Ziemia dyktatorów O ludziach, którzy ukradli Afrykę - Paul Kenyon - ebook

Ziemia dyktatorów O ludziach, którzy ukradli Afrykę ebook

Paul Kenyon

5,0
49,90 zł

lub
Opis

Afryka - różne twarze dyktatury

Paul Kenyon przedstawia przejmujące losy afrykańskich krajów, w których po dekolonizacji do władzy doszli chciwi i bezlitośni despoci. Paranoidalny prezydent Gwinei Równikowej, uznający Hitlera za zbawcę Afryki, prowadzi krwawą kampanię terroru przeciwko własnemu narodowi. Oficer libijskiej armii, żyjący w namiocie z haremem żołnierek i kierujący swoim państwem jak rodzinnym interesem mafijnym. Ascetyczny, nieprzekupny przywódca Erytrei, który zamienił kraj pogrążony w permanentnym stanie wojennym w państwo więzienie.

Za tymi niesłychanymi historiami pełnymi pychy, przemocy i ekstrawagancji kryją się ciemne sekrety międzynarodowych koncernów i interesy zachodnich rządów. Nienasycony apetyt na czekoladę, ropę, diamenty i złoto sprawia, że świat przymyka oczy na łamanie praw człowieka przez nieprzygotowanych do sprawowania władzy ludzi. Przywódców, którzy od lat rządzą Afryką żelazną ręką, lokując swoje zyski w paryskich rezydencjach i szwajcarskich bankach, a jednocześnie pozostawiając społeczeństwa w skrajnym ubóstwie.

To historia grabienia całego kontynentu, która bezustannie trwa do dzisiaj.  

„Horror, jakiego doświadczała Afryka od lat sześćdziesiątych XX wieku, nigdy dotąd nie został w pełni opisany. Tutaj jest wszystko dla tych, którzy chcieliby naprawdę wiedzieć, jakie to było straszne”. 
Frederick Forsyth
„Zapierająca dech w piersi relacja o tym, jak garstka ludzi zawładnęła kontynentem bogatych ziem i biednych narodów. Jak z dnia na dzień stawali się tyranami i zamieniali swoje kraje w okrutne kleptokracje. Jak grabiąc ich skarby, dorabiali się miliardowych fortun i żyli w niewyobrażalnym luksusie, podczas gdy zwykli obywatele często głodowali. Paul Kenyon, znakomity pisarz i reporter, jako świadek opowiada z barwnymi szczegółami o niezmiernej chciwości i współsprawstwie Zachodu. Dzieje rujnowania Afryki to również nasza historia”.

Michael Buerk

Paul Kenyon jest wielokrotnie nagradzanym brytyjskim dziennikarzem śledczym, producentem filmowym i dziennikarzem telewizyjnym. Pracuje jako korespondent dla BBC, relacjonując międzynarodowe konflikty, ze szczególnym uwzględnieniem kontynentu afrykańskiego. W 2009 roku został uhonorowany tytułem dziennikarza śledczego roku Royal Television Society za cykl filmów dokumentujących najniebezpieczniejszy szlak migracyjny przez Saharę. Jako pierwszy reporter obserwował w 2011 roku wojnę domową w Libii.  Jest też laureatem prestiżowej Nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 675

Popularność




Seria: MUNDUS. Fenomeny

Projekt okładki Agnieszka Winciorek

Na okładce: Zdjęcie Mobutu Sese Seko, Istock/GeorgiosArt

Tytuł oryginału: Dictatorland: The Men Who Stole Africa

Copyright © 2018 by Paul Kenyon

© Copyright for Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego Wydanie I, Kraków 2019 All rights reserved

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

ISBN 978-83-233-4612-8

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12 663-23-80, fax 12 663-23-83

Dystrybucja: tel. 12 631-01-97, tel./fax 12 631-01-98

tel. kom. 506-006-674, e-mail: sprzedaz@wuj.pl

Konto: PEKAO SA, 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Mojej Mamie i Ojcu, Bettyi Neville’owi,

którzy zawsze mnie zachęcali, abym był dociekliwy, podważał autorytety

i udzielał głosu tym, którzy go nie mają.

Pamięci mego teścia,

Gheorghego, który większość życia przeżył

pod tyranią dyktatury.

Spis treści

Wprowadzenie 11

CZĘŚĆ PIERWSZA: ZŁOTO I DIAMENTY

1 Kongo23

2 Zimbabwe83

CZĘŚĆ DRUGA: ROPA NAFTOWA

3 Przed dyktatorami145

4 Libia183

5 Nigeria233

6 Gwinea Równikowa281

CZĘŚĆ TRZECIA: CZEKOLADA

7 Przed dyktatorami321

8 Wybrzeże Kości Słoniowej355

CZĘŚĆ CZWARTA: NOWOCZESNE NIEWOLNICTWO

9 Erytrea403

Podziękowania449

Przypisy455

Bibliografia465

Indeks469

Wprowadzenie

Wydawało się, że w tym miejscu nie ma żadnych szans na odkrycie szczątków praczłowieka: to było całkowite pustkowie pośród wulkanicznych skał i osadów rzecznej pradoliny na spalonych słońcem zboczach gór wschodniej Afryki. Wszystko spowijała jednolita szarość, ani skrawka zieleni, ani przebłysku wody, nic prócz rumowisk z prawieków planety. Chalachew Seyoum wdrapał się na strome osypisko i dotarł do osłoniętego od wiatrów skalnego tarasu. Był styczniowy ranek 2013 roku. Chalachew przyjechał do rodzinnej Etiopii jako członek zespołu antropologów z Uniwersytetu Stanowego Arizony, którzy prowadzili tutaj swoje poszukiwania. Od ponad dziesięciu lat nie znaleziono nic ciekawego na tych opustoszałych zboczach, lecz teraz, kiedy spojrzał w dół na wyblakłe kamienie pod stopami, dostrzegł coś, co wyróżniało się z otoczenia.

Z podłoża wystawał niewielki kawałek czegoś gładkiego w kolorze pumeksu, co wydawało się pochodzenia organicznego. Gdy się pochylił, aby dokładniej obejrzeć znalezisko, starając się nie uszkodzić kamieni po obu stronach, stwierdził, że wygląda to na kawałek kości: wąski, długości około ośmiu centymetrów i zakrzywiony niby kiwający palec. Seyoum pochylił głowę do samej ziemi i wtedy zobaczył po zewnętrznej stronie owego przedmiotu kilka szarych wypustek wielkości rzecznych pereł, ułożonych płasko w jednym rzędzie. Teraz już wiedział, co odnalazł, choć nie potrafił ocenić wieku.

Była to lewa część ludzkiej żuchwy z zachowanymi pięcioma zębami. Seyoum zaczął wołać kolegów.

W tym samym miejscu, co teraz Seyoum, siedział niegdyś człowiek i obserwował otwartą przestrzeń porośniętą trawą, na której pasły się zebry i dzikie świnie. Pewnie był to myśliwy w czasach, gdy zbocza gór pokrywała bujna zieleń, a w dolinach płynęły strumienie, dopóki gwałtowne zmiany klimatu i zderzenia płyt tektonicznych nie zamieniły tego regionu w jałowe pustkowie. W tamtej epoce ludzie nie umieli jeszcze sporządzać włóczni z gałęzi drzewaCurtisia. Polując, kryli się w wysokich trawach, aby niespodziewanie zaatakować swoją zdobycz kamieniami i kijami. Jeśli im się nie powiodło, szukali po jaskiniach pozostałości ofiar lampartów i lwów. Zdobyte mięso zjadali na surowo. Człowiek jeszcze nie nauczył się panować nad ogniem.

Ów fragment szczęki jest świadectwem przełomu w ewolucji, który dał początek rodzajowi ludzkiemu 2,8 miliona lat temu, krótko po tym, jak wyszliśmy z lasów i po raz pierwszy stanęliśmy w postawie wyprostowanej. Posiadacz odnalezionej szczęki i jego plemię to protoplaści każdego z nas, przeżuwający surowe mięso na łagodnych, urodzajnych zboczach wzgórz wschodniej Afryki. Cała reszta planety nie znała jeszcze rodzaju Homo. Ten kruchy kawałek kości najbardziej ze wszystkich znalezisk przybliżył nas do brakującego ogniwa, momentu w historii, w którym ludzie oddzielili się od swoich małpich przodków. Jest o 400 000 lat starszy od wszystkiego, co dotąd udało się odszukać w naszym rodowodzie. Uczeni nazwali swoje odkrycie LD 350-1. My jednak będziemy nazywać go Adamem.

Kiedy ludzie Adama powędrowali na Zachód, na porośnięte krzaczastą roślinnością tereny obecnej kotliny Kalahari i po deszczu późnego lata popijali wodę z kałuży, wśród ziarenek piasku, który pozostawał na ich dłoniach, zauważali lśniące kryształki. Gdy zatrzymywali się nad strumieniem, by spłukać kurz ze sztywnych włosów przypominających sierść szympansa, mogli dojrzeć na dnie połyskujące jak miedź żyłki iłu albo unoszone prądem drobinki złota. Pierwotny krajobraz afrykański obfitował w tego rodzaju cuda natury: osady cętkowanego boksytu, jeziorka różowe od sody śnieżnej i ściany wąwozów zabarwione rudą żelaza na kolor jaskrawopomarańczowy. Być może przystanęli na chwilę, by zanurzyć palce w lepkiej czarnej cieczy wypływającej z kamiennej ściany nad brzegiem morza – ropa wydobywała się na powierzchnię już przed milionami lat.

Kiedy Adam pożegnał się ze światem wśród etiopskich gór, miał nie więcej niż czterdzieści lat, a nad jego głową krążyły drapieżne ptaki. Kilka tysięcy lat później jego potomkowie, wypędzeni ze swego kraju przez niekończącą się suszę i wybuchy wulkaniczne, podjęli wielką wędrówkę, aby odkryć nowe ziemie poza obszarem Afryki. Ludzie zaczęli się rozpraszać po wszystkich zakątkach ziemi stosunkowo niedawno, zaledwie 70 000 lat temu. Jedna grupa przepłynęła cieśninę, zwaną dziś Bab al-Mandab, pomiędzy wschodnią Afryką a Półwyspem Arabskim, pokonując płytkie wody na wiosłowych tratwach powiązanych winoroślą. Inni udali się na północ, gdzie klimat był łagodniejszy, a ziemia bardziej urodzajna. Gdy drogę zamknęło im Morze Śródziemne, przez półwysep Synaj powędrowali na Bliski Wschód i opanowali tropikalne obszary Azji Centralnej. Jeszcze inni dotarli dużo dalej, aż do lodowych i śnieżnych pustkowi Północy, aby u szczytu globu przedostać się ze wschodnioazjatyckiej Arktyki do obu Ameryk. Gdziekolwiek jednak trafiali i osiedlali się ludzie, nic nie mogło dorównać skarbom natury, które pozostawili w Afryce.

W czasach, w których urodził się Adam, bogactwa tego kontynentu miały już za sobą długą historię, większość z nich powstała około 3,5 miliarda lat temu, gdy ziemia stygła i na roztopionych skałach tworzyła się skorupa. Diamenty wynurzały się na powierzchnię, kiedy jeszcze dinozaury pasły się pośród traw, a Afryka była połączona z Ameryką – 150 milionów lat temu. Wykrystalizowane w węglowym piecu tuż ponad płaszczem ziemskim, były z niezwykłą mocą wypychane przez wulkany diamentonośne, które ciskały je w jurajskie niebo na ponad kilometr wysokości. W połowie XIX wieku nasi najbardziej szanowani geologowie pokpiwali z teorii, że diamenty rozsiały się po świecie w wyniku wybuchu w głębi ziemi. Uważali, że te drogocenne klejnoty pochodzą ze złóż aluwialnych: że wypłukane z ziemi przez pradawne rzeki, przemieszczały się z mułem i iłem. Potem jednak zdarzyło się coś, co zmieniło wcześniejsze poglądy uczonych i wywołało niebywałą gorączkę diamentową.

Grupa poszukiwaczy, zwanych Czerwonymi Czapkami przemierzała jałowe, usiane skałami pustkowia południowej Afryki i bez większego przekonania zatrzymała się przy granicy brytyjskiej Kolonii Przylądkowej, aby dokładniej zbadać ten teren. Był rok 1871, w którym seria zyskownych znalezisk na brzegach rzek Vaal i Oranje przyciągnęła tu amatorów przygódz całego świata. Niektórzy bogacili się dzięki jednej, spektakularnej zdobyczy, większość wracała wyczerpana, nękana chorobami i bez grosza. Grupa Czerwonych Czapek zamierzała dołączyć do rzeszy pełnych nadziei śmiałków i nie miała ochoty rozpoczynać kopania „na sucho”, z dala od wody. Podczas postoju szef wyprawy Fleetwood Rawstorne, chcąc ukarać swojego kucharza za pijaństwo poprzedniej nocy, wysłał go, by zbadał wierzchołek niewielkiego pagórka, w języku afrikaans nazywanego kopje. W popołudniowym skwarze kucharz rozgarniał stopami pylistą ziemię na szczycie, aż w pewnej chwili poczuł pod butem coś twardego. Był to duży przezroczysty kamień. Kucharz zawołał pozostałych i w ciągu paru godzin znaleziono dużo więcej podobnych minerałów. Pagórek okazał się wierzchołkiem pierwszego z odkrytych przez człowieka wulkanów diamentonośnych. Przykrywał on diamentowy „komin”, sięgający 400 metrów w głąb, w którego wnętrzu rozsiane były diamenty jak rodzynki w cieście. Dziesiątki tysięcy poszukiwaczyz Europyi Ameryki ściągały do kopje. Region ogarnęła diamentowa gorączka. Teren, na którym znajdował się wulkan, byłczęścią farmy dwóch braci Burów, którzy zaczęli dzierżawić chętnym działki pod wykopy. Nazywali się de Beers.

Jako jeden z pierwszych, w październiku 1871 roku pojawił się osiemnastoletni Brytyjczyk w flanelowym ubraniu, z jasnymi włosami przyprószonymi drobnym pomarańczowym pyłem. Często widywano go, jak siedząc na odwróconym wiadrze nad powstającym wykopem, pilnuje robotników, czytając klasykę. Nazywał się Cecil Rhodes.

Po dwóch miesiącach wartość tygodniowego urobku sięgała 50 000 funtów, cow przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze oznacza oszałamiającą kwotę 5,5 miliona funtów. W pobliżu odnaleziono trzy kolejne wulkany diamentonośne, wszystkie w promieniu trzech kilometrów. Odkrycia przewyższały wszystko, co widziano do tej pory. W ciągu roku bracia de Beers wyprzedali swój majątek i wyjechali. Cecil Rhodes pozostał i spekulując działkami, stopniowo wyeliminował konkurentów, a jego firma De Beers Consolidated Mines Ltd przejęła kontrolę nad wszystkimi trzema wulkanami, a wrazz nimi nad większością światowej produkcji diamentów. Nasuwało się jednak ważne pytanie: kto właściwie rządzi tym dawniej niechcianym i w znacznej części niezamieszkanym regionem? Suwerenność polityczna niewątpliwe zapewniłaby prawo do gospodarczej i politycznej dominacji. Granice w tym okresie były płynne, ale najbardziej uzasadnione roszczenia miała burska republika Transwalu. Brytyjska Kolonia Przylądkowa leżała 40 kilometrów na południe. Właściwie nie miała podstaw, by ubiegać się o te obszary, jej gubernator wysunął jednak pewien pomysł. A może ustanowić sąd arbitrażowy do rozstrzygnięcia tej kwestii? Na przewodniczącego wyznaczono Roberta Williama Keate’a, absolwenta Eton, grywającego w krykietaw barwach Uniwersytetu Oksfordzkiego i Anglii. Burowiez Transwalu mieli powody do nieufności. Wynik okazał się z góry przesądzony. W 1871 roku Keate przyznał pola diamentowe miejscowemu wodzowi nazwiskiem Nicholas Waterboer, który uprzednio potajemnie wyraził zgodę na przekazanie terytorium królowej Wiktorii. Brytyjski sekretarz kolonialny, lord Kimberley, który przybył świętować to wydarzenie, kazał wcześniej podwładnym zmienić lokalne nazwy miejscowe na angielskie, by mógł się poczuć bardziej swojsko. Młodzi ludzie z Urzędu Kolonialnego zrozumieli, o co chodziło. Kopalnia, jeśli lord Kimberley byłby tak łaskaw, zostanie nazwana Kimberley, taką samą nazwę otrzyma miasto. Nawet diamentonośne skały wulkaniczne naznaczono kolonialnym stemplem. Nazwano je kimberlitami i taką nazwę noszą do dziś.

Niebawem spory o Afrykę zaczęły się na poważnie, a ich kulminacją była słynna konferencja berlińska w latach 1884–1885, podczas której mocarstwa europejskie formalnie podzieliły między siebie kontynent. Po niej w krótkim czasie nastąpiła seria diamentowych odkryć: w Wolnym Państwie Kongu, należącym wówczas do Leopolda, króla Belgów, w Portugalskiej Afryce Zachodniej i w rządzonym przez Brytyjczyków Sierra Leone. Kilka kopalń diamentów założyła kierowana przez Cecila Rhodesa brytyjska Kompania Południowoafrykańska na terenie administrowanych przez niego osobiście kolonii Matabele i Maszona, których terytoria zostały w późniejszym okresie połączone, tworząc Rodezję Południową. Już znacznie później, począwszy od lat pięćdziesiątych XX wieku, spektakularnych odkryć dokonywano w brytyjskim protektoracie Beczuana i wówczas światowe rynki diamentów przeobraziły się po raz kolejny. Poszukiwania w tym regionie zaczęły się niezbyt efektownie, od analizy geologicznej dziesiątków wielkich kopców termitów na wysuszonych, niemal pozbawionych życia, połaciach pustyni Kalahari. Owady wkopywały się w głąb, szukając wilgotneji lepkiej gliny, z której budowały swoje domy, ale po zbadaniu drobnych cząstek błota w wysokich stożkowatych budowlach okazało się, że są w nich ślady kimberlitu. Termity wyniosły na powierzchnię dowód, że gdzieś głęboko kryją się diamenty.

Poszukiwacze rozpoczęli wykopy i odnaleźli komin diamentonośny, taki sam jak w Kimberley. Wkrótce pojawiły się następne. Stopniowow Beczuanie, jednymz najrzadziej zaludnionych krajów afrykańskich, odkryto kilkanaście wulkanów z diamentami. Po uzyskaniu niepodległości w 1966 roku państwo, które nazywało się teraz Botswana, stało się drugim na świecie producentem diamentów.

Złoto sprowadziły na naszą planetę asteroidy, kiedy ziemia była jeszcze młoda. Nasi przodkowie zwrócili uwagę na ten kruszec około 40 000 lat temu i zaczęli znosić do swoich jaskiń maleńkie złociste płatki, aby podziwiać ich wspaniały blask. Pierwsze świadectwa wykorzystania złota jako cennego materiału pochodzą ze starożytnego Egiptu, gdzie zaczęto wytwarzać z niego biżuterię, a nawet przyozdobiono nim zwieńczenia wielkich piramid w Gizie. Potem przybyli Europejczycy. U wybrzeży zachodniej Afryki pojawili się 500 lat temu, przyciągnięci opowieściami o miastach budowanych ze złota. Założyli swoje placówki handlowe i wyłudzali od tubylców szlachetny metal w zamian za lusterka, bawełnę i rum. Całe wybrzeże Gwinei podzielono według zasobów, jakich miało dostarczać Europejczykom, na Wybrzeże Pieprzowe, Wybrzeże Niewolnicze, Złote Wybrzeże. Powstawały forty, pierwszy wybudowali Portugalczycy w 1482 roku w Elminie na obszarze dzisiejszej Ghany, kolejne wznosili Brytyjczycy, Holendrzy, Duńczycy i Szwedzi, podczas gdy mocarstwa europejskie walczyły o dominację i pokonywały plemienne wojska miejscowych wodzów. O obfitości złota w tym regionie świadczy fakt, że ówczesny pieniądz nazwano gwineą. I tym razem Afryka okazała się miejscem odkrycia, które zmieniło układ sił na świecie.

W 1886 roku, piętnaście lat po odnalezieniu diamentów, w burskiej republice Transwalu, niedaleko Kimberley, natrafiono na żyły złota, przecinające w poprzek góry Witwatersrand niby stronice gigantycznej księgi o długości sześćdziesięciu pięciu kilometrów i szerokości czterech kilometrów. Gromady poszukiwaczy szczęścia przeniosły się tutaj z kopalni diamentów, dołączyli do nich przybysze z Europyi Ameryki. Pyliste zbocza zaroiły się od twardych, brutalnych mężczyzn z wiadramii kilofami, którzy wyłupywali złoto ze skał przy użyciu prymitywnych maszyn. Rozprzestrzeniające się obozy wrastały w krajobraz, zaopatrywanew tani alkohol i obsługiwane przez europejskie prostytutki. Z czasem powstało z nich miasto drewnianych chat i byle jak skleconych barów, znane później jako Johannesburg. Kopalnie złota w górach Witwatersrand okazały się niebawem najbogatsze na świecie, zapewniały połowę światowego wydobycia tego kruszcu. Brytyjczycy z sąsiedniej Kolonii Przylądkowej nie mogli spokojnie na to patrzeć. Cecil Rhodes był już wówczas premierem rządu tego kraju i właścicielem ogromnych udziałów w transwalskich kopalniach. Chciał więc, aby znalazły się one w pewnych rękach jego sprzymierzeńców. W 1896 roku próbował potajemnie wywołać powstanie brytyjskich mieszkańców Transwalu przeciwko burskiemu prezydentowi republiki, Paulowi Krugerowi. Po wybuchu buntu zamierzał pod pretekstem przywracania pokoju wysłać do Transwalu siły zbrojne brytyjskiej Kompanii Południowoafrykańskiej dowodzone przez sir Leandera Starra Jamesona. Wyobrażał sobie, że Brytyjczykom uda się wkroczyć do Transwalu, zająć jego terytorium i sięgnąć po złoto. Rajd Jamesona zakończył się upokarzającą porażką. Ludzie Rhodesa zostali aresztowani, a on sam ustąpił pod gradem międzynarodowych potępień. Sześć lat później Brytyjczykom udało się jednak opanować Transwal, a jego złoto miało decydujący wpływ na przyszłe losy tej kolonii jako części Republiki Południowej Afryki.

Ogromne zasoby ropy naftowej odkryto w Afryce stosunkowo niedawno. Od wieków wędrowni kupcy przemierzający Saharę na terenie Libii opowiadali o dziwnych tęczowych plamach na powierzchni wody w oazach. Już w połowie XVIII wieku portugalscy żeglarze obserwowali wzdłuż wybrzeża Angoli wypływającą ze skał gorącą smolistą ciecz. Była gęsta, lepka i brudząca, nikomu nie przyszło do głowy, że mogłaby się okazać przydatna jako paliwo. Zbierano ją do wiader i używano do zatykania dziur w kadłubach statków. Poważne poszukiwania ropy w Afryce zaczęły się dopiero po drugiej wojnie światowej, gdy Europa uznała za strategiczny błąd niemal całkowite uzależnienie w tym względzie od kapryśnych szejków Bliskiego Wschodu.

Kakao może wydawać się dziwnym dodatkiem do tych cennych zasobów, które ukształtowały współczesną historię Afryki, ma jednak niewątpliwie coś wspólnego z kamieniami szlachetnymi i rzadkimi metalami ze względu na ograniczoną dostępność przy nienasyconym popycie. Drzewa kakaowe wymagają specjalnych warunków rozwoju, jakie panują tylko w wąskim pasie dziesięciu stopni szerokości geograficznej po obu stronach równika. Najlepiej rosną w cieniu roślinności tropikalnej, potrzebują regularnych opadów i nie znoszą gorących wiatrów – jest to rzadkie połączenie cech klimatycznych, występujące w niewielu regionach świata, do których należy Afryka Zachodnia. Prawie każda tabliczka czekolady, którą zjadamy, wzięła początek w lasach kakaowych Ghany i Wybrzeża Kości Słoniowej, dwóch największych producentów na świecie. Każdy, kto ma wpływ na uprawy kakao w Afryce Zachodniej, dysponuje wielką władzą.

Książka ta zajmuje się głównie okresem, który nastąpił po dekolonizacji Afryki, choć dyktatorskie zapędy można właściwie zrozumieć tylko w kontekście tego, co się działo wcześniej. Rozpad kolonii nastąpił w wyniku rozwoju ruchów narodowych w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku oraz dzięki wzrostowi świadomości, że postawy wobec imperializmu zmieniły się na zawsze. Miejscowi przywódcy nagle otrzymali zarząd nad cennymi zasobami, które dotąd znajdowały się w rękach Londynu, Madrytu, Lizbonyi Paryża. Większość z nich była nieprzygotowana do sprawowania władzy. Państwa, którymi przyszło im rządzić, to sztuczne europejskie twory o niedbale wytyczonych granicach, nieuwzględniających odwiecznych waśni plemiennych. Czasami rozdzielano rodziny jednym nieprzemyślanym pociągnięciem ołówka. Wrogie ludy dzieliły wspólne terytorium, a konflikty między nimi miały zostać rozwiązane za pomocą urny wyborczej. Nowi przywódcy byli skłonni popierać interesy własnego plemienia kosztem pozostałych. Cenne minerały i metale szlachetne wykorzystywano do nagradzania posłusznych i uciszania nieprzyjaciół. Przywódcy kurczowo trzymali się władzy z obawy, że ich konkurenci zawładną bogactwami Afryki i narzucą własny sposób życia. Zachowanie dominacji jednego klanu czy rodu znaczyło więcej niż wszystko. W maleńkiej, bogatejw ropę naftową Gwinei Równikowej rodzina Nguema zapoczątkowała dynastię, która rządzi do dziś od czasu, gdy Hiszpanie oddali władzę w 1968 roku.

Niektóre państwa europejskie zwlekały z wycofaniem swojej administracji z niepodległych państw afrykańskich, aby nie wypuścić z rąk tamtejszych dóbr naturalnych. Belgia zachowała w Kongu siły militarne nie tylko dla powstrzymania domniemanego zagrożenia ze strony komunistów, ale również po to, by zyski z diamentów i miedzi bezwstydnie kierować do Brukseli.

Wielonarodowe koncerny ubijały interesy z autorytarnymi władcami Afryki, zamykając oczy na łamanie praw człowieka i zabezpieczając sobie prawa do cennych minerałów. Spółka BP rozkwitała w Nigerii, podczas gdy kolejni dyktatorzy torturowali i masakrowali ludność regionów wydobycia ropy naftowej, protestującą przeciwko dewastowaniu ich ziemi. Spółka De Beers czerpała zyski z diamentów przez większość okresu rządów Mobutu w Kongu. Nie inaczej zachowywały się zachodnie rządy, podtrzymujące kilku najbardziej brutalnych dyktatorów afrykańskich w Libii, Nigeriii Sudanie, aby dostać w swoje ręce tamtejszą ropę.

Książka opowiadao tym, jakw biały dzień ograbiono cały kontynent. I jak to się dzieje do dziś.

Jest to opowieść o ludziach, którzy ukradli Afrykę.

Część pierwsza

ZŁOTO I DIAMENTY

1

KONGO

Demokratyczna Republika Konga