Zew nieskończoności - Edward Łazikowski - ebook + książka

Zew nieskończoności ebook

Edward Łazikowski

0,0

Opis

Zew nieskończoności” ukazuje fenomen rodzenia się wiedzy i ożywionego ruchu myśli z fizycznych ruchów ciała i odwrotnie: wymuszania stawiania kroków w świecie fizycznym poprzez ruch jednych myśli względem drugich.
Na kartach tej książki możemy śledzić krok po kroku intelektualną i dosłowną wędrówkę jej bohatera po rozmaitych bezdrożach: na powierzchni ziemi, pod ziemią, w kosmosie i w głębinach sztucznej gazowej planety zwanej „Obłokiem Koniecznego Ryzyka” lub „Mgielnikiem”. Owocem jej jest wiedza, przeżycia i odkrycie niesamowitej Idei Twórczej – wiedzy postfenomenologicznej, będącej być może, jak sądzi bohater, kluczem otwierającym nowe spojrzenie na świat i naszą w nim sytuację.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 590

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




 

 

 

Spis rzeczy

Kredo przedwstępne

 

CZĘŚĆ PIERWSZA. W dalach bezdroży

Na opuszczonym cyplu myśli

Wspomnienie

Powrót na linię graniczną

Liniatura istoczenia

Pierwsza zapowiedź nadejścia nowej epoki

Detronizacja „Słowa”. Intronizacja „Dyskursu Idei Twórczych”. Przyjęcie czynnika „współ-”. Aspirowanie do typu człowieka zduchowionego

Tryumf różnicującej się FORMY nad mocami SIŁY

Kolejny znak

Przekroczenie progu bezdroży. Nieskończoność na wyciągnięcie ręki

Spektakl lśnień

Upomnienie się DOŁU o kierunek w GŁĄB

W głębi bezdroży. Pierwsze kroki

Badanie pierwsze

Badanie drugie – wielkie przesłuchanie

Przed-myśli

Oczekiwanie na kolejne przesłuchanie. Pierwiastek „przed”

Kolejne wielkie przesłuchanie – debata. Pierwiastek „przed” (cd.). Przed-Stawiciel („Lustrzaniec”)

Komisarz Anns Terran

Pani profesor Synkart

Pani Salma

Pochwała Nieskończoności

Fascynacja przyszłością

Powrót do problematyki pierwiastka „przed” i czynnika „współ-”

Kolejne przesłuchanie – Instytut Meta-Form

Wewnątrz metafizotronu („konfesjonału”)

Poza metafizotronem

 

CZĘŚĆ DRUGA. Archipelag Wieczystych Obłoków

Wstępne rozpoznanie

Wykłady profesora Wa-Do. Uwagi wstępne o Nowym Świecie

O Strefie Fundamentów i Zasad

O Strefie Środkowej

O Strefie Zrębów Bocznych

O Strefie Zrębów Górnych

Pierwszy dzień na Archipelagu

Podróż śródgruntowa

Władztwo cienia

Rozważania o śnie, nocy, ciemności, przyszłości i przeszłości, projekcie, wolności i niewoli

Dar spostrzegania nowych obrazów

Dziesiąta godzina lotu

Zamyślenie się na temat „śladów”

Zasadnicze układy komunikacyjne między ludźmi

Obłok Koniecznego Ryzyka – Mgielnik

Ta-So przedstawia swą ideę i historię jej powstania

Mgliste osamotnienie

Trójment

Bibliografia

Kredo przedwstępne

Drogi Czytelniku,

książka opisuje przygody ludzi wsłuchanych w „zew nieskończoności” i podejmujących intelektualny trud dążenia do wyższego świata. Masz zatem przed sobą zbiór koncepcji nowych idei (nowych teorii), które autor stworzył w wyniku fascynacji światem, odczuwając jego piękno, ale też doznając niepokoju o niektóre przejawy przemian, jakim on podlega.

Można odnieść wrażenie, że przemiany owe zaczynają być kształtowane coraz bardziej kapitałem globalnego rynku, globalnego militaryzmu i globalnej propagandy niźli lokalnymi źródłami poczynań twórczych.

Dlatego sam rozwój cywilizacji ziemskiej potrzebuje, jak się zdaje, nowego wsparcia. Zapoczątkować go zaś mogą, i powinny, gęściej i szybciej wytwarzane (niż dotychczas) właśnie nowe idee, ale idee ponadglobalne (a nie – globalne).

Więc dobrze by było, aby zaistniało (może już istnieje?) takie miejsce, gdzie można by je siać, pomagać im rozkwitać i – co istotne – pomagać im ścierać się z sobą o palmę prawdziwej egzystencji.

Może powinien to być ogród, swoisty ogród, powiedzmy – Ogród Ponadglobalnych Idei (OPI); coś na kształt anty-Edenu. Nie chodziłoby przecież o cudowny raj, o żadną kolejną utopię, lecz o teren rozgrywania poważnej walki o najbardziej realistyczne zręby świata. Świata, który nie pozwala zaciskać na sobie żelaznej pętli sił globalnych władców, a będąc wsłuchanym w zew nieskończoności, otwiera się na – wymiar pozaziemski, kosmiczny.

 

PS

Tworzenie nowych rodzajów dzieł to ponawianie prób przekraczania kolejnych progów możliwości twórczych.

Autor

 

 

 

 

CZĘŚĆPIERWSZA

 

W dalach bezdroży

Na opuszczonym cyplu myśli

Zew nieskończoności nieustannie – dopóki nam krew w żyłach krąży – trąca tajemną strunę, rozciągniętą w nas pomiędzy strefą serca a przestworzem myśli. Struna drga, a drgając, przemieszcza się tam i z powrotem i zostawia ślady w eterycznych przestworzach umysłu i świata. Zaś te ślady również na podobny sposób przemieszczają się, zostawiając następne „pokolenia” śladów, a te – następne ślady itd. – aż na którymś etapie nie są do uchwycenia choćby najsubtelniejszą siecią przeczuć.

Lecz odgłosy entuzjazmu ludzkiego plemienia, mamionego feerią pstrokatej reklamy, popisami sezonowych idoli, mowami polityków – bezpardonowo głuszą zarówno ów życiodajny zewnętrzny impuls, jak i ów wewnętrzny puls, owo duchowo-boskie tchnienie struny. Jednakowoż struna, słuchana czy nie, nieustannie drga – i brzmi pieśnią wyższego życia. Pieśnią wzniosłą a głębinną, pieśnią o życiu na najwyższej grani i zarazem – w najgłębszej jego sztolni.

Pieśnią przemiany!

Przemiany idącej wzwyż.

Prawdziwszej i znaczniejszej niż muzyka niebieskich sfer!

Tą pieśnią.

Lecz w samej swej istocie

Jest czymś więcej.

Jest demonstracją wszelkich głosów i odgłosów

Wszechświata.

Cóż z tego, skoro uszy i oczy tłumu wlepione są nabożnie w rzęsiście oświetloną scenę, huczącą od „skutecznych” przepisów na szczęście dla każdego, huczącą od tego, co w prostocie serca bierze się za wytęsknioną i samospełniającą się prawdę. A aktorzy sceny i pseudodobroczyńcy pociągający za sznurki na jej tyłach, wiedzą bardzo dobrze, o czym marzy każdy człek, znają rozmiary naiwności i prostotę szczerych serc. Rzucają więc usłużnie odpowiednie słowa, melodie i obrazy.

Lud natomiast nie wie lub nie chce wiedzieć, że owi „dobroczyńcy” i sceniczni „słudzy” mają za swe ciała – masowe media, za swe serca – pękate sejfy, a za swe umysły – mechanizm strategii wielkiej władzy.

W ten sposób co dnia zasiewane są między ludem ziemi ziarna symptomów słabego ducha, które są plenne jak chwasty polne, a szkodliwe jak trujące opary. Zdradzieckie ziarna owe jednak mają śliczny kształt, zapach i ujmującą powierzchowność. W mgnieniu oka pęcznieją i niczym świąteczne fajerwerki strzelają wokół złocistymi pędami. Powstaje z tego gęsto rozkrzewiona uwodzicielska sieć. I w nią właśnie podstępnie schwytany bywa człowiek. Niestety – tak często i tak licznie.

Zatem żal i wielka szkoda, że tak wiele z dźwięków wyżej wspomnianej struny, naprowadzających nas na linie wyższego życia (bo w istocie są one tym mechanizmem) – idzie na marne. W dodatku, jakby tego było mało, niemal każdą myśl kiełznamy w cugle wydumanej celowości, apriorycznie – z samego „chciejstwa”, więc bez uwzględnienia „strunowych podszeptów”, bez uwzględnienia pierwiastków wartości nieskończonych, wartości najlepszych z najlepszych. Tym sposobem wdziera się do naszego umysłu fałsz, skutkując kalekim procesem rozpoznania własnych myśli i zaprzepaszczeniem prawidłowej ich selekcji. Często już na pierwszym etapie utrącając celny rozwój myślowych spekulacji.

Wynikający z tego chaos, naturalnie, przynosi klęski we wnioskowaniu i ostatecznie – ciężkie zniechęcenie do posługiwania się własnymi ideami.

Będąc odrzuconym przez budowniczego, nie wiesz, czy naprawdę jesteś wadliwym kamieniem, czy węgielnym, a może zwykłą grudą ziemi. Natura jednak wcześniej czy później cię przetestuje – bądź pewny; tak jak testuje od niepamiętnych czasów każde siane ziarno. Odpowiednia wilgoć, odpowiednie światło i temperatura urodzajnej ziemi – rozstrzygną. Zrobią to bezbłędnie!

A odrzucony kamień – pomnij – czasami jest podjęty przez większego mistrza, niż był nim mistrz poprzedni.

Kamienie mają dużo wspólnego nie tylko z budowaniem i rzeźbieniem, ale z drogami, z wędrowaniem, dojrzewaniem.

Im bardziej czuję kamień na sercu, tym więcej tęsknoty w piersiach za rozległą przestrzenią, za dalą wędrówki.

Czekam na ostateczny znak.

Czekasz na ostateczny znak?

Na razie nie ma stosownej pogody. Prognozy meteorologiczne na najbliższą przyszłość są niejednoznaczne. Toteż rozbijasz obóz pośród mgieł w krainie wyczekiwania.

Nasłuchujesz… Drżysz i nasłuchujesz drżenia, które również przekrada się do twego wnętrza. Bezwiednie czujesz, iż w ten sposób dobijają się do ciebie nowe wieści świata. Nie tylko wieści – sam Nowy Świat dobija się do ciebie. Lecz twoja świadomość powyższego stanu pozostaje daleko, daleko w tyle. Szamoczesz się i niestety częściej porywa cię sens zgiełku niźli sens drżenia idący od rozedrganej struny. A przecież ten drugi sens jest symptomem wezwania składanego ci przez zew nieskończoności. Zew wielkiego życia.

Odrzucenie skazało cię na los wadliwego budulca, lecz gdy wylądowałeś w przydrożnym rowie, przypomniałeś sobie przypowieść o kamieniu odrzuconym i… dźwignąłeś się z zagłębienia w ziemi wyciśniętego ciężarem swojego ciała. Podniosłeś się z błotnistego dna rowu, wgramoliłeś na pobocze drogi, a potem na jej twardy asfaltowy grzbiet. Tu siła i urok umykającej przed tobą dali przejęły cię dreszczem na wskroś.

Minęły lata.

Zasmakowałeś w wędrówce; każdy krok wymusza następny. Idziesz, pokonujesz jeden trakt za drugim, szerokie i wąskie gościńce, drogi polne, ubogie ścieżki i ścieżynki. Lecz najbardziej pociąga cię szlak jeszcze nieprzetarty. Myślisz, że możesz go znaleźć na końcu najlichszych gościńców. Więc idziesz i wypatrujesz końca drogi, zamiast od razu zejść ze szlaku w bok. Nie robisz tego, gdyż nie dopilnowujesz, by myśl twoja dotrzymywała kroku każdemu stąpnięciu stopy. Toteż niepotrzebnie nadkładasz drogi w poszukiwaniu bezdroży, bo o nie tu głównie chodzi. W końcu jednak docierasz do nich. Padasz na kolana w pokłonie powitalnym, chociaż na powitanie wyszła ci naprzeciw kraina wyjątkowo uboga. Wydaje się ogołoconą z wszystkiego, nie tylko z wszelkiej drogi. Za to jest obficie ogromna; jesteś pod wrażeniem jej ogromu. Ale ten ogrom cię nie trwoży, lecz cieszy i ekscytuje.

Gdy wysilasz wzrok pobudzony wewnętrznym drżeniem, horyzont rozfalowuje się, rozdźwięcza. Doznajesz wrażenia, że przestrzeń otworzyła się na ciebie, a ty na przestrzeń. Ssące usta horyzontu i twój wezbrany oddech nawiązują kontredans doznań. Umysł zaś jeszcze trwa w transie przebudzania się z dotychczasowego stanu.

Wobec tej przestrzeni przyznajesz się do niewiedzy o sobie samym. Z wielkim obłokiem nadziei nad czołem pytasz ją, co ona może dla ciebie uczynić. Pytasz. Nie po to wszelako, by cokolwiek więcej od niej otrzymać niż słyszalną wibrację jej możliwości. Zresztą wiesz, że otrzymywanie bierze się z dawania.

Znienacka przyłapujesz się na uporczywym patrzeniu w miejsce położone nie dalej niż dwa kroki przed sobą. Kurz, spękana gleba i kilka wiechci wyschłej na papier trawy, kolonia drobnych kamyków. Szczególnie przyciąga cię miejsce wielkości rozpostartych dłoni. Gdy wlepiasz w nie wzrok, delikatne tchnienie wiatru trąca pobliskie źdźbła traw, wzbudzając niepokojące ciągi szelestów.

Jeśli stoisz – musisz klęknąć, a następnie przypaść płasko do ziemi. Tak właśnie uczyniłem – z nakazu dziwnego impulsu. Pójdź za moim przykładem, przyjacielu, jeśli już czujesz, że stoisz tuż obok mnie. Czeka nas tu spektakl przeistoczenia się rozmiarów oglądanej rzeczywistości w inny wymiar. Wierz i zaufaj temu, co nas przenika, gdy myślimy o wieczności, dotarłszy do skraju opustoszałego bezdroża! Spektakl za chwilę się zacznie. Plac wielkości naszych dłoni przeistoczy się w mgnieniu oka w wielohektarowy obszar (!).

I oto już jest!

Zamiast wiechci trawy – fragmenty potężnego boru. Gęstwina brązowych, żółtych i szarych pni; górą – ginących w wysokim poszyciu utkanym z konarów, gałęzi i długich brunatnych liści; dołem – tkwiących w spękanym gruncie, usłanym starymi, na wpół spróchniałymi pniami i gałęźmi wiatrołomów, płatami odpadłej kory. Teren tchnie dzikością. Polany i miejsca niezalesione usiane rumowiskiem skalnym, poprzecinanym zygzakami głębokich a wąskich czeluści. Środkiem, poniżej horyzontu, bateria pionowych, przypominających stele nagrobne skał.

Przy każdym podmuchu wiatru przez bór przetacza się burza łoskotów przypominających odgłosy gwałtownie gniecionych, ogromnych arkuszy stalowych blach.

Przeczesując z uwagą teren, pomiędzy już wspomnianymi skałami postawionymi na sztorc odkrywam owalną, o poszarpanych brzegach, przepastną, mroczną czeluść, prowadzącą w głąb ziemi. Jednak nie jest mi dane zatrzymać się tu dłużej. Od strony lasu bowiem, który zwartym murem roztacza się nie dalej jak dwieście metrów stąd, nadlatuje wzmagający się hałas. Moja uwaga pędzi tam co tchu. Z naprzeciwka coś innego tchnie. Strach, strach tak dalej gnać. Zaczajam się za skałą.

Wkrótce z gęstwiny leśnej wyłania się jego przyczyna: opancerzony potwór o mnóstwie metalowych pokryw spiętrzonych na jego tułowiu i głowie – na przemian otwierających się i zamykających z wielkim trzaskiem niczym zepsute drzwi. Po bokach garbatego grzbietu, liczącego sobie ze dwanaście metrów długości, dwie pary szklistych, żyłkowanych jak u ważki skrzydeł, wprawianych co sekunda w ogłuszająco warkotliwy trzepot. Głowa, przodem wydłużona w masywny ryj, zakończony obracającym się świdrem. Ponad nim teleskopowo wysuwane, połyskujące czerwonawo bańki oczu. Jeszcze wyżej para sierpowato wygiętych rogów, z których każdy mógł się obracać niezależnie od drugiego w rozmaite strony. Wokół szyi zaś obracały się co najmniej dwa lub trzy masywne pierścienie, z których wyrastało mnóstwo zrogowaciałych ramion zakończonych całym arsenałem rozmaitych iglic, bagnetów, szczypiec, wideł, noży i młotków. Pierścienie owe, zmieniając co chwilę swe obroty, wprawiały w zamaszysty ruch swój groźny arsenał; szczególnie mocno w pozycji dolnej, to jest w bezpośrednim sąsiedztwie ociekających spienionym śluzem potężnych, imadłowato wyglądających szczęk, których też chyba było z kilka par. Całość rozmiarów wielkiego czołgu.

Wydostawszy się z zarośli, staje dęba – ukazując na podbrzuszu misterną instalację długich zębatych pił o metalicznym niebieskim odcieniu. W następnym momencie opada z powrotem na wszystkie swoje nogi, ile tam ich miał, sześć czy osiem par, wzbijając tumany kurzu – i nie tracąc ani ułamka sekundy, pomyka w kierunku czeluści, w której natychmiast się pogrąża. Przez dłuższą chwilę słychać podziemny gruchot.

Odczucia, wypromieniowując z otchłani naszego jestestwa, z całych sił uderzają w niewidzialne dzwony u bram zewnętrznego świata. Chcą się dostać do czeluści podziemnych królestw lub wzlecieć w niebieskie. Ale zew nieskończoności trzaska skrzydłami bram obu królestw, już to płosząc, już to porywając je w któryś z tych kierunków.

Jestem tak blisko ziemi, że niemal dotykam jej rzęsami. Pojedyncze drobinki gleby zamieniają się w kolosy eksplodujące gromadami świetlistych kręgów o płynnych fosforyzujących wnętrzach, w których można wypatrzyć mikroskopijne pejzaże kosmicznych światów. Kręgi te do cna przeszyte są niepokojem, drżeniem i nieobliczalnym ruchem. Raz: tłoczą się do jednego miejsca, innym razem tasują, niczym talia kart, a jeszcze kiedy indziej uciekają przed sobą jak żywe stworzenia w szoku przerażenia.

Nie czuję się istotą „wrzuconą”, jak to ujmuje Heidegger, „wrzuconą w byt”. Jestem krajanem tego, co istnieje, synem tego, co było przede mną. Jestem u siebie. Jestem fragmentem wyodrębnionym z bytu nieskończonego i w nim wciąż, mimo to, istniejącym zarówno w gromadzie, jak i osobno. Jestem, tak samo jak i ty – istotą, która współstwarza (w tym i siebie) i która jest współstwarzana przez nieskończoność innych fragmentów kosmosu, a więc i przez ciebie, kimkolwiek jesteś czy byłeś. Każdy proch może być planetą, a każda planeta prochem, ale nie ma ani jednego prochu, który byłby równy drugiemu prochowi, i ani jednej planety identycznej z drugą.

Podnoszę z ziemi twarz osypującą się tynkiem z jej prochu zlepionego wilgocią mej skóry. Na policzkach mam odciśnięte ślady „porozumiewawczego z nią spotkania”. Będą demonstrować się zapewne jeszcze kilkanaście chwil. Tymi śladami „bardziej subtelnie” czuję tańce cząstek powietrza pobudzone melodią łagodnego zefiru i falą ciepła unoszącą się nad polami. Z wolna podnoszę się na kolana, a następnie z klęczek – na nogi. Stopniowo coraz grubsze warstwy powietrza oddzielają mój wzrok od ziemi. Przepada gdzieś potężny bór, przepadają budzące podziw pionowo sterczące skały i ziejąca grozą czeluść, w której zniknął straszny potwór. W polu widzenia znieruchomiałego wzroku tylko kilka kępek zeschłych na wiór traw, kolonia rozsianych przypadkowo kamyków i kilka mikroskopijnych dziurek w zaskorupiałej ziemi.

Pamiętam, jakie ożywienie zapanowało na pokładzie samolotu, gdy okazało się, że lecimy nad Alpami. Spojrzawszy przez okno w dół, nie mogłem jednak nic więcej dostrzec prócz rzędu kretowisk; kopczyków krecich, takich samych, jakie widywałem w dzieciństwie na wiosnę na naszej wioskowej łące. Całe piękno tych wspaniałych gór, tak wzniośle opiewanych przez wielkich poetów, podróżników, w tym momencie zostało zakwestionowane z całą brutalnością. Żadnych rozpadlin, żadnych otchłani, żadnego dostojeństwa – po prostu zawstydzająca krecia małość.

Mam przed sobą rozległy, pusty, jakby umieciony solidną miotłą krajobraz. Robi wrażenie równiny, na której rozrzucono różnej grubości placki zupełnie płaskich wzgórz, lecz o zboczach niemal pionowych, pozbawionych wszelkiej roślinności; prezentujących się jak ogromna ściana spleśniałego, pełnego dziur, poszarpanych pęknięć i nieregularnych nadżerek żółto-szarego sera. Brzuch ziemi, na którym rozrzucono te placki, niemal zupełnie goły; trawa pojawiała się tylko w szczuplutkich kępkach, odizolowanych od siebie szerokimi połaciami piaszczystej czy kamienistej gleby; znacznie częściej goszczącej wypiętrzony w górę okaz skalny niźli jakieś przygarbione drzewko. Okazalszych drzew nie ma tu wcale.

Po zaledwie ok. dwustu kilometrach nieśpiesznego marszu przez ten krajobraz nie tyle odnalazłem, co natknąłem się na linię „demarkacyjną”, o której już tak dużo zdołałem usłyszeć w swej wieloletniej wędrówce. Nie był to jakiś szczególnie szczęśliwy zbieg okoliczności trafienia na nią, nawet powiedziałbym: nie było sposobu, żeby linię tę jakoś wyminąć, bowiem po prostu przegradzała ona całą krainę od krańca horyzontu południowego aż po najdalszy kraniec północny.

Stanowił ją ciąg wbitych w ziemię co jakieś pięćdziesiąt metrów drewnianych pali różnej grubości i długości. Niektóre wznosiły się zaledwie na jeden metr w górę, podczas gdy inne miały dwa, a nawet czasami ponad trzy. Większość górnych zakończeń niższych pali była rozłupana, prawdopodobnie na skutek uderzeń młota przy wbijaniu, wyższe natomiast nie miały tego typu śladów; być może inaczej je mocowano.

Pilnie rozglądałem się dookoła po okolicy, chcąc wypatrzyć coś charakterystycznego, zwracającego na siebie uwagę, bodaj jakiś drobniutki szczegół. Na próżno. Niczego takiego nie znalazłem oprócz tego kołczastego (nie mylić z kolczastym) przegrodzenia. Tym samym potwierdzała się zasłyszana wcześniej opinia, że nie ma żadnych różnic w wyglądzie krajobrazu po obu stronach przegrodzenia. Gdyby ta linia nie istniała, nie byłoby najmniejszego wizualnego powodu ich osobnego wyodrębnienia. Jednakowoż przegrodzenie jest, są kołki – jest linia podziału i co za tym idzie, są dwa odrębne obszary. Pojawia się tylko pytanie: jak głębokie uzasadnienie może mieć to zjawisko?

W moich rodzinnych stronach mówiło się najczęściej, co zresztą podczas podróży niejednokrotnie mogłem słyszeć, o obecności w tej strefie bardzo silnego pola magnetycznego. Profesjonalne badania jednak, jak wieść niesie, jeszcze się nie rozpoczęły. Znaczne ich opóźnienie usprawiedliwiane jest mnogością prac przygotowawczych i wyczekiwaniem na specjalny sprzęt ratunkowy. W rzeczy samej, nietrudno na to przystać, biorąc pod uwagę zniknięcie bez wieści sporej gromadki osób, które udały się na te tereny; w tym – zaginięcie trzyosobowej ekspedycji doświadczonych, choć jeszcze bardzo młodych badaczy. Poza tym w ciągu ostatnich paru miesięcy przepadło bez śladu kilkuset pojedynczych badaczy amatorów oraz ileś tam setek osób (mówi się o ośmiu, dziewięciu) niefrasobliwych turystów. Próbowano też wysyłać na zwiady śmigłowce, ale bez powodzenia, gdyż ilekroć znalazły się one nad tamtą stroną, dochodziło do uszkodzeń systemu nawigacyjnego i musiały zawracać. Niektóre nie zdołały dotrzeć do bazy.

Przy okazji muszę też wspomnieć o swoim silnym wrażeniu, jakie odniosłem jakieś pięćdziesiąt dni temu, a więc kiedy znajdowałem się jeszcze na rubieżach terenów zamieszkałych. Wrażenia te były wynikiem dwóch rozmów. Pierwszą odbyłem z pewnym nadzorcą prac drogowych, który spostrzegłszy odpoczywającego na poboczu drogi wędrowca, skorzystał z okazji, by trochę z nim pogawędzić. Dowiedziawszy się, że „idę tak daleko, jak tylko się da” (tak dokładnie się wyraziłem), wdał się ze mną w bardzo ożywioną rozmowę. Usłyszałem od niego, że linie magnetyczne tego pola mają postać różnej grubości pionowo ustawionych pni drzewnych; ma się rozumieć niewidzialnych dla ludzkiego oka. Zatem wynikało z tego, że mamy do czynienia na tamtym miejscu z potężnym, choć niewidzialnym lasem niebezpiecznych mocy, który strzela swoimi energiami nie w bok, nie dookoła, tylko w górę. Brało się to, według tego przekazu, z istnienia w tamtym miejscu, a raczej pod tym miejscem, podziemnych, tajemniczych „zawartości”; zawartości czego? – nie wiadomo. Ponadto nad tym miejscem z kolei, gdzieś na ogromnych wysokościach miał istnieć tajemniczy kosmiczny układ, powodujący dziurawienie atmosfery ziemskiej i zsyłający wiązki swojego promieniowania również w tamto miejsce. Wszystko wskazywało zatem, że chodzi tylko o aktywność wertykalną. Jedno i drugie, to znaczy i to na dole, pod ziemią, i to na górze – ma być podobno ze sobą w ścisłym związku. To tyle z pierwszej dyskusji. Pomijam, rzecz jasna, liczne straszenia, upominania i przestrogi, którymi obdarzył mnie na odchodnym mój rozmówca, w czym był podobny do wszystkich innych, z którymi zamieniłem choć słowo. „Wędrowanie swoimi drogami w nieznane, a tym samym, w potencjalnie niebezpieczne tereny, zawsze było podobnie traktowane” – pomyślałem, reasumując owe przygodne spotkania.

Drugą rozmowę odbyłem kilka tygodni później w niewielkim mieście przy okazji spożywania posiłku w towarzystwie niepozornego człeczyny. Emerytowanego przedwcześnie lekarza, jak się potem okazało. Otóż był on zdania, że każda istota myśląca żyje w dwóch strefach naraz: w duchowej i materialnej, które są wyznaczane przez dwa krążące wokół każdego człowieka, niczym satelity, odmiennie naładowane, niewidzialne bieguny. Jednym z nich jest biegun mocy materialnej, drugim – biegun mocy duchowej. Bieguny te możemy sobie wyobrazić jako dwie miniplanety, krążące po zmiennych orbitach wokół każdego z nas z szybkością dostosowaną do szybkości przepływu naszej krwi, a tory ich przebiegu wykazują daleko idącą zmienność; są w stanie lokować się w orbitach najróżniej ustawionych względem osi naszego ciała. Mają podobno działać tak, jak działają końce silnych magnesów. Obydwa bieguny są „upostaciowaniem oczekiwań” ze strony struktur świata zewnętrznego wobec struktur wewnętrznych samego człowieka. Nie jest to jednak tylko bierne oczekiwanie z ich strony, ale nie byle jaka aktywność, przeważnie – rodzaj ssania, jak twierdził ów człowiek. Rodzaj ssania, które pomaga wydobyć się ze struktur wewnętrznych człowieka na zewnątrz niepospolitym skarbom, jakie się w nim ukrywają; niekiedy mocno zabarykadowanym. W jednym przypadku wydobywane są z magazynów umysłu, jak i z gardzieli samego generatora myśli – najkosztowniejsze perły naszego ducha. W drugim przypadku natomiast, to znaczy, gdy mamy na uwadze oddziaływanie bieguna fizycznego – następuje wydobywanie z cielesnej struktury organizmu – nadzwyczajnej energii fizycznej.

– Czy pan wobec tego wyobraża sobie, co może się dziać, gdy człowiek znajdzie się w silnym polu magnetycznym? – zakończył swą wypowiedź, przełykając ostatni kęs deseru.

Powyższe dwie odrębne opinie, przypadkowo usłyszane, wcale nie muszą być ani przypadkowe, ani odrębne. W związku z tym moja pierwotna decyzja, aby bezzwłocznie wkroczyć na tamtą stronę, zaczęła się chwiać.

Znalazłszy się na samej linii brzegowej rozdzielenia (na linii kołków), dostrzegłem pełne zlanie się owych wypowiedzi w jedną logicznie spójną treść. Raczej nie wierzyłem w nią od samego początku, wyznam, lecz od razu zdałem sobie sprawę z nadejścia, w tym momencie, konieczności ponownego przemyślenia mojej sytuacji. Przede wszystkim muszę przyznać się do niemal kompletnej ignorancji, tak w dziedzinie magnetyzmu, jak i promieniowania. Przed wyruszeniem w drogę oczywiście dotarłem do wielu specjalistów w tej materii. Lecz prawdę mówiąc, wszystkie ich wykłady wskazywały koniec końców na to, że powinienem trzymać się jak najdalej od takich miejsc. Najlepsze środki zabezpieczenia, jakimi można dysponować, dziś jeszcze – jak twierdzili – są niewiele wartymi półśrodkami.

Toteż moje rozważania w tym temacie ograniczyły się do przyjrzenia się wyciągniętej z plecaka kapsułce z zielonymi fosforującymi pastylkami w środku i starannego schowania jej z powrotem tam, gdzie była. To miał być lek ostatniej szansy. W ciągu tych paru chwil upewniłem się, nie wiedzieć czemu, że moja ufność w skuteczność tego środka jest bardzo duża. Nabyłem go za niewielkie pieniądze od pewnego pracownika naukowego Instytutu Kosmicznej Biologii Molekularnej w Szanghaju.

Tym niemniej oprócz tego tajemniczego środka miałem własne sposoby, bazujące głównie na czystej intuicji. Pokładałem w niej pewną ufność, bowiem już nieraz z jej pomocą rozstrzygnąłem na swą korzyść np. takie dylematy: jak przekraczać wrogą sobie aurę i jak posuwać się w terenie jej władztwa, spotykając się z ciągłą agresją diametralnie innych od własnych upodobań?

Przez jakiś czas przymknąwszy oczy, przypominałem sobie niektóre z tych przypadków, po czym sam przed sobą zamanifestowałem jeszcze raz niezachwianą wolę co do konieczności przekroczenia „linii demarkacyjnej” i pójścia „tamtą”, wymarzoną od dzieciństwa stroną.

Wola była, ale czas, jak uznałem, jeszcze nie nadszedł.

Bezpośrednio po tej konstatacji spróbowałem stworzyć sobie syntetyczny schemat przestrzenny układu występujących wokół mnie sił i zachodzących między nimi relacji. Na wstępie ogarniając wszystkie ujawnione fakty, doszedłem do wniosku, że występujące tu relacje przestrzenne są znacznie szersze niż te, które nawet przed chwilą jeszcze dostrzegałem. Oprócz od dawna już sygnalizowanych, ekstremalnych relacji poziomych (przód – tył) w miejscach granicznych teraz dopiero dostrzegłem nie mniej poważne relacje pionowe (góra – dół). Więc jeśli jest tam – po stronie „przodu” (za kołkami) – rozwarstwienie pionowe, tak znacząco wzmocnione z górnej strony przez promieniowanie kosmiczne, a z dolnej strony przez bliżej nieokreśloną magnetyczność, ukrytą w dole pod powierzchnią ziemi, to na pewno jest to bardzo znaczące. Ale konkretnie nie wiadomo, czy te siły są w stosunku do siebie neutralne, przyjazne, czy też wrogie. Czy współegzystują, ignorując się? Zwalczają? Czy też współpracują ze sobą? Z pewnością ewentualność druga byłaby najbardziej korzystna dla mnie. Ścieranie się dwóch antagonistycznych sił niewątpliwie osłabiłoby każdą z nich, a nawet gdyby były tej samej mocy, mogłoby czasami dochodzić do kompletnej ich neutralizacji. Wszelako jak jest naprawdę, zupełnie nie wiadomo.

Jednak skoro twierdzi się, że zapuszczali się tam już profesjonalni badacze, to na pewno nie zrobili tego bez wstępnego rozpoznania terenu. Najwidoczniej nie znaleźli nic, co by mogło stanowić jakieś liczące się zagrożenie. Niemniej jednak ileś osób zaginęło tam bez wieści. No więc…

W takim razie można by się domyślać nieciągłości istnienia zagrożenia; raz jest, a innym razem go nie ma. Zmiany mogą mieć rozmaite cykle: mniejsze, większe; regularne, nieregularne. Wszystko to jednak jest tylko, nie oszukujmy się, czczym domysłem. Nawet gdyby realnie istniały miejsca i momenty, w których one nie działają – to jest niebotyczny problem, jak je rozpoznać, aby bezpiecznie kroczyć ich meandrami?

Nagle zdałem sobie sprawę, że podczas przeprowadzania powyższych rozważań dokonałem w tym samym czasie, w sposób bezwiedny i nieświadomy, bardzo ważnego posunięcia. Jakiego? Przez jakieś pół godziny… co najmniej pół godziny idę już wzdłuż linii kołków! W kierunku rozciągającym się w prawo! Zatem bez udziału świadomości został dokonany ważny wybór, wybór kierunku „w prawo” i podjęta decyzja posuwania się naprzód właśnie w tę stronę. To dla mnie jedno zaskoczenie, ale nie jedyne. Drugie zaś wynikało z tego, że w rozważaniach o relacjach naprężeń kierunkowych, które dopiero co miały miejsce, pominąłem tak ważną przecież możliwość istnienia jeszcze jednej relacji – zachodzącej pomiędzy stroną „prawą” i „lewą”. No cóż, odwołując się do intuicji, uważam, że świeżo postrzeżona relacja – w tym układzie – musi się jawić bardzo ważną, jednak zapewne mniej istotną od dwóch pozostałych.

A może to tylko czcze samopocieszenie się?

Wspomnienie

Siedzieliśmy, ja i mój brat, w izbie z zasłoniętymi oknami. W półmroku. Przez szpary w zasłonach wpadały do wnętrza włócznie i sztylety lipcowego słońca. Przepalały powietrze swą gorącą jasnością aż do tego stopnia, że dostawało konwulsyjnych wirów, które porywały z podłogi całe tumany kurzu i rzucały je do walki z owymi sztyletami, a ogień tej walki czynił je kłębami sproszkowanego złota. Brat rozciągnął na stole stary zniszczony zeszyt, jaki wczoraj znalazł był w kanale biegnącym obok wielkiej asfaltowej drogi. Mieliśmy dwanaście i czternaście lat, i mnóstwo czasu przeznaczonego na poszukiwanie skarbów, rozrzuconych na poboczach ówczesnych dróg marnotrawną ręką dopiero co skończonej wojny.

Właśnie w niewielkiej odległości od naszej chaty biegła wielka międzynarodowa trasa na Berlin; biegła sobie bardzo okazale w towarzystwie dość obszernych kanałów po każdej swej stronie, które odgradzały ją od okolicznych pól, sadów i ogrodów. Kanały te zwykle pozostawały puste za wyjątkiem wiosny, kiedy na krótko kolonizowała je woda z roztopionych śniegów.

Jednak tamtego wojennego roku kanały tej drogi zostały kompletnie i z czubkiem wypełnione rozmaitym sprzętem wojennym i dobytkiem cywilnym. Były też tam martwe zwierzęta oraz trupy ludzkie. Te ostatnie usunięto bardzo szybko, natomiast o trupy końskie i krowie nikt się nie zatroszczył. Leżały i leżały, cuchnąc straszliwie w jazgocie wielkich rojów pozłacanych much i chciwie kłębiącego się robactwa.

Równie szybko jak trupy ludzkie, z kanałów znikał co cenniejszy dobytek. Kiedy go zabrakło, zabierano lichotę i rupiecie, aż zostały gdzieniegdzie tylko pogniecione skorupy samochodowych nadwozi i bielejące szkielety zwierząt.

Moje wspomnienie przeniosło się w tak odległą przeszłość, ponieważ zdałem sobie sprawę, iż wtedy właśnie zrodziło się u mnie zainteresowanie ideą „Strefy Ducha”. Natomiast konsekwencją dalszą było znalezienie się tu, gdzie teraz jestem; w oddaleniu dwudziestu tysięcy kilometrów i dwudziestu pięciu lat.

– Patrz – mówi brat, przyłożywszy palec do gęsto zarysowanej strony grubego brulionu. W jego dolnej części tłoczyły się jedne przy drugich, a czasami wręcz zachodziły na siebie, graficzne wizerunki różnych kształtów i wielkości twarzy. Każda z rozwartymi usty. Wyraz krzyku, przerażenia?

Ze wszystkich głów wyrastały długie, przez większą część strony wznoszące się pionowo w górę ni to włosy, ni to wiązki rózeg wikliny. Pomiędzy tymi pionowymi formami niby pracowite mrówki wędrowały maleńkie ludziki z potwornymi ciężarami na swych grzbietach. Na samej górze, gdzie włosy, czy też może rózgi, już nie dosięgają, przez całą szerokość kartki wiodło rojowisko drobnych gwiazdek, półksiężyców i słońc.

– Co to jest? – pytam z niekłamanym zdziwieniem.

Osobnym zaskoczeniem jest dla mnie niezwykła staranność wykonania tej ilustracji. Brat w odpowiedzi przesuwa swój palec o parę centymetrów… i zatrzymuje przy jednej z bardziej niż inne wykrzywionej twarzy. Patrzy znacząco na mnie.

– No co?! – powiada. – Nie poznajesz się?

W odpowiedzi daję mu kuksańca. On jednak kontynuuje swój żart:

– Popatrz! – mówi, wodząc palcem po rysunku, podczas gdy jednocześnie drugie ramię czujnie podnosi na wysokość swej głowy wyczekująco, aby w razie czego zasłonić się przed moim ciosem.

– Popatrz… widzisz? Tu razem z innymi wrzeszczącymi masz swoje zadanie do wypełnienia. Chyba się poznajesz… zważ, jaki spotkał cię zaszczyt! Dziwisz się? A dlaczego się tak dziwisz?! Powiem ci: masz zadanie razem z nimi oznaczać… oznaczać… już ci mówię: oznaczać… „strefę dolną”, strefę „potwornego wrzasku” – tak tu napisane – chciał chyba jeszcze coś dorzucić, wszelako widząc, że zrobiłem poważną minę i nie zamierzam go atakować, zamilkł.

Oczywiście, nie znajdowałem najmniejszego podobieństwa moich rysów twarzy do tych, które miała wskazana przez brata głowa na obrazku. To był jego złośliwy wymysł, ale mniejsza o to. W tym momencie dotarło do mnie, że rzeczywiście znalezisko jego musi na pewno przedstawiać jakąś nadzwyczajną wartość. Rysunki były nie tylko tajemnicze, ale i zachwycającej piękności.

Okazało się, że zeszyt zawierał jeszcze kilka innych ilustracji oraz bardzo dużo pisemnego tekstu, którego jakąś część brat już przeczytał. Tak przynajmniej utrzymywał.

Między innymi była tam też mowa właśnie o tych strefach. Jednak słowo „strefa” było wtedy dla mnie pustym dźwiękiem i dla brata zapewne też, chociaż coś niecoś może już wywnioskował ze swej lektury. Tym niemniej nie umiał mi wystarczająco wyjaśnić jego znaczenia; był przecież chłopcem tylko o dwa lata starszym ode mnie i czytał te same książki, co ja. Wszelako twierdził, że wie. Był zdania, iż pojęcie to jest jednym z wielu znaczących kluczy, doprowadzających człowieka do zrozumienia idei zawartej w tym tekście, który zaraz nazwał „wielkim tekstem”. Obiecał mi go udostępnić, gdy tylko on przeczyta go do końca. Tymczasem kontynuował:

– Człowieku! – powiada z przejęciem. – Nie masz wyobrażenia, ile tu sławnych nazwisk. Uczeni, filozofowie, wodzowie, artyści. Poza tym, jakie chcesz problemy, projekty; czego tu nie ma. Każda rzecz, a nawet każdy człowiek – mają nie tyle swoje miejsca, co swoje drogi, tak dosłownie tu jest napisane z powołaniem się na argumenty, doświadczenie. Same miejsca też zresztą są w jakiś sposób wędrującymi. Poza tym każde miejsce należy do jakiegoś większego miejsca. Po wielkich drogach biegnie mnóstwo małych dróg, a po tych małych drogach biegnie mnóstwo jeszcze mniejszych dróg i dróżek – wędrówka odbywa się na różnych poziomach wędrowania. To są bardzo trudne sprawy i chyba będzie lepiej, jak po prostu przeczytam ci kawałek.

Tu obrzucił mnie pośpiesznym spojrzeniem, nie tyle po to zapewne, by odnotować moją aprobatę, lecz by sprawdzić, czy w ogóle jestem. Dotychczas w podobnych przypadkach dawałem nogę, lub, jeśli byłem przykuty do miejsca, natychmiast zasypiałem. Teraz z jakichś niejasnych dla mnie powodów było inaczej.

– Słuchaj! – rzucił, odnajdując w tekście stosowny akapit.

Potem, zresztą dużo później, przy własnej lekturze ten fragment przepisałem do swojego notatnika. Szczęśliwym trafem zachował się obok innych jeszcze fragmentów do tej pory. Mogę więc teraz przytoczyć jego dosłowne brzmienie:

„Miejsce wyodrębniane nie jest, po pierwsze, przestrzenią – ponieważ przede wszystkim jest przedmiotem, zdarzeniem, a nawet może być myślą czy słowem. Natomiast każdy przedmiot czy zdarzenie są najmniej trwałymi z miejsc, jakie udaje się pomyśleć, więc wyodrębnianie ich kształtów odbywa się nieustannie. Jest to zgodne z prawami nieskończoności, a innej rzeczywistości nie doświadczamy, gdyż nasz świat jest jej fragmentem. Rządzi w nim zasada wiecznej zmiany i ruchu. Ponadto, zasada ciągłego utrzymywania się stanu otwarcia każdego bytu, otwarcia dla niepowstrzymanego procesu różnicowania się, zarówno w małości, jak i w wielkości. Niech nikt nie myśli sobie, że proces powiększania ma przed sobą większe perspektywy kontynuacji niż proces pomniejszania. Zarówno jeden, jak i drugi mają szanse doskonale wyrównane. W takim świecie istnienie dowolnego bytotworu ma zawsze charakter fragmentaryczny. Tak jak nigdy nie będzie pełnego istnienia bytu, tak też nigdy nie było zupełnego jego nieistnienia. Linia istnienia postępuje »od« nieskończonej prostoty – »do« nieskończonej złożoności. Terminy: »od« i »do« są tu użyte w najbardziej abstrakcyjnym, umownym sensie, bo przecież nigdy nie było realnego, konkretnego »od«, jak i nie będzie docelowego ostatecznie »do«. Jeśli coś zaistniało – jest umocowane w nieskończonym łańcuchu przyczyn, jak i będzie miało udział w nieskończonym następstwie przyszłych istnień. Każdy z możliwych do uchwycenia naszą uwagą byt (jego sytuacja) ma postać dwoistą: (1) – jako byt położony »pod« (pod-stawowy – stanowiący podstawę, zajmujący jakieś dno, jakiś spód), może być »tylny« czy »dolny«, oraz (2) – jako byt położony »nad« (nad-stawowy – »postawiony na –« czy »stawiany na –« czymś, więc bardziej ruchomy od pierwszego), bywa »przedni« lub »górny«.

Bycie każdego bytu zatem o wiele łatwiej i efektywniej jest rozpatrywać, posługując się modułem struktury schodkowej o dwu stopniach: niższym i wyższym. Moduł ten może być multiplikowany, rzecz jasna, i układany w dłuższe czy krótsze ciągi schodów, w zależności od potrzeby – w zależności od tego, jak liczne różnice chcemy – osobno wyodrębnione – ukazać, wszakże zarazem ukazać w jednym hierarchicznie uporządkowanym zestawieniu. Ten moduł-schemat uważa się za najbardziej wiekowy, o czym za chwilę jeszcze będzie mówione.

Przy okazji warto uprzytomnić sobie, że nasza podstawowa zdolność funkcjonowania w świecie, polegająca mianowicie na wyodrębnianiu poszczególnych rzeczy i klasyfikowania ich – także funkcjonuje na podstawie tego modułu. Dzięki niej i temu modułowi mamy możliwość zapewne nieograniczonego wspinania się w coraz to inne, odleglejsze i obszerniejsze strefy (czy warstwy) rzeczywistości, zachowując prawidłową orientację swego położenia w świecie. Obojętnie, czy te warstwy bądź strefy będą znajdowały się coraz wyżej, głębiej, czy dalej.

Warstwowość i strefowość występują również w świecie niewidzialnym, w świecie myśli i wrażeń emocjonalnych.

Pojęcia powyższe, do których zresztą później powrócimy, aby je jeszcze szczegółowiej omówić, są przez nas wiązane z początkami »Ruchu Dennego«. Wtedy zaczęto wyraźniej je sobie uświadamiać. Zwłaszcza pojęcie »strefy« nabrało specjalnego znaczenia. Związane to było z pewnym wydarzeniem artystycznym, któremu było na imię strefizm. Jakkolwiek w kręgach artystycznych czy naukowych (bo autor był zarazem artystą i naukowcem) strefizm nie wywarł większego znaczenia. Tym niemniej ustanowił jednak frapujące zagadnienie; niebłahe dla ludzi oddanych poszukiwaniom; stanowiące więc też, powiedzmy, jakiś stopień schodów, na którym ten i ów mógł postawić swą stopę na swojej drodze twórczej.

Nam godzi się o tym powiedzieć jeszcze też dlatego, ponieważ w owym czasie zaczęły rozchodzić się pogłoski na temat istnienia jakiegoś tajemniczego bractwa, skupionego pod wezwaniem »Strefa Zero«, które już wtedy gromadziło projekty przyszłego przedsięwzięcia budowlanego, zakrojonego, jak szeptana wieść niosła, na kolosalną skalę. Prasa oczywiście wyśmiała to jako wierutną plotkę. Lecz to nie była plotka, chociaż nie kto inny, jak nasi wpływowi przedstawiciele zabiegali, by właśnie tak było. Chodziło o chytry wybieg, mający na celu ratowanie tajemnicy. Była ona bezwzględnie potrzebna na ówczesnym etapie prac projektowych. No i udało się. Ale o szczegółach będziemy mówić później.

Wspomniana wyżej konstrukcja typu schodkowego jest obecnie naszą główną formą, odzwierciedlającą podstawowy splot tkanki świata. Główną, ale nie jedyną. Mamy bowiem jeszcze konstrukcję pomocniczą; znaną pod nazwą »Porządek Tacy«. Jej powstanie było znacznie późniejsze od Porządku Schodkowego, wszelako zastosowanie jej u nas nastąpiło wcześniej niż tej ostatniej. W tym miejscu należy przypomnieć, iż Porządek Schodkowy bierze swój początek od Boecjusza – mistrza wczesnego średniowiecza. Mistrz ten dla sugestywnego ukazania swego poglądu na filozofię, na ukazanie gradacji teorii i praktyki filozoficznej kreśli ją jako obraz postaci ubranej w szatę, której dolną część zajmowała praktyka, górną – teoria, zaś pomiędzy nimi znajdowały się łączące je schody, pozwalające praktyce i teorii być ze sobą w stałym kontakcie.

Porządek Tacy bardzo długo u nas świetnie funkcjonował, ale z chwilą odkrycia przez naszych badaczy średniowiecza dorobku Boecjusza nieomal zupełnie przestał się liczyć. Tym niemniej od czasu do czasu pojawiają się oczarowani nią konstruktorzy i myśliciele. Ich wysiłki już niejednokrotnie przynosiły nowe idee, nowe propozycje konstruktorskie. Dlatego powinno się, uważam, przy każdej nadarzającej się sposobności przypominać ją, jej historię. A historia ta dziwnym zbiegiem okoliczności wiąże się również, jak wyżej wspomniany przypadek »strefizmu«, z malarskimi dziełami sztuki. Ja-autor jednakże podejrzewam, że nie jest to jej jedyny i pierwszy początek”.

– Chyba nic z tego nie zrozumiałeś, braciszku, nie?!… – zaśmiał mi się w twarz starszy brat. – Nic się nie martw, chłopie, na wszystko przyjdzie czas, byle tylko tego chcieć. Ale czy ty tego chcesz? – oto jest pytanie!

Pokręciłem głową, ale zostało to opacznie zrozumiane. To wszystko było dla mnie czymś więcej niż drętwą mową. Nie rozumiałem z tego nic a nic.

– No to jeśli chcesz, to słuchaj dalej, co tu się pisze – znowu zaczął czytać, co następuje:

„Pewnego razu doktor Kort i doktor Tarti, pracujący od dłuższego czasu razem nad wiązaniami struktur rzeczywistości, wstąpili do muzeum sztuki, by zobaczyć nową wystawę. Przez dłuższy czas krążyli po przestronnych wnętrzach, obwieszonych dziełami z różnych epok, aż w pewnym momencie ich uwagę przykuły dwa wiszące nieopodal siebie obrazy z epoki baroku. Na obydwu występowała bogato zdobiona srebrna taca. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to ten sam egzemplarz. W istocie tak nie było, ale zanim to stwierdzono, rozłożyła się, jeśli tak można powiedzieć, krótka, lecz przecież wystarczająco pojemna czasoprzestrzeń ich imaginacji, aby wszystkie sprawcze myśli potrzebne do urodzenia »Porządku Tacy« mogły się razem w jednym miejscu zebrać i w krytycznym momencie zwycięstwa wykrzyknąć zdobywcze »eureka!«.

Na jednej tacy piętrzyła się piramida dorodnych owoców i kielich musującego wina. Na drugiej leżała odcięta głowa brodatego mężczyzny. Dwa bezcenne obrazy pokazywały im dwa razy – jedno; dwa razy – jedno bezcenne wiązanie, dobre do zastosowania w teorii i praktyce. Tym wiązaniem był kontrast. Kontrast i warunek tego kontrastu. Zatem z jednej strony spoczywanie i z drugiej – podtrzymywanie spoczywającego. Podłoże i złoże. Drogę i wędrowca. Język i ślinę. Dłoń i monetę. Warstwę gleby i warstwę trawy. Dwie warstwy rzeczywistości, z których jedna, uchodząc za bardziej podstawową, pełniła rolę służebną, a druga, uchodząc za panującą, w zupełności zależała od tej pierwszej. Pierwsza była litą opoką, druga – czasową konstrukcją…”.

Powrót na linię graniczną

Tak się zapamiętałem we wspomnieniach, iż straciłem poczucie długości już przebytej drogi wzdłuż linii kołków; a orientacji nie ułatwiała przecież krajobrazowa monotonia. Na szczęście pokrótce uświadomiłem sobie, iż idę tak łatwo, tak niepostrzeżenie, tak udatnie prosto przed siebie, ponieważ jeszcze nie jestem gotów wejść w swój następny etap życia (!), który, niewykluczone przecież, może okazać się straceńczy.

Zatem rozpętała mi się tu bez udziału mej woli gra na zwłokę. A wiadomo skądinąd, iż przedłużająca się zwłoka w podjęciu jakieś decyzji w sytuacji krytycznej grozi przegraną!

Nie jest to sytuacja krytyczna?

Może jest, może nie jest.

To obecne wędrowanie wzdłuż wytyczonej kołkami linii bezpieczeństwa wygląda na bezpieczne, ale być może przede wszystkim dla tych, którzy nie mają najmniejszego zamiaru jej przekroczyć. Natomiast dla osób żywiących taki zamiar – niekoniecznie. A cóż tu mówić o ludziach mających silne postanowienie zrealizowania swojego celu? Dla nich na pewno czas przebywania w pobliżu granicy bezpieczeństwa i niebezpieczeństwa musi mieć swoje tajne, a zdradliwe momenty, ryzykowne gry. Jest może np. jakiś niewielki limit czasu bezkarności zwlekania z decyzją? Zatem trzeba się śpieszyć, bo jest go raczej mniej niźli więcej. W ogóle trzeba sobie powiedzieć na wstępie, iż jest to sprawa nie tyle indywidualnego przypadku losowego, co indywidualnego porządku; więc nie ma ani chwili do stracenia…

Wędrowanie taką graniczną trasą, żeby mogło być sensowne, musi być intensywnym dojrzewaniem.

– A jak tu dojrzewać, jeśli ma się kolosalne trudności ze skupieniem się?

– Tu trudności ze skupieniem?

Wokół przecież bezludzie i cisza.

– Ale jakieś napięcie…

Co innego wiedzieć, co innego czuć.

– Rozważam to i to.

Kołacze mi się jakaś mglista refleksja, że myślenie musi być współmyśleniem, inaczej go nie ma.

Zastanawiam się też, czemuż to, pomimo tak znacznego szumu medialnego zalewającego świat, pustce tu panującej nic dotąd nie zagroziło. Wokół ani jednego turysty, ani jednego pojazdu.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa należy przypuszczać, że snadź nie wykryto tu turystycznych atrakcji: ani pięknych widoków, ani złotego piasku, ani drogich kamieni, ani nafty, ani gazu, ani zwierząt łownych, ani narkotyków, ani „jedwabnego szlaku”. Jedne, jedyne, co tu jest, to właśnie – pustka.

„Bezsensowna” dla rynkowych graczy i konsumenckiego tłumu.

Przyglądam się malejącemu w dalekiej perspektywie szpalerowi kołków i nagle, w znacznym oddaleniu – widzę, że zakłócony jest on jakimś prostokątnym elementem. Jeszcze za duża odległość, by cokolwiek więcej o tym powiedzieć.

„Milczcie!” – mówię głosom zniecierpliwionych zmysłów pragnących to coś, zaledwie mgliście zarysowanego, już teraz dorwać i pochłonąć.

Cierpliwości!

Cierpliwości!… – na wszystko przyjdzie czas!

Bulgot zniecierpliwienia cichnie. Opornie, co prawda, ale wystarczająco wyraźnie. To zaś pozwala mi wrócić do swego wnętrza.

Wracam zatem na opuszczony przed paroma chwilami cypel.

Liniatura istoczenia

Myśl pojawia się jako ten pączek kwiatowy na zielonej gałązce życia. Przemieniona sól ziemi? Przepoczwarzone błoto? Uwięzione światło?

– Jest to z ziemi wydarty łańcuszek znikomych drobin płynących zielonym szybem do złotej sztolni mózgu i biegnie w nim krętym korytarzem do hipodromu znajdującego się w hipokampie, jak twierdzą znawcy, by dać się wystrzelić.

Wszystkie ciała są jedną siecią ciał. Siecią uwiązaną do potężnej sieci galaktycznych ciał, które uwiązane są do jeszcze potężniejszej sieci gromad galaktyk, które przywiązane są do jeszcze i jeszcze potężniejszych sieci skupisk gromad galaktyk ciał, które… są przywiązane… które… są przywiązane… które…

– A wszystkie myśli?

– A wszystkie myśli istoty myślącej są jedną siecią myśli, nawet w chwilach krańcowego rozkojarzenia, nawet gdy myśli rozpierzchają się bardzo daleko na obce sobie terytoria. Są siecią przywiązaną do potężnej sieci myśli wszelkich istot myślących, które z kolei są przywiązane do potężnej sieci wszelkich ciał, które są przywiązane… które… które, które, które… Więc płyniemy sobie – my, nieskończona sieć, sieć misternie splątana… jaka niektórym wydaje się chaosem, niektórym – porządkiem chaosu; zaś naprawdę jest fragmentem tego samego porządku, który jest w nas, w naszych dziełach, we wszelkim stworzeniu, w każdym minerale i w sercach najbardziej rozpłomienionych czy też najbardziej mrocznych galaktyk.

Pewnego razu, po wielu trudnych do opisania tarapatach, w końcu dostał się do moich rąk ów – znaleziony onegdaj przez mojego brata brulion. Stan jego był opłakany. Wiele stronic skleiło się w jeden zwapniały, kruchy blok. Inne kartki były upstrzone niewiadomego pochodzenia plamami, ponaddzierane. Pismo – wyblakłe, momentami wręcz nieczytelne. Bez okładki i bez karty tytułowej.

Pierwszą z zachowanych kart pokrywały gęsto nawarstwiające się skupiska precyzyjnie kreślonych linii. Gdy się człowiek temu trochę uważniej przypatrzył, mógł rozpoznać plan jakiegoś obiektu wykonanego w dwu rzutach. Dookoła nich tłoczyło się, wykorzystując każdy spłachetek wolnego miejsca pomiędzy przecinającymi się liniami, szereg drobniutkich rysuneczków, czasem o charakterze technicznym, a czasem drobiazgowo, naturalistycznie odtwarzających fragmenty tajemniczych urządzeń, postacie ludzkie i zwierzęce. Rzut pionowy wskazywał, że mamy do czynienia z potężną konstrukcją budowlaną, sięgającą jednym swym krańcem na tysiąc metrów w głąb ziemi, a drugim – wystającą tysiąc pięćset metrów ponad jej powierzchnię. Zewnętrzny zarys formy całości przypominał dwie złączone podstawami piramidy schodkowe. Rzut poziomy dopowiadał, że podstawy piramid mają kształt regularnych sześcioboków o rozpiętości dziesięciu kilometrów. Z rogów piramid wychodziły liczące sobie dziesiątki kilometrów tunele czy korytarze. Od centralnego punktu położonego w środku dolnej piramidy wystrzeliwało promieniście mnóstwo przerywanych linii. Przecinały je inne, stłoczone w wiązkach; często równoległych do siebie i będących jak gdyby przedłużeniami wąskich elementów znajdujących się w piramidzie górnej. Obydwie piramidy, jak i otoczenie piramidy dolnej robiły wrażenie ciasno upakowanej struktury rozmaitych wnętrz, korytarzy i szybów. Skojarzenie z labiryntem samo cisnęło się na myśl.

Strony następne brulionu natomiast dźwigały liniaturę gęstego, pozbawionego jakichkolwiek przerw akapitowych tekstu. Do czytania wcale a wcale niezachęcającego, wszelako jak się później okazało w czytaniu – niezwykle interesującego, chociaż i piekielnie trudnego zarazem. Prawdę powiedziawszy, tylko niektóre fragmenty do mnie docierały z jako tako zrozumiałym sensem. Przy tym ani na chwilę nie opuszczała mnie wątpliwość, czy moje interpretacje idą we właściwym kierunku. Ogólne wrażenie było takie, że tekst musiał nie dotyczyć zwykłej, potocznej rzeczywistości materialnej, lecz jakiejś innej. Jakiej? Nie umiałem dociec, jakkolwiek oczywiście miałem kilka rozmaitych pomysłów na ten temat. Nasuwały się myśli: o świecie idei platońskich, o rzeczywistości innej planety, o świecie snów, o świecie tekstów, melodii, baśni itp.

Dziś, za sprawą okoliczności takich chociażby jak presja tego tu miejsca i tkwiącego we mnie nastroju, wracają mi dawne doznania zrodzone wówczas, kiedy znaleziony notatnik był w zasięgu mojego wzroku. Teraz, chociaż już od dawna nie mam brulionu przy sobie, poszczególne jego kartki wydobywają mi się z zakamarków pamięci i podpływają na centralny jej plac. Tutaj ich obraz jest powiększony i pochwycony w sieć rozmaitych linii. Właśnie! – linii, znowu linii, jakby komuś bardzo zależało na wykazaniu, że tylko linie rządzą sensem świata.

Jest to na tyle sugestywne, że sam w pewnym momencie temu przeświadczeniu bezwiednie ulegam. I rzeczywiście, nie mogę opędzić się od nasilającej się inwazji skojarzeń liniowych: linii promieni, linii tekstu, kurzu, rozdarć, zgnieceń, horyzontu, kołków; linii poziomych, pionowych… Dlaczego aż do tego dochodzi? Dlaczego aż tak?

– Chwilowo nie mam pojęcia, lecz czuję zbliżanie się czegoś dla mnie nowego, jakiegoś innego stanu wewnętrznego, być może – innej komunikacji ze światem.

Po pewnym czasie na swej drodze (wciąż idę granicą wzdłuż kołków) zbliżyłem się do prostokątnego elementu; jest to gruba kamienna tablica, trzy na dwa metry duża, osadzona na stalowych nogach. Na tablicy tej, mimo dokładnych oględzin, nie znalazłem nic prócz niechlujnie namazanych krzykliwymi kolorami obscenicznych rysunków, przekleństw i obraźliwych inwokacji.

„A więc” – pomyślałem z goryczą – „wszędzie można spotkać brud ludzki, złe ślady, wszędzie – a zwłaszcza tam, gdzie spodziewasz się znaleźć błogosławioną wskazówkę. Wszędzie te bazgroły; nawet tu, tak daleko, na takim odludziu; na drodze do… aż wstyd i strach powiedzieć – do… ewentualnie, Nowego Świata. Co za straszna ironia!”.

Po chwili oburzenia doszedłem do wniosku, że miałem przed sobą jeszcze daleką drogę do przebycia wzdłuż linii kołków. Dlaczego? Dlatego, że pospolitość i tłumy nie docierają do miejsc wyjątkowych. To znaczy, że miejsca wyjątkowe są jeszcze daleko stąd. Tak czy inaczej, nie pojawił się nawet cień powodu, żebym miał zaprzestać dalszej wędrówki tą trasą, na której właśnie byłem.

Tym bardziej powinienem pozostać przy swym zamiarze, ponieważ zacząłem doznawać znacznego rozmiłowania w przyglądaniu się tej surowej i opustoszałej krainie. Wstępne ogłuszenie monotonią ulotniło się bez śladu.

Tak też się stało. Szedłem miarowym, nieśpiesznym krokiem, nie czując ani zmęczenia, ani głodu czy pragnienia. Przypuszczam, że mogły upłynąć w tym nastroju nawet całe godziny. Jednakże w pewnym momencie nagle zdumiałem się, że co innego ze mną się dzieje, gdy patrzę w prawo, a co innego, gdy w lewo, mimo oglądania po obydwu stronach identycznego krajobrazu. Rozpętało to oczywiście wśród myśli gorączkową debatę.

Po pewnym czasie została ona jednak zakończona dość lichą argumentacją, że niby może to być stałym objawem każdego organizmu, który znajdzie się dokładnie na samej linii granicznej przebiegającej pomiędzy tym, co znane, a tym, co nieznane. Umysł zaczyna w takich wypadkach, jakby automatycznie – wyobcowywać się z ustalonego już kręgu świadomości i tracić pewność co do wartości dotychczas zgromadzonej przez siebie wiedzy. Komory umysłu, które dotąd wydawały się pękać w szwach od zawartości, teraz nagle wydają się człowiekowi zupełnie puste. W ten sposób, podobno, zarówno podmiot, jak i całe jego dookolne otoczenie stają się otwarte na bezpośrednie sterowanie tchnieniem nieskończoności.

„Wychodzi na to” – zacząłem kombinować – „że »nieznaność« przoduje w dynamizowaniu swojego rozwoju, jest zdecydowanie aktywniejsza od »znaności«. Dlatego ta ostatnia w interesie swojego dobra musi wciąż doskonalić swój pościg za rzeczywistością objętą władztwem tej pierwszej”.

Zastanawiałem się więc nad dalszym procesem wyodrębnień przestrzeni tego pustkowia. Do niedawna spostrzegałem jedynie linię horyzontu, która tworzyła okrąg, i prostą linię kołków, mogącą być linią średnicy tego okręgu lub tylko jedynie wariantem jakiejś jego cięciwy. I jak słusznie należy mniemać, linie owe nie pojawiłyby się w okienku mojej uwagi bez nieuzasadnionej przyczyny. Jest możliwe, że były ich nawet dwie. Jedna mogła wynikać z moich intuicyjnych pobudek wewnętrznych, druga – z przeszłych i bieżąco dokonujących się, acz niewidocznych, zmian strukturalnych tych obszarów.

Dopełnieniem, niejako formalnym i cokolwiek nadnormalnym, tychże przyczyn jest rozpoznanie jakości obszarów wyodrębnionych przez te linie. Na razie ten tu okrąg i ta oto średnica (albo cięciwa) pozwalają mi na łatwiejsze odgadnięcie, chociaż nie do końca, wyżej wspomnianego procesu wyodrębnień.

Zatem wyodrębniłem dwie przeciwstawne sobie strefy: strefę rzeczywistości znanej i rzeczywistości nieznanej i cztery kierunki, w tym dwa: jeden w prawo i drugi w lewo – to na linii średnicy, oraz inne dwa: jeden w przód (w nieznaność) i drugi w tył (w znaność), również na linii średnicy, ale innej. Niewykluczone, że któraś z nich, może nawet obydwie, nie są średnicami, a cięciwami.

Istnieje, ma się rozumieć, możliwość zaobserwowania jeszcze jednej linii, którą zakreśla słońce na niebie, lecz od wielu tygodni niebo kryją gęste chmury. Toteż nie wiadomo, jaka jest relacja między torem słońca a linią kołków; ale przy okazji patrzenie w górę naprowadza mnie na wyodrębnienie oczywistej skądinąd liniatury pionowej, ukierunkowującej relacje góra – dół, dół – góra.

Linie, linie… – najcieńsze z widocznych ślady życia? Wytrasowane kierunki sensów istnienia i przemijania? Drogi poruszających się punktów? Natarczywe znaki granic? Zmarszczki istnienia? Podnóżek pisma? Strzały światła?…

Na pewno – miejsca i łączniki miejsc.

Wiedz, że kiedy miejsce, w którym akurat jesteś, zapoznało się już z tobą, a ty z nim – i oboje zapadliście w milczenie, to nie ma innej rady, jak ruszyć dalej na poszukiwania, bo niewątpliwie jeszcze nie jesteś w tym miejscu, z którego byłoby widać to, co jest ci przeznaczone, co masz do powiedzenia. Z każdego miejsca jest gdzie iść; dróg mnóstwo i bezdroży niemało. Tylko trzeba rozeznać się w swojej tęsknocie, która słucha tajemnych drgnień – jeśli ma szanse słuchania – i wie, gdzie są twoje największe szanse.

Lecz jeśli na drogach, które przemierzasz, sam siebie przestajesz słyszeć – odważnie skręć w bezdroże! Skręć w nie jak najszybciej! Nawet natychmiast! – albowiem nad bezdrożami kłębią się jeszcze niespłoszone pierwotne moce, z którymi możesz współdziałać. Dostęp do nich otwarty, choć też i niełatwy. Panująca tu pierwotna, wiekuista cisza pozwala słyszeć niesłyszalne. Oczywiście musisz porzucić wszelki pośpiech. Pośpiech zabija bezdroża i wtłacza człowieka w ludny gościniec; nawet na pustkowiu. Musisz się zdecydować: nieograniczone i natychmiastowe otwarcie wszelkich kierunków na bezdrożach czy tylko dwa otwarcia kierunkowe ofiarowywane ci przez istniejącą już drogę. Wybieraj, póki czas.

Droga wzdłuż średnicy (może cięciwy) ku horyzontowi idącemu nią obiecuje nieziemsko wspaniały cel – wejście na nieboskłon; a rzeczywiście i od zaraz daje jeszcze wspanialszy – nieskończoność. Czy kiedykolwiek spróbowałeś, spróbowałaś iść ku horyzontowi? Czy kiedykolwiek pragnąłeś lub pragnęłaś dojść do niego i dotknąć ręką kopuły nieba? A może nawet – próbować się wspiąć na niziutko tam stojące obłoki?

Dzieckiem będąc, pragnąłem tego bardzo mocno. I nie wycofałem się z tego do dziś dnia. Czy ty też?

Nie wolno ci tylko się zniechęcać. Przeto trzeba wytrwale przejść przez odcinek oszukańczego zwodzenia; takie odcinki, jak może wiesz, nawet w stosunkowo krótkich podróżach mogą występować. I występują. Trzeba doświadczyć zmysłowych doznań stresu i w samym stresie… o, tam też masz wiele do odkrycia! Musisz opanować zniechęcenie podszeptujące ci bezsensowność wszystkiego; łatwo mu ulec, gdy organizm ogarnia słabość. Wbrew tej zdradliwej logice postaw na trwanie w uporze, na przekór wszystkiemu. Rób następny krok, powtarzam: rób następny krok, mimo że stopa, którą odrywasz od ziemi, waży całe tony! Jeśli wytrwasz w tym wystarczająco długo, zobaczysz, że w końcu powoli i stopniowo los pozwoli ci dojść ku nieoczekiwanie wzniosłym doznaniom. Dzieje się tak dlatego, ponieważ skarbnica dóbr świata leży w obszarach nieskończoności i objawiać się może jedynie stopniowo – mniejszymi czy większymi fragmentami. Obszary najtrudniejsze do penetracji bardzo często okazują się najcenniejsze.

Nieskończoność opiekuje się prawdą, ona też zwycięża fałsz, wyklucza utopię, która bez względu na to, jak wielkie moce za nią stoją, zawsze prowadzi na manowce. Natomiast droga nieskończoności, czyli droga przedłużana wędrowaniem bezdrożami, zamiast utopii ofiaruje nam w sposób otwarty twórczą fikcję. Otwartą, nagą, uwodzicielską, wiecznie wymagającą poprawek, świadomą swej niekompletności; wiecznie ożywiającą, wzbogacającą życie, ale nigdy nieośmielającą się zostać samym życiem. Dlatego jest ona tworem wzmagającym bezpieczeństwo i szeroko zakrojony rozwój cywilizacyjny, nie powodując przy tym jego wypaczeń; rezerwuje to ostatnie dla samej siebie.

Na bezpieczeństwo składają się wartości nieukończone, wartości wzrastania, tworzenia, odkrywania. Tu chodzi o obwody otwarte, o obwody, które są wciąż tryskającymi źródłami wód podłączonych do nieskończonego łańcucha innych źródeł.

Powoli skłaniam się do uznania liniowego toku świata. Wszelki istniejący (zatem ruchomy) fragment świata, kreśląc swój liniowy ślad w przestrzeniach – podobnie jak kawałek kredy poruszający się po tablicy – stopniowo wypisuje się do szczętu. Ale wszelki możliwy fragment bytu nie porusza się tylko po płaszczyźnie, lecz w wielowymiarowej przestrzeni. W ten sposób utworzona linia-ślad jest zbiorowiskiem mikroskopijnych kawałeczków cząstek kredowych w kształcie wysmukłej bryły przestrzennej o strukturze już nieco innej niż dawny kawałek kredy. W trakcie ruchu przeistacza się on w swój ślad zmieszany ze śladem środowiska, które narusza, przedzierając się przez nie. Ale ślady nie przepadają, ponieważ i one tworzą swoje ślady, a te jeszcze dalsze – ślady śladów. To, że ten proces zwykle bardzo szybko znika nam z oczu, nie musi oznaczać jego kresu.

W świecie nieskończonym w zasadzie każda linia może być rozpatrywana jako złożone pasmo przestrzenne i odwrotnie. Wszelako w świecie pomiarów i opisów linie są wyrazem poruszania się bezwymiarowych, lecz wielce wartościowych punktów.Linie ustanawiają i zarazem przecinają to, co ustanowione. Każda z linii daje dwa różne kierunki, którymi dysponuje i podąża. Ponadto: swoim przebiegiem wyznacza dwa inne przeciwstawne im kierunki, a więc pozostające z tymi pierwszymi w układzie prostopadłym. Trzeba spojrzeć na to jako na topografię w przestrzeniach wartości.

Tymczasem hen, hen daleko przede mną na linii kołków znowu majaczy jakiś graniasty zarys. Można zgadywać, co to takiego, ale na konkretny opis jeszcze za wcześnie. Wobec tego myśl powraca do problemu samego wędrowania, wyłuskując w nim dwie osobliwe pozycje: wędrowanie wymuszone wędrówką myśli i myślenie wymuszone wędrowaniem ciał; poruszaniem się wobec innych poruszających się bytów, zdarzeń, myśli. Na koniec stawia ni to radę, ni to nieznoszący sprzeciwu postulat. Mianowicie: żeby tak wędrować, aby dać szansę myślom, i tak kroczyć myślami, aby dać nową szansę ciału, fizyczności, materii.

A cóż ja na to?

Bardzo długo w czasie mojego życia wydawało mi się, iż takie szanse im daję. Cały czas przecież byłem w drodze; cały czas: jak nie na jednej, to na drugiej, piątej, dziesiątej. Starałem się przedostawać na coraz szerszą, wygodniejszą, okazalszą. Wydawało mi się, że tylko w ten sposób – awansując na drodze – zdobędę także awans dla siebie.

Pewnego razu jednak zrozumiałem, iż wędrując wydeptanymi drogami, tej szansy ani im, ani sobie nie daję. Stało się to wtedy, gdy los zagnał mnie w ostępy leśne, w dzikie rozległe pola, w łąki i mokradła. Potwierdzało się to wielokrotnie. Dopiero nie znalazłszy tam żadnej drogi, byłem zmuszony wytyczyć własną. I to właśnie była ta wielka szansa! Punkt zwrotny. Zrozumiałem wtedy doniosłą i cudowną wartość bezdroży.

Myślenie o wędrowaniu, myśleniu, liniach dróg, przestrzeni budzi we mnie wspomnienia o treściach spisanych w znalezionym przez brata brulionie i o pewnym w nim miejscu obramowanym podwójną ramką, zajmującą całą szerokość strony, która zawierała wewnątrz dwuczłonowe, wypisane pogrubionym pismem następujące stwierdzenia:

 

 

 

Niezrozumiały dawniej napis, ale zapamiętany wyraźnie, dopiero teraz zaczyna do mnie przemawiać, wprawiać w podziw. „Oto i gniazdo” – powiadam sobie – „tak często napływającego jazgotu liniowych znaczeń. Oto ta ważna wiadomość, która tak powoli, drażniąc przeczucia, przebijała się na powierzchnię”.

Ale ważna jest ona też przez to, że budzi we mnie również rozmyślania krytyczne.

Od kiedy wczesny kandydat na człowieka stanął nareszcie na dwóch kończynach, od kiedy wysoka hosanna coraz częściej porywała jego umysł w podniebne rejony – jego imaginacja zaczęła ustokrotniać się. Powstawały światy duchowe, które miały być odpowiednikami niedostępnych mu rzeczywistości, wypiętrzonych gdzieś hen, hen nad jego głową lub skrytych w głębiach pod jego stopami. Natomiast światy fizycznie mu dostępne istniały na liniach horyzontalnych.

W owych zamierzchłych czasach przodkowie nasi, zaczynając odróżniać istnienie widzialne od niewidzialnego, upiory od istot fizycznie istniejących – zaczęli obok fizycznych działań uprawiać także teorię, która miała odtąd nieustannie wzrastać. Wtedy jako nieodzowność zrodziło się wśród ludzi zjawisko ofiary. Podejrzewać można: wymuszone zaobserwowanym wcześniej zjawiskiem pokazywania się i znikania rzeczy za sprawą ich konfiguracji względem siebie. Obiekty większe są w sytuacji uprzywilejowanej, jeśli chodzi o ich możliwości eksponowania się w danym środowisku. Dzieje się to w sposób naturalny; po prostu znajdując się na pierwszym planie, mimowolnie przesłaniają widoki obiektów mniejszych od siebie. Ale też za sprawą przypadku czy też dobrowolnego (co raczej należy do wyjątków) zejścia ich na dalszy plan (w tło) pozwalają na wyeksponowanie mniejszych, mniej krzykliwych, słabszych czy niepozornych: osób, obiektów, rzeczy, zdarzeń, myśli, a czasem aktywnie się do tego przyczyniają. „Większy”, stając się tłem, podejmuje jakby rolę sługi wobec tego „Mniejszego”. Człowiek, odkrywszy to, uczynił konstrukcją do naśladowania w swym postępowaniu. Dobrowolne wycofywanie się z uprzywilejowanego miejsca na drugi plan i czynienia się usłużnym tłem, marginesem. To droga, która będzie doskonalona i jest doskonalona do dziś dnia, niestety, tylko przez nielicznych, a jej efektem dźwiganie się człowieka wzwyż – ku wyższemu życiu. Taka postawa w sposób oczywisty jest ofiarą. Pierwszą z rodzajów ofiar, jakie znamy.

Naturalnie obok postawy wycofywania się z uprzywilejowanego miejsca mieliśmy – i mamy do dziś – znacznie częstsze postawy, skrajnie inne – wpychanie się przemocą na uprzywilejowane (pierwszoplanowe) miejsca – przed słabszych, mniejszych, niedojrzałych, skromnych, chromych, cierpiących. I można sądzić, to oni (zwłaszcza oni, lecz i bezwolna masa, która ulega stadnym nawykom): więksi, silniejsi, krzykliwsi – przede wszystkim dla samych siebie, chociaż zapewne nie tylko, potrzebowali odkryć mechanizm tzw. kozła ofiarnego. Ta ofiara zawsze opierała się na przemocy, podczas gdy tamta – na dobrowolnej ofierze z siebie samego.

Składanie ofiary i postawa ofiarna świadczyć mogły, poza wszystkim, także o (zapewne nieświadomym) wyrzeczeniu się jakiejś części relacji poziomych na rzecz pionowych. W istotnych chwilach była to lwia część. Szło głównie o ofiarę niewinnego życia i ofiarę okrutnej śmierci.

Z poziomych snopów linii, które żywotność świata całego spinały, wczesny człowiek wyszarpnął spory ich pęk i wbił przed sobą na sztorc, ustanawiając pionowe szlaki ducha i wszelkiej teorii. Odtąd zaczął się coraz bardziej wytężony ruch istoty ludzkiej w układach wertykalnych, w kładach odkładających się w umyśle człowieka relacjami linii pionowych. Obok spinania zaczęło się wspinanie. Spinanie nowo objawionych światów: królestwa dołu z królestwem góry, a ich obydwu ze światem poziomu.

Tym sposobem zwykłe wędrowanie ludzkie wzbogaciło się o unoszenie się i opadanie na niewidzialnych szlakach (krain nadbudowywanych „w górę” i konstruowanych „w dół” oraz krain rozszerzanych „w poziomie”). Wszelako warunki zwiększania wymiarów „dołu” i „góry” już w punkcie wyjścia są niewspółmierne, tym niemniej bardzo ściśle współzależne od siebie. Następuje rozpoznawanie również istniejących między nimi antagonizmów. Tym bardziej staje się to znacząco ważne, im bardziej analogiczne dwa bieguny wartości górnych i wartości dolnych wykształcają się z coraz większą wyrazistością we wnętrzu ludzkim.

W obiegowym mniemaniu schodzenie w dół uchodziło – czy też jeszcze uchodzi – za łatwiejsze niźli wspinanie się w górę. Atoli okazało się to prawdą tylko do pewnego momentu. Albowiem tam, gdzie zaczynają się prawdziwe głębiny, wzmaga się równie wielki jak tam w górze trud, ale też i częściej zdarzają się odkrycia wielkich skarbów. A co najważniejsze: na kierunku wdół i w głąb spotkać można wartość, której nie znajdzie się na żadnym innym. Wartość bolesną i radosną zarazem, wartość-przepustkę, przepustkę na drogę wielkiego wzrostu (w górę), na szczyty. Tą wartością jest akt uniżenia się wobec innych, wobec otoczenia; także skurczenia się w sobie i opadnięcia na dno swej jaźni, aby to dno jeszcze bardziej pogłębić, aby zrobić jak najwięcej miejsca na naukę i wiedzę płynącą do nas od innych, wiedzę z otoczenia, z zewnątrz. Człowiek pyszny, któremu jest obcy ten akt, nie znajdzie, nie wygospodaruje w sobie takiego miejsca. Zaawansowane zejście w dół, o którym mowa, jest oczywiście aktem bardzo trudnym do zaakceptowania przez wędrującego.

I jeszcze to: dojrzałość owocu na drzewie nie pozwala mu dłużej na pozostanie bycia ciężarem, nawet słodkim, na łonie ukochanego rodzica. Gdy przychodzi właściwy czas, nie w smak mu idzie dalsze hołubienie i usłużne podtrzymywanie na wysokim, podniebnym miejscu, bo to od pewnego momentu obdziera go z możliwości życia na własny rachunek, zażywania samodzielności i wolności.

Tajemny zew, porywając go, czyni nieustępliwym, radykalnym; zdolnym do rwania bolesnych więzów i opuszczenia domowych pieleszy. Ostatecznie – popycha go do skoku w dół, w przepaść. Zresztą to jedyna alternatywa dla świeżo zrodzonej samodzielności, bo wybór kierunku w górę w tym momencie oznaczałby tylko przedłużanie poddaństwa i brak elementarnych symptomów samodzielności, zahamowanie udziału w płodniejszym procesie formotwórczym świata.

Takie zachowanie nie jest też wyrazem zaciekłej samotnej determinacji, lecz wyrazem wrażliwego wsłuchiwania się w zgromadzone zasoby własnego wnętrza i w sygnały płynące z nieskończonych szlaków.

Takiej decyzji zresztą spodziewa się po nim cały świat: słońce, wiatr, deszcz, temperatura, gleba, zwierzęta, człowiek. To nie wyczyn ani popis. Nie żadna nadzwyczajność, a naturalna codzienność świata flory i fauny. Taki jest mechanizm życia. Albowiem żeby można było wzrastać wysoko, trzeba najpierw opaść w dół; a gdy osiągnie się twardy grunt, trzeba zanurzyć się w jego głąb i obumrzeć tam w swej dotychczasowej formie, aby być dopuszczonym donowej formy.

Dlatego zejście z drzewa pozwoliło owemu kandydatowi na człowieka, wzorem nasionka spadłego z drzewa, zakorzenić się w samym źródle pokarmów i tym sposobem odblokować dla siebie potężny mechanizm wzrostu ku górze;ku nowemu formowaniu i ku nowym formom.

Przeszłość jednak nie przepada całkowicie. Przeszłość również potrafi wziąć na siebie rolę opadającego w ciemność ziarna i wydać owoc stokrotny.

Ot choćby dawny nadrzewny sposób życia naszych dalekich przodków – objawił się po tysiącleciach w micie drzewnym. Oto w centrum najgęściej krzyżujących się linii śladów, zostawionych przez wędrówki żywych istot na płaskim padole biologicznego życia, usianego urodzajnymi prochami przodków, zaczęło krzepko wyrastać mocą ducha ich potomków ogromne drzewo – drzewo życia. Korzeniami w najdalszy mrok podziemi zapuszczone, koroną – do najjaśniejszego nieba sięgające. Jego ciałem i krwią jest wszelkie ciało i wszelka krew stworzeń ziemi. Jego wnętrze tętni fizycznym, wspinającym się coraz wyżej w górę życiem. Myśli zaś mogą się wspinać po nim jedynie po zewnętrznej stronie; tu jest najswobodniej. Myśli potrzebują swobody, zwłaszcza one. Istota mieniąca się wyprostowaną wspina się oczywiście wewnątrz drzewa, wespół z innymi stworzeniami, bo człowiek nie jest tylko myślą. Najgenialniejsi docierają na sam szczyt korony – niejako koronują ją na swój niepowtarzalny sposób – łącząc swoje najlepsze pierwiastki organiczne z najwyżej wspiętymi myślami. Zakwitają. A potem przychodzi owocowanie.

I tylko istoty, co najwyżej wspięły się na wierzchołek owego drzewa i już spowiły się w swe myśli, dostępują wyższego życia. Z kolei najniższe życie, chociaż równie subtelne, odbywa się u spodu najgłębszych korzeni. Tu myśl zredukowana zostaje do bezwymiarowego naskórka sensu, otulającego włoskowate naczynia na „szczytach” pędów korzeniowych. Tu, w przeciwieństwie do górnych partii drzewa, pomiędzy zamiarem a czynem nie istnieje żaden rozziew czasu, tym samym nie ma tu miejsca na jakąkolwiek formę wolności – zamiar i czyn chadzają łącznie. Tu wszelkie upadki znajdują swoje miejsce przeznaczenia, a najcięższe – pomagają głębiej ukorzeniać się drzewu. Ale też najlżejsze z najlżejszych nie są pozbawione uczestnictwa, nie giną, ponieważ nic z form już osiągniętych nie zaniknie, dopóki nie zostawi swoich śladów.