Złoty płatek śniegu - Krystyna Mirek - ebook + audiobook + książka

Złoty płatek śniegu ebook i audiobook

Krystyna Mirek

4,4

Opis

W święta najważniejsza jest miłość. Każdy jej pragnie. Ale kiedy wreszcie się pojawia, potrafi nieźle namieszać.

Julka, zakochana nastolatka, wiezie do rodzinnego domu swojego chłopaka. Nikt się go nie spodziewa. Jej rodzice, przekonani, że wszystko wiedzą o ukochanej jedynaczce, nie zdają sobie sprawy, że za chwilę staną przed najważniejszym życiowym egzaminem. A prawda mocno ich zaskoczy.

Ciepły, charyzmatyczny dyrektor szkoły, próbuje wysłać zakochanej w nim samotnej mamie jasny sygnał, że nie odwzajemnia jej uczuć. Jednak im mocniej się stara, tym bardziej sprawy się komplikują. A uczucia nic sobie nie robią z dobrze poukładanych planów.

Jowita, Ignacy i Adam są przyjaciółmi z dzieciństwa. Kiedyś łączyła ich niezwykła więź. Ale kiedy dorośli, wszystko się skomplikowało. Sądzili jednak, że to zamknięty rozdział. Tymczasem powrót dawnego przyjaciela i wspólna organizacja świątecznego balu wywoła wiele wspomnień, a dawno zakopane tajemnice zaczną wychodzić na jaw.

Ci wszyscy ludzie spotkają się w te święta, a ich losy mocno się ze sobą splotą.

Czy w takich warunkach prawdziwa miłość ma jakiekolwiek szanse? Czy uda się uratować magię świąt?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 9 min

Lektor: Marta Markowicz

Oceny
4,4 (594 oceny)
342
158
71
20
3
Sortuj według:
palalela

Dobrze spędzony czas

Składanie literek w "Złotym płatku" było po prostu ucztą dla moich skołatanych, polonistycznych nerwów. Bo jak była nauczycielka języka ojczystego coś napisze, to nawet jak akcja jest bez sensu, nie ba ch*ja we wsi, ooo. Tu historie, choć momentami naciągane jak guma od majtek, nie tylko miały ręce i nogi, ale dodatkowo splatały się ze sobą i skończyły się w tak cudowny sposób, że miałam łzy w oczach. Polecam. To jedna z lepszych pozycji autorstwa pani Mirek.
11
joannatomasiewicz

Całkiem niezła

Urocza historia do herbatki i kocyka.Przyjemne czytadelko do zapomnienia po trzech dniach.
00
dorciaczek1407

Dobrze spędzony czas

Fajna lekka i przyjemna książka.
00
monikaanna014

Nie oderwiesz się od lektury

Lekka i przyjemna 😊
00
KiraneG

Dobrze spędzony czas

Czyta się płynnie i bez zgrzytów, Julka i Karol wzbudzają sympatię od pierwszych stron, kwestia pani burmistrz i trójkąta miłosnego wzbudziła znacznie mniej mojego zachwytu (choć Adam jako postać wcale nie jest źle wykreowany, a i fabuła mimo wszystko spójna mimo pewnego poplątania). Momentami troszkę naciągane, ale w gruncie rzeczy całkiem sympatyczna obyczajówka. Choć nie wywarła wrażenia na tyle, bym pamiętała po miesiącu dokładny przebieg akcji czy poszczególne dialogi. Ot, miłe czytadełko dla relaksu i zapomnienia.

Popularność




Wydawca: NATALIA GOWIN
Redakcja: KATARZYNA WOJTAS
Korekta: KRYSTYNA PODLESKA, KATARZYNA WOJTAS
Projekt okładki i stron tytułowych: MACIEJ SZYMANOWICZ
Zdjęcie na okładce © CoffeeAndMilk/E+/Getty Images
Skład i łamanie: JS Studio
Copyright © by Krystyna Mirek 2021 Copyright © by Wydawnictwo Luna, imprint Wydawnictwa Marginesy 2021
Warszawa 2021 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66863-49-1
Wydawnictwo Luna Imprint Wydawnictwa Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11a 01-527 Warszawawww.wydawnictwoluna.plfacebook.com/wydawnictwolunainstagram.com/wydawnictwoluna
Konwersja:eLitera s.c.

Rozdział 1

Śnieg – powiedział Karol Łabędzki, patrząc, jak do przedniej szyby samochodu przyklejają się białe płatki.

– No to teraz będzie jazda! – odpowiedziała mu szybko Julka. – Miasto znowu oszaleje.

– Dlaczego? – zdziwił się. – W grudniu to dość normalna rzecz. Choć przyznaję, ostatnio nieco rzadka.

– Nie znasz Jaworzynki – westchnęła dziewczyna. – To wyjątkowo nudne miasto. Nic się tutaj właściwie nie dzieje. No, chyba że idą święta. Wtedy bijemy wszelkie rekordy. A śnieg tradycyjnie rozpoczyna bitwę. Bez względu na to, czy się pojawia, czy nie. Kiedy się pojawia, to jednak trochę bardziej.

Karol tak się zaciekawił, że nawet na chwilę przestał się stresować. Zdołał rozprostować zaciśnięte dłonie, a stężała ze strachu szczęka nieco mu się odblokowała.

– O czym ty mówisz? – zapytał.

– Co roku mamy tutaj wielką wojnę świąteczną – odpowiedziała i uśmiechnęła się do niego. Tak się zapatrzył, że mało brakowało, a nie zdążyłby skręcić.

Julka miała takie miękkie malinowe usta. Delikatne policzki i kręcone włosy, które mocno podkreślały jej dziewczęcy urok. Mógłby się w nią wpatrywać godzinami. Miał jednak świadomość, że wewnętrznie jest bardzo dojrzała jak na swój wiek.

Westchnął ciężko i starał się skupić na drodze. Wiedział, że dla wszystkich i tak najbardziej będzie się liczył fakt, że Julka jest dopiero maturzystką. Niepełnoletnią na dodatek.

– Wojna? – wrócił do poprzedniego tematu. Jego dłonie znów zacisnęły się na kierownicy. Stres ponownie zaatakował. – Słyszałem o różnych świątecznych obyczajach, ale nie o takim – powiedział.

Zerknął na nią.

– To teraz usłyszysz o jeszcze jednym – odparła i znów się uśmiechnęła.

Zrobiło mu się tak ciepło na sercu. Niczego bardziej nie chciał, jak tylko być z nią. Jednak to nie takie proste. Zdawał sobie z tego sprawę.

– Nasza pani burmistrz nie znosi świąt – mówiła dalej Julka. – Nienawidzi wręcz. Nigdy nie pozwala, by z kasy miasta wydano choć jedną złotówkę na jakiekolwiek światełko, ozdobę czy uroczystość. Ale oczywiście Jaworzynka jest tak udekorowana, że niech się Nowy Jork schowa.

– Jak to? – zapytał. – Przecież mówiłaś, że nikt nie da na to ani grosza.

– Owszem. – Kiwnęła głową. – Mamy za to bardzo kreatywnego dyrektora szkoły. Charyzmatycznego przystojniaka, który uwielbia święta. Dekoracje, przedstawienia, uroczystości, jedzenie, co tylko chcieć. Każde z nich ciągnie w swoją stronę. Mają zwolenników, których werbują przez cały rok. A pod koniec grudnia dochodzi do ostatecznej konfrontacji. Nie możesz pozostać neutralny. Prędzej czy później będziesz się musiał wypowiedzieć i mieć pięćdziesiąt procent ludzi przeciwko sobie, bez względu na to, co wybierzesz.

– Ja cię pierdzielę. – Karol pokręcił głową. – Jak przy kampanii prezydenckiej. Nie wiedziałem, że mieszkasz w takim skomplikowanym miejscu.

Julka westchnęła na samą myśl o mieście, w którym się wychowała. Przez kilka minut rozmowy zapomniała, dokąd jadą. Ale teraz wszystko wróciło i stres znów zasznurował jej gardło.

Pomyślała o rodzinnym domu.

Tak. Karol zupełnie nie zdawał sobie sprawy, dokąd jedzie i z każdym pokonanym kilometrem coraz bardziej żałowała, że w ogóle go zaprosiła. To była misja z góry skazana na porażkę. Jaki diabeł ją podkusił tego feralnego wieczoru, kiedy – siedząc w pokoju, w którym paliła się tylko jedna świeca, grała nastrojowa muzyka, a ukochany człowiek obejmował ją tak czule – pomyślała, że mogłaby go przedstawić rodzicom? Co więcej, powiedzieć im prawdę?!

Teraz był zwykły zimowy poranek. Jasny i konkretny. Mróz rysował na gałęziach białe wzorki. Samochód sunął powoli słabo odśnieżoną drogą prowadzącą do niewielkiego miasteczka.

To też był jeden z argumentów pani burmistrz. Szkoda kasy na światełka, kiedy trzeba naprawiać drogi i dbać, by były przejezdne. Faktycznie na terenie gminy wszystko funkcjonowało wzorcowo. Ale oni mieli jeszcze kilka kilometrów do jej granic. Julka coraz bardziej się stresowała.

Śnieg sypał nadal, a ona siedziała w samochodzie z mężczyzną. Miłością jej życia. Kiedyś sądziła, że coś takiego trudno rozpoznać. Czytała nawet kilka poradników o życiu, gdzie tłumaczono, skąd wiedzieć, czy to ten jedyny. Wyglądało to na dość zawikłaną procedurę. Ale kiedy poznała Karola, wszystko stało się łatwe. Wiedziała, że to miłość od pierwszej chwili. Mimo młodego wieku miała też świadomość, że spotkać kogoś, z kim tak dobrze się rozumie, jest czymś niezwykle rzadkim i bardzo cennym.

Była jednak niepełnoletnia, a sprawy mocno się skomplikowały.

***

– Śnieg! – zawołał Adam Roztocki, dyrektor szkoły podstawowej w Jaworzynce. – Dzwońcie na alarm! Niech dzieciaki biegną na podwórko.

– Całkiem oszalał – mruczała pod nosem sekretarka, podnosząc wzrok znad laptopa i kręcąc głową z dezaprobatą. Gdyby dyrektor nie był takim fajnym szefem, z pewnością dawno już uwierzyłaby, że brak mu piątej klepki. Ale Adama Roztockiego bardzo trudno byłoby nie lubić. Teraz też uśmiechnęła się mimo woli, kiedy patrzyła, jak wkłada swoją niebieską czapkę z wielkim pomponem. Okręca wokół szyi szalik, który podarowali mu w zeszłym roku ósmoklasiści. A potem biegnie.

Sekretarka oczywiście nie włączyła żadnego alarmu, ale większość nauczycieli znała tutejsze zwyczaje. Dzieci już się ubierały, by zaraz potem w niewiarygodnym chaosie, łamiącym z całą pewnością przynajmniej kilka przepisów naraz, wybiec na wielkie boisko. Biegać, skakać, śmiać się, łapać płatki śniegu do rąk albo na język. Atmosfera udzieliła się nawet najstarszym klasom.

Dyrektor stał pośrodku tej rozbrykanej gromady. Zamknął oczy i pozwalał, by śnieg spadał mu na policzki i powieki. Uśmiechał się, jakby nawet od dzieciaków z pierwszych klas nie dzieliło go wiele lat. A już na pewno podchodził do tej zabawy z dokładnie taką samą radością.

– Za mało na śnieżki! – zawołał po chwili. – Ale nie martwcie się. Na pewno jutro będzie więcej. Białe święta to coś niezwykle pięknego. Zobaczycie, będzie super.

Dzieci uwierzyły. Cieszyły się wszystkie. Nawet te, które w święta nie przeżywały niczego ciekawego, domowa atmosfera była trudna i właściwie nie miały na co czekać. Ale kiedy pan Adam mówił, że będzie super, to musiało tak być. On zawsze wiedział najlepiej.

Po chwili pan Roztocki przypomniał sobie, że jednak jest dyrektorem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo uczniów i po kolei wyłapywał nauczycieli, by zbierali swoje klasy. Liczyli dzieciaki i pojedynczo odprowadzali do sal. Roześmiane, zaróżowione od mrozu dzieci biegły na lekcje szczęśliwe.

– Czas mija – powiedziała surowo Olga, matematyczka, która od lat skutecznie udawała, że nie lubi dyrektora Roztockiego. Była w tym tak dobra, że nawet on sam jej uwierzył.

– To tylko dziesięć minut – uśmiechnął się. – Niewielka strata dla naszego nudnego przeładowanego programu nauczania, a za to jaka radość. Dla dzieci to jest bezcenne. Tego się nie da na nic przełożyć.

– Ale żyć tak też nie sposób. Muszą wiedzieć, co to obowiązek – odparła nauczycielka, po czym westchnęła.

Życzyła temu wesołkowi jak najlepiej. Na liście ludzi zasługujących na szczęście był jej zdaniem na pierwszym miejscu. Ale szczęście jakby o tym nie wiedziało. Nie czytało takich zestawień. Łaziło, gdzie popadnie, omijając starannie niewielki dom na obrzeżach miasta utopiony w sosnowym zagajniku, gdzie mieszkał Adam Roztocki.

Patrzyła za nim, jak wchodzi ostatni do szkoły. Tupie nogami na wycieraczce, żeby nie nanieść wody, choć cała posadzka była już mokra i zadeptana dziesiątkami dziecięcych bucików. Pociera zziębnięte dłonie, po czym idzie do swojego gabinetu.

– Anielko, trzeba zacząć produkcję dekoracji – powiedział do swojej sekretarki, która wymownie przewróciła oczami.

– To nie jest nasze zadanie, znów się rodzice będą denerwować – zareagowała natychmiast.

– To jest absolutnie nasze zadanie. Jesteśmy nauczycielami. Sprawiamy, że świat staje się lepszy.

Anielka chciała zaprotestować. Miała mnóstwo argumentów na poparcie tezy, że przedstawiciele tego zawodu czymś takim się nie zajmują. Wręcz przeciwnie: często czynią świat gorszym. Ale przecież nie on. Nie jej szef i nie większość grona pedagogicznego, które zdołał w tej szkole zgromadzić. Podobnych do siebie. Pasjonatów, idealistów, ludzi kochających dzieci.

Wiedziała, że w tym roku jak zawsze stanie po jego stronie. Znów będzie siedzieć wieczorami i lepić z papieru białe anioły. Całymi godzinami.

***

– Znowu śnieg. – Jowita Górska stanęła przy oknie na parterze i spojrzała na chodnik powoli pokrywający się białym puchem. – Dopilnuj, żeby wszystko było odgarnięte na czas. W naszym mieście zima nie zaskakuje drogowców – dodała jeszcze. – To ewenement na skalę światową.

– Prawda – odparła Asia, jej sekretarka. Szybko wykonała kilka telefonów. Właściwie bez potrzeby, bo dobrze dofinansowane firmy zajmujące się odśnieżaniem miasta były już od dwóch dni w gotowości. Śledzili na bieżąco prognozy pogody.

– Mam nadzieję, że Adamowi się znudziło i przestanie się w tym roku wygłupiać. – Jowita zaplotła szczupłe palce ozdobione bardzo długimi paznokciami. – Chce być traktowany jak dorosły, a zachowuje się jak dziecko. To się kompletnie nie klei!

Asia nic nie odpowiedziała. Nigdy specjalnie nie przepadała za swoją szefową. Przede wszystkim jej nie rozumiała. Ilość spraw, których pani burmistrz nie lubiła, była bardziej obfita niż płatki śniegu pokrywające szczelnie jej wymuskanego srebrnego mercedesa.

***

– Śnieg! – zawołał Kubuś. Wyskoczył z łóżka i dotykając bosymi stopami chłodnego parkietu, podbiegł do okna. – Mamo! Mamo! Zobacz, śnieg! Prawdziwy!

Lidka Milewska wybiegła z kuchni, po czym porwała synka na ręce.

– Proszę cię! – powiedziała. – Jesteś chory. Wracaj pod kołdrę.

– Tam jest gorąco i okropnie nudno – bronił się chłopiec. – Chcę oglądać śnieg!

– Dobrze – ustąpiła. Posadziła go w fotelu, a potem okryła starannie kocem. – Zaraz ci przyniosę herbatki lipowej z sokiem malinowym – powiedziała. – Ogrzejesz się i poczujesz lepiej.

– Wolałbym już wracać do szkoły – marudził chłopiec, a ona od razu pomyślała o dyrektorze. Nie każdemu się udaje w państwowej placówce stworzyć takie warunki, że dzieci marzą, by jak najdłużej siedzieć na lekcjach. Kuba uwielbiał swoją wychowawczynię. No i przede wszystkim pana Adama.

– Mamy olimpiadę piłkarzykową na przerwach – narzekał. – Stracę wszystkie swoje punkty.

– Nie martw się. – Pogłaskała go po głowie. – Pan dyrektor na pewno weźmie pod uwagę, że byłeś przeziębiony.

– Gdybym miał w domu piłkarzyki, mógłbym ćwiczyć. – Spojrzał na nią.

– Tak, wiem... – powiedziała cicho i nic już więcej nie dodała. Ale Kuba i tak zdawał sobie sprawę, że nie mają pieniędzy na żadne dodatkowe wydatki.

Wróciła do kuchni, by przyszykować herbatę dla syna. Nalewała właśnie wrzątku do kubka, gdy ręka gwałtownie jej drgnęła. Gdzieś pod blokiem właśnie przejechał motocykl z głośnym rykiem silnika. Nie było oczywiście żadnej pewności, że to Mariusz, ale skojarzenie nasunęło się samo.

Łzy przykrości napłynęły jej do oczu.

Nie było dnia, żeby nie żałowała, że powiedziała dziecku prawdę. Mogła użyć tylu fantastycznych historii. Za każdym razem, kiedy widziała swojego byłego faceta, przychodziła jej na myśl kolejna: „twój tatuś wyjechał za granicę”, „twój tatuś jest górnikiem, schodzi na dół do kopalni na całe miesiące i niestety nie może wychodzić”, „twój tatuś jest lekarzem, który wyjechał na misję do Afryki, by leczyć biedne dzieci”, „jest astronautą w wielomiesięcznej podróży”, „pracuje na platformie wiertniczej i najbliższy urlop będzie miał za sześć lat”, „umarł”, „stracił pamięć”, „wyjechał ratować białe nosorożce”.

Cokolwiek.

Jakikolwiek wymyśliłaby absurd, i tak byłby stokroć lepszy niż fakty. Dała się namówić szkolnej pani pedagog, twierdzącej stanowczo, że dziecko powinno znać prawdę. A guzik! Na nic mu to nie było potrzebne. Tylko cierpiał. Wszystko lepsze: ojciec martwy, wędrujący po zimnej Antarktydzie w poszukiwaniu niebieskiego pingwina. Cokolwiek. Byle tylko nie ojciec obojętny.

Taki, który przemyka na swoim czarnym harleyu przez środek rynku i nawet się nie odwraca, kiedy Kuba idzie do szkoły. Nie pamięta o urodzinach, nie odwiedza. A co najgorsze – składa obietnice, których potem nie dotrzymuje.

Mieszkali w małym miasteczku. Dziecko ciągle go widziało. Nie można go było nawet pocieszać fantastycznymi historiami, że gdyby tata mógł, to z pewnością by przyjechał. Każdy wiedział, że Mariusz wszystko może, tylko zwyczajnie nie chce.

Studziła herbatę, przelewając ją z jednego kubka do drugiego i od razu pomyślała o dyrektorze Adamie. Chyba prawem kontrastu.

Uśmiechnęła się do padającego za oknem śniegu. Musiała natychmiast iść do szkoły. Wiedziała, co oznaczają pierwsze białe płatki. Początek wspaniałych świątecznych przygotowań, ale też zimnej wojny. Uczestniczyła w niej od paru lat, całym sercem stojąc po stronie Adama Roztockiego.

Ci dwoje: dyrektor szkoły i pani burmistrz byli ze sobą spleceni jak dwie nitki solidnego sznurka. W sposób nierozerwalny. Choćby walczyli ze sobą na każdym polu, to i tak w jakiś sposób zawsze byli razem.

Ona sama.

Nie pozwoliła, by smutne myśli rozpanoszyły się za mocno.

Miała przynajmniej swoje miasto i ludzi, których bardzo lubiła. A także szkołę z niesamowitym dyrektorem, który żadnemu rodzicowi nie dawał szans na zbyt wiele wolnego czasu. Jego pomysły wystarczały dla wszystkich i pewnie bez trudu można byłoby nimi obdzielić także mieszkańców sąsiadujących miasteczek. Ludzie różnie na to patrzyli. Ona angażowała się chętnie.

– Zadzwonię do dziadka – powiedziała, podchodząc do synka i podając mu herbatę. – Pij spokojnie, ja wyjdę na chwilę do twojej szkoły. Na pewno pan Adaś będzie chciał przygotować świąteczne dekoracje.

– Ja też chcę! – zawołał Kubuś. – Będę malował bombki.

– Będziesz – obiecała i pogłaskała go po głowie. Śliczny, mądry chłopczyk. – Jak tylko wyzdrowiejesz.

Wysłała wiadomość do swojego taty, a on odpisał, że będzie za dziesięć minut. Jak zawsze niezawodny. Dający nadzieję, że są jeszcze sensowni mężczyźni na tym świecie.

Rozdział 2

Minęli już znak nakazujący skręcić w prawo. Droga była śliska. Tu jeszcze nie sięgała władza pani burmistrz Jaworzynki.

Karol docisnął gazu nieco zbyt mocno, a potem równie gwałtownie przyhamował. Sam już bowiem nie wiedział, czy chce się znaleźć u rodziców Julki jak najszybciej, czy też właśnie wręcz przeciwnie – przeciągać podróż w nieskończoność.

Samochód nie zareagował zbyt dobrze na te kłopoty decyzyjne. Popadł w niewielki poślizg, który Karol opanował dość szybko. Kiedy już się ucieszył, że auto znów jedzie spokojnie, nagle silnik wydał jakiś dziwny dźwięk, a potem zgasł. Zapaliła się za to czerwona kontrolka, a chłopak przymknął oczy.

– Ty stary gruchocie! – wyszeptał. – Gorszego momentu nie mogłeś znaleźć?!

Julka położyła rękę na jego dłoni.

– Uwierz mi, to nie jest najgorsze.

Domyślił się, co chce mu w ten sposób przekazać. Ich wspólna tajemnica generowała wiele niebezpiecznych sytuacji. I rzeczywiście auto mogło się zepsuć w znacznie mniej sprzyjającym momencie. Ale ta świadomość mu nie pomogła.

Patrzył na pustą drogę, szare pola wokół i monotonnie padające płatki śniegu.

Miał ochotę walić głową w kierownicę z poczucia bezsilności. Nie mógł tego oczywiście zrobić. Obok znajdowała się ukochana kobieta. Dziewczyna, której ponad wszystko chciał zaimponować. Chronić.

– Jak daleko stąd do twojego domu? – zapytał.

– Jeszcze jakieś pół godziny – odparła. Wyglądała na przestraszoną. W samochodzie szybko zaczęło się robić chłodno.

– Wzywamy taksówkę albo może ubera? – zapytał.

– Pewnie trzeba będzie długo czekać, aż ktoś przyjedzie. – Pokręciła głową. – A jest zimno. To nie Kraków, wszystkiego tu jest mniej. Myślę, że po prostu zadzwonię po rodziców.

Nie wyczuł wahania w jej głosie. Propozycja z jego punktu widzenia była dość normalna. Też by tak zrobił. Nawet uśmiechnął się pod nosem na myśl o tym, jak bardzo tata by się ucieszył, mogąc poznać jego dziewczynę. Przyjechałby rozklekotanym fordem. Wąsaty, rubaszny, uśmiechnięty. Z miejsca zacząłby żartować. Zapakowaliby się do jego ciepłego auta, pachnącego zawsze cynamonem. A on częstowałby ich drożdżówkami, które często ze sobą woził.

Karol spojrzał na Julkę. Rozmawiała z mamą. I raczej nie zanosiło się na jakieś miłe przeżycia. W tym przypadku zwykłe podwiezienie wyglądało na skomplikowaną sprawę.

– W jakim samochodzie?! – denerwowała się pani Jarmuż tak głośno, że i on doskonale słyszał jej głos. – Przecież miałaś przyjechać pociągiem! Tata od rana czeka na twój telefon, żeby cię odebrać ze stacji.

– Wiem, mamo. Chciałam wam zrobić niespodziankę. Jadę z moim... – tu Julka się zawahała, a Karol poczuł, jak zimny strach przenika go od stóp do głowy – znajomym – zakończyła tchórzliwie. A on już wiedział, że to, co uważał za najcenniejsze w swoim życiu, będzie również czymś niezwykle łatwym do utracenia.

Bo jego dziewczyna wyraźnie się bała i z każdą minutą rozmowy widać było, jak wielki wpływ mają na nią rodzice.

– Po prostu obiecał, że mnie podwiezie – tłumaczyła się gęsto. – Ale samochód nam się zepsuł. Jesteśmy tuż za skrętem na Jaworzynkę. Czy tata mógłby po nas przyjechać?

Proste udzielenie odpowiedzi „tak” albo „nie” najwidoczniej przerastało panią Jarmuż.

– Jak to auto się zepsuło?! – pytała nerwowo. – To musi być jakiś strasznie nieodpowiedzialny człowiek! Żeby zabierać kogoś do niesprawnego samochodu?! Tak się kończy, kiedy ktoś zmienia zdanie. Nie konsultuje się z rodzicami. Mogłaś przecież do mnie zadzwonić! Powiedziałabym ci od razu, że to zły pomysł.

– Wiem, mamo. Przepraszam, mamo.

To były słowa, którymi Julka komentowała poszczególne wypowiedzi rodzicielki i chyba wypływały z niej automatycznie. Widać używała ich wcześniej. Zapewne bardzo intensywnie.

– Szukam taksówki – zareagował szybko Karol. Nie mógł już tego słuchać.

– Nie trzeba już, mamo. – Julce udało się wbić w monolog pani Jarmuż. – Nie musicie przyjeżdżać. Wezwiemy taksówkę.

– Ani mi się waż! – Jej matka zdenerwowała się jeszcze mocniej, a głos wypełnił całe wnętrze coraz chłodniejszego samochodu. – Ojciec natychmiast tam przyjedzie. Bóg wie, ile byście czekali na jakiegoś przypadkowego taksówkarza. Kto wie, może oszusta i naciągacza. Czekaj i nigdzie się nie ruszaj z miejsca! – Rozłączyła się.

Julka opuściła telefon na kolana, razem z nim także głowę i wzrok.

– Przepraszam – powiedziała cicho. – Spanikowałam. Powinnam ci była wcześniej powiedzieć, że moi rodzice są nieco trudnymi ludźmi i nie jestem pewna, czy będziemy mogli na nich liczyć.

– To widzę – odparł spokojnie. Pogłaskał ją po ramieniu. Chciał jej dodać trochę otuchy. – Myślę, że nie ma też takiej potrzeby. Damy sobie radę sami.

– Wiesz, że jest taka potrzeba.

Miała rację. Niestety.

– W takim razie spróbujmy – westchnął. – Nie chcę robić niczego wbrew tobie. Dajmy im szansę. W końcu idą święta. To każdego nieco zmiękcza.

Kiwnęła głową, żeby go zupełnie nie pozbawiać nadziei, ale wiedziała, że jego teoria nie ma podstaw. Rodzice zawsze zachowywali się tak samo. Bożego Narodzenia nie lubili. Stanowili jeden z filarów obozu pani burmistrz.

Zaczęła już marznąć, więc Karol szybko wyskoczył z auta. Otworzył drzwiczki z drugiej strony, po czym usiadł obok Julki i mocno ją przytulił. A potem wziął dziewczynę na kolana.

Ledwo się mieścili na ciasnym fotelu pasażera, ale razem faktycznie było im o wiele milej. I oczywiście cieplej. Julka położyła głowę na jego ramieniu, wtulając czoło pod jego szczękę. To było jej ulubione miejsce. Bardzo dobrze tam pasowała. Jakby oboje zostali wyrzeźbieni przez tego samego rzemieślnika i stanowili dwa elementy jednej całości.

Chciała tylko, żeby to mogło nadal trwać. By nie było żadnego świata oprócz nich. Rodziców, szkoły, matury, braku pełnoletności, komplikacji. Żeby sobie po prostu mogli żyć razem. Nikt się nie interesował, nie czepiał ani nie zajmował tym, co się z nimi dzieje.

Dziesięć minut później życie zafundowało jej dokładne przeciwieństwo tych marzeń. Zobaczyła szeroki samochód ojca. Niestety mama przyjechała razem z nim. Wyraźnie nie wytrzymała i postanowiła sprawdzić w trybie natychmiastowym, z kim jej ukochana córeczka utknęła na drodze.

Ciemne volvo zaparkowało obok niewielkiego mocno zużytego matiza.

Ojciec Julki ledwo tylko wysiadł, spojrzał na to auto z taką pogardą, jakby uważał, że ludzie, którzy jeżdżą tego typu modelami, powinni być natychmiast deportowani do jakiejś innej krainy, przeznaczonej specjalnie dla nieudaczników. Żeby nie zabierali tlenu tym bardziej obrotnym. Nie ranili ich poczucia smaku.

– Dziecko drogie! – Mama wyskoczyła z drugiej strony, z równie wielką dezaprobatą reagując na fakt, że jej córka siedzi jakiemuś okropnemu człowiekowi na kolanach. – Chodź tutaj. – Natychmiast pociągnęła ją za rękę i Julka posłusznie wstała.

Karol wysiadł razem z nią. Starał się zachować spokój, opanowanie i pewność siebie. Ale było to bardzo trudne w zderzeniu z podwójnym czołgiem, jakim byli państwo Jarmużowie, stojący zgodnie ramię w ramię w obronie swojego potomstwa.

– Ona jest cała przemarznięta! – krzyknęła mama Julki i objęła ją ramieniem, po czym zaprowadziła do samochodu, nie oglądając się nawet w stronę jej towarzysza.

– Tato, to jest Karol – zdążyła jeszcze zawołać dziewczyna, zanim matka stanowczo pociągnęła ją do wnętrza ciepłego auta.

– Dzień dobry. – Pan Jarmuż skinął głową, ale nie podał ręki młodemu mężczyźnie.

Karol odruchowo podniósł swoją, nieco za wcześnie, i z przykrością przez kilka sekund doświadczył upokarzającego momentu, gdy zawisła w powietrzu bez odzewu.

– Czy ma pan wykupione ubezpieczenie? – zapytał ojciec Julki głosem przyzwyczajonym do wydawania poleceń. – Assistance? Jakieś auto zastępcze w pakiecie?

– Nie. – Karol pokręcił głową. – Tylko zwykłe OC.

Nigdy dotąd nie czuł się gorszy z tego powodu, że sam zarabiał na siebie. Był studentem. Weekendami i wieczorami pracował, ale to wystarczało tylko na podstawowe potrzeby. Czuł się dumny, że uzbierał na swoje własne auto. Najwyraźniej jednak ten człowiek naprzeciw niego oceniał ludzi wyłącznie po liczbie zer na koncie. Nowy przyjaciel córki zupełnie mu nie imponował.

– Dobrze – powiedział. – W takim razie zadzwonię do znajomego, odholuje ten samochód. Myślę, że też naprawi w ekspresowym tempie. Pieniądze mogą wszystko załatwić – dodał wyniośle, dzieląc się zapewne najważniejszą maksymą swojego życia z nowo poznanym człowiekiem. – Niech pan wsiada – dodał, pokazując swoje auto. – To volvo – zaznaczył z dumą. – Najważniejsze bowiem jest bezpieczeństwo moje i rodziny. Taką mam zasadę. Potrafię ją w razie czego obronić.

To ostatnie zdanie wypowiedział takim tonem, jakby była to groźba i Karol doskonale ją zrozumiał.

– Nówka – dorzucił jeszcze pan Jarmuż, kiedy chłopak siadał, czując pod dłonią miękką skórę obicia, a potem niezwykle wygodne siedzenia. – Czekałem na ten model jedenaście miesięcy – pochwalił się. – Ma fenomenalny tempomat aktywny.

– Nie tłumacz panu. – Jego żona machnęła dłonią. – Zapewne nie jest zainteresowany i może nawet nie wie, co to takiego.

To było kolejne uderzenie. Karol czuł wyraźnie, że wolałby dostać w twarz, przewrócić się w śnieg, nawet ocierać krew płynącą z nosa, zamiast słuchać tych okropnych słów. Nigdy wcześniej nie spotkał się z tak jawną pogardą. I to tylko z powodu kasy. Na studiach miał różnych kolegów. Bogatszych, biedniejszych. Lubili się. Pieniądze nie decydowały o przyjaźniach.

– Wiem, co to aktywny tempomat – powiedział spokojnie, a potem dyskretnie uścisnął Julce rękę. Czuł jej zimne palce. Próbował się do niej uśmiechnąć, ale nawet nie patrzyła w jego stronę. A przecież jeszcze dziś rano była z nim tak bardzo blisko.

Już wiedział, dlaczego zakochała się w nim tak łatwo i szybko. Była uroczą dziewczyną, która potrafiła swoim uśmiechem sprawić, że chciało się ciągle być obok niej. Wydawało mu się, że ma wszystko. Jest inteligentna, dobra, ładna.

Teraz jednak widział tylko przerażoną dziewczynkę, która bała się swobodnie oddychać, a co dopiero cokolwiek powiedzieć. Wiedział, że nie powinna się denerwować, ale kompletnie nie miał pojęcia, co zrobić, żeby jej pomóc. Gdyby była pełnoletnia, po prostu kazałby zatrzymać to cholerne auto i zamówił ubera. Bez względu na to, jak długo przyszłoby mu na niego czekać. Wolałby nieść Julkę na rękach do samego miasteczka, niż siedzieć tutaj.

Miękka skóra paliła go w siedzenie. Atmosfera w aucie stawała się coraz bardziej duszna. Miał wrażenie, że za chwilę dostanie choroby lokomocyjnej, choć od czasów dzieciństwa nigdy mu się to nie zdarzało.

Dopiero by mieli powód do gadania – pomyślał. – Gdybym tutaj puścił na tę przepiękną tapicerkę uczciwego studenckiego pawia.

– Dokąd pana podwieźć? – zapytał pan Jarmuż.

Karol spojrzał niepewnie na Julkę. Nie odezwała się, ale szybko domyślił się odpowiedzi. Dziewczyna całkowicie się poddała. Wycofała ze wszystkich planów.

– Proszę mnie wysadzić w rynku – zdecydował i usłyszał westchnienie ulgi z jej strony. Jednak dobrze ją zrozumiał. Gotów był dla niej na wszystko. Miał nadzieję, że każde, nawet najbardziej zapyziałe miasteczko ma jakiś rynek. – Stamtąd już trafię – dodał wymijająco, a rodzicom dziewczyny w zupełności to wystarczyło. Kompletnie ich nie interesowało, dokąd ten mężczyzna się uda. Byle tylko zniknął z życia ich córki.

– Siedziała mu na kolanach – wyszeptała pani Jarmuż, kiedy Julka wyszła na chwilę, żeby się z nim pożegnać. – I trzymał ją za rękę – dodała z jeszcze większą zgrozą.

– Nie martw się, kochanie – odparł jej mąż. – To po prostu młodzieńcze zauroczenie, zwykła rzecz. Kilka weekendów mieszkała poza domem. Wiesz, jak to jest. Nowi ludzie, tęsknota. Dała się zauroczyć jakiemuś palantowi. Wkrótce jej minie. Wróci do domu, zaczniemy jakieś świąteczne przygotowania. Przypomni sobie, co jest w życiu najważniejsze.

– On jest strasznie stary, to dorosły facet. – Pani Jarmuż nie mogła oderwać oczu od córki stojącej stanowczo za blisko tego człowieka. – Widziałeś, jak on na nią patrzy? Na nasze dziecko?!

– Tak. – Pan Jarmuż czuł, jak podnosi mu się ciśnienie. Oczywiście, że to zobaczył. Od pierwszej sekundy nie mógł myśleć o niczym innym. W głowie mu się nie mieściło, że ktoś mógł traktować jego maleńką dziewczynkę jak kobietę. – Rozgonimy to! – obiecał. – Nie ma nawet mowy, żeby było inaczej.

***

– Przepraszam cię, kochany – mówiła szybko Julka. – Jestem takim okropnym tchórzem. Masz prawo być na mnie zły.

– Nie jestem – powiedział i chciał ją przytulić, ale odsunęła się.

– Oni nie mogą tego widzieć – powiedziała. – Bo zrobi się naprawdę groźnie. Muszę być bardzo ostrożna. Kurs się skończył, to była ostatnia część. Wróciłam do domu. Czuję, że nie pozwolą nam się spotykać.

– Nie jesteś małym dzieckiem – zaczynał się coraz mocniej denerwować.

– Ale do urodzin zostało jeszcze kilka tygodni i wiesz, że sprawa jest poważna – zaprotestowała i odsunęła się jeszcze dalej.

Kiwnął głową, choć kosztowało go to wiele. Gdyby nie znaleźli się w takiej pułapce, zareagowałby zupełnie inaczej.

Julka wyraźnie zbierała się na odwagę. Trzęsła się z zimna i emocji.

– Kocham cię ponad wszystko na świecie – powiedziała wreszcie, po czym odwróciła się i pobiegła do samochodu rodziców.

Karol został sam. Wściekły jak jeszcze nigdy w życiu.

Miał ochotę krzyczeć. Gnać za odjeżdżającym autem. Zatrzymać go i wyciągnąć dziewczynę siłą. Nie mógł jednak tego zrobić. Tajemnica wiązała mu ręce.

Rozdział 3

Jowita Górska wyszła z pracy wcześniej. Nikt nawet specjalnie nie pytał o powód. Powszechnie było wiadomo, że boi się śniegu. Mieszkała na górce. Jej dom był ostatni przy stromej drodze. Latem rozciągał się stamtąd wspaniały widok, ale zimą ciężko było wyjechać. Oczywiście firmy dbające o odśnieżanie miasta w pierwszej kolejności starannie czyściły dojazd do domu pani burmistrz, ale ona i tak się stresowała.

Nie była zbyt dobrym kierowcą i nie przepadała za prowadzeniem samochodu. Jeździła tylko dobrze znanymi trasami. Najchętniej przy sprzyjającej pogodzie. A na dzisiejsze popołudnie zapowiadano śnieżną burzę.

Był to pewien ewenement, który wywołał powszechny popłoch w miasteczku. Ostatnie zimy nieco rozpuściły mieszkańców. Ludzie zapomnieli już, co to zamiecie, śnieżyce czy mocne opady i tęgie mrozy.

Jowita ostrożnie wjechała pod górę. Było ślisko, mimo że dopiero co przejechał tędy pług. Ale śnieg cały czas leciał z nieba i natychmiast przymarzał do wilgotnej powierzchni drogi. Odetchnęła z ulgą, kiedy znalazła się bezpiecznie w garażu. Trzasnęła drzwiczkami auta, po czym weszła do domu. Zdjęła buty na szpilkach i starannie ułożyła je na półce. Schowała płaszcz i dość ciasną marynarkę. Potem rozsunęła spódnicę i w samych rajstopach przeszła do sypialni.

Czuła się w domu zupełnie swobodnie. Mieszkała sama. Wyciągnęła z garderoby ciepły, jasnobeżowy dres i miękkie skarpety. Rozpuściła zwinięte w kok włosy i związała je z tyłu głowy zwyczajnie w lekki kucyk. Zmyła służbowy makijaż, pod którym ukrywała nie tylko oznaki upływającego czasu, lecz także wszystkie swoje emocje. Żadnych bladych policzków, rumieńców. Zawsze taka sama. Porcelanowa cera, podkreślone konturem kształtne usta i równo zarysowane brwi.

Teraz wklepała krem i zeszła z powrotem do salonu. W tych miękkich ciuchach i zupełnie innej niż zwykle fryzurze pewnie niejeden by jej nie rozpoznał. Ale nie było ludzi, którzy widywaliby ją w takim domowym wydaniu. Nikogo tu nie zapraszała, nie miała przyjaciół, a z siostrą od lat nie utrzymywała kontaktów. Jeśli trzeba było się gdzieś spotkać na rodzinnej imprezie, wkładała swoją zbroję złożoną ze szpilek, dopasowanych sukienek i mocno zaczesanych koków.

Istniał tylko jeden człowiek, który miewał szansę zobaczyć ją w dresie. Dwa razy do roku potrafił wtargnąć do jej zamkniętego królestwa. Adam Roztocki, powszechnie zwany Adasiem. W tym roku dwudziestego czwartego grudnia pewnie znów stanie na wycieraczce i tupiąc energicznie nogami, będzie się dobijał do drzwi. A ona go wpuści jak zawsze. Naprawdę bardzo nie lubiła świąt i miała ku temu ważne powody. On je znał. I choć oficjalnie toczyli wojnę, wiedziała, że Adam rozumie jej zachowanie.

Przez całe swoje dorosłe życie nie ulepiła ani jednego uszka, nie ugotowała barszczu i nawet z daleka nie spojrzała na makowce ani serniki. Ale kiedy Adam przynosił swoje smakołyki, częstowała się chętnie.

Zerknęła za okno. Śnieg sypał coraz intensywniej. Wielkie płatki zaczynały wirować na wietrze, na razie jeszcze dość delikatnym. Jowita wiedziała, że z każdą chwilą będzie on mocniejszy. Z ulgą rozejrzała się wokół, na szczęście była już w domu. Nie znosiła śniegu.

Potrafiła sobie za to wyobrazić, co się teraz dzieje w szkole. Jak tam się cieszą, skaczą, wystawiają języki, by łapać białe płatki. A także oczywiście planują już dekoracje, imprezy, przedstawienia i cały ten zupełnie niepotrzebny świąteczny rozgardiasz.

Zaparzyła sobie herbaty, po czym stanęła przy oknie z ciepłym kubkiem w rękach.

Nadchodząca Wigilia miała być dla niej szczególna. Dobiegała właśnie czterdziestki. Ta bolesna konkluzja już od kilku miesięcy skłaniała ją do gwałtownych przemyśleń na temat swojego życia. Wiele z nich miało wspólny mianownik, jakim była postać Adama Roztockiego.

A on w idealnym wyczuciu chwili właśnie do niej dzwonił.

Uśmiechnęła się, bo nie mógł tego widzieć, a potem odebrała.

– Cześć, co robisz?! – zawołał. – Pięknie pada. Może chcesz przyjechać do szkoły i zobaczyć? Mnóstwo ludzi się tutaj zebrało!

– Wyobraź sobie, że u mnie płatki są dokładnie takie same – odparła szybko. – Nie rozumiem kompletnie, dlaczego miałabym jechać i oglądać to gdzieś indziej.

Ton jej głosu był odruchowo sarkastyczny, ale Adam jak zawsze zniósł to z ogromną cierpliwością.

– W grupie jest przyjemniej – odpowiedział szczerze. – A my mamy tutaj naprawdę wesołą gromadę.

Słyszała to. Gwar głosów. Śmiechy dorosłych i dzieci. Adam zawsze tak miał. Gdziekolwiek się pojawił, ludzie zaczynali być weseli.

– Może w tym roku do nas dołączysz? – zapytał z niegasnącą nadzieją, która przetrwała tyle lat. Podziwiała go za to.

Ją złamało pierwsze trudne życiowe wydarzenie. Bardzo mocne, to fakt, ale przecież równie trudne także dla niego. Adam Roztocki stał się potem silniejszy, a ona zupełnie osłabła.

Po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, czy jego cierpliwość jest niewyczerpana. Zawsze tak jej się wydawało. Ale im człowiek jest starszy, tym lepiej widzi, że wiele rzeczy w życiu nie jest dane na stałe. Zmieniają się. Czasem potrafią odchodzić znienacka.

– Nie przyjadę – powiedziała stanowczo.

– Szkoda – odrzekł z rozczarowaniem. Słyszała te emocje w jego głosie.

Co za człowiek? – pomyślała. – Milion razy mu się odmawia. A on ciągle pyta ze szczerą nadzieją, że może się uda. Jak dziecko.

Odłożyła słuchawkę, a potem jeszcze raz zacisnęła dłonie na kubku. Ten śnieg był jednak piękny. Robiło się coraz ciemniej i na tle światła padającego z okien płatki stawały się powoli złote. Jowita nie miała specjalnych skłonności, by zachwycać się takimi zjawiskami. Ale dziś wyraźnie działała inaczej niż zwykle.

Może trzeba dać mu szansę? – pomyślała.

Ile jeszcze lat zdoła przeżyć w takiej samotności? Długo wydawało jej się, że praca starcza za wszystko. Zwłaszcza taka praca społecznikowska, jaką ona miała. Nie do przerobienia. Ilekolwiek poświęcałaby czasu na działania dla dobra miasta, zawsze można było coś zrobić. Obojętnie, ile rozmów przeprowadzała z mieszkańcami, zawsze znajdował się ktoś, kto nie został jeszcze wysłuchany. Niekończąca się liczba projektów, pytań, zadań, przeszkód, które musieli pokonać, wystarczała, by po brzegi zapełnić dnie i noce.

Dziś jednak się zatrzymała. Może to przez ten śnieg?

Patrzyła z okna i oczyma wyobraźni widziała scenę sprzed lat. Bawiące się dzieci. Dwóch chłopców i dziewczynkę. Budowali igloo z białych kul. Miało ono dwa pomieszczenia.

W jednym mieszkał Adam, a Jowita była jego żoną. W drugim gospodarował Ignacy, ich najlepszy przyjaciel. I tam była żoną. Uznali, że sprawiedliwie będzie, jeśli Jowita na zmianę będzie grać tę rolę. Raz dla jednego, raz dla drugiego chłopca.

Prace budowlane postępowały intensywnie. Stawiali dach, umacniali stropy, wyrównywali bucikami podłogę. Tak potrafili się wciągnąć w zabawę, że nie czuli, jak marzną im stopy i uszy, czerwienieją nosy. Byli mali. Mieli może po siedem, osiem lat. Nie zdawali sobie sprawy, jak symboliczna jest ta zabawa.

Mijające lata sprawiły, że nic się właściwie nie zmieniło. Obaj chłopcy traktowali Jowitę jak najbliższą im dziewczynę. Byli nierozłączni. A kiedy stali się nastolatkami, okazało się, że to bardzo duży problem.

Otrząsnęła się z tych wspomnień. Szybko odłożyła pusty kubek do zlewu.

Czas to zakończyć! – pomyślała.

Weszła do salonu. Jak zawsze otworzyła służbowy laptop. Miała zamiar poczytać dokumentację, ale postanowienie, by dać Adamowi szansę, mocno się w niej zakotwiczyło. Kiełkowało już od dawna.

Nie kochała go. To była pewna przeszkoda. Ale lubiła zawsze, a on darzył ją niegasnącym uczuciem. To i tak dużo. Wiele osób zaczyna związki z o wiele mniejszymi zasobami.

Nagle przeszedł ją bardzo zimny dreszcz. Spojrzała odruchowo, czy drzwi nie są gdzieś uchylone. Miała wrażenie, jakby powiało lodowatym powietrzem.

Wróciły następne wspomnienia. Te gorsze. Kiedy okłamała Adama, a konsekwencje zdecydowały o jej życiu.

Teraz chciała to zrobić po raz kolejny.

Ach! – Machnęła ręką, po czym wstała i podkręciła ogrzewanie. – To jest zupełnie co innego.

Ani o jednej, ani o drugiej sprawie Adam przecież nigdy się nie dowie.

Rozdział 4

Późnym popołudniem mama Kuby wpadła do szkoły. Tak jak się spodziewała, wciąż było tu mnóstwo osób, choć większość dzieciaków zakończyła już lekcje. Robiło się powoli ciemno i zrywał się wiatr, ale dzieci ciągle biegały po szkolnym boisku oraz podwórku. Próbowały lepić bałwana, chociaż ilość śniegu jeszcze na to nie pozwalała. Ślizgały się i przewracały, ale przede wszystkim czyniły nieopisany gwar.

Przed szkołą stali zbici w grupki rodzice, drobiąc z zimna nogami, rozmawiali. A pomiędzy nimi krążył Adam Roztocki. Opatulony szczelnie w kurtkę, z tą swoją śmieszną czapką z pomponem, na której widok Lidka odruchowo się uśmiechała.

– Dzień dobry, panie dyrektorze – powiedziała, a on spojrzał na nią uważnie. Była to jedna z głównych cech tego mężczyzny. Kiedy na kogoś skierował wzrok, człowiek odnosił wrażenie, że jest najważniejszy na świecie. Nikt i nic innego się w tym momencie dla niego nie liczyło. Słuchał tylko tej jednej, jedynej osoby, która czuła się wyjątkowa.

– Jak miło panią widzieć! – rozpromienił się i wiedziała, że jest w tym zupełnie szczery.

Od razu poczuła się lepiej. Zdecydowanie.

– Melduję się gotowa do działania – powiedziała szybko. – Moje ręce, czas, pokój, nożyczki, klej, a także wszelkie inne materiały są do pana dyspozycji.

– Jest pani niezastąpiona! – zawołał, po czym spontanicznie mocno ją uściskał. Dla niego to był normalny gest. Wszyscy o tym wiedzieli. Często przekraczał granicę i pani Olga, szkolna matematyczka wiele razy przewidywała, że kiedyś będzie miał z tego powodu kłopoty. Ktoś doniesie do kuratorium i zrobi aferę. Mało to teraz złośliwych ludzi na świecie? Na razie jednak nic takiego się nie działo. Rodzice pozwalali na uściski, chętnie podawali dłonie i dobrze reagowali na różnego rodzaju wylewne komentarze. Mieli do tego dystans.

Ale dla Lidki to było coś zupełnie innego.

Przymknęła na chwilę oczy, pragnąc, by ta chwila trwała jak najdłużej. Chciałaby pozostać w jego ramionach cały czas. Już dawno przyznała się szczerze sama przed sobą, że zakochała się niestety w Adamie Roztockim.

Głupim, naiwnym uczuciem, które nie miało szans na wzajemność. To jasne. Wszyscy wiedzieli, że ten mężczyzna jest związany ze swoją pierwszą miłością. Jowitą, przyjaciółką z dzieciństwa.

A gdyby nawet kiedykolwiek to się zmieniło, to w tym mieście znalazłoby się mnóstwo innych, ciekawszych kobiet, na które popularny Adam mógłby przenieść swoje uczucia. Ona była tylko zwyczajną dziewczyną, jedną z wielu mam zaangażowanych w prace rady rodziców.

Adam wypuścił ją z objęć, odsunął na długość ramion, po czym zawołał gromko:

– Myślę, że w tym roku wybudujemy szopkę na podwórku, z prawdziwymi zwierzętami!

– Tak! Tak! – Jakaś mała szczerbata dziewczynka zaczęła skakać. – Będzie lama i surykatka.

– Może pokemony? – zainteresował się chłopczyk obok.

– Nie było pokemonów w stajence – zareagowała z całą surowością przechodząca obok matematyczka. – Co wy macie w głowach?! To wprost nie do uwierzenia!

– Nic się nie martw. – Dyrektor odwrócił się w ich stronę. – Zdobędę takie zwierzątka, jakie mi się tylko uda. Pokemonów nie obiecuję – dodał uczciwie. – Ale kozę, owce, może nawet krowy? – rozmarzył się natychmiast, a jakiś stojący obok ojciec wyraźnie miał ochotę złapać się za głowę.

Jednak marzenia Adama miały zadziwiającą łatwość spełniania się.

– Ja mam szwagra. – Mężczyzna w pomarańczowym polarze zaczął się drapać po głowie. – Poproszę go. Może by nam pożyczył krowę? Tylko trzeba by na noc zwierzęta odprowadzać do domów. Ale w dzień mogą tutaj trochę postać.

– Krowy srają! – Matematyczka się skrzywiła. – Co wy jesteście za ludzie? Pojęcia nie macie o przyrodzie. Wam się wydaje, że jajka biorą się z lodówki, a kurczak z zamrażarki. Tymczasem to prawdziwe zwierzęta. Nie będą wyglądać jak z obrazka.

– To nawet dobrze – odparł Adam Roztocki, w mig wykorzystując okazję. – Dotyka pani niezwykle istotnego problemu. – Pani Olga wypuściła wezbrane w płucach powietrze. – Niech dzieci zobaczą, jak to naprawdę wygląda. Poszukamy łagodnych zwierząt, żeby można było je dotknąć i będziemy pilnować, by traktowano je właściwie. To dobra nauka dla młodych, jak dbać o naszych mniejszych braci. Oczywiście trzeba będzie skądś zdobyć drewno, zdolnych stolarzy i mnóstwo pomocy.

– Ja tam mogę się zgodzić. – Zaprawiony w bojach ojciec jednego z ósmoklasistów kiwnął głową. Przez wiele lat służył pomocą przy pracach remontowych w szkole. Na początku ostro na to narzekał, ale teraz czuł, że kiedy syn skończy podstawówkę, czegoś mu jednak będzie brakować. – Damy radę jak zawsze – powiedział.

Lidka patrzyła z zachwytem, jak rodzice zaczynają rozmawiać, ustalać szczegóły i podział obowiązków. Zwariowany pomysł zaczynał pączkować i rozrastać się. Ktoś już wiedział, skąd zdobyć słomę, inny przypomniał sobie, jak kiedyś jego dziadek na wsi zbijał żłoby. Dwa solidne drewniane pręty złożone na krzyż i deski. Zosia, jasnowłosa przewodnicząca samorządu uczniowskiego, przyzwyczajona do energicznych działań dyrektora, już wyciągnęła zeszyt z plecaka i robiła zapisy do opieki nad zwierzątkami. Chętnych nie brakowało.

Lidka nie miała wątpliwości, że za dwa tygodnie stanie tu wyjątkowa żywa szopka. Sfotografują ją dziennikarze i może nawet opowie o niej miejscowa telewizja. Zapewne będzie o czym.

Adam poszedł już dalej między ludzi. Polonistka opowiadała mu o jasełkach. Próby trwały już od wielu tygodni i usilnie namawiała go, by nie przychodził na nie, lecz pozwolił sobie zrobić niespodziankę. Jak co roku.

Lidka już nie wiedziała, na co cieszy się bardziej. Czy na te święta w domu, czy tutaj w szkole? Wiedziała, że będą z uczniami lepić uszka i gotować wielkie gary barszczu, a potem odbędzie się szkolna wigilia. Jak zawsze gwarna i obfita.

Wszyscy tu przyjeżdżali. Komendant policji, proboszcz, emerytowani nauczyciele, przedstawiciele różnych fundacji działających na terenie miasta. I tylko pani burmistrz nigdy nie przyjęła zaproszenia.

Ale Adam nie pozwolił powiedzieć o niej złego słowa. Ludzie to szanowali.

Lidka miała wrażenie, że kiedy ten mężczyzna odchodzi dalej, ona robi się słabsza i bardziej przezroczysta. Gdyby mogła, wędrowałaby za nim krok w krok, jak niektóre dzieciaki. Zawsze miał taką świtę tych najbardziej potrzebujących ciepłego słowa i dobrej energii. Maszerowały za nim jak owieczki. Na przerwach, po lekcjach. A on nigdy ich nie odpędzał.

Zasługuje na miłość jak mało kto – pomyślała. – I właśnie on jeden jej nie ma.

Zrobiłaby wszystko, żeby był szczęśliwy. Ale Adam Roztocki nie miał o tym pojęcia. I bardzo dobrze. Bo choć zawsze odnosił się do niej z całą serdecznością i poświęcił sto procent swojej uwagi przez ten krótki moment, kiedy rozmawiali, to przecież zaraz potem ruszał dalej. Do mnóstwa kolejnych osób. Z całą pewnością już o niej nie pamiętał.

A z faktu, że darzy go prawdziwym uczuciem, kompletnie nie zdawał sobie sprawy.

To jednak bolało.