Złoty trójkąt: Nowe przygody Aresniusza Lupin - Leblanc Maurice - ebook

Złoty trójkąt: Nowe przygody Aresniusza Lupin ebook

Leblanc Maurice

4,8

Opis

Miłość znajdzie ujście nawet w obliczu tak przerażającego wydarzenia, jak I wojna światowa. Na własnej skórze przekonał się o tym kapitan Patrice Belval. Gorące uczucie, jakim obdarzył śliczną pielęgniarkę, rzuci go w wir niewiarygodnych wydarzeń. W odpowiednim momencie, swój udział w tej intrygującej historii, zaznaczy także nie kto inny jak sławny włamywacz Arsène Lupin.

W niniejszej publikacji zachowano oryginalną pisownię.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 241

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Maurice Leblanc

Złoty trójkąt: Nowe przygody Aresniusza Lupin

Saga

Złoty trójkąt: Nowe przygody Aresniusza LupinTranslacja anonim tytuł oryginałuLe Triangle d’or Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1923, 2020 Maurice Leblanc i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726426960

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

CZĘŚĆ I. DESZCZ ZŁOTYCH ISKIER

ROZDZIAŁ I. MATECZKA KORALIA.

Koło godziny szóstej popołudniu, kiedy miasto zaczynało się pogrążać w mroku wieczornym — dwóch żołnierzy dążyło szybkimi krokami ku czworokątnemu skwerowi na zbiegu ulicy Chaillota i ulicy Piotra Charron.

Jeden z tych żołnierzy — miał na sobie błękitną jak niebo bluzę, drugi Senegalczyk ubrany był w mundur żuawa... Pierwszy nie miał prawej nogi — drugiemu brakło lewej ręki. Zatrzymali się oni przy grupie marmurowych Sylenów. Błękitny rzucił na ziemię płonącego papierosa. Senegalczyk podjął szybko niedopałek, pociągnął kilka razy i zgasiwszy, schował do kieszeni.

Wszystko to odbywało się bez słowa — w zupełnem milczeniu.

W tym samym prawie czasie z mroków ulicy Galhera wyłoniły się dwie inne żołnierskie postacie w umundurowaniu tak posztukowanem różnymi cywilnymi dodatkami, że trudno było określić gatunek broni, do jakiej ci dwaj ludzie należeć mogli.

W każdym razie jeden z nich miał na głowie „chechię“ żuawa, a drugi „kepi“ artylerzysty.

Pierwszy szedł na szczudłach, drugi o lasce.

Zatrzymali się oni przy kiosku, który wznosi się tuż chodnika w ulicy.

Z innych przecznic wysunęły się pojedynczo jeszcze trzy postacie: strzelec bez nogi, kulejący saper i kawalerzysta o skrzywionem biodrze. Każdy z nich obrał sobie jedno drzewo skweru i wsparłszy się o nie trwał bez ruchu.

Nie rozmawiali ze sobą wcale. Zdawałoby się, że żaden z tych siedmiu inwalidów nie zna swych towarzyszów i nawet nie dostrzega ich obecności.

Wybiła godzina 6-ta.

W tejże samej chwili z bramy jednego z domów wyszedł oficer w mundurze „khaki“. Bandaż owijał pod czapką jego głowę, zakrywając jego czoło. Był to mężczyzna wysoki i bardzo szczupły i tak samo jak tamci żołnierze inwalida. Albowiem prawa jego noga poniżej kolana wspierała się na drewnianem szczudle. Oficer skierował się przez ulicę Piotra Charren ku Polom Elizejskim, gdzie zatrzymał się w pobliżu wielkiego gmachu, zamienionego, jak opiewał napis nad brama na szpital wojskowy.

Oficer zajął stanowisko, umożliwiające mu kontrolę wychodzących stamtąd osób z tem jednak, aby on sam nie był przez nie widziany...

Zegar na wieży wydzwonił trzy kwadranse na siódmą, potem siódma godzinę.

Pięć osób wyszło z bramy szpitala, potem jeszcze dwie, wreszcie ukazała się pielęgniarka w luźnym błękitnym płaszczu z opaską Czerwonego Krzyża na rękawie.

— Oto ona — szepnął oficer. Pielęgniarka skierowała swe kroki ku ulicy Piotra Charron i szła prosto w stronę placu Chaillota. Szła szybko — krokiem lekkim i rytmicznym. Pod luźnym nazbyt szerokim płaszczem — odgadywało się toczone kształty młodego ciała.

Oficer postępował za nią w pewnej odległości, rysując z niedbałą miną jakieś zygzaki swoją laską — tak jak to czynią spacerowicze, którym się nie spieszy.

W tej chwili nie widać było na całej tej przestrzeni nikogo prócz niej i niego.

Kiedy jednak pielęgniarka mijała avenue Marceau — automobil, który tam stał, jakby oczekując na kogoś, puścił motor w ruch i zwrócił się w tym samym kierunku, co młoda kobieta. Było to taxi — auto, w którem oprócz szofera znajdowało się dwóch mężczyzn.

Automobil, który z początku jechał bardzo powoli, zwiększał szybkość w miarę tego, jak pielęgniarka zbliżała się do skweru. Młoda kobieta szła naprzód, nie oglądając się poza siebie, widocznie łoskot motoru nie zaniepokoił jej.

W chwili kiedy znalazła się tuż przy drzewach okalających plac — auto zatrzymało się nagle. Dwaj mężczyźni wyskoczyli — jeden — przez jedne — drugi — przez drugie drzwiczki.

Krzyk przerażenia, jaki wydarł się z piersi kobiety — zlał się w jedno z przeraźliwym dźwiękiem gwizdawki, którą przyłożył do ust oficer-inwalida.

Wówczas siedmiu żołnierzy, ukrytych za drzewami wypadło z nienacka. Rzucili się oni na napastników, wprowadzających swą zdobycz — do automobilu.

Wałka była krótka, a właściwie nie było jej wcale. Szofer, widząc co się dzieje puścił maszynę w ruch i zmykał z największą możliwą szybkością. Tamci zaś dwaj zrozumiawszy, że zamiar ich udaremniono — puścili młodą kobietę a następnie rzucili się w mroki ulicy Brugnoles.

— Galop!... Ya-Bon — zakomenderował oficer, zwracając się do Senegalczyka — przyprowadź mi tu koniecznie jednego za kark!...

Sam zaś podtrzymywał kobietę drżącą całą i bliską omdlenia.

— Niech się pani nie lęka, mateczko Koralio!... To ja kapitan Belval... Patrycyusz Belval...

Wówczas ona wyjąkała:

— Ach! to pan, kapitanie...

— Tak, zebraliśmy się tutaj przyjaciele pani, dawni pacyenci ze szpitala, którymi się mateczka tak troskliwie opiekowała...

— Dziękuję... dziękuję...

I drżącym głosem zapytała:

— A tamci dwaj?...

— Uciekli. Ya-Bon ich ściga!

— Ale czego oni chcieli odemnie? I jakim cudem znaleźliście się tutaj, wszyscy, aby mi tak w porę przybyć na pomoc!

— Pomówimy o tem później, mateczko Koralio. Teraz jest pani zbyt wyczerpaną i musi pani wypocząć trochę...

Delikatnie, ująwszy ją pod ramię, poprowadził w stronę domu, z którego sam wyszedł przed godziną. Młoda kobieta nie stawiała żadnego oporu.

Cała gromadka weszła do mieszkania na parterze, gdzie zainstalowano się w wielkim salonie, oświetlonym żyrandolem elektrycznym. Na kominku płonął jasno ogień.

— Niech pani spocznie, mateczko Koralio...

Kobieta opadła na fotel — bez słowa.

— Poular — wydał rozporządzenie kapitan — biegnij do jadalni po kieliszek... Ty Ribrac, przynieś karafkę świeżej wody z kuchni... Chatalani, — w kredensie stoi butelka rumu... Nie!... nie!... mateczka Koralia nie lubi rumu... zatem...

— Zatem... — uśmiechnęła się lekko — proszę tylko o szklankę czystej wody...

Policzki młodej kobiety odzyskiwały powoli zwykłą swoją barwę... Do pobladłych warg napływała krew.

Twarz młodej kobiety pełna wdzięku i słodyczy, miała szlachetny, czysty owal i rysy niezwykłej delikatności. Duże jasne oczy patrzyły w świat spojrzeniem dziecka... A jednak w tej twarzy łagodnej i delikatnej było coś, co wskazywało, że subtelna ta istota ma duży zasób energii i silna wolę.

— Cóż, lepiej pani? — zapytał kapitan, kiedy „mateczka“ Koralia wychyliła szklankę zimnej wody.

— O wiele lepiej.

— No, to cudownie!... Aleśmy przeżyli gorącą chwilę!... Co za niezwykła historya!... Trzeba to będzie wszystko wyjaśnić — prawda? Oho!... Ya-Bon powraca!... Ciekawym czy...

Kobieta zerwała się narówne nogi.

— Sądzi pan, kapitanie, że dogonił jednego z tych ludzi?

— Ależ pewny tego jestem... Powiedziałem przecież, żeby mi sprowadził jednego z tych hultajów za kark, a Ya-Bon zwykł wykonywać moje rozkazy...

Wszyscy zwrócili się w stronę westybulu. Senegalczyk szedł już po schodach w górę. Prawą swoją żylastą dłonią trzymał za kark jakiegoś mężczyznę, niosąc go tak, jakby to nie był żywy człowiek, ale pajac z drzewa lub gutaperki.

Kapitan rzekł krótko:

— Puść go...

Ya-Bon rozsunął palce. Jeniec upadł bezwładnie jak kloc na kamienną posadzkę westybulu.

— Oto czego się lękałem — mruknął kapitan Belval — Ya-Bon ma tylko jedną rękę, ale jeżeli tą swoją jedyną ręką — chwyci kogoś za gardło, to cudem chyba nie udusi... Niemcy mogliby coś o tem powiedzieć...

Oficer nachylił się nad zemdlonym, a potem zwracając się do pielęgniarki zapytał:

— Pani zna tego człowieka?

— Nie...

— Napewno? nie widziała pani nigdy tej twarzy.

Była to wielka tłusta twarz o nizkiem czole pod czarnemi, wypomadowanymi włosami... Nad grubemi zmysłowemi wargami — siwiejące wąsy. Granatowe ubranie było nowe, modne i dobrze skrojone.

— Nigdy... nigdy wżyciu...

Kapitan przetrząsnął kieszenie nieznajomego. Nie znalazł w nich najmniejszego nawet świstka papieru.

— No, to poczekamy, aż przyjdzie do siebie i wtedy zaczniemy indagacyę.

— Ya-Bon, zwiąż mu ręce i nogi i pozostań tutaj przy nim na straży... A wy chłopcy, możecie już odejść... Czas, byście powrócili już do Domu rekonwalescentów... Pożegnajcie mateczkę Koralię i zmykajcie.

— Dobranoc, mateczko!... — zawołali żołnierze chórem.

— Dowidzenia... Dziękuję wam... dziękuję serdecznie...

Kiedy tamci odeszli — Patrycyusz Belval siadł na nizkim taboretku — prawie u nóg młodej kobiety i zaczął:

— A teraz porozmawiamy, mateczko Koralio... Więc przedewszystkiem parę słów wyjaśnienia... Będę się streszczał...

Zamilkł na chwilę, jakby zbierając myśli, poczem ciągnął dalej:

— Jak pani wie, mateczko Koralio, osiem dni temu — wypuszczono mnie ze szpitala, pozwalając mieszkać prywatnie... Przez cały ten czas spaceruję sobie, jadam o ile mogę najczęściej i odwiedzam dawnych przyjaciół... Właśnie dzisiaj przed południem czekałem w kawiarni na jednego z moich dobrych znajomych... Paliłem sobie papierosy i rozmyślałem o różnych rzeczach, kiedy nagle o uszy moje obiły mi się słowa, która zwróciły moją uwagę... Trzeba pani przytem wiedzieć, że sala ta jest przedzielona drewnianą ścianką na dwie połowy... Jedna połowa przeznaczona jest dla gości kawiarnianych — druga stanowi bar... Tamci dwaj widocznie sądzili, że są sami i mówili tak głośno, że mogłem pochwycić kilka zdań, które sobie nawet zanotowałem...

Belval wyjął z kieszeni notatnik:

— Te kilka zdań, które mnie z łatwo zrozumiałych powodów zainteresowały — poprzedziły słowa o jakimś deszczu złotych iskier... Czy to pani nie naprowadza na jaki domysł?

— Bynajmniej...

— Więc niech pani słucha dalej... Aha! zapomniałem dodać, że ci ludzie rozmawiali po angielsku zupełnie wprawdzie poprawnie, ale z akcentem, zdradzającym, że ani jeden ani drugi nie są Anglikami... Oto ich słowa — wiernie przetłomaczone.

— A więc — rzekł jeden z nich — wszystko gotowe... Pan i on będziecie dzisiaj wieczorem przed godziną siódmą — na umówionem miejscu...

— Będziemy, pułkowniku. Nasz automobil gotów.

— Dobrze, proszę pamiętać, że ta mała wychodzi ze szpitala o siódmej...

— Proszę być bez obawy.

Pomyłka jest wykluczona — ponieważ ona zawsze idzie tą samą drogą w ulicę Piotra Charron...

— A plan cały wypracowany? —

— Jak najbardziej szczegółowo. Stanie się to na rogu ulicy Chaillota... Gdyby nawet tam było kilku przechodniów — to nie zdąża pospieszyć na pomoc, ponieważ działać będziemy z błyskawiczną szybkością!...

— Czyś pan pewny swego szofera?

— Pewny gestem, że za taką zapłatę — zrobi wszystko!... To wystarczy!...

— Doskonale!... Oczekuję pana — wie pan gdzie — w automobilu... Pan mi poda, tę małą i od tej chwili jesteśmy panami sytuacyi...

— A ty, pułkowniku, panem tej małej... Rzecz nie do pogardzenia, bo ona jest dyabelnie ładna!...

— Dyabelnie!... Znam ją oddawna z widzenia, ale nigdy nie miałem sposobności, aby się przedstawić!... Zamierzam też skorzystać z tej okazyi, i załatwić te sprawy po żołniersku!...

Pułkownik dorzucił:

— Będzie może trochę płaczu, trochę fochów i krzyku, ale to nie szkodzi!... Lubię nawet opór, wtedy... gdy jestem silniejszy!...

Zaczął śmiać się brutalnie, a towarzysz zawtórował mu. Ponieważ regulowali już rachunek — więc ja także wstałem. Tamci nie wyszli razem — jeden przez drzwi frontowe skierował się na bulwar, a drugi wyszedł przez boczne drzwi i zniknął w przecznicy.

Teraz rozumie pani wszystko?...

— Kapitan zamilkł. Młoda kobieta pochyliła głowę w zamyśleniu i dopiero po chwili rzekła:

— Dlaczego mnie pan nie uprzedził?

— Uprzedzić panią!... A gdyby jednak pomimo wszelkich pozorów nie chodziło o panią... Pocóż niepokoić zbytecznie?... Przytem jeśliby ten plan spezł odrazu na niczem, to nieprzyjaciele pani zastawiiby nową pułapkę, a nie znając niebezpieczeństwa jakże moglibyśmy mu zapobiedz. Nie, najlepiej było podjąć walkę. Stworzyłem sobie mały oddział z dawnych pani pacyentów, którzyby wszyscy gotowi byli wskoczyć za panią w ogień, no i udało się nam pokrzyżować plany tym łotrom. Oto jak się rzecz ma cała, mateczko Koralio. A teraz kiedy już pani wie wszystko, co pani o tem sadzi?

Koralia wyciągnęła rękę do młodego oficera.

— Ocalił mnie pan z niebezpieczeństwa, o którem nie wiedziałam zupełnie. Dziękuję panu za to. —

— Nie przyjmuję podziękowań, bo było to dla mnie taką rozkoszą, że mogłem pani służyć. Ale chciałbym wiedzieć, co pani o tej całej sprawie sądzi. —

— Właściwie nie wiem co sadzić. Nie mogę panu udzielić żadnych informacyi, któreby na tę tajemniczą sprawę jakiekolwiek światło rzucić mogły. —

— Pani nie zna swoich nieprzyjaciół?

— Osobiście nie. —

— A tego człowieka, któremu tamci dwaj mieli panią wydać i który mówi, że zna panią z widzenia?

Koralia zaczerwieniła się i odrzekła:

— Każda kobieta spotyka w życiu mężczyzn, którzy ją prześladują pożądliwemu spojrzeniami. Jedni to robią jawnie, drudzy bardziej skrycie. Nie mam pojęcia o kogo tu chodzi. —

— A zatem? Chyba tylko nasz jeniec może nam dać jakieś wyjaśnienie. Jeżeli będzie milczał, tem gorzej dla niego. Oddam go w ręce policyi, a ta już potrafi wydostać z niego potrzebne informacye.

Kobieta zadrżała.

— W ręce policyi?

— Oczywiście. A cóż mam począć z takim hultajem?

— Nigdy, nigdy — zawołała. — Za żadna cenę. Ależ wtedy wdarliby się w moje życie prywatne. Moje nazwisko wmieszanoby w tę cała historyę.

— Ależ mateczko Koralio, nie mogę przecież...

— Proszę, błagam pana, mój przyjacielu. Niech pan wynajdzie jakiś inny sposób, żeby tylko o mnie nie mówiono. Ja nie chcę, żeby o mnie mówiono.

Kapitan spoglądał na nią zdziwiony, nie mogąc zrozumieć powodu tego wzruszenia i wzburzenia nagłego.

— Nie będą o pani mówili, obiecuję to pani solennie.

— Więc cóż pan zrobi z tym człowiekiem?

— No, mój Boże — uśmiechnął się — naprzód zapytam go grzecznie, czy zechce odpowiedzieć na moje pytania, następnie podziękuję mu za to, że się tak bardzo interesował pani osobą, a potem powiem mu, że może sobie iść do stu dyabłów!...

Belval wstał:

— Pani chce go widzieć?

— O! nie... Czuję się tak bardzo zmęczoną!... Jeżeli nie jestem panu koniecznie potrzebna — to wolałabym uniknąć tej niemiłej rozmowy... Opowie mi pan później...

Kapitan nie nalegał i wyszedł z salonu. Po chwili Koralia usłyszała jak mówił:

— No, Ya-Bon, pilnowałeś dobrze naszego jeńca? Aha! Otóż i on... No, jakże się pan czuje?... Trochę słabo?... No tak, tak — Ya-Bon ma rękę trochę twardą... Cóż to? pan nie odpowiada?... Ya-Bon! ależ ten człowiek nie oddycha, nie rusza się?!... Sapristi!...

Belval wydał okrzyk przerażenia, Koralia zerwała się, aby biedź do westybulu, ale powracający kapitan zagrodził jej drogę.

— Niech pani tam nie idzie!

— Ależ pan ranny?

— Ja!...

— Pan ma krew na mankiecie!...

— To krew tego człowieka!...

— Czy on ranny?

— Tak jest, a właściwie miał krwotok ustami!... Złamanie podstawy czaszki...

— Jakto?... Czyż Ya-Bon?...

— To nie Ya-Bon!

— Więc kto?

— To jego wspólnicy!...

— Powrócili?!...

— Tak jest i udusili go...

— Udusili!... Ależ to nie do wiary!...

Usunęła, zagradzającego jej drogę Belvala i podbiegła do jeńca. Leżał nieruchomy. Twarz jego nacechowana była bladością śmierci. Szyję jego owijała jedwabna czerwona taśma...

__________

ROZDZIAŁ II. TAJEMNICA AMETYSTOWEGO RÓŻAŃCA.

— O jednego łajdaka mniej, mateczko Koralio — rzeki Belval — uprowadziwszy młodą kobietę z powrotem do salonu — znamy już jego nazwisko, było wyryte na kopercie... Nazwisko, to brzmi: Mustafa Rawalow... Coś z turecka po rosyjsku...

— Co zrobicie z ciałem?

— Niech się pani nie troszczy o nic... Ya-Bon już to wszystko załatwi w ten sposób, aby pani osoba nie była wplątaną w tę całą historye.... Tak! nie będą o pani mówili... Za to należy mi się podziękowanie... I tym razem upomnę się o nie...

— Dziękuję panu serdecznie...

— O! ja o innem podziękowaniu myślałem... Proszę mnie posłuchać mateczko Koralio...

Utknęła weń pytający wzrok. Belval po chwili zaczął:

— Nie wiem nic o pani, w szpitalu wojskowym — wszyscy pacyenci, sanitaryusze i lekarze nazywali panią poprostu mateczką Koralią... A jak się pani właściwie nazywa?... Czy jesteś panną, mężatką, czy wdową?

Gdzie pani mieszka? Nikt tego nie wie. Codziennie o tej samej godzinie przybywa pani i odchodzi o tej samej porze w tym samym zawsze kierunku. Czasem towarzyszy pani stary służący, z długiemi siwemi włosami i z żółtemi okularami na nosie.... Przychodził on nieraz po panią i czekał w westybulu... Próbowano go wypytać, ale milczał uparcie.

A zatem wiem tylko tyle o pani, że jesteś anielsko łagodna i dobra oraz czarująco piękna... — I mam przeczucie, że pani egzystencja owiana mgłą tajemnicy — kryje w sobie coś bolesnego... Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że panią dręczy jakaś ciężka troska i ustawiczny niepokój... że pani żyje samotnie.... że nikt nie myśli o pani szczęściu i bezpieczeństwie... I dlatego pomyślałem sobie... O! ja już nieraz o tem myślałem i jedynie czekałem na sposobność, aby pani to wyznać... przypuszczam, że pani potrzeba przyjaciela-brata, któryby pani podał pomocne ramię... Czyżbym się mylił, mateczko Koralio?...

Wmiarę jak Belval z coraz większym zapałem rozsnuwał swoje myśli — twarz młodej kobiety oblekła się wyrazem jakiejś surowości...

Koralia odsunęła się nawet nieco od kapitana. Wreszcie poważnie i z pewnym chłodem wyrzekła:

— Tak, omylił się pan. Moje życie jest zupełnie proste, nie potrzebuję żadnych obrońców...

— Nie trzeba pani obrońców?! — Wykrzyknął — a cóż znaczył ten napad?! Ten spisek przeciwko pani?! ta tajemnica, której odkrycia wrogowie pani do tego stopnia obawiają się, że zamordowali swego wspólnika aby jej tylko nie zdradził... Więc to wszystko — to nic, to moje urojenie?! Nie!... nie!... ja widzę, że na panią czyhają nieprzyjaciele i choćby pani nie przyjęła mojej pomocy i opieki, to... to ja...

Uderzył pięścią w marmurowy kominek i zawołał:

— To ja i tak będę pani bronił!... będę czuwał nad panią!... To mój obowiązek i moje prawo!..

— O! nie...

— Mam prawo stawać w pani obronie — absolutnie mam!...

— Skąd to prawo?

— Prawo daje mi moja miłość!... bo ja panią kocham, mateczko Koralio!... I chociaż jestem inwalidą, choć straciłem nogę do kolana w walce za ojczyznę — rezygnować nie myślę!... Mateczko Koralio, czekam na odpowiedź...

— Pan nie powtórzy mi już nigdy tych słom — wyrzekła wreszcie, nie patrząc mu w oczy.

— Pani zabrania?

— Tak! zabraniam!...

— A więc będę milczał aż do następnego naszego spotkania!...

— My się już więcej nie spotkamy!...

— Dlaczego?...

— Bo ja nie chcę widywać pana — po tem wyznaniu...

— Z powodu...

Podniosła na niego oczy smutne i zamyślone:

— Jestem kobietą zamężną...

Wbrew jej oczekiwaniom oświadczenie to nie zmieszało kapitana ani trochę... Najspokojniej w świecie rzekł:

— No, to pani wyjdzie za mąż drugi raz... Niewątpliwie mąż pani jest stary i pani go nie kocha... On przecież także rozumie, że pani jest młodą i potrzebuje miłości...

— Żart niestosowny, kapitanie...

Belval pochwycił w swoje dłonie drobną rękę Koralii, która wstała już z fotelu, gotując się do odejścia:

— Pani ma słuszność, mateczko Koralio! Proszę mi wybaczyć, że tak lekkim tonem mówię o rzeczach tak poważnych... A tu chodzi o moje życie i o pani życie!... Mam głębokie przeczucie, że jesteśmy wzajemnie swojem przeznaczeniem... A przeciw przeznaczeniu — walczyć daremnie!... Będę czekał cierpliwie... Los nas połączy.

— Nie połączy...

— Połączy — oświadczył stanowczo — zobaczy pani...

— Nie, panie kapitanie — to stać się nie może!... Pan mi da słowo honoru, że nie będziesz usiłował ani widzieć się ze mną ani poznać mego nazwiska... Wyznanie, które mi pan uczynił — wykopało między nami przepaść nie do przebycia... Nie chcę, aby ktokolwiek wglądał w moje życie!...

Mówiła z pewną gwałtownością, starając się jednocześnie uwolnić swą rękę z uścisku kapitana. Belval nie ustępował:

— Mateczko Koralio, nie ma pani racyi, postępując w ten sposób... Niewolno pani... Niech się pani zastanowi — błagam panią!...

Odsunęła go — prawie odepchnęła od siebie. Gwałtowny ten ruch spowodował, iż torebka ręczna Koralii upadła na ziemię. Nieszczelnie snąć zamknięta otwarła się... Wypadło z niej kilka przedmiotów... Belval schylił się szybko, aby je podnieść.

— O! proszę — jeszcze to...

Był to mały futerał wysłany atłasem — z którego wysuwały się ziarnka różańca, Belval uważnie obejrzał różaniec i szepnął:

— Ciekawa rzecz... te ziarnka ametystowe — ta staroświecka złota oprawa, filigranowa robota... To jednak osobliwe... Ta sama robota i ten sam materyał...

Wzruszenie tak silne odmalowało się na jego wyrazistej twarzy, że Koralia zdziwiona zapytała:

— Co się panu stało?...

Patrycyusz Belval obracał w palcach jedno z ziarn różańca — nieco większe od innych. Ziarnko to było przełamane w środku...

— Skonstatowałem coś tak osobliwego — rzekł wreszcie kapitan — że zaledwie śmiem przypuszczać... Trzeba to zbadać odrazu... Ale przedewszystkiem jedno słowo: kto pani dał ten różaniec ametystowy?...

— Nikt mi go nie dał... posiadałam go zawsze...

— Musiał przecież należeć do kogoś — zanim stał się pani własnością...

— Należał do mojej matki...

— Ach!... do matki pani...

— Cóż w tem nadzwyczajnego?...

— Napozór nic... Matka pani nie żyje?...

— Umarła, kiedy miałam lat cztery... Zaledwie że sobie ją przypominam... Ale dlaczego pyta mnie pan o to i co za związek ma to z tym różańcem?

— Owszem, ma związek. Zaraz pani udowodnię. Proszę popatrzeć.

Rozpiął bluzę i z kieszeni kamizelki wydobył zegarek, przy którym widniało kilka breloków, przymocowanych na małej dewizce ze skóry i srebra. Jeden z tych breloków była to połówka kulki ametystu, ujętej z jednej strony w złoto filigranowej roboty. Wielkość i grubość obu odłamków ametystu była identyczna, jak również ich barwa. Oprawa również nie różniła się niczem.

Koralia i Patrycyusz spojrzeli sobie w oczy. — Młoda kobieta wyszeptała zmieszana:

— Ależ to przypadek. Nic innego, tylko przypadek.

— Być może, ale przypuśćmy, że te dwie połówki tworzą istotnie jedną całość.

— To niemożliwe — zawołała Koralia.

Kapitan nic nie odpowiadając przymierzył obie połówki ametystu do siebie i okazało się, że załomy jednego kawałka wchodzą dokładnie w załomy drugiego, rzeczą oczywista było, że te dwie połówki są połówkami jednego i tego samego ametystu. Zapanowała chwila długiego milczenia. Wreszcie kapitan Belval rzekł cichym głosem:

— I ja właściwie nie wiem skąd pochodzi ten brelok. Od dzieciństwa widywałem ten kawałek ametystu wśród rozmaitych przedmiotów bez większej wartości, które przechowywałem w moim kuferku. Leżał sobie pośród kluczy do zegarków, staroświeckich pierścionków, starodawnych pieczątek. Skąd się tam wziął nie wiem. Jedno tylko wiem obecnie zpewnością — obejrzał raz jeszcze dokładnie oba odłamki i z obserwacyi tej wyciągnął następujący wniosek:

— Bezwątpienia, że największe ziarno z tego różańca złamało się niegdyś na dwoje. I te dwie połówki są w naszem posiadaniu. Mojem i pani.

Przysunął się bliżej do Koralii i mówił dalej, głosem przyciszonym.

— Kwestyonowała pani przed chwilą moją wiarę w siłę przeznaczenia. Moja pewność, że wypadki prowadzą nas ku sobie, wydała się pani może śmieszną, a teraz co pani powie? Chodzi tutaj bowiem albo o wypadek tak niezwykły, że poprostu trudno bez należytej podstawy twierdzić, że to tylko wypadek. Albo też o fakt realny, wskazujący, że nasze egzystencye już się gdzieś zetknęły w przeszłości na jakimś punkcie tajemniczym. I teraz tera mocniej wierzę, że odnajdą się w przyszłości, aby się już więcej nie rozłączać. I poraz drugi ofiaruję pani pomocną dłoń przyjaciela, bo wiem, że grozi ci niebezpieczeństwo. Podkreślam, że mówię tylko o przyjaźni, nie zaś o miłości. Czy pani przyjmuje?

Na razie nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia. Belval nie usiłował dłużej zatrzymać Koralii.

Odeszła. Kiedy drzwi wejściowe zamknęły się za nią — Belval podszedł do okna i tęsknym wzrokiem ścigał sylwetkę młodej kobiety, która za chwilę miała mu zniknąć z przed oczu zatopiona w morzu mroków wieczornych.

Serce ścisnęło mu się: czy zobaczy ją jeszcze kiedykolwiek?...

Ale Patrycyusz Belval nie należał do ludzi łatwo poddających się zwątpieniu.

— Czy ją zobaczę?! Może już jutro nawet... Los mi dopomoże!...

Wieczorem Belval po spożyciu obiadu w restauracyi — przybył do Neuilly, gdzie znajdował się dom dla żołnierzy — rekonwalescentów. Ponieważ regulamin w tem sanatoryum dla uzdrowieńców nie był zbyt surowy — więc kapitan z łatwością mógł uzyskać widzenie z Ya-Bonem.

— Czy Ya-Bon jest tutaj?...

— Tak jest, kapitanie — odparła dyżurna — gra w karty ze swoją dziewczyną...

— To jego dobre prawo kochać i być kochanym... Czy są jakie listy do mnie?

— Niema żadnych. Przyniesiono tylko jakiś pakunek...

— Od kogo!...

— Przyniósł go komisyoner i powiedział tylko tyle: „Dla kapitana Belvala”. Złożyłam ten pakiet w pańskim pokoju.

Kapitan pospieszył do swego pokoju, gdzie ujrzał na stole pakiet owinięty w biały papier i obwiązany sznurkiem.

Rozdarł papier. Zobaczył mała szkatułkę, a w niej mieścił się klucz, wielki klucz pokryty rdzą.

— Coby to mogło znaczyć?... Na pakunku nie było żadnego adresu nadawcy, ani żadnej pieczątki.

— Chyba to jakaś pomyłka!... pomyślał Belval i schował klucz do kieszeni.

— Dosyć zagadek na dzisiaj — powiedział głośno sam do siebie — teraz kładźmy się spać.

Ale w chwili, gdy zasuwał story u okna — wzrok jego uderzony został snopem iskier wytryskających ponad drzewami lasku Bulońskiego. Złoty deszcz iskier rozdarł nieprzeniknione mroki nocy.

W tejże chwili kapitan przypomniał sobie podsłuchaną w restauracyi rozmowę. Wszak to o deszczu złotych iskier rozmawiali ci sami ludzie, którzy planowali uprowadzenie mateczki Koralii.

__________

ROZDZIAŁ III. ZARDZEWIAŁY KLUCZ.

Patrycyusz Belval, kiedy skończył lat osiem, został wysłany przez swego ojca do Londynu do szkoły francuskiej, w której przebył dziesięć lat ani raził nie odwiedzając ojczyzny.

Z początku — co tygodnia otrzymywał regularnie listy od ojca, wreszcie pewnego dnia dowiedział się od dyrektora, że jest sierotą i że koszta jego edukacyi będą pokrywane z procentów dwustu tysięcy franków, pozostałych po ojcu.

Po dojściu do pełnoletności Patrycyusz podjął spadek i wyjechał do Algieru, aby tam pełnić służbę wojskową. W niezbyt długim czasie nietylko stracił całe swoje dziedzictwo, ale jeszcze zrobił kilkadziesiąt tysięcy długów.

Zmuszony brakiem funduszów do porzucenia wojska — wziął się do pracy. Umysł jego ruchliwy i przedsiębiorczy pchnął go na drogę interesów. Organizował komunikacyę automobilową i łodzi motorowych, elektryfikacyę, zaimprowizował blizko tuzin przedsiębiorstw, które wszystkie udały się i incyatorowi dostarczyły znacznych środków materyalnych.

Kiedy wybuchła wojna rzucił się w jej wir ciałem i duszą i zdobył szlify porucznika w bitwie nad Marną. Ranny ciężko w łydkę — musiał poddać się amputacyi. Pomimo tego nie dał za wygranę karyerze wojskowej. Przerzucił się do lotnictwa i przez kilka miesięcy pełnił służbę obserwatora na aeroplanie. Raniony odłamkiem szrapnela w głowę — przewieziony został do szpitala wojskowego na Polach Elizejskich... I w szpitalu tym poznał mateczkę Koralię... Od pierwszego dnia poznania, zakochał się w niej... Jej piękność, wdzięk, łagodne smętne oczy, słodycz obejścia — przenikały mu serce do głębi. Milczał wszakże, czekając stosownej chwili...

I oto wypadki tak się ułożyły, że Belval zdołał wyśledzić grożące ukochanej niebezpieczeństwo i wyrwać ja z rąk wrogów. Pierwszy etap walki zakończył się zwycięzko — trudno było jednak przypuścić — aby to było już zwycięztwo ostateczne. Wrogowie bezwątpienia przypuszczą nowy atak... I teraz nasuwało się zapytanie, czy ów deszcz złotych iskier, widziany przed chwilą nie pozostaje w jakimś związku ze spiskiem uknutym przeciwko mateczce Koralii... I znowu snop iskier złocistą smugą wytrysnął w powietrze.

O ile Patrycyusz Belval mógł osądzić — ten deszcz złotych iskier spadał gdzieś na wybrzeżu Sekwanny pomiędzy Trocadero a dworcem w Passy.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.