Złoty sen - Grażyna Jeromin-Gałuszka - ebook

Złoty sen ebook

Grażyna Jeromin-Gałuszka

4,3

Opis

Opowieść o przemijaniu i nieprzemijaniu. O wielkiej miłości, która zniszczyła przyjaźń, i o przyjaźni, która pokonała trudną miłość.

Stara willa w sennym kurorcie, a w niej kobiety, które los zetknął ze sobą po wielu latach.
Lili, ekscentryczna właścicielka wilii, dawno temu oświadczyła swej przyjaciółce, że nigdy się do niej nie odezwie, i wytrwała w tym postanowieniu sześćdziesiąt pięć lat.
Ada w dzieciństwie przyjeżdżała tu z matką, żeby leczyć chore serce. Jej owiany tajemnicą pobyt przedłuża się na całe lato.
Kalina miała wszelkie predyspozycje, aby stać się wielką artystką, ale wszystko w swoim życiu, łącznie z licznymi talentami, zaprzepaściła.
Lili, Ada i Kalina - a między nimi stara Józefa, dawniej pomoc do wszystkiego, teraz odsunięta od wszelkich zajęć - spędzają wiele miesięcy pod jednym dachem. Złość, gniew, a przede wszystkim obojętność, z czasem zmieniają się w przekonanie, że z każdego życia da się coś uratować. Wystarczy tylko o to coś zawalczyć.
Wiktor, który rozpoczyna i kończy tę opowieść, nie znalazł się tam przypadkiem.
Nic tam nie działo się przypadkiem, choć od przypadku wszystko się zaczęło.

Grażyna Jeromin-Gałuszka – absolwentka bibliotekoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim oraz scenopisarstwa w PWSFTViT w Łodzi. Publikowała utwory poetyckie i krótkie formy prozatorskie w czasopismach oraz antologiach. Laureatka ogólnopolskiego konkursu na temat filmowy, zorganizowanego przez Agencję Scenariuszową i tygodnik „Film”. Współautorka scenariusza jednego z popularnych seriali telewizyjnych. Jej debiutancka powieść „Złote nietoperze” (2007) otrzymała pierwszą nagrodę w konkursie literackim „Kolory życia”. Mieszka na wsi pod Radomiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 425

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (27 ocen)
15
7
4
0
1

Popularność




Copyright © Grażyna Jeromin-Gałuszka, 2015

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Jill Battaglia / Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8069-649-5

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wtedy to zrozumiała błędne koło złotych rybek pułkownika Aureliana Buendii. Ból świata kończył się na powierzchni jej skóry i wszelka gorycz odpłynęła z serca.

Gabriel García Márquez, Sto lat samotności

PIĘKNE KOBIETY

– Szuka pan kogoś? – zapytała kobieta, kładąc rękę na klamce solidnej, żelaznej furtki, przed którą przechadzał się od dwudziestu minut, nie wiedząc, co zrobić: wejść, czy poczekać, aż ktoś wyjdzie z pięknego domu stojącego dokładnie vis-à-vis równie solidnej co furtka bramy, której oba skrzydła skute były grubym łańcuchem.

Nikt nie wyszedł, za to ona, skręcając z chodnika szerokiej alei, wyraźnie tu wchodziła.

– Nie… – odparł niezgodnie z prawdą, ale zaraz się poprawił, widząc niedowierzanie w jej oczach: – A właściwie tak…

Idąc tu, już z daleka musiała widzieć, jak przechadzał się i spoglądał na starą willę, otuloną na tyłach koronami lipowych drzew, trochę mniejszych od tych tworzących szeroką aleję, ale równie gęsto obsypanych białoróżowym kwiatem, który mocnym zapachem odurzał.

– Tak – dodał teraz już pewnym głosem, po czym wyjął z tylnej kieszeni dżinsów kartonik, wielkością i kształtem przypominający pocztówkę.

Podobieństwo drewnianej willi naszkicowanej ołówkiem na kartoniku do tej, którą widział przed sobą, można byłoby uznać za przypadkowe, gdyby nie te dwie lipy z tyłu – i w rzeczywistości, i na rysunku.

Błysk zdumienia w oczach kobiety przypieczętował tylko pewność, że oto znalazł to, czego szukał.

– Skąd… skąd pan to ma? – spytała, starając się zapanować nad drżeniem w głosie.

Odwrócił kartonik i omiótł wzrokiem napis: „Święto Kwitnącej Lipy, Lipiec 1989, Od K. dla A. na wieczne powroty”. Potem spojrzał kobiecie prosto w oczy, wyciągnął w jej stronę rękę i oświadczył:

– Nazywam się Wiktor Karpowicz i nie znalazłem się tu przypadkiem. Ale to dłuższa historia…

Dwa lata wcześniej Wiktor Karpowicz, zmęczony piętnastoletnim kontraktem dla jednego z amerykańskich koncernów naftowych, wrócił wreszcie do kraju, by tu ułożyć sobie życie. W wieku czterdziestu dwu lat była już na to, jeśli nie ostatnia szansa, to na pewno najwyższa pora. Mógł, jak wielu innych, znaleźć sobie za oceanem amerykańską żonę i zamieszkać w jednym z tych białych domków z wystrzyżonym trawnikiem, założyć nową amerykańską rodzinę, jednak tego nie zrobił. Ani się nie wzbraniał, ani też zbytnio o to nie zabiegał. Tak wyszło. Życie biegło z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, od jednego związku do drugiego. Żaden nie okazał się na tyle silny, by mu poświęcić coś więcej, niż poświęcił. Czyli w sumie niewiele. Prawie nic. Amerykańskie kobiety dzielił na dwie kategorie: perfekcyjne bizneswomen i perfekcyjne kury domowe, jedne i drugie z fanatyzmem dążące do osiągnięcia ideału. Żadna nie chwyciła go za serce. Całą energię młodości oddał więc zawodowej części swego życia, pracując po kilkanaście godzin dziennie, stąd może wszelkie niepowodzenia w sferze osobistej. A może spowodowała je podświadoma niechęć do tempa, specyfiki amerykańskiego życia i podświadoma tęsknota za czymś normalnym, swojskim, nawet niedoskonałym.

Mijając, w drodze do siostry, podwarszawskie osiedla z białymi domkami otoczonymi wystrzyżonymi trawnikami, pomyślał, że ludzie wszędzie dążą do zaprowadzenia wokół siebie zewnętrznego ładu, który zapewne daje im poczucie, bądź też tylko złudzenie, że to niezbędny warunek, wręcz konieczność, by móc osiągnąć harmonię wewnętrzną.

– Cóż w tym złego – jego siostra Alina wzruszyła ramionami, gdy nieporadnie próbował ubrać w słowa te swoje spostrzeżenia – że ludzie chcą mieć ładne mieszkania, samochody… Po to pracują. Inni mają wszystko w nosie. Żyją w walących się ruderach i palcem nie kiwną, żeby cokolwiek zmienić.

– Myślałem o czymś pomiędzy… – wtrącił nieśmiało.

– To dobrze – ona na to – bo coś pomiędzy istnieje. Wszędzie. Nie da się podzielić świata na pół, a ludzi na tych, którzy żyją w ładnych albo brzydkich domach.

Nie chodziło mu o aż takie uproszczenie. A może. Bo jeśli nie, to czemu nigdy nie umówił się z dziewczyną, która hoduje psy husky na Alasce? Miłej, ale niedoskonałej.

Firma, której oddał piętnaście najlepszych lat życia, ustawiła go finansowo na piętnaście kolejnych, wypompowując z niego zdolność postrzegania różnorodności. Sam tak wybrał. Godził się z tym. Było mu z tym dobrze. Czego więc teraz chce, ustawiony jako tako finansowo, ale naiwny życiowo facet w średnim wieku? O co mu właściwie chodzi?

– Chodzi mi o to… – zaczął się plątać. – Wydawało mi się, że może jeszcze tu jest jakoś inaczej.

– Długo cię nie było – odparła Alina, odrywając wzrok i uwagę od jakiegoś bloku informacyjnego w telewizorze. – Jakiś facet zabił drugiego bejsbolem na stacji benzynowej. Wszedł, uderzył, zabił i wyszedł… – Odwróciła wzrok od telewizora i spojrzała Wiktorowi w oczy, uśmiechając się z ledwo widocznym smutkiem. – Do niedawna myślałam, że takie rzeczy dzieją się tylko w Ameryce. Co zamierzasz, drogi bracie, dalej robić? Jak cię znam, długo nie usiedzisz na miejscu. Chyba aż tak się nie zmieniłeś…

Nie, aż tak chyba się nie zmienił. Ale niełatwo jest przyjechać zza oceanu z niezłą forsą i po piętnastu latach umysłowej orki znaleźć sobie na wolności jakieś zadowalające zajęcie. Bo odzyskał wolność – w pewnym momencie po prostu sobie to uświadomił, ciesząc się i martwiąc odrobinę z tego powodu. Przestraszył się, żeby ni z tego, ni z owego czegoś nie zmarnować.

Nie miał czasu na marnowanie czegokolwiek. Wprzęgnięty w tryby zawodowej machiny, swoistego perpetuum mobile, ani razu nie zastanowił się nad swoim wiekiem ani nad czasem, który mijał, a mijając, nie zostawiał wspomnień wartych, by do nich wracać. Teraz nagle, znalazłszy chwilową przystań u siostry, przyglądając się jej i jej rodzinie; obserwując codzienne sprawy, w których wszyscy uczestniczyli bez niechęci, ale i bez większego zachwytu, zaczął myśleć o swoich czterdziestu dwu latach i o tym, na co już za późno, a na co jeszcze za wcześnie.

Za wcześnie było na nicnierobienie.

– Nie szalej. – Pewnego dnia Alina położyła mu rękę na ramieniu, być może dostrzegając burzę myśli na twarzy Wiktora. – Odpocznij i spokojnie pomyśl, co chcesz dalej zrobić ze swoim życiem. Doceń to, że nie musisz myśleć o pieniądzach. To bardzo komfortowa sytuacja w dzisiejszych czasach… W każdych czasach zresztą – poprawiła się po chwili. – Niejeden może ci zazdrościć.

– Zazdrościć? – zdziwił się. Odkąd się tu znalazł, nie zazdrościł sobie niczego.

– W takim sensie, że pewne sprawy masz już zwyczajnie w nosie.

– Boję się powierzchowności – wypalił ni z tego, ni z owego. Pod wpływem jakiegoś impulsu z natłoku myśli wyłoniło się wreszcie coś konkretnego. – Tego, żeby nie zmarnować – tu chyba masz rację – w jakimś sensie komfortowej sytuacji. Nie chcę siedzieć i odpoczywać, bo nie mam też zamiaru pracować przez kolejne piętnaście lat ponad siły, więc przed czym tu odpoczywać… Myślę raczej o czymś, co samo w sobie pozwoliłoby mi na jakiś oddech… Myślę bezustannie o naszym domu w miasteczku… O naszych rodzicach… O tym, jakie to wszystko było autentyczne… Tak! – Zerwał się nagle z fotela i, ujmując dłonie Aliny, spojrzał jej głęboko w oczy. – Tak, siostro! Chyba o nic więcej mi nie chodzi, chciałbym przeżyć coś na wskroś prawdziwego, dramatycznego, bolesnego. Przeżyć kawałek prawdziwego życia.

Siostra cofnęła dłonie i obrzuciła go pobłażliwym spojrzeniem.

– A ja odwrotnie, młodszy bracie… – powiedziała.

– Tylko o dwa lata.

– Ja nieraz chciałabym się na moment oderwać od tych dramatycznych i bolesnych spraw. I poplątanych życiorysów. Tak poplątanych, że często mam wątpliwości, czy są prawdziwe.

Alina od wielu lat pracowała w jednym z domów opieki pod Warszawą. Wiktor wyobrażał sobie, z iloma bolesnymi historiami przez ten czas się zetknęła i jak bardzo mogła już być nimi znużona.

– Chciałabym oderwać się od nich i na jakiś czas zapomnieć, ale mi nie pozwalają. Mają swoje historie w oczach, nawet jeśli przestali już o nich mówić. – Z rezygnacją machnęła ręką. – Jedni przestali, zaczynają inni. Jak ta Klarysa z dworca Waterloo…

– Klarysa skąd?! – zdziwił się Wiktor.

– Ciąg skojarzeń… – zaczęła mu tłumaczyć. – Przywieziono ją z Centralnego, gdzie siedziała na peronie parę godzin, gapiąc się na przyjeżdżające i odjeżdżające pociągi… Nie wyglądała na bezdomną. Zapytana, jak się nazywa, nie potrafiła nic powiedzieć. Dopiero w domu opieki, kiedy zaczęto jej czytać z kalendarza różne imiona, powiedziała, że Klarysa najbardziej jej się podoba. Godzinami ogląda Pożegnalny walc z płyty, znany również pod innym, mniej melodramatycznym tytułem: Dworzec Waterloo, i nie pozwala nikomu włączyć nic innego. Chyba że znajdzie kogoś, kto chce jej słuchać. Wtedy godzinami opowiada jakieś nieprawdopodobne historie.

– Jakie?

– Właściwie jedną. Jedną i tę samą, pięć razy na dzień, w kółko to samo, wszyscy mają jej dość.

– Co to za historia?

– O, wybacz! – Alina zerwała się z fotela, ze zniecierpliwieniem machając ręką. – Nawet gdybym coś z tego zrozumiała, żadna siła nie zmusi mnie do opowiadania. Klarysa sama w sobie jest uciążliwa, nawet bez tych cudacznych historii. Tak aroganckiej, powiedziałabym nawet apodyktycznej, baby jeszcze u nas nie było. Ze wszystkimi się kłóci, wszystkich ustawia. Jeszcze dobrze, jak siedzi i ogląda ten swój Pożegnalny walc. To znowu inni się skarżą… Ach tam, dzięki Bogu, zaczyna się lato. Niech tylko zrobi się wreszcie naprawdę ciepło, to pensjonariusze będą mogli sobie chodzić po parku. Klarysa, jeśli do tej pory ktoś się po nią nie zgłosi, też. Niech tam opowiada, cokolwiek zechce, ptakom albo się z nimi kłóci.

– Z ptakami?

– Temat zamknięty! – zakończyła Alina. – Żałuję, że w ogóle zaczęłam.

Poniekąd mógł teraz powiedzieć to samo: Żałuję, że w ogóle zaczęła. Gdyby nie to, nigdy nie zwróciłby uwagi na staruszkę, która pewnego razu, gdy czekał na siostrę, usiadła obok niego w parku przed domem opieki, i nie zaczął jej słuchać. Wstałby po prostu w którymś momencie, nim na dobre zaczęła, grzecznie przeprosił i odszedł. Tak jak robili to inni. Coś by robił albo nie robiłby nic, beztrosko czerpiąc profity z poprzednich piętnastu lat życia. Może już do tej pory ożeniłby się z koleżanką Aliny, Moniką, kupiłby jeden z tych domków pod Warszawą, gdzie cieszyłby się spokojnym życiem, popijając piwko na werandzie w sobotnie popołudnia albo kosząc trawnik, a po południu znajomi i przyjaciele Moniki, którzy staliby się także jego znajomymi i przyjaciółmi, rozpalaliby grilla. W niedzielny poranek, lekko skacowany, usiadłby na tarasie, czekając, aż Monika przyjdzie z kawą i z oddaniem położy głowę na jego ramieniu…

Ach, gdzie się podziało cudownie spokojne, bezpieczne, do szpiku przewidywalne, jego niewymarzone życie?

Nigdy się nie zastanawiał, jak wiele historii zaczyna się od małych zdarzeń, drobiazgów, od przypadku. Teraz nie przestawał myśleć, że ta historia zaczęła się od samochodu siostry, na który pewnego dnia na osiedlowym parkingu wjechał pijany nastolatek i poważnie uszkodził prawy bok. Auto wylądowało w warsztacie. W perspektywie był blacharz, a potem lakiernik. Ledwie Alina zaczęła lamentować, że co ona zrobi przez bite dwa tygodnie bez samochodu, zaproponował, że będzie ją woził. Sama za nic nie chciała usiąść za kierownicą jego amerykańskiego auta, tłumacząc, że jest dla niej za wielkie. Z ulgą przyjęła propozycję Wiktora, przecież nie miał nic innego do roboty. Zawoził ją więc rano, a po południu przywoził. Z oddalonym o czterdzieści kilometrów domem opieki, mieszczącym się w starym dworku, otoczonym pięknym parkiem, nie było żadnego sensownego połączenia.

Za którymś razem, gdy pojechał po siostrę, musiał na nią trochę poczekać. Jedna z pensjonariuszek chorowała od pewnego czasu, a tego dnia znacznie jej się pogorszyło. Alina czekała na syna tej kobiety, z którym chciała się rozmówić w jakichś sprawach, a że nie mogła się go doczekać, poprosiła Wiktora, by uzbroił się w cierpliwość, bo będzie czekała do skutku. Wiktor nie widział problemu. Nigdzie się przecież nie śpieszył. Czas mijał mu na zastanawianiu się, co dalej zrobić ze swoim życiem. Równie dobrze mógł to robić tutaj.

Wszedł do holu, w którym było bardzo przyjemnie, rozejrzał się, usiadł w starym fotelu i odruchowo zaczął oglądać leżące na stoliku pisma. W przylegającej świetlicy, nazywanej tu pokojem dziennym, nastąpiło jakieś zamieszanie. Z początku nie zwracał uwagi, ale po chwili zaczął bezwiednie nasłuchiwać. Zwłaszcza gdy zabrzmiało znajome imię.

– Pani Klaryso, znowu to samo! Ile razy prosiłam, żeby pani skończyła z tym pokerem.

– Ależ to nie poker! – W niskim głosie zabrzmiało wyraźne oburzenie.

– Tylko?

– Wojna.

– A może piotruś?! A te pieniądze pod stolikiem to co?

– Dwadzieścia pięć złotych, to żadne pieniądze.

– Znowu wygrała, pani Wioletko. – W męskim głosie zabrzmiała nutka dziecinnej skargi. – Cały czas wygrywa. Zaczynała za pożyczone dwa złote, a teraz ma już majątek.

– Więc z nią nie grajcie. Po co z nią gracie?

– Tak łatwo powiedzieć – nie grajcie!

– Co w tym trudnego?

– Chodzi i nas kusi. A potem oszukuje. Dlatego wygrywa.

– Ja już z nią grać nie będę. – Tym razem odezwał się głos kobiecy, trochę jakby płaczliwy. – Syn ostatnio zapowiedział, że już mi więcej nie zostawi ani grosza, jeśli będę tak beztrosko trwonić pieniądze.

W odpowiedzi rozległ się mocny, perlisty śmiech, jak się domyślił Wiktor, należący do Klarysy. A po chwili jej głos:

– Dlatego cieszę się, że nie mam dzieci! Żeby mi miały pieniądze wydzielać na starość!

– Skąd wiesz, że nie masz, skoro nic nie pamiętasz?

– Są rzeczy, które się wie.

– Akurat.

– I nie mów mi, że nic nie pamiętam! Bo pamiętam najdrobniejszy szczegół z tego, co mi opowiedziała ta kobieta na peronie…

– Pani Wioletko, niech jej pani powie, żeby już przestała z tą kobietą!

– Cisza! – Wioletka widać straciła cierpliwość. – Wasza koleżanka umiera. Trochę zrozumienia, powagi…

– Trzeba wiedzieć, gdzie umrzeć.

– Jak możesz, Klaryso!

– Pani Klaryso, nie przeszłaby się pani po parku?

– A przejdę się.

Dopiero teraz Wiktor zainteresował się parkiem, którego – podjechawszy pod główne wejście – dostrzegł tylko fragmenty. Podszedł do oszklonych drzwi na taras, które były lekko uchylone, i uśmiechnął się w duchu na widok pięknych, starych drzew, krzewów i kwitnących właśnie magnolii.

– Pewna kobieta czeka na swoją kolejkę u fryzjera i z nudów patrzy przez oszklone drzwi na ulicę – znienacka usłyszał obok siebie niski głos. Wzdrygnął się i, rozpoznając już ten głos, nie bez zdumienia dostrzegł, że należy do drobnej, siwej staruszki. – Stoi i patrzy. Nagle po drugiej stronie ulicy widzi swojego męża. Dwa, trzy metry od niego staje wysoki, jasnowłosy mężczyzna. Rozgląda się, zerka na zegarek, jakby na kogoś tu czekał. Kobieta na widok męża rozjaśnia się, nie tylko zewnętrznie, ale cała w środku, bo tak zawsze na nią działa ukochany mężczyzna, kładzie rękę na klamce, by wyjść, pomachać do niego, gdy nagle widzi, co on mówi…

– Jak to, widzi, co on mówi?! – Wiktor gwałtownie oderwał wzrok od rozłożystych magnolii, wbił go w Klarysę.

– Widzi, jak jej ukochany mąż mówi wyraźnie dwa zdania. Do kogo? Nikogo przecież oprócz tamtego przypadkowego mężczyzny w pobliżu nie ma. A ci dwaj nie zwracają na siebie uwagi i każdy z nich patrzy w inną stronę. A jednak… Dwa zdania: „Każdego wieczoru spaceruje koło starej cukierni. Tam ją zabij”.

– Jak to, widzi, co on mówi? – powtórzył Wiktor, wlepiając w staruszkę zdumiony wzrok.

– Po prostu – odparła, wzruszając beztrosko ramionami.

Wtedy w odbiciu szyby zobaczył sylwetkę Aliny, wychodzącej z jednego z pokoi.

Spojrzał na nią, a gdy ponownie zwrócił wzrok na Klarysę, już jej nie było. Poszła w parkowe alejki, spoglądając za siebie, jakby od niechcenia, to na jedną, to na drugą stronę.

***

Takich kobiet jak madame Lili już nie ma, myślała Ada, rozglądając się po wnętrzu starej willi. Twardych, zdrowych na ciele i umyśle staruszek, które z każdego okresu życia potrafią wyciągnąć same atuty. Również ze starości.

– Już mi tu nikt nie musi madamować – oświadczyła Lili nie bez pewnej satysfakcji tuż po powitaniu. – Głupia Józefa wprowadza do mnie te dziewczyny z ogłoszenia i woła złośliwie: „Madame, do sprzątania ktoś przyszedł!”. A pod nosem mamrocze, że tak, jak one sprzątają, to i ona by mogła, tylko że jej się nie chce.

– To jak mam mówić? – spytała Ada.

– Ty jesteś z innych czasów, więc mów, jak ci się podoba.

Zabrzmiało to tak, jakby Ada była stara, nie ona. Albo jakby przynajmniej były rówieśniczkami.

– Te wszystkie polonistki, prawniczki, administratorki… Te wszystkie idiotki po studiach – kontynuowała leniwie tamta – co to dawniej skończyłyby edukację na szkole zawodowej, najpierw robią wielkie oczy, dopytują się: „Jak? Jak, proszę pani?”. A potem taka jedna i druga idiotka parska dwuznacznym śmiechem, kiedy po raz dziesiąty powtarzam, że tak i tak, do ciężkiej cholery. I bez ceremonii rozglądają się z tym głupawym uśmieszkiem, jakby spodziewały się zobaczyć dziewczynki w gorsetach, prowadzące klientów na górę. Już się nawet nie pytam jednej czy drugiej, czy madame Lili brzmi jak szefowa burdelu…

Cóż… Dawniej Ada nad tym się nie zastanawiała, ale tak to właśnie brzmiało.

– Każę posprzątać, czy co tam, płacę, bo szkoda mi cielęcia z dyplomem uniwersyteckim, żeby się tłukło na darmo aż z Lublina, i żegnam.

– A miejscowe dziewczęta… – wtrąciła Ada.

– Jakie miejscowe dziewczęta?! – spytała Lili, nie wiedzieć czemu oburzonym głosem.

– Tu… z okolicznych wiosek…

– Miejscowe dziewczęta jadą najpierw po dyplom do Lublina, do Warszawy. Te najgłupsze pierwsze, szkoda słów. – Machnęła ręką lekceważąco i z uwagą popatrzyła Adzie w oczy. – Ada. Ada Jakaśtam, nigdy nie miałam pamięci do nazwisk… Już właściwie nie wynajmuję pokoi, ale przez wzgląd na dawne czasy… Ileż to mogło minąć lat, jak tu byłaś ostatnim razem? Trzydzieści?

– Dwadzieścia pięć – sprostowała młodsza kobieta. – Dopiero co przekroczyłam czterdziestkę.

– No to staro wyglądasz. – Madame Lili nawet jej się dokładnie nie przyjrzała, odkąd tu weszła.

Ta przypomniała się, mówiąc, że w latach osiemdziesiątych przyjeżdżała tu na całe wakacje z matką, a na koniec – bez specjalnej nadziei, że Lili ją pamięta – zapytała, czy nie mogłaby zwracać się do niej po imieniu, bo to „madame” w dzisiejszych zinformatyzowanych czasach brzmi już cokolwiek anachronicznie. W tym przypadku znaczyło to tyle, co idiotycznie.

– Mów mi po prostu Lili – powiedziała staruszka i zabrzmiało to tak, jakby to ona, a nie Ada, wyszła z tą propozycją.

Zawsze sama decydowała o wszystkim – tyle razy Ada słyszała to z ust matki, a i sama nieraz w ciągu tamtych dawnych wakacji miała szansę się przekonać – trudno więc, żeby w tak podeszłym wieku pozwoliła sobie na jakieś odstępstwo od tej reguły.

Zdecydowała o samotnym życiu, ale urządziła je tak, że nigdy sama nie była. W saloniku, z którego od strony południowej wychodziły drzwi na werandę od ulicy, a od północy na piękny, choć teraz już zaniedbany ogród, zawsze było kilka kobiet wynajmujących u madame Lili letnie pokoje.

Tak się tu mówiło: letnie pokoje, na miesiąc lub dwa, a czasem od wiosny aż do jesieni. Nie wiadomo, co działo się z nimi zimą. Chyba po prostu stały pozamykane. Stara, ciągle przepiękna, drewniana willa madame Lili odpoczywała od szeptów, rozmów, wybuchów śmiechu i wszelkich skrywanych tajemnic, z którymi te wszystkie kobiety tu przyjeżdżały.

Mężczyzna, jak choleryczny mąż Laury Sądeckiej, albo dziecko, jak Ada, byli tu niezwykle rzadkimi gośćmi. Matka Ady musiała cieszyć się jakimiś specjalnymi względami, skoro pozwolono jej tu przyjeżdżać z córeczką. Madame Lili nie znosiła dzieci. Nie znosiła ich jeszcze bardziej niż mężów innych kobiet. Jedno i drugie miała jej dawna przyjaciółka, a potem największy wróg – Arleta Kozielska, właścicielka białej willi dokładnie naprzeciwko tego domu, po drugiej stronie szerokiej alei, kobieta, z którą Lili od kilkudziesięciu lat nie zamieniła słowa. Bo tak sobie przyrzekła. „Nigdy się do ciebie nie odezwę” – powiedziała do tamtej, gdy obie miały po dziewiętnaście lat, i Adzie nie wydawało się, by coś w tym względzie uległo zmianie.

Była dzieckiem, a potem nastolatką, gdy tu przyjeżdżała z mamą, ale madame Lili, ze swoim nieustępliwym charakterem, ze wszystkimi wadami i zaletami (choć jeśli chodzi o te drugie, trudno byłoby na poczekaniu jakiejkolwiek się doszukać), tak głęboko wbiła się jej w pamięć, jak nikt inny w jej czterdziestoletnim życiu.

Dlatego też, gdy godzinę wcześniej szła aleją i zatrzymała się na chodniku przed starą willą, oświetloną, jak dawniej, lampą, wiszącą nad drzwiami werandy, nie miała wątpliwości, że gdy otworzy żelazną furtkę, minie chodnik, zarośnięty po obu stronach zdziczałymi różami, i dotrze do schodów, zobaczy ją, jak zza oszklonych drzwi wygląda, kogóż to przyniosło. Tak też było.

Ada nigdy nie dałaby jej tyle lat, ile miała w istocie, gdyby nie znała pewnych faktów, a mianowicie tego, że jako piętnastoletnia dziewczynka razem ze swą wielką przyjaciółką Arletą, w sierpniu tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku ciągnęły warszawskimi kanałami swojego rannego w nogę dowódcę, ledwie przytomnego od upływu krwi. Nazywał się Andrzej Kozielski, miał dwadzieścia cztery lata, przed wojną zaczął studia medyczne i obydwie były w nim śmiertelnie zakochane.

Nikt nie wie, w jaki sposób dwie piętnastolatki z cichego kurortu, gdzie ich rodzice do wojny prowadzili modne pensjonaty, dotarły do Warszawy, by tam przyłączyć się do walczących. Podobno na wieść o wybuchu powstania spotkały się na środku cichej alei i tam razem zdecydowały, że ta straszna rzecz, która dzieje się w odległej stolicy, nie może przecież dziać się bez nich.

Przeżyli wszyscy troje: Lilianna, Arleta i Andrzej Kozielski. On po wojnie dokończył studia medyczne, zrobił specjalizację z kardiologii i przyjechał tutaj. A może najpierw tu przyjechał, a potem dokończył studia – tego też nikt nie wiedział dokładnie.

Lilianna i Arleta, dwie przyjaciółki od wczesnego dzieciństwa, deklarujące na każdym kroku przyjaźń do grobowej deski, miały swego Andrzeja na wyciągnięcie ręki, na odległość głosu albo kilkudziesięciu kroków, bo niewiele więcej ich trzeba, by w tym małym miasteczku dojść z któregokolwiek miejsca do jakiegokolwiek innego. Tylko że w tej samej chwili, gdy sobie to uświadomiły, pojęły też rzecz straszną: że nie mogą go mieć obydwie.

Lili była piękna, śmiała (dziś powiedziałoby się: przebojowa) i pewna siebie. Arleta natomiast stanowiła jej zupełne przeciwieństwo. Cicha, delikatna, o spokojnej, nierzucającej się w oczy urodzie. Gdyby nie włosy – jasne, długie do pasa i w dotyku jak aksamit – można byłoby koło niej sto razy przejść i jej nie zauważyć. Jednak to ją wybrał Andrzej i przyjaźń, która miała trwać do grobowej deski, w jednej chwili umarła. Przedtem nie było dnia, żeby do siebie nie mówiły. Teraz w jednej chwili przestały. Sześćdziesiąt pięć lat temu. Na zawsze. Żadna miłość nie trwa tak długo. Ani chyba nienawiść. Widać tylko zawziętość.

Ileż więc lat może mieć ta kobieta, zastanawia się Ada, skoro w czterdziestym czwartym… Wychodzi na to, że osiemdziesiąt cztery. Nie ma w jej wyglądzie nic, co pozwalałoby przypuszczać, że urodziła się na długo przed drugą wojną: ani zmęczonych oczu, ani pomarszczonej cery, ani nawet tego charakterystycznego starczego pochylenia, które zawsze przywodzi jedną myśl, że tak starzy ludzie ciągną już tylko do ziemi.

Prowadzi gościa przez całą długość salonu, który kiedyś wydawał się Adzie ogromny, teraz zaś to taki zwyczajny sobie salon, odwraca się przy schodach na piętro i, kładąc dłoń na poręczy, pyta:

– Jeszcze mi nie powiedziałaś, co cię tu sprowadza o tej porze i… po tylu latach.

– To samo, co i wtedy – odpowiada młoda kobieta. – Serce. Po prostu serce.

Madame każe jej iść samej na górę, bo ona już tam nie wchodzi, Ada idzie więc, otwiera po kolei wszystkie pokoje, by na koniec wybrać ten, który zawsze wybierały z matką. Jego ściany wciąż wyłożone są tapetą w kolorze starego złota. Teraz już jej to nie razi, wręcz odwrotnie – budzi tęsknotę. Rzuca walizkę na łóżko, podchodzi do okna i otwiera je na oścież. Do pokoju wpada chłód majowej nocy: rześki i przejmujący. Ada zamyka je po chwili, obejmuje się rękami i przysiada na brzegu łóżka, nie wiedząc, co dalej robić.

Najprościej byłoby się rozebrać i położyć. A potem zasnąć.

***

Ciąg dalszy dostępny w pełnej, płatnej wersji

Pełny spis treści:

PIĘKNE KOBIETY

MAŁA ARTYSTKA

LUDZIE Z MGŁY, CZYLI CUDOWNE ŻYCIE ADY

DWANAŚCIE OBRUSÓW