Zemsta ze skutkiem śmiertelnym - Katarzyna Gacek - ebook + audiobook + książka

Zemsta ze skutkiem śmiertelnym ebook i audiobook

Katarzyna Gacek

4,5

Opis

Kiedy życie podsuwa ci kolejny kryminalny trop

Magda, bohaterka „W jak morderstwo”, właśnie rozstała się z mężem i próbuje się odnaleźć w tej nowej, trudnej sytuacji. Pewnego dnia na jej oczach ginie kobieta, potrącona przez rozpędzony samochód. Kierowca ucieka z miejsca wypadku. Tego samego dnia w miasteczku zostaje porwane dziecko. Czy te dwie historie coś łączy?

Magda rozpoczyna prywatne śledztwo, podczas którego nie tylko będzie sobie musiała poradzić z bezwzględnymi bandytami, ale i z policją, dla której amatorskie działania Magdy to poważny kłopot organizacyjny oraz wizerunkowy.

Czy porywaczom chodzi tylko o pieniądze? Czy Magdzie uda się ocalić życie dziecka?  Oraz czy u boku Magdy pojawi się jakiś nowy mężczyzna? Tego wszystkiego dowiemy się w kolejnym tomie kryminalnych przygód sympatycznej i wścibskiej pani weterynarz.  

Katarzyna Gacek – pisarka i autorka scenariuszy, z wykształcenia psycholog. Wraz z Agnieszką Szczepańską napisała powieści kryminalne: Zabójczy spadek uczućZielony trabantDogrywka oraz Mag i diabełWisielec i księżycMoc i cesarzowa. Autorka scenariuszy między innymi do seriali Anna Maria Wesołowska (TVN), Przeznaczenie (Polsat) oraz Unia serc (TVP 3 Info). Współautorka scenariusza filmu Za niebieskimi drzwiami. Z Markiem Kamińskim napisała przygodową książkę dla dzieci Marek i czaszka jaguara. Autorka bestsellerowego kryminału W jak morderstwo oraz cyklu powieści dla dzieci Supercepcja. Mieszka pod Warszawą, ma troje dzieci, trzy koty i dwa psy. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 294

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 39 min

Lektor: Katarzyna Gacek

Oceny
4,5 (215 ocen)
134
59
19
3
0
Sortuj według:
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam wszystkim mile spędzony czas.
00
Karolinka1988

Całkiem niezła

Druga część przygód Magdy weterynarz z Podkowy Leśnej. Tym razem Magda jest świadkiem śmiertelnego potrącenia na pasach kobiety. W tym samym czasie zostaje porwany dwunastoletni chłopiec, przyjaciel syna Magdy. Na dodatek zostaje zamordowana gosposia pracująca w domu porwanego chłopca. Czy te przestępstwa mają ze sobą jakiś związek? Magda próbuje ułożyć sobie życie jako samotna matka, a także prowadzi własne amatorskie śledztwo. Lekki kryminał. Trzyma poziom. Chociaż więcej tu wątku obyczajowego niż kryminalnego.
00
AT_Czlonka

Nie oderwiesz się od lektury

Kryminał super, bardzo ciekawy styl pisania i wciągający, więc czytałam od deski do deski, polecam.
00
aagatsoon01

Nie oderwiesz się od lektury

Przyjemna historia :) polecam!
00
annakostro

Nie oderwiesz się od lektury

świetny, lekki kryminał
00

Popularność




Moim kochanym LUKSUSOWYM.

Rozdział 1

Kiedyś lubiłam wrzesień. Budził moją sympatię z tego samego powodu, dla którego uwielbiałam poniedziałki – oznaczał szkołę, a szkoła – ramy. To one czynią znośnym życie matek. Moje małżeństwo wydawało mi się wtedy miłym i sensownym przedsięwzięciem. Niestety, te czasy minęły bezpowrotnie.

Teraz szkoła, zamiast azylem, stała się jednym wielkim problemem logistycznym. Nagle i niespodziewanie zostałam bowiem matką samotną, do tego pracującą, a połączenie tych dwóch ról bywa skomplikowane.

Rozpoczęcie szkoły oznaczało również, że informacja o tym, co zaszło w naszej rodzinie, rozpełznie się po całej miejscowości niczym grzybnia opieńki ciemnej (Armillaria ostoyae). W efekcie, gdziekolwiek się pojawię, będą mnie śledzić zaciekawione, współczujące spojrzenia i szepty: Biedactwo… A pamiętacie jej matkę? Ta sama historia. Coś z kobietami w ich rodzinie musi być nie tak… Bardzo możliwe.

Mój mąż, Tomasz, wyprowadził się z domu trzy miesiące temu. Przy czym nie była to jego inicjatywa – to ja go spakowałam i kazałam mu się wynosić. Okazało się bowiem, że zdradza mnie z sekretarką. Życie bywa banalne, nieprawdaż? Od tamtej pory próbuję ogarnąć rzeczywistość i nie wychodzi mi to za dobrze. Piętrzą się bowiem problemy organizacyjne, piętrzą finansowe, że o psychologicznym aspekcie nie wspomnę. Moja matka, która rozstała się z ojcem jakieś piętnaście lat temu, twierdzi, co prawda, że dopiero po rozwodzie zaczęła żyć pełnią życia, jednak ja na razie nie mogę tego powiedzieć o sobie. Może dlatego, że ciągle nie mam rozwodu?

Był czwartek, wczesne popołudnie. Z pracy wróciłam około drugiej tak zmęczona, jakbym spędziła w lecznicy nie pięć, tylko sto dwadzieścia pięć godzin. W zwykły dzień pacjenci pojawiali się falami, między którymi zawsze zdarzały się przerwy. Robiłam sobie wtedy kawę i z kubkiem w dłoni wychodziłam na dwór do ogrodu. Stała tam stara drewniana ławka z wysokim oparciem, zaskakująco wygodna i ulokowana w takim miejscu, że w bezchmurne dni prawie o każdej porze można było na niej uchwycić słońce. Wystarczyło kilka minut, żeby na nowo nabrać energii. Tak było w zwykłe dni.

Ale dzisiaj wypadł, jak mawia mój kolega z pracy, doktor Walczak, dzień kurwy i szatana – zasuwaliśmy oboje bez przerwy, badając, szczepiąc i operując kolejne psy i koty, a ja mniej więcej od połowy dnia marzyłam wyłącznie o tym, żeby umieścić bolące plecy na kanapie w salonie. Niestety po powrocie do domu zdałam sobie sprawę, że na leżenie nie mam co liczyć, bo kiedy dzieci wrócą ze szkoły, powinny zjeść obiad, a ja go jeszcze nawet nie wymyśliłam. Zaczęłam się więc miotać po kuchni, szukając inspiracji kulinarnej.

Dzwonek do furtki zaskoczył mnie w chwili, gdy nurkowałam w szafce pod zlewem w poszukiwaniu ziemniaków. Poderwałam się odruchowo i walnęłam z całej siły głową o rant szafki, co lekko mnie otumaniło. Prawdopodobnie dlatego nie wyjrzałam, by sprawdzić, kogo licho niesie. Pierwszy błąd.

Podeszłam do drzwi, pocierając potylicę i otworzyłam je na oścież, spodziewając się zobaczyć listonosza, ewentualnie uśmiechniętych i elegancko ubranych świadków Jehowy. Na ulicy stało jednak dwóch facetów w identycznych błękitnych kombinezonach. Nie mieli listów ani nie wyglądali na takich, którzy chcą porozmawiać o Bogu, a za ich plecami zauważyłam białą furgonetkę z żółtym napisem PGNiG.

– Tak, słucham? – krzyknęłam, próbując przebić się przez ujadanie Alfa, który, choć jest generalnie psem miłym i łagodnym, gdy widzi lub słyszy obcych, udaje rottweilera na dopalaczach.

– Pani zabierze tego psa! – wrzasnął w odpowiedzi jeden z mężczyzn.

– Alf, noga!

Mój dzielny obrońca o dziwo przestał ujadać i ruszył w moją stronę. Chwyciłam go za obrożę, wciągnęłam do środka i zamknęłam w przedpokoju. W ciszy, jaka zapanowała, wyraźnie usłyszałam drugiego z mężczyzn.

– My do licznika gazowego. Wpuści nas pani?

Jestem grzeczną osobą. Uśmiecham się do ekspedientek w sklepie, przepuszczam pieszych na pasach, kasuję bilety w kolejce WKD. Dlatego bez chwili refleksji nacisnęłam brzęczyk. I to był drugi błąd. Poważniejszy niż poprzedni.

Pracownicy PGNiG weszli do ogrodu zdecydowanym krokiem. Jeden niósł skrzynkę z narzędziami, drugi – tekturową teczkę na dokumenty. Po jakie licho teczka? – zadałam sobie pytanie, a w głowie zapaliła mi się ostrzegawcza lampka. Co z tego, skoro było za późno. Panowie ruszyli prosto do żółtej, metalowej skrzynki z licznikiem, zamontowanej na ścianie garażu, otworzyli ją, coś tam sprawdzili, po czym jeden z nich, starszy i najwyraźniej wyższy stopniem, stanowiskiem czy co oni tam mają, wyjął z teczki jakiś papier i zaczął czytać obojętnym głosem.

– Na podstawie decyzji numer sto dwanaście przez dziewięć, przez dziewiętnaście, wydanej dnia piątego września tego roku, zostaliśmy upoważnieni do zdemontowania licznika gazowego numer…

– Zaraz! – przerwałam mu. – Moment! Do jakiego zdemontowania? Nie rozumiem…

– A co tu jest do rozumienia? – zdziwił się facet z teczką. – Ma pani dwa niezapłacone rachunki, a to się kwalifikuje do wstrzymania dostawy gazu.

Poczułam, że kręci mi się w głowie i zaraz zemdleję.

Kiedy mąż się wyprowadził, nagle wszystkie czynności, które kiedyś wydawały mi się proste i oczywiste, takimi być przestały. Jedną z nich okazała się korespondencja. Jakieś tajemnicze moce sprawiały, że zaglądanie do skrzynki pocztowej zaczęło być ponad moje siły. Omijałam ją szerokim łukiem, a kiedy wreszcie zaczynały się z niej wysypywać koperty i awiza, wyjmowałam je i rzucałam na komodę w przedpokoju, gdzie dołączały do piętrzącego się od tygodni stosu. Na otwieranie listów, a tym bardziej na odbieranie poleconych z poczty kompletnie nie było mnie stać. Stosowałam więc to, co umiałam najlepiej – taktykę chowania głowy pod koc i udawania, że mnie nie ma. Bo przecież, jak kogoś nie ma, jego problemy nie istnieją, ale to chyba wiadomo. Wizyta panów z gazowni uświadomiła mi, że ta strategia ma krótkie i koślawe nóżki.

– Nie, błagam! Nie możecie mi zdjąć licznika! Proszę, tylko nie to! – zasłoniłam skrzynkę własnym ciałem tak szczelnie, że Rejtan mógłby brać u mnie korepetycje.

– Proszę się odsunąć – westchnął ten starszy. – My tylko wykonujemy naszą pracę. Taki mamy obowiązek. A jak pani ureguluje, to się licznik założy z powrotem.

Wizja nieznanej, ale z pewnością wysokiej kwoty, jakiej gazownia zażyczy sobie za ponowne podłączenie licznika, sprawiła, że obudziła się we mnie lwica. Choć lwice gaz ziemny przesyłowy mają w nosie.

– Nie odsunę się! – zakomunikowałam, wbijając się plecami w gazową skrzynkę. – To nieludzkie, co chcecie zrobić!

Musiałam brzmieć i wyglądać wyjątkowo dramatycznie, skoro zaprawieni w bojach pracownicy PGNiG lekko się zawahali.

– Przecież to żadna tragedia. Po co te nerwy…

– Ale ja tego nie uniosę – otarłam łzę grzbietem dłoni. – Finansowo i w ogóle… Panowie, zlitujcie się!

Mężczyźni zaczynali się łamać.

– Proszę, błagam! – byłam bliska padnięcia przed nimi na kolana. – Przecież mogło mnie nie być w domu i panowie by nie weszli!

– Ale weszliśmy – westchnął ten młodszy, najwyraźniej zmęczony moją histerią. – Gdyby pani płaciła rachunki, nie byłoby problemu…

– Wiem… zawsze płaciłam… Tylko mąż ode mnie odszedł, zostałam sama z dziećmi i tak strasznie mi trudno z tym wszystkim…

Na co dzień nie lubię epatować osobistym nieszczęściem. Nie biegam po sąsiadach i nie opowiadam łzawej historii mojego małżeństwa ani oficjalnie się nad sobą nie użalam. Teraz jednak poczułam tak wielką bezradność i strach, że przyznanie się do życiowej porażki wypłynęło ze mnie właściwie samo.

Pracownicy PGNiG popatrzyli po sobie skonsternowani. Prosta czynność odcięcia gazu zaczynała się komplikować.

– Pani zrozumie, nas rozliczają z każdej interwencji – oświadczył ostrożnie ten starszy, z teczką.

Rozumiałam. Ale nie zamierzałam się poddawać. Nagle mnie olśniło.

– To ja zapłacę! Teraz, tutaj, przy panach. Momencik!

Nie czekając na odpowiedź, rzuciłam się biegiem do domu. Wpadłam do pokoju, chwyciłam laptop, przecisnęłam się przez drzwi tak, żeby Alf nie wyskoczył na dwór, i również biegiem wróciłam do panów gazowników. Na szczęście byli tak oszołomieni przebiegiem zdarzeń, że przez minutę, przez którą mnie nie było, nie wykonali żadnego ruchu.

– Jaka to była kwota? – zapytałam nerwowo, otwierając komputer i modląc się w duchu, żeby wi-fi miało wystarczający zasięg.

Mężczyzna zajrzał do papierów.

– W sumie pięćset dwadzieścia dwa złote i sześćdziesiąt siedem groszy.

Strona banku otwierała się wyjątkowo ślamazarnie, ale w końcu pojawił się panel logowania. Drżącymi palcami wstukałam numer klienta i login.

– Już, już… – szeptałam uspokajająco. – Widzą panowie, tutaj mam konto gazowni, wpisuję kwotę… Jeszcze tylko kod…

Esemes z kodem przyszedł po trzech nerwowych sekundach. Wprowadziłam go szybko w odpowiednie okienko, kliknęłam „potwierdź” i na ekranie pojawił się meldunek ze strony banku: Twoja transakcja została zrealizowana.

– Już! – krzyknęłam uradowana. – Gotowe!

Na dowód podsunęłam starszemu mężczyźnie laptop pod nos. Monter zmrużył oczy, bo słoneczne światło odbijało się od ekranu i pogarszało widoczność.

– No niby się zgadza.

Popatrzył na żółtą skrzynkę z tęsknotą człowieka, który, jeżeli codziennie nie zdemontuje przynajmniej pięciu liczników, popada w melancholię.

– To chyba nic tu po nas, co, Mirek? – zagadnął go młodszy.

Ten z teczką machnął ręką.

– Dobra. Upiekło się pani. Ale następnym razem już nie będziemy tacy mili.

– O Boże, dziękuję… – powoli docierało do mnie, że się udało. – Nie będzie następnego razu! Na pewno! Obiecuję!

Odprowadziłam ich do furtki i z ulgą patrzyłam, jak odjeżdżają. A potem wróciłam do domu, osunęłam się na krzesło w kuchni i zaczęłam płakać.

***

Trzy miesiące temu moje życie z bezpiecznej łąki porośniętej stokrotkami zmieniło się w zdewastowane i wypalone ogniem pole walki, na którym bezustannie toczą się teraz mniejsze i większe potyczki. Nie muszę chyba wyjaśniać, że większość z nich przegrywam z kretesem. Nie planowałam zostania samotną matką, wręcz odwrotnie – swoją przyszłość widziałam wyłącznie na łonie pełnej rodziny. Przez trzynaście lat beztrosko uzależniłam się od męża, wykarczowując z mojego DNA gen odpowiedzialny za samodzielne podejmowanie decyzji. A teraz przekonywałam się ze zdziwieniem, że po tylu latach bycia kobietą bluszczem nie jest łatwo bez podpory uchwycić pion. Bujałam się więc, przerażona, na wszystkie strony, a szukanie kolejnego muru, kraty czy siatki nie miało sensu, zanim nie usztywnię łodygi. Na co na razie się nie zanosiło.

Kiedy tak sobie siedziałam, analizując sytuację i obserwując kątem oka, jak po nosie spływa mi kolejna łza, znów ktoś zadzwonił do furtki. Oczami wymęczonej i zmarnowanej wyobraźni zobaczyłam natychmiast panów z gazowni, którzy się zreflektowali i wracają dokończyć dzieła. W pierwszym odruchu chciałam się nawet schować pod stół, jednak jakoś się opanowałam. Podniosłam się i ostrożnie wyjrzałam przez okno, a kiedy zobaczyłam pod furtką dwie niewielkie znajome sylwetki, z piersi wyrwało mi się westchnienie ulgi. Nacisnęłam guzik domofonu, wpuszczając mojego dwunastoletniego syna i jego najlepszego kumpla Olafa. Z ich strony nic mi raczej nie groziło.

Trzasnęły drzwi wejściowe.

– Cześć! – głos syna brzmiał buńczucznie, wyczułam w nim również nutę zniecierpliwienia, którą dobrze znałam. Oznaczała głód.

– Cześć, synu! – odkrzyknęłam, uświadamiając sobie jednocześnie, że na obiad nie mam kompletnie nic.

– Cześć, ciociu! – dobiegło z sionki.

– Cześć, Oli!

Gdybym miała mieć trzecie dziecko, choć uważam, że dwoje to i tak aż nadto, tym dzieckiem mógłby być Olaf. Chłopak wyróżniał się spośród wszystkich przyjaciół Kuby wyjątkowo pozytywnym podejściem do życia, posiadał też nieprzebrane pokłady specyficznego poczucia humoru. Lubiłam go.

– Co na obiad? – zapytał Kuba, zaglądając do kuchni i ostentacyjnie poklepując się po żołądku.

– Niespodzianka! – starałam się, żeby w moim głosie zabrzmiał entuzjazm. – Zawołam was, jak będzie gotowe!

– Aha, czyli pizza – skomentował bezczelnie synek.

Spiorunowałam go wzrokiem. A kiedy wyszli z kuchni, sięgnęłam po komórkę i wybrałam numer „Bazylii”.

– Halo? Chciałam zamówić trzy średnie Margherity. Z dowozem.

Czterdzieści minut później wciąż siedziałam przy kuchennym stole, choć jego krajobraz nieco się zmienił – cały blat zajmowały pudełka z pizzą, a Kuba i Olaf pochłaniali kolejne kawałki. Na podłodze, między krzesłami chłopców, siedział Alf i przenosił błagalny wzrok z jednego na drugiego w nadziei, że uda mu się wyżebrać jakiś okruszek.

Posmarowałam swoją pizzę gęstym pomidorowym sosem, pochlapałam czosnkowym, a potem odsunęłam od siebie talerz. Kompletnie nie miałam apetytu.

– Ty mamo znowu na diecie? – zainteresował się Kuba.

Wiadomo, że ludzie dzielą się na dwie grupy: jedni na problemy reagują, przestając jeść; drudzy, z tego samego powodu, zaczynają się obżerać. Ja należałam do tych ostatnich. Dlatego po trzech miesiącach składających się wyłącznie z kłopotów gabarytami zaczęłam niepokojąco zbliżać się do kaszalota. Przypominała mi o tym, kilka razy dziennie, nasza kolosalnych rozmiarów szafa o wdzięcznej ksywce Kobyła. Rezydowała w holu na piętrze i była najbardziej znienawidzonym przeze mnie meblem świata. Nie dość, że regularnie gubiła klucze, to ostatnio nauczyła się uchylać środkowe drzwi, te z lustrem, dokładnie o tyle, żebym przechodząc obok, musiała zobaczyć w nim swoje odbicie. Złośliwa larwa i prowokatorka, ponieważ efektem jej działań były kolejne diety cud, za które się łapałam. Średni czas przestrzegania: dwie doby.

– Nie, nie jestem na diecie – wyjaśniłam. – Tylko jakoś nie mam ochoty…

– To mogę? – zainteresował się natychmiast synek.

Przesunęłam talerz w jego stronę. Kuba chwycił mój kawałek i wepchnął do ust.

– Dzięki, mateczko – wymamrotał niewyraźnie.

Ciekawe, skąd wziął tę archaiczną formę. Bo nie z książek, to pewne.

Przez chwilę słychać było pracowite ciamkanie. Kiedy przełknął, coś mu się nagle przypomniało.

– Popatrz, jaki Olaf ma ekstra smartwatch! – oświadczył podekscytowany. – Pokaż, stary – polecił przyjacielowi.

Olaf posłusznie wyciągnął rękę nad stołem i podsunął mi pod nos. Na wąskim nadgarstku, oprócz żółtej, uplecionej ze sznurka bransoletki, którą przywiózł z wakacji, tkwiła czarna szeroka opaska przypominająca raczej gadżet kosmonauty niż zegarek. Kiedy Olaf poruszył ręką, opaska nagle ożyła i pojawiły się na niej duże kolorowe cyfry.

– Bardzo ładny – wyraziłam uznanie.

– Ładny? – prychnął Kuba. – Mamo, on nie jest ładny, on jest SMART! Wiesz, ile ma funkcji?

Pokręciłam przecząco głową, co moje dziecko potraktowało najwyraźniej jako zachętę.

– Olaf, zademonstruj – zarządził.

Właściciel zegarka z miną prestidigitatora puknął palcem w opaskę.

– Tak się go włącza – wyjaśnił. – Wtedy tu się pokazuje godzina, tutaj tętno… – tłumaczył, przesuwając palcem po ekranie. – Tu, ile zrobiłem kroków, ile przeszedłem kilometrów, a gdybym jechał na rowerze, to pokaże, jak szybko. Liczy też, ile spaliłem kalorii.

Pomyślałam, że mierzenie spalonych kalorii bardzo by mi się przydało.

– No i jest połączony z telefonem. Mogę na nim odbierać rozmowy i czytać wiadomości, a nawet wysyłać mogę.

– Możesz z niego pisać esemesy? – pokręciłam głową z niedowierzaniem.

– Czad, ciociu, co nie? Normalnie ze smartwatcha się nie da, ale to jest zaawansowany model…

– Imponujące – przyznałam, choć od nadmiaru informacji zaczynało mi się kręcić w głowie. – I bardzo praktyczne.

Tego ostatniego zdania akurat nie musiałam dodawać, bo Kuba podchwycił je natychmiast i wykorzystał w celu, którego po tej demonstracji powinnam się spodziewać.

– Taki zegarek się super przydaje – zaczął wypowiedź w sposób rozsądny i wyważony. – Jak ktoś trenuje na przykład bieganie…

W tym momencie zrozumiałam wszystko.

– Kochanie, ale ty nie trenujesz.

– Ale będę!

Westchnęłam.

Westchnieniem reaguję właściwie na wszystko. Co prawda moja najlepsza przyjaciółka Elka twierdzi, że nie należy wzdychać, bo wzdychają tylko ludzie starzy, ale na szczęście nie było jej tutaj teraz i mogłam sobie robić, co chcę. Zwłaszcza że, jeśli chodzi o wiek, czułam się jak mastodont.

Mój syn rzeczywiście zamierzał trenować. W tym roku w maju po raz pierwszy wystartował w Podkowiańskiej Dysze, dużej imprezie biegowej organizowanej co roku w naszym mieście. Na dystansie ośmiuset metrów, przeznaczonym dla dzieci, był czwarty, najgorsze miejsce tuż za podium, ale poczuł wiatr w żaglach i postanowił tak się przygotować, żeby za rok pobiec pięć kilometrów.

Systematyczność nie była jednak najmocniejszą stroną Kuby. Mieliśmy wrzesień, a od maja mój syn wybrał się na trening zaledwie raz. Słomiany zapał, mówiła w takich sytuacjach moja świętej pamięci babcia, a Elka nazywała to brakiem motywacji. Zrozumiałam, że gdyby na nadgarstku syna pojawił się smartwatch, poczułby się zmotywowany jak nigdy.

Tekst „Mamo, kupisz mi taki?” zawisł niewypowiedziany nad pustym jak moje konto pudełkiem po pizzy. Nie, nie kupię, pomyślałam, choć nie powiedziałam tego głośno. Po pierwsze dlatego, że nie byłoby to specjalnie wychowawcze. A po drugie… No cóż, choć nie posunęłam się do tego, żeby zapytać Olafa o cenę kosmicznego cacka, nie sądzę, żeby było mnie na nie stać. Przy aktualnym stanie finansów być może mogłabym się szarpnąć na ładowarkę do smartwatcha, a i tego nie byłam pewna.

– A jak tam lekcje na jutro? Dużo macie zadane? – spytałam niewinnym tonem.

Spojrzeli na siebie w popłochu, co oznaczało, że trafiłam.

– E, mało. Tylko trochę z matmy. I z polskiego…

Z nonszalancji, z jaką Kuba wzruszył ramionami, wywnioskowałam, że czeka ich kupa roboty.

Olafowi nagle zaczęło się spieszyć.

– Kurczę, ta matma… To ja już pójdę… Dziękuję za pizzę – powiedział grzecznie, wstając od stołu. – Do widzenia, ciociu.

– Mogę go odprowadzić? – poprosił Kuba lekko obrażonym tonem.

– Możesz – zgodziłam się. – Ale za kwadrans masz być z powrotem.

Ostatnie zdanie powiedziałam już do ich pleców.

– Wyzeruj krokomierz – usłyszałam jeszcze głos Kuby. – Zobaczymy, ile jest kroków od nas do was.

***

Popołudnie biegło dalej zwykłym utartym rytmem. Kuba, po powrocie od Olafa, ślęczał nad wypracowaniem. Kaja, którą ze szkoły przywiozła sąsiadka, pochłonęła prawie całą odłożoną dla niej pizzę, a potem też poszła do siebie. Ja rozłożyłam w salonie deskę i zabrałam się za prasowanie. Błogi nastrój przerwał tupot małych stóp. Do salonu wpadła Kaja.

– Mamo, mamuśku – zaczęła słodko. Ta dawka cukru w głosie mogła oznaczać tylko jedno – że ma do mnie interes.

– Pani nam zadała ćwiczenia z polskiego!

Odstawiłam żelazko.

– Pomóc ci? – z językiem polskim na poziomie trzeciej klasy powinnam sobie poradzić.

– Nie, mamciu. Ale czy nie podjechałabyś szybciutko do szkoły? Bo zostawiłam zeszyt w szafce…

Zrobiła minę pilnej uczennicy, której system edukacji rzuca kłody pod nogi.

Wiem, powinnam jej zrobić wykład na temat odpowiedzialności i pilnowania własnych spraw, ale nie bardzo miałam siłę.

– Oczywiście, że przywiozę – postarałam się, żeby w moim głosie nie pojawił się nawet cień irytacji.

Wyłączyłam żelazko, wzięłam kluczyki i wyszłam z domu. Nie miałam pojęcia, że idę spotkać śmierć.

***

Za każdym razem, kiedy przestępowałam próg podkowiańskiej szkoły, czułam się znów jak dziesięcioletnia dziewczynka z tornistrem na plecach. Od czasów, kiedy się tu uczyłam, budynek bardzo się zmienił, mimo to wracały wspomnienia, zapachy i emocje. Niekoniecznie pozytywne.

Moja mama, zanim rozwiodła się z ojcem i została pisarką, pracowała tu jako nauczycielka. A bycie córką najbardziej wymagającej matematyczki w historii szkoły miało wyłącznie cienie. Żadne blaski się w mojej pamięci nie zachowały. Jeśli dodać do tego ojca dentystę, to można sobie wyobrazić mój poziom popularności w szkole.

W wejściu o mało nie zderzyłam się z wybiegającą w pośpiechu dyrektorką. Jedną ręką przyciskała do ucha komórkę, drugą próbowała bez powodzenia wepchnąć dłoń w rękaw cienkiego turkusowego sweterka. Mimo zaaferowania zdążyła się do mnie uśmiechnąć.

Ruszyłam przez główny hol, szukając kogoś, kto mi otworzy klasę Kai, a odgłos moich kroków odbijał się echem od ścian korytarza.

W kantorku były dwie woźne. Obie dobrze znałam, a one znały mnie, głównie dzięki Kubie.

– Pewnie Kajka czegoś zapomniała z klasy, co? – spytała pani Ludwika, energiczna sześćdziesięciolatka.

– Skąd pani wie? – zdziwiłam się.

– O tej porze mamy przychodzą głównie po zeszyty. Zgubionych ciuchów szukają rano.

Pani Ludwika wyjęła z szafy swoje „cywilne” ubranie.

– Ja się zbieram do wyjścia, ale Małgosia pani pomoże. Gosiu, to trzecia A – zwróciła się do koleżanki. – Sala numer dwadzieścia jeden.

Kobieta wyszukała klucz i ruszyłyśmy przez opustoszały budynek do skrzydła, w którym ulokowane były klasy jeden – trzy.

W sali, w której uczy się moje młodsze dziecko, bez problemu znalazłam zeszyt Kai, a woźna zamknęła za mną klasę na klucz. Podziękowałam za pomoc i wyszłam ze szkoły. Kiedy miałam już budynek za plecami, niespodziewanie poczułam ten sam rodzaj ulgi, jaki pojawiał się, kiedy opuszczałam to miejsce jako dziecko.

Moje auto stało zaparkowane na Reymonta, po drugiej stronie ulicy Jana Pawła II, przy której mieściła się szkoła. Przejście dla pieszych, usytuowane naprzeciwko szkolnej bramy, codziennie pokonywały setki dzieci. Kiedyś były tu tylko pasy, ale ponieważ długi, prosty odcinek jezdni zachęcał, żeby rozwijać na nim niedozwolone prędkości, kilka lat temu zainstalowano sygnalizację świetlną.

Na czerwonym czekała właśnie woźna Ludwika. Chyba bardzo jej się spieszyło, bo przestępowała zniecierpliwiona z nogi na nogę, nie spuszczając wzroku z sygnalizatora. Stanęłam obok.

– Źle ustawione są te światła – zauważyła woźna. – Za długo dla samochodów, za krótko dla pieszych. Czasami to aż mnie korci, żeby przejść na czerwonym, ale jakby jakiś dzieciak zobaczył…

Przyznałam jej rację i w tym momencie zapaliło się zielone. Pani Ludwika weszła energicznie na jezdnię, a w mojej kieszeni zadzwonił telefon. Zatrzymałam się na moment, żeby go wyjąć, i wtedy zauważyłam nadjeżdżający z prawej strony samochód. Czarna furgonetka pędziła w kierunku przejścia z zawrotną prędkością. Jedzie za szybko, uświadomiłam sobie. Nie zdąży się zatrzymać…

Kierowca nawet nie próbował hamować. Samochód wpadł na pasy z maksymalną prędkością. Usłyszałam głuchy huk. Woźna, uderzona przez rozpędzone auto, wyleciała w górę i bezwładnie, niczym szmaciana lalka, upadła na asfalt kilka metrów dalej.

Furgonetka nawet nie zwolniła. Przed oczami mignął mi bok auta i profil siedzącego za kierownicą brodatego mężczyzny. Patrzyłam oszołomiona, jak samochód pędzi w kierunku centrum i po chwili znika.

Podbiegłam do leżącej na jezdni pani Ludwiki. Nie trzeba było mieć wiedzy medycznej, żeby się zorientować, że kobieta nie żyje. Jej ciało było nienaturalnie wygięte, spod głowy wypływała krew, a martwe oczy patrzyły w niebo z wyrazem zdziwienia i niedowierzania. Przez chwilę stałam nad nią, osłupiała i bezradna, kiedy nagle zdałam sobie sprawę, że mój telefon wciąż dzwoni. Drżącymi palcami wysupłałam komórkę z kieszeni i popatrzyłam na wyświetlacz. Matka. Zrzuciłam rozmowę i wybrałam numer Jacka Sikory, oficera policji, mojego przyjaciela.

– Jeżeli znowu coś ci się popsuło, mogę zajrzeć, wracając z pracy – powiedział zamiast powitania.

– Był wypadek. Na przejściu przed szkołą – słowa z trudem przechodziły mi przez gardło. – Samochód potrącił kobietę. Nie żyje.

Rozdział 2

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17

Copyright © Oficynka & Katarzyna Gacek, Gdańsk 2020

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2020

Redakcja: Jolanta Zientek-Varga

Korekta: zespół

Projekt okładki: Studio Karandasz

Zdjęcie na okładce: © Yeti Studio, mrspopman / Adobe Stock

Daria Obymaha, Louis, C. Cagnin / Pexels

ISBN 978-83-66613-81-2

www.oficynka.pl

email: oficynka@oficynka.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek