Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu - David Wallace-Wells - ebook

Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu ebook

David Wallace-Wells

3,8

Opis

Przerażająca podróż do naszej najbliższej przyszłości

W swojej książce David Wallace-Wells przekonująco przedstawia skutki globalnego ocieplenia w niemal każdej dziedzinie naszego życia. Pokazuje, jak niedobory żywności, klęski żywiołowe, epidemie, kryzysy polityczne i gospodarcze oraz wynikające z nich konflikty zbrojne już w ciągu najbliższych dziesięcioleci zmienią świat nie do poznania, wpływając nawet na kształt przyszłej kultury, stosunek do rozwoju i technologii oraz na sposób, w jaki ludzkość postrzega swoje miejsce na Ziemi.

Ziemia nie do życia dobitnie pokazuje, że stawką kryzysu klimatycznego jest już nie ocalenie natury w całej jej różnorodności, lecz przetrwanie naszego gatunku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (33 oceny)
11
11
8
1
2

Popularność




David Wallace-Wells Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu Tytuł oryginału The Uninhabitable Earth. Life After Warming ISBN Copyright © 2019 by David Wallace-Wells All rights throughout the world are reserved to Proprietor Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019All rights reserved Redakcja Jolanta Kusiak-Kościelska Korekta Paulina Jeske-Choińska Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Risie, Rocce oraz mojej Mamie i Tacie

I. Kaskady

Jest gorzej, o wiele gorzej, niż wam się zdaje. Powolne tempo zmian klimatu to bajka, być może tak samo szkod­liwa, jak przekonanie, że nie zachodzą one w ogóle, podawana wraz z kilkoma innymi w ramach antologii wygodnych złudzeń: że globalne ocieplenie to dramat arktyczny, rozgrywający się daleko stąd; że chodzi tylko o poziom morza i wybrzeża, czyli że nie jest to wszechogarniający kryzys, nieomijający żadnego miejsca i niepozostawiający nietkniętą żadnej formy życia; że dotyczy „świata przyrody”, a nie ludzi; że oba te światy są osobne, bo dzisiaj żyjemy sobie na zewnątrz przyrody, w jakimś sensie poza nią, a przynajmniej przed nią zabezpieczeni, a nie na zawsze w jej obrębie i dosłownie przez nią przygniatani; że bogactwo może osłonić przed szalejącym ociepleniem; że spalanie kopalin jest ceną trwałego wzrostu gospodarczego; że wzrost ten i wytwarzana dzięki niemu technologia z pewnością utorują drogę wyjścia z katastrofy ekologicznej; że w długich dziejach człowieka istnieje jakaś analogia do skali czy zasięgu tego zagrożenia, dzięki czemu możemy śmiało spojrzeć mu w oczy. Ziemia była jak dotąd świadkiem pięciu masowych zagład1, z których każda była tak całkowitym wymazaniem zapisu kopalnego, że stanowiła coś w rodzaju ewolucyjnego resetu: drzewo filogenetyczne naszej planety co pewien czas rozszerzało się i kurczyło jak płuco — śmierć osiemdziesięciu sześciu procent wszystkich gatunków2czterysta pięćdziesiąt milionów lat temu; siedemdziesiąt milionów lat później siedemdziesięciu pięciu procent; po stu dwudziestu pięciu milionach lat dziewięćdziesięciu sześciu procent; pięćdziesiąt milionów lat później osiemdziesięciu procent; sto trzydzieści milionów lat potem kolejnych siedemdziesięciu pięciu procent. Prawdopodobnie czytaliście w podręcznikach do liceum, że katastrofy te były skutkami działania asteroid. Tak naprawdę wszystkie poza tą3, po której wymarły dinozaury, wiązały się ze zmianami klimatu i wytworzeniem gazów cieplarnianych. Najstraszniejsza zdarzyła się dwieście pięćdziesiąt milionów lat temu. Początkowo dwutlenek węgla rozgrzał planetę o pięć stopni Celsjusza4, potem ocieplenie spowodowało wydzielanie metanu, jeszcze jednego gazu cieplarnianego, a w końcu na Ziemi pozostała zaledwie resztka życia. W tej chwili znacznie szybciej zwiększamy ilość dwutlenku węgla w atmosferze. Szacuje się, że co najmniej dziesięciokrotnie5. Sto razy prędzej niż przed uprzemysłowieniem6. I w atmosferze znajduje się obecnie o jedną trzecią więcej dwutlenku węgla niż w ciągu ostatnich ośmiuset tysięcy7, może nawet piętnastu milionów lat8. Wtedy nie było ludzi. Oceany sięgały ponad sto stóp [30 m — przyp. red.] wyżej9.

Wielu uważa globalne ocieplenie za coś w rodzaju moralnego i gospodarczego długu, który narastał od początku rewolucji przemysłowej, a który teraz trzeba spłacić. Tak się składa, że ponad połowa dwutlenku węgla10 wydalonego do atmosfery wskutek spalania kopalnych paliw została wyemitowana w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Co oznacza, że od chwili wydania pierwszej książki Ala Gore’a [Earth in the Balance (1992); polskie tłum. Ziemia na krawędzi (1996) — przyp. red.] o klimacie zaszkodziliśmy planecie i jej zdolności do podtrzymywania życia i cywilizacji bardziej niż we wszystkich poprzednich stuleciach, ba, tysiącleciach. Organizacja Narodów Zjednoczonych ustaliła ramy zmian klimatycznych w 1992 roku, stanowczo przedstawiając światu consensus świata nauki; znaczy to, że wyrządziliśmy tyle samo spustoszenia świadomie, co działając bezwiednie. Globalne ocieplenie może robić wrażenie długiego moralitetu, który trwa kilkaset lat i kończy się starotestamentową zemstą na prapraprawnukach winowajców, bowiem spalanie węgla w osiemnastowiecznej Anglii stało się lontem, jaki spowodował całą późniejszą eksplozję. Ale to tylko bajka o historycznych zbrodniach, uniewinniająca żyjących dzisiaj — niesłusznie. Większość tego spalania miała miejsce po premierze Kronik Seinfelda [ang. Seinfeld — amerykański sitcom emitowany od 5 lipca 1989 roku w stacji NBC — przyp. red.]. Około osiemdziesiąt pięć procent11 od końca drugiej wojny światowej. Samobójcza misja świata uprzemysłowionego toczy się w czasie jednego ludzkiego życia — nasza planeta przechodzi ze stanu pozornej stabilności nad krawędź katastrofy w okresie między chrztem czy bar micwą a pogrzebem.

Wiemy, jakie to było życie. Gdy w roku 1938 rodził się mój ojciec — wieści o Pearl Harbor i produkowane na przemysłową skalę propagandowe filmy należały do jego pierwszych wspomnień — klimat prawie wszystkim wydawał się stały. Naukowcy od kilkudziesięciu lat wiedzieli12, w jaki sposób dwutlenek węgla wydzielany przez palące się drewno, węgiel i ropę naftową może zmienić Ziemię w cieplarnię i wytrącić ją ze stanu równowagi. Ale jeszcze nie do końca, nie całkiem zrozumieli skutki, wskutek czego ocieplenie sprawiało wrażenie nie tyle stwierdzonego faktu, co mrocznej przepowiedni, która miała wypełnić się dopiero w odległej przyszłości — albo wcale. Gdy mój ojciec umierał, w 2016 roku, kilka tygodni po zawarciu desperackiego porozumienia paryskiego, klimat zbliżał się ku katastrofie, przekraczając próg stężenia dwutlenku węgla13 — czterysta części na milion w ziemskiej atmosferze, by użyć upiornie banalnego języka klimatologów — który od lat stanowił jaskrawoczerwoną linię, jaką ekolodzy malowali przed rozszalałym przemysłem, napominając: „Nie przechodzić”. Rzecz jasna nikt się nie zatrzymał: ledwie dwa lata później dotarliśmy do średniej miesięcznej wartości czterysta jedenaście14, a poczucie winy przesyca powietrze tak samo, jak dwutlenek węgla, choć wolimy nie dopuszczać do świadomości, że nim oddychamy.

To jedno życie jest także życiem mojej matki. Urodziła się w 1945 roku w rodzinie niemieckich Żydów, uciekających przed komorami gazowymi, w których palono ich krewnych, a teraz cieszy się siedemdziesiątym trzecim rokiem życia w raju amerykańskiej konsumpcji, raju żywionym przez fabryki świata rozwijającego się, który, również w czasie życia jednego pokolenia, dzięki produkcji dostał się do globalnej klasy średniej, zaznając wszystkich pokus i opartych na paliwach kopalnych przywilejów, jakie towarzyszą takiemu awansowi: elektryczności, samochodów, latania, czerwonego mięsa. Przez pięćdziesiąt osiem lat paliła papierosy bez filtra, które teraz zamawia całymi kartonami z Chin.

Jest to także czas życia wielu spośród naukowców, którzy pierwsi zwracali uwagę społeczeństwa na zmianę klimatu. Trudno uwierzyć, ale część z nich jest ciągle aktywna — w takim tempie dotarliśmy do tego cypla. Niektórzy z nich prowadzili nawet pierwsze badania za fundusze z Exxon, firmy pozywanej obecnie w szeregu spraw sądowych w poszukiwaniu winnych nieustającego narastania emisji, które, jeżeli nie zmieni się stosunek do paliw kopalnych, mogą do końca stulecia zmienić całe połacie Ziemi w obszary właściwie nie do zamieszkania przez ludzi. Taka jest droga, którą radośnie mkniemy dalej, kończąca się ponad czterostopniowym ociepleniem15 przed rokiem 2100. Są tacy, którzy przewidują, że w ten sposób całe rejony Afryki, Australii i Stanów Zjednoczonych, część Ameryki Południowej na północ od Patagonii i Azja na południe od Syberii nie będą nadawały się do mieszkania16 wskutek bezpośredniego działania ciepła, pustynnienia i powodzi. Z całą pewnością stałyby się bardzo niegościnne, podobnie jak wiele innych obszarów. To nasza droga, nasz punkt wyjścia. Skoro nasza planeta znalazła się na skraju klimatycznej katastrofy w czasie jednego pokolenia, oznacza to, że obowiązek jej uniknięcia spoczywa także na jednym pokoleniu. Wszyscy wiemy, które to pokolenie. Nasze.

Nie jestem ekologiem, nie uważam się nawet za przyrodnika. Całe życie mieszkałem w miastach, korzystając z gadżetów tworzonych przez przemysłowe łańcuchy dostaw, nad którymi się nie zastanawiam. Nigdy nie spałem pod namiotem, przynajmniej nie dobrowolnie. Co prawda zawsze uważałem, że czysta woda i czyste powietrze to dobry pomysł, jednocześnie zawsze godziłem się z myślą o istnieniu kompromisu pomiędzy wzrostem gospodarczym a kosztem dla przyrody, i w większości przypadków opowiedziałbym się raczej za wzrostem. Nie zabieram się do osobistego zabicia krowy, żeby zjeść hamburgera, ale nie mam także zamiaru przejść na weganizm. Myślę sobie zazwyczaj, że jak już znalazłem się na szczycie łańcucha pokarmowego, to mogę się tym spokojnie chełpić, bo nie mam kłopotu z przeprowadzeniem moralnej granicy pomiędzy nami a innymi zwierzętami. Co więcej, uważam za obraźliwe dla kobiet i kolorowych, że zaczyna się raptem mówić o objęciu podobną do praw człowieka ochroną szympansów, małp człekokształtnych i ośmiornic zaledwie jedno, dwa pokolenia po przełamaniu monopolu białego mężczyzny na posiadanie osobowości prawnej. Pod tym względem jestem taki, jak wielu innych Amerykanów, żyjących w okropnym samozadowoleniu i świadomym złudzeniu na temat zmiany klimatu, która jest nie tylko największym zagrożeniem w dziejach życia człowieka na Ziemi, ale też zagrożeniem zupełnie innej kategorii i skali. Bo chodzi tu o samo życie.

Przed kilku laty zacząłem zbierać opowieści o zmianie klimatu, często przerażające, fascynujące i niesamowite, przypominające bajki: o grupie polarników17 uwięzionych przez topniejący lód w ośrodku na wyspie zamieszkałej również przez grupę niedźwiedzi polarnych; o małym Rosjaninie zabitym przez wąglik18 wydzielany przez tające zwłoki renifera, przez wiele dziesiątków lat tkwiące w wiecznej zmarzlinie. Początkowo miałem wrażenie, że powstaje nowy gatunek alegorii. Ale zmiana klimatu to oczywiście żadna alegoria.

Poczynając od roku 2011, około miliona uchodźców z Syrii19 napłynęło do Europy wskutek wojny domowej, na której efekty nałożyły się zmiana klimatu i susza. „Moment populistyczny”, przez który przechodzi teraz cały Zachód, jest w znacznym stopniu efektem paniki wywołanej nagłym pojawieniem się tych migrantów. Prawdopodobne zalanie Bangladeszu20 grozi powstaniem co najmniej dziesięciokrotnie większej fali uchodźców, których przyjmie świat jeszcze bardziej zdestabilizowany przez chaos klimatyczny i pewnie tym mniej na nich gotowy, gdyż są ciemnego koloru skóry. Do tego dojdą uchodźcy z Afryki Subsaharyjskiej, Ameryki Łacińskiej i całej reszty Południowej Azji — według szacunków Banku Światowego do 2050 roku będzie ich sto czterdzieści milionów21, czyli ponad stokrotnie więcej niż w trakcie syryjskiego „kryzysu” Europy22.

Prognozy ONZ są bardziej pesymistyczne23: dwieście milionów uchodźców klimatycznych do 2050 roku. Dwieście milionów ludzi żyło24 na świecie w okresie rozkwitu Cesarstwa Rzymskiego. Spróbujmy sobie wyobrazić, że każdy mieszkaniec Ziemi był wówczas pozbawiony domu i musiał błąkać się przez wrogie terytoria w poszukiwaniu nowego. Zdaniem ONZ w ciągu najbliższych trzydziestu lat może spotkać nas coś o wiele gorszego: „co najmniej miliard bezbronnych biedaków25, którym pozostaje tylko walczyć albo uciekać”. Co najmniej miliard. Tyle wynosiła ludność świata zaledwie w 1820 roku, kiedy w najlepsze trwała już rewolucja przemysłowa. Co sugeruje, że lepiej może myśleć o historii nie jak o celowym pochodzie lat po osi czasu, tylko jak o pęczniejącym balonie wzrostu populacji i ludzkości, rozprzestrzeniającej się po planecie, aż do momentu niemal całkowitego jej zaludnienia. Błyskawiczne zwiększenie emisji dwutlenku węgla w ostatnim pokoleniu częściowo tłumaczy również wrażenie, iż historia gna przed siebie w coraz szybszym tempie, że wszędzie, co roku, wręcz codziennie, dzieje się tyle więcej: jest to po prostu skutek istnienia takiej liczby ludzi. Podobno piętnaście procent całego ludzkiego doświadczenia26 w dziejach jest udziałem ludzi żyjących teraz, z których każdy zostawia na Ziemi ślad węglowy.

Takie liczby są szacunkami maksymalnymi, opracowanymi przed laty przez grupy badawcze mające na celu zwrócenie uwagi na konkretne sprawy czy problemy; liczby faktyczne będą niemal na pewno niższe, a naukowcy ufają przewidywaniom wyrażanym w raczej dziesiątkach niż w setkach milionów. Ale to, że te większe liczby mieszczą się w górnych przedziałach możliwości, nie powinno wprawiać nas w samozadowolenie. Bagatelizowanie najgorszych możliwości utrudnia myślenie o skutkach bardziej prawdopodobnych, które zaczynamy uważać za skrajne scenariusze, przed którymi nie trzeba się tak skrupulatnie zabezpieczać. Szacunki przesadzone zakreślają granice tego, co może się zdarzyć, co jest prawdopodobne. Całkiem zresztą możliwe, że okażą się trafniejsze, skoro w ciągu półwiecza klimatycznego niepokoju, które już za nami, optymiści nie mieli ani razu racji.

Folder z opowieściami o klimacie pęczniał, ale bardzo nieliczne z tych informacji, nawet opartych na nowych badaniach, ogłaszanych w najbardziej renomowanych czasopismach naukowych, można było znaleźć w relacjach ze zmiany klimatu, które ludzie widzieli w telewizji bądź czytali w gazetach. Była tam oczywiście mowa o zmianie klimatu, nawet z nutką niepokoju. Za to dyskusja o możliwych skutkach sprowadzała się w zasadzie do zmienności poziomu morza. Co gorsza, relacje te były mimo wszystko optymistyczne. Jeszcze w 1997, gdy podpisywano przełomowy Protokół z Kioto, dwa stopnie Celsjusza globalnego ocieplenia uważano za próg katastrofy: zalane miasta, paraliżujące susze i fale upałów, codzienne huragany i monsuny, które nazywaliśmy kiedyś „klęskami żywiołowymi”, ale które staną się wkrótce po prostu zwykłą „złą pogodą”. Niedawno minister spraw zagranicznych Wysp Marshalla określił ocieplenie na takim poziomie innym mianem, „ludobójstwa”27.

Prawie nie istnieje szansa uniknięcia takiego rozwoju wypadków. Protokół z Kioto właściwie niczego nie zmienił: w ciągu dwudziestu lat od jego uchwalenia, pomimo wsparcia sprawy klimatu, coraz bardziej zielonego ustawodawstwa i energii, wyemitowaliśmy więcej niż przez dwadzieścia lat poprzednich. Porozumienie paryskie w 2016 roku ustaliło dwa stopnie jako cel globalny, a sądząc z gazet, ocieplenie takiego rzędu przypomina najokropniejszy scenariusz, jaki może pomieścić się w głowach ludzi rozsądnych. Ledwie po kilku latach, gdy żadne z państw uprzemysłowionych nie zbliża się nawet do celu paryskiego, dwa stopnie jawią się jako najlepszy możliwy wynik. Dalej zaczyna się cały normalny rozkład okropniejszych ewentualności28, delikatnie skrywanych przed opinią publiczną.

Ludziom opowiadającym o klimacie jakoś nie wypada brać pod uwagę tego rodzaju okropieństw i faktu, że zmarnowaliśmy szansę znalezienia się w lepszej połowie rozkładu prawdopodobieństwa. Powody są niezliczone i tak nieprzemyślane, że lepiej byłoby nazwać je impulsami. Być może nie chcemy mówić o świecie cieplejszym o ponad dwa stopnie z poczucia przyzwoitości lub zwyczajnego strachu, bądź lęku przed sianiem paniki; albo technokratycznej wiary, która jest w gruncie rzeczy wiarą w rynek; albo ze względów na interesy naszego stronnictwa; lub sceptycznego nastawienia wobec ekologicznej lewicy, które było mi zawsze bliskie; albo z braku zainteresowania losami odległych ekosystemów, także znanego mi od zawsze. Dezorientowała nas nauka, jej liczne fachowe terminy i trudne do ogarnięcia liczby, a także przeczucie, że innych też wszystko to może dezorientować.

Powoli pojmowaliśmy tempo zmian, po cichu liczyliśmy na odpowiedzialność globalnych elit i instytucji albo ślepo im wierzyliśmy, niezależnie od tego, co o nich myśleliśmy. Być może nie byliśmy w stanie uwierzyć co straszniejszym prognozom, bo dopiero niedawno usłyszeliśmy o ociepleniu, a sytuacja nie mogła pogorszyć się aż tak bardzo od pierwszej Niewygodnej prawdy [oryg. An Inconvient Truth — amerykański serial dokumentalny o zmianach klimatycznych na Ziemi z 2006 roku — przyp. red.];albo lubiliśmy samochody i wołowinę, i w ogóle swój sposób życia, nad którym woleliśmy się za bardzo nie zastanawiać; a może czuliśmy się tak „poprzemysłowi”, że nie wierzyliśmy, że ciągle korzystamy z wyziewów kopalnych paliw. Możliwie, że jak wybitni socjopaci lepiliśmy ze złych wieści coraz bogatszy i coraz okropniejszy obraz tego, co uchodziło za „normalne”, albo że gdy patrzyliśmy za okno, wszystko wyglądało w porządku. Bo nudziło nam się pisanie i czytanie bez przerwy o tym samym, a klimat był tak globalny i przez to nieplemienny, że kojarzył się tylko z najsmętniejszą polityką. Jeszcze nie do końca rozumieliśmy, jak bardzo zniszczy nasze życie. Jak egoistom było nam wszystko jedno, czy niszczymy planetę ludziom mieszkającym w innych jej częściach i tym jeszcze nienarodzonym, którzy ze wściekłością ją po nas odziedziczą. Ponieważ zbyt mocno wierzyliśmy w teleologiczny bieg historii i strzałę postępu, by dopuścić do siebie myśl, iż łuk dziejów wygnie się w stronę czegoś innego niż ekologiczna sprawiedliwość. Bo gdy byliśmy z sobą tak naprawdę szczerzy, uznaliśmy już świat za wyścig po zasoby o sumie zerowej, w którym niezależnie od rozwoju wypadków będziemy nadal względnymi zwycięzcami, a to dzięki klasowym przywilejom i szczęściu, jakie dopisało nam w urodzeniowej loterii. Może za bardzo drżeliśmy o własną pracę i zawód, by martwić się o przyszłość pracy w ogóle; albo być może za bardzo baliśmy się robotów albo zanadto pochłonęło nas wpatrywanie się w nowe telefony. A może — pomimo łatwości apokaliptycznych odruchów naszej kultury i wpadania w popłoch w polityce — tak naprawdę skłanialiśmy się tylko ku dobrym wieściom. Zresztą, kto wie: klimatyczny kalejdoskop ma tak wiele odsłon, które zmieniają intuicję na temat spustoszenia środowiska w niepokojące samozadowolenie, że trudno objąć cały obraz niszczenia klimatu. Po prostu nie chcieliśmy lub nie mogliśmy spojrzeć w twarz naukowym faktom — a przynajmniej tego nie robiliśmy.

To nie jest książka o naukowych podstawach ocieplenia; dotyczy ona jego skutków dla naszego sposobu życia na tej plancie. Co mówi nauka? Badania te są skomplikowane, ponieważ zasadzają się na dwóch warstwach niepewności: co do przyszłego postępowania ludzi, przede wszystkim w związku z emitowaniem gazów cieplarnianych, i jak zareaguje klimat, zarówno się ocieplając, jak i przekazując nam rozmaite, bardziej złożone, a czasem nawet sprzeczne informacje zwrotne. Jednak mimo tych stref niepewności wnioski z badań są bardzo jasne, wręcz przerażająco jasne. Intergovernmental Panel on Climat Change (IPCC) przy Organizacji Narodów Zjednoczonych przedstawia wzorcowe oceny stanu naszej planety i prawdopodobnej trajektorii zmian klimatycznych — wzorcowe między innymi dlatego, że zajmuje stanowisko konserwatywne, uwzględniające jedynie nowe badania, które nie budzą już żadnych wątpliwości. Nowy raport ma pojawić się w roku 2022, ale w ostatnim stwierdza się, że jeśli szybko przedsiębierzemy coś w związku z emisjami, natychmiast wprowadzając w życie wszystkie zobowiązania złożone w Paryżu, a jeszcze nigdzie niewdrożone, prawdopodobnie czeka nas około trzy koma dwa stopnia ocieplenia29, to znaczy trzy razy więcej niż od początku industrializacji. To spowoduje niewyobrażalne i natychmiastowe zniszczenia lądolodów naszej planety30. W efekcie woda zalałaby31 nie tylko Miami i Dhakę, ale Szanghaj, Hongkong i setkę innych miast na całym świecie. Zakłada się, że ta katastrofa zaczęłaby się wraz z przekroczeniem dwóch stopni; według kilku niedawno opublikowanych badań32 nawet błyskawiczne zaprzestanie emisji dwutlenku węgla może do końca stulecia przynieść ocieplenie na taką skalę.

Lawina zmian klimatu nie kończy się z rokiem 2100 tylko dlatego, że większość modeli zwyczajowo urywa się na tym punkcie. Dlatego część badaczy globalnego ocieplenia nazywa kolejne sto lat „wiekiem piekielnym”33. Zmiana klimatu zachodzi szybko, o wiele szybciej, niż jesteśmy się w stanie zorientować; ale trwa również długo, tak długo, że przekracza to zasięg naszej wyobraźni.

W literaturze na temat ocieplenia częste są analogie z dziejów naszej planety. „Kiedy ostatnio na Ziemi było o tyle cieplej — brzmi rozumowanie — morze osiągnęło taki poziom”... Poziom morza był taki, a nie inny, ponieważ było o tyle cieplej, a dane geologiczne stanowią najlepszy znany nam model służący zrozumieniu bardzo złożonego układu klimatycznego i zmierzeniu skali szkód, jakie wynikną ze zwiększenia temperatury o dwa, cztery albo sześć stopni. Tym bardziej niepokoi, że ostatnie badania prehistorii naszej planety sugerują, iż aktualne modele klimatu mogą nawet o połowę zaniżać ilość ocieplenia34, jaka czeka nas do roku 2100. Innymi słowy, w ostatecznym rozrachunku temperatury mogą wzrosnąć nawet dwukrotnie bardziej, niż przewiduje IPCC. Po osiągnięciu paryskich poziomów emisji może czekać nas ocieplenie o cztery stopnie, co oznaczałoby zieloną Saharę i przemianę lasów tropikalnych w będącą domeną ognia sawannę35. W jednym z artykułów autorzy sugerują nawet, że ocieplenie może być jeszcze bardziej dramatyczne. Obniżenie emisji i tak może skończyć się wzrostem o cztery, pięć stopni, co ich zdaniem poważnie zagroziłoby możliwości mieszkania na całej planecie. Nazwali to „szklarnią na Ziemi”36.

Liczby te są tak małe, że mamy tendencję do ich bagatelizowania: jeden, dwa, cztery, pięć. Pamięć i doświadczenie nie uczą, jak powinniśmy wyobrażać sobie te progi, chociaż — podobnie jak w przypadku światowych wojen czy nawrotów raka — nie chcemy oglądać nawet jednego stopnia. Przy dwóch zacznie się rozpad lądolodów37, kolejne czterysta milionów ludzi38 dotknie niedobór wody, w większych miastach strefy równikowej nie będzie można żyć. Fale upałów na północnych szerokościach geograficznych będą co roku latem przynosić tysiące ofiar. Liczba skrajnych fal upałów w Indiach wzrośnie trzydzieści dwa razy39, a każda będzie pięciokrotnie dłuższa i dotknie dziewięćdziesięciotrzykrotnie większej liczby osób. Przy trzech stopniach na południu Europy zapanuje nieustająca susza, przeciętna susza w Ameryce Środkowej trwać będzie dziewiętnaście miesięcy, a na Karaibach trzydzieści jeden miesięcy dłużej. W północnej Afryce trwałaby sześćdziesiąt miesięcy dłużej, czyli pięć lat. Spalony co roku obszar w pożarach traw i lasów nad Morzem Śródziemnym podwoiłby się, a w Stanach Zjednoczonych byłby co najmniej sześciokrotnie większy. Przy czterech stopniach liczba corocznych zachorowań na dengę w samej Ameryce Łacińskiej wzrosłaby o osiem milionów40, osiągając poziom podobny do żniwa globalnych kryzysów żywnościowych. Byłoby dziewięć procent więcej zgonów związanych z upałami41. Zakres szkód powodziowych w Bangladeszu zwiększyłby się trzydziestokrotnie, w Indiach dwudziestokrotnie, a w Zjednoczonym Królestwie być może nawet sześćdziesięciokrotnie. Mogłoby dochodzić do sześciu różnych klęsk żywiołowych o podłożu klimatycznym jednocześnie, ich straty mogłyby przekroczyć sześćset trylionów dolarów — dwukrotność aktualnej wartości majątku na całym świecie. Dochodziłoby do dwa razy większej liczby wojen i konfliktów.

Nawet jeżeli uda się skończyć z ociepleniem poniżej dwóch stopni w roku 2100, będziemy mieli atmosferę, która zawiera pięćset części na milion dwutlenku węgla, a może więcej. Kiedy doszło do tego ostatnim razem42, przed szesnastoma milionami lat, na naszej planecie nie było o dwa stopnie, tylko od pięciu do ośmiu stopni cieplej, wskutek czego poziom morza podniósł się o około sto trzydzieści stóp [40 m — przyp. red.], co oznaczałoby, że linia wybrzeża USA przesunęłaby się na zachód aż do autostrady I-95. Część tych procesów zachodzi na przestrzeni tysięcy lat, lecz są nieodwracalne, czyli w zasadzie trwałe. Można by mieć nadzieję na proste odwrócenie zmian klimatu, ale to niemożliwe. One wyprzedzą nas wszystkich.

Zmiana klimatu jest jednym ze zjawisk, które teoretyk Timothy Morton nazywa „hiperobiektami”43 — faktami konceptualnymi tak wielkimi, że nie sposób ich porządnie pojąć, podobnie jak Internetu. Wiele cech zmiany klimatu — jej wielkość, zakres, brutalność — spełnia te kryteria. Razem wzięte, stawiają ją może w jeszcze wyższej i mniej zrozumiałej kategorii poznawczej. Ale to chyba czas najbardziej wymyka się rozumieniu: najgorsze konsekwencje dotrą do nas po tak długim okresie, że odruchowo lekceważymy ich realność.

A przecież to te konsekwencje kpić będą z nas i naszego poczucia rzeczywistości. Ekologiczne dramaty, które uruchomiliśmy wykorzystaniem gruntów i paliw kopalnych — przez pierwsze stulecie dość powolne, bardzo szybkie przez kilkadziesiąt lat — będą rozgrywać się przez całe tysiąclecia, ba, przez okres dłuższy niż istnienie ludzkości. Aktorami w nich będą po części stworzenia i środowiska, których jeszcze nie znamy, a które na scenę świata wypchnie ocieplenie. Tak więc, kierowani poznawczym wygodnictwem, postanowiliśmy rozpatrywać zmianę klimatu tylko w obrębie bieżącego stulecia. Według ONZ do 2100 roku czeka nas ocieplenie o około cztery i pół stopnia44 przy utrzymaniu obecnych trendów. Czyli oddalimy się od drogi paryskiej bardziej, niż ona sama oddalona jest od dwustopniowego progu katastrofy.

Jak zauważyła Naomi Oreskes45, nasze modele zawierają zbyt dużo niepewności, żeby oparte na nich przewidywania traktować jak świętą prawdę. Z samego wielokrotnego ich odtwarzania46, jak to czynią Gernot Wagner i Martin Weitzman w książce Climate Shock, wynika jedenastoprocentowa szansa przekroczenia sześciu stopni. W swoich ostatnich pracach laureat Nagrody Nobla William Nordhaus47 zaznacza, że szybszy od przewidywanego wzrost gospodarczy równa się ponad trzydziestoprocentowemu prawdopodobieństwu emisji wyższych niż według ONZ-owskiego najgorszego możliwego scenariusza „rutynowego”. A to oznacza wzrost temperatury o co najmniej pięć stopni.

Na górnym krańcu rozkładu prawdopodobieństwa zdarzeń w ramach stworzonego przez ONZ scenariusza rutynowego — przy najgorszym możliwym wyniku najgorszego trendu emisji — na koniec wieku dochodzimy do ośmiu stopni. Przy takiej temperaturze ludzie w strefie równikowej48 i zwrotnikowej nie przeżyliby pod gołym niebem.

W takim świecie, o osiem stopni cieplejszym, bezpośrednie skutki gorąca byłyby najmniejszym zmartwieniem: oceany podniosłyby się w końcu o dwieście stóp [prawie 61 m — przyp. red.]49, zalewając dwie trzecie największych obecnie miast na świecie50; na Ziemi nie pozostałyby właściwie grunty51 zdolne do efektywnej produkcji znanego nam dzisiaj pożywienia; przez lasy przetaczałyby się pożary, na wybrzeża spadałyby coraz gwałtowniejsze huragany; duszny kaptur tropikalnych chorób posunąłby się na północ52 i nakrył część Ziemi zwaną dziś Arktyką; prawdopodobnie na jednej trzeciej naszej planety nie dałoby się mieszkać ze względu na bezpośrednie działanie słońca; a to, co dzisiaj jest nieznośnymi suszami i falami upałów dosłownie bez precedensu, stałoby się codziennością tego, co pozostałoby z ludzkości.

Niemal na pewno nie dojdzie do ocieplenia o osiem stopni; kilku autorów zwracało niedawno uwagę, że klimat jest tak naprawdę mniej czuły na emisje53, niż nam się wydawało, i nawet idąc górnym poboczem drogi rutynowej, doszlibyśmy w okolice pięciu stopni, a najprawdopodobniej do około czterech. Ale pięć stopni nie mieści się w głowie tak samo, jak osiem, a cztery też wygląda niewiele lepiej: na całym świecie nieustanny niedobór żywności54, w Alpach sucho jak w górach Atlas.

Scenariusz ten od znanego nam dziś świata oddziela tylko otwarta kwestia ludzkiej reakcji. Pewien zakres dalszego ocieplenia jest już nieunikniony, a to dzięki rozciągniętym w czasie procesom przystosowywania się naszej planety do gazów cieplarnianych. Ale wszystkie z możliwych dróg — do dwóch, trzech, czterech, pięciu, nawet ośmiu stopni — zostaną przede wszystkim wytyczone przez nasze obecne wybory. Przed czterema stopniami uratować nas może tylko własna wola zmiany postępowania, której na razie jakoś nie okazujemy. Ze względu na wielkość i ekologiczne zróżnicowanie Ziemi; ponieważ ludzie udowodnili, że są gatunkiem zdolnym do adaptacji, a zdolność ta przyda się przy eliminowaniu śmiertelnego zagrożenia; jako że druzgocące skutki ocieplenia niebawem staną się zbyt skrajne, by można je dalej ignorować albo im zaprzeczać, o ile jeszcze się takie nie stały. Ze wszystkich tych powodów zmiana klimatu raczej nie przekształci naszej planety w miejsce zupełnie nie do życia. Ale jeśli nie zrobimy niczego z emisjami dwutlenku węgla, jeśli przez kolejne trzydzieści lat działalność przemysłowa będzie narastać tak samo, jak przez ostatnie trzy dekady, w wielu regionach już pod koniec stulecia nie da się żyć na dzisiejszym poziomie.

Kilka lat temu E. O. Wilson wysunął określenie „pół Ziemi”55, które ma nam pomóc w obmyślaniu sposobów na przystosowanie się do zmian klimatu, pozostawieniu przyrodzie połowy planety, gdzie mogłaby dochodzić do siebie, i zamknięciu ludzkości na drugiej, nadającej się do życia połowie. Część zdatna do życia może okazać się mniejsza, i to bardzo, i nie z naszego wyboru. Książka nosi podtytuł Walka naszej planety o życie. W dłuższej perspektywie czasowej możliwe są jeszcze bardziej ponure skutki: zmrok nad planetą, na której dogasa ludzkie życie.

Dotarcie do takiego stanu zerowego Ziemi w ciągu naszego życia wymagałoby niesamowitego zbiegu złych okoliczności i pecha. Ale to, że możemy w ogóle rozważać taką koszmarną ewentualność, jest chyba centralnym kulturowym i historycznym faktem epoki nowoczesnej i prawdopodobnym obiektem badań historyków przyszłości, na którym niedostatecznie koncentrowały się mało przewidujące pokolenia przed nami. Niezależnie od tego, w jaki sposób spróbujemy zatrzymać ocieplenie i jak agresywnie zechcemy chronić się przed jego konsekwencjami, mierzymy się z perspektywą zniszczenia życia człowieka na Ziemi na tyle bliską, że widać dokładnie, jak by to wyglądało, i dość dokładnie wiadomo, co wynikłoby z tego dla naszych dzieci i wnuków. Perspektywą tak bliską, że sami zaczynamy odczuwać skutki, gdy tylko nie odwracamy wzroku.

Aż trudno uwierzyć, jak dużo i jak szybko się stało. Pod koniec lata 2017 roku na Atlantyku powstały jednocześnie trzy duże huragany56, początkowo sunąc jednym szlakiem jak bataliony maszerującej armii. Huragan Harvey sprowadził na Houston epickie opady deszczu, które opisywano jako „zdarzenie jedno na pięćset tysiącleci”57, czyli że na danym obszarze można spodziewać się podobnej ilości deszczu raz na pięćset tysięcy lat.

Wyrobieni konsumenci ekologicznych nowin przekonali się już, jak zmiana klimatu pozbawiła znaczenia tego rodzaju terminy opisujące burze, których prawdopodobieństwo w danym roku wynosi jeden na pięćset tysięcy. Ale liczby pomagają w uświadomieniu sobie, jak bardzo wskutek globalnego ocieplenia oddaliliśmy się od klęsk żywiołowych znanych naszym dziadkom. Biorąc dla przykładu zwyczajniejszą liczbę pięciuset lat, oznaczałaby ona nawałnicę, która zdarzyła się tylko raz w całych dziejach Imperium Rzymskiego. Pięćset lat temu po drugiej stronie Atlantyku nie istniały osady angielskie, mowa zatem o burzy, która powinna uderzyć jeden, jedyny raz w czasie, w ciągu którego Europejczycy założyli kolonie, koloniści walczyli w rewolucji, Amerykanie zaś w wojnie domowej i dwóch wojnach światowych, ich potomkowie stworzyli imperium bawełniane dzięki pracy niewolników, których uwolnili, by następnie sprowadzić ich potomków do rangi zwierząt, przeszli fazę uprzemysłowienia i postindustrializacji, triumfowali w zimnej wojnie, obwieścili „koniec historii” i ledwie dekadę później byli świadkami jej dramatycznego powrotu. Dane meteorologiczne nauczyły nas spodziewać się tylko jednej burzy przez cały ten czas. Tylko jednej. Harvey był trzecim tego typu sztormem w Houston od 2015 roku58.

O tej samej porze huragan znad Atlantyku natarł na Irlandię59, czterdzieści pięć milionów osób straciło domy wskutek powodzi w południowej Azji60, a bezprecedensowe pożary obróciły duże połacie Kalifornii w popiół. Potem pojawił się codzienny koszmar nowej kategorii — zmiana klimatu przyniosła coś niegdyś niewyobrażalnego: nieokreślone klęski żywiołowe na taką skalę, że kiedyś przez wieki mówiłoby się o nich w opowieściach ludowych, natomiast dzisiaj przechodzą właściwie niezauważone, przeoczone bądź zapomniane. Pierwszy z brzegu przykład: w 2016 „powódź tysiąclecia”61 zalała niewielkie Ellicott City w Marylandzie; dwa lata później w tym samym miasteczku doszło do kolejnej powodzi. W jednym tygodniu latem 2018 roku rekordowe fale upałów62 wystąpiły w dziesiątkach miejsc na całym świecie, od Denver po Burlington i Ottawę; od Glasgow po Shannon i Belfast; od Tbilisi w Gruzji i Erewania w Armenii do całych połaci południowej Rosji. Miesiąc wcześniej temperatura za dnia w jednym mieście w Omanie przekroczyła 121 stopni Fahrenheita [prawie 49,5 st. C — przyp. red.], by nocą nie spaść poniżej 108 [42,2 st. C — przyp. red.], a w Quebecu pięćdziesiąt cztery osoby zmarły wskutek upałów63. W tym samym tygodniu na Zachodzie USA doszło do stu poważnych pożarów traw i lasów64, w tym pożaru w Kalifornii, który w czasie jednego dnia rozprzestrzenił się na teren czterech tysięcy akrów65, i w Kolorado, który wywołał podobną do wulkanicznej, wysoką na trzysta stóp [91 m — przyp. red.] erupcję płomieni66, pochłaniając całe osiedle i przy okazji tworząc nowe pojęcie, „tsunami ogniowe”. Po drugiej stronie Ziemi ulewy na miarę potopu zalały Japonię, gdzie z domów ewakuowano milion dwieście tysięcy ludzi67. Jeszcze tego samego lata tajfun Mangkhut wymusił ewakuację dwóch milionów czterystu pięćdziesięciu tysięcy ludzi w Chinach68. W tym samym tygodniu huragan Florence spadł na obydwie Karoliny, na krótko zmieniając portowe miasto Wilmington w wyspę69, zalewając duże obszary stanu świńskim obornikiem i popiołem70. Po drodze wiatry towarzyszące Florence71 wywołały w całym regionie dziesiątki tornad. W poprzednim miesiącu stan Kerala72 w Indiach doznał najgorszych powodzi od prawie stu lat. W październiku huragan na Pacyfiku zmiótł z powierzchni ziemi East Island na Hawajach73. A w listopadzie, zazwyczaj rozpoczynającym w Kalifornii porę deszczową, zdarzył się tam najgroźniejszy pożar w dziejach stanu, Camp Fire74, który spalił kilkaset mil kwadratowych wokół Chico. Dziesiątki ofiar i znacznie więcej zaginionych w miejscowości o nazwie, nomen omen, Paradise, były jego efektem. Spustoszenie było tak całkowite, że niemal przyćmiło pożar Woolsey, który wybuchł jednocześnie bliżej Los Angeles i spowodował natychmiastową ewakuację stu siedemdziesięciu tysięcy osób.

W obliczu takich serii katastrof łatwo pomyśleć: „Zmiana klimatu już nadeszła”. Jedną z możliwych reakcji na spełnianie się przewidywań jest poczucie, że wchodzimy w nową epokę, w której nic nie jest takie samo. W ten sposób właśnie opisał stan rzeczy w trakcie katastrofalnych pożarów traw i lasów gubernator Kalifornii, Jerry Brown: „nowa normalność”75.

Prawda jest o wiele straszniejsza. Brzmi ona: koniec normalności; pożegnanie z normalnością. Końca dobiegł stan środowiska, w którym ludzkie zwierzę mogło zacząć ewoluować, i z niepewnością, i bez planu sprawdzamy, ile to zwierzę jest w stanie znieść. System klimatu, na którym wyrośliśmy my i wszystko, co nazywamy kulturą i cywilizacją, nie żyje jak nasi rodzice. A system, z którym mamy do czynienia od kilku lat, gotujący naszej planecie coraz to nowe ciosy, zwiastuje ponurą przyszłość. Dokładniej rzecz ujmując, jest efektem niedawnej przeszłości klimatycznej, która już przechodzi do lamusa ekologicznej nostalgii. Nie ma mowy o czymś takim, jak „klęska żywiołowa”. Sytuacja, ściśle rzecz biorąc, już się pogorszyła. Nawet gdyby jakimś cudem ludzie przestali emitować dwutlenek węgla, czekałoby nas jeszcze trochę ocieplenia wytwarzanego przez to, co już wypuściliśmy do atmosfery. A wobec ciągłego wzrostu globalnych emisji, bardzo daleko nam do wyzerowania poziomu dwutlenku węgla, a tym samym do zatrzymania zmiany klimatu. Klęski, które teraz oglądamy, są zapowiedzią przyszłości, w której nie spełnią się najlepsze scenariusze.

Oznacza to, że w ogóle nie może być jeszcze mowy o nowej równowadze, tylko raczej o postąpieniu kroku po desce przerzuconej przez burtę statku pirackiego. Być może z powodu nużącej, fałszywej debaty na temat tego, czy zmiana klimatu jest „rzeczywista”, w wielu z nas zrodziło się błędne wrażenie, że jej skutki są zero-jedynkowe. Ale globalne ocieplenie nie polega na realizacji skrajności. Jest funkcją pogarszającą się w czasie, o ile nadal wytwarzamy gaz cieplarniany. Dlatego życie w klimacie przemienionym przez działalność człowieka nie polega na przejściu pomiędzy dwoma stabilnymi ekosystemami do stanu nieco gorszego ze zdegradowanym klimatem. Konsekwencje będą narastać, w miarę jak nasza planeta będzie się ocieplać: od jednego do niemal pewnych dwóch stopni, a potem jeszcze bardziej. Ostatnie kilka lat pełnych klimatycznych katastrof może wyglądać na szczyt możliwości Ziemi. Tymczasem dopiero wkraczamy do nowego, wspaniałego świata, który rozstępuje się pod naszymi stopami, gdy tylko w nim stajemy.

Wielu spośród tych nowych klęsk towarzyszyła dyskusja o ich przyczynie, o tym, w jakim stopniu ich skutki są efektem tego, co zrobiliśmy z planetą. Dla osób zainteresowanych dokładniejszym zrozumieniem mechanizmu rodzenia się potwornego huraganu ze spokojnego morza tego rodzaju pytania są cenne, ale z praktycznego punktu widzenia debata ta nie posiada żadnego znaczenia ani wartości. Coraz dokładniejsze metody mogą pokazywać, iż siła danego huraganu jest w czterdziestu procentach wynikiem antropogenicznego globalnego ocieplenia, a konkretna susza jest być może dwukrotnie straszniejsza od swojej odpowiedniczki w wieku XVII. Ale zmiana klimatu nie jest konkretną poszlaką, jaką można odnaleźć na miejscu przestępstwa, jednym huraganem, jedną falą upałów, klęską głodu czy wojny. Globalne ocieplenie nie jest sprawcą, tylko spiskiem. Wszyscy żyjemy z klimatem i zmianami, jakie w nim wywołaliśmy, które obejmują nas wszystkich i wszystko, co robimy. Jeżeli huragany o pewnej sile są dziś pięć razy bardziej prawdopodobne niż na Karaibach w erze prekolumbijskiej, na dzielenie włosa na czworo zakrawa zastanawianie się, czy któryś z nich był „spowodowany przez klimat”. Wszystkie huragany powstają dziś w systemach pogodowych, które zniszczyliśmy, przez co huraganów jest więcej i są one silniejsze. To samo dotyczy pożarów traw i lasów: któryś z nich może zostać „wywołany” przez imprezę z grillem czy wywrócony słup elektryczny, ale każdy szerzy się szybciej i trwa dłużej z powodu globalnego ocieplenia, które nie pozwala na przerwy w sezonie pożarowym. Zmiana klimatu nie zachodzi tam i sama, tylko wszędzie i naraz. A jeśli nie postanowimy jej powstrzymać, nie zatrzyma się nigdy.

W ciągu kilku ostatnich dziesiątków lat z dyskursu naukowego do powszechnej wyobraźni przeniknął termin „antropocen” — nazwa ery geologicznej, w której teraz żyjemy, i sygnał, że jest to epoka nowa, określona na ściennej planszy głębokiej historii przez interwencję człowieka. Sęk w tym, iż nazwa ta kojarzy się z podbojem przyrody, nawet z biblijnym „panowaniem”. Ale niezależnie od przekonania, że już spustoszyliśmy świat przyrody, na pewno prawdziwie, czymś zgoła innym jest wzięcie pod uwagę możliwości, że tylko wywołaliśmy ten proces, początkowo nieświadomie, a potem samooszukując się, tworzyliśmy układ klimatyczny, który wypowie nam teraz wielosetletnią wojnę, być może aż do chwili, gdy nas zniszczy. Właśnie to ma na myśli Wallace Smith Broecker, dobroduszny oceanograf, który spopularyzował termin „globalne ocieplenie”, gdy określa naszą planetę mianem „wściekłej bestii”76. Być może wolicie „machinę wojenną”. Którą z dnia na dzień coraz mocniej zbroimy.

Ataki nie będą czymś odrębnym. To jeszcze jedno klimatyczne złudzenie. Pojawi się nowy rodzaj kaskady przemocy, wodospady i lawiny spustoszenia, Ziemia odbierać będzie kolejne ciosy, coraz mocniejsze i wzajemnie się wzmacniające, co przerośnie naszą zdolność reakcji, niszcząc pokaźną część krajobrazu, który przez wieki uważaliśmy za dany raz na zawsze, stabilny fundament, po którym chodzimy, budujemy domy i drogi, przeprowadzamy dzieci przez szkoły ku dorosłości, obiecując im bezpieczeństwo i podważając obietnicę, że świat, który sobie wznieśliśmy na przyrodzie, będzie nas przed nią chronił, a nie spiskował z katastrofami na szkodę swoich stwórców.

Weźmy te pożary kalifornijskich traw i lasów. W marcu 2018 władze okręgu Santa Barbara wydały nakazy ewakuacji mieszkańcom Montecito, Goleta, Santa Barbara, Summerland i Carpinteria, gdzie pożary w grudniu poprzedniego roku miały najpoważniejszy przebieg. Był to czwarty nakaz ewakuacji77 w przeciągu zaledwie kwartału, lecz tylko pierwszy wiązał się z ogniem. Pozostałe dotyczyły błotnych lawin wynikających z owego pożaru. Jedna z najbardziej zadbanych społeczności w najsławniejszym stanie największego mocarstwa na świecie załamała się w obliczu lęku, że jej drogie winnice i stadniny ze szlachetnymi wierzchowcami, ich przepiękne plaże i hojnie finansowane szkoły zaleją rzeki błota, a obszar zostanie spustoszony tak samo dokumentnie, jak chaotycznie rozrastające się obozy tymczasowych baraków78, w których mieszkali Rohingja uciekający z Myanmaru do monsunowej części Bangladeszu. Tak też się stało. Zginęło kilkanaście osób79, w tym niemowlę porwane przez błoto i niesione przez wiele mil górskiego zbocza ku morzu. Zamknięte zostały szkoły i zalane drogi, odcięte drogi dojazdu dla służb ratunkowych. Region stał się wyspą na lądzie, duszącą się w pętli z błota.

Część klimatycznych kaskad będzie płynąć na poziomie globalnym. Okażą się tak wielkie, że ich skutki, w efekcie osobliwych sztuczek ekologicznej zmiany, będą robić wrażenie niedostrzegalnych. Ocieplenie planety prowadzi do topnienia lodu na biegunie, co powoduje mniej blasku słonecznego odbitego do Słońca i więcej wchłoniętego przez Ziemię, która ociepla się jeszcze prędzej, co oznacza ocean mniej zdolny do wchłaniania z atmosfery dwutlenku węgla, a tym samym jeszcze szybsze ocieplanie się planety. Coraz cieplejsza planeta to także topienie wiecznej zmarzliny na Arktyce, która zawiera trylion osiemset bilionów ton dwutlenku węgla80, ponad dwa razy więcej, niż wisi obecnie w ziemskiej atmosferze, a jego część, gdy już stopnieje i zostanie wydzielony, może parować w postaci metanu, gazowego koca w skali stulecia grzejącego trzydzieści cztery razy skuteczniej81 niż dwutlenek węgla; mierzony w skali dwudziestu lat, jest skuteczniejszy osiemdziesiąt sześć razy. Cieplejsza planeta jest w sumie szkodliwa dla życia roślinnego, co oznacza tak zwane „obumieranie lasów”: zanik i cofanie się obszarów dżungli wielkości krajów i lasów ciągnących się tak daleko, że kiedyś obejmowały całe światy — co oznacza radykalne zmniejszenie naturalnej zdolności Ziemi do wchłaniania dwutlenku węgla i zmieniania go w tlen, co powoduje jeszcze wyższe temperatury, czyli jeszcze większe obumieranie, i tak dalej. Wyższe temperatury to więcej pożarów lasów, czyli mniej drzew, co oznacza mniejsze wchłanianie dwutlenku węgla, czyli więcej go w atmosferze, to znaczy jeszcze cieplejszą Ziemię. I tak dalej. Cieplejsza planeta to więcej pary wodnej w atmosferze, a jest to gaz cieplarniany, który jeszcze bardziej podwyższa temperatury — i tak dalej. Cieplejsze oceany mogą wchłonąć mniej ciepła, którego więcej pozostaje w powietrzu, i zawierają mniej tlenu, co oznacza wyrok śmierci dla fitoplanktonu, który w oceanie robi to, co na lądzie rośliny: zjada dwutlenek węgla i wytwarza tlen, przez co zostaje nam więcej dwutlenku węgla, który jeszcze bardziej rozgrzewa Ziemię. I tak dalej. Klimatolodzy nazywają tego rodzaju systemy „mechanizmami zwrotnymi”82; jest ich więcej. Niektóre działają odwrotnie, łagodząc zmianę klimatu. Ale znacznie więcej służy przyspieszaniu ocieplenia, gdy tylko je uruchomimy. Interakcje pomiędzy tymi złożonymi, równoważącymi się układami — jakie skutki nasilą się, a jakie osłabią pod wpływem mechanizmów zwrotnych — są nieznane, przez co próby planowania klimatycznej przyszłości spowija ciemna chmura niepewności. Wiemy, jak zmiana klimatu przebiegać będzie w najkorzystniejszym, choć mało realistycznym wariancie, bo przypomina świat, w którym dziś żyjemy. Za to nawet nie zaczęliśmy jeszcze przyglądać się owym kaskadom, które mogą nas zaprowadzić do piekielnego pasma krzywej rozkładu prawdopodobieństw.

Inne kaskady są regionalne, deformują ludzkie społeczności, gdy na nie spadają. Bywają one dosłowne: w Szwajcarii zmiana klimatu doprowadziła do powstania zupełnie nowego ich rodzaju, czyli przypadków tak zwanego „deszczu na śniegu”83, które spowodowały też zalanie tamy Oroville na północy Kalifornii i powódź w kanadyjskiej Albercie w 2013 roku, przynosząc szkody o łącznej wartości blisko pięciu miliardów dolarów. Ale istnieją też kaskady innego rodzaju. Niedobory wody czy klęski nieurodzaju o podłożu klimatycznym powodują przemieszczanie się klimatycznych uchodźców do pobliskich regionów, już borykających się z niedostatkiem zasobów. Podwyższony poziom morza oznacza zalewanie terenów rolnych słoną wodą, przez co zmieniają się one w brakiczne gąbki, niezdolne do wyżywienia swych mieszkańców; zalania elektrowni, odcinające całe regiony od prądu akurat wtedy, gdy może on być najbardziej potrzebny; a także paraliż zakładów chemicznych i elektrowni atomowych, które po takiej awarii wysyłają w niebo toksyczny dym. Deszcze po pożarze Camp Fire zalały namiot, jaki miasta pospiesznie ustawiły dla pierwszych uchodźców po katastrofie. W przypadku błotnych lawin w Santa Barbara susza pokryła stan wyschniętym poszyciem, czekającym tylko na iskrę; następujący potem rok nietypowych monsunowych deszczy jeszcze napędził wegetację, którą spustoszyły niekontrolowane pożary, po których pozostało górskie zbocze z ubogą roślinnością, niezdolną do zatrzymania milionów ton sypkiej ziemi, z której składa się nadmorskie pasmo, gdzie często zbierają się chmury i najwcześniej padają deszcze.

Część postronnych obserwatorów dziwiła się, jakim cudem lawina błota może zabić tak dużo ludzi. Tak samo, jak huragany i tornada, zmieniające środowiska, zarówno „ludzkie”, jak „naturalne”, w śmiercionośną broń. Katastrofalne wiatry nie zabijają, tylko wyrywają z korzeniami drzewa i zamieniają je w pałki, robiąc z przewodów elektrycznych bicze i pętle pod napięciem, powodując zawalanie się domów na skulonych mieszkańców i zmieniając auta w toczące się głazy. Zabijają także powoli, odcinając dostawy żywności i leków, uniemożliwiając przejazd na ratunek, obalając słupy i maszty telefoniczne, przez co chorzy i starcy muszą cierpieć w milczeniu, mając nadzieję na wytrwanie bez pomocy.

Świat nie wygląda jednak jak Santa Barbara ze swoim pozornie bezgranicznym bogactwem w stylu misyjnym i wiele spośród najdotkliwszych klęsk klimatycznych spadnie w najbliższych latach na ludzi najmniej zdolnych do reakcji i podniesienia się. Często mówi się w tym kontekście o ekologicznej sprawiedliwości: brutalniejszym, mniej zawoalowanym określeniem byłby „klimatyczny system kastowy”. Problem jest poważny nawet w zamożnych krajach, gdzie najbiedniejsi mieszkają na bagnach, mokradłach, równinach powodziowych, niedostatecznie odwadnianych terenach o najbardziej kruchej infrastrukturze — w sumie to taki nienazwany ekologiczny apartheid. W samym Teksasie pół miliona biednych Latynosów84 mieszka w slumsach nazywanych colonias, pozbawionych kanalizacji, która poradziłaby sobie z coraz większymi powodziami.

Rozdarcie jest jeszcze wyraźniejsze w skali światowej, gdzie najbiedniejsze kraje będą bardziej cierpiały w naszym nowym, gorącym świecie. Z jednym wyjątkiem (Australii) kraje o niższych PKB nagrzeją się najbardziej85. Niezależnie od tego, że większość południowej kuli ziemskiej jak dotąd nie tak bardzo zanieczyściła atmosferę naszej planety. To jedna z wielu historycznych ironii zmiany klimatu, na którą trafniejszym określeniem byłoby okrucieństwo, mając na względzie bezlitosne cierpienia, jakie zada. Jednak niezależnie od tych dysproporcji, konsekwencji globalnego ocieplenia nie da się ograniczyć do świata rozwijającego się, choćby nie wiem jak mocno (i bezwstydnie) życzyli sobie tego mieszkańcy półkuli północnej. Katastrofa klimatyczna jest na to za mało wybredna.

Przekonanie, że klimat mogłaby skutecznie kontrolować czy zarządzać nim jakakolwiek działająca obecnie instytucja czy grupa, jest jeszcze jednym przykładem klimatycznej łatwowierności. Ziemia przetrwała wiele tysiącleci bez rządu światowego, ba, wytrzymała niemal cały czas trwania ludzkiej cywilizacji, zorganizowanej w rywalizujące ze sobą plemiona, księstwa, królestwa i państwa narodowe, by przystąpić do budowy bardzo fragmentarycznego projektu współpracy po niszczycielskich wojnach światowych: Ligi Narodów, Organizacji Narodów Zjednoczonych i Unii Europejskiej, czy nawet rynkowej tkanki globalizacji, mimo wad będącej w końcu jakąś wizją kontaktów między narodami, której przyświeca neoliberalne przekonanie, że życie na tej planecie jest grą o sumie dodatniej. Gdyby przyszło wymyślić zagrożenie na tyle wielkie i globalne, by powołać do życia system prawdziwej współpracy międzynarodowej, czymś takim byłaby zmiana klimatu — zagrożenie wszechobecne, przytłaczające i całkowite. A mimo to w chwili, gdy potrzeba tego rodzaju współpracy jest pierwszorzędna, a nawet konieczna do przetrwania świata w znanej nam postaci, my demontujemy te sojusze, chowamy się po nacjonalistycznych kątach, cofamy się przed zbiorową odpowiedzialnością i przed bliźnimi. To załamanie się zaufania też jest kaskadą.

Ciągle jeszcze nie bardzo wiadomo, jak bardzo odmieni się świat pod naszymi stopami i jak odbierzemy tę jego przemianę. Jednym ze skutków ekologicznego credo, zgodnie z którym świat przyrody stanowi bezcenne zacisze, jest postrzeganie pustoszenia go za odrębną historię, niezależną od naszego współczesnego życia, tak bardzo odrębną, że niszczenie to nabiera wygodnych konturów przypowieści, czegoś z kart Ezopa, ładnej literatury, nawet gdy wiemy, że straty są tragiczne.

Zmiana klimatu może zacząć wkrótce oznaczać, że jesienią drzewa po prostu zbrązowieją86. W efekcie zaczniemy inaczej patrzeć na całe szkoły malarskie, starające się jak najlepiej oddać czerwienie i oranże, które sami przestaniemy już widzieć za oknami samochodów. Kawowce Ameryki Łacińskiej nie będą już owocować87; domy na morskich brzegach stały będą na coraz wyższych palach, a mimo to będą zatapiane. W wielu przypadkach lepiej użyć czasu teraźniejszego. Zdaniem World Wildlife Fund [WWF — przyp. red.] zaledwie w ciągu ostatnich czterdziestu lat wyginęła ponad połowa kręgowców na świecie88; autorzy pewnego badania niemieckich rezerwatów przyrody stwierdzają, iż przez ostatnie dwadzieścia pięć lat populacja owadów latających zmniejszyła się tam o trzy czwarte89. Delikatny taniec kwiatów i ich zapylaczy został zakłócony90, podobnie jak szlaki migracyjne dorsza91, który uciekł ze wschodniego wybrzeża w kierunku Arktyki przed rybackimi społecznościami, od wieków się z niego utrzymującymi, czy zimowe obyczaje niedźwiedzi brunatnych, z których liczne sztuki nie zasypiają przez całą zimę92. Gatunki wyłonione w trakcie milionów lat ewolucji, a żyjące w przymusowym sąsiedztwie wskutek zmiany klimatu, po raz pierwszy zaczęły się z sobą parzyć, wytwarzając całą nową odmianę gatunków hybrydowych w rodzaju niedźwiedzia pizzly czy kojwilka93. Ogrody zoologiczne zmieniły się już w muzea historii naturalnej, a książki dla dzieci w podręczniki historii.

Starsze bajki także zyskają nowe szaty: historia Atlantydy, która zachwycała przez kilka tysięcy lat, konkurować będzie z prawdziwymi sagami o Wyspach Marshalla i Miami Beach, które z czasem zmienią się w raje do nurkowania z rurką; fantastyczna opowieść o Świętym Mikołaju i jego biegunowym warsztacie nabierze jeszcze bardziej osobliwego odcienia na Arktyce bez lodu; okropnym żalem napełnia myśl o interpretacji Odysei odmienionej przez wypustynnienie całego basenu śródziemnomorskiego94, które odbierze cały blask greckim wyspom, gdy pył z Sahary95 na stałe okryje niebo nad nimi, gwałtowne zaś odwodnienie Nilu96 odmieni znaczenie piramid. Przypuszczalnie granica z Meksykiem zacznie jawić nam się inaczej, gdy Rio Grande stanie się kreską na pustym korycie rzeki, którą ochrzczono już Rio Sand97. Władczy Zachód pół tysiąclecia spoglądał z góry na los żyjących w zasięgu chorób tropikalnych. Ciekawe, jak zmieni się ten punkt widzenia, gdy przenoszące malarię i dengę moskity pojawią się na ulicach Kopenhagi i Chicago.

Od tak dawna rozumiemy opowieści o przyrodzie jako alegorie, że nie jesteśmy w stanie uświadomić sobie, że znaczenie zmiany klimatu nie należy do sfery przypowieści. Ono nas dotyczy, włada nami w zupełnie rzeczywisty sposób: wydajnością naszych pól, pandemiami, szlakami naszych wędrówek i wojnami domowymi, falami przestępczości i przemocą w domu, huraganami i falami upałów, bombami deszczowymi i megasuszami, wzrostem gospodarczym i wszystkim, co z niego wynika, czyli właściwie całym naszym życiem. Bank Światowy przewiduje drastyczne pogorszenie się warunków życia ośmiuset milionów mieszkańców Azji Południowej do roku 2050 przy utrzymaniu obecnej trajektorii emisji98. Klimatyczne spowolnienie być może zdemaskuje nawet szczodrość tego, co Andreas Malm nazywa „kapitalizmem kopalin”99, jako złudzenie, podtrzymywane przy życiu przez kilka stuleci dzięki energii kopalin. W takim razie trzeba byłoby porzucić intuicję, że historia z pewnością wydobędzie z naszej planety materialny postęp, przynajmniej w skali globalnej, i pogodzić się jakoś ze świadomością, że intuicja ta niepodzielnie, często jak tyran, rządziła naszym życiem, nawet wewnętrznym.

Przystosowanie się do zmiany klimatu rozpatruje się często w kategoriach rynkowych kompromisów, lecz w najbliższych dziesiątkach lat wymiana taka będzie zachodzić w przeciwnym kierunku: względne powodzenie będzie dobrą stroną bardziej agresywnego działania. Szacuje się, iż każdy stopień ocieplenia kosztuje kraj w strefie umiarkowanej, na przykład Stany Zjednoczone, około jednego punktu procentowego PKB100. W pewnym artykule twierdzi się, że przy półtora stopnia świat byłby o dwadzieścia bilionów dolarów bogatszy101 niż przy dwóch stopniach. Po podkręceniu temperatury o kolejne stopnie, koszty wymykają się spod kontroli. Otrzymujemy składany procent katastrofy ekologicznej. Badacze wskazują, iż trzy koma siedem stopni ocieplenia równa się pięciuset pięćdziesięciu jeden bilionom dolarów szkód102; majątek całego świata wynosi dziś około dwieście osiemdziesiąt bilionów103. Przy zachowaniu aktualnej trajektorii emisji do roku 2100 osiągamy cztery stopnie; pomnożenie tej cyfry przez jeden procent PKB całkowicie eliminuje ewentualność gospodarczego wzrostu, który w ostatnich czterdziestu latach nie przekroczył pięciu procent w skali globalnej104. Marginalna grupa zaniepokojonych akademików określa tę perspektywę mianem „ekonomii stanów ustalonych”105, lecz w ostatecznym rozrachunku sugeruje to zupełne odwrócenie się od ekonomii jako oświetlającej szlak latarni morskiej i od wzrostu jako lingua franca, w którym współczesne życie pierze swoje aspiracje. „Stan ustalony” staje się także nazwą nurtującego nas popłochu, że historia jest być może nie tyle postępowa, jak przyzwyczailiśmy się uważać przez ostatnie kilkaset lat, co cykliczna, o czym byliśmy przekonani przez wiele tysiącleci przedtem. To nie koniec: w ramach zarysowanej przez ekonomię stanów ustalonych wizji chaotycznej szarpaniny w warunkach stanu natury wszystko (od polityki po handel i wojnę) jawi się jako brutalna gra o sumie zerowej.

Przez wieki spoglądaliśmy na naturę jak na lustro, w którym się odbijamy, a potem oglądamy. Jaki z tego morał? Z globalnego ocieplenia nie można się niczego nauczyć, bo nie mamy czasu ani dystansu, by rozważyć wynikające zeń wnioski; przecież nie tylko opowiadamy tę historię, ale i w niej żyjemy. To znaczy próbujemy: zagrożenie jest ogromne. Jak ogromne? Autor jednego artykułu z 2018 przedstawia przerażającą arytmetykę. W czasopiśmie „Nature Climate Change” zespół pod kierunkiem Drew Shindella starał się ująć ilościowo cierpienie, którego byśmy uniknęli, gdyby ocieplenie wyniosło półtora stopnia, a nie dwa — czyli ile cierpienia więcej wynikłoby z tej dodatkowej połówki stopnia. Odpowiedź brzmi: sto pięćdziesiąt milionów więcej osób106 zmarłoby z powodu samego zanieczyszczenia powietrza w świecie cieplejszym o dwa stopnie niż o półtora. W tym samym roku IPCC jeszcze bardziej podbił stawkę107: według nich w różnicy między półtora stopnia a dwoma chodzi o setki milionów istnień.

Tak wielkie liczby trudno jest ogarnąć, ale sto pięćdziesiąt milionów to odpowiednik dwudziestu pięciu Holokaustów. Trzykrotnie więcej ofiar, niż w czasie wielkiego skoku naprzód [(oryg. The Big Bounce) — kampania polityczno-gospodarcza Mao Zedonga przeprowadzona w Chińskiej Republice Ludowej w latach 1958–1961, w ramach której życie mogło stracić nawet czterdzieści pięć milionów Chińczyków], pokojowej tragedii o największej ilości zgonów w dziejach. Dwa razy więcej niż w okresie, który przyniósł najwięcej ofiar ze wszystkich, II wojnie światowej. Naturalnie liczba nie zaczyna rosnąć dopiero od poziomu półtora stopnia. Chyba nic w tym dziwnego, że liczby idą w górę w tempie co najmniej siedmiu milionów108 rocznie wskutek samego zanieczyszczenia powietrza. Co rok Holokaust, prowadzony w imię jakiejś odmiany nihilizmu.

To właśnie jest sens określania zmiany klimatu mianem „egzystencjalnego kryzysu”, dramatu, który rozgrywamy obecnie w chaotyczny sposób pomiędzy dwoma biegunami piekieł: najlepszą możliwością, która polega na śmierci i cierpieniu na skalę dwudziestu pięciu Holokaustów, i najgorszą, doprowadzającą nad krawędź zagłady. W przypadku klimatu retoryka często zawodzi, ponieważ do tego rodzaju faktów pasuje tylko język, który kultura pogodnego optymizmu nauczyła nas stanowczo bagatelizować jako hiperboliczny.

Tu fakty doprowadzają do histerii, a skala dramatu, jaki się rozegra, przekracza możliwości pojmowania. Ogarnia nie tylko całą obecną przyszłość, lecz również wszystkie możliwe przyszłości. Globalne ocieplenie sprowadziło całe dzieje cywilizacji do dwóch pokoleń. Najpierw był plan zmienienia planety na nasz obraz i podobieństwo, którego skutki, trucizna emisji, przesącza się teraz przez gromadzony tysiącleciami lód tak szybko, że topnienie jest już widoczne gołym okiem, niszcząc warunki, które trwały bez zmian dosłownie przez całe dzieje człowieka. Było to dzieło jednej generacji. Druga staje przed odmiennym zadaniem zachowania naszej zbiorowej przyszłości, zapobiegnięcia spustoszeniu i stworzenia alternatywnej drogi. Po prostu nie istnieją żadne analogie poza mitologią i teologią — i może jeszcze zimnowojenną perspektywą gwarancji wzajemnego zniszczenia.

Nieliczni stają wobec ocieplenia jak bogowie, lecz taka bierność w obliczu totalności zmiany klimatu jest jeszcze jednym złudzeniem. Opowiadane przez folklor, komiksy, w kościołach i kinach historie o losie Ziemi często przewrotnie doradzają publiczności bierność, więc być może nie powinniśmy się dziwić, że groźba zmiany klimatu nie różni się niczym pod tym względem. Pod koniec zimnej wojny obraz nuklearnej winy zagarnął wszystkie zakątki kultury popularnej i psychologii: natrętny koszmar o końcu ludzkiego eksperymentu spowodowanym przez dwie wrogo nastawiono do siebie grupy dumnych, pysznych taktyków, kilka par niespokojnych rąk uniesionych nad przyciskami do samozniszczenia. Groźba zmiany klimatu jest jeszcze poważniejsza i w sumie bardziej demokratyczna, bo każdy z nas, nawet drżąc ze strachu, jest tu odpowiedzialny. Mimo to przyswoiliśmy sobie to zagrożenie tylko częściowo, raczej niekonkretnie i niejasno, wypierając jedne niepokoje i wymyślając inne, woląc nie zwracać uwagi na najbardziej ponure scenariusze przyszłości, tak że w efekcie nasz polityczny fatalizm i wiara w technologię rozmyły się, jakbyśmy dostali zeza, w doskonale znajomą fantazję konsumenta, że kto inny załatwi za nas problem, i to za darmo. Co bardziej podatni na panikę są równie zadowoleni z siebie, traktując fatalizm klimatyczny jak optymizm.

W ciągu ostatnich kilku lat, gdy środowisko zaczęło poddawać się jakby bardziej fatalistycznym rytmom, sceptycy zaczęli przekonywać, że zmiana klimatu co prawda ma miejsce — skoro nie można temu zaprzeczyć wobec skrajnych warunków pogodowych — ale że jej przyczyny są niejasne, że to, co widzimy, jest efektem naturalnych cykli, a nie działań i interwencji człowieka. To bardzo dziwny pogląd. Skoro Ziemia ociepla się w przerażającym tempie i na straszną skalę, powinno oczywiście obchodzić nas bardziej, a nie mniej, że ocieplenie jest poza naszą kontrolą, być może przekraczając nawet możliwości rozumu.

Świadomość, że to my stoimy za globalnym ociepleniem, powinna przynosić pociechę, a nie rozpacz, mimo ogromnej i niesłychanie złożonej natury procesów, które wywołały to zjawisko. Wiedza, iż sami odpowiadamy za wszystkie bolesne skutki, winna dodawać siły, i nie piszę tego przewrotnie. Ocieplenie to przecież ludzki wynalazek. A drugą stroną rzeczywistego poczucia winy jest fakt, że to my panujemy nad sytuacją. Choćby klimat sprawiał wrażenie układu poza kontrolą — szalejące tajfuny, klęski głodu i fale upałów bez precedensu, kryzysy z uchodźcami i konflikty klimatyczne — to my jesteśmy ich autorami. I jeszcze nie skończyliśmy pisać tej historii.

Jedni, jak choćby spółki naftowe i ich polityczni patroni, są bardzo płodnymi autorami. Ale brzemię odpowiedzialności jest zbyt wielkie, by zdołali je unieść nieliczni, i nie ma się co pocieszać myślą, że wystarczy upadek paru łotrów. Każdy powiększa nieco swoje przyszłe cierpienie, gdy tylko zapala światło, kupuje bilet lotniczy albo nie idzie na wybory. Nam wszystkim przypada teraz napisanie następnego aktu. Znaleźliśmy drogę zniszczenia, a teraz możemy znaleźć drogę wyjścia z niego — czy raczej szlak ku błotnistej kałuży, dający jednak kolejnym pokoleniom szansę na pójście naprzód, być może nawet ku jakiejś jaśniejszej przyszłości ekologicznej.

Odkąd zacząłem pisać o ociepleniu, ludzie często pytają mnie, czy widzę jakiekolwiek powody do optymizmu. Rzecz w tym, że ja jestem optymistą. Wobec tego, że ludzie mogą w ciągu najbliższych kilkuset lat wytworzyć klimat o sześć, osiem stopni cieplejszy, w którym na całym połaciach Ziemi nie da się żyć tak, jak rozumiemy to teraz, moim zdaniem ta błotnista kałuża to właśnie zachęcająca perspektywa. Ocieplenie o trzy, trzy i pół stopnia Celsjusza wywołałoby cierpienia, jakich człowiek nie zaznał jeszcze w czasie tysiącletnich starań, szarpania się i otwartych wojen. Ale nie jest to ewentualność fatalistyczna, ba, jest czymś o wiele lepszym niż sytuacja, do której zmierzamy teraz. A dzięki technologii przechwytywania dwutlenku węgla, która usuwałaby CO2 z powietrza, bądź geoinżynierii, która chłodziłaby planetę zawiesinami gazu w atmosferze, czy innym innowacjom, o jakich nie mamy jeszcze dziś pojęcia, wymyślimy być może inne rozwiązania, które przybliżą Ziemię do stanu, jaki dziś uznalibyśmy za jedynie przygnębiający, a nie apokaliptyczny.

Często pytano mnie także, czy przy takim klimacie czymś moralnym jest rozmnażanie, czy posiadanie potomstwa jest odpowiedzialnym krokiem109, czy to sprawiedliwe wobec naszej planety, a tym bardziej w stosunku do samych dzieci. Tak się akurat składa, że w trakcie pisania tej książki urodziło mi się dziecko, Rocca. Ta decyzja wzięła się częściowo ze złudzenia, tej samej upartej ślepoty: wiem, że czekają nas klimatyczne okropieństwa, z których część nie może nie spotkać naszych dzieci — na tym polega wszechogarniająca, powszechna natura ocieplenia. Ale jeszcze nie wiemy, jak te okropieństwa będą się przedstawiać. Piszemy ich scenariusz biernością, a działaniem możemy je powstrzymać. Zmiana klimatu to ponure widoki na kilka następnych dziesiątków lat, lecz moim zdaniem wycofanie się, kapitulacja nie są odpowiednią reakcją. Należy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by świat stał się miejscem godnego i kwitnącego życia, a nie poddawać się z góry, bez walki, i przyzwyczajać do posępnej przyszłości, którą stwarzają inni, bardziej obojętni na problemy klimatu. Walka z pewnością nie jest jeszcze przegrana. Przegrana nie nastąpi nigdy — pod warunkiem, że unikniemy zagłady, niezależnie od temperatury na Ziemi każda kolejna dekada może nieść więcej cierpienia albo mniej. I przyznaję, że bardzo ciekawi mnie wszystko, co będą widzieć i robić Rocca oraz jej rodzeństwo. Będzie mogła zacząć wychowywanie swoich dzieci około roku 2050, gdy doczekamy się być może dziesiątek milionów klimatycznych uchodźców. Starzeć zacznie się pod koniec wieku, na którym kończą się też nasze prognozy dotyczące ocieplenia. Przez ten czas będzie patrzeć, jak świat walczy z prawdziwie egzystencjalnym zagrożeniem, jej pokolenie buduje przyszłość sobie i następnym generacjom. Ale będzie nie tylko patrzeć, będzie tym także żyć — dosłownie największą opowieścią w dziejach. Całkiem możliwe, że zakończenie okaże się szczęśliwe.

Jakie są podstawy do nadziei? Dwutlenek węgla pozostaje w powietrzu przez kilkadziesiąt lat, a niektóre z co bardziej przerażających skutków jego działania dają się odczuć po czasie jeszcze dłuższym, przez co ocieplenie nabiera dziwnie migotliwego blasku nieustannego niebezpieczeństwa. Ale zmiana klimatu to nie żadne starodawne przestępstwo, którego sprawcę mamy teraz znaleźć; niszczymy swoją planetę codziennie, często jednocześnie obmyślając, jak przywrócić jej świeżość. Co oznacza, jak z największym chyba refleksem zauważył Paul Hawken110, że możemy tego zaprzestać w ten sam sposób: zbiorowo, chaotycznie, środkami zarówno najbardziej przyziemnymi, jak i tymi spektakularnymi. Myśl o odpięciu całego uprzemysłowionego świata od paliw kopalnych przyprawia o lęk, a trzeba się tym zająć dosyć szybko — zdaniem wielu naukowców do 2040 roku. Otwiera się przed nami wiele dróg, o ile nie będziemy zbyt leniwi, krótkowzroczni i samolubni, by się na nie wypuścić.

Niedawno obliczono, że dobra połowa emisji Brytyjczyków pochodzi z usterek budowlanych, wyrzucania i niewykorzystywania żywności, elektroniki i odzieży111; Amerykanie marnują dwie trzecie energii112. Według MWF w skali całego świata co roku dotujemy branżę paliw kopalnych sumą ponad pięciu bilionów dolarów113. Nie musi tak wcale być. W innym optymistycznym artykule policzono, że powolne działanie w kwestii klimatu będzie kosztować świat dwadzieścia sześć bilionów dolarów już do 2030 roku114. Amerykanie marnują ćwierć swojej żywności115, co oznacza, że ślad węglowy każdego zjedzonego posiłku jest o jedną czwartą większy niż to konieczne. Nie musi tak być. Pięć lat temu o bitcoinie słyszeli tylko użytkownicy najmroczniejszych zakątków Internetu. W 2018 pojawiły się prognozy, że wydobywanie kryptowalut pochłonie więcej elektryczności, niż wytwarzają wszystkie panele słoneczne na świecie116. Krach bitcoina oznacza, że przewidywania te nie doczekały się spełnienia. Za to gwałtowne zmniejszenie streamingu jest mniej prawdopodobne: w 2019 pewien think tank oszacował, że pornografia internetowa już wytwarza tyle dwutlenku węgla, co cała Belgia117.

To tylko kilka powodów uzasadniających przekonanie, iż to, co kanadyjski aktywista Stuart Parker nazwał „klimatycznym nihilizmem” jest zaledwie jeszcze jednym z naszych złudzeń. Wszystko, co będzie się teraz działo, należy tylko i wyłącznie do nas. Przyszłość naszej planety zależy w dużej mierze od trajektorii wzrostu w świecie rozwijającym się. Tam jest najwięcej ludzi: w Chinach, Indiach i, w coraz większym stopniu, w Afryce Subsaharyjskiej. Ale to nie rozgrzesza Zachodu, którego przeciętny obywatel po prostu z przyzwyczajenia wytwarza wielokrotnie więcej emisji niż jakikolwiek mieszkaniec Azji. Wyrzucam tony jedzenia i prawie nigdy nie zajmuję się recyklingiem; mam włączoną klimatyzację; zapisałem się na bitcoina w szczytowym momencie popularności rynku. Żadna z tych rzeczy też nie jest niezbędna.

Ale ludzie Zachodu nie muszą także żyć jak globalni biedacy. Ocenia się, że siedemdziesiąt procent energii118 wytwarzanej na Ziemi zostaje zmarnowane. Gdyby przeciętny Amerykanin musiał ograniczyć się do śladu węglowego mieszkańca Europy, emisja dwutlenku węgla w USA zmniejszyłaby się o ponad połowę119. Gdyby takie samo ograniczenie narzucić dziesięciu procentom najbogatszych ludzi na świecie, globalne emisje spadłyby o jedną trzecią120. Czy coś stoi temu na przeszkodzie? Jakby w ramach profilaktyki na klimatyczne poczucie winy zachodni liberałowie pocieszają się dowodami swej moralnej i ekologicznej czystości: mniej wołowiny, więcej Tesli, mniej lotów za ocean. Ale w rachunku klimatycznym osobiste wybory niewiele dają bez przełożenia na skalę polityczną. Pomijając kadłubową partię ekologiczną w USA, tego rodzaju przełożenie powinno wchodzić w grę, gdy tylko zrozumiemy stawkę. Która jest taka, że gry nie wolno nie podjąć.

Unicestwienie jest tylko bardzo wąskim zwieńczeniem bardzo długiego rozkładu prawdopodobieństw ocieplenia i nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy go uniknęli. Ale to, co dzieli nas od zagłady, jest wystarczająco przerażające i w ogóle nie zaczęliśmy się jeszcze zastanawiać, co znaczy życie w takich warunkach. Jak zmieni się nasza polityka, kultura i emocjonalna równowaga, nasze poczucie historii i stosunek do niej, rozumienie przyrody, skoro własnymi rękami niszczymy świat, w którym żyjemy, otoczony gwałtownie mroczniejącym horyzontem ludzkich możliwości. Być może zobaczymy klimatyczne deus ex machina albo je zbudujemy w postaci technologii przechwytywania dwutlenku węgla lub geoinżynierii, czy rewolucji w dziedzinie wytwarzania mocy oraz władzy. Ale takie ewentualne rozwiązanie pojawi się na tle pociemniałym od naszych emisji, jakbyśmy zachorowali na jaskrę.

Szczególnie ludzie wychowani na kilku stuleciach zachodniego triumfalizmu patrzą często na dzieje cywilizacji człowieka jak na nieunikniony podbój Ziemi, a nie na historię niepewnej siebie kultury, która wyrasta na niej jak pleśń, chaotycznie i nieśmiało. Ta kruchość, charakterystyczna dla wszystkich poczynań człowieka na naszej planecie, to wielka egzystencjalna lekcja globalnego ocieplenia, która dopiero zaczyna podważać nasz triumfalizm. Chociaż gdybyśmy pokolenie wcześniej zechcieli pochylić się nad ewentualnościami, prawdopodobnie nie zdziwiłoby nas pojawienie się nowej formy politycznego nihilizmu w regionie najmocniej dotkniętym globalnym ociepleniem, na Bliskim Wschodzie, gdzie wyraża się ona samobójczymi podrygami teologicznej agresji. Region ten nosił niegdyś dumną nazwę „kolebki cywilizacji”. Dziś polityczny nihilizm sięga niemal do wszystkich kultur, które niczym gałęzie wyrastały z bliskowschodniego pnia. Za sobą mamy już wąskie ramy środowiskowych warunków, które umożliwiły ewolucję ludzkiego zwierzęcia, ba, nie tylko ewolucję — w ramach tych pomieściło się wszystko, co pamiętamy jako dzieje, cenimy jako postęp i badamy jako politykę121. Jakie będzie życie poza tymi ramami, być może bardzo od nich daleko? To zagadnienie jest tematem mojej książki.

To wszystko nic nowego. Naukowe informacje, które składają się na kolejne dwanaście rozdziałów, zaczerpnięte zostały z rozmów z dziesiątkami ekspertów i setek artykułów zamieszczanych przez ostatnie lata w najlepszych czasopismach naukowych. Jak na naukę przystało, są niepewne, wciąż ewoluują i część przewidywań z pewnością nie sprawdzi się co do joty. Ale jest to uczciwy i autentyczny obraz naszego wspólnego rozumienia coraz liczniejszych zagrożeń, jakie ocieplenie planety niesie wszystkim swoim mieszkańcom, którzy chcieliby mieszkać na niej przez nieokreślony czas i w niezakłócony sposób.

W zasadzie nie zajmuję się „przyrodą” jako taką czy tragicznym losem, o którym inni pisali tak elegancko i poetycznie, że przeszkodzili nam w wyraźnym zobaczeniu obrazu globalnego ocieplenia i jego znaczenia dla nas, zwierząt ludzkich. Jak dotąd łatwiej przychodziło nam współczucie innym gatunkom, być może dlatego, że z takim trudem wychodzi nam przyznanie się do naszej własnej odpowiedzialności za zachodzące właśnie zmiany. O wiele łatwiej przychodzi moralnie prostsze rozliczenie w sytuacji ofiary.

Czytelnik znajdzie tu natomiast kalejdoskopową opowieść o kosztach życia człowieka w postaci takiej, jaką znamy od pokolenia, której skutkiem będzie tylko napełnienie naszej planety jeszcze większą liczbą ludzi. O skutkach globalnego ocieplenia dla stanu zdrowia, konfliktów, polityki, produkcji żywności i pop­kultury, dla życia w miastach, zdrowia psychicznego i naszych wyobrażeń o przyszłości w sytuacji, gdy zaczynamy dostrzegać przyspieszającą historię i ograniczenie zakresu możliwości, jakie prawdopodobnie wynika z tego przyspieszenia. Wezwanie do zapłaty spłynie kaskadami z przyrody, lecz konsekwencje dla natury to tylko jedna strona medalu; bolało będzie wszystkich. Być może wyrażę niepopularne odczucie, że gdyby to ode mnie zależało, świat mógłby utracić dużą część tego, co zwykliśmy nazywać „przyrodą”, byle tylko istniała możliwość dalszego życia w świecie, który pozostanie. Sęk w tym, że nie istnieje.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Które miały miejsce na koniec ordowiku, w późnym dewonie, na koniec permu, triasu i kredy. Świetny opis każdej dla szerokiego odbiorcy można znaleźć w: Peter Brannen, The Ends of the World (New York: HarperCollins, 2017).

2 Liczby te są szacunkowe i różni autorzy często dochodzą do odmiennych wniosków. Czasem określa się skalę zagłady na koniec permu na jedyne 90 proc., kiedy indziej na aż 97 proc. Te akurat wielkości pochodzą z elementarza „Cosmosu”, The Five Big Mass Extinctions, https://cosmosmagazine.com/palaeontology/big-five-extinctions.

3 Brannen, Ends of the World.

4 Toczą się poważne spory na temat dokładnego składu czynników ekologicznych (wulkany, drobnoustroje, metan z Arktyki), które wywołały zagładę na koniec permu, ale w skrócie teorię, iż to czynne wulkany ociepliły Ziemię, a ocieplenie uwolniło metan, który to ocieplenie przyspieszył, przedstawiają Uwe Brand i in., w: Methane Hydrate: Killer Cause of Earth’s Greatest Mass Extinction, „Paleoworld” 25, nr 4 (grudzień 2016), ss. 496–507, https://doi.org/10.1016/ j.palwor.2016.06.002.

5 „Maksymalne emisje dwutlenku węgla zarówno w czasie PETM, jak i na koniec permu kształtowałysię w okolicach miliarda ton. Teraz mówimy o dziesięciu miliardach ton” — opowiadał mi Lee Kump, specjalista w dziedzinie nauk o Ziemi z Uniwersytetu Penn State, jeden z największych ekspertów od zagład masowych na świecie. „Oba te wydarzenia trwały o wiele dłużej, niż potrwa spalanie kopalin, dlatego całkowita ilość jest mniejsza — ale nie dziesięć, tylko dwa, trzy razy”.

6 Jessica Blunden, Derek S. Arndt i Gail Hartfield, (red.), State of the Climate in 2017, „Bulletin of the American Meteorological Society” 99, nr 8 (sierpień 2018), Si–S310, https://doi.org/10.1175/ 2018BAMSStateoftheClimate.1.

7 Rob Moore, Carbon Dioxide in the Atmosphere Hits Record High Monthly Average, „Scripps Institution of Oceanography”, 2 V 2018. Wedle słów Moore’a: „Przed rewolucją przemysłową poziom CO2 wahał się w ciągu tysiącleci, ale w ciągu ostatnich 800 tysięcy lat nigdy nie przekroczył 300 ppm”, https://scripps.ucsd.edu/programs/keelingcurve/2018/05/02/carbon-dioxide-in-the-atmosphere-hits-record-high-monthly-average/.

8 por. np. Aradhna K. Tripati, Christopher D. Roberts i Robert A. Eagle, Coupling of CO2and Ice Sheet Stability over Major Climate Transitions of the Last 20 Million Years, „Science” 326, nr 5958 (grudzień 2009), ss. 1394–97. „Kiedy poziom dwutlenku węgla był zapewne na dzisiejszym poziomie, przez dłuższy czas temperatury na świecie były 5 do 10 stopni Fahrenheita [-15 st. C i -12 st. C — przyp. red.] wyższe niż dzisiaj — napisał Tripati w komunikacie prasowym UCLA na temat tego badania. — Poziom morza znajdował się 75 [22,9 m — przyp. red.] do 120 stóp [36,6 m — przyp. red.] wyżej niż teraz, bieguna południowego nie pokrywała stała czapa morskiego lodu, a na Antarktydzie i w Grenlandii było go bardzo mało”.

9Ibid.

10Carbon Dioxide Information Analysis Center, Oak Ridge National Laboratory, „Global, Regional, and National Fossil-Fuel CO2 Emissions” (Oak Ridge, TN, 2017), https://doi.org/10.3334/CDIAC/00001_V2017. Relacje o emisjach w dawnych czasach i ich szacunki są różne, ale według Oak Ridge National Laboratory od 1751 roku wypuściliśmy 1578 gigaton CO2 z paliw kopalnych; od 1989 było ich 820 gigaton.

11