Złodziejki Świąt - Hanna Cygler - ebook

Złodziejki Świąt ebook

Hanna Cygler

3,8

Opis

Święta zaczęły czarować, rzeczywistość pachniała choinką, snując się w rytm kolęd.

Świąteczna komedia obyczajowa o szalonych pisarkach. Nawet nie wiesz, do czego są zdolne! Jak być młodą, piękną i seksowną. A do tego pisać bestsellery. Co robić, gdy konkurencja depcze po piętach i wbija nóż w plecy? Ale jest też oczywiście wielka miłość! Taka, która trafia się tylko raz… może dwa razy w życiu.

Joanna Jodełka: „Cygler znowu coś pozmyślała. Kolejny raz!”.

Vincent V. Severski: „To nieprawda, że to ja jestem Walerym Stromskim. Jestem znacznie wyższy!”.

Manuela Kalicka: „W Złodziejkach Świąt Cygler demonstruje prawdziwą zołzowatość”.

Bogusław Tobiszowski: „Dziwna ta redaktorka Jagna. Osobiście żadnej takiej nie spotkałem. Żałuję...”.

Robert Ostaszewski: „Hanna Cygler niepotrzebnie uśmierca krytyków. Mamy się wprawdzie bardzo niedobrze, ale wciąż żyjemy”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
coolturka

Dobrze spędzony czas

One są niczym huragan i nikt ich nie powstrzyma... Uwaga szalone pisarki nadciągają! Trzy znajome z literackiego świata. Elwira autorka kryminałów, przeżywa osobisty dramat z powodu pomówień o przejechanie kotka. Jej popularność spada na łeb, na szyję a fala hejtu niepokojąco narasta. Ponad czterdziestoletnia Maria Teresa dowiaduje się, że zostanie siostrą, ale to nic dziwnego skoro jej macoszka jest młodsza od niej. Poza tym pisze poczytne romanse historyczne i wykłada filozofię na uczelni. Czy czeka ją w życiu więcej niespodzianek? Zdecydowanie tak 🤭 Jagna pracuje w wydawnictwie i uwielbia swatać ludzi, choć sama nie ma szczęścia do mężczyzn, przyjdzie się jej przekonać, że "najciemniej jest pod latarnią". To lekka i zabawna powieść obyczajowa o życiu pisarzy, ich problemach i problemikach. Oczywiście nie należy brać jej na poważnie, ale potraktować z lekkim przymrużeniem oka. Moim zdaniem to całkiem zgrabny pastisz. Jest prześmiewczo i trochę ironicznie, choć jak to w życiu, n...
00

Popularność




Mojej Sio­strze Dag­ma­rze Karo­li­nie

Pro­log

Tak­sówka się spóź­niała. Elwira spoj­rzała ner­wowo na zega­rek. Miała jesz­cze czas, ale dosłow­nie na styk. Nowy car­tier przy­jem­nie poły­ski­wał zło­tem na jej wąskim nad­garstku. Dostała go od męża na ostat­nią rocz­nicę ślubu. Już od wielu mie­sięcy Paweł pró­bo­wał ją prze­pra­szać za swoją wia­ro­łom­ność kosz­tow­nymi pre­zen­tami, ale wciąż nie dawała się prze­ko­nać, by mógł do niej wró­cić i by znów razem miesz­kali. Może na Gwiazdkę podej­mie decy­zję? Kto wie. Miała jesz­cze dwa mie­siące, żeby wszystko prze­my­śleć. Był dopiero koniec paź­dzier­nika.

Przyj­rzała się swo­jemu odbi­ciu w szy­bie hote­lo­wej. Gdyby słowo „olśnie­wa­jąca” nie było tak wyświech­tane, mogłoby paso­wać do jej opisu. Nowa fry­zura – krót­kie jasne włosy. Spód­nica bombka odsła­nia­jąca zgrabne nogi w wyso­kich szpil­kach. Na ramio­nach nie­dbale zarzu­cony czarny płaszcz z kasz­miru. Szkoda, że nie ma kto jej podzi­wiać. Była tu zupeł­nie sama, nie licząc hote­lo­wego por­tiera. Lecz ten nawet na nią nie spoj­rzał! Kogo oni teraz zatrud­niają?

Znie­cier­pli­wie­nie rosło. Nie powinna przy­jeż­dżać do Kra­kowa w ostat­niej chwili, ale dopiero w nocy wró­ciła z upoj­nego urlopu na Kubie. Słońce, kąpiele, kom­pletny chil­lout, bez zmar­twień i inter­netu. Nie­stety teraz się wszystko skoń­czyło. Wyjęła z torebki tele­fon komór­kowy. Czy już powinna zro­bić awan­turę? Co oni sobie myślą? Powie­dzieli dzie­sięć minut, a minęło już jede­na­ście. W tej samej chwili tak­sówka wje­chała na hote­lowy pod­jazd. Sil­nik rzę­ził głu­cho. Stary, gra­na­towy volks­wa­gen, bar­dziej przy­po­mi­na­jący złom niż auto. Praw­dziwy „samo­chód ludu”. Było jed­nak zbyt późno, by wybrzy­dzać. Nim wsia­dła, wyło­żyła sie­dze­nie pla­sti­kową torebką. Kiedy się na niej umo­ściła, w noz­drza ude­rzyła ją woń papie­ro­sów.

– A gdzie to jest? – spy­tał star­szy kie­rowca, kiedy podała mu adres.

– To ja mam wie­dzieć? – syk­nęła ziry­to­wana. Awan­tura, którą zdą­żyła sobie przy­go­to­wać w gło­wie, prze­cież nie wybu­chła, ale adre­na­lina wciąż buzo­wała. – Ni­gdy tam nie byłam.

Tak­siarz naj­wy­raź­niej też nie. Naj­pierw krą­żył po jakichś podej­rza­nych zauł­kach, a potem się­gnął do schowka i wyjął… plan mia­sta! Zapewne był rówie­śni­kiem Kraka i Smoka Wawel­skiego. Elwira posta­no­wiła pokie­ro­wać go zgod­nie ze wska­zów­kami smart­fona, ale kie­rowca nie był nimi zain­te­re­so­wany. Robił swoje, a jej car­tier wyraź­nie poka­zy­wał, że jesz­cze chwila i przy­je­dzie spóź­niona.

Wyglą­dało na to, że wyje­chali z mia­sta. Prze­je­chali na drugi brzeg Wisły, minęli wiel­kie kominy elek­tro­cie­płowni. Widok, który się przed nimi roz­ta­czał, był dość apo­ka­lip­tyczny – roz­wa­la­jące się budynki prze­my­słowe z cza­sów epoki szczę­śli­wie minio­nej.

– To tutaj! – Tak­sów­karz ode­tchnął z ulgą i ruszył pod jedyny nowy han­gar.

– Nie­moż­liwe! – wyją­kała Elwira, ale prze­ko­nał ją tłu­mek zgro­ma­dzony przed budyn­kiem.

To rze­czy­wi­ście była nowa sie­dziba tar­gów książki w Kra­ko­wie.

Tele­fon zadzwo­nił, kiedy wysia­dła już z tak­sówki.

– Bar­dzo cię, Eli, prze­pra­szam, ale nie dam rady – usły­szała czyjś głos. W pierw­szej chwili nie mogła się zorien­to­wać, kto mówi. – Spo­tkamy się w War­sza­wie. Nie jadę na targi. – Dopiero teraz zro­zu­miała, że roz­ma­wia ze swoją przy­ja­ciółką Marią Teresą, autorką roman­sów.

– Co ci się stało? Jesteś chora? – Głos miała niski, jakby była zaka­ta­rzona. – Nie poje­cha­łaś do Kra­kowa?

– Nie! Nie mogę teraz roz­ma­wiać. – I się wyłą­czyła.

Jasna dupa! Czyli kolejna kole­żanka wysta­wiła ją do wia­tru. Na nikogo już nie może liczyć!

Iry­ta­cja Elwiry rosła z każ­dym kro­kiem. Pod­bi­jała ją, wście­kle stu­ka­jąc czer­wo­nymi szpil­kami.

– Jest pani autorką? – spy­tała recep­cjo­nistka. – Mogę pro­sić o nazwi­sko? Jarosz?

– Janosz – wysy­czała. Czyżby była jesz­cze tak słabo znana? – Elwira Janosz. – Wydaw­nic­two XYZ.

– Już spraw­dzam. – Trwało to dobrych parę minut, w cza­sie któ­rych Elwira kopała nie­cier­pli­wie w ściankę boksu jak koń wyści­gowy przed goni­twą.

W końcu porwała z rąk recep­cjo­nistki iden­ty­fi­ka­tor i rzu­ciła się naprzód. Zale­d­wie parę kro­ków. Dopiero teraz się zorien­to­wała, jak gęsty jest tłum. Dzieci, mło­dzież, doro­śli zagra­dzali jej drogę do hali.

– Co tu się dzieje?

– Nie wie pani? Targi książki – ode­zwał się ktoś z sar­ka­zmem.

Elwira nie zno­siła tłu­mów. To oczy­wi­ście nie tak, że nie lubiła sku­pisk ludz­kich. Te bar­dzo lubiła, zwłasz­cza kiedy stała lub sie­działa w ich cen­trum i mogła nad nimi pano­wać. Jak kró­lowa. Ale taki nie­kon­tro­lo­wany natłok ludzi był doprawdy nie do znie­sie­nia. Czuła, że zaczyna jej się robić gorąco, na skro­niach poja­wiły się kro­ple potu. Jesz­cze chwila, a zbu­rzy to jej nową fry­zurę!

W dro­dze do sto­iska swego wydawcy musiała poko­ny­wać kolejne prze­szkody. Naj­więk­sze kolejki usta­wiały się po auto­graf nie do wzię­tych pisa­rzy, ale do cele­bry­tów, któ­rzy dzięki auto­rom widmo wydali wła­śnie histo­rie swego nie­szczę­snego życia. Można było w nich wyczy­tać, jak trudno im się piąć pod górę, a kiedy już się na nią wdra­pią – choć jest to szczyt wyso­ko­ści Wie­życy, a nie Eve­re­stu – wyle­wają żale na pęka­jące z zazdro­ści wątroby kole­żeń­stwa. Nie mniej­sze tłumy cze­kały na pod­pisy słyn­nych osób, które wyda­wały książki kuchar­skie, mimo że ich głów­nym daniem popi­so­wym było jajko na twardo. Spo­rym wzię­ciem cie­szyły się też porad­niki. Naj­bar­dziej ocze­ki­wa­nym hitem tar­gów miało być Jak utrzy­mać zwią­zek z męż­czy­zną cele­brytki po czte­rech roz­wo­dach. Może to coś dla mnie, kiedy znu­dzą mi się kry­mi­nały i stanę się bar­dziej znana, pomy­ślała Elwira.

Na­dal pró­bo­wała omi­jać ludzi idą­cych z prze­ciwka, ale było to nie­wy­ko­nalne. W pew­nej chwili zde­rzyła się z plu­szo­wym potwo­rem roz­da­ją­cym ulotki. Zresztą tego rodzaju postaci krę­ciło się tu znacz­nie wię­cej. Wróżki, postaci Disneya, śre­dnio­wieczni ryce­rze. Boha­te­ro­wie bajek lub gier kom­pu­te­ro­wych.

W paru miej­scach jed­nak kolejki usta­wiały się też do auto­rów. Elwira nie znała nawet ich nazwisk. Poję­cia nie miała, że kto­kol­wiek ich czyta. Uznała więc, że to mar­ke­tin­gowa ustawka. Przez chwilę się zanie­po­ko­iła, jak będzie na sto­isku. Po nie­szczę­snym oskar­że­niu o pla­giat przez sze­fową fan­klubu w tym roku nie zamie­rzała sama niczego usta­wiać. Mece­nas wyraź­nie ją ostrzegł, że musi być teraz w dwój­na­sób ostrożna. Liczyła jed­nak na swych wiel­bi­cieli. Prze­cież ostat­nia książka wciąż się wyśmie­ni­cie sprze­da­wała. A teraz przy­szedł czas na nową.

Sto­isko wydaw­nic­twa XYZ widoczne było z daleka. Sły­szała, że w tym roku wyna­jęli znacz­nie więk­szy metraż na tar­gach niż zazwy­czaj. Podobno było ich na to stać. Nie­stety nie z powodu jej suk­ce­sów!

Zaci­snęła zęby i ruszyła na ostat­nią pro­stą. Przy sto­isku cze­kali ludzie. To na nią cze­kają! Uśmiech­nęła się w myślach. Nie na tamtą!

– Już jest! Jest! – usły­szała pokrzy­ki­wa­nie.

Tak. To ona. Wypro­sto­wała się, zwol­niła kroku, ruszyła dostoj­nie, by wyeks­po­no­wać zgrabne nogi. A kiedy była już parę metrów od sto­iska, roz­bły­sła uśmie­chem roz­świe­tlo­nym bielą kosz­tow­nych licó­wek. Trudno się nie uśmie­chać, skoro czeka na nią kamera. Widziała też kilku radiow­ców i foto­grafa.

– Dzień dobry pań­stwu! – Chciała przejść na zaple­cze, by zosta­wić tam płaszcz, ale tłum wokół niej zgęst­niał.

– Pani Elwiro, pro­simy o komen­tarz – usły­szała od dzien­ni­karki.

– W spra­wie czego?

Dzien­ni­karka wyglą­dała na zdu­mioną.

– Oczy­wi­ście w spra­wie kota.

Elwira nie­ła­two dawała się zbić z tropu, ale teraz auten­tycz­nie ją zatkało.

– Że co?

– Nic nie rozu­mie – roz­legł się czyjś głos za ple­cami. – Niby nic nie rozu­mie, a bez­kar­nie mor­duje. I to jest pisarka? Dno kom­pletne.

– Jaki to przy­kład dla mło­dego poko­le­nia! – zaskrze­czała star­sza pani, pod­no­sząc trans­pa­rent z napi­sem: „Zabi­jasz kota, zabi­jasz ludz­kość!”.

Dziew­czyna z bujną fry­zurą afro pró­bo­wała się prze­drzeć do przodu.

– Prze­cież ja piszę kry­mi­nały – jęk­nęła Elwira. – Tam nie ma kotów. – Czuła, że ugi­nają się pod nią nogi. Za wszelką cenę chciała gdzieś usiąść, ale tłum sku­tecz­nie odgro­dził ją od sto­iska. Czy to już jest ten moment, w któ­rym powinna wezwać ochronę? Coś ją zaczęło ści­skać w gar­dle.

– Mor­du­jesz je na żywo! – wykrzyk­nęła dziew­czyna z afro, po czym się­gnęła do torebki i wylała czer­woną farbę na kasz­mi­rowy płaszcz Elwiry. – Masz za swoje!

W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach Janosz zaczę­łaby się bro­nić. Być może wyrwa­łaby nawet połowę afro­fry­zury tej dziwce, ale była zbyt zasko­czona i przy­du­szona, by tak gwał­tow­nie zare­ago­wać.

– Ratunku! – krzyk­nęła tylko, ale jej głos uto­nął w panu­ją­cym w hali gwa­rze. – Ratunku! – powtó­rzyła bez­rad­nie, a potem obraz zafa­lo­wał i ktoś odciął tlen.

Roz­dział I

Paź­dzier­nik

Maria Teresa zabrała się do pako­wa­nia już dwa dni przed wyjaz­dem. Wie­działa, że musi zro­bić to wcze­śniej, bo każda podej­mo­wana przez nią czyn­ność trwa obec­nie nie­obli­czal­nie długo.

Nadej­ście jesieni począt­kowo dało jej zastrzyk ener­gii, a potem dobiło nara­sta­ją­cym z dnia na dzień mro­kiem i chło­dem.

– Czy to począ­tek depre­sji? – spy­tała żół­wia Mar­lona, ale musiał się rów­nież dra­ma­tycz­nie posta­rzeć, bo wcale już nie poma­gał w pod­ję­ciu jakiej­kol­wiek decy­zji. Marii Tere­sie wyda­wało się nawet, że patrzy na nią z pewną pogardą. A prze­cież było już tak dobrze!

Dla­czego ubie­gły rok tak szybko minął? Po raz pierw­szy w życiu zaczęło jej się ukła­dać. I pisa­nie, i praca na uni­wer­sy­te­cie, a nawet – ku jej zdu­mie­niu – poja­wiło się życie towa­rzy­skie. Wszystko zaczęło się zmie­niać już w stycz­niu, a Maria Teresa wró­ciła do sta­rych nawy­ków i wycią­gnię­tych popla­mio­nych spód­nic na gumce. Zgu­biw­szy kolejne soczewki, prze­pro­siła się ponow­nie z oku­la­rami. I teraz…? Spoj­rzała na sie­bie w lustrze. Wygląd wymię­tej sie­roty z pod­krą­żo­nymi oczami. Ale przy­naj­mniej była tego świa­doma.

– Muszę się za sie­bie wziąć! – mruk­nęła do ponu­rego obli­cza.

Nie mogła dopu­ścić do tego, by w takiej for­mie zoba­czyła ją estetka Elwira. Miały się prze­cież spo­tkać w Kra­ko­wie.

Maria Teresa zaczęła ener­gicz­niej grze­bać w sza­fie, szu­ka­jąc ubrań jak skar­bów. Może Kinga, pisarka hor­ro­rów, by jej w tym pomo­gła. Zawsze dosko­nale kom­po­no­wała strój ze sta­rych szmat. No tak, nie­stety tego nie zrobi. Od nowego roku mieszka wraz z Żor­żem i dziećmi w Anglii. Zapra­szała oczy­wi­ście do sie­bie, ale Maria Teresa nie była zago­rzałą podróż­niczką. A lata­nie samo­lo­tem… to też było ponad jej siły.

Usia­dła na kana­pie zarzu­co­nej sukien­kami i posta­no­wiła się roz­pła­kać. Ale i to jej nie wycho­dziło. Może łzy się wyczer­pały. Nic dziw­nego. Skoń­czyła już czter­dzie­ści lat i nie powinna ryczeć jak mało­lata. Płacz nie sprawi, że nagle zacznie jej wycho­dzić. I życie, i… pisa­nie.

Od wielu mie­sięcy Maria Teresa nie była w sta­nie pra­co­wać nad nową książką. Miała nawet wiele pomy­słów, ale żad­nego kon­kret­nego. Za każ­dym razem, kiedy sia­dała przed kom­pu­te­rem, cią­gle coś ją roz­pra­szało. Począt­kowo tłu­ma­czyła sobie, że ma po pro­stu zbyt dużo pracy na uni­wer­sy­te­cie. Przy­szły jed­nak waka­cje, a ona wciąż nie napi­sała ani jed­nej strony. Czyżby źró­dełko wyschło? Cał­kiem moż­liwe, uznała. Skoro poja­wiło się tak nagle, nie­wy­klu­czone, że wena posta­no­wiła ją rów­nie szybko opu­ścić, i to bez poże­gna­nia. Światy, które do tej pory wymy­ślała, zde­cy­do­wały ją od sie­bie odciąć. Tyle przy­gód i wzru­szeń. I to miał być koniec?

Pogrą­żona w myślach sie­działa na kana­pie jak figura woskowa, gdy medy­ta­cje prze­rwał sygnał tele­fonu komór­ko­wego. Ale gdzie on jest? Znik­nął pod ubra­niami? Albo pod sofą? Gdy się pochy­lała, by go pod­nieść, coś jej strzyk­nęło w krę­go­słu­pie. No jest! Tylko że połą­cze­nie już się zerwało. Spoj­rzała na ekran. Dzwo­niła Adriana, żona ojca. Z pew­no­ścią chciała ją roze­rwać i zapro­sić na obiad skła­da­jący się z nie­ja­dal­nych potraw. Nie będzie mogła po raz kolejny odmó­wić. Musi oddzwo­nić.

– Dobrze, przyjdę dzi­siaj – zgo­dziła się natych­miast, ziry­to­wana rado­snym gło­si­kiem młod­szej od niej o cztery lata maco­chy.

– Pasuje ci pierw­sza?

Nic jej nie paso­wało, ale ruszyła kar­nie do łazienki, by wziąć prysz­nic i umyć włosy. Nie może się sta­wić przed pro­mienną Adrianą jak ostat­nia abne­gatka. Pako­wa­niem zaj­mie się po połu­dniu.

Koniec paź­dzier­nika był nie­zwy­kle sło­neczny. Natych­miast poża­ło­wała, że wybrała się tram­wa­jem, zamiast pójść na długi spa­cer. Ale to byłoby ponad jej siły. Miała ich tak nie­wiele.

– Źle się czu­jesz? – spy­tał ojciec i uca­ło­wał ją w poli­czek. – Jesteś taka blada.

Pokrę­ciła głową i poszła się przy­wi­tać z Adrianą, która wysko­czyła na jej powi­ta­nie z kuchni.

Młoda pani Mazu­rek wyglą­dała jak po trans­for­ma­cji. Krótka fry­zura, błysk w oku i ener­giczne ruchy, które prze­kła­dały się nawet na wygląd całego miesz­ka­nia. Jesz­cze tak czy­sto tu chyba ni­gdy nie było, pomy­ślała Maria Teresa.

– Skoro nie przy­je­cha­łaś samo­cho­dem, będziemy musieli się cze­goś napić – powie­dział pro­fe­sor Mazu­rek i zaczął grze­bać w cze­lu­ściach barku. Rów­nież bar­dzo ener­gicz­nie.

Co im się stało? Może zapi­sali się na siłow­nię? Albo tak dobrze dzia­łał geria­vit phar­ma­ton, który kupiła ojcu na imie­niny. A prze­cież wcale się wów­czas nie ucie­szył.

– Koniecz­nie! – Adriana aż kla­snęła.

Radość od niej biła w skali dzie­sięć na dzie­sięć. Aż oczy bolały.

– Nie naj­gor­szy pomysł – zauwa­żyła Maria Teresa, choć sama sta­rała się nie kupo­wać moc­nych trun­ków, oba­wia­jąc się w obec­nym sta­nie psy­chicz­nym wpaść w alko­ho­lizm.

– Ale swoją drogą to, Tere­niu, dawno już nie jeź­dzi­łaś samo­cho­dem.

Panda stała w hali gara­żo­wej nie­uży­wana już od wielu mie­sięcy. A kon­kret­nie od wyjazdu instruk­tora jazdy, Michała Kowal­skiego. Czy to był wła­śnie ten moment, od któ­rego wszystko zaczęło się psuć?

– Nie mam ochoty – mruk­nęła.

– Uwa­żaj, żebyś nie wyszła z wprawy. Tak dobrze ci szło.

– A teraz idzie zima i jest ciemno.

– No wła­śnie i dla­tego trzeba jeź­dzić, zamiast mar­z­nąć na przy­stan­kach. Łatwo się prze­zię­bić. Ada też nie może dojść do sie­bie po infek­cji. Sły­szysz, jak chrypi.

– Dobrze, tato – oświad­czyła potul­nie i zaczęła grze­bać w tale­rzu. Ale musiała mu przy­znać rację. Głos Ady był nieco zmie­niony. Powinna ogra­ni­czyć zaję­cia ze stu­den­tami.

Po raz pierw­szy obiad był nawet jadalny. Nie jakiś wyborny w smaku, ale cał­kiem, cał­kiem. Nor­malny kotlet scha­bowy z furką kar­to­fli i buracz­kami. Miła odmiana po eks­pe­ry­men­tach z kuch­nią mole­ku­larną.

– A jak z twoim fil­mem?

Maria Teresa prze­wró­ciła oczami. Czy musiał ją tak dobi­jać każ­dym pyta­niem? A może to było w ramach zemsty za ten geria­vit?

– Nic z tego nie będzie.

– Dla­czego, prze­cież obie­cali? – obu­rzyła się Adriana.

– Ha, i nawet tro­chę zapła­cili. – Maria Teresa wes­tchnęła. W zasa­dzie od początku podej­rze­wała, że nic z tego nie wyj­dzie. Marze­nie, by zoba­czyć boha­te­rów Powrotu do Wie­li­nowa na wiel­kim ekra­nie, pozo­sta­nie nie­zre­ali­zo­wane. – Nie dostali dofi­nan­so­wa­nia. Filmy o daw­nych cza­sach są bar­dzo kosz­towne.

– Nie masz poję­cia, jak bar­dzo mi przy­kro. – Adriana pochy­liła się i dotknęła dłoni Marii Teresy. – To prze­piękna książka.

Ski­nęła głową i się­gnęła po kolejny kęs, tylko że już zupeł­nie stra­ciła ape­tyt.

– Nie smuć się, Tere­niu. Z pew­no­ścią za chwilę cię roz­ra­du­jemy – oznaj­mił Mazu­rek.

Maria Teresa zauwa­żyła, że Adriana zmie­niła się na twa­rzy.

– Wyjeż­dża­cie do Egiptu na święta? Nie przej­muj­cie się mną. Nie ma sprawy. Prze­cież sama sobie dosko­nale pora­dzę.

– Nie, to nie to! – wtrą­ciła szybko Ada. – Ni­gdzie nie jedziemy.

– Ale dla­czego? – zdzi­wiła się Maria Teresa, gdyż temat świą­tecz­nego wyjazdu był wał­ko­wany od kilku mie­sięcy.

– Adziu? Ty powiesz? – Mazu­rek wziął żonę za rękę i ją uca­ło­wał.

– Jaaa… ja nie wiem, jak to się stało, Tere­niu. Zupeł­nie nie wiem. Leka­rze nie dawali mi ni­gdy żad­nych szans. Mówi­łam ci już o tym. I ni­gdy nic nie zro­bi­łam, by to zmie­nić. Po pro­stu zaak­cep­to­wa­łam ten fakt. I to jest jakiś nie­wia­ry­godny cud. Jesz­cze trudno mi w to wszystko uwie­rzyć.

– Cud…?

– Adzia chce powie­dzieć, że będziemy mieć dziecko. Wiem, wiem. W przy­szłym roku koń­czę sie­dem­dzie­siątkę, ale…

Nie zdą­żył powie­dzieć niczego wię­cej, gdyż Maria Teresa prze­wró­ciła swój kie­li­szek z winem musu­ją­cym. Na szczę­ście bia­łym.

Może powinna też zemdleć? Ale to byłoby zbyt łatwe. Musi wysłu­chać wszyst­kiego do końca.

– Przez długi czas nawet nie przy­pusz­cza­łam. Myśla­łam, że to mój orga­nizm wypra­wia takie cuda – opo­wia­dała Adriana, a Maria Teresa rato­wała się nowym kie­lisz­kiem wina. – Poszłam do leka­rza dopiero parę dni temu.

– I się oka­zało, że Adzia jest w pią­tym mie­siącu. Dzi­dziuś uro­dzi się na wio­snę!

„Dzi­dziuś”? I to mówi jej ojciec.

Maria Teresa po raz kolejny w życiu miała wra­że­nie, że znaj­duje się w alter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści. W wieku czter­dzie­stu jeden lat będzie miała rodzeń­stwo.

– Nie chcemy znać płci. To zupeł­nie nie­ważne. I tak będzie naj­pięk­niej­szym pre­zen­tem dla nas obojga.

Jeśli natych­miast cze­goś nie zrobi, to zaraz rzy­gnie przy nie­dziel­nym obie­dzie. Prze­pro­siła gospo­da­rzy, wstała od stołu i szybko ruszyła do łazienki.

Zaata­ko­wali ją, gdy była zupeł­nie bez­bronna i pozba­wiona ener­gii. Dla­czego wcze­śniej nie przy­go­to­wali jej na tę infor­ma­cyjną bombę?

Maria Teresa pole­wała twarz zimną wodą i szczy­pała policzki. Koniecz­nie musi się opa­no­wać.

Wró­ciła do pokoju z przy­le­pio­nym do twa­rzy uśmie­chem i po raz kolejny wyce­dziła słowa „nie­spo­dzianka” i „gra­tu­la­cje”.

– Tere­niu, mam nadzieję, że pomo­żesz Adzi? – spy­tał ojciec, kiedy jego żona znik­nęła w kuchni. Po raz pierw­szy usły­szała w jego gło­sie zanie­po­ko­je­nie. – Ona jest taka wraż­liwa i kru­cha.

Maria Teresa zmu­siła się do szer­szego uśmie­chu. A teraz wyślę ich do wszyst­kich dia­błów, posta­no­wiła.

– Oczy­wi­ście, że pomogę – powie­działa.

Po powro­cie do domu poło­żyła się do łóżka. Nie miała siły na nic. A już naj­bar­dziej na wyjazd do Kra­kowa. Zadzwo­niła do wydawcy, że jest chora. Czuła nawet ścisk w krtani i wyda­wało się jej, że ma gorączkę. Zatem nie kła­mała. Po paru dniach przy­po­mniała sobie o Elwi­rze Janosz. Ją też musi zawia­do­mić, że nie przy­je­dzie. Pra­gnęła pozo­stać w łóżku do końca świata. Nie miała zamiaru wal­czyć z fatum.

Trze­ciego listo­pada tele­fon obu­dził ją z samego rana. W ciem­no­ściach spoj­rzała na świe­cący ekran. Dzwo­niła redak­torka z wydaw­nic­twa. Czy oni zaczy­nają pracę o tak wcze­snej porze? Dziwne.

– Dzień dobry – przy­wi­tała się ochry­płym gło­sem.

– Pani Tereso, już pani wyzdro­wiała?

Oka­zało się, że redak­torka Jagna spę­dza week­end w Trój­mie­ście i musi, po pro­stu musi się z nią zoba­czyć. Za wszelką cenę. Myślała, że spo­tkają się w Kra­ko­wie, ale ze względu na cho­robę Marii Teresy nie było to moż­liwe. Teraz jed­nak jest to „abso­lut­nie konieczne”. To prośba samego pre­zesa.

– Oczy­wi­ście. – Co było robić? – O któ­rej pani pasuje?

Za dwie godziny? Co? Dla­czego się na to zgo­dziła? Ni­gdy nie umiała odma­wiać i się posta­wić.

Zaczęła się krę­cić po pokoju jak opa­rzona. Góra ubrań leżała nie­sprząt­nięta na kana­pie już drugi tydzień. Pochwy­ciła więc pierw­szą lep­szą bluzkę i czarne spodnie z wierz­chu sterty. Zwiąże tylko włosy w ogon i się lekko upu­druje. Nie musiała się prze­sad­nie sta­rać. Redak­torka Jagna zdą­żyła poznać jej dzi­wac­twa. Sama rów­nież lekko odbiega od normy, więc pew­nie niczego nie zauważy, pomy­ślała Maria Teresa.

Udało jej się zamó­wić tak­sówkę na czas. Ale już przy drzwiach wyj­ścio­wych z budynku przy­po­mniała sobie, że nie wzięła port­fela. Musiała po niego wró­cić. Po dro­dze nie było jed­nak żad­nych kor­ków i dotarła na Sze­roką pięt­na­ście minut przed cza­sem. Cho­ciaż tyle! Mogła teraz wejść do środka, tro­chę się uspo­koić i zająć stra­te­giczne miej­sce.

I znów się zawio­dła. Po wej­ściu do wło­skiej restau­ra­cji natych­miast zoba­czyła rudą głowę Jagny, do tego wysku­bane jesz­cze bar­dziej brwi i widoczne z daleka, poma­lo­wane na czarno paznok­cie. Jaskra­wo­nie­bie­ski swe­ter z różo­wym koron­ko­wym koł­nie­rzy­kiem dopeł­niał wize­runku, jak zwy­kle więc wyróż­niała się z tłumu. Sie­działa w towa­rzy­stwie łysego męż­czy­zny. Maria Teresa chciała się natych­miast wyco­fać i mimo zaci­na­ją­cego desz­czu pospa­ce­ro­wać wzdłuż ulicy, ale redak­torka zdą­żyła ją zauwa­żyć.

– Pani Tereso! Tutaj! – Głos był tak dono­śny, że nie dało się go zigno­ro­wać.

Maria Teresa zaczęła się prze­py­chać do środka, ze zdu­mie­niem odno­to­wu­jąc, że w poło­wie dnia restau­ra­cja jest wypeł­niona gośćmi.

– Dzień do… – prze­rwała zdu­miona, bo łysy towa­rzysz Jagny rzu­cił się do przodu i pochwy­cił jej torebkę.

– Prze­pra­szam, ale…

Maria Teresa obró­ciła się i dostrze­gła, że gdyby nie inter­wen­cja łyso­nia, jej torebka zmio­tłaby z tale­rza pizzę przy sąsied­nim sto­liku.

– Ojej!

– Nic się nie stało, pani Tereso. Pro­szę, niech pani tu usią­dzie. – Jagna wstała, popra­wiła rudą perukę i tak prze­su­nęła krze­sło, by Maria Teresa była bez­piecz­nie odgro­dzona i nie zagra­żała oto­cze­niu.

– To ja już pójdę. – Męż­czy­zna ponow­nie zerwał się na nogi.

– Panie Tade­uszu, pro­szę jesz­cze zostać. Musi­cie się zresztą poznać – pró­bo­wała zatrzy­mać go Jagna.

– Tade­usz Wło­daw­ski. – Męż­czy­zna mocno potrzą­snął ręką Marii Teresy. – Miło mi panią poznać. Bar­dzo chęt­nie bym został, ale nie­stety muszę lecieć do banku.

Maria Teresa unio­sła brwi. Coś podob­nego! Jagna spo­ty­kała się z ban­kow­cem. I w dodatku sporo od niej star­szym. Może dziew­czyna chciała się ustat­ko­wać?

– To nasz autor. – Redak­torka roz­wiała jej złu­dze­nia. – Napi­sał świetną książkę. Mam teraz coraz lep­szy zespół. Flo­res, Soboń, Car­ska i Lober… razem zawo­ju­jemy rynek.

Autor pra­cu­jący w banku? A to coś nowego! Pod­jęli w końcu decy­zję, by publi­ko­wać męż­czyzn? Z pisa­rzy wyda­ją­cych w Kosmo­sie dzie­więć­dzie­siąt osiem pro­cent to kobiety. Męż­czyźni byli jak mete­ory. Poja­wiali się, a potem zni­kali. Czę­sto bez­pow­rot­nie. Jak w życiu.

– Tak, tak, wie­dzia­łam, że panią zadzi­wię. – Jagna się roze­śmiała. – Szkoda, że pan Tade­usz tak prędko nam umknął. Jest taki przy­stojny. Do złu­dze­nia przy­po­mina Bruce’a Wil­lisa. Mia­łam nadzieję, że będziemy mogli dłu­żej poroz­ma­wiać. Ale może będzie jesz­cze taka oka­zja. Kto wie? – Uśmiech­nęła się nieco roz­ma­rzona do Marii Teresy, jakby wła­śnie zako­chała się w łysym Tade­uszu. – Cóż to za sta­ro­żytne imię.

A potem szybko zmie­niła ton. I to tak szybko, że Marii Tere­sie zakrę­ciło się w gło­wie. Sku­bała zamó­wioną sałatkę z bura­ków i koziego sera i usi­ło­wała zapa­mię­tać wszyst­kie zale­ce­nia redak­torki.

Czy naprawdę musi stale udzie­lać się w mediach spo­łecz­no­ścio­wych? Tak, tym­cza­sem jej pro­fil na Face­bo­oku jest prak­tycz­nie mar­twy. To nie­do­pusz­czalne. Powinna więc go oży­wić, pod­trzy­my­wać dia­log z czy­tel­ni­kami, opo­wia­dać o swoim życiu.

– Jak to nic się u pani nie dzieje? – zape­rzyła się Jagna. – Zawsze się coś dzieje.

No tak, nie­długo będzie miała sio­strę lub brata. Cóż, taka zwy­kła kocha­jąca się rodzina! Już widziała komen­ta­rze pod takim postem.

– Jak nic nie ma, może pani prze­cież coś wymy­ślić. Ma pani bogatą wyobraź­nię. Czy­tel­niczki panią kochają. Ach, zapo­mnia­łam o Insta­gra­mie. I koniecz­nie musimy zor­ga­ni­zo­wać nową sesję zdję­ciową. Pro­szę się nie mar­twić. Sami zała­twimy sto­sowne ubra­nia. – Szyb­kie spoj­rze­nie Jagny wystar­czyło, by oce­nić wygląd Marii Teresy. – I jest jesz­cze ta naj­waż­niej­sza sprawa. Pani Tereso, tak bar­dzo się cie­szę! Będziemy ekra­ni­zo­wać pani powieść.

Zdzi­wiona Maria Teresa wysłu­chała histo­rii, jak to pod­czas tar­gów pre­zes wydaw­nic­twa spo­tkał się z pro­du­cen­tem fil­mo­wym i było nie­mal pewne, że tym razem przed­się­wzię­cie zakoń­czy się suk­ce­sem. Tym bar­dziej że miał powstać cały serial. Pro­du­cent posta­wił jed­nak parę dodat­ko­wych warun­ków. To w zasa­dzie dro­bia­zgi, więc Maria Teresa nie powinna mieć żad­nych wąt­pli­wo­ści. Uśmiech nie scho­dził z twa­rzy Jagny.

– Czyli co mam dokład­nie zro­bić? – zapy­tała zanie­po­ko­jona pisarka.

– Napi­sze pani kon­ty­nu­ację Powrotu do Wie­li­nowa.

Maria Teresa osłu­piała. Z Wie­li­no­wem już się roz­stała dwa lata wcze­śniej i nie zamie­rzała tam powra­cać. Pisała teraz na zupeł­nie inny temat. I na doda­tek zupeł­nie ina­czej.

– Pani Tereso, ja kocham pani cykl uni­wer­sy­tecki, mimo iż pre­zes mówi, że na pol­skim rynku wydaw­ni­czym takie książki nie mają sensu, bo nikogo nie inte­re­sują elity inte­lek­tu­alne, a poza tym to się słabo sprze­daje. Ale pro­szę zro­zu­mieć. Pro­du­cent chce autorki best­sel­le­rów, a nie „śred­niaka”.

– Ale Ostat­nia sio­stra dostała prze­cież wyróż­nie­nie.

Jagna zamru­gała dokle­jo­nymi rzę­sami.

– Cóż mogę powie­dzieć. Nie sprze­dała się tak dobrze.

Maria Teresa ener­gicz­nie sku­bała ser­wetę, sta­ra­jąc się rów­nie szybko myśleć.

Jak to moż­liwe? Prze­cież te książki o Wie­li­no­wie nie były nawet dobre: pisane dla zabi­cia smut­ków i uczu­cia pustki. Dopiero teraz się lite­racko roz­wi­nęła. Nawet słynna kry­tyczka Kaja Konieczna mogłaby to potwier­dzić. Wprost się zachwy­ciła Ostat­nią sio­strą, uwa­ża­jąc ja za mani­fest kobie­co­ści.

– Ja tylko mówię o ocze­ki­wa­niach czy­tel­ni­czek…

Czy zamiast pię­cia się w górę i szli­fo­wa­nia umie­jęt­no­ści lite­rac­kich powinna się cofać? Prze­cież miała już teraz z czego żyć. Pen­sja pro­fe­sora uczel­nia­nego była dla niej zupeł­nie wystar­cza­jąca. Dla­czego ma nie robić tego, co lubi?

– Pani Tereso? – Głos Jagny wyrwał ją z zamy­śle­nia. I odgłos zrzu­co­nej przez nią na pod­łogę karty dań. Schy­liła się, by ją pod­nieść. Leżała przy koza­kach redak­torki.

– Prze­pra­szam – ode­zwała się w końcu, wyła­nia­jąc się zza stołu. – Bar­dzo panią prze­pra­szam, ale nie mogę tego zro­bić.

– Nie chce pani napi­sać tej książki?

– Nie – odpo­wie­działa Maria Teresa, a w uszach zabrzmiały jej fan­fary i okla­ski, jak rów­nież głos Kai Koniecz­nej: „Brawo!”.

– Pani Tereso, pro­szę to prze­my­śleć. Mamy jesz­cze tro­chę czasu. Może pani z kimś poroz­ma­wia?

Wycho­dząc z restau­ra­cji, Maria Teresa szła wypro­sto­wana. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Warto było odmó­wić, pomy­ślała i uśmiech­nęła się do sie­bie.

Kiedy wysia­dła z tram­waju, nawet świe­ciło słońce. Cały świat potrafi się uśmie­chać, kiedy podej­muje się wła­ściwą decy­zję, doszła do wnio­sku Maria Teresa. Nagle przy­po­mniała sobie o awi­zie, które prze­le­żało w skrzynce ponad tydzień. Posta­no­wiła zajść na pocztę.

Odstaw­szy w kolejce dobry kwa­drans, doszła wresz­cie do okienka i się­gnęła do kie­szeni. Gdzie się podziała ta prze­klęta kartka?

– Pani Tereso? Czego pani szuka? – spy­tała urzęd­niczka.

Znały się już od dawna, ni­gdy jed­nak nie pytała Teresy Mazu­rek, czy ma dowód oso­bi­sty Marii Teresy Flo­res, kiedy odbie­rała prze­syłki z wydaw­nic­twa.

– Mia­łam gdzieś awizo…

– Pro­szę nie szu­kać. Sama znajdę. O, pro­szę! Było na samym wierz­chu. – Urzęd­niczka podała prze­syłkę. – Pani Tereso, a kiedy napi­sze pani następną książkę o Wie­li­no­wie? – spy­tała z rumień­cem na twa­rzy.

Maria Teresa zasty­gła, pod­pi­su­jąc odbiór prze­syłki. To na poczcie też wie­dzieli?

– O Wie­li­no­wie?

– Tak, tak.

– Dzię­kuję, ale… – Uśmiech­nęła się do urzęd­niczki i roz­ło­żyła ręce. Ludzie w kolejce zaczy­nali się coraz bar­dziej nie­cier­pli­wić. – Jesz­cze nie wiem.

– Oby jak naj­szyb­ciej. To moja uko­chana seria. – Kobieta się­gnęła po rachunki kolej­nej osoby.

Maria Teresa ode­szła od okienka i zer­k­nęła na kopertę. Zanie­po­koił ją nadawca. Firma win­dy­ka­cyjna współ­pra­cu­jąca z ban­kiem. Jesz­cze do nie­dawna takie prze­syłki wpra­wiały ją w prze­ra­że­nie. Musi spraw­dzić, czego od niej chcą. Raczej nie wysy­ła­liby jej przed­wcze­snych życzeń świą­tecz­nych. Lekko drżą­cymi rękami roze­rwała kopertę. I zoba­czyła! Małe cyferki zatań­czyły przed oczami danse maca­bre.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Copy­ri­ght © 2020 by Hanna Cygler

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2020

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­cja: Mał­go­rzata Chwa­łek, Adam Wolań­ski

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Kata­rzyna Bor­kow­ska kb-design@o2.pl

Foto­gra­fie na okładce

© Vanesa Munoz / Tre­vil­lion Ima­ges

© Shut­ter­stock

Wyda­nie I e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Zło­dziejki Świąt, wyd. I, Poznań 2020)

ISBN 978-83-8188-807-3

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer