarczy Kama, nie lubię pełnego imienia.

– Kama. Ładnie – cieszy się. – Paweł Hałas, miło mi.

Podajemy sobie dłonie nad stołem.

– Jesteś dziennikarką, prawda?

– Tak. – W zasadzie nie kłamię, wciąż jestem dziennikarką, tyle że bez etatu. I bez pieniędzy. W ciągu ostatnich kilku miesięcy próbowałam znaleźć coś w Warszawie, ale bezskutecznie. Oszczędności stopniały, zapał też.

– Armin mówił, że pracujesz w „Newsweeku”.

Potwierdzam. Z oddali dochodzi grzechot mielonych ziaren, a następnie syk ekspresu do kawy.

Armin, kolega z liceum, nalegał na to, żebym spotkała się z Hałasem. Pewnie dowiedział się o moim powrocie do Torunia od Aldony, ale nie mam jej tego za złe. Traktuję to jako wyraz troski ze strony przyjaciółki. A może troski ich obojga?

– Podobno masz coś dla mnie, tak? – pytam, bo nie chcę tracić czasu, chociaż mam go aż nadto.

Paweł zakłada nogę na nogę i splata dłonie na kolanie.

– Armin mówił ci, o co chodzi?

– Nie – odpowiadam, bo rzeczywiście nic mi nie powiedział.

Mój rozmówca wzdycha zawiedziony albo tylko udaje.

– Okej, w takim razie zaraz ci wszystko opowiem. – Podnosi wzrok na kelnera, który stawia na stole filiżanki. – Ale chciałbym jeszcze o coś zapytać. Ta robota zapewne zajmie ci sporo czasu, więc wolałbym mieć pewność, że jesteś osobą, która wypełnia swoje zobowiązania do końca. Mówiąc krótko, twój urlop szybko się skończy, a po nim rzucisz się w wir obowiązków zawodowych i…

– Armin na pewno wystawił mi dobrą opinię – przerywam jego wywód. – Inaczej w ogóle byśmy się nie spotkali – dodaję zaczepnie.

Śmieje się. Ale nie umiem ocenić, czy reakcja jest naturalna, czy sztuczna.

– Oczywiście. – Znowu poprawia grzywkę. – Sprawdziłem cię.

Zastanawiam się, po co mi to mówi. Gdyby rzeczywiście to uczynił, wiedziałby, że jestem bezrobotna.

– To płyńmy do brzegu – zachęcam.

– Masz rację, szkoda czasu na podchody.

Moje usta burzą idealną kawową piankę, a Paweł czeka.

– Z tego, co wiem, zresztą głównie z mediów, byłaś jedną z ostatnich osób, które widziały Piotra Janochę, siedmiolatka, zaginionego w osiemdziesiątym szóstym. Zgadza się?

Zamieram i próbuję przełknąć ślinę.

– Nie martw się, chodzi…

– Dlaczego o to pytasz?

– Zaraz wyjaśnię. Chodzi mi tylko o to, że na pewno, jako osoba, która przeżyła zaginięcie kolegi, i to w tak młodym wieku… Bo ile ty wtedy miałaś lat?

– Tyle samo co on.

– Tyle samo… – Kręci z niedowierzaniem głową. – Jasna cholera. To musiało być straszne. Wychowująca się bez matki dziewczynka, która przeżywa takie zdarzenie…

Zauważam, że na szyi, pod rozpiętą koszulą, nosi rzemień ze srebrną błyskotką. Czasami go dotyka.

– W ogóle pamiętasz z tego coś jeszcze? Z tamtego dnia? – ekscytuje się, jego oczy błyszczą.

– Niespecjalnie – kłamię, choć pamiętam każdy szczegół.

Unosi brwi.

– To zupełnie niesamowite. Oczywiście wiesz, co mam na myśli.

Nie wiem i w ogóle mnie to nie obchodzi.

– Twój ojciec jest policjantem, prawda?

– Był. Dawno temu.

– Służył w milicji, a później przeszedł weryfikację i został policjantem, tak?

Kiwam głową.

Paweł Hałas omiata wzrokiem pustawą salę restauracyjną. Daleko za nami rozlega się kobiecy śmiech.

– Pracował nad tą sprawą – dodaje mężczyzna.

– No i?

– Opowiadał ci o tym, jak wyglądało to śledztwo?

– A dlaczego pytasz?

Unosi ręce w obronnym geście i pochyla się w moją stronę.

– Z czystej ciekawości. – Rozpromienia się jak na zawołanie i z powrotem odchyla się na oparcie krzesła. – Czy nie było tak, że w trakcie wywiadów, których swego czasu, jak pamiętam, sporo udzielałaś, dziennikarze chcieli wyciągnąć od ciebie informacje o szczegółach działań ówczesnej milicji, a później policji?

Wracam myślami do tamtych chwil. Rzeczywiście tuż przed ukończeniem drugiej klasy liceum spotykałam się z kilkoma reporterami. Ich teksty lub zapis rozmów ukazały się w dziesiątą rocznicę zaginięcia Piotrka, pierwszego dnia wakacji tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku. A jednak nie myślałam wtedy o nim. Myślałam o sobie, o swojej szansie na zaistnienie, na zwrócenie na siebie uwagi koleżanek i kolegów. Ale nic to nie dało, bo rozpoczęły się wakacje i wszyscy się rozjechali. Tylko kilka sąsiadek mnie zaczepiło, gratulowały i uśmiechały się promiennie, pokazując lokalne gazety. A z klasy jedynie Armin pochwalił się wyrwaną z czasopisma kartką, na której znajdowało się moje zdjęcie na tle szarej szkoły z wielkimi oknami. Świat bez Facebooka wyglądał inaczej, bo w tamtych czasach ludzie nie mieli jeszcze telefonów komórkowych ani po kilka laptopów. Mam wrażenie, że tak naprawdę jedyną osobą, która zwróciła uwagę na te wywiady i fotografie, był mój ojciec. Do dziś pamiętam złość w jego oczach, drobinki śliny tryskające z ust, gdy krzyczał, że jestem głupia i nieodpowiedzialna.

W zasadzie wciąż nie rozumiem, co go tak zdenerwowało.

Tydzień później ojciec odebrał kilka głuchych telefonów. A kiedy któregoś dnia podniosłam słuchawkę, usłyszałam nerwową, przerywaną płaczem wypowiedź, kilka prostych słów, wygłoszonych prawdopodobnie przez nastolatka.

„To nie było tak”.

Po latach, kiedy pracowałam już jako dziennikarka, postanowiłam zestawić te wywiady z zeznaniami, które znalazły się w aktach sprawy. Nie odkryłam istotnych rozbieżności, więc nie wiem, co nieznajomy mógł mieć na myśli.

Powtarzam to Pawłowi.

– Myślisz, że to dzwonił któryś z braci? – pyta, sięgając po filiżankę.

– Brałam to pod uwagę.

– Spotkali się z tobą?

– Nie, raczej nie. – Kręcę głową. – Albo zwyczajnie nie pamiętam.

– Śledzili cię?

Zastanawiam się.

– Nie wiem. Chyba nie.

– A czy wtedy, w tych wywiadach, oskarżyłaś ich wprost o to, że mieli coś wspólnego z zaginięciem Piotrka?

– Po prostu powiedziałam, że to dziwne, że nie chcą powiedzieć głośno o tym, co wówczas robili.

Hałas upija łyk kawy.

– A sprawdzałaś, jak przebiegało to śledztwo?

– Swego czasu uzyskałam dostęp do akt.

– No i?

– No i co?

– Tam nie ma wszystkiego.

– Nie rozumiem. – Przekrzywiam głowę.

Macha ręką.

– Nieważne – mówi. – Po prostu od pewnego czasu interesuje mnie ta sprawa.

– Z jakiegoś konkretnego powodu?

Czubkiem języka dotyka górnych jedynek.

– Zaginięcie dziecka wydaje się czymś zupełnie nienaturalnym. Nieprawdopodobnym. I po prostu… – Szuka odpowiedniego słowa, pomagając sobie pstrykaniem palcami. – Cholera, to jest zwyczajnie przerażające.

Staram się wyczytać z jego oczu jak najwięcej. Ale jest w nich coś, co sprawia, że przegrywam tę grę. Najpierw gapię się w obrus, a potem topię usta w kawie.

– Czego dotyczy twoja propozycja? – pytam, gdy cichną odgłosy wesołości z końca sali.

– Zaraz ci wyjaśnię. Jeszcze tylko jedno pytanie, jeśli pozwolisz.

– Słucham.

– Kiedy zostałaś dziennikarką, sporo uwagi poświęcałaś zaginięciom, prawda?

Chcę coś odpowiedzieć, Hałas unosi jednak dłoń.

– Ale tej sprawie, która pewnie boli cię najbardziej, sprawie zaginięcia Piotrka Janochy, nigdy nie poświęciłaś choćby słowa. Właściwie dlaczego? – dziwi się.

– Etyka zawodowa. Mówi ci to coś? – denerwuję się.

– Chodzi o zachowanie bezstronności? – dopytuje poważnie, a ja kiwam głową. – Okej. – Wyraźnie zakłopotany pociera wnętrze dłoni.

I nagle rozumiem, dlaczego mnie tu ściągnął.

– Chyba nie sądzisz, że zabiorę się do tej sprawy? – Niespodziewanie dla siebie samej staję się agresywna.

Hałas się nie odzywa. Przynajmniej nie od razu.

– Czy nie jest tak – wygląda na zadowolonego z siebie – że współcześnie świat wartości nie ma szans ze światem materialnym? Etyką się nie wyżywisz, nie zapłacisz rachunków. A dobrym apartamentem albo samochodem, zwitkiem setek w portfelu wkurwisz wszystkich, rodzinę i znajomych, biednych, ale przede wszystkim zazdrosnych bogatych.

Zaczynam się wiercić na krześle.

– Jesteś jakoś związany z jego rodziną? – pytam podejrzliwie.

– Ja? Ależ skąd!

– To w takim razie czemu tak bardzo interesuje cię ta sprawa?

Wystudiowanym gestem sięga do kieszeni marynarki, skąd wyjmuje skórzane etui na wizytówki. Wyciąga jedną i kładzie w pobliżu mojej filiżanki.

Paweł Hałas. Producent filmowy. W prawym górnym rogu kartonika znajduje się niewielkie logo, kilka kresek składających się na wizerunek kamery, z podpisem: Noise Production.

– Rozpoczynam przygotowania do realizacji serialu dokumentalnego Gone Forever dla Netflixa. – Opiera łokcie na stole. – Chodzi o rekonstrukcję zdarzeń poprzedzających tajemnicze zaginięcia. Każda sprawa zostanie przedstawiona przez znakomitych dziennikarzy. Idziemy na ostro, bo zamiast dotykać wyłącznie polskiego podwórka, chcemy sięgnąć do spraw z całej Europy. Pierwszy sezon, wstępnie osiem lub dziesięć odcinków, poświęcony będzie wyłącznie zaginięciom dzieci. Same hity. Na przykład szokująca sprawa czteroletniej Brytyjki Madeleine McCann i jej tajemnicze zniknięcie z pokoju hotelowego w Portugalii. Do dziś to zdarzenie wywołuje dreszcze. Ale jest też zaginięcie Andrew Gosdena, zdolnego nastolatka z angielskiego Doncaster, który bez uzgodnienia z rodziną wsiada do pociągu do Londynu i tam, na stacji King’s Cross, łapie go kamera monitoringu, po czym chłopak rozpływa się w metropolii jak we mgle. Zupełnie jakby był duchem. – Hałas zniża głos. – I do tych właśnie spraw dołączy jedno jedyne zaginięcie z Polski. – Celuje we mnie palcem wskazującym. – I będzie to zaginięcie Piotrka Janochy.

Dopijam kawę i uśmiecham się najbardziej promiennie, jak tylko potrafię.

– Pierwszy sezon trafi do kilkunastu krajów – dodaje mężczyzna. Uśmiecha się, przekonany, że zdobył to, co chciał.

– Nie jestem zainteresowana. – Wstaję.

Hałas nie wygląda jednak na zaskoczonego albo umiejętnie maskuje emocje.

Podaję mu rękę, a on podnosi się i ją ściska.

– Dziękuję za spotkanie. I za kawę. Naprawdę niezłą tu parzą. – Zabieram walizkę i odchodzę.

– Oprócz serialu, który zobaczy pół Europy – Hałas podnosi głos – każda sprawa zostanie wydana w formie książki, reportażu, mamy już wstępnie uzgodnione wejście na rynek brytyjski, niemiecki, francuski i rosyjski.

Zatrzymuję się i odwracam.

Młody blondyn wsuwa ręce w kieszenie i podchodzi do mnie.

– To zajęcie idealne dla ciebie. Zyskasz sławę i rozgłos nie tylko w Polsce – kusi. – Już nie będziesz musiała się starać o żadną robotę. Teraz to robota postara się o ciebie.

Stoimy naprzeciwko siebie.

– I tak, to jest ten moment, w którym śmiało możesz pytać o honorarium. – Rozpromienia się i zarzuca grzywką.

– Mogę, ale nie chcę.

– Bo? – Nie kryje zdziwienia. – Podobno potrzebujesz kasy.

A więc jednak wszystko o mnie wie. Czuję się jak zaszczuty pies. Dreszcz schodzi mi wzdłuż kręgosłupa.

– Po prostu nie pracuję z ludźmi, dla których pieniądze są ważniejsze niż zasady. – Mój głos jest twardy jak stal.

Śmieje się, ale sztuczna wesołość szybko gaśnie.

– I tak właśnie było w Warszawie? Dlatego stamtąd wracasz?

Mierzymy się wzrokiem.

– Pytałaś, dlaczego zajmuję się tą sprawą, prawda? – Jego twarz nie wyraża żadnych emocji.

– O co ci chodzi?

Wskazuje na stół.

– Coś ci pokażę, tylko usiądźmy.

Waham się. Zainteresowanie bierze górę. Hałas czeka, aż siądę, a potem przysuwa się wraz z krzesłem do stołu.

Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciąga iPhone’a, szuka w nim czegoś, po czym odwraca ekranem w moją stronę. Na zdjęciu jest dom schowany w gęstwinie drzew. Rozpoznaję go od razu, a moje ciało reaguje natychmiast. Zimny dreszcz przebiega mi po plecach. Nerwoból w klatce piersiowej narasta z każdym uderzeniem serca. Moją twarz wykrzywia grymas.

Widzę ten dom w wyblakłych wspomnieniach, które powoli nabierają barw. I naglę patrzę na zdjęcie, jakby dawno zasypana przeszłość wygrzebała się spod ziemi. Świeże, jasne drewno, nowy dach, otwarte okna i okiennice. Drzewka owocowe to ledwie cienkie witki z kilkoma gałązkami na krzyż. W tle majaczący jaz na Drwęcy.

Ale widzę coś jeszcze, coś, co podpowiada mi wyobraźnia.

W drzwiach domu stoi pulchny rudzielec z nogami krzywymi jak iks. Uśmiecha się do mnie przyjaźnie, ufnie. Tak jakby nie miało znaczenia to, że kilka razy go zawiodłam.

– W tym domu mieszkał kiedyś Piotrek, prawda? – odzywa się Hałas.

Nie wiem, czy jestem w stanie odpowiedzieć, ale kiwam głową.

– Podobno można go wynająć. To nie byłoby głupie… nakręcić tam kilka scen z tobą. Co sądzisz? – pyta młody blondyn.

I nagle staje się zupełnie niewyraźny i zamazany.

– To ja o tym zdecyduję. – Wstaję zbyt gwałtownie i potrącam stolik.

Filiżanka się przewraca, ale na szczęście jest pusta.

 

 

Potrzebuję chwili samotności, dlatego dyszę w lustro w łazience i z trudem powstrzymuję emocje. Nie widziałam tego domu od ponad trzydziestu lat, a teraz każde związane z nim wspomnienie odżywa. Być może dlatego trzęsą mi się dłonie, kiedy obmywam twarz zimną wodą.

Wracam do stolika i czuję na sobie wzrok Hałasa.

– Alergia – mówię, wskazując na zaczerwienione oczy.

– Wiem coś o tym, ale się odczulam. – Blondyn zerka na kartę menu. – Napijesz się jeszcze czegoś? A może coś zjemy?

– Nie jestem głodna – odpowiadam i między nami zapada cisza.

Mężczyzna przygryza wewnętrzną część policzka. Tak mi się przynajmniej wydaje.

– Jesteś mi potrzebna. – Próbuje nowej taktyki. – Po pierwsze, znasz się na tym, jesteś dziennikarką. Po drugie, to, co przeszłaś w dzieciństwie, to, że zawodowo zajmowałaś się zaginięciami, stawia cię na szczycie listy kandydatów do tej pracy. Po przeczytaniu twoich tekstów wiem, że masz w sobie niezbędne pokłady empatii, żeby wgryźć się w tę sprawę. Kiedy zapoznasz się z aktami, zrobisz naprawdę niezły materiał, kto wie, czy nie najlepszy. – Łączy dłonie w piramidkę. – Jeśli brakuje ci czasu, dam ci speca od dokumentacji. Odwali za ciebie brudną robotę i…

Hałas mówi dalej, ale wyłączam się, żeby przeanalizować tę rozmowę. Mam wrażenie, że wcale nie chodzi mu o mnie, że jestem tylko pretekstem. Myślę więc gorączkowo.

– …być może nawet kilka zdjęć nakręcimy w tym domu. – Młody mężczyzna się emocjonuje. – Na podstawie starych policyjnych fotografii odtworzymy też ogród. Wszystko będzie wyglądało jak kiedyś.

– Do czego ci potrzebny mój ojciec? – Nie zdaję sobie sprawy, że ogryzam skórkę przy paznokciu.

– Słucham? – Mężczyzna wydaje się zdezorientowany, ale trwa to tylko chwilę. – Nie potrzebujemy twojego ojca.

– Na pewno?

– Na pewno. Przecież gdyby nawet zechciał nam cokolwiek powiedzieć, nie moglibyśmy tego wykorzystać w programie. Policja od razu by się zorientowała, skąd mamy te informacje, i twój ojciec miałby kosmiczne kłopoty. Więc po cholerę to komu? – pyta Hałas. – Nie chcemy mu przysparzać nowych zmartwień, prawda?

Trzy elegancko ubrane starsze pary wchodzą do restauracji i pytają chudego kelnera o rezerwację. Zabiera ich na środek sali. Rejestruję to wszystko kątem oka.

– Nowych zmartwień? – Bezwiednie przekrzywiam głowę. – Co masz na myśli?

Hałas nabiera powietrza.

– To ty nic nie wiesz? Nic ci nie powiedział?

– Kto?

– No, twój ojciec.

– Ale o czym?

– O tym, że podobno prokuratura węszy w tej sprawie. Ich zdaniem w śledztwie dotyczącym Piotrka Janochy nie wszystko przeprowadzono tak, jak należy. Odwiedziłem twojego ojca na działce, sam mi o tym opowiedział. Sądziłem, że wiesz i że to jest prawdziwy powód, dla którego nie chcesz ruszyć tego tematu.

„Pierdol się”, myślę i zastygam z nerwów.

– No to jak będzie? – pyta Hałas. – Działamy?

– Nie – odpowiadam szybciej, niż pomyślę.

– Nawet nie porozmawialiśmy o wynagrodzeniu. – Udaje zawiedzionego. – A moja oferta…

– Nie mamy już o czym rozmawiać – dodaję, bo nie zamierzam przyłożyć ręki do pogrążenia mojego starego ojca.

Odchrząkuje. Kładzie dłonie na podłokietnikach krzesła i unosi brwi.

– No cóż. Szkoda. Ale jeśli zmienisz zdanie, to zadzwoń. – Podnosi się. – Miło było cię poznać.

Wyciąga z kieszeni portfel i kładzie stuzłotowy banknot na śnieżnobiałym obrusie.

Nie odzywam się.

– To mogła być dla ciebie wielka szansa. Mogłabyś wrócić do zawodu po czerwonym dywanie – dodaje Hałas.

Zanim zdążę zareagować, odchodzi. Odprowadzam go wzrokiem do wyjścia. Obserwuję, jak wsiada do sportowego wozu i z głośnym buczeniem rur wydechowych opuszcza parking.

Na smartfonie wyszukuję numer do ojca. Dawno z nim nie rozmawiałam, ale teraz też mi się to nie uda. Automat informuje, że abonent jest poza zasięgiem.

Bez zastanowienia odszukuję w kontaktach Armina Miteckiego. Niestety, mężczyzna pierwsze połączenie odrzuca, drugie zresztą też. Chciałabym go zapytać o Hałasa, o to, co producent filmowy wie o mnie i moim ojcu, ale będę musiała z tym poczekać.

Aldona mówiła mi, że będzie zajęta, więc do niej nawet nie próbuję się dodzwonić. Zapewne sama się odezwie.

Gdzieś pod sercem rodzi się we mnie lęk, jakby wszystko we mnie zamarzało. To reakcja na to, co się dzieje poza moją kontrolą. Ten lęk nie jest mi obcy, noszę go w sobie od kilku miesięcy, w trakcie których straciłam pracę i nie znalazłam dla siebie miejsca w innych stołecznych redakcjach. Ale jest to także lęk o to, co przyniesie przyszłość. Bo jak długo można w kółko pożyczać pieniądze i ich nie oddawać? Na szczęście Aldonie aż tak na nich nie zależy.

– Czy mogę wystawić rachunek? – Obok mnie wyrasta chudy kelner z wyuczonym uśmiechem na twarzy.

Ale mnie nie jest do śmiechu.

Podaję mu banknot.

– Reszty nie trzeba – dodaję.

Mam ochotę stąd uciec.

 

 

Ciągnę walizkę.

Kółka skaczą po nierównym bruku, nieznośnie terkocząc. Szarpię się z nią. Szarpię się sama ze sobą, od dawna szarpię się z życiem.

Słońce kładzie w mieście długie cienie, bruk brązowieje. Pełno tu ludzi, jest głośno, ale chcę się skryć w samotności. Zamiast głównego deptaka wybieram odludną bliskość miejskich murów, dających wytchnienie od upału.

Pod Krzywą Wieżą grupa zagranicznych turystów przekrzykuje się radośnie. Niemieccy emeryci w długich bawełnianych spodniach i w sandałach na starych, żylastych stopach. Swobodni, radośni, oderwani od trosk, z dala od domu, z dala od kłopotów, jeśli w ogóle je mają.

Głos przewodnika skrzeczy po niemiecku z niewielkiego megafonu. Mężczyzna uśmiecha się, kiedy wskazuje na Krzywą Wieżę. Mam wrażenie, że przez chwilę uważnie mi się przygląda.

Mijam ich ze spuszczoną głową.

Wychodzę wprost na odrestaurowany spichlerz, w którym na parterze kuszą wnętrza eleganckiej, nowoczesnej restauracji. A ja w oczach mam ruinę z dawnych lat. Czarne okna zasłonięte dechami, obkruszone cegły.

Idę dalej, wzdłuż murów, wciąż ciągnąc za sobą cholerny terkot walizki, jakbym chciała ogłosić mój powrót całemu miastu. A przecież pragnę pozostać niezauważona, przezroczysta jak wiatr, bo nie wracam tu z własnej woli.

Wracam, bo w Warszawie przegrałam wiele. Siedem miesięcy przesiedziałam na tapczanie w wynajmowanym pokoju. Siedem miesięcy czekania na cud. Chyba od początku wiedziałam, że on się nie zdarzy. Myślę o tym, o moim powrocie, o przyszłości bez celu, o planach, których nie mam. O kłopotach ojca, jakbym mało miała własnych, i zastanawiam się, dlaczego nic mi nie powiedział. Dlaczego od dawna tak rzadko ze sobą rozmawiamy. Biorę winę na siebie, to ja nie miałam dla niego czasu. Udawałam zapracowaną, wiecznie w biegu. Także w ciągu tych siedmiu miesięcy, podczas których wpatrywałam się w sufit.

We wnęce przy ścianie spichlerza, na starobruku, rozstawiono parasole i stoliki. Jakaś para pije wino. Kobieta w białej sukience w czerwone grochy, z okularami przeciwsłonecznymi, które zakrywają jej pół twarzy, odstawia kieliszek. Na lustrzane szkła spadają sprężynki brązowych loków. Czerwone usta uśmiechają się do mężczyzny, który siedzi do mnie tyłem.

Mijam ich, przejście robi się coraz węższe, ale mam już blisko do celu. Spoglądam na zegarek i wiem, że jestem spóźniona.

– Kama? – Słyszę swoje imię. – Kama, to ty?

Powinnam nie reagować, iść dalej przed siebie, ciągnąć walizkę, a jednak wbrew sobie przystaję i się odwracam. Marszczę czoło, mrużę oczy przed słońcem, które pada wprost na mnie, jak sceniczny reflektor. Delikatne, nieprzyjemne mrowienie wspina się po kręgosłupie.

Widzę dwie czarne sylwetki. Kobieta wstaje od stolika i robi krok w moją stronę. W sandałach na wysokim korku chwieje się na kocich łbach. Mężczyzna wciąż siedzi, ale odstawia kieliszek i dopiero po chwili się podnosi, ocierając usta serwetką. Odkłada ją na bok.

– Jasna cholera – mówi kobieta i sądzę, że przygląda mi się badawczo, widzę to po ruchu jej głowy. – Kama, to naprawdę ty.

Nie dziwię się jej wątpliwościom. Zmieniłam się, przytyłam i nie jestem tą samą Kamą, którą znała przed laty. Minęła wieczność, od kiedy widziałyśmy się ostatnio, a ten czas odcisnął się nie tylko na mojej pospolitej twarzy, lecz także na pulchnym ciele i udach, znaczonych cellulitem, ukrytym przed światem w luźnych rybaczkach.

Odgarniam rzadkie ciemne włosy.

– Ale numer! Kama! – Uśmiecha się kobieta. – No chodź, usiądź z nami.

Próbuję się wykręcić, wskazując na swój bagaż.

– Przepraszam, ale dopiero co wysiadłam z pociągu. Jestem zmęczona. Boli mnie głowa.

Czterdziestolatka podchodzi bliżej i przytula mnie na powitanie, moje ręce jednak nie reagują. Wilgotna dłoń opiera się na uchwycie walizki, druga na torebce. Joanna Szewczyk trzyma mnie przez chwilę w uścisku, wciągam w nozdrza słodki zapach jej cytrusowych perfum.

– Ile to już lat minęło? – Koleżanka wypuszcza mnie z objęć i przesuwa okulary na czoło. Dopiero teraz, mimo wstydu, mogę spojrzeć w jej oczy.

Twarz Aśki lśni, skóra jest jędrna, a pod pełnymi ustami ukrywają się równe, wybielone zęby. Droga robota, myślę.

Armin Mitecki zbliża się do nas i wyciąga dłoń. Muskularna sylwetka znakomicie prezentuje się w jedwabnej koszuli i dżinsowych szortach. Na stopach mężczyzna ma zamszowe mokasyny. Pamiętam, jak rok przed maturą przetłuszczały mu się włosy. Nosił obszerne T-shirty, żeby ukryć nadwagę i wstyd, który wypełzał mu na twarz rumieńcem, gdy niosło się po korytarzu gromkie: „Tucznik, tucznik!”.

Pamiętam też coś jeszcze, ale nawet nie chcę o tym myśleć.

Jego dłoń wisi chwilę w powietrzu.

Niechętnie ją ściskam. Krótko, delikatnie. Przez ten moment świdrują mnie jego niebieskie oczy. Nie dostrzegam w nich niczego oprócz strachu. Milczy. Nie wspomina o moim telefonie do niego, nie mówi, że nagrał mi spotkanie z Hałasem, ani nie pyta, jak było. Skoro milczy, widocznie ma powód, więc nie zamierzam tego zepsuć.

– Na pewno nie usiądziesz? – Aśka robi smutną minę. Bez skrępowania obcina wzrokiem moją sylwetkę i mam wrażenie, że uśmiech, który wolno wykwita na jej twarzy, jest pełen satysfakcji.

Czuję się tak, jakbym stała przed nimi zupełnie naga, z prawą piersią mniejszą od lewej, płaskimi sutkami, lekko obwisłym brzuchem nad zarośniętym łonem.

– Muszę już iść. Jestem spóźniona. – Odwracam się i znowu ciągnę za sobą walizkę.

Tyle że gubię krok z powodu skurczu żołądka.

Nie zdążę odejść, kiedy znów słyszę jego głos.

– Wciąż mieszkasz na Bankowej?

Znowu robię wbrew sobie. Zatrzymuję się i odwracam. Tym razem muszę unieść dłoń do czoła, by uformować z niej daszek i ochronić oczy przed rażącymi promieniami zachodzącego słońca.

– Tak – odpowiadam zbyt szybko.

– To może do ciebie wpadniemy, co? – proponuje Aśka.

– Jestem już spóźniona – powtarzam i chcę ruszyć dalej.

– No przecież nie teraz. – Koleżanka się śmieje. – Za kilka dni. Robimy spęd klasowy. Na pewno dostałaś informację.

Nie dostałam. I ja, i ona wiemy to doskonale, wciąż jednak bawimy się kłamstwem, lepkim jak wata cukrowa.

– Tak, tak. Pamiętam. Ale naprawdę muszę już iść. – Próbuję się niezdarnie uśmiechnąć, po czym obserwuję wyraz ulgi na twarzy Armina. Odwracam się, przyspieszam kroku i aż się boję o walizkę, o to, żeby się nie rozpadła.

Zapewne Aśka patrzy na męża zdziwiona, zaskoczona moim zachowaniem, więc w jakimś sensie zostanę z nimi przez resztę wieczoru. Będę cierniem w ich myślach. Jako jedyna licealna para wytrwali ze sobą do ślubu. Chociaż nie bez życiowych zakrętów.

Zostawiam ich, ale tajemnica, jak czerwony balon, wciąż wisi w powietrzu między mną a Arminem.

 

 

W potężnej gotyckiej Bramie Klasztornej dostrzegam właścicielkę biura turystycznego. Pali papierosa. Nawet nie prostuje dłoni. Zaciąga się, puszcza dym, znowu się zaciąga.

Martyna Rybska ukrywa się w cieniu po tej stronie murów, patrzy na plac przed bramą i dalej na rzekę, która płynąc dostojnie, niesie pomarańczowe refleksy słońca.

– Dzień dobry – rzucam i dopiero wtedy kobieta odwraca głowę.

Przygląda mi się przez chwilę, jakby mnie nie pamiętała, jakby chciała się upewnić, że to na pewno ja.

– No wreszcie. – Marszczy czoło, po czym wyrzuca peta pod nogi i przydeptuje go czerwoną szpilką. Granatowa spódnica sięga do kolan. – Chodźmy.

Zbliżamy się do pierwszego budynku, tuż przy średniowiecznym obronnym murze. Rybska, z powodu wysokich obcasów, musi iść na palcach. Widzę, jak się napinają mięśnie jej łydek.

Elewacja bloku na parterze wykonana jest z czerwonego klinkieru. Kobieta wchodzi na pierwszy stopień i wkłada klucz do zamka w drzwiach wejściowych. Wertykale są odsunięte, co sprawia, że już teraz zauważam zupełnie puste wnętrze. Drewniana podłoga, zielone ściany wyznaczające niewielką przestrzeń. Jeszcze niedawno stały tu dwa biurka, kilka jasnych regałów i nowoczesne krzesła. Zniknął zawieszony na ścianie logotyp biura i roll-upy z wizerunkiem palm kokosowych i jasnobłękitnej wody omywającej złote piaski.

Zamek zgrzyta. Rybska popycha drzwi i stuka obcasami. Wypuszcza powietrze przez usta.

– Uff, ależ tu gorąco. – W jej głosie słychać zniecierpliwienie.

Wchodzę za nią.

– Kupiłam materiały, o które pani prosiła. – Wskazuje na podłogę obszernego przedsionka z półokrągłą ścianą.

Rulon szarego papieru i taśma klejąca wraz z nożyczkami leżą na podłodze. Rybska wchodzi dalej, do głównego pomieszczenia. Staje pośrodku i opiera dłonie na biodrach. Rozgląda się, jakby wciąż widziała tu wyposażenie biura, po którym nie został już żaden ślad.

– Wszystko się zgadza? – Patrzy w moją stronę.

Kiwam głową.

– Spisała pani liczniki? – Wskazuję na drzwi do toalety.

– Przecież wysłałam w mailu. Dziś rano. – Wyciąga granatową teczkę z obszernej torebki. – Wszystko mam gotowe, możemy podpisywać. – Pokazuje mi dokumenty w przezroczystej koszulce.

– Zaraz. – Kieruję się do drzwi z niewielkim przeszkleniem, za którymi znajduje się klaustrofobiczna łazienka. Włączam światło i zaglądam do wnętrza. Jest czyste i schludne. Żarówka odbija się w błyszczących białych kaflach. W rogu prysznic z brodzikiem noszącym ślady zacieków. Śmierdzi tu fekaliami, ale na starówce to normalne. Szczególnie przy takich upałach.

– Dobrze – mówię, wycofując się z pomieszczenia.

Rybska podsuwa kartki do podpisu, oddaje dwa komplety kluczy. Potem sięga po portmonetkę i wypłaca mi kilkaset złotych zaległości bez żadnego „przepraszam”. Nie sili się na uśmiech, nerwowo pakuje papiery do teczki i wychodzi, rzuciwszy krótkie „do widzenia”.

Jakbym to ja była winna temu, że biznes nie wypalił. Przecież też na tym tracę.

W mieszkaniu na piętrze, które należy do mnie, tak jak ten lokal, mieszka młody prawnik z żoną i rocznym dzieckiem. Wprowadzili się zimą zeszłego roku. Płacą regularnie, nikt się na nich nie skarży. Ich czynsz za wynajem to obecnie mój jedyny dochód.

Zostaję sama w dusznym pomieszczeniu. Mimo otwartych drzwi ciężko tu oddychać. Przenoszę zostawioną w przedsionku walizkę i wygrzebuję z niej pęk kluczy do mieszkania na piętrze. Interesuje mnie jednak tylko jeden, ten od pomieszczenia gospodarczego na strychu.

Zamykam lokal i kieruję się do wejścia od ulicy Ducha Świętego, tam gdzie znajdują się niewielki parking i klatki schodowe prowadzące do mieszkań. Nowoczesną windą wjeżdżam na samą górę. Zabieram materac z dawnego łóżka i niosę go pod pachą. W lokalu rzucam go pod ścianę.

Siadam na nim i patrzę przez okna na mur miejski. Trzy otwory strzelnicze, dwa na tym samym poziomie i jeden, ten po prawej, umieszczony niżej. Cegły, wszędzie cegły.

Znam i kocham ten widok, ale czas zabrać się do pracy. Jeśli mam tu mieszkać, nie chcę, by ktokolwiek zaglądał w okna i widział mnie leżącą na starym materacu, śpiącą, przebierającą się, jedzącą kanapki.

Wstaję i biorę z podłogi szary papier. Rozwijam rolkę z głośnym szelestem i przykładam do szyby. Wiem, gdzie uciąć, więc tnę, po czym zaklejam niewielką witrynę, wykorzystując szeroką taśmę klejącą. Gdy przyklejam ostatni pasek, w pomieszczeniu robi się ciemno.

Odcięłam się od świata.

I tak jest dobrze, ale nocą, z powodu duchoty, nie mogę spać.

Leżę naga, przykryta prześcieradłem i gapię się w sufit. Słyszę czyjeś kroki na górze, odgłos telewizora, śmiech dziecka. Życie codzienne, życie szczęśliwe. Jak daleko mi do takiego życia?

Myślę o tym długo i modlę się o sen. Wybudzam się często, brakuje mi tchu. Pot perli się na czole, prześcieradło jest wilgotne.

A sen, nawet jeśli układał obrazy pod powiekami, pozostał nieodgadniony.

Może to i lepiej. Mam dość tych wszystkich koszmarów.

 

 

Ranek siąpi chłodnym, drobnym deszczem.

Od dawna jestem na nogach.

Starte czubki czarnych superstarów są mokre, skóra pęka na zagięciach, a ścinki skoszonej trawy lepią się do butów. Pod podeszwami chrupią obrzydliwie skorupy ślimaków.

Staję przed starą furtką z drutu zbrojeniowego i prostokąta grubej blachy u dołu. Pordzewiała klamka jest zimna i szorstka w dotyku. Od furtki do altany z dwuspadowym dachem z poszarzałego i obrośniętego mchem eternitu prowadzą spękane płyty chodnikowe, rozrzucone co kawałek. Domek ukrywa się w gęstwinie niskopiennych, rozłożystych jabłoni, gruszy i śliw. Po obu stronach ścieżki mijam wypielęgnowane grządki. Liście ogórków pełzają po ziemi, pomidory zwieszają się z tyczek.

Stare drzwi przylegają do framugi, ale okno jest uchylone. Może tak mi się tylko wydaje, ale mam wrażenie, że firanka się poruszyła. Nie od wiatru, bo jest cicho i spokojnie, jeśli nie liczyć jednostajnego szumu dochodzącego z trasy dojazdowej do nowego mostu.

– Tato! – Przystaję.

Na wybetonowanym, zadaszonym podeście z drewnianą barierką widzę plastikową kratę z piwem, którą wypełniają w większości puste butelki. Tylko kilka z nich ma kapsle. O barierkę opierają się zużyte narzędzia ogrodnicze. Czerwony wigry, mój stary składak, wyblakł, ale wciąż wiernie służy ojcu. Dotyka siodełkiem bocznej ściany domu i moknie jak ja. I jak pranie zawieszone na sznurkach rozpiętych między domkiem a słupem energetycznym. Szorty, koszulka, dwie pary przetartych majtek, skarpety.

Z wnętrza nie dobiegają żadne odgłosy.

Rozglądam się.

Wokół, na innych działkach, pusto, sąsiadów brak.

– Tato! – odzywam się głośniej.

Tym razem dochodzi mnie skrzypienie sprężyn starej wersalki, a zaraz po nich krótkie szuranie kapci. Obserwuję klamkę, która opada.

Ojciec stoi w samych slipach, z ręką na framudze, opiera się i mruży oczy. Rozczochrane siwe włosy sterczą w różne strony. Zaskoczony moim widokiem próbuje ułożyć je szybkimi ruchami dłoni.

– Chryste. Co ty tu robisz, córcia? – słyszę jego zaspany głos.

Wychudł ostatnio, stracił kilkanaście kilogramów. Nadmiar skóry marszczy się na torsie. Ojciec przeciera twarz z wyraźnymi zmarszczkami, kilkudniową ostrą szczecinę, po czym odwraca się i znika we wnętrzu.

– No chodź, chodź. Śmiało.

I wchodzę, zamykam za sobą drzwi, ale już wiem, że popełniam błąd, bo dusi mnie zawiesista wilgoć, w której unosi się smród potu i mdły fetor dawno niemytego ciała. Ojciec siada na wersalce i przykrywa się letnią kołdrą, pożółkłą z brudu.

W pomieszczeniu ledwie mieszczą się wersalka, taboret, szafka na zlewozmywak i dwupalnikowa kuchenka na prąd, ustawiona na kwadratowym stole pod jedynym oknem. Tam gdzie chleb w folii i brudny talerz, i kufel po piwie, po którym spaceruje tłusta mucha. Puste butelki gromadzą się przy nodze stołu.

Drzwi od łazienki są uchylone. Klapa od sedesu sterczy na sztorc, a w umywalce wielkości talerza od zupy widzę brudne naczynia.

Sufit wisi nisko nad głową niczym tłok. Zaczyna mi brakować powietrza.

– Siadaj. – Ojciec wskazuje na stare krzesło po babce. Nie prosi, to brzmi jak rozkaz, do wydawania których jest przyzwyczajony od lat. – Co się stało? Urlop masz?

Zmiata okruchy ze stołu.

Nie siadam. Nie chcę tu być dłużej, niż powinnam.

– Nie mówiłaś, że przyjedziesz. – Brzmi to jak usprawiedliwienie bałaganu, brudu i smrodu.

– Dostałam kilka dni wolnego – kłamię.

Nie patrzy w moją stronę, wbija wzrok w wytarte i sine drewniane deski.

Już wie, o co mi chodzi, ale jednak czeka. Tak jak zawsze, sądzi, że czekanie jest sposobem na rozwiązywanie problemów.

– To prawda, że policja wraca do sprawy zaginięcia Piotrka Janochy? – pytam, a ojciec potakuje. – Mają coś na ciebie?

Drży nieznacznie, gdy słyszy strach w moim głosie.

– A co niby mogą mieć? – mówi z irytacją. – Poświęciłem tej sprawie całe swoje zawodowe życie.

Kiwam głową, ale przecież tego nie widzi.

– Wiesz, ile lat minęło? – pyta z wyrzutem.

– Wiem.

Trwamy w nieznośnej ciszy, mąconej szumem deszczu, uderzaniem kropel o stary eternit.

– Martwię się o ciebie, tato.

– Dajże spokój! – upomina mnie ostro.

Z tym samym wyrazem złości na twarzy odzywał się do mojego Pusia, rudego kundelka podobnego do pekińczyka, gdy ten coś zbroił w domu, podrapał drzwi albo ogryzł fotel. Tę złość miał też w sobie, kiedy zakopał jego zwłoki na poprzedniej działce, w Lubiczu pod Toruniem.

Stałam wtedy kilka metrów od prowizorycznego grobu, nawijałam rąbek sukienki na palec i bałam się spoglądać w tamtą stronę. Łzy leciały mi ciurkiem i skapywały z brody. Słyszałam świst wbijanego w ziemię szpadla, odgłos przesypującej się ziemi, krótkie, urywane oddechy ojca. Posapywanie. Kątem oka dostrzegłam rozkopaną brunatną glebę, niewielki kopczyk, a potem mignęła mi kolorowa, zużyta już reklamówka, w którą tata zawinął Pusia. Następnie oparł trzonek o płot, włożył psa do grobu, a potem rękoma zsunął część ziemi. Resztę zagarnął butem i udeptał. Ta zapadała się pod nim, a ja widziałam tylko, że stąpa po psie, nieczułym już na ból, obojętnym na złość ojca.

Płakałam.

Kiedy już było po wszystkim, tata mnie minął. Myślałam, że wrócił do domku, ale przystanął za moimi plecami.

– Daj spokój – powiedział. – To tylko pies.

Być może nawiązał w ten sposób do wcześniejszej śmierci mojej matki, do tego, że na jej pogrzebie nie uroniłam nawet jednej łzy. Dziwne, bo nie pamiętam w ogóle ani śmierci matki, ani momentu, kiedy się o tym dowiedziałam. Na pewno nie mogłam wówczas przewidzieć, że rozstanie z nią jest ostateczne. Że już nigdy więcej jej nie zobaczę.

Obraz uśmiechniętej kobiety rozpływał się we mgle z każdym kolejnym rokiem. W końcu wyblakł zupełnie, jej rysy straciły kontury. Chciałam odświeżyć je sobie, przeglądając rodzinne zdjęcia, ale ślad po nich zaginął. Zostawiły w albumie puste miejsca, pożółkłe, okrągławe fragmenty oderwanego papieru fotograficznego, przyklejonego do grubych czarnych kart. Dotykałam tych chropowatych miejsc palcem, próbując przywołać obraz matki.

– Kiedyś się pokłóciliśmy. – Usłyszałam głos taty, gdy płakałam nad rozłożonymi klaserami.

Wszedł do mojego pokoju i usiadł. Łzy pociekły mu po policzkach.

– Głupstwo, jak to w życiu, ale mama chciała się ode mnie wyprowadzić. Spakowała się. Postanowiła też zabrać zdjęcia.

– Ale wróciła do nas?

– Tak, córcia, wróciła. To było krótko przed wypadkiem. Ale nigdy się nie dowiedziałem, co się stało z tymi zdjęciami.

Płakałam dalej, a tata gładził mnie po plecach.

– Chcesz wiedzieć, jak wyglądała?

Kiwnęłam głową.

– Poczekaj – powiedział i wyszedł z pokoju.

Po chwili usłyszałam odgłos jego kroków. Usiadł z powrotem obok mnie.

– Zerknij.

Podsunął mi niewielkie lusterko z czerwoną plastikową obwódką, imitacją kwiatowych płatków – lusterko matki, które do dziś stoi w sypialni ojca.

Śledziłam ścieżki na policzkach, ślady słonych łez, które kończyły się na bladoróżowych ustach. Widziałam opuchnięte czerwone oczy i nad nimi kreskę ciemnych brwi.

– Jestem do niej podobna? – Słowa z trudem przeszły mi przez gardło.

– Jak dwie krople wody – odpowiedział i zniknął, zabierając lusterko.

Moja matka szybko straciła rodziców, jeszcze zanim pojawiłam się na świecie. Podobno najpierw odeszła babcia, potem, zaledwie dwa miesiące później, śmierć zabrała dziadka. Nierozłączni za życia, nierozłączni po śmierci.

Wychował mnie ojciec wraz ze swoją matką, szorstką kobietą pozbawioną uczuć, z wiecznie wykrzywionymi ustami, wiecznie niezadowoloną.

W okno drapią gałęzie gruszy, obsypane gęsto liśćmi. Znowu jestem w dusznym wnętrzu altany. Jest szaro i ciemno. Mimo to żadne z nas nie zapala światła.

– Nic mi nie zrobią, córcia – zapewnia ojciec, zrywając zasłonę wspomnień.

– Dostałam propozycję, żeby zrobić o tym zaginięciu materiał. Dla telewizji. Sporo płacą.

Nie umiem się przyznać, że jestem bezrobotna, że nie nadążałam z materiałami, że moje teksty były średniej jakości.

Ojciec podkurcza palce stóp i wbija we mnie wzrok pełen troski. Znam to spojrzenie sprzed wielu, wielu lat.

– Powiesz mi w końcu, czego od ciebie chcą? – podejmuję ostatnią próbę. – Co z tym śledztwem jest nie tak?

Wstaje i podchodzi do okna. Niby patrzy na ogród, ale przygląda się odbiciu w szybie. Sięga po leżący na parapecie grzebień, ale ten wypada mu z ręki. Ojciec się nie schyla. Poprawia fryzurę rękoma.

– A co ma być? Zawsze tak jest, że gdy jakaś sprawa pozostaje niewyjaśniona, a sprawca nie poszedł do pierdla, to przynajmniej można pokazać starym milicjantom, że byli nieudolnymi durniami. Dziś jest inna technologia, świat poszedł do przodu, więc tym noszącym mundur prostakom wydaje się, że są tacy mądrzy. Gówno!

Cichnie, ale gniew się w nim gotuje.

– Dlaczego grzebią w tym po tylu latach? – pytam. – Mogą coś mieć? Coś nowego?

Wraca na wersalkę, która jęczy sprężynami.

– Wiem tyle, co ty.

Okrywa się kołdrą, przedramieniem zasłania oczy.

– A gdybym ja w tym pogrzebała? Odnowiła kontakty i sprawdziła, o co im chodzi?

Prycha.

– Aldona już to zrobiła – przypominam. – „Echo Torunia” opublikowało grafikę progresji wiekowej Piotrka. Może więc też wzięłabym to na warsztat?

– Zwariowałaś chyba. Jeszcze tego brakowało, córcia.

– Ale to już się dzieje. Już w tym grzebią. – Chciałabym, żeby moje słowa brzmiały jak ostrzeżenie, ale brak mi ikry. – Był u ciebie Paweł Hałas, taki producent…

Ojciec podnosi na chwilę rękę.

– Trzymaj się od niego z daleka.

– Ale był tutaj?

– A skąd! Sporo jednak o nim słyszałem.

– Podobno powiedziałeś mu o tym, że się do ciebie dobierają.

Znowu prychnięcie.

– To jakiś żart? Obcym ludziom mam takie rzeczy gadać? – Drobinki śliny lecą z ust. – Córcia, nie znasz mnie? Jakby tu przylazł, tobym go pogonił.

– Spotkałam się z nim wczoraj i mówił mi…

– Tyle razy prosiłem, żebyś nie wierzyła we wszystko, co ludzie mówią. Nauczyłem się tego od twojej matki. Dobrze by było, żebyś skorzystała z jej mądrości. Ostrożność wobec ludzi i ograniczone zaufanie. – Ucina dyskusję, ale emocje wciąż w nim buzują. Widzę to po napiętych mięśniach na szyi, po nerwowych ruchach ust. Tylko czekam, aż wybuchnie. I nie trwa to długo. Rozgląda się nerwowo, a to po suficie, a to po ścianie, i w końcu mięśnie mu tężeją.

Zrzuca kołdrę i wstaje, robi dwa kroki do okna, za którym kiwają się wolno ciężkie od deszczu gałęzie drzew. Pochyla się i opiera o parapet.

– Zostaw tę sprawę. – Spogląda na mnie przez ramię. – Pomyśl o sobie i o innych. Pomyśl o tym, przez co przeszli ci ludzie.

Wiem, że ma na myśli Janochów, którzy stracili jedynego syna i swój związek.

– Nie możesz ot tak wyciągnąć zawleczki z granatu. To ma swoje konsekwencje – ostrzega, jakby mówił do dziewczynki. – Janochowie być może już się pogodzili z przeszłością, może czas zasklepił rany. A ty co? Chcesz rozpieprzyć ich spokój, który mozolnie budują od wielu lat? I to tylko dlatego, że dorobisz sobie do pensji? Mam niezłą emeryturę, mogę ci pomóc.

– Tato…

– Jeśli chodzi tylko o pieniądze, to proszę bardzo, zapłacę, żebyś się w tym nie babrała. Ile on daje? Dwa, trzy tysiące? To ja ci dam więcej.

– Tato… – powtarzam z jękiem.

– Kama! To po prostu nieludzkie! Nie tak cię wychowałem.

– Zrobię to, co uznam za stosowne! – odszczekuję. – Nie traktuj mnie jak dziecka!

Obrusza się i odwraca. Ale tylko na chwilę, jakby od razu zapomniał o mojej reakcji. Jakby jej w ogóle nie było.

– Zresztą co to dokładnie ma być? Co ten Hałas chce zrobić? Film? – pyta.

Oddycham głęboko, żeby się uspokoić.

– Serial o zaginięciach dzieci w Europie. Do tego planuje wydać serię książek. Jeden tom poświęcony jednej sprawie.

– A kto to będzie czytał? Po co komu takie książki? – denerwuje się.

– Ludzie lubią wracać do takich spraw – bronię się, ale już tylko dla zasady.

– Bzdury, córcia. Bzdury! – Ojciec siada z powrotem na wersalce. – Pal licho Janochów, zresztą oni dawno temu się rozwiedli, i pal licho mnie – zaczyna, a zaraz potem wyciąga w moją stronę palec wskazujący. – Przez tyle lat robiłem wszystko, by to wymazać z twojej pamięci, byś gładko przeszła przez tę traumę. Tyle lat się tym nie interesowałaś, przez tyle lat oboje staraliśmy się o tym zapomnieć, a teraz co? Chcesz to wszystko zniszczyć? Chcesz wchodzić w to bagno? Czy to warte tych paru złotych? Zdrowia ci nie szkoda? Pamiętasz, jak długo pracowała z tobą pani Marlena?

Wstrzymuję oddech.

Jak na zawołanie wracają tamte dni. Zamglone, niewyraźne pojedyncze obrazy. Sympatyczny, lekki uśmiech kobiety o pociągłej twarzy, z długimi prostymi włosami, czarnymi jak noc. Przypominam sobie jej spokój, oszczędne ruchy, wyrozumiałość i ciepło, które biło od niej, gdy przychodziła do naszego mieszkania, gdy siadała po turecku naprzeciwko mnie na dywanie w kolorowe trapezy, gdy brała do ręki moje lalki i układała je sobie na kolanach, tak by patrzyły na mnie, żebym mogła się na nich skupić.

Zupełnie jednak nie pamiętam naszych rozmów, a przecież wiem, że ta kobieta była mi bliska, że chciała mi pomóc, a każda jej wizyta przynosiła częściową ulgę.

Na tamto wspomnienie chce mi się płakać z bezsilności, ale opanowuję się tylko dlatego, że rozdzwania się podpięty do ładowarki telefon. Wibruje na podłodze i przesuwa się z cichym bzyczeniem, ciągnąc za sobą biały kabel. Ojciec podnosi aparat.

– Zrobię to, co będę chciała! – Wstaję z krzesła, żeby stąd zniknąć, ale kątem oka widzę, że tata podnosi rękę.

– Zaczekaj! – mówi, po czym odbiera połączenie. – Halo?

Wychodzę na zewnątrz, by zaczerpnąć powietrza. Deszcz przestał padać, jedynie krople skapują z drzew i z pordzewiałej rynny. Kropla za kroplą, jak z zepsutego kranu.

– Tak, to ja. – Dociera do mnie głos ojca.

Stara