Zielona mila - Stephen King - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Zielona mila ebook i audiobook

Stephen King

4,7

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Najbardziej poruszająca czytelnika powieść Stephena Kinga.

Akcja powieści zbliżonej klimatem do głośnej noweli tego samego autora pt. "Skazani na Shawshank" toczy się w latach 30-tych w środowisku więźniów oczekujących na wykonanie kary śmierci. W filmowej adaptacji książki, zrealizowanej jesienią 1999 roku przez Franka Darabonta, główną rolę zagrał Tom Hanks.

Wśród przebywających w więzieniu Cold Mountain skazańców znajduje się nieobliczalny, niezwykle agresywny młodociany zabójca Wiliam Wharton, jest Eduar Delacroix, niepozorny Francuz z Luizjany, który zgwałcił i zabił młodą dziewczynę a dla zatarcia śladów spalił kolejne sześć osób. Jest wreszcie skazany za brutalny mord na dwóch małych dziewczynkach John Coffey, zagadkowy olbrzym o wiecznie załzawionych oczach, obdarzony niezwykłą mocą. Co łączy tych ludzi? Tę zagadkę usiłuje rozwiązać główny klawisz Paul Edgecombe, wierzący w niewinność Coffeya.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 584

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 34 min

Lektor: Zbigniew Zapasiewicz

Sortuj według:
dziekanek

Nie oderwiesz się od lektury

Moja ulubiona książka.
00

Popularność



Kolekcje



Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE GRE­EN MILE

Co­py­ri­ght © Ste­phen King 1996

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 1999

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © An­drzej Szulc 1999

Re­dak­cja: Bar­ba­ra No­wak

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ja­cek Ko­pal­ski

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki i se­rii: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-007-6

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

2012. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp

Czę­sto cier­pię na bez­sen­ność – fakt ten nie po­wi­nien dzi­wić lu­dzi, któ­rzy czy­ta­li po­wieść opi­su­ją­cą przy­go­dy Ral­pha Ro­bert­sa – i dla­te­go, gdy w nocy nie nad­cho­dzi sen, sta­ram się mieć za­wsze pod ręką ja­kąś hi­sto­rię. Opo­wia­dam ją so­bie, le­żąc w ciem­no­ści: pi­szę w my­śli, tak jak­bym to ro­bił na ma­szy­nie albo na kom­pu­te­rze, czę­sto co­fa­jąc się i zmie­nia­jąc sło­wa, do­da­jąc re­flek­sje, skre­śla­jąc fra­zy, szli­fu­jąc dia­log. Co noc za­czy­nam od po­cząt­ku i za każ­dym ra­zem do­cie­ram tro­chę da­lej. Pią­tej albo szó­stej nocy mam na ogół w pa­mię­ci całe go­to­we frag­men­ty pro­zy. Może to się wy­dać tro­chę nie­nor­mal­ne, ale jest ko­ją­ce… i jako spo­sób na za­bi­cie cza­su sta­now­czo prze­wyż­sza li­cze­nie ba­ra­nów.

Te hi­sto­rie w koń­cu się zu­ży­wa­ją, tak jak zu­ży­wa się książ­ka, któ­rą czy­ta się po raz któ­ryś z rzę­du („Wy­rzuć ją i kup so­bie nową, Ste­phen”, mó­wi­ła cza­sa­mi moja mat­ka, zer­ka­jąc po­iry­to­wa­nym okiem na ja­kiś mój uko­cha­ny ko­miks albo wy­da­nie w mięk­kich okład­kach. „Ta jest za­czy­ta­na na strzę­py”). Wte­dy nad­cho­dzi czas, by ro­zej­rzeć się za nową, i w trak­cie mo­ich cy­klów bez­sen­no­ści mam na­dzie­ję, że po­ja­wi się szyb­ko, po­nie­waż bez­sen­ne go­dzi­ny są bar­dzo dłu­gie.

W roku 1992 albo 1993 pra­co­wa­łem no­ca­mi nad opo­wie­ścią za­ty­tu­ło­wa­ną „Cze­go nie wi­dzi oko”. Opo­wia­da­ła o czło­wie­ku za­mknię­tym w celi śmier­ci – wiel­kim czar­nym męż­czyź­nie, któ­ry w mia­rę, jak zbli­ża się data jego eg­ze­ku­cji, co­raz bar­dziej in­te­re­su­je się ku­glar­ski­mi sztucz­ka­mi. Hi­sto­rię opo­wia­dał w pierw­szej oso­bie sta­ry ka­le­fak­tor, któ­ry po­py­chał z blo­ku na blok wó­zek z książ­ka­mi, a poza tym sprze­da­wał pa­pie­ro­sy, ga­lan­te­rię oraz dro­bia­zgi ta­kie jak to­nik do wło­sów i sa­mo­lo­ci­ki z wo­sko­wa­ne­go pa­pie­ru. Chcia­łem, żeby na sa­mym koń­cu, tuż przed eg­ze­ku­cją, wiel­kie­mu więź­nio­wi, Luke’owi Cof­fey­owi, uda­ło się znik­nąć.

Po­mysł był do­bry, ale nic z nie­go nie wy­cho­dzi­ło. Pró­bo­wa­łem na próż­no chy­ba stu róż­nych spo­so­bów. Za­fun­do­wa­łem nar­ra­to­ro­wi oswo­jo­ną mysz­kę, jeż­dżą­cą na jego wóz­ku, my­śląc, że to coś po­mo­że, nie­ste­ty, nie po­mo­gło. Naj­lep­sze było pierw­sze zda­nie: „Zda­rzy­ło się to w roku ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dru­gim, kie­dy sta­no­we wię­zie­nie wciąż mie­ści­ło się w Evans Notch… i kie­dy było tam oczy­wi­ście krze­sło elek­trycz­ne, któ­re więź­nio­wie na­zy­wa­li Sta­rą Iskró­wą”. To jed­no zda­nie, jak się zda­je, wy­szło cał­kiem nie­źle – ale nic poza nim. W koń­cu po­rzu­ci­łem Luke’a Cof­feya i jego zni­ka­ją­ce mo­ne­ty na rzecz baj­ki o pla­ne­cie, gdzie lu­dzie z ja­kie­goś po­wo­du zmie­nia­ją się w ka­ni­ba­li, kie­dy pada deszcz… i nadal po­do­ba mi się ten po­mysł, więc za­bie­raj­cie te łap­ska, sły­szy­cie?

Mniej wię­cej pół­to­ra roku póź­niej po­mysł blo­ku śmier­ci wró­cił do mnie, tyle że w nie­co in­nym uję­ciu – przy­pu­ść­my, po­my­śla­łem, że wiel­ki fa­cet nie bę­dzie po­cząt­ku­ją­cym ma­gi­kiem, lecz kimś w ro­dza­ju uzdra­wia­cza, pro­stacz­kiem ska­za­nym za mor­der­stwa, któ­rych nie tyl­ko nie po­peł­nił, ale któ­rych skut­ki pró­bo­wał od­wró­cić.

To zbyt do­bra hi­sto­ria, by ba­wić się nią noc­ną porą, uzna­łem, choć za­czą­łem nad nią pra­co­wać w ciem­no­ści, wskrze­sza­jąc pra­wie sło­wo w sło­wo pierw­szy aka­pit i ukła­da­jąc w my­śli cały pierw­szy roz­dział, nim za­czą­łem pi­sać. Nar­ra­to­rem za­miast więź­nia zo­stał straż­nik pra­cu­ją­cy na blo­ku śmier­ci. Luke Cof­fey stał się Joh­nem Cof­fey­em (tu ukłon w stro­nę Wil­lia­ma Faulk­ne­ra, któ­re­go wzo­ro­wa­na na Chry­stu­sie po­stać na­zy­wa się Joe Chri­st­mas), a mysz… Pa­nem Dzwo­necz­kiem.

To była do­bra hi­sto­ria, wie­dzia­łem to od po­cząt­ku, jed­nak nie­zmier­nie trud­no było ją na­pi­sać. W moim ży­ciu dzia­ły się inne rze­czy, któ­re wy­da­wa­ły się ła­twiej­sze – jed­ną z nich był sce­na­riusz do te­le­wi­zyj­ne­go se­ria­lu we­dług Lśnie­nia – ale ja ucze­pi­łem się Zie­lo­nej Mili. Czu­łem, jak­bym two­rzył świat pra­wie z ni­cze­go, nie mia­łem bo­wiem naj­mniej­sze­go po­ję­cia, jak wy­glą­da­ło ży­cie w wię­zien­nym blo­ku śmier­ci na ame­ry­kań­skim Po­łu­dniu w la­tach Wiel­kie­go Kry­zy­su. Moż­na było temu oczy­wi­ście za­ra­dzić, się­ga­jąc do źró­deł, wy­da­wa­ło mi się jed­nak, że ze­bra­na fak­to­gra­fia może uśmier­cić to kru­che po­czu­cie cudu, któ­re od­naj­dy­wa­łem w mej hi­sto­rii – ja­kaś cząst­ka mnie sa­me­go zda­wa­ła so­bie od po­cząt­ku spra­wę, że tym, cze­go pra­gnę, jest nie re­alizm, lecz mit. Nie da­wa­łem więc za wy­gra­ną, gro­ma­dząc sło­wa i cze­ka­jąc na bożą iskrę, ob­ja­wie­nie, ja­ki­kol­wiek cud dnia po­wsze­dnie­go.

Cud przy­brał po­stać fak­su od Ral­pha Vi­ci­nan­zy, mo­je­go agen­ta od za­gra­nicz­nych praw au­tor­skich, któ­ry roz­ma­wiał nie­co wcze­śniej z bry­tyj­skim wy­daw­cą na te­mat for­my po­wie­ści w od­cin­kach, któ­rą pa­rał się przed stu laty Ka­rol Dic­kens. Ralph za­py­ty­wał – w oględ­ny spo­sób, cha­rak­te­ry­stycz­ny dla ko­goś, kto nie spo­dzie­wa się, by jego po­mysł do cze­go­kol­wiek do­pro­wa­dził – czy nie chciał­bym być może spraw­dzić się w tej for­mie. Chło­pie, o ni­czym in­nym nie ma­rzy­łem. Zro­zu­mia­łem na­tych­miast, że je­śli zgo­dzę się na ten pro­jekt, będę mu­siał skoń­czyć Zie­lo­ną Milę. Czu­jąc się, jak rzym­ski żoł­nierz pa­lą­cy za sobą most po prze­kro­cze­niu Ru­bi­ko­nu, za­dzwo­ni­łem do Ral­pha i po­wie­dzia­łem, żeby za­warł umo­wę. Zro­bił to i resz­tę zna­cie. John Cof­fey, Paul Ed­ge­com­be, Bru­tal Ho­well, Per­cy We­tmo­re… prze­ję­li pa­łecz­kę i spra­wi­li, że ta hi­sto­ria uj­rza­ła świa­tło dzien­ne. Była jak naj­bar­dziej w po­rząd­ku.

Zie­lo­na Mila spo­tka­ła się z praw­dzi­wie ma­gicz­nym od­bio­rem, któ­re­go wca­le się nie spo­dzie­wa­łem; w grun­cie rze­czy ba­łem się, że książ­ka może się oka­zać fi­nan­so­wą ka­ta­stro­fą. Od­zew czy­tel­ni­ków był wspa­nia­ły i tym ra­zem wtó­ro­wa­ła im na­wet więk­szość kry­ty­ków. Wy­da­je mi się, że po­zy­tyw­ne przy­ję­cie książ­ki za­wdzię­czam w du­żej mie­rze traf­nym su­ge­stiom mo­jej żony, a ko­mer­cyj­ny suk­ces cięż­kiej pra­cy, jaką wy­ko­na­li lu­dzie z wy­daw­nic­twa Dut­ton Si­gnet.

Tyl­ko ja wiem jed­nak, co przy tym prze­sze­dłem. Pi­sa­łem jak sza­lo­ny, sta­ra­jąc się do­trzy­mać wa­riac­kich ter­mi­nów i pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie do­pra­co­wać książ­kę, tak by każ­da część po­sia­da­ła swą kul­mi­na­cję, ma­jąc na­dzie­ję, że wszyst­ko bę­dzie do sie­bie pa­so­wa­ło, i wie­dząc, że po­wie­szą mnie, je­śli to się nie uda. Za­sta­na­wia­łem się kil­ka­krot­nie, czy Ka­rol Dic­kens czuł to samo: czy miał na­dzie­ję, że pod­nie­sio­ne w fa­bu­le py­ta­nia znaj­dą swo­je od­po­wie­dzi. Na szczę­ście dla sta­re­go Ka­ro­la, Pan Bóg ob­da­ro­wał go nie­co więk­szym ta­len­tem.

Pa­mię­tam, że kil­ka razy zdej­mo­wał mnie lęk, że tekst usia­ny jest wo­ła­ją­cy­mi o po­mstę do nie­ba ana­chro­ni­zma­mi. Oka­za­ło się jed­nak, że jest ich za­ska­ku­ją­co nie­wie­le. Na­wet mały „spro­śny ko­miks”, w któ­rym wy­stę­pu­ją Po­peye oraz Oli­ve Oyl, miał, jak się oka­za­ło, swój od­po­wied­nik w rze­czy­wi­sto­ści: po pu­bli­ka­cji czę­ści szó­stej ktoś przy­słał mi eg­zem­plarz ta­kie­go ko­mik­su wy­da­ne­go oko­ło roku 1927. Na jed­nym z su­ge­styw­nych ob­raz­ków Wim­py po­su­wa Oli­ve, je­dząc jed­no­cze­śnie ham­bur­ge­ra. Cze­go to lu­dzie nie wy­my­ślą?

Po suk­ce­sie to­mi­ków Zie­lo­nej Mili od­by­ło się wie­le dys­ku­sji o tym, jak – i czy w ogó­le – po­win­na ona zo­stać wy­da­na w jed­nym to­mie. Pu­bli­ka­cja w od­cin­kach była kło­po­tli­wa dla mnie i dla czę­ści czy­tel­ni­ków, po­nie­waż jak na wy­da­nie w mięk­kich okład­kach cena oka­za­ła się bar­dzo wy­so­ka; oko­ło dzie­więt­na­stu do­la­rów za sześć ze­szy­tów (znacz­nie mniej, je­śli ku­po­wa­ło się na prze­ce­nie). Z tego po­wo­du zbio­ro­we wy­da­nie wszyst­kich sze­ściu to­mi­ków nig­dy nie wy­da­wa­ło się ide­al­nym roz­wią­za­niem. Wy­da­wa­ło się nim na­to­miast ta­kie jak to wy­da­nie, do­stęp­ne za bar­dziej roz­sąd­ną cenę. Oto więc jest, w za­sa­dzie w iden­tycz­nym kształ­cie, w ja­kim zo­sta­ło opu­bli­ko­wa­ne. (Zmie­ni­łem frag­ment, gdzie tkwią­cy w ka­fta­nie bez­pie­czeń­stwa Per­cy We­tmo­re pod­no­si rękę, aby otrzeć pot z twa­rzy).

Chciał­bym kie­dyś cał­ko­wi­cie prze­ro­bić tę książ­kę, zmie­nić ją na po­wieść, któ­rą nie mo­gła do koń­ca stać się w tej for­mie, i po­now­nie wy­dać. Póki ten mo­ment nie na­dej­dzie, musi wy­star­czyć to, co jest. Cie­szę się, że spodo­ba­ła się tak wie­lu czy­tel­ni­kom. I mu­szę przy­znać, że oka­za­ła się mimo wszyst­ko do­brą opo­wie­ścią do po­dusz­ki.

Ste­phen King

Ban­gor, Ma­ine

6 lu­te­go 1997

Przed­mo­wa – list do Czy­tel­ni­ka

27 paź­dzier­ni­ka 1995

Dro­gi Sta­ły Czy­tel­ni­ku

Ży­cie ob­fi­tu­je w przy­pad­ki. Hi­sto­ria opo­wie­dzia­na w tej książ­ce przy­bra­ła tę for­mę z po­wo­du rzu­co­nej luź­no uwa­gi agen­ta nie­ru­cho­mo­ści, któ­re­go nie mia­łem na­wet oka­zji po­znać. Sta­ło się to rok temu na Long Is­land. Mój sta­ry przy­ja­ciel i wspól­nik (zaj­mu­ją­cy się głów­nie sprze­da­żą za gra­ni­cę praw au­tor­skich), Ralph Vi­ci­nan­za, wy­na­jął tam wła­śnie dom. Agent, któ­ry go po nim opro­wa­dzał, za­uwa­żył, że bu­dy­nek wy­glą­da, jak­by „wy­ję­to go żyw­cem z po­wie­ści Ka­ro­la Dic­ken­sa”.

Stwier­dze­nie to za­pa­dło w pa­mięć Ral­pho­wi i kie­dy zło­żył mu wi­zy­tę pierw­szy gość, bry­tyj­ski wy­daw­ca Mal­colm Edwards, przy­to­czył zda­nie agen­ta i za­czę­li roz­ma­wiać o Dic­ken­sie. Edwards wspo­mniał, że Dic­kens pi­sał wie­le swo­ich po­wie­ści w od­cin­kach i pu­bli­ko­wał je w cza­so­pi­smach bądź też w od­dziel­nych ze­szy­tach. Nie­któ­re z nich, do­dał Edwards, pi­sa­ne były i re­da­go­wa­ne nie­mal w przed­dzień pu­bli­ka­cji; Ka­rol Dic­kens nie na­le­żał jak wi­dać do po­wie­ścio­pi­sa­rzy, któ­rzy boją się jak ognia wi­szą­ce­go nad gło­wą ter­mi­nu.

Pu­bli­ko­wa­ne w od­cin­kach po­wie­ści Dic­ken­sa były bar­dzo po­pu­lar­ne; tak bar­dzo, że jed­na z nich sta­ła się na­wet przy­czy­ną tra­ge­dii, do któ­rej do­szło w Bal­ti­mo­re. Po­kaź­na gru­pa mi­ło­śni­ków pi­sa­rza zgro­ma­dzi­ła się w por­cie, cze­ka­jąc na przy­bi­cie do brze­gu an­giel­skie­go stat­ku, na któ­re­go po­kła­dzie znaj­do­wa­ły się eg­zem­pla­rze ostat­nie­go od­cin­ka Ma­ga­zy­nu oso­bli­wo­ści. Kil­ku nie­do­szłych czy­tel­ni­ków wpa­dło po­dob­no do wody i uto­nę­ło.

Nie są­dzę, by Mal­colm albo Ralph chcie­li oglą­dać lu­dzi to­ną­cych w od­mę­tach, cie­ka­wi­ło ich jed­nak, z ja­kim przy­ję­ciem spo­tka­ła­by się obec­nie ta for­ma pu­bli­ka­cji. Ża­den nie zda­wał so­bie w pierw­szej chwi­li spra­wy, że przy­najm­niej w dwu przy­pad­kach mie­li­śmy z nią ostat­nio do czy­nie­nia (tak na­praw­dę nie ma nic no­we­go pod słoń­cem). Tom Wol­fe opu­bli­ko­wał w cza­so­pi­śmie „Rol­ling Sto­ne” pierw­szą wer­sję po­wie­ści Tar­go­wi­sko próż­no­ści (pol. wyd. PIW, 1996), a Mi­cha­el McDo­well (au­tor The Amu­let, Gil­ded Ne­edles, The Ele­men­tals oraz sce­na­riu­sza do fil­mu Be­etle­ju­ice) wy­dał w kil­ku ze­szy­tach po­wieść pod ty­tu­łem Bac­kwa­ter. Książ­ka ta – hor­ror o pew­nej ro­dzi­nie z Po­łu­dnia, ob­da­rzo­nej nie­przy­jem­ną skłon­no­ścią do za­mie­nia­nia się w ali­ga­to­ry – nie na­le­ża­ła do naj­lep­szych po­wie­ści tego au­to­ra, lecz mimo to przy­nio­sła duży suk­ces wy­daw­nic­twu Avon Bo­oks.

Dwaj pa­no­wie spe­ku­lo­wa­li w dal­szym cią­gu, co mo­gło­by się zda­rzyć, gdy­by au­tor li­te­ra­tu­ry po­pu­lar­nej spró­bo­wał dzi­siaj wy­dać po­wieść w od­cin­kach – cien­kich ksią­żecz­kach, któ­re moż­na sprze­dać za jed­ne­go albo dwa fun­ty w Wiel­kiej Bry­ta­nii i być może za trzy do­la­ry w Ame­ry­ce (gdzie za więk­szość ksią­żek w mięk­kich okład­kach trze­ba za­pła­cić sześć do­la­rów dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć cen­tów albo sie­dem do­la­rów dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć cen­tów). Ktoś taki jak Ste­phen King mógł­by za­ini­cjo­wać tego ro­dza­ju eks­pe­ry­ment, stwier­dził Mal­colm i po chwi­li zmie­ni­li te­mat.

Ralph przy­po­mniał so­bie o tej roz­mo­wie do­pie­ro je­sie­nią ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go pią­te­go roku, wkrót­ce po po­wro­cie z tar­gów książ­ki we Frank­fur­cie, mię­dzy­na­ro­do­we­go spę­du, gdzie dzień w dzień po­ka­zu­ją się tacy jak on za­gra­nicz­ni agen­ci. Pod­su­nął mi po­mysł po­wie­ści w od­cin­kach wraz z licz­ny­mi in­ny­mi kon­cep­cja­mi, któ­rych więk­szość z miej­sca kwa­li­fi­ko­wa­ła się do od­rzu­ce­nia.

Pro­jekt po­wie­ści pi­sa­nej w od­cin­kach nie wy­da­wał mi się taki zły; w prze­ci­wień­stwie do wy­wia­du dla ja­poń­skiej edy­cji „Play­boya” lub dar­mo­wej wy­ciecz­ki po re­pu­bli­kach bał­tyc­kich, po­ru­szał żywą stru­nę w mo­jej wy­obraź­ni. Nie uwa­żam się za współ­cze­sne­go Dic­ken­sa – je­śli taka oso­ba w ogó­le ist­nie­je, to jest nią praw­do­po­dob­nie John Irving albo Sal­man Ru­sh­die – za­wsze jed­nak uwiel­bia­łem hi­sto­rie, któ­re opo­wia­da się we frag­men­tach. Po raz pierw­szy ze­tkną­łem się z tą for­mą w „Sa­tur­day Eve­ning Post” i od razu przy­pa­dła mi do gu­stu, za­koń­cze­nie każ­de­go epi­zo­du czy­ni­ło bo­wiem z czy­tel­ni­ka pra­wie rów­no­rzęd­ne­go part­ne­ra au­to­ra – mia­ło się cały ty­dzień na wy­obra­że­nie so­bie, jaki bę­dzie na­stęp­ny ruch. Poza tym te hi­sto­rie czy­ta­ło się i prze­ży­wa­ło bar­dziej in­ten­syw­nie – wła­śnie dla­te­go, że były ra­cjo­no­wa­ne. Nie dało się ich po­łknąć w ca­ło­ści, je­śli na­wet mia­ło się na to ocho­tę (a je­śli były in­te­re­su­ją­ce, na ogół się mia­ło).

Co naj­waż­niej­sze, w moim domu czy­ta­li­śmy je czę­sto na głos – pierw­sze­go wie­czo­ru ro­bił to mój brat Da­vid, dru­gie­go ja, trze­cie­go przy­cho­dzi­ła ko­lej na mat­kę. Była to rzad­ka oka­zja, by od­bie­rać sło­wo pi­sa­ne w taki spo­sób, w jaki od­bie­ra­li­śmy fil­my, na któ­re cho­dzi­li­śmy do kina, a tak­że oglą­da­ne wspól­nie se­ria­le te­le­wi­zyj­ne (Ra­whi­de, Bo­nan­za, Ro­ute 66); sta­no­wi­ło to swe­go ro­dza­ju ro­dzin­ne wy­da­rze­nie. Do­pie­ro po wie­lu la­tach od­kry­łem, że po­wie­ści Dic­ken­sa od­bie­ra­ne były przez ów­cze­sne ro­dzi­ny bar­dzo po­dob­nie, z tą róż­ni­cą, że lo­sa­mi Pipa, Oli­ve­ra i Da­vi­da Cop­per­fiel­da przej­mo­wa­no się nie mie­sią­ca­mi, lecz ca­ły­mi la­ta­mi (na­wet naj­dłuż­sze dru­ko­wa­ne w „Post” se­ria­le rzad­ko prze­kra­cza­ły licz­bę ośmiu od­cin­ków).

Była jesz­cze jed­na spra­wa, po­cią­ga­ją­ca mnie w tej kon­cep­cji, spra­wa, któ­rą może w peł­ni do­ce­nić tyl­ko au­tor kry­mi­na­łów i po­wie­ści gro­zy: pu­bli­ku­jąc książ­kę w od­cin­kach pi­sarz zy­sku­je nad czy­tel­ni­kiem prze­wa­gę, ja­kiej w in­nych oko­licz­no­ściach nig­dy nie był­by w sta­nie osią­gnąć; mó­wiąc bez ogró­dek, Sta­ły Czy­tel­ni­ku, nie mo­żesz zer­k­nąć na ostat­nią stro­nę i zo­ba­czyć, jak po­to­czy­ła się ak­cja.

Wciąż pa­mię­tam, jak w wie­ku mniej wię­cej dwu­na­stu lat wsze­dłem do na­sze­go sa­lo­nu i uj­rza­łem mat­kę sie­dzą­cą w jej ulu­bio­nym bu­ja­ku i za­glą­da­ją­cą na ostat­nią stro­nę książ­ki Aga­thy Chri­stie, pod­czas gdy jej pa­lec tkwił do­pie­ro w oko­li­cy stro­ny pięć­dzie­sią­tej. By­łem szcze­rze obu­rzo­ny i wca­le tego przed nią nie kry­łem (mia­łem, pa­mię­taj­cie, dwa­na­ście lat, a to wiek, kie­dy chłop­cy za­czy­na­ją so­bie mgli­ście uświa­da­miać, że wie­dzą już wszyst­ko). Czy­ta­nie za­koń­cze­nia kry­mi­na­łu, nim się do nie­go do­trze, oznaj­mi­łem, moż­na po­rów­nać do wy­ja­da­nia na­dzie­nia z cze­ko­la­dek i wy­rzu­ca­nia resz­ty do śmie­ci. W od­po­wie­dzi ro­ze­śmia­ła się swo­im wspa­nia­łym, nie skrę­po­wa­nym śmie­chem i od­par­ła, że być może mam ra­cję, ale cza­sa­mi nie po­tra­fi po pro­stu oprzeć się po­ku­sie. Ule­ga­nie po­ku­som było kon­cep­tem, któ­ry po­tra­fi­łem zro­zu­mieć; na­wet w wie­ku dwu­na­stu lat mia­łem całe mnó­stwo wła­snych. Tym ra­zem jed­nak nie ma mowy o za­spo­ko­je­niu po­ku­sy. Do­pó­ki ostat­ni od­ci­nek nie po­ja­wi się w księ­gar­niach, nikt, być może rów­nież sam au­tor, nie bę­dzie wie­dział, jak za­koń­czy się Zie­lo­na Mila.

Choć nie mógł oczy­wi­ście o tym wie­dzieć, Ralph Vi­ci­nan­za wy­su­nął kon­cep­cję po­wie­ści w od­cin­kach w ide­al­nym dla mnie psy­cho­lo­gicz­nie mo­men­cie. Od pew­ne­go cza­su cho­dził mi po gło­wie te­mat po­wie­ści, któ­rym, jak są­dzę, mu­sia­łem się wcze­śniej lub póź­niej za­jąć: te­mat krze­sła elek­trycz­ne­go. „Sta­ra Iskró­wa” fa­scy­no­wa­ła mnie, od­kąd obej­rza­łem pierw­szy film z Ja­me­sem Ca­gney­em i od­kąd pierw­sza książ­ka na te­mat celi śmier­ci (no­si­ła ty­tuł Dwa­dzie­ścia ty­się­cy lat w Sing Sin­gu, a na­pi­sał ją były straż­nik Le­wis E. Lawe) roz­pa­li­ła ciem­niej­szą stro­nę mo­jej wy­obraź­ni. Co czu­je czło­wiek, du­ma­łem, któ­ry po­ko­nu­je ostat­nie czter­dzie­ści jar­dów dzie­lą­ce go od krze­sła elek­trycz­ne­go i wie, że za chwi­lę na nim umrze? Z dru­giej stro­ny, co czu­je ten, któ­ry musi przy­wią­zać ska­zań­ca pa­sa­mi lub po­cią­gnąć za dźwi­gnię? Cze­go może go po­zba­wić taka pra­ca? Albo, co jesz­cze bar­dziej zło­wro­gie, co może mu dać?

Sta­ra­łem się, za­wsze z pew­nym wa­ha­niem, wy­ko­rzy­stać te prze­my­śle­nia w paru róż­nych przed­się­wzię­ciach po­dej­mo­wa­nych w cią­gu ostat­nich dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu lat. Na­pi­sa­łem jed­ną cie­szą­cą się po­wo­dze­niem no­we­lę, któ­rej ak­cja osa­dzo­na była w wię­zie­niu (Ska­za­ni na Shaw­shank), i kie­dy po­mysł za­czął ob­le­kać się w cia­ło, do­sze­dłem do wnio­sku, że to chy­ba coś dla mnie. Po­do­ba­ło mi się w nim dużo rze­czy, naj­bar­dziej jed­nak uczci­wy ton, ja­kim prze­ma­wia nar­ra­tor. Ktoś wy­ci­szo­ny, rze­tel­ny, być może na­wet prze­ję­ty lę­kiem, jest, je­śli kie­dy­kol­wiek ist­niał ktoś taki, nar­ra­to­rem Ste­phe­na Kin­ga. Za­bra­łem się więc do pra­cy, czę­sto jed­nak prze­ry­wa­łem ją i za­czy­na­łem od nowa. Więk­szość roz­dzia­łu dru­gie­go po­wsta­ła w Fen­way Par­ku pod­czas opóź­nie­nia spo­wo­do­wa­ne­go przez ule­wę!

Kie­dy za­dzwo­nił Ralph, mój no­tes wy­peł­nia­ły za­ba­zgra­ne stro­ni­ce Zie­lo­nej Mili i zda­łem so­bie spra­wę, że kon­stru­uję po­wieść, za­miast przy­go­to­wać się do ko­rek­ty książ­ki już na­pi­sa­nej (tą książ­ką jest De­spe­ra­cja). W pi­sa­niu Mili do­sze­dłem do mo­men­tu, kie­dy przed au­to­rem wy­ła­nia­ją się na ogół dwa wyj­ścia: odło­żyć rzecz na bok (i praw­do­po­dob­nie nig­dy do niej nie wró­cić) albo rzu­cić wszyst­ko inne i ru­szyć w po­goń.

Ralph za­su­ge­ro­wał trze­cią moż­li­wość, po­wieść, któ­rą mógł­bym pi­sać w ten sam spo­sób, w jaki by­ła­by pu­bli­ko­wa­na – w od­cin­kach. Mnie rów­nież spodo­ba­ło się za­war­te w tym po­my­śle ry­zy­ko: na­wal tyl­ko z ro­bo­tą, wy­co­faj się z ca­łe­go przed­się­wzię­cia, a mi­lion czy­tel­ni­ków bę­dzie się do­ma­gać two­jej krwi. Nikt nie po­znał tego le­piej ode mnie, z wy­jąt­kiem może mo­jej se­kre­tar­ki, Ju­liann Eu­gley; co ty­dzień do­sta­wa­li­śmy dzie­siąt­ki gniew­nych li­stów, żą­da­ją­cych na­stęp­nej książ­ki z cy­klu Ciem­nej Wie­ży (za­cze­kaj­cie jesz­cze chwi­lę, mi­ło­śni­cy Ro­lan­da, za rok albo dwa wa­sza cier­pli­wość zo­sta­nie na­gro­dzo­na, przy­rze­kam). W jed­nym z nich znaj­do­wa­ło się wy­ko­na­ne po­la­ro­idem zdję­cie plu­szo­we­go mi­sia w kaj­da­nach i wia­do­mość zło­żo­na ze słów wy­cię­tych z ga­zet i okła­dek cza­so­pism: NA­TYCH­MIAST WY­DAJ NA­STĘP­NĄ KSIĄŻ­KĘ Z CY­KLU CIEM­NEJ WIE­ŻY ALBO MIŚ UMRZE. Umie­ści­łem ją w ga­bi­ne­cie, aby przy­po­mi­na­ła o spo­czy­wa­ją­cej na mnie od­po­wie­dzial­no­ści oraz o tym, ja­kie to wspa­nia­łe uczu­cie, gdy lu­dzi rze­czy­wi­ście ob­cho­dzi tro­chę los po­sta­ci stwo­rzo­nych w czy­jejś wy­obraź­ni.

Osta­tecz­nie po­sta­no­wi­łem wy­dać Zie­lo­ną Milę w se­rii ma­łych bro­szur, na dzie­więt­na­sto­wiecz­ną mo­dłę, i mam na­dzie­ję, że na­pi­sze­cie i po­wie­cie, po pierw­sze, czy spodo­ba­ła wam się ta hi­sto­ria, po dru­gie zaś, czy od­po­wia­da wam rzad­ko sto­so­wa­ny, lecz ra­czej za­baw­ny sys­tem dys­try­bu­cji. Przy­śpie­szył on z pew­no­ścią pro­ces pi­sa­nia tej książ­ki, cho­ciaż w tym aku­rat mo­men­cie (desz­czo­wy wie­czór w paź­dzier­ni­ku ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go pią­te­go) na­wet w ogól­nym za­ry­sie da­le­ka jest od za­koń­cze­nia i mam pew­ne wąt­pli­wo­ści co do fi­na­łu. Na tym jed­nak mię­dzy in­ny­mi po­le­ga cały dresz­czyk – obec­nie pę­dzę przez gę­stą mgłę, przy­ci­ska­jąc pe­dał do de­chy.

Na ko­niec chciał­bym stwier­dzić, że je­śli przy lek­tu­rze bę­dzie­cie mie­li przy­najm­niej po­ło­wę tej fraj­dy, jaką ja od­czu­wa­łem przy pi­sa­niu, to wy­gra­li­śmy los na lo­te­rii. Baw­cie się do­brze… a może na­wet czy­taj­cie tę hi­sto­rię na głos ra­zem z przy­ja­cie­lem. W naj­gor­szym ra­zie skró­ci to czas ocze­ki­wa­nia na chwi­lę, kie­dy na pół­ce w wa­szej księ­gar­ni po­ja­wi się ko­lej­ny od­ci­nek.

Tym­cza­sem zaś trzy­maj­cie się cie­pło i bądź­cie dla sie­bie do­brzy.

Ste­phen King

Część pierw­szaDWIE MAR­TWEDZIEW­CZYN­KI

1

Zda­rzy­ło się to w roku ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dru­gim, kie­dy sta­no­we wię­zie­nie wciąż mie­ści­ło się w Cold Mo­un­ta­in. I kie­dy było tam oczy­wi­ście krze­sło elek­trycz­ne.

Więź­nio­wie żar­to­wa­li so­bie z nie­go, tak jak za­wsze żar­tu­je się z rze­czy, któ­re nas prze­ra­ża­ją, ale przed któ­ry­mi nie spo­sób uciec. Na­zy­wa­li je Sta­rą Iskró­wą albo Wiel­ką Wy­ży­macz­ką. Dow­cip­ko­wa­li na te­mat wy­so­kich ra­chun­ków za ener­gię i o tym, gdzie dy­rek­tor Mo­ores, któ­ry miał cho­rą żonę, usma­ży so­bie in­dy­ka w Świę­to Dzięk­czy­nie­nia.

Ci jed­nak, któ­rzy mie­li na nim usiąść, bar­dzo szyb­ko tra­ci­li po­czu­cie hu­mo­ru. Pra­cu­jąc w Cold Mo­un­ta­in, prze­wod­ni­czy­łem sie­dem­dzie­się­ciu ośmiu eg­ze­ku­cjom (tej jed­nej licz­by je­stem cał­ko­wi­cie pe­wien; za­pa­mię­tam ją do gro­bo­wej de­ski) i my­ślę, że do więk­szo­ści ska­zań­ców świa­do­mość tego, co się dzie­je, do­cie­ra­ła do­pie­ro, gdy przy­wią­zy­wa­no im kost­ki do ma­syw­nych dę­bo­wych nóg Sta­rej Iskró­wy. Uprzy­tam­nia­li so­bie wów­czas (w ich oczach wi­dać było ro­dzaj chłod­nej kon­ster­na­cji), że ich wła­sne nogi za­koń­czy­ły swo­ją ka­rie­rę. Wciąż krą­ży­ła w nich krew, a mię­śnie za­cho­wa­ły siłę, lecz mimo to były bez­u­ży­tecz­ne; nig­dy już nie mia­ły stą­pać po wiej­skiej dro­dze ani za­tań­czyć z dziew­czy­ną w trak­cie ob­le­wa­nia sto­do­ły. Klien­ci Sta­rej Iskró­wy do­wia­dy­wa­li się o swo­jej śmier­ci za po­śred­nic­twem nóg. Gdy wy­po­wie­dzie­li już nie­zbor­ne i w więk­szo­ści cha­otycz­ne ostat­nie sło­wa, za­kła­da­li­śmy im na gło­wę czar­ny je­dwab­ny kap­tur. Miał za­osz­czę­dzić ska­zań­com przy­krych prze­żyć, za­wsze jed­nak po­dej­rze­wa­łem, że tak na­praw­dę uży­wa się go ze wzglę­du na nas, aby­śmy nie wi­dzie­li w ich oczach tego strasz­li­we­go prze­ra­że­nia, gdy zda­wa­li so­bie spra­wę, że umrą ze zgię­ty­mi ko­la­na­mi.

Cele śmier­ci znaj­do­wa­ły się w Cold Mo­un­ta­in wy­łącz­nie w blo­ku E, od­da­lo­nym nie­co od po­zo­sta­łych czte­rech i czte­ry razy od nich mniej­szym. Był zbu­do­wa­ny z ce­gły, nie z de­sek, i kry­ty okrop­nym me­ta­lo­wym da­chem, któ­ry po­ły­ski­wał w let­nim słoń­cu ni­czym wy­trzesz­czo­ne oko sza­leń­ca. W środ­ku było sześć cel – trzy po jed­nej i trzy po dru­giej stro­nie sze­ro­kie­go ko­ry­ta­rza – wszyst­kie pra­wie dwa razy więk­sze od cel w in­nych blo­kach. I wszyst­kie po­je­dyn­cze. Za­kwa­te­ro­wa­nie jak na wię­zien­ne wa­run­ki (zwłasz­cza w la­tach trzy­dzie­stych) było wspa­nia­łe, ale lo­ka­to­rzy chęt­nie za­mie­ni­li­by się na któ­rą­kol­wiek z in­nych cel. Wierz­cie mi, na pew­no by się za­mie­ni­li.

W cza­sie gdy peł­ni­łem funk­cję kie­row­ni­ka blo­ku, ani razu nie mie­li­śmy za­ję­tych wszyst­kich sze­ściu cel – dzię­ki Bogu i za to. W naj­gor­szym mo­men­cie go­ści­li­śmy czwo­ro ska­za­nych, czar­nych i bia­łych (w Cold Mo­un­ta­in nie ist­nia­ła se­gre­ga­cja wśród tru­po­szów) i mie­li­śmy z nimi praw­dzi­we ska­ra­nie bo­skie. Była wśród nich i ko­bie­ta, Be­ver­ly McCall, czar­na jak as pik i pięk­na jak grzech, któ­re­go nig­dy nie mia­ło się od­wa­gi po­peł­nić. Nie mia­ła mę­żo­wi za złe, że od sze­ściu lat re­gu­lar­nie ją tłukł, nie za­mie­rza­ła mu jed­nak da­ro­wać jed­ne­go sko­ku w bok. Do­wie­dziaw­szy się, że ją zdra­dza, za­cze­ka­ła wie­czo­rem u szczy­tu scho­dów pro­wa­dzą­cych do ich miesz­ka­nia nad za­kła­dem fry­zjer­skim na nie­szczę­sne­go Le­ste­ra McCal­la, przez przy­ja­ciół (i za­pew­ne przez swo­ją na­der chwi­lo­wą ko­chan­kę) zwa­ne­go Ko­sia­rzem, i kie­dy zdjął do po­ło­wy pal­to, wy­pru­ła z nie­go fla­ki. Zro­bi­ła to jed­ną z oso­bi­stych brzy­tew Ko­sia­rza. Na dwa dni przed wy­zna­czo­nym ter­mi­nem eg­ze­ku­cji we­zwa­ła mnie do celi i oznaj­mi­ła, że we śnie od­wie­dził ją afry­kań­ski du­cho­wy oj­ciec. Na­ka­zał jej od­rzu­cić na­zwi­sko nada­ne w nie­wo­li i umrzeć pod praw­dzi­wym, któ­re brzmia­ło Ma­tu­omi. Ta­kie było jej ży­cze­nie: chcia­ła, żeby na­kaz eg­ze­ku­cji wy­sta­wio­no na na­zwi­sko Be­ver­ly Ma­tu­omi. Ro­zu­miem, że du­cho­wy oj­ciec nie nadał jej żad­ne­go imie­nia, w każ­dym ra­zie żad­ne­go, któ­re zdo­ła­ła­by po­jąć. Za­pew­ni­łem ją, że oczy­wi­ście, w po­rząd­ku, jak naj­bar­dziej. Dłu­gie lata, któ­re spę­dzi­łem w roli kla­wi­sza, na­uczy­ły mnie, że ska­zań­co­wi od­ma­wia się tyl­ko wte­dy, kie­dy jest to ab­so­lut­nie ko­niecz­ne. W przy­pad­ku Be­ver­ly Ma­tu­omi i tak nie mia­ło to więk­sze­go zna­cze­nia. Na­za­jutrz koło trze­ciej po po­łu­dniu za­dzwo­nił do nas gu­ber­na­tor i za­mie­nił jej wy­rok na do­ży­wo­cie w Za­kła­dzie Pe­ni­ten­cjar­nym dla Ko­biet w Gras­sy Val­ley – same pe­ni­ten­cja­riusz­ki i ani jed­ne­go pe­ni­sa, jak ma­wia­li­śmy w tam­tym cza­sie. Mu­szę przy­znać, że cie­szy­łem się, kie­dy za biur­kiem ofi­ce­ra dy­żur­ne­go okrą­gły ty­łe­czek Bev skrę­cił w lewo za­miast w pra­wo.

Po trzy­dzie­stu pię­ciu la­tach – co naj­mniej trzy­dzie­stu pię­ciu – zo­ba­czy­łem jej ne­kro­log w ga­ze­cie, a nad nim fo­to­gra­fię przed­sta­wia­ją­cą po­cią­głą czar­ną twarz, z chmu­rą bia­łych wło­sów i w oku­la­rach ze sztucz­ny­mi bry­lan­ci­ka­mi po bo­kach. To była Be­ver­ly. Ostat­nie dzie­sięć lat ży­cia spę­dzi­ła na wol­no­ści, na­pi­sa­no w no­tat­ce, i prak­tycz­nie sama pro­wa­dzi­ła nie­wiel­ką bi­blio­te­kę w pro­win­cjo­nal­nym mia­stecz­ku Ra­ines Falls. Uczy­ła rów­nież w szkół­ce nie­dziel­nej i wszy­scy bar­dzo ją lu­bi­li. BI­BLIO­TE­KAR­KA ZMAR­ŁA NA ATAK SER­CA, brzmiał ty­tuł, ni­żej zaś, jak­by po na­my­śle, do­da­no mniej­szą czcion­ką: „Spę­dzi­ła dwa­dzie­ścia lat w wię­zie­niu za mor­der­stwo”. Nie zmie­ni­ły się tyl­ko jej oczy, sze­ro­ko otwar­te i pło­ną­ce za wy­sa­dza­ny­mi bry­lan­ci­ka­mi oku­la­ra­mi. To były oczy ko­bie­ty, któ­ra, gdy­by oka­za­ło się to ko­niecz­ne, na­wet te­raz, po sie­dem­dzie­siąt­ce, wy­ję­ła­by bez wa­ha­nia brzy­twę z błę­kit­ne­go sło­icz­ka z pły­nem de­zyn­fek­cyj­nym. Mor­der­czy­nię moż­na po­znać za­wsze, tak­że wte­dy, kie­dy osie­dla się w ma­łym sen­nym mia­stecz­ku jako bi­blio­te­kar­ka. Moż­na, je­śli ktoś miał stycz­ność z mor­der­ca­mi tak dłu­go jak ja. Tyl­ko raz w ży­ciu za­da­łem so­bie py­ta­nie, co ja tam ro­bię. I to jest chy­ba po­wód, dla któ­re­go pi­szę te­raz te sło­wa.

Sze­ro­ki ko­ry­tarz wy­ło­żo­ny był li­no­leum ko­lo­ru przej­rza­łych li­mon i dla­te­go to, co w in­nych wię­zie­niach zwie się Ostat­nią Milą, my w Cold Mo­un­ta­in na­zy­wa­li­śmy Milą Zie­lo­ną. Na­sza mia­ła od po­cząt­ku do koń­ca oko­ło sześć­dzie­się­ciu dłu­gich kro­ków i bie­gła z po­łu­dnia na pół­noc. Na po­cząt­ku znaj­do­wa­ła się izo­lat­ka. Na koń­cu moż­na było skrę­cić w lewo lub w pra­wo. Skręt w lewo ozna­czał ży­cie – je­śli na­zwać ży­ciem to, co dzia­ło się na spie­czo­nym słoń­cem spa­cer­nia­ku, a wie­le osób tak to na­zy­wa­ło; wie­le osób spę­dzi­ło tu­taj dłu­gie lata i ja­koś im to nie za­szko­dzi­ło. Zło­dzie­je, pod­pa­la­cze i ma­nia­cy sek­su­al­ni pro­wa­dzi­li tu swo­je roz­mo­wy, cho­dzi­li na spa­ce­ry i ubi­ja­li swo­je małe in­te­re­sy.

Skręt na pra­wo to było coś zu­peł­nie in­ne­go. Naj­pierw wcho­dzi­ło się do mo­je­go ga­bi­ne­tu (w któ­rym dy­wan był rów­nież zie­lo­ny, co od daw­na chcia­łem zmie­nić, lecz nie mo­głem się ja­koś zmo­bi­li­zo­wać) i mi­ja­ło biur­ko; po jego le­wej stro­nie znaj­do­wa­ła się fla­ga ame­ry­kań­ska, a po pra­wej fla­ga sta­nu. Na­prze­ciw­ko było dwo­je drzwi. Jed­ne pro­wa­dzi­ły do ma­łej ubi­ka­cji, z któ­rej ko­rzy­sta­li­śmy ja oraz inni straż­ni­cy z blo­ku E (a cza­sa­mi na­wet dy­rek­tor Mo­ores), dru­gie do cze­goś w ro­dza­ju szo­py. Tam wła­śnie koń­czył swo­ją dro­gę ten, kto prze­szedł Zie­lo­ną Milę.

Drzwi były nie­wiel­kie – prze­cho­dząc przez nie, po­chy­la­łem gło­wę, a John Cof­fey mu­siał au­ten­tycz­nie przy­kuc­nąć i z tru­dem się prze­ci­snął. Wy­cho­dzi­ło się na mały po­dest, a po­tem po trzech be­to­no­wych schod­kach na dół. Po­miesz­cze­nie było ob­skur­ne i bez ogrze­wa­nia, z pod­ło­gą z so­sno­wych de­sek i me­ta­lo­wym da­chem, po­dob­nym do tego, któ­ry krył cały blok. W le­cie pa­no­wa­ła tu nie­zno­śna spie­ko­ta, a w zi­mie taki chłód, że wi­dzia­ło się wła­sny od­dech. Pod­czas eg­ze­ku­cji El­me­ra Man­fre­da – było to chy­ba w lip­cu lub sierp­niu ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­ste­go – ze­mdla­ło nam dzie­wię­ciu świad­ków.

Lewa stro­na szo­py była stro­ną ży­cia. Prze­cho­wy­wa­no tam ło­pa­ty i ki­lo­fy (umiesz­czo­ne w spe­cjal­nych sto­ja­kach i za­bez­pie­czo­ne łań­cu­cha­mi, ni­czym ka­ra­bi­ny), a tak­że odzież i ma­te­ria­ły, wor­ki z na­sio­na­mi ro­ślin, któ­re sia­li­śmy na wio­snę w ogród­kach, rol­ki pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, pa­le­ty z pół­fa­bry­ka­ta­mi do wię­zien­ne­go warsz­ta­tu ślu­sar­skie­go… na­wet wor­ki z wap­nem do wy­ty­cza­nia bo­iska ba­se­bal­lo­we­go i fut­bo­lo­we­go – więź­nio­wie gra­li na tak zwa­nym Pa­stwi­sku i roz­gry­wa­ne w je­sien­ne po­po­łu­dnia me­cze były za­wsze wiel­kim wy­da­rze­niem.

Po pra­wej stro­nie – po­now­nie śmierć. Sta­ra Iskró­wa sta­ła na drew­nia­nym pod­wyż­sze­niu w po­łu­dnio­wo-wschod­nim rogu szo­py; mia­ła ma­syw­ne dę­bo­we nogi i sze­ro­kie dę­bo­we opar­cia, któ­re wchła­nia­ły pot prze­ra­żo­nych ska­zań­ców w ostat­nich mi­nu­tach ich ży­cia. Na opar­ciu z tyłu za­wie­szo­ny był zwy­kle me­ta­lo­wy hełm, przy­po­mi­na­ją­cy cza­pecz­kę ja­kie­goś ma­łe­go we­so­łe­go ro­bo­ta z ko­mik­su o Kró­li­ku Ro­ger­sie. Pod­łą­czo­ny do nie­go ka­bel zni­kał w ga­zo­be­to­no­wej ścia­nie za krze­słem. Z boku sta­ło ocyn­ko­wa­ne wia­dro. Gdy­by ktoś miał ocho­tę do nie­go zaj­rzeć, zo­ba­czył­by w środ­ku gąb­kę przy­cię­tą tak, aby do­kład­nie pa­so­wa­ła do me­ta­lo­we­go heł­mu. Przed eg­ze­ku­cją za­nu­rza­no ją w sło­nej wo­dzie, żeby le­piej prze­wo­dzi­ła ła­du­nek prą­du sta­łe­go, któ­ry pły­nął przez ka­bel, przez gąb­kę i przez mózg ska­za­ne­go.

2

Rok ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­sty dru­gi był ro­kiem Joh­na Cof­feya. Szcze­gó­ły są w ga­ze­tach – może je tam od­na­leźć każ­dy, kogo to in­te­re­su­je i ma wię­cej sił od pew­ne­go bar­dzo sta­re­go czło­wie­ka, do­ży­wa­ją­ce­go swych dni w domu opie­ki w Geo­r­gii. To była go­rą­ca je­sień, pa­mię­tam, na­praw­dę bar­dzo go­rą­ca: paź­dzier­nik nie róż­nił się pra­wie od sierp­nia, a żona dy­rek­to­ra, Me­lin­da, tra­fi­ła na ja­kiś czas do szpi­ta­la w In­dia­no­li. Prze­cho­dzi­łem wte­dy naj­gor­szą w swo­im ży­ciu in­fek­cję dróg mo­czo­wych, nie aż tak po­waż­ną, że­bym sam wy­lą­do­wał w szpi­ta­lu, ale wy­star­cza­ją­co pa­skud­ną, bym pra­gnął śmier­ci za każ­dym ra­zem, gdy sze­dłem się od­lać. To była je­sień Edu­ar­da De­la­cro­ix, ma­łe­go ły­sa­we­go Fran­cu­za z my­szą, któ­ra po­ja­wi­ła się w le­cie i wy­ko­ny­wa­ła tę spryt­ną sztucz­kę ze szpu­lą. Przede wszyst­kim jed­nak była to je­sień, kie­dy na blok E przy­był John Cof­fey, ska­za­ny na śmierć za gwałt i za­mor­do­wa­nie bliź­nia­czek Det­te­ric­ków.

Na każ­dej zmia­nie mie­li­śmy czte­rech albo pię­ciu straż­ni­ków, lecz więk­szość z nich nig­dy nie za­grza­ła u nas dłu­żej miej­sca. Dean Stan­ton, Har­ry Ter­wil­li­ger i Bru­tus Ho­well (lu­dzie mó­wi­li na nie­go „Bru­tal”, ale tyl­ko żar­tem, bo fa­cet mimo swo­jej po­tęż­nej po­stu­ry nie skrzyw­dził­by, gdy­by nie mu­siał, mu­chy) dzi­siaj już nie żyją, po­dob­nie jak Per­cy We­tmo­re, któ­ry był na­praw­dę bru­tal­ny… a przy tym głu­pi. Per­cy nie po­wi­nien w ogó­le pra­co­wać na na­szym blo­ku, gdzie wred­ny cha­rak­ter do ni­cze­go się nie przy­da­je i może przy­spo­rzyć je­dy­nie kło­po­tów, był jed­nak przez swo­ją żonę spo­krew­nio­ny z gu­ber­na­to­rem i dla­te­go zo­stał.

To wła­śnie Per­cy We­tmo­re wpro­wa­dził Cof­feya na blok, za­po­wia­da­jąc go okrzy­kiem, któ­ry rze­ko­mo na­le­żał tu­taj do tra­dy­cji: „Idzie tru­posz! Idzie do nas tru­posz!”.

Paź­dzier­nik czy nie, wciąż było go­rą­co jak w pie­kle. Drzwi na spa­cer­niak otwo­rzy­ły się i w pro­sto­ką­cie ja­sne­go świa­tła sta­nął naj­więk­szy fa­cet, ja­kie­go w ży­ciu wi­dzia­łem, no, może z wy­jąt­kiem kil­ku ko­szy­ka­rzy, któ­rych oglą­dam cza­sem w te­le­wi­zji w „Cen­trum Re­kre­acji” tego domu dla śli­nią­cych się star­ców, gdzie w koń­cu wy­lą­do­wa­łem. Na rę­kach i po­tęż­nej pier­si miał za­ło­żo­ne łań­cu­chy, a na no­gach kaj­da­ny, po­łą­czo­ne ko­lej­nym łań­cu­chem, któ­ry brzę­czał ni­czym ka­ska­dy mo­net, su­nąc po zie­lo­nym li­no­leum mię­dzy ce­la­mi. Z jed­nej stro­ny eskor­to­wał go Per­cy We­tmo­re, z dru­giej chu­dy, mały Har­ry Ter­wil­li­ger i obaj wy­glą­da­li jak dzie­ci, pro­wa­dzą­ce schwy­ta­ne­go w le­sie niedź­wie­dzia. Przy Cof­feyu na­wet Bru­tus Ho­well wy­glą­dał jak dzie­ciak, a Bru­tus miał po­nad sześć stóp wzro­stu i umię­śnio­ną klat­kę i przez ja­kiś czas, póki nie za­wa­lił se­sji i nie wró­cił do domu w góry, grał jako na­past­nik w dru­ży­nie fut­bo­lo­wej uni­wer­sy­te­tu sta­nu Lu­izja­na.

John Cof­fey był czar­ny, po­dob­nie jak więk­szość męż­czyzn, któ­rzy przed śmier­cią w ob­ję­ciach Sta­rej Iskró­wy spę­dza­li ja­kiś czas na blo­ku E. Ma sześć stóp i osiem cali wzro­stu, nie przy­po­mi­nał jed­nak wca­le gib­kich ko­szy­ka­rzy z te­le­wi­zo­ra – miał sze­ro­kie bary i ol­brzy­mią klat­kę, obu­do­wa­ną ze wszyst­kich stron mię­śnia­mi. Dali mu naj­więk­sze dre­li­chy, ja­kie uda­ło się zna­leźć w ma­ga­zy­nie, lecz mimo to man­kie­ty spodni się­ga­ły po­ło­wy jego ży­la­stych i po­kie­re­szo­wa­nych ły­dek, ko­szu­la nie do­pi­na­ła się na pier­si, a rę­ka­wy koń­czy­ły gdzieś na przed­ra­mio­nach. W wiel­kiej ręce mię­to­sił czap­kę, któ­ra też była za mała; na jego ogo­lo­nej ma­ho­nio­wej czasz­ce przy­po­mi­na­ła­by cy­kli­stów­kę, jaką nosi małp­ka ka­ta­ry­nia­rza, z tą róż­ni­cą, że była nie­bie­ska, nie czer­wo­na. Wy­da­wa­ło się, że może ze­rwać krę­pu­ją­ce go łań­cu­chy z taką samą ła­two­ścią, z jaką zry­wa się wstąż­kę z gwiazd­ko­we­go pre­zen­tu, ale gdy spoj­rza­łeś mu w twarz, wie­dzia­łeś, że nic ta­kie­go się nie zda­rzy. Nie ma­lo­wa­ła się na niej głu­po­ta – choć do ta­kie­go wła­śnie wnio­sku do­szedł Per­cy i za­czął go wkrót­ce na­zy­wać ma­to­łem – lecz za­gu­bie­nie. Wciąż się roz­glą­dał, jak­by chciał od­gad­nąć, gdzie się znaj­du­je. A może na­wet, kim jest. W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łem, że wy­glą­da jak czar­ny Sam­son… ale po tym, jak Da­li­la ostrzy­gła go swo­ją zdra­dziec­ką rącz­ką i po­zba­wi­ła ca­łej ra­do­ści ży­cia.

– Idzie tru­posz! – po­wtó­rzył Per­cy, cią­gnąc za sobą tego niedź­wie­dzia za­ku­te­go w ludz­kie kaj­dan­ki, tak jak­by na­praw­dę wie­rzył, że zdo­łał­by go ru­szyć z miej­sca, gdy­by Cof­fey uznał, że nie pój­dzie ani kro­ku da­lej. Har­ry w ogó­le się nie od­zy­wał, ale miał za­kło­po­ta­ną minę. – Idzie tru…

– Do­syć tego do­bre­go – prze­rwa­łem mu. Sie­dzia­łem na pry­czy w celi prze­zna­czo­nej dla Cof­feya. Wie­dzia­łem oczy­wi­ście o jego przy­jeź­dzie i cze­ka­łem, żeby go po­wi­tać i za­po­znać z re­gu­la­mi­nem, lecz aż do tej chwi­li nie mia­łem po­ję­cia, że jest taki wiel­ki. Per­cy ob­rzu­cił mnie spoj­rze­niem zdra­dza­ją­cym, że wszy­scy wie­dzą, jaki ze mnie du­pek (z wy­jąt­kiem na­tu­ral­nie tego wiel­kie­go ma­ne­ki­na, któ­ry wie­dział wy­łącz­nie, jak gwał­cić i mor­do­wać małe dziew­czyn­ki), nie ode­zwał się jed­nak ani sło­wem.

Cała trój­ka sta­nę­ła przed otwar­ty­mi drzwia­mi celi, a ja ski­ną­łem gło­wą Har­ry’emu.

– Na pew­no chcesz zo­stać z nim ra­zem w celi, sze­fie? – za­py­tał. Nie­czę­sto sły­sza­łem nie­po­kój w gło­sie Har­ry’ego; był tu ra­zem ze mną pod­czas bun­tu przed sze­ściu albo sied­miu laty i ani razu nie stra­cił zim­nej krwi, na­wet kie­dy za­czę­ły krą­żyć plot­ki, że nie­któ­rzy z więź­niów mają broń.

– Czy będę miał z tobą ja­kieś kło­po­ty, duży? – za­py­ta­łem, sie­dząc na pry­czy i sta­ra­jąc się nie po­ka­zy­wać po so­bie bólu: in­fek­cja, o któ­rej wspo­mnia­łem, nie do­ku­cza­ła mi jesz­cze tak bar­dzo, ale nie było mi lek­ko, mo­że­cie wie­rzyć.

Cof­fey po­krę­cił po­wo­li gło­wą – w lewo i w pra­wo – i z po­wro­tem spoj­rzał na wprost. Kie­dy już utkwił we mnie wzrok, ani na chwi­lę go nie ode­rwał. Har­ry trzy­mał w dło­ni jego pa­pie­ry.

– Daj mu te do­ku­men­ty – po­wie­dzia­łem. – Włóż mu do ręki.

Har­ry wy­ko­nał po­le­ce­nie. Ol­brzym za­ci­snął na nich pal­ce ni­czym lu­na­tyk.

– Te­raz ty mi je daj, duży – roz­ka­za­łem i Cof­fey zro­bił to, po­brzę­ku­jąc łań­cu­cha­mi. Wcho­dząc do celi mu­siał schy­lić gło­wę.

Zer­k­ną­łem na for­mu­larz, głów­nie po to, żeby spraw­dzić, czy jego wzrost jest udo­ku­men­to­wa­nym fak­tem, a nie optycz­ną ilu­zją. Był fak­tem: sześć stóp i osiem cali. Wagę oce­nio­no na dwie­ście osiem­dzie­siąt fun­tów, ale zro­bio­no to chy­ba na oko; we­dług mnie mu­siał mieć co naj­mniej trzy­sta dwa­dzie­ścia, a może na­wet trzy­sta pięć­dzie­siąt. W ru­bry­ce „bli­zny i zna­ki szcze­gól­ne” sta­ry Ma­gnus­son z dzia­łu re­je­stra­cji wpi­sał dru­ko­wa­ny­mi li­te­ra­mi tyl­ko jed­no sło­wo: LICZ­NE.

Pod­nio­słem wzrok. Cof­fey prze­su­nął się tro­chę na bok i zo­ba­czy­łem, że Har­ry stoi po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza, obok celi De­la­cro­ix, któ­ry przed przy­jaz­dem Cof­feya był na­szym je­dy­nym więź­niem. Del był drob­nym ły­sa­wym męż­czy­zną o za­tro­ska­nej twa­rzy księ­go­we­go, któ­ry zda­je so­bie spra­wę, że wkrót­ce wyj­dą na jaw jego ma­chi­na­cje. Oswo­jo­na mysz sie­dzia­ła mu na ra­mie­niu.

Per­cy We­tmo­re zaj­rzał do celi, któ­rą obej­mo­wał wła­śnie w po­sia­da­nie John Cof­fey. Wy­jął już wcze­śniej z wy­ko­na­ne­go na mia­rę ol­stra swo­ją hi­ko­ro­wą pał­kę i ude­rzał nią te­raz w otwar­tą dłoń jak ktoś, kto chce się po­ba­wić ulu­bio­ną za­baw­ką. Na­gle po­czu­łem, że nie mogę znieść dłu­żej jego obec­no­ści. Może spra­wił to nie­zwy­kły o tej po­rze roku upał, może in­fek­cja, któ­ra pa­li­ła mnie ży­wym ogniem w kro­czu i nie po­zwa­la­ła znieść do­ty­ku fla­ne­lo­wej bie­li­zny, a może świa­do­mość, że eg­ze­ku­cję tego czar­ne­go fa­ce­ta po­pro­wa­dzi idio­ta, któ­ry naj­wy­raź­niej chciał go naj­pierw tro­chę ocio­sać. Być może spra­wi­ły to wszyst­kie te trzy rze­czy na­raz. Tak czy in­a­czej za­po­mnia­łem na krót­ką chwi­lę o po­li­tycz­nych ko­nek­sjach We­tmo­re’a.

– Trze­ba po­móc przy prze­pro­wadz­ce am­bu­la­to­rium, Per­cy – po­wie­dzia­łem.

– Tym zaj­mu­je się Bill Do­dge.

– Wiem, że się tym zaj­mu­je – stwier­dzi­łem. – Idź mu po­móż.

– To nie na­le­ży do mo­ich obo­wiąz­ków – od­parł Per­cy. – Do mo­ich obo­wiąz­ków na­le­ży pil­no­wa­nie tego zła­ma­sa. – Sło­wem „zła­mas”, któ­re sta­no­wi­ło skrót okre­śle­nia „ku­tas zła­ma­ny”, Per­cy zwykł okre­ślać du­żych męż­czyzn. Nie lu­bił ich. Nie był tak chu­dy jak Har­ry Ter­wil­li­ger, ale na­tu­ra po­ską­pi­ła mu wzro­stu. Upier­dli­wy fa­cet, je­den z tych, któ­rzy chęt­nie wsz­czy­na­ją bój­ki, zwłasz­cza kie­dy wia­do­mo z góry, że prze­ciw­nik nie ma żad­nych szans. W do­dat­ku bar­dzo czu­ły na punk­cie swo­ich wło­sów. Bez prze­rwy je cze­sał.

– W ta­kim ra­zie speł­ni­łeś już swój obo­wią­zek – oświad­czy­łem. – Idź do am­bu­la­to­rium.

Per­cy wy­su­nął do przo­du dol­ną war­gę. Bill Do­dge i jego lu­dzie dźwi­ga­li pu­dła, po­ściel, na­wet że­la­zne łóż­ka; całe am­bu­la­to­rium prze­no­szo­no do no­we­go drew­nia­ne­go ba­ra­ku po za­chod­niej stro­nie wię­zie­nia. Upał i cięż­ka fi­zycz­na ro­bo­ta. Per­cy We­tmo­re nie lu­bił ani jed­ne­go, ani dru­gie­go.

– Mają tylu lu­dzi, ile trze­ba – mruk­nął.

– Więc idź tam i uda­waj, że je­steś sze­fem – po­wie­dzia­łem, pod­no­sząc głos. Zo­ba­czy­łem, że Har­ry się krzy­wi, ale wca­le się tym nie prze­ją­łem. Je­śli gu­ber­na­tor każe dy­rek­to­ro­wi Mo­ore­so­wi wy­rzu­cić mnie za to, że na­ci­sną­łem na od­cisk temu pa­lan­to­wi, kogo wy­zna­czą na moje miej­sce? We­tmo­re’a? Wol­ne żar­ty.

– Na­praw­dę nie ob­cho­dzi mnie, co bę­dziesz ro­bił, Per­cy, pod wa­run­kiem że ja­kiś czas cię tu nie bę­dzie.

Przez chwi­lę my­śla­łem, że się zbun­tu­je i będę mu­siał się z nim uże­rać, ma­jąc tuż obok sie­bie Cof­feya, któ­ry stał przez cały czas bez ru­chu ni­czym naj­więk­szy na świe­cie ze­psu­ty ze­gar. Ale Per­cy wsa­dził swo­ją pał­kę do ol­stra – tego głu­pie­go me­ga­lo­mań­skie­go ga­dże­tu – i ru­szył dum­nym kro­kiem do wyj­ścia. Nie pa­mię­tam, któ­ry ze straż­ni­ków peł­nił tego dnia dy­żur za biur­kiem – pew­nie je­den z żół­to­dzio­bów, co to nig­dy nie za­grza­li u nas dłu­go miej­sca – ale Per­cy’emu nie spodo­bał się chy­ba wy­raz jego twa­rzy.

– Prze­stań szcze­rzyć zęby, ga­mo­niu, bo ci je po­wy­bi­jam – wark­nął, prze­cho­dząc obok nie­go. Za­brzę­cza­ły klu­cze, ko­ry­tarz oświe­tli­ła na chwi­lę smu­ga dzien­ne­go świa­tła i Per­cy We­tmo­re przy­najm­niej na ja­kiś czas dał nam od sie­bie od­po­cząć. Mysz Fran­cu­za prze­bie­ga­ła z jego jed­ne­go ra­mie­nia na dru­gie, po­ru­sza­jąc swo­imi ma­leń­ki­mi wą­si­ka­mi.

– Spo­kój, Pa­nie Dzwo­necz­ku – szep­nął De­la­cro­ix i mysz przy­sta­nę­ła na le­wym ra­mie­niu, zu­peł­nie jak­by ro­zu­mia­ła, co do niej mówi. – Nie ru­szaj się i siedź ci­cho. – Jego śpiew­ny lu­izjań­ski ak­cent spra­wił, że te pro­ste sło­wa za­brzmia­ły ja­koś eg­zo­tycz­nie, z cu­dzo­ziem­ska.

– Po­łóż się, Del – po­wie­dzia­łem. – Od­pocz­nij so­bie. Cie­bie też nie po­win­no to in­te­re­so­wać.

De­la­cro­ix po­słu­chał mnie. Zgwał­cił i za­bił mło­dą dziew­czy­nę, a po­tem po­rzu­cił jej cia­ło za bu­dyn­kiem, w któ­rym miesz­ka­ła, ob­lał je naf­tą i pod­pa­lił, wy­obra­ża­jąc so­bie na­iw­nie, że usu­nie w ten spo­sób do­wo­dy zbrod­ni. Od ognia za­jął się cały dom i w po­ża­rze zgi­nę­ło sześć ko­lej­nych osób, w tym dwo­je dzie­ci. Była to je­dy­na zbrod­nia, któ­rą po­peł­nił, i te­raz po­zo­stał po pro­stu ła­god­nym męż­czy­zną o za­tro­ska­nej twa­rzy, ły­si­nie na czub­ku gło­wy i po­tar­ga­nych wło­sach za­cho­dzą­cych na koł­nie­rzyk ko­szu­li. Wkrót­ce miał za­siąść na Sta­rej Iskró­wie, a Sta­ra Iskró­wa mia­ła po­ło­żyć kres jego ży­ciu… lecz to coś, co do­ko­na­ło owej okrop­nej zbrod­ni, daw­no znik­nę­ło i te­raz De­la­cro­ix le­żał spo­koj­nie na swo­jej pry­czy, po­zwa­la­jąc bie­gać po so­bie swe­mu ma­łe­mu po­pi­sku­ją­ce­mu kom­pa­no­wi. Na swój spo­sób to wła­śnie było naj­gor­sze; Sta­ra Iskró­wa nig­dy nie wy­pa­la­ła tego, co tkwi­ło w ich wnę­trzu, a środ­ki, któ­re im dzi­siaj wstrzy­ku­ją, nig­dy tego nie usy­pia­ją. To coś opusz­cza ich cia­ło i prze­sia­da się na ko­goś in­ne­go, a my za­bi­ja­my łu­pi­nę, w któ­rej nie ko­ła­cze się już ży­cie.

– Czy bę­dziesz grzecz­ny, je­śli po­zwo­lę Har­ry’emu cię roz­kuć? – za­py­ta­łem ol­brzy­ma.

Kiw­nął gło­wą – w po­dob­ny spo­sób, w jaki nią przed­tem po­krę­cił – w dół, do góry i z po­wro­tem do po­zy­cji na wprost. Ani na chwi­lę nie od­ry­wał ode mnie swo­ich dziw­nych oczu. Był w nich ja­kiś spo­kój, ale nie­ko­niecz­nie taki, któ­ry wzbu­dzał­by bez­wa­run­ko­we za­ufa­nie. Da­łem znak Har­ry’emu, któ­ry pod­szedł i roz­piął łań­cu­chy. Nie oka­zy­wał te­raz cie­nia stra­chu, cho­ciaż klę­czał mię­dzy po­tęż­ny­mi ni­czym pnie drzew no­ga­mi Cof­feya, zdej­mu­jąc kaj­da­ny z jego ko­stek. To roz­wia­ło tro­chę moje oba­wy. Har­ry’ego de­ner­wo­wał Per­cy, a ja wie­rzy­łem w jego in­tu­icję. Wie­rzy­łem w in­tu­icję wszyst­kich mo­ich sta­łych pra­cow­ni­ków z wy­jąt­kiem Per­cy’ego.

Mia­łem przy­go­to­wa­ną krót­ką mowę, któ­rej wy­słu­chi­wa­li wszy­scy nowo przy­by­li, wa­ha­łem się jed­nak, czy wy­gło­sić ją Cof­fey­owi, tak da­le­ce od­bie­gał od nor­my, nie tyl­ko z po­wo­du swe­go wzro­stu.

Kie­dy Har­ry się cof­nął (Cof­fey stał nie­ru­cho­mo pod­czas ca­łej ce­re­mo­nii roz­ku­wa­nia, ła­god­ny jak per­sze­ron), przyj­rza­łem się swo­je­mu no­we­mu lo­ka­to­ro­wi i po­stu­ka­łem kciu­kiem w pod­kład­kę do pa­pie­rów.

– Po­tra­fisz mó­wić, duży?

– Tak, pro­szę pana sze­fa, po­tra­fię mó­wić – od­parł. Miał głę­bo­ki, dud­nią­cy ci­cho głos, któ­ry przy­wo­dził na myśl do­pie­ro co włą­czo­ny sil­nik trak­to­ra. Nie za­cią­gał, jak czy­ni to ty­po­wy Po­łu­dnio­wiec, w jego wy­mo­wie były jed­nak pew­ne po­łu­dnio­we na­le­cia­ło­ści, któ­re póź­niej za­uwa­ży­łem. Tak jak­by miesz­kał na Po­łu­dniu, ale z nie­go nie po­cho­dził. Nie mó­wił ani jak anal­fa­be­ta, ani jak czło­wiek wy­kształ­co­ny. Jego spo­sób wy­sła­wia­nia się był, po­dob­nie jak wie­le in­nych rze­czy, kom­plet­ną za­gad­ką. Naj­bar­dziej nie­po­ko­iły mnie jego oczy – wi­docz­ny w nich ro­dzaj spo­koj­nej nie­obec­no­ści, tak jak­by przez więk­szość cza­su prze­by­wał zu­peł­nie gdzie in­dziej.

– Na­zy­wasz się John Cof­fey.

– Tak, pro­szę pana sze­fa, tak jak na­pój, tyl­ko in­a­czej się pi­sze.

– To zna­czy, że po­tra­fisz pi­sać? Pi­sać i czy­tać?

– Tyl­ko wła­sne na­zwi­sko, sze­fie.

Wes­tchną­łem, po czym ura­czy­łem go krót­ką wer­sją swo­jej mowy. Już wte­dy do­sze­dłem do wnio­sku, że nie bę­dzie spra­wiał żad­nych kło­po­tów – w czym jed­no­cze­śnie się my­li­łem i mia­łem ra­cję.

– Na­zy­wam się Paul Ed­ge­com­be – oznaj­mi­łem. – Je­stem kie­row­ni­kiem blo­ku E, na­czel­nym straż­ni­kiem. Je­śli bę­dziesz ode mnie cze­goś chciał, po­proś mnie po na­zwi­sku. Je­śli mnie tu nie bę­dzie, po­proś tego dru­gie­go straż­ni­ka. Na­zy­wa się Har­ry Ter­wil­li­ger. Albo pana Stan­to­na lub Ho­wel­la. Ro­zu­miesz?

Cof­fey kiw­nął gło­wą.

– Nie spo­dzie­waj się, że do­sta­niesz co­kol­wiek, na co masz ocho­tę, do­pó­ki nie uzna­my, że rze­czy­wi­ście tego po­trze­bu­jesz. To nie jest ho­tel. Ja­sne?

Po­now­nie po­ki­wał gło­wą.

– To spo­koj­ne miej­sce, duży, nie­po­dob­ne do resz­ty wię­zie­nia. Mamy tu­taj tyl­ko cie­bie i De­la­cro­ix. Nie bę­dziesz pra­co­wał; więk­szość cza­su spę­dzisz po pro­stu w celi. Dzię­ki temu bę­dziesz mógł so­bie wszyst­ko prze­my­śleć. – Na my­śle­nie mie­li na ogół aż za dużo cza­su, ale tego mu nie po­wie­dzia­łem. – Nie­raz, je­śli jest spo­kój, pusz­cza­my ra­dio. Lu­bisz ra­dio?

Po­ki­wał gło­wą, ale nie­zbyt pew­nie, jak­by nie bar­dzo wie­dział, o czym mó­wię. Od­kry­łem po­tem, że tak było rze­czy­wi­ście; Cof­fey po­zna­wał pew­ne rze­czy, gdy się z nimi po­now­nie sty­kał, po­tem jed­nak zu­peł­nie o nich za­po­mi­nał. Znał bo­ha­te­rów Our Gal Sun­day, ale nie pa­mię­tał zbyt do­brze, cze­go do­ko­na­li w ostat­nim od­cin­ku.

– Je­śli bę­dziesz grzecz­ny, do­sta­niesz na czas po­sił­ki, nig­dy nie tra­fisz do izo­lat­ki na koń­cu ko­ry­ta­rza ani nie bę­dziesz mu­siał no­sić jed­ne­go z tych płó­cien­nych ubra­nek, któ­re za­pi­na­ją się z tyłu. Masz dwie go­dzi­ny na spa­cer od czwar­tej do szó­stej po po­łu­dniu oprócz so­bót, kie­dy nasi po­zo­sta­li pen­sjo­na­riu­sze roz­gry­wa­ją mecz fut­bo­lu. Je­śli jest ktoś, kto chce cię od­wie­dzić, bę­dzie mógł to zro­bić w nie­dzie­lę po po­łu­dniu. Masz ko­goś ta­kie­go, Cof­fey?

Po­trzą­snął gło­wą.

– Ni­ko­go, pro­szę pana sze­fa.

– Może od­wie­dzi cię ad­wo­kat?

– Już go chy­ba nie zo­ba­czę – stwier­dził. – Dali mi go na kre­dyt. Nie wie­rzę, żeby tłukł się tu do mnie w te góry.

Przyj­rza­łem mu się bacz­niej, żeby spraw­dzić, czy nie robi so­bie przy­pad­kiem żar­tów, ale nie spra­wiał ta­kie­go wra­że­nia. I w grun­cie rze­czy wca­le się tego nie spo­dzie­wa­łem. Ape­la­cje nie były dla ko­goś ta­kie­go jak John Cof­fey; w każ­dym ra­zie nie w tam­tych cza­sach; tacy jak on mie­li swo­je pięć mi­nut w są­dzie, a po­tem świat za­po­mi­nał o nich aż do dnia, kie­dy w ga­ze­cie uka­zy­wa­ła się mała no­tat­ka o tym, że przez ta­kie­go to a ta­kie­go fa­ce­ta pusz­czo­no tro­chę prą­du koło pół­no­cy. Ko­goś, kto miał żonę, dzie­ci albo przy­ja­ciół, z któ­ry­mi chciał się spo­tkać w nie­dzie­lę, ła­twiej było trzy­mać w ry­zach, je­śli wy­da­wał się krnąbr­ny. Cof­fey nie spra­wiał wra­że­nia krnąbr­ne­go i bar­dzo mnie to cie­szy­ło, po­nie­waż był taki cho­ler­nie wiel­ki.

Unio­słem się nie­co na pry­czy, a po­tem do­sze­dłem do wnio­sku, że po­czu­ję się chy­ba le­piej, je­śli wsta­nę. Kie­dy to zro­bi­łem, Cof­fey cof­nął się z sza­cun­kiem i splótł ręce na brzu­chu.

– Mo­żesz mieć tu­taj ła­twe albo trud­ne ży­cie, duży, wszyst­ko za­le­ży od cie­bie. Mo­żesz rów­nież uła­twić ży­cie nam wszyst­kim, po­nie­waż w grun­cie rze­czy spro­wa­dza się to do tego sa­me­go. Bę­dzie­my cię trak­to­wać tak, jak na to za­słu­żysz. Masz ja­kieś py­ta­nia?

– Czy po ko­la­cji na ko­ry­ta­rzu pali się świa­tło? – za­py­tał, jak­by tyl­ko na to cze­kał.

Za­mru­ga­łem oczy­ma. Nowo przy­by­li za­da­wa­li mnó­stwo dziw­nych py­tań – jed­ne­go z nich in­te­re­so­wa­ły roz­mia­ry cyc­ków mo­jej żony – nikt jed­nak nie za­py­tał jesz­cze o coś ta­kie­go.

Cof­fey uśmiech­nął się z lek­kim za­że­no­wa­niem, tak jak­by wie­dział, że we­zmę go za głup­ka, ale nie mógł się po­wstrzy­mać.

– Cza­sa­mi boję się ciem­no­ści – wy­ja­śnił. – Zwłasz­cza w no­wym miej­scu.

Przyj­rza­łem mu się – sa­mym jego roz­mia­rom – i dziw­nie mnie ujął. Ci lu­dzie po­tra­fią wzru­szyć; nie wi­dzi się ich w naj­gor­szym mo­men­cie, kie­dy wy­ku­wa­ją swój hor­ror ni­czym de­mo­ny w pie­kiel­nej kuź­ni.

– Tak, pali się – od­par­łem. – Od dzie­wią­tej wie­czór aż do pią­tej rano na ca­łej Mili świe­ci się po­ło­wa wszyst­kich ża­ró­wek. – Na­gle zda­łem so­bie spra­wę, że nie ma naj­praw­do­po­dob­niej bla­de­go po­ję­cia, o czym mó­wię: nie od­róż­niał Zie­lo­nej Mili od bło­ta znad Mis­si­si­pi. – To zna­czy na ko­ry­ta­rzu – do­da­łem.

Cof­fey po­ki­wał z ulgą gło­wą. Przez chwi­lę nie by­łem pe­wien, czy wie, co to jest ko­ry­tarz, ale wi­dział chy­ba dwu­stu­wa­to­we ża­rów­ki w dru­cia­nych osło­nach.

A po­tem zro­bi­łem coś, cze­go nie zro­bi­łem do­tąd wo­bec żad­ne­go więź­nia – po­da­łem mu rękę. Do dzi­siaj nie wiem dla­cze­go. Może dla­te­go, że za­py­tał o te świa­tła? Har­ry Ter­wil­li­ger za­mru­gał oczy­ma, tyle tyl­ko wam po­wiem. Cof­fey ujął z za­dzi­wia­ją­cą de­li­kat­no­ścią moją rękę, któ­ra w ca­ło­ści znik­nę­ła w jego dło­ni, i to było wszyst­ko. Mia­łem ko­lej­ną ćmę w bu­tel­ce. Zro­bi­li­śmy, co do nas na­le­ża­ło.

Wy­sze­dłem z celi. Har­ry za­mknął drzwi i prze­krę­cił klu­cze w obu zam­kach. Cof­fey stał przez kil­ka chwil w miej­scu, jak­by nie wie­dział, co ze sobą zro­bić, a po­tem usiadł na pry­czy, splótł swo­je dło­nie ol­brzy­ma mię­dzy ko­la­na­mi i po­chy­lił gło­wę jak czło­wiek, któ­ry się mo­dli albo ko­goś opła­ku­je. Póź­niej po­wie­dział coś ze swo­im dziw­nym, pra­wie po­łu­dnio­wym ak­cen­tem. Nie wie­dzia­łem wów­czas, co zro­bił – nie trze­ba wie­dzieć, jaką zbrod­nię po­peł­nił czło­wiek, żeby go ży­wić i przy­go­to­wać do mo­men­tu, gdy bę­dzie mu­siał spła­cić swój dług – ale sły­sząc to po­czu­łem, jak prze­cho­dzi mnie dreszcz.

– Nie mo­głem nic po­móc, sze­fie – po­wie­dział. – Pró­bo­wa­łem to cof­nąć, ale było za póź­no.

3

– Bę­dziesz miał jesz­cze kło­po­ty z Per­cym – oznaj­mił Har­ry, kie­dy wra­ca­li­śmy ko­ry­ta­rzem do mo­je­go ga­bi­ne­tu.

Dean Stan­ton, ktoś w ro­dza­ju mo­je­go dru­gie­go za­stęp­cy (ofi­cjal­nie nie mie­li­śmy ta­kiej funk­cji – Per­cy Wit­mo­re na­pra­wił­by to nie­do­pa­trze­nie w mgnie­niu oka), sie­dział przy moim biur­ku, wpi­su­jąc dane do akt. Ja sam nig­dy nie mia­łem do tego ser­ca. Nie pod­niósł na­wet wzro­ku, gdy we­szli­śmy, wsu­nął tyl­ko głę­biej na nos oku­la­ry i wró­cił do swo­jej pa­pier­ko­wej ro­bo­ty.

– Mam kło­po­ty z tym dzię­cio­łem, od­kąd tu się po­ja­wił – od­par­łem, ostroż­nie od­cią­ga­jąc ma­te­riał spodni od kro­cza i krzy­wiąc się z bólu. – Sły­sza­łeś, co krzy­czał, wpro­wa­dza­jąc tego wiel­ko­lu­da na blok?

– Nie mo­głem nie sły­szeć – stwier­dził Har­ry. – Sze­dłem tuż obok nie­go.

– Ja sie­dzia­łem wte­dy w ki­blu, ale też do­brze sły­sza­łem – mruk­nął Dean. Wziął do ręki kart­kę pa­pie­ru, pod­niósł ją do świa­tła (zo­ba­czy­łem, że oprócz na­pi­sa­ne­go na ma­szy­nie tek­stu jest na niej ślad po kub­ku z kawą) i wy­rzu­cił do ko­sza. – „Idzie tru­posz”. Mu­siał to wy­czy­tać w jed­nym z tych pism, któ­re tak go raj­cu­ją.

Praw­do­po­dob­nie wła­śnie tak było. Per­cy We­tmo­re oka­zał się za­go­rza­łym czy­tel­ni­kiem „Ar­go­sy”, „Stag” i „Men’s Ad­ven­tu­re”. W każ­dym nu­me­rze była tam, jak się zda­je, ja­kaś wię­zien­na hi­sto­ryj­ka i Per­cy czy­tał ją z wy­pie­ka­mi na twa­rzy ni­czym pro­wa­dzą­cy ba­da­nia na­uko­wiec. Mia­ło się wra­że­nie, że szu­ka w ży­ciu ja­kichś wska­zó­wek i uznał, że te pi­sma są naj­lep­szym źró­dłem in­for­ma­cji. Przy­szedł do nas za­raz po tym, jak upie­kli­śmy An­tho­ny’ego Raya, mor­der­cę z to­po­rem, i wła­ści­wie nie brał jesz­cze udzia­łu w żad­nej eg­ze­ku­cji, ale oglą­dał jed­ną z na­staw­ni.

– Fa­cet zna wy­so­ko po­sta­wio­nych lu­dzi – oznaj­mił Har­ry. – Ma ple­cy. Do­sta­nie ci się za to, że wy­sła­łeś go z blo­ku. I do­sta­nie ci się jesz­cze bar­dziej za to, iż ocze­ki­wa­łeś, że zro­bi raz coś po­ży­tecz­ne­go.

– Wca­le tego nie ocze­ki­wa­łem – od­par­łem. Może i nie ocze­ki­wa­łem, ale mia­łem ci­chą na­dzie­ję. Bill Do­dge nie był czło­wie­kiem, któ­ry po­zwo­lił­by ko­muś się opie­przać, pod­czas gdy inni cięż­ko ha­ru­ją. – Na ra­zie bar­dziej mnie in­te­re­su­je nasz wiel­ko­lud. Czy będą z nim ja­kieś kło­po­ty?

Har­ry po­krę­cił sta­now­czo gło­wą.

– Pod­czas roz­pra­wy w hrab­stwie Tra­pin­gus sie­dział ci­cho jak tru­sia – stwier­dził Dean. Zdjął z nosa oku­la­ry bez opra­wek i za­czął je czy­ścić rąb­kiem ka­mi­zel­ki. – Oczy­wi­ście miał na so­bie wię­cej łań­cu­chów niż duch Mar­leya, kie­dy uka­zał się Scro­oge’owi, ale gdy­by chciał, mógł je ła­two spi­kwi­czyć. To był ka­lam­bur, synu – do­dał.

– Wiem – od­par­łem, cho­ciaż nie mia­łem o tym po­ję­cia. Nie zno­si­łem, kie­dy chciał po­ka­zać, że jest ode mnie mą­drzej­szy.

– Duży su­kin­syn, nie? – za­py­tał.

– Tak – zgo­dzi­łem się. – Pie­kiel­nie duży.

– Bę­dzie­my mu­sie­li prze­ro­bić Sta­rą Iskró­wę na Su­per­fa­jer­kę, żeby przy­piec mu ty­łek.

– Nie martw się o Sta­rą Iskró­wę – od­par­łem roz­tar­gnio­nym to­nem. – Wiel­cy fa­ce­ci ro­bią się na niej tacy ma­lut­cy.

Dean po­ma­so­wał nos w miej­scu, gdzie wid­nia­ły za­czer­wie­nie­nia od oku­la­rów, i po­ki­wał gło­wą.

– Zga­dza się – mruk­nął. – Jest w tym wie­le ra­cji, nie da się ukryć.

– Czy któ­ryś z was wie, gdzie prze­by­wał, za­nim zja­wił się w. Te­fton? – za­py­ta­łem. – To było w Te­fton, praw­da?

– Tak – po­twier­dził Dean. – W Te­fton, w hrab­stwie Tra­pin­gus. Nikt nie wie, gdzie prze­by­wał, za­nim się tam zja­wił i zro­bił to, co zro­bił. Pew­nie szwen­dał się po ca­łym sta­nie. Je­śli cię to na­praw­dę in­te­re­su­je, mo­żesz zna­leźć coś w ga­ze­tach w wię­zien­nej bi­blio­te­ce. Nie prze­nio­są jej w nowe miej­sce wcze­śniej jak w przy­szłym ty­go­dniu. Bę­dziesz mógł po­słu­chać skarg swo­je­go kum­pla, któ­re­go za­gna­łeś do ro­bo­ty pię­tro wy­żej – do­dał, szcze­rząc zęby.

– Może rze­czy­wi­ście tam zaj­rzę – mruk­ną­łem. Póź­niej, po po­łu­dniu, zro­bi­łem to.

Bi­blio­te­ka mie­ści­ła się na ty­łach bu­dyn­ku, w któ­rym mia­no urzą­dzić wię­zien­ny warsz­tat sa­mo­cho­do­wy – taki przy­najm­niej był plan. Moim zda­niem ktoś chciał się na tym nie­źle ob­ło­wić, ale trwał wła­śnie Wiel­ki Kry­zys i za­cho­wa­łem swo­ją opi­nię dla sie­bie; po­dob­nie po­wi­nie­nem zro­bić w spra­wie Per­cy’ego, ale cza­sa­mi nie spo­sób po pro­stu trzy­mać gęby za­mknię­tej na kłód­kę. Nie­wy­pa­rzo­ny ję­zyk przy­spa­rza czło­wie­ko­wi wię­cej kło­po­tów, niż kie­dy­kol­wiek przy­spo­rzył mu ku­tas. Warsz­tat sa­mo­cho­do­wy nig­dy zresz­tą nie po­wstał – w na­stęp­nym roku całe wię­zie­nie prze­nie­sio­no sześć­dzie­siąt mil da­lej, do Bri­gh­ton. Ko­lej­ne pie­nią­dze prze­szły z rącz­ki do rącz­ki. Ko­lej­ne kon­fi­tu­ry. Ale to nie moja spra­wa.

Ad­mi­ni­stra­cja prze­pro­wa­dzi­ła się już do no­we­go bu­dyn­ku po wschod­niej stro­nie dzie­dziń­ca; te­raz prze­no­szo­no am­bu­la­to­rium (kto z tych wiej­skich cioł­ków wpadł w ogó­le na po­mysł, żeby umie­ścić je na dru­gim pię­trze, sta­no­wi­ło ko­lej­ną z wie­lu za­ga­dek, w ja­kie ob­fi­tu­je ży­cie), a bi­blio­te­kę już czę­ścio­wo spa­ko­wa­no – w grun­cie rze­czy nie było tam dużo do pa­ko­wa­nia – i sta­ła pra­wie pu­sta. Sta­ry bu­dy­nek miał sza­lo­wa­ne ścia­ny i wci­śnię­ty był mię­dzy blo­ki A i B. Wy­cho­dzi­ły na nie­go ich ła­zien­ki i w ca­łym wnę­trzu uno­sił się nie­wy­raź­ny za­pach mo­czu, co było praw­do­po­dob­nie je­dy­nym roz­sąd­nym po­wo­dem prze­pro­wadz­ki. Po­miesz­cze­nie, w któ­rym mie­ści­ła się bi­blio­te­ka, mia­ło kształt li­te­ry L i roz­mia­ra­mi nie­wie­le róż­ni­ło się od mo­je­go ga­bi­ne­tu. Po­szu­ka­łem wzro­kiem wen­ty­la­to­ra, ale wszyst­kie już za­bra­no. Mu­sia­ło tam być ze czter­dzie­ści stop­ni i sia­da­jąc, zno­wu po­czu­łem to go­rą­ce pul­so­wa­nie w kro­czu. Przy­po­mi­na­ło ćmie­nie zęba. Wiem, że – zwa­żyw­szy na to, o ja­kiej czę­ści cia­ła tu mó­wi­my – może się to wy­dać ab­sur­dem, ale nie po­tra­fi­łem tego po­rów­nać z ni­czym in­nym. Ból był o wie­le gor­szy pod­czas od­da­wa­nia i za­raz po od­da­niu mo­czu, a ja zro­bi­łem to bez­po­śred­nio przed­tem.

Ktoś tam jed­nak był – ko­ści­sty sta­ry wię­zień o na­zwi­sku Gib­bons, któ­ry drze­mał w ką­cie, z le­żą­cą na ko­la­nach po­wie­ścią z Dzi­kie­go Za­cho­du i ka­pe­lu­szem na­su­nię­tym na oczy. Nie prze­szka­dzał mu ani upał, ani stę­ka­nie, ło­mo­ty i po­wta­rza­ją­ce się co ja­kiś czas prze­kleń­stwa, któ­re do­cho­dzi­ły z am­bu­la­to­rium pię­tro wy­żej. (Mu­sia­ło tam być co naj­mniej dzie­sięć stop­ni wię­cej i mia­łem na­dzie­ję, że Per­cy We­tmo­re do­brze się bawi). Ja też mu nie prze­szka­dza­łem, scho­wa­łem się bo­wiem od razu za ro­giem, gdzie trzy­ma­no ga­ze­ty. Oba­wia­łem się, że wbrew temu, co po­wie­dział Dean, za­bra­no je ra­zem z wen­ty­la­to­ra­mi, ale nie, le­ża­ły na swo­im miej­scu i od­szu­ka­nie hi­sto­rii bliź­nia­czek Det­te­ric­ków nie spra­wi­ło mi więk­szej trud­no­ści; pi­sa­no o nich na pierw­szej stro­nie od dnia po­peł­nie­nia zbrod­ni w czerw­cu, aż do pro­ce­su, któ­ry od­był się na prze­ło­mie sierp­nia i wrze­śnia.

Wkrót­ce prze­sta­łem zwra­cać uwa­gę na skwar, ha­ła­sy na gó­rze i ast­ma­tycz­ne chra­pa­nie sta­re­go Gib­bon­sa. Myśl o tych dzie­wię­cio­let­nich ma­łych dziew­czyn­kach – ich oko­lo­nych blond lo­ka­mi głów­kach i za­lot­nych bu­ziach Bob­b­sey Twins – była w po­łą­cze­niu z mrocz­ną po­sta­cią Cof­feya wy­jąt­ko­wo nie­mi­ła, ale nie po­tra­fiem przed nią uciec. Zwa­żyw­szy na jego roz­mia­ry, ła­two było wy­obra­zić so­bie, że po­żarł je ni­czym ol­brzym z baj­ki. To, co im rze­czy­wi­ście zro­bił, było znacz­nie gor­sze, i miał szczę­ście, że nie zlin­czo­wa­no go od razu tam, na brze­gu rze­ki. Oczy­wi­ście, je­śli ktoś uzna za szczę­ście przej­ście Zie­lo­nej Mili i rand­kę ze Sta­rą Iskró­wą.

4

Kró­lo­wą Ba­weł­nę zde­tro­ni­zo­wa­no na Po­łu­dniu sie­dem­dzie­siąt lat przed opi­sy­wa­ny­mi tu­taj wy­da­rze­nia­mi i nig­dy nie od­zy­ska­ła ko­ro­ny, cho­ciaż w la­tach trzy­dzie­stych wró­ci­ła na krót­ko do łask. Nie było już plan­ta­cji ba­weł­ny, lecz w po­łu­dnio­wej czę­ści na­sze­go sta­nu po­zo­sta­ło kil­ka­dzie­siąt ba­weł­nia­nych farm. Jed­na z nich na­le­ża­ła do Klau­sa Det­te­ric­ka. W la­tach pięć­dzie­sią­tych uwa­ża­ny był­by pew­nie za ko­goś, kto z tru­dem wią­że ko­niec z koń­cem, dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej ucho­dził jed­nak za czło­wie­ka za­moż­ne­go, pła­cił bo­wiem co mie­siąc go­tów­ką swo­je ra­chun­ki w skle­pie i nie spusz­czał wzro­ku, spo­ty­ka­jąc przy­pad­ko­wo na uli­cy pre­ze­sa ban­ku. Go­spo­dar­stwo było za­dba­ne i duże. Oprócz ba­weł­ny Det­te­rick ho­do­wał kur­cza­ki, a tak­że kil­ka krów. Mie­li z żoną trój­kę dzie­ci: dwu­na­sto­let­nie­go Ho­war­da i bliź­niacz­ki, Corę i Ka­the.

Pew­nej cie­płej czerw­co­wej nocy tam­te­go roku dziew­czyn­ki po­pro­si­ły, aby po­zwo­lo­no im spać na za­bu­do­wa­nej we­ran­dzie, bie­gną­cej wzdłuż ca­łej bocz­nej ścia­ny domu. Mia­ła to dla nich być nie lada atrak­cja. Mat­ka uca­ło­wa­ła je na do­bra­noc tuż przed dzie­wią­tą, kie­dy ostat­nie pro­mie­nie słoń­ca ga­sły na ho­ry­zon­cie. Zo­ba­czy­ła je po­now­nie do­pie­ro, gdy le­ża­ły w trum­nach, po­ła­ta­ne przez przed­się­bior­cę po­grze­bo­we­go, któ­re­mu uda­ło się na­pra­wić więk­szość szkód.

W tam­tych la­tach wiej­skie ro­dzi­ny cho­dzi­ły do łóż­ka bar­dzo wcze­śnie – „kie­dy ro­bi­ło się ciem­no pod sto­łem”, jak ma­wia­ła moja wła­sna mat­ka – i spa­ły ka­mien­nym snem. Klaus, Mar­jo­rie i Ho­wie Det­te­ric­ko­wie rze­czy­wi­ście spa­li twar­do owej nocy, gdy po­rwa­no bliź­niacz­ki. Klau­sa obu­dził­by na pew­no, gdy­by za­szcze­kał, Bow­ser, sta­ry wiel­ki pół­krwi col­lie, ale Bow­ser nie zro­bił tego. Nie za­szcze­kał ani tej nocy, ani nig­dy wię­cej.

Klaus obu­dził się o brza­sku, żeby wy­do­ić kro­wy. Obo­ra była po dru­giej stro­nie obej­ścia i nie przy­szło mu na­wet do gło­wy, żeby rzu­cić okiem na bliź­niacz­ki. To, że nie przy­łą­czył się do nie­go Bow­ser, rów­nież nie wzbu­dzi­ło jego obaw. Pies trak­to­wał kur­cza­ki i kro­wy z wiel­ką po­gar­dą i pod­czas opo­rzą­dza­nia in­wen­ta­rza krył się nor­mal­nie w swo­jej bu­dzie za obo­rą, chy­ba że go we­zwa­no… i to w spo­sób bar­dzo zde­cy­do­wa­ny.

Mar­jo­rie ze­szła na dół mniej wię­cej kwa­drans po tym, jak jej mąż wło­żył w sie­ni buty i po­czła­pał do obo­ry. Na­sta­wi­ła kawę i za­czę­ła sma­żyć pla­stry be­ko­nu. Sma­ko­wi­te za­pa­chy wy­wa­bi­ły Ho­wie­go z jego po­ko­iku na pod­da­szu, ale dziew­czyn­ki się nie po­ja­wia­ły. Wbi­ja­jąc jaj­ka do be­ko­nu, Mar­jo­rie wy­sła­ła Ho­wie­go, żeby spro­wa­dził sio­stry. Za­raz po śnia­da­niu Klaus chciał na ogół, by przy­nio­sły świe­że jaj­ka z kur­ni­ka. Tego ran­ka jed­nak nikt nie zjadł śnia­da­nia na far­mie Det­te­ric­ków. Ho­wie wró­cił do kuch­ni z po­bla­dłą twa­rzą. Jego oczy przed chwi­lą jesz­cze spuch­nię­te od snu były sze­ro­ko otwar­te.

– Nie ma ich – po­wie­dział.

Mar­jo­rie wy­szła na we­ran­dę, z po­cząt­ku bar­dziej po­iry­to­wa­na niż za­nie­po­ko­jo­na. Przy­pusz­cza­ła, je­śli w ogó­le coś przy­pusz­cza­ła, opo­wia­da­ła póź­niej, że dziew­czyn­ki po­sta­no­wi­ły wy­brać się na po­ran­ny spa­cer i na­rwać po­lnych kwia­tów. Albo wpa­dły na ja­kiś po­dob­nie głu­pi pen­sjo­nar­ski po­mysł. Je­den rzut oka na we­ran­dę wy­star­czył, żeby zro­zu­mia­ła, dla­cze­go Ho­wie tak bar­dzo po­bladł na twa­rzy.

Za­wo­ła­ła męża – wrza­snę­ła gło­śno, żeby przy­szedł – i Klaus przy­biegł w te pędy, w bu­tach po­chla­pa­nych mle­kiem, któ­re wy­la­ło się z wia­dra. To, co zo­ba­czył na we­ran­dzie, ścię­ło­by z nóg naj­bar­dziej na­wet dziel­ne­go ojca. Koce, w któ­re dziew­czyn­ki się opa­tu­li­ły, gdy z na­dej­ściem nocy zro­bi­ło się chłod­niej, le­ża­ły ci­śnię­te w kąt. Drzwi na we­ran­dę wy­rwa­ne zo­sta­ły z gór­ne­go za­wia­su i zwi­sa­ły prze­krzy­wio­ne na ze­wnątrz. A de­ski we­ran­dy i stop­nie za oka­le­czo­ny­mi drzwia­mi spla­mio­ne były krwią.

Mar­jo­rie za­czę­ła bła­gać męża, żeby nie wy­ru­szał sam na po­szu­ki­wa­nie dziew­czy­nek i nie za­bie­rał ze sobą syna, je­śli taki wła­śnie miał za­miar, jej sło­wa na nic się jed­nak nie zda­ły. Klaus zła­pał du­bel­tów­kę, któ­rą trzy­mał w sie­ni, za­wie­szo­ną wy­so­ko poza za­się­giem dzie­cin­nych dło­ni, i wrę­czył Ho­wie­mu strzel­bę ka­li­ber.22, któ­rą miał mu dać w czerw­cu na uro­dzi­ny. A po­tem wy­bie­gli z domu, nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwa­gi na za­wo­dzą­cą, la­men­tu­ją­cą ko­bie­tę, któ­ra chcia­ła ko­niecz­nie wie­dzieć, co uczy­nią, je­śli tra­fią na wa­łę­sa­ją­cych się ro­bot­ni­ków se­zo­no­wych albo ban­dę czar­nu­chów, któ­rzy ucie­kli z obo­zu pra­cy w La­duc. Ro­biąc to, mie­li moim zda­niem ra­cję. Krew nie ka­pa­ła już po stop­niach, była jed­nak lep­ka i mia­ła od­cień czer­wo­ny, nie brą­zo­wy, któ­ry przy­bie­ra, gdy do­brze skrzep­nie. Po­rwa­nie zda­rzy­ło się cał­kiem nie­daw­no. Klaus mu­siał uznać, że ist­nie­je jesz­cze szan­sa oca­le­nia dziew­czy­nek, i miał za­miar z niej sko­rzy­stać.

Ża­den z nich nie znał się zbyt do­brze na tro­pie­niu śla­dów. Byli zbie­ra­cza­mi, nie my­śli­wy­mi – ludź­mi, któ­rzy po­lu­ją w se­zo­nie na szo­py i je­le­nie nie dla­te­go, że tak im na tym za­le­ży, ale dla­te­go, że tego się od nich ocze­ku­je. Całe obej­ście po­prze­ci­na­ne było po­zo­sta­wio­ny­mi w bło­cie śla­da­mi, ukła­da­ją­cy­mi się w wiel­ką bez­sen­sow­ną plą­ta­ni­nę. Klaus i Ho­wie obie­gli do­oko­ła obo­rę i pra­wie na­tych­miast zo­ba­czy­li, dla­cze­go Bow­ser, pies nie­zbyt za­ja­dły, lecz czuj­ny, nie pod­niósł alar­mu. Le­żał do po­ło­wy wy­cią­gnię­ty z budy zbi­tej z de­sek, któ­re zo­sta­ły po bu­do­wie obo­ry (nad okrą­głym otwo­rem z przo­du przy­bi­ta była ta­blicz­ka z wy­ka­li­gra­fo­wa­nym sta­ran­nie na­pi­sem BOW­SER – obej­rza­łem jej zdję­cie w ga­ze­cie), i miał pysk prze­krę­co­ny pra­wie o trzy­sta sześć­dzie­siąt stop­ni. Uśmier­cić w ten spo­sób tak duże zwie­rzę mógł tyl­ko czło­wiek ob­da­rzo­ny ol­brzy­mią siłą, po­wie­dział po­tem ła­wie przy­się­głych oskar­ży­ciel Joh­na Cof­feya… po czym po­słał dłu­gie wy­mow­ne spoj­rze­nie w stro­nę sie­dzą­ce­go ze spusz­czo­ny­mi oczy­ma wiel­ko­lu­da, ubra­ne­go w fa­brycz­nie nowe, za­ku­pio­ne przez stan dre­li­chy, któ­re wy­glą­da­ły na nim jak ubra­nie po młod­szym bra­cie. Klaus i Ho­wie zna­leź­li przy psie ka­wa­łek go­to­wa­nej kieł­ba­sy. Za­kła­da­no – moim zda­niem, nie­wąt­pli­wie słusz­nie – że Cof­fey zwa­bił psa kieł­ba­są, po­tem zaś, kie­dy Bow­ser po­ły­kał ostat­ni kęs, zła­mał mu kark jed­nym szarp­nię­ciem swo­ich mo­car­nych dło­ni.

Za obo­rą za­czy­na­ły się pół­noc­ne pa­stwi­ska Det­te­ric­ków, na któ­re nie wy­szła tego dnia żad­na kro­wa. Tra­wę po­kry­wa­ła po­ran­na rosa i wi­dać było wy­raź­nie prze­ci­na­ją­ce ją na ukos śla­dy, pro­wa­dzą­ce na pół­noc­ny za­chód.

Cho­ciaż bli­ski hi­ste­rii, Klaus Det­te­rick przez chwi­lę się za­wa­hał. Nie bał się czło­wie­ka lub lu­dzi, któ­rzy po­rwa­li jego cór­ki, ale tego, że po­dą­ży śla­da­mi, któ­re spraw­ca zo­sta­wił, nie od­da­la­jąc się, lecz zmie­rza­jąc w stro­nę jego far­my… sło­wem, że pój­dzie w złym kie­run­ku, pod­czas gdy li­czy­ła się każ­da se­kun­da.

Ho­wie roz­wią­zał ten dy­le­mat, ścią­ga­jąc skra­wek żół­te­go ma­te­ria­łu z krze­wu, któ­ry rósł tuż za skra­jem obej­ścia. Kie­dy sto­ją­ce­mu za ba­rier­ką dla świad­ków Klau­so­wi po­ka­za­no póź­niej ten sam ka­wa­łek tka­ni­ny, roz­po­znał w nim z pła­czem frag­ment szor­tów swo­jej cór­ki Ka­the. Dwa­dzie­ścia jar­dów da­lej zna­leź­li zwi­sa­ją­cy z wy­sta­ją­cej ga­łąz­ki ja­łow­ca spło­wia­ły zie­lo­ny strzęp noc­nej ko­szul­ki, któ­rą Cora mia­ła na so­bie, kie­dy ca­ło­wa­ła ro­dzi­ców na do­bra­noc.

Det­te­ric­ko­wie ru­szy­li bie­giem przez pa­stwi­sko, trzy­ma­jąc przed sobą broń, ni­czym żoł­nie­rze, któ­rzy sztur­mu­ją pod cięż­kim ostrza­łem te­ry­to­rium wro­ga. Z wszyst­kie­go, co wy­da­rzy­ło się owe­go dnia, naj­bar­dziej dzi­wi mnie, że chło­pak, któ­ry ści­gał roz­pacz­li­wie ojca, cza­sa­mi tra­cąc go pra­wie zu­peł­nie z oczu i za­ci­ska­jąc kur­czo­wo w dło­ni strzel­bę, ani razu się nie po­tknął i nie wpa­ko­wał kuli w ple­cy Klau­sa Det­te­ric­ka.

Na far­mie znaj­do­wał się te­le­fon – ko­lej­ny sy­gnał wska­zu­ją­cy, że Det­te­ric­kom po­wo­dzi­ło się cał­kiem nie­źle w tych cięż­kich cza­sach – i Mar­jo­rie po­łą­czy­ła się z cen­tra­lą, aby prze­dzwo­nić do ilu tyl­ko zdo­ła są­sia­dów i po­wia­do­mić ich o nie­szczę­ściu, któ­re spa­dło na nich jak grom z ja­sne­go nie­ba. Wie­dzia­ła, że każ­dy te­le­fon spo­wo­du­je roz­cho­dzą­ce się kon­cen­trycz­nie krę­gi, ni­czym ci­śnię­te w spo­koj­ną toń ka­my­ki. A po­tem pod­nio­sła po raz ostat­ni słu­chaw­kę i wy­po­wie­dzia­ła sło­wa, któ­re sta­no­wi­ły nie­mal sym­bol tego wcze­sne­go okre­su te­le­fo­ni­za­cji, przy­najm­niej na wiej­skim Po­łu­dniu.

– Halo, cen­tra­la, czy pani mnie sły­szy?

Cen­tra­la sły­sza­ła, ale przez krót­ki mo­ment nie mo­gła się ode­zwać; za­cną ko­bie­tę zu­peł­nie za­mu­ro­wa­ło.

– Tak, pani Det­te­rick – wy­krztu­si­ła w koń­cu – sły­szę pa­nią do­brze, o słod­ki bło­go­sła­wio­ny Jezu, mo­dlę się te­raz, żeby pani ma­łym dziew­czyn­kom nic się nie sta­ło…

– Dzię­ku­ję pani bar­dzo – prze­rwa­ła jej Mar­jo­rie – ale czy może pani po­pro­sić Pana Boga, żeby chwi­lę po­cze­kał, i po­łą­czyć mnie z biu­rem sze­ry­fa w Te­fton?

Sze­ryf hrab­stwa Tra­pin­gus był brzu­cha­tym sta­ru­chem z czer­wo­nym od whi­skey no­sem i grzy­wą bia­łych wło­sów tak cien­kich, że wy­glą­da­ły jak kła­ki do czysz­cze­nia faj­ki. Do­brze go zna­łem; przy­jeż­dżał wie­lo­krot­nie do Cold Mo­un­ta­in, żeby zo­ba­czyć, jak „jego chłop­cy” – tak wła­śnie ich na­zy­wał – prze­no­szą się do wiecz­no­ści. Świad­ko­wie eg­ze­ku­cji sia­da­li na ta­kich sa­mych skła­da­nych krze­seł­kach, ja­kie wi­dzie­li­ście praw­do­po­dob­nie na po­grze­bach, her­bat­kach w ko­ście­le albo w kole go­spo­dyń wiej­skich (tak się skła­da, że na­sze wy­po­ży­cza­li­śmy w jed­nym z nich) i za każ­dym ra­zem, gdy sze­ryf Ho­mer Cri­bus umiesz­czał swój ty­łek na jed­nym z nich, mia­łem na­dzie­ję, że krze­sło roz­pad­nie się pod nim z su­chym trza­skiem. Oba­wia­łem się tego dnia i jed­no­cze­śnie skry­cie o nim ma­rzy­łem, nig­dy jed­nak nie nad­szedł. Nie­dłu­go po­tem – nie wię­cej niż rok lub dwa po upro­wa­dze­niu bliź­nia­czek – Ho­mer zmarł na za­wał ser­ca pod­czas sto­sun­ku z sie­dem­na­sto­let­nią czar­ną dziew­czy­ną o na­zwi­sku Da­ph­ne Shur­tleff. Dużo się o tym ga­da­ło wspo­mi­na­jąc, jak to przed wy­bo­ra­mi afi­szo­wał się za­wsze ze swo­ją żoną i szóst­ką chło­pa­ków – w tam­tych cza­sach każ­dy, kto ubie­gał się o ja­kąś wy­bie­ral­ną funk­cję i nie był bap­ty­stą, mógł to so­bie, jak gło­si­ło lu­do­we po­rze­ka­dło, wy­bić z gło­wy. Ale lu­dzie ko­cha­ją hi­po­kry­tów – roz­po­zna­ją w nich sa­mych sie­bie i za­wsze robi im się cie­pło na ser­cu, gdy zła­pie się ko­goś in­ne­go ze spusz­czo­ny­mi gat­ka­mi i ku­ta­sem na wierz­chu.

Sze­ryf Cri­bus był nie tyl­ko hi­po­kry­tą – był tak­że kom­plet­nym głą­bem, z tych, co to nig­dy nie za­po­mną sfo­to­gra­fo­wać się z czy­imś kot­kiem na ręku, pod­czas gdy to zu­peł­nie kto inny – na przy­kład za­stęp­ca Rob McGee – ry­zy­ku­je zła­ma­nie oboj­czy­ka, wspi­na­jąc się po drze­wie i zno­sząc zwie­rza­ka na dół.

McGee słu­chał przez ja­kieś dwie mi­nu­ty pa­pla­ni­ny Mar­jo­rie Det­te­rick, po czym za­dał jej kil­ka py­tań, szyb­kich i cel­nych ni­czym wy­mie­rzo­ne w twarz cio­sy do­świad­czo­ne­go bok­se­ra – krót­kie i moc­ne pro­ste, po któ­rych krew try­ska, jesz­cze nim za­cznie bo­leć.

– Za­dzwo­nię do Boba Mar­chan­ta – oznaj­mił, kie­dy udzie­li­ła na nie od­po­wie­dzi. – Ma psy. Niech pani nie ru­sza się z far­my, pani Det­te­rick. Je­śli wró­cą pani mąż i chło­pak, niech pani za­trzy­ma ich w domu. Sta­ra się ich za­trzy­mać, w każ­dym ra­zie.

Jej mąż i chło­pak zdą­ży­li tym­cza­sem prze­biec trzy mile śla­dem po­ry­wa­cza, po­su­wa­jąc się przez cały czas po­la­mi na pół­noc­ny za­chód. Po wej­ściu do so­sno­we­go lasu zgu­bi­li jed­nak trop. Byli, jak po­wie­dzia­łem, far­me­ra­mi, nie my­śli­wy­mi, i do­my­śla­li się już, że ści­ga­ją praw­dzi­wą be­stię. Po dro­dze zna­leź­li żół­ty sta­nik Ka­the oraz ko­lej­ny strzęp noc­nej ko­szu­li Cory. Obie czę­ści gar­de­ro­by były po­krwa­wio­ne i ani Klaus, ani Ho­wie nie śpie­szy­li się już tak bar­dzo; ich go­rą­ce na­dzie­je mu­sia­ła ostu­dzić chłod­na pew­ność, są­czą­ca się wzdłuż krę­go­słu­pa ni­czym zim­na woda, któ­ra spły­wa w dół, po­nie­waż jest cięż­sza.

We­szli do lasu, szu­ka­jąc śla­dów i nie zna­la­zł­szy żad­nych, spró­bo­wa­li bez­sku­tecz­nie w dru­gim, a po­tem w trze­cim miej­scu. Za któ­rymś ra­zem od­kry­li pla­mę krwi na igłach jed­nej z so­sen. Prze­szli ja­kiś od­ci­nek w tym kie­run­ku, a po­tem za­czę­li z po­wro­tem pe­ne­tro­wać obrze­ża lasu. Do­cho­dzi­ła dzie­wią­ta, gdy usły­sze­li za sobą na­wo­ły­wa­nia męż­czyzn i szcze­ka­nie psów. Rob McGee zor­ga­ni­zo­wał gru­pę po­ści­go­wą w cza­sie, któ­ry sze­ry­fo­wi Cri­bu­so­wi za­ję­ło­by wy­pi­cie pierw­szej tego dnia fi­li­żan­ki kawy za­pra­wio­nej bran­dy, i kwa­drans po dzie­wią­tej do­tar­li do Klau­sa i Ho­wie­go, któ­rzy krę­ci­li się de­spe­rac­ko w kół­ko przy skra­ju lasu. Wkrót­ce ru­szy­li da­lej, pro­wa­dze­ni przez psy Boba. McGee po­zwo­lił Det­te­ric­kom brać udział w po­ści­gu – nie za­wró­ci­li­by na­wet, gdy­by im za­bro­nił, bez wzglę­du na to, jak bar­dzo bali się tego, co zo­ba­czą, i za­stęp­ca sze­ry­fa chy­ba to ro­zu­miał – ale ka­zał im roz­ła­do­wać broń. Inni zro­bi­li to samo, po­wie­dział; tak bę­dzie bez­piecz­niej. Ani on, ani ża­den z człon­ków gru­py po­ści­go­wej nie wspo­mniał, że Det­te­ric­ko­wie byli je­dy­ny­mi, któ­rych po­pro­sił o od­da­nie na­bo­jów. Oszo­ło­mie­ni i pra­gną­cy te­raz tyl­ko do­trwać do koń­ca kosz­ma­ru i mieć to za sobą, zro­bi­li, co im po­le­cił. Ka­żąc Det­te­ric­kom roz­ła­do­wać broń i od­dać kule, Rob McGee ura­to­wał za­pew­ne ży­cie Cof­fey­owi.

Bie­gnąc za uja­da­ją­cy­mi gło­śno psa­mi i po­su­wa­jąc się z grub­sza na pół­noc­ny za­chód, mi­nę­li dwie mile so­sno­we­go młod­ni­ka i do­tar­li do brze­gu Tra­pin­gus Ri­ver, któ­ra w tym miej­scu pły­nie sze­ro­kim wol­nym nur­tem na po­łu­dnio­wy wschód, prze­ci­na­jąc ni­skie za­le­sio­ne pa­gór­ki, gdzie człon­ko­wie ro­dzin o na­zwi­skach Cray, Ro­bi­net­te i Du­plis­sey ro­bią sa­mo­dziel­nie man­do­li­ny i wy­plu­wa­ją ze­psu­te zęby pod­czas orki; za­co­fa­ne oko­li­ce, gdzie męż­czyź­ni po­da­ją so­bie na­wza­jem węże pod­czas nie­dziel­nych na­bo­żeństw i śpią w ob­ję­ciach wła­snych có­rek w nie­dziel­ne noce. Zna­łem do­brze te ro­dzi­ny; wie­le z nich do­star­cza­ło co ja­kiś czas stra­wy Sta­rej Iskró­wie. Po dru­giej stro­nie rze­ki męż­czyź­ni wi­dzie­li lśnią­ce w czerw­co­wym słoń­cu tory bocz­nej li­nii Gre­at So­uthern. Milę da­lej po pra­wej stro­nie rze­kę prze­ci­nał most pro­wa­dzą­cy ku za­głę­biu wę­glo­we­mu West Gre­en.

Od­kry­li tu­taj po­gnie­cio­ną tra­wę, po­ła­ma­ne krza­ki i tyle krwi, że wie­lu męż­czyzn mu­sia­ło po­biec z po­wro­tem do lasu i wy­rzy­gać śnia­da­nie. Zna­leź­li rów­nież po­krwa­wio­ne strzę­py noc­nej ko­szu­li Cory. Ho­wie, któ­ry do tej pory trzy­mał się za­dzi­wia­ją­co do­brze, oparł się o swe­go ojca i o mało nie ze­mdlał.