Zbyt szalony na męża - Eloisa James - ebook + książka
BESTSELLER

Zbyt szalony na męża ebook

Eloisa James

4,1

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Bestseller „New York Timesa” o miłosnych perypetiach zawsze zakochanej do szaleństwa, ekscentrycznej książęcej rodziny Wilde’ów z Lindow Castle.

Aż skrzy się humorem i seksownym wdziękiem: to znak firmowy Eloisy James. „Romantic Times”

Przystojny i zawadiacki dziedzic książęcego tytułu lord Roland Northbridge Wilde wyjechał na wojnę dwa lata temu, porzucony na przyjęciu zaręczynowym przez pannę Dianę Belgrave. Po powrocie do Anglii North zastaje Dianę w rodzinnym zamku... pracującą jako guwernantka. Ale na tym nie koniec niespodzianek: w towarzystwie panuje opinia, że Wilde jest „Zbyt szalony na męża”…

North mimo skandalu wciąż pragnie Diany i gotów jest podjąć każde ryzyko, by ją zdobyć. Teraz jest już zaprawionym w bojach wojownikiem, a bitwę o serce swej damy postanowił wygrać. Tymczasem Diana musi stoczyć trudną walkę, by nie stracić głowy dla mężczyzny, którego przecież wciąż nie zamierza poślubić…

Zdobywczyni nagrody RITA, Eloisa James, wznosi romans historyczny na nowe wyżyny subtelności dzięki urzekającej elegancji stylu, wyjątkowemu talentowi do tworzenia zniuansowanych postaci oraz umiejętności misternego łączenia aury zmysłowości z uroczym poczuciem humoru. „Booklist”

Eloisa James osiągnęła sukces w dwóch wcieleniach: gwiazdy romansów historycznych i profesorki literatury. Ukończyła Harvard i Oksford, doktoryzowała się na uniwersytecie Yale, specjalizuje się w twórczości Szekspira i wykłada na uniwersytecie w Nowym Jorku. Jej błyskotliwe powieści z przesyconą wdziękiem i zmysłowością wyrafinowaną intrygą są wydawane w 28 krajach, nagradzane najbardziej prestiżowymi nagrodami, jak RITA Award (odpowiednik filmowego Oscara), i zajmują wysokie miejsca na amerykańskich listach bestsellerów. A prywatnie jest żoną prawdziwego włoskiego księcia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (57 ocen)
23
20
12
2
0
Sortuj według:
Empaga

Dobrze spędzony czas

aż nie mogę się doczekać kolejnego tomu
00

Popularność




Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© VJ Dunraven/AdobeStock

Tytuł oryginału

Too Wilde to Wed

Copyright © 2018 by Eloisa James, Inc.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2019 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7746-2

Warszawa 2022. Wydanie II

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

www.wydawnictwoamber.pl

Dedykuję tę książkę mojemu mężowi, Alessandro,

Wstęp

Lindow Castle, Cheshire Rezydencja księcia Lindow, 6 lipca 1778 Przyjęcie zaręczynowe lorda Rolanda Wilde’a i panny Diany Belgrave

Lord Roland Northbridge Wilde – przez przyjaciół i rodzinę zwany Northem – został nauczony już we wczesnym dzieciństwie, że o dżentelmenie świadczy jego podejście do płci pięknej. Dżentelmen nie zadaje nietaktownych pytań i nie zachowuje się niestosownie.

Nawet kiedy dama jest jego narzeczoną – a może zwłaszcza wtedy.

Northowi nigdy nie przyszło do głowy, że mógłby zechcieć postąpić inaczej. Jako przyszły książę uważał, że byłoby poniżej jego godności klęknąć, kiedy prosił pannę Dianę Belgrave o rękę, ale włożył frak, na którego temat z uznaniem wypowiedział się sam król. Pierścionek, który wsunął na jej palec, należał niegdyś do jego babki, księżnej Lindow.

Pochylił się, żeby pocałować ją w policzek i pomyślał, jak zachwycające są jej oczy, jasnoszare z ciemnoniebieską obwódką. Błędnie zrozumiała jego ruch, odwróciła głowę i jego usta napotkały jej delikatne wargi.

Właśnie w tym momencie uświadomił sobie, że dobre maniery są tylko cienką powłoką przykrywającą wnętrze człowieka. Owładnęło nim dzikie pragnienie, by zachować się zupełnie nie jak dżentelmen.

Przez następne tygodnie powtarzał sobie raz po raz, że honorowy mężczyzna nie kusi swojej narzeczonej. Lord wiedział, że jego starszy brat Horatius – który powinien być na jego miejscu – nigdy nie uległby tak niestosownej pokusie.

Horatius zapewne w ogóle by jej nie odczuwał.

Być może to dobrze, że North starał się trzymać z dala od swojej narzeczonej. Rezydencja jego ojca, Lindow Castle, gdzie ojciec urządził przyjęcie zaręczynowe, miała aż za dużo zakamarków, ułatwiających ukradkowe pocałunki lub coś gorszego. North odnosił wrażenie, że jego brat Alaric porzucił wszelką przyzwoitość, uganiając się za panną Willą Ffynche.

Jednak Diana ani razu nie podeszła do niego, nie szukała go. Wciąż znajdowała wymówki i wychodziła z sali. Alaric spytał Northa wprost, czy narzeczona w ogóle go lubi.

Lubi go?

North nie zastanawiał się, czy ludzie go lubią. Miał zostać księciem. To nie miało znaczenia.

Ale teraz to pytanie nie dawało mu spokoju.

Nie przypominał sobie, kiedy ostatni raz słyszał, żeby Diana się śmiała, mimo że to właśnie jej radosny śmiech przykuł jego uwagę na samym początku. Nie wyglądała jak młoda dama świętująca swoje zaręczyny. Nie wyglądała jak dama, która złowiła najlepszego kandydata na rynku małżeńskim.

Wyglądała żałośnie.

Choćby teraz – wyglądała przez okno salonu, obejmując się mocno ramionami. W pewnym momencie uniosła rękę i… otarła łzę?

Przeciskając się między gośćmi ojca, myślał intensywnie. Było już za późno na zerwanie zaręczyn. Poza tym głębokie poczucie, że jej pragnie, ani trochę nie osłabło.

Jednak musieli porozmawiać.

Dwie minuty później wprowadził ją do biblioteki. Kiedy spojrzała na niego pytająco, zauważył fioletowe smugi pod jej oczami.

– Czy możemy usiąść? – spytał, chociaż tak naprawdę to nie było pytanie.

Diana usiadła, złożyła dłonie na kolanach i przyglądała mu się w milczeniu. Była bardzo dobrze wychowaną młodą damą.

Dokładnie taką, jaka powinna być przyszła księżna, pomyślał.

Coraz bardziej niespokojny, starannie dobierał słowa.

– Czy jesteś zadowolona z tego, że wkrótce się pobierzemy, Diano? – omal nie powiedział „panno Belgrave”.

Zerknęła na niego, zanim spuściła wzrok.

– Oczywiście – szepnęła.

Niech to diabli. Alaric miał rację; ona go nie lubi. Ten związek jest pomyłką.

A jednak wciąż jej pragnął. I przywykł dostawać to, czego chciał. Może jest po prostu nieśmiała. Może…

Porzucając zachowanie godne dżentelmena, ujął ją pod brodę i zbliżył usta do jej ust. Rozchyliła wargi zaskoczona, a on nie potrafił się powstrzymać i wpił się mocniej, smakując ją.

Jej język wyszedł mu naprzeciw, nieśmiały… niewinny. Pocałunek się pogłębił, a ona objęła go za szyję. Wydała cichy jęk, który uderzył go jak cios.

Jeżeli teraz się nie zatrzyma, to za moment położy ją i będzie całował, dopóki ona znowu nie jęknie, dopóki całkowicie się nie zapomni i nie będzie krzyczeć, prosząc o więcej.

Niewyobrażalnym wysiłkiem woli cofnął się, zanim stracił nad sobą kontrolę. Diana patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, z rozchylonymi wargami.

– Będziesz wspaniałą księżną – szepnął North.

Przez chwilę widział w jej oczach zadowolenie; zaskoczenie i radość. Ale bardzo szybko pojawiły się w nich inne emocje – żal? Poczucie winy? Cofnęła się i zerwała na równe nogi.

Zanim zdążył wstać, Diana dygnęła i powiedziała, że musi pójść poprawić suknię.

Wtedy widział ją po raz ostatni.

Porzuciła go bez słowa, zostawiając na toaletce zaręczynowy pierścionek razem z całą resztą biżuterii. Zabrała ze sobą do dyliżansu tylko pudło na kapelusze.

North pojechał do Londynu, lecz przekonał się, że matka nic nie wie o jej ucieczce. Szukał jej całymi miesiącami, aż w końcu znalazł – na dzień przed tym, gdy wraz ze swoim pułkiem miał wyruszyć do Ameryki. Diana otworzyła drzwi małego wiejskiego domku, daleko od Londynu.

Wyglądała olśniewająco w blasku słońca. Rozświetlał jej kremową cerę i pogłębiał cienie rzucane przez długie rzęsy. Diana patrzyła na niego spod prostego bonetu, wyraźnie wstrząśnięta. A ponieważ North był głupcem, starał się zapamiętać każdy szczegół, żeby zabrać ze sobą na wojnę jej wspomnienie.

Mógłby przysiąc, że ucieszyła się na jego widok, choć zaskoczył ją mundur. Może jednak im się uda? Dowie się, co skłoniło ją do ucieczki, i postara się to naprawić.

Wtedy z głębi domu rozległ się płacz. Przenikliwe, żałosne kwilenie dziecka.

Dziecka, które nie mogło być jego.

Diana spojrzała mu w oczy.

– Przepraszam, North – szepnęła. – Przepraszam.

Zmroziło go. Poczuł, że ziemia usuwa mu się spod nóg.

Bez słowa odwrócił się i odszedł. Wskoczył na konia i popędził przed siebie.

Spowił go tuman kurzu – i dobrze. Oficer – i dżentelmen – mógł otrzeć pył z oczu.

Ale nie łzę.

PLOTECZKI BEATRIX
Dostępne tylko w subskrypcji
12 marca 1780

Młode damy, którym serca szybciej biją na myśl o osławionym awanturniku i pisarzu, Lordzie Wilde, mogą nie zdawać sobie sprawy, że jego starszy brat, lord Roland, dorównuje mu niesławą. Beatrix dowiedziała się, że przyszły książę dokonał na kontynencie amerykańskim licznych czynów, które przyprawiłyby o omdlenie każdą szanującą się damę!

Niektóre wśród nas mogą pamiętać, że zaręczyny lorda Rolanda zostały nagle zerwane dwa lata temu… kiedy jego narzeczona uciekła z własnego przyjęcia zaręczynowego. Dalszy rozwój wypadków był doprawdy szokujący. Beatrix dowiedziała się z absolutnie wiarygodnego źródła, że owa dama wróciła do Lindow Castle z dzieckiem i dziś pracuje jako guwernantka! Nietrudno zgadnąć, że lorda Rolanda będzie czekać wielka niespodzianka, kiedy wróci po stłumieniu rebelii w koloniach.

Beatrix zwykle stara się nie wyciskać łez z oczu młodych dam tego rodzaju historiami, jednak czuje się w obowiązku przestrzec wszystkie matki: ten pan Wilde jest zbyt narowisty, żeby nadawał się na męża!

Rozdział 1

Diana Belgrave rzadko wspominała dni, kiedy była rozpieszczoną dziedziczką, która szturmem wzięła Londyn i podbiła serce przyszłego księcia. A kiedy już o tym myślała, wzdychała i potrząsała głową.

Była wtedy tak młoda, gotowa zrobić wszystko, żeby zaspokoić ambicje swojej matki – dziś, mądrzejsza o swoje doświadczenie, wiedziała, że było to niemożliwe. Może właśnie na tym polega dojrzałość: na uświadomieniu sobie, że nie da się zadowolić wszystkich.

Na dłuższą metę nie byłby z niej zadowolony również jej narzeczony, North (czyli, bardziej oficjalnie, lord Roland), a przynajmniej tak sobie powtarzała, kiedy dręczyło ją poczucie winy. Przecież w gruncie rzeczy nie oświadczył się jej, Dianie. Poprosił o rękę cichą i posłuszną młodą damę – do odgrywania takiej roli zmusiła ją matka.

Ten błysk pożądania, który widywała w jego oczach? Nie o nią mu chodziło, lecz o wykreowane przez jej matkę uległe stworzenie w wielkich, ozdobionych klejnotami perukach.

Odnosiła wrażenie, że North nigdy nie był zadowolony z tego, co do niej czuł. Pożądanie wprawiało go w irytację, jakby umniejszało jego władzę. Zupełnie jakby przez to ona miała zapanować nad jakąś jego częścią, a przyszły książę Lindow przywykł być absolutnym władcą swojego świata.

Wyobraźmy sobie, jaki byłby wściekły, gdyby się dowiedział, że kobieta, którą wybrał sobie na małżonkę, jest naprawdę kimś zupełnie innym.

Diana westchnęła i wróciła do rzeczywistości. Dawno, dawno temu była przyszłą panią Lindow Castle; teraz została tu służącą. Ale, co ważniejsze, była nieszczęśliwą młodą damą, za to bardzo szczęśliwą guwernantką. Może nie dobrą guwernantką, ale lubiła swoją pracę.

Najczęściej.

Pochyliła się, podniosła dwuletnią podopieczną, lady Artemisię Wilde, i oparła ją sobie o biodro. Odwróciła się do trzylatka, który siedział na podłodze i kreślił jakieś wzory rozgniecioną rzepą.

– Godfrey, czy nie chcesz skorzystać z nocnika?

Jej bratanek, Godfrey Belgrave, pokręcił głową – i całe szczęście, ponieważ w tej samej chwili Diana zauważyła nocnik, który przewrócony leżał w kominku, zamiast stać ukryty za parawanem.

Miała nadzieję, że był pusty.

Czuła zapach rzepy i rozpaczliwie zapragnęła napić się gorącej herbaty z mlekiem. Ale herbata była już zimna, a ostatnie krople mleka skapywały ze stołu w papkę z rzepy.

Gospodyni uciekłaby z krzykiem, gdyby zobaczyła dziecięcy pokój, zanim Diana zdąży go posprzątać. Panią Mousekin zawsze zdumiewał chaos, jaki towarzyszył wszędzie Dianie i dzieciom, a teraz oburzenie weszło jej już w nawyk.

A przynajmniej Diana chciała w to wierzyć.

Wyglądało na to, że nie potrafiła połączyć utrzymania higieny z dniem spędzonym szczęśliwie przez dwójkę dzieci.

– DeeDee – sapnęła Artie, wbijając małe, tłuste paluszki w kok Diany i wydłubując z niego kosmyk włosów, co sprawiło, że cały pukiel opadł jej na plecy. Rzucanie jedzeniem po całym pokoju wymagało mnóstwa energii, a Artie obudziła się dobrze przed świtem, więc była już najwyższa pora na drzemkę. Dziecko wsunęło sobie kosmyk włosów do buzi i sennie oparło główkę na ramieniu Diany.

Diana odetchnęła głęboko, kiedy ogarnęła ją fala zmęczenia. Chodziło nie tylko o długi dzień, ale i niepokojącą świadomość wiszącego nad jej głową widma nieszczęścia.

North wrócił do domu.

Wiedziała, że jest w drodze. Szlochała z ulgą przez pół nocy, kiedy książę oznajmił, że jego syn wraca. To znaczyło, że nie będzie odpowiedzialna za śmierć przyszłego księcia. O ile wiedziała, zerwane zaręczyny przyspieszyły jego decyzję o wstąpieniu do wojska. Gdyby zginął…

Ale nie zginął.

Mogła w końcu uwolnić się od strachu i poczucia winy z powodu wszystkich swoich decyzji, które wpłynęły na jego życie – a o większości z nich North jeszcze nie wiedział.

W ciągu ostatnich kilku minut dwaj służący znaleźli pretekst, by odwiedzić pokoje dziecięce i ostrzec Dianę o przyjeździe Northa – a właściwie lorda Rolanda, jak powinna o nim teraz myśleć. Wszyscy w domu wiedzieli, że książę zabronił nawet wspominać o Dianie w listach; nie chciał, żeby domowe sprawy odrywały uwagę jego syna od toczącej się wojny.

Innymi słowy – wszyscy wiedzieli, że w domu przebywa domniemany nieślubny syn Northa – z wyjątkiem samego Northa.

Może nikt nie powie mu, że Diana jest w domu. W końcu rodzice Archie, książę i księżna, wyjechali do Londynu, a lady Knowe, bliźniacza siostra księcia, rzadko odwiedzała pokoje dziecięce.

Nie.

Jeśli nie zrobi tego nikt inny, to z pewnością powie mu Boodle, jego lokaj. Boodle uważał się za przedłużenie jestestwa Northa, więc jakąkolwiek skazę na reputacji swojego pana – a za taką niewątpliwie należałoby uznać nieślubnego syna – za osobistą zniewagę.

Boodle z pewnością nie posiada się z radości, odkąd wie o powrocie jego lordowskiej mości. Po wyjeździe Northa Boodle służył księciu, jego ojcu, ale całkowity brak zainteresowania własnym wyglądem, jaki wykazywał jego książęca mość, działał na niego skrajnie irytująco. Teraz, skoro wrócił jego podążający za modą dziedzic, Boodle znowu będzie mógł patrzeć z góry na innych – w każdym razie kiedy uda się rozwiązać niewygodny problem nieślubnego potomstwa Northa.

Kiedy byli zaręczeni, North był sztywny i pełen szacunku. Nigdy nie zdarzyło mu się roześmiać ani opowiedzieć dowcipu. Nie wpadał też w gniew. Trzymał emocje na wodzy. Być może śmiech był czymś zbyt spontanicznym dla dziedzica książęcego tytułu. A może North nie miał poczucia humoru.

Bez względu na to, jak jest opanowany, każdy mężczyzna wpadłby we wściekłość, gdyby się dowiedział, że przyjął do domu – lub, co gorsza, zrobił to jego ojciec – dziecko pod wpływem fałszywych roszczeń.

Diana wyprostowała się dumnie. Nie była już uległą dziewczyną jak niegdyś. Stała się silną i niezależną kobietą, otrzymującą pensję, na którą uczciwie zapracowała.

Tak wiele rzeczy chciała powiedzieć Northowi i bez względu na to, jak będzie wściekły – słusznie wściekły – zamierzała to z siebie wyrzucić. Nie zamierzała dopuścić, żeby wszystkie bezsenne noce – kiedy nie mogła zasnąć, rozmyślając nad tym, co mu zrobiła – poszły na marne. Nawet jeśli dzisiaj wyrzuci ją z domu, ona najpierw go przeprosi.

„Weź się w garść i zrób to jak należy” – powiedziałby jej dziadek.

Godfrey podszedł i lepką rączką chwycił się jej spódnicy. Nie był ładnym chłopcem; miał kościste kolana, ostre rysy i włosy koloru rdzy.

Ale był jej, bez względu na to, jak wyglądał. Diana wciąż starała się zrozumieć, jak to się stało, że raz spojrzała na to mizerne, płaczące dziecko i natychmiast wiedziała, że zrobi wszystko – wszystko poświęci – żeby zapewnić mu bezpieczeństwo.

– Czas na kąpiel – oznajmiła dzieciom. W połowie korytarza zatrzymała się, żeby poprawić siedzącą jej na biodrze Artie. – Kochanie, proszę, nie zaśliniaj mi szyi. Godfrey, czy mógłbyś iść trochę szybciej?

Jęknęła, zirytowana własną głupotą, ponieważ wystarczyło poprosić Godfreya o coś, żeby podburzyć go do zrobienia czegoś dokładnie odwrotnego. I rzeczywiście, chłopiec padł na kolana i na czworakach popędził w stronę jadalni.

– Godfrey! – zawołała, starając się zachować spokojny ton. Kiedy ktoś na niego krzyczał, stawał się jeszcze bardziej niegrzeczny.

– Ja pójdę – powiedziała Artemisia, wypluwając włosy Diany. – Przyprowadzę Free. – Tak nazywała Godfreya.

Godfrey nie nazywał swojej towarzyszki zabaw, ponieważ, choć miał już ponad trzy lata, nie powiedział jeszcze ani słowa.

Kiedy Diana postawiła Artie na podłodze, usłyszała czyjeś kroki na skrzypiących drewnianych schodach prowadzących do pokojów dziecięcych. Poczuła ogarniającą ją panikę.

Nie.

Jej były narzeczony nosił wysokie obcasy, przypomniała sobie. Wysokie obcasy. Pasiaste pończochy ozdobione haftem. Płowe jedwabne surduty. Peruki tego rodzaju, który zmuszał właściciela do chodzenia drobnymi kroczkami, żeby konstrukcja nie spadła mu z głowy. Był wymuskany, układny i nudny.

North był dziełem Boodle’a w takim samym stopniu jak ona – swojej matki. Mężczyzna wyszedł zza rogu. Serce Diany zadrżało i uspokoiło się. To nie był North, lecz kamerdyner, Prism.

Diana z zażenowaniem zdała sobie sprawę, że przywarła do ściany, jakby spodziewała się napadu. Dygnęła niezgrabnie.

– Dobry wieczór, Prism – zakasłała. – Panie Prism – poprawiła się.

Przez pierwsze tygodnie, które spędziła, opiekując się dziećmi, nieustannie popełniała takie pomyłki, wynikające z tego, że została wychowana na damę, ale pracowała jako służąca. Ale nie zdarzyło się jej to od ponad roku.

Pan Prism był wysoki i dystyngowany. Dianie wydawał się dżentelmenem, ale on sam nie zgodziłby się na takie określenie. Ogromną wagę przykładał do hierarchii i pochodzenia; nie miało żadnego znaczenia to, że jego maniery były lepsze niż większości lordów. Fakt, że dama, która odwiedziła kiedyś zamek jako honorowy gość, wróciła w roli służącej, uraził do żywego jego wrażliwość.

– Panno Belgrave. – Nie ukłonił się, ale niewidzialny ukłon dało się wyczuć przy jego talii.

– Czym mogę służyć? – spytała Diana.

Jako rozpieszczona młoda dama zawsze czuła się niezręcznie, obcując ze służącymi, którzy nigdy nie zapomnieli o fortunie, jaką jej dziadek zdobył jako sklepikarz. Teraz, kiedy ona była służącą, większość z nich zawsze okazywała jej tylko uprzejmość. Na przykład Prism nigdy nie zauważał jej potknięć i niepowodzeń.

Właśnie wtedy usłyszała szczęk sztućców uderzających – tak przypuszczała – o parawan przed kominkiem w jadalni.

Prism się wzdrygnął. Wszyscy w zamku dobrze znali charakter Godfreya. Służący z lubością porównywali jego psoty z wyczynami Northa w dzieciństwie.

W takich chwilach Diana zawsze czuła wyrzuty sumienia, ponieważ Godfreya nie łączyło z Northem nic poza niesforną naturą. Była tak zmęczona tym, co sprowadziło ją do zamku, że opuściłaby go niemal z ulgą – gdyby tylko myśl o rozstaniu z Artie nie była tak przykra.

Diana widziała pierwszy ząbek Artie i jej pierwszy krok. Nie spała przez trzy noce, kiedy dziewczynka zachorowała na płuca; gdy księżna wróciła z Londynu, zastała swoją najmłodszą córkę siedzącą i proszącą o ciastko.

Kolejna garść sztućców zabrzęczała o żelazną kratę przed kominkiem. W imponującym przejawie opanowania Prismowi udało się to zignorować.

– Panno Belgrave, chciałbym panią poinformować, że lord Roland przybył do domu i w tej chwili przebiera się z pomocą swojego lokaja. Można mieć nadzieję, że pan Boodle pozwoli lady Knowe przekazać najważniejsze informacje dotyczące rodziny.

Sądząc z jego pogardliwego tonu, Prism nie liczył na dyskrecję Boodle’a bardziej niż Diana.

A jednak Diana poczuła ulgę, ponieważ wiedziała, że zdąży wypić filiżankę herbaty i przemyśleć, co powie Northowi. Boodle będzie potrzebował co najmniej trzech godzin, by wbić swojego pana w wytworny strój przyszłego księcia.

Boodle nie mógł się doczekać okazji, by znowu olśnić cały dom swoimi umiejętnościami; nie wypuści swego pana z sypialni, dopóki North nie będzie błyszczał jak przygotowane na wystawę prosię.

Takie było skromne zdanie Diany.

Czy w Londynie, czy w zamku jej były narzeczony był zawsze nienagannie ubrany – nie wspominając o tych przypadkach, kiedy mogłaby przysiąc, że uszminkował wargi. Żaden mężczyzna nie miał warg w tak różanym kolorze.

Złożyła dłonie tak samo, jak zwykła to niegdyś robić jej guwernantka.

– Bardzo dziękuję za ostrzeżenie, panie Prism.

– Ponieważ lord Roland nie spodziewa się zastać w domu pani i panicza Godfreya, może być nieco zaskoczony – powiedział bardzo oględnie kamerdyner. – Chciałbym panią zapewnić, że jego lordowska mość jest prawdziwym dżentelmenem i przyjmie tę nowinę ze spokojem.

Diana bez wahania przyznała mu rację, ponieważ czasami miała wrażenie, że była zaręczona z wyciętą z tektury figurą angielskiego arystokraty – o ile tekturowa figura umiałaby się zginać w pasie i naśladować wszystkie wdzięczne ruchy i miny wytwornego dżentelmena. North był dżentelmenem do szpiku kości, a jego emocje – równie oszczędne jak jego stroje ekstrawaganckie.

Oboje odwrócili głowy, słysząc szybkie kroki na schodach. Serce Diany zaczęło bić jak szalone.

Nie będzie miała trzech godzin odpoczynku.

Nie zdąży wypić herbaty,

Prism nie należał do tych kamerdynerów, którzy byliby gotowi być świadkami niezręcznego spotkania.

– Powinienem porozmawiać z Mabel o jej nieobecności na porannej modlitwie – powiedział, kierując się w stronę jadalni.

Za chwilę miał się przekonać, że pielęgniarka opuściła nie tylko poranną modlitwę, lecz Diana nie powiedziała ani słowa.

– Panno Belgrave! – krzyknął w tej samej chwili, gdy North stanął u szczytu schodów.

Diana nie odpowiedziała Prismowi ani nie pozwoliła sobie na cofnięcie się pod bezpieczną ścianę. Nie odrywała wzroku od twarzy swojego byłego narzeczonego.

North się zmienił. Twarz miał szczuplejszą, bardziej wyraziste rysy, a w kącikach oczu pojawiły się zmarszczki, które sprawiały, że wydawało się, jakby miał więcej niż dwadzieścia dziewięć lat.

Co zaskakujące, nie wydawał się zły. Ale jego twarz zawsze wyrażała niewiele emocji dzięki mocno zarysowanej szczęce, wydatnym kościom policzkowym i godności sprawiającej, że wyglądał, jakby pozował do portretu.

Oczywiście portretu księcia.

Kiedy podszedł do niej, jego buty stukały o podłogę. Boodle nie zdążył przekształcić swojego pana w przyszłego księcia. North wciąż miał na sobie strój podróżny, a jego czarny frak był zachlapany błotem.

Stanął przed nią. Jeśli zdradzał jakiekolwiek uczucia, to w najlepszym razie lekkie rozbawienie.

– Kiedy ostatnio się widzieliśmy, wybierałaś się do przebieralni dla dam – zauważył. – To musiała być jedna z najdłuższych wizyt w historii tego zamku.

– Nie powinnam była wyjeżdżać bez porozmawiania z tobą albo przynajmniej zostawić list. – Diana w końcu wyrzuciła z siebie słowa, które pragnęła powiedzieć od dwóch lat. – Przepraszam, North. Tak bardzo mi przykro. Zachowałam się strasznie i… – Urwała, kiedy z jadalni wyszedł Prism z miną chłopca, który wysysał cytrynę.

– Lordzie Rolandzie – powiedział z ukłonem. – Gdzie jest Mabel? – zwrócił się do Diany.

– W mleczarni – odparła Diana. – Wkrótce wróci, panie Prism.

– Panie Prism? – powtórzył North, ściągając brwi.

Boodle na pewno mu powiedział, że Diana pracuje jako służąca; czy przypuszczał, że będzie się zwracała do kamerdynera jak dama? Co uchodziło gościowi, było obraźliwe w przypadku służącej.

– Przyślę Mabel z powrotem – oznajmił Prism, ignorując Northa i sunąc w kierunku schodów tak dostojnie, jak mógł tylko kamerdyner.

– Kim jest Mabel? – spytał North.

– To pokojówka. Ja jestem guwernantką – wyjaśniła Diana. – Właściwie bardziej nianią, ale lady Know jest na tyle uprzejma, by mnie tak nazywać. Mabel się zakochała i często zaniedbuje swoje obowiązki. – Zawahała się. – Jeszcze raz przepraszam za to, jak zakończyłam nasze zaręczyny – dodała.

Nie wzruszył ramionami, ale wyraz jego twarzy wskazywał, że nie mógłby być bardziej niezainteresowany. Dla niego to była zamierzchła przeszłość; tylko ona nie potrafiła zapomnieć o swoim postępku.

– Diano – powiedział North. – Co robisz w moim domu? – W jego oczach pojawiła się iskierka rozbawienia, ale wydawał się przede wszystkim zmęczony.

A to spojrzenie, którym zdawał się obiecywać jej tajemne rozkosze?

Zniknęło bezpowrotnie.

Oczywiście, że zniknęło. Przecież sama tego chciała.

– Mógłbym dodać, że mój lokaj jest przekonany, że spłodziłem twoje dziecko – dodał beznamiętnym tonem.

– Z pewnością nie miałbyś na to czasu – wypaliła. – Nie między wykładami o obowiązkach księżnej, które mi dawałeś.

Jęknęła w duchu i dodała to zdanie do listy głupich rzeczy, które powiedziała, natychmiast tego żałując. Były takie dni, kiedy ta lista wcale się nie wydłużała. A kiedy indziej… Cóż, kiedy indziej zdarzało się jej zawstydzić pięćdziesiąt razy, zanim położyła się spać.

Na twarzy Northa odmalowało się autentyczne zaskoczenie.

Oczywiście, wierzył, że Diana jest uległym stworzeniem, które matka ukształtowała stosownie do oczekiwań arystokraty.

– Nie powinnam była tego mówić – dodała pospiesznie. – Najwyraźniej zapomniałam, jakie zasady obowiązują damę, a tym bardziej przyszłą księżnę. Służba jest o wiele bardziej bezpośrednia. Ale nie mówię tego, żeby się bronić.

– Próbowałem ułatwić ci wejście w towarzystwo – powiedział North. Nie uniósł brwi, ale i tak udało mu się sprawić, że jego słowa zabrzmiały zgryźliwie, choć nie drgnął mu żaden mięsień. – Przepraszam, jeśli wprawiłem cię w zakłopotanie albo znudziłem cię.

– Pomyśleć tylko, omal nie poślubiłeś kobiety, która ma serce służącej. – Uśmiechnęła się nieśmiało. – Powinieneś dziękować mi na kolanach za to, że uciekłam.

– O ile pamiętam, nie klękałem, prosząc cię o rękę – zauważył North. – Chyba oboje zgodzimy się co do tego, że będzie lepiej, jeśli nie zawrzemy małżeństwa, przynajmniej ze sobą.

Miał rację, więc tym bardziej absurdalne było to, że poczuła się dotknięta. Nie tyle tym, co powiedział, ile obojętnością jego spojrzenia. Jeśli cokolwiek czuł do niej, to minęło.

Zachowała się skandalicznie. Nie była warta jego… afektu.

Dopiero teraz dotarło do niej znaczenie tego, co powiedział wcześniej.

– Nie powiedziałeś Boodle’owi prawdy?

– Diano, jestem dżentelmenem. Uznałem, że powinienem zapytać ciebie o mojego rzekomego syna.

Kiedy patrzyła na niego, w jadalni rozległ się huk – i tym razem nie były to noże ani widelce, lecz porcelana. Doświadczenie mówiło jej, że Godfreyowi udało się dostać na stół i teraz zrzucał z niego talerze.

Odwróciła się i popędziła korytarzem. Artie mogłaby znaleźć się na trajektorii tłuczonej zastawy, a poza tym gospodyni groziła, że odliczy jej szkody od pensji.

– Diano! – warknął North.

Wpadła do jadalni i zobaczyła Godfreya siedzącego na stole, a obok Artie, próbującą mu zabrać talerz. Diana poczuła panikę na myśl o ich rozdzieleniu. Artie była dla Godfreya łącznikiem ze światem, jedyną osobą, która go naprawdę rozumiała.

– DeeDee! – zawołała Artie, puszczając swoją stronę talerza i unosząc rączki. – Free znowu rzuca rzeczami!

Godfrey cisnął talerzem o ścianę w tej samej chwili, gdy do jadali wszedł North.

Diana zdjęła Godfreya ze stołu, postawiła go na podłodze i kucnęła przed nim. Trudno było nie zwracać uwagi na Northa, ale nauczyła się już, że Godfrey słuchał jej tylko natychmiast po tym, jak coś przeskrobał. Opóźniona reprymenda niczym nie różniła się od pochwały.

– Kochanie – powiedziała, patrząc mu w oczy. – Nie możesz rozbijać talerzy. To bardzo niegrzeczne i pani Mousekin będzie się na nas gniewać.

North podszedł do stołu.

– Ty zapewne jesteś Artemisia – usłyszała Diana. – Jestem twoim najstarszym bratem. Ostatni raz widzieliśmy się, kiedy byłaś noworodkiem.

– Mam na imię Artie – poinformowała go siostra.

Diana skupiła się na twarzy Godfreya. Nie powiedział ani słowa, ale była pewna, że intensywnie myśli. Przypuszczała, że może być mądrzejszy niż większość dzieci.

– Proszę, obiecaj mi, że nigdy więcej nie będziesz rzucał talerzami o ścianę ani o podłogę. – Pouczając siostrzeńca, musiała wyrażać się bardzo precyzyjnie.

Godfrey patrzył na nią jak aniołek jasnobłękitnymi oczami, składając soczysty pocałunek na policzku.

Objęła go mocno na moment i puściła wolno.

Artie spuściła nóżki ze stołu.

– Na dół. – Wyciągnęła ręce do Northa.

Wymuskany elegant, którego zapamiętała Diana, mężczyzna noszący haftowane fiołkowe jedwabie, unikałby lepkiego dziecka jak ognia.

– Ona pochodzi z Wilde’ów, z całą pewnością – mruknął. Podniósł Artie, nie okazując odrazy.

Kiedy postawił ją na podłodze, przez drzwi wpadła Mabel.

– Nie musiałaś obgadywać mnie przed Prismem… – zakrztusiła się. – Proszę o wybaczenie, milordzie. Nie wiedziałam, że pan tu jest. – Dygnęła z pochyloną głową.

– Czy to ty jesteś odpowiedzialna za stan tego pomieszczenia? – spytał North.

Diana podążyła za jego spojrzeniem i zauważyła żółty płyn wsiąkający w dywan z przewróconego nocnika. Nic dziwnego, że Prism był tak wzburzony.

– Nie – powiedziała pospiesznie. – To nie Mabel odpowiada za to, co przeskrobią dzieci, ale ja. Zatem jeśli zamierzasz kogoś zrugać, to mnie.

– Zabierz gdzieś dzieci. – North zwrócił się do Mabel.

Diana zdążyła zapomnieć o jego pewności siebie. North rządził swoim światem i wszystkimi, którzy go zaludniali, z wyjątkiem swego ojca i macochy.

Jeszcze jeden powód, żeby cieszyć się, że nie doszło do małżeństwa, pomyślała. Zawsze obawiała się chwili, kiedy narzeczony dowiedziałby się w końcu, że uległość zupełnie nie leży w jej naturze.

– Oczywiście, milordzie – mruknęła Mabel. – Chodźcie, dzieci – dodała słodkim głosikiem, który Artie i Godfrey rzadko u niej słyszeli.

North obserwował, jak wychodzą z pokoju, po czym zwrócił się do Diany.

– Moja siostra ssie kciuk – stwierdził z oburzeniem. – Nie przywitała się ze mną jak należy. Nie jestem nawet pewien, czy wie, jak należy się witać. Czy naprawdę jesteś jej guwernantką?

Diana powstrzymała chichot. To nawet miało sens, że okazał silne emocje dopiero wtedy, gdy doszło do naruszenia etykiety.

– Czy Boodle nie poinformował cię o mojej pozycji?

– Lokaj powiedział mi, że mieszkasz w zamku razem z moim synem i że znajdę cię w pokojach dziecięcych. Nawet nie pomyślałem, że kobieta, która miała być moją żoną, może być zatrudniona jako służąca. Bardziej byłem pochłonięty cudem ojcostwa – dodał cierpko.

Serce Diany zaczęło bić tak mocno, że niemal bolało, ale zdradziłaby za dużo, kładąc rękę na piersi.

– Praca nie hańbi – wykrztusiła. – To o wiele przyzwoitsze niż spędzanie życia na bezczynnym snuciu się po salonach.

W tej samej chwili, gdy uświadomiła sobie, że służby w armii Jego Królewskiej Mości nie można nazwać bezczynnym snuciem się po salonach, on najwyraźniej doszedł do wniosku, że jej słowa nie zasługują na jego uwagę.

– Ty jesteś guwernantką? A gdzie reszta mojego rodzeństwa? – spytał, rozglądając się dookoła, jakby jego bracia i siostry mogli nagle wyskoczyć z któregoś kąta.

– Viola, Betsy i Joan są w Londynie z jej wysokością, ponieważ sezon trwa w najlepsze. I zanim powiesz cokolwiek, jestem doskonałą guwernantką wtedy, kiedy dziewczynki są w domu.

– A co z chłopcami? Chcesz powiedzieć, że uczysz ich łaciny?

Tego Diana nie mogła powiedzieć, ponieważ matka starannie unikała uczenia jej czegokolwiek poza umiejętnościami niezbędnymi damie. Pani Belgrave była przekonana, że lordowie preferują ignorancję, ponieważ wtedy mogą swobodnie pouczać swoje żony. Szczerze mówiąc, liczne wykłady Northa na temat zasad obowiązujących w towarzystwie tylko potwierdzały przekonania jej matki, chociaż nie byłoby roztropnie mówić mu teraz o tym.

– Spartacus i Eric są w Eton i nie potrzebują dodatkowej nauki – powiedziała nieco wymijająco.

– Diano, pozwól, że spytam jeszcze raz: co tutaj robisz? Zostawiłaś mnie, na czym niewątpliwie ci zależało. Czy to z powodu moich wykładów, czy z jakiejkolwiek innej przyczyny, nie spłodziliśmy żadnego dziecka.

Diana przełknęła ślinę. Nadeszła pora ponieść konsekwencje drugiej decyzji, którą podjęła pod wpływem impulsu.

– Lady Knowe odwiedziła mnie krótko po tym, jak wyjechałeś na wojnę.

Zmarszczył brwi.

– Nie uznała za stosowne wspomnieć o tym w swoich listach.

– Byłam zdesperowana – powiedziała Diana, zaciskając dłonie tak mocno, że pobielały jej kłykcie. – Matka wyrzuciła nas z domu i zostałam prawie bez pieniędzy. Lady Knowe założyła, że to twoje dziecko, a ja, przyznaję ze wstydem, pozwoliłam jej w to wierzyć. Bardzo cię za to przepraszam.

Przyjrzała mu się uważnie. Wciąż nie widziała żadnych oznak gniewu, ale nie wyglądało na to, żeby jej wybaczył. Przypomniała sobie, że nie powinna oczekiwać wybaczenia. Uświadomiła jej to już matka.

– Nie przyjęłam żadnego wsparcia od twojej rodziny – powiedziała z nutą dumy w głosie.

Była dumna z tego, że została zatrudniona. I to jedyna rzecz, z której była dumna.

– W zamku była potrzebna niania, więc przyjęłam tę posadę. To twoja ciotka wpadła na pomysł, żeby zatrudnić mnie jako guwernantkę.

– Dlaczego?

– Guwernantka należy do wyższej służby – wyjaśniła Diana. – Lady Knowe pomyślała, że innym w ten sposób łatwiej będzie zaakceptować moją obecność, ponieważ guwernantkami często bywają damy. Była też hojna, bo guwernantki dostają wyższą pensję.

Zapadła chwila milczenia.

– Jak sądzę, niektórzy mogli pomyśleć, że zmusiłem narzeczoną do przyjęcia takiej posady, żeby mogła utrzymać moje nieślubne dziecko.

– Obawiam się, że mogło tak być, ale nie przyszło to do głowy ani mnie, ani lady Knowe – odparła szczerze Diana.

Ręce drżały jej tak bardzo, że splotła palce.

– Od tamtego czasu wielokrotnie żałowałam tej pochopnej decyzji. I odeszłabym, żeby poszukać innej pracy, ale Artie… – urwała. – Kocham twoją siostrę. Nie chciałabym jej opuścić.

Dopiero po czasie zdała sobie sprawę, że pozostanie w zamku było groteskowo samolubne.

– Nie miałam złych zamiarów – dodała cicho. – Przysięgam.

– Wiem.

Nie doceniała go, kiedy byli zaręczeni. North żył, ściśle trzymając się kodeksu etycznego, kodeksu dżentelmena, jeśli ktoś woli, co oznaczało, że nigdy nie zachowałby się nieuprzejmie. Dokładnie rozważał każdą decyzję, zanim ją ostatecznie podjął. Ona zaś skakała do gorącej wody, raniąc przy tym wiele osób.

– Bardzo mi przykro.

– Już o tym wspominałaś.

– Czuję się jak skazany przestępca, rozpaczliwie próbujący okazać skruchę.

– A ja jestem katem czy sędzią? Czy zostaniesz ścięta, jak któraś z żon króla Henryka VIII, czy trafisz na szubienicę, jak służąca, która dopuściła się kradzieży?

– Masz pełne prawo zostać katem, North. Potraktowałam cię odrażająco. Strasznie.

Rozdział 2

Gdyby North kiedykolwiek zadał sobie trud, żeby podsumować najgorsze dni swojego życia – a nie zrobił tego – to dzień, w którym umarł jego starszy brat Horatius, znalazłby się na szczycie listy. Bitwa pod Stony Point i ucieczka Diany z przyjęcia zaręczynowego rywalizowałyby o drugie miejsce.

Tamte trzy okropne wydarzenia były wystarczająco nieprzyjemne.

Ale dzisiejszy dzień najprawdopodobniej do nich dołączy. Zmusił się, by przestać o niej myśleć, i teraz jej widok przyprawił go o zawrót głowy. Kiedy spotkali się po raz pierwszy, skojarzyła mu się z piękną porcelanową figurką francuskiej damy dworu – z twarzą pobieloną ryżowym pudrem, wargami zabarwionymi karmazynem i muszką przyklejoną wysoko na policzku.

Teraz nosiła muślinowy czepek przekrzywiony nieco na bok, a pukle gęstych, ciemnorudych włosów opadały jej na plecy. Rude włosy?

Z powodu jej upodobania do pudrowanych peruk nie wiedział, jakiego koloru są jej włosy. Tymczasem rzęsy miała równie ciemne jak włosy i lekko zaróżowione policzki. Wyglądała niechlujnie i uroczo, jakby przed chwilą wyszła z łóżka.

Wzdrygnął się na tę myśl.

Co jeszcze ważniejsze niż kolor włosów, nie przypominał sobie, żeby dużo mówiła, kiedy byli zaręczeni. Z całą pewnością jej odpowiedzi ograniczały się do cichego przytaknięcia, kiedy próbował przygotować ją do życia przyszłej księżny. A teraz nie przestawała mówić. Owszem, często zbaczała z tematu, ale przepraszała szczerze i wyraźnie.

Nie chciał ani nie potrzebował przeprosin, ale jej żarliwość była kojąca. Irytowało go, że kobieta, którą wybrał na swoją żonę, nie miała odwagi poinformować go osobiście, że zrywa zaręczyny.

– To było złe, że pozwoliłam twojej rodzinie myśleć, że jesteś ojcem mojego dziecka. – Diana wykręcała nerwowo palce, a jej policzki zmieniły kolor z różowego na ogniście czerwony.

Rzeczywiście.

W głębi serca bardziej dotknęło go to, że został porzucony, niż to, że ojciec przygarnął jego rzekomego bękarta.

– Gdzie jest ojciec chłopca? – spytał.

– Nie żyje – odparła, czerwieniejąc jeszcze bardziej. – Ale on…

– Nie chcę wiedzieć – uciął North. Chłopiec najwyraźniej musiał przyjść na świat, zanim się poznali. To oczywiste, że jego ojciec nie żyje. North nie potrafił sobie wyobrazić, że mężczyzna, który zdobył uczucie Diany, porzuciłby ją.

To, jak udawało się jej ukryć dziecko przed nim – przed całym środowiskiem – i podstępem skłonić go do oświadczyn, wzbudziło w nim gniew, który rozpalił się i natychmiast zgasł. Po tym, co przeżył na wojnie, kto przejmowałby się tym, co zrobiła Diana?

Na pewno nie on.

Przypuszczalnie wyświadczyła mu przysługę, wciągając go w ten skandal. To może zniechęcić nazbyt zainteresowane małżeństwem matki. Nie zamierzał szukać żony, dopóki nie będzie musiał postarać się o dziedzica. A może nawet pozwoli, żeby tytuł przeszedł na linię Alarica.

– Czy moja macocha wie, że Artemisia ma maniery córki sklepikarza? – spytał, dochodząc do wniosku, że powinien zmierzać do tego, by Diana opuściła zamek. Nie mógł pozwolić, żeby jego była narzeczona pracowała jako służąca w domu ojca.

– Musisz być na mnie bardzo zły, skoro pozwalasz sobie na aluzję do mojego dziadka – powiedziała Diana, patrząc mu prosto w oczy. – Jesteś jedną z niewielu osób, które nigdy nie uważały za stosowne wytykać mi niskiego pochodzenia.

– Przepraszam, nie miałem na myśli twojego dziadka. Użyłem tego zwrotu bez zastanowienia.

– Dlaczego uważa się, że porównanie do sklepikarza jest bardziej nieuprzejme niż do szewca? – spytała, uśmiechając się smutno.

Rzadko zdarzało się, by North nie wiedział, co powiedzieć, ale uśmiech Diany, jej opanowanie, to, jak bardzo różniła się od dziewczyny, którą miał poślubić – wszystko to kompletnie zbiło go z tropu. Nie pamiętał nawet, jakie zadał jej pytanie. Najwyraźniej odbieganie od tematu rozmowy było jej specjalnością.

– Nie wstydzę się mojego dziadka. – Diana zmarszczyła nos, co wydało mu się urocze. – Szczerze mówiąc, zanim zostałam guwernantką, mnie także raziłoby zachowanie Artie. Przecież to dlatego dzieci przebywają w osobnej części domu. Żeby nikt nie widział, jak bardzo są niesforne. I żeby nikt nie musiał znosić ich towarzystwa.

Nie pamiętał jej uśmiechu. Kiedy pierwszy raz spotkał Dianę, wkroczył do sali balowej i zobaczył, jak powiedziała coś, co sprawiło, że jej towarzysz wybuchnął śmiechem.

Diana śmiała się razem z nim – swobodnym, niepohamowanym śmiechem, jaki większość dam stłumiłaby, zanim jakikolwiek dźwięk wydobyłby się z ich ust. North zwrócił uwagę, że miała piękną twarz i doskonałą figurę. Ale nie to było najważniejsze. Jej wargi wyglądały, jakby ich naturalnym kształtem był uśmiech.

Od tamtej chwili zapragnął jej, a było to uczucie tak gorące i żarliwe, jakiego doświadczył tylko kilka razy. Na przykład kiedy starał się pozostać przy życiu na polu bitwy.

– Jeśli idzie o maniery Artie, to obawiam się, że twoja siostra ma zdolność skupienia kanarka i temperament rozjuszonego byka – powiedziała Diana. – Uczyłam ją, jak należy się witać, ale jej nóżki są jeszcze zbyt krótkie i pulchne, żeby mogła sobie z tym poradzić.

– Twój opis pasowałby do wszystkich dzieci mojego ojca w jej wieku – zauważył North.

Diana złożyła ręce za plecami i spojrzała mu prosto w oczy.

– Spędziłam wiele bezsennych nocy, rozmyślając o tym, jak nieuczciwie zachowałam się wobec ciebie i twojej rodziny, która zawsze była dla mnie dobra.

North uświadomił sobie, że nie podoba mu się sposób, w jaki Diana o nim mówi – jakby był starym wujem. Miłym staruszkiem.

– Co się stało, to się stało – powiedział. – Ale teraz…

– To właśnie dlatego nigdy nie odwiedzam pokojów dziecięcych! – Jego ciotka, lady Knowe, stanęła w drzwiach i trzymając się za serce, rozglądała się dookoła. – Czy to jest przewrócony nocnik? Ależ tak – sama sobie odpowiedziała. – A czy to jeden z moich ukochanych bratanków, który wrócił z niebezpiecznej wyprawy i nie przyszedł się ze mną przywitać? Ależ tak, to on!

North uśmiechnął się i podszedł objąć ciotkę. Lady Knowe była wysoka i majestatyczna, niestety, uderzająco podobna do swojego brata, księcia.

– Chciałem tylko zmienić zakurzone po podróży ubranie, zanim do ciebie przyjdę, ciociu Knowe.

Ujęła w dłonie jego twarz i spojrzała mu prosto w oczy.

– Czy jesteś zdrowy na ciele i umyśle, mój drogi?

– Tak – odparł lakonicznie, ponieważ wprawdzie nie stracił żadnej kończyny, a jednak coś stracił. Nie rozum; w każdym razie nie całkowicie. Przestał móc spać. Nie cieszyło go jedzenie ani kobiety.

Ciotka opuściła ręce.

– To daremna wojna i zdumiewa mnie, że osły w parlamencie tego nie dostrzegają. Twój ojciec robił, co mógł, żeby ich przekonać, lecz na próżno.

North jasno wyraził swoje uczucia, kiedy odchodził z wojska. Lecz głupcy, z którymi rozmawiał, nie spędzili ani dnia w koloniach. Nie rozumieli, jak kochają wolność amerykańscy żołnierze, jak przebiegły jest ich wódz. Z dala od krwi i dymu pól bitewnych kilku osłów – by użyć określenia ciotki – rozmieszcza i przesuwa pułki niczym mali chłopcy bawiący się ołowianymi żołnierzykami.

– Ale przynajmniej ty masz to już za sobą – zakończyła ciotka i zmarszczyła nos. – Diano, kochanie, cóż to za odrażający zapach?

– Przepraszam, proszę pani – powiedziała Diana z głębokim dygnięciem.

Zanim zdążył się zastanowić, North przytrzymał ją.

– Przestań.

Zaczerwieniła się.

– Należę do służby.

– Nie, nie należysz – oznajmił. Zerwał jej z głowy muślinowy czepek, odpowiedni dla służącej, nie dla damy. – Niezależnie od tego, ile czasu spędzasz, zajmując się dziećmi, nie będziesz zwracać się do mojej ciotki ani do Prisma, skoro już o tym mówimy, jakbyś była służącą.

– Jestem służącą.

– Ona jest uparta jak muł, North – odezwała się lady Knowe. – Ja wielokrotnie próbowałam ją przekonać.

North spojrzał na Dianę, marszcząc brwi.

– Nie zgadzam się, żeby moja narze… była narzeczona była służącą.

– Już nią jestem – odparła Diana. – Wszyscy zdążyli do tego przywyknąć.

– To nie do końca prawda – wtrąciła się lady Knowe. – Nie miałeś jeszcze okazji usłyszeć przemyśleń Boodle’a na ten temat, North.

– Nie możesz pozostać na tej posadzie – stwierdził.

W oczach Diany pojawiło się coś, czego nie zdążył odczytać.

– To prawda. Bardzo przepraszam.

Ile jeszcze razy będzie przepraszała? Miał wrażenie, że byłaby gotowa robić to przez cały dzień.

– Jak przypuszczam, Diana martwi się tym, że złamała ci serce, North – powiedziała jego ciotka z dziwnym błyskiem w oku.

– Zapewniam cię, nie sądzę, żeby to było możliwe. Moja duma ucierpiała, ale prawdopodobnie miało to zbawienny wpływ na mój charakter – dodał cierpko.

– Niewątpliwie – zachichotała ciotka.

Zaskakując go po raz kolejny, Diana także się roześmiała.

– Ja straciłam całą dumę w dniu, kiedy założyłam ten czepek, i jestem przekonana, że wyszło mi to na dobre. Żałuję tylko, że nie byłam szczera, jeśli idzie o Godfreya.

North zastanawiał się, czy Godfrey to mężczyzna, z którym Diana się związała, czy chłopiec, którego mu nie przedstawiła, kiedy jego ciotka zmieniła temat.

– To pomieszczenie wygląda okropnie – oznajmiła ciotka. – North, chciałabym, żebyś mnie odprowadził do mojego pokoju, a potem musisz zdjąć to brudne ubranie. Nie widziałam cię w takim stanie od czasu, kiedy Alaric wrzucił cię do końskiego koryta.

Spojrzała na Dianę.

– Miał wtedy na sobie rodową zbroję, tę samą, która teraz pokutuje w kącie holu.

– Jestem pod wrażeniem. – Diana zwróciła się do Northa. – Wygląda, jakby bardzo trudno było się w niej poruszać.

– Tym bardziej że jej zawiasy zardzewiały – dodała ciotka. – Poproszę Prisma, żeby natychmiast przysłał tu pokojówkę, Diano. Mój bratanek jest nieskazitelnie czysty w porównaniu z tym dywanem.

– Dziękuję – powiedziała Diana z dygnięciem. – Tak samo zwracałam się do lady Knowe, kiedy byłam tu gościem – wyjaśniła pospiesznie, widząc minę Northa.

– Prosiłam Dianę, żeby została moim gościem – przerwała im lady Knowe. – Dajże spokój, North. Wy dwoje musicie przestać się kłócić, bo tylko w melodramatach książę zakochuje się w guwernantce. – Jakimś cudem wydawała się jednocześnie rozbawiona, złośliwa i zadowolona. – Spodziewam się, że dołączysz do nas przy kolacji, Diano.

Diana już otwierała usta, żeby zaprotestować, ale lady Knowe uniosła rękę.

– Musimy poważnie zastanowić się nad twoją przyszłością. Żadne istotne rozmowy nie będą prowadzone w pomieszczeniu pachnącym tak jak to. Poza tym przy omawianiu trudnych spraw nie od rzeczy będzie kieliszek wina.

North tylko się ukłonił.

Diana może się tytułować guwernantką, jeśli bardzo chce, ale North nigdy nie kłaniał się nikomu ze służby. Żeby to podkreślić, ukłonił się nieco głębiej, niż nakazywał dobry obyczaj.

– Pięknie – powiedziała ciotka, kiedy znaleźli się w korytarzu. – Po powrocie z wyprawy zastaję cię krzyżującego szpady z moją ulubienicą. Masz podkrążone oczy. Udało ci się jednocześnie niepokojąco zmężnieć i wychudnąć.

– Nonsens – odparł North, odsuwając od siebie wizję robaczywych racji żywnościowych, które wydawano żołnierzom w Ameryce. – Co Prism sądzi o obecności Diany?

– Wielkim darem Prisma jako kamerdynera jest umiejętność przewidywania, czego może zapragnąć rodzina – powiedziała ciotka. – Diana nie chciała jadać ze mną, dopóki Prism nie przekonał jej, że zabiorę dzieci do Bath tylko po to, żeby nie czuć się samotnie, a ona zostanie sama. Jakbym naprawdę wybierała się gdziekolwiek z dziećmi!

– Jestem zaskoczony, że ojciec zgodził się zatrudnić Dianę. Przecież nie uwierzyłaś, że chłopiec jest moim dzieckiem.

– Oczywiście, że nie, mój drogi. Po prostu postawiłam księcia przed faktem dokonanym – odparła ciotka, przytrzymując się mocno jego ramienia, kiedy schodzili po schodach. Lady Knowe uwielbiała buty na wysokim obcasie, które sprawiały, że drewniane stopnie były nieco niebezpieczne.

North nie był pewien, czy bardziej irytuje go sytuacja, w jakiej się znalazł, czy świadomość, że Diana wciąż go pociąga.

– Jak, na Boga, dowiedziałaś się o jej położeniu?

– Znam cię. Wiedziałam, że coś musiało się wydarzyć tuż przed twoim wyjazdem z kraju, a Diana była oczywistą odpowiedzią.

Matka Northa umarła, kiedy był zbyt mały, by to pamiętać, lecz ciocia Knowe była przy nim zawsze.

– Ja przez całe miesiące szukałem Diany, bo pani Belgrave nie chciała mi podać jej adresu. Jak tobie się to udało?

– Wpakowałam się prosto do jej salonu i zagroziłam, że ją wypatroszę – odparła radośnie ciotka. – Pozwolę sobie zauważyć, że to absolutnie odrażające stworzenie. Miała czelność poinformować mnie, że jej córka ukradła fortunę w szmaragdach.

– Prism zwrócił biżuterię i stroje Diany jej matce – powiedział North, przypominając sobie swoje niedowierzanie, kiedy Prism wręczył mu zaręczynowy pierścionek.

– Diana nie jest złodziejką. Kiedy ją znalazłam, nie miała pensa przy duszy. Prawdę mówiąc, kazałam zbadać testament pana Belgrave, żeby sprawdzić, czy matka nie zagarnęła spadku Diany.

– Pani Belgrave ją wydziedziczyła? – North przypomniał sobie popadający w ruinę domek, w którym znalazł Dianę.

– Ten głupiec jej ojciec zadbał tylko o to, żeby żona zapewniła posag jego córkom. – Lady Knowe pokiwała głową. – Z tego, co słyszę, ta kobieta krąży po mieście, pozwalając, żeby zalecali się do niej łowcy majątków, bez wątpienia wystrojona w te same klejnoty, których kradzież zarzuciła Dianie.

North założył, że Diana wybrała zamiast niego jakiegoś ubogiego człowieka, który musiał umrzeć, zanim się poznali, skoro chłopiec miał trzy lub cztery lata.

– Do diabła – powiedział ochrypłym głosem. – A ja wyjechałem i zostawiłem ją tam.

– To zrozumiałe. – Ciocia Knowe poklepała go po ramieniu. – Ja musiałam uciec się do szantażu, żeby zgodziła się wrócić ze mną do zamku. Ostatecznie Diana przyjechała tylko pod warunkiem, że dostanie pracę. Niestety, żadna z nas nawet nie przypuszczała, jakie oburzenie to wywoła.

North wzruszył ramionami.

– Skandale nie są czymś nieznanym w rodzinie Wilde’ów.

– Będzie mi jej brakować – powiedziała ciotka, kiedy stanęli u dołu schodów. – Była taka ponura, kiedy ją tu sprowadziłeś, że zastanawiałam się, czy to dobry pomysł, ale teraz nie przestaję się śmiać przez całe wieczory. W każdym razie wtedy, kiedy udaje mi się ją nakłonić do towarzyszenia mi przy kolacji.

Ku zaskoczeniu Northa w głosie ciotki zabrzmiała samotność. Zawsze wydawało mu się, że ciocia Knowe radośnie krąży po zamku pełnym gości.

– Czy ojciec i macocha spędzają większość czasu w Londynie?

– Izba Lordów i ta wojna – westchnęła. – Poza tym Ophelia musi znaleźć mężów dla dziewczynek. Betsy właśnie podbija Londyn, ale kręci nosem na wszystkich kandydatów. Ophelia strasznie tęskni za Artie.

– Dlaczego po prostu nie zabierze jej do Londynu?

– Ja nigdy nie zabierałam cię do Londynu, kiedy byłeś dzieckiem, pamiętasz? Dzieci nie chowają się dobrze w węglowym pyle. Druga żona twojego ojca wzięła Joan do Londynu i biedactwo w tydzień nabawiło się bronchitu.

– Po co zabierała Joan do Londynu? Nie przypominam sobie, żebym ją kiedykolwiek widział w dziecięcych pokojach.

Druga żona ojca była płodna – dała mu czwórkę dzieci w ciągu sześciu lat – i niewierna. Uciekła z pruskim hrabią krótko po urodzeniu Joan i Parlament dał księciu rozwód z niebywałą szybkością.

– Joan jest najmłodsza i ma słowiański wygląd – odparła bez ogródek ciotka. – Przypuszczam, że zamierzała wywieźć ją za granicę, ale na swoje szczęście Joan zachorowała, a ponieważ płakała całymi dniami i nocami, więc została odesłana do zamku.

– To straszne – powiedział z oburzeniem North. I on, i wszyscy pozostali byliby zdruzgotani, gdyby w rodzinie zabrakło Joan.

– Twój ojciec odzyskałby ją – zapewniła ciotka. – Nie pozwoliłby, żeby jedna z jego córek została porwana przez matkę, której zdarzało się zapominać, jakie imiona noszą jej dzieci.

– Ale Joan nie jest jego dzieckiem? – spytał North, nie do końca rozumiejąc, jak dotarli do tego tematu.

– Chcę powiedzieć, że wychowanie dziecka nie ma nic wspólnego z krwią. Mój brat jest ojcem Joan i tyle.

– Rozumiem.

Stanęli przed drzwiami pokoju lady Knowe, która ścisnęła jego ramię i puściła.

– Biedny Boodle usychał z tęsknoty niczym nieszczęśliwie zakochana pasterka, kiedy cię nie było. Pozwól mu się wykazać.

North jęknął. W wojsku doskonale radził sobie bez lokaja.

– To dziwne, że nie poszedł szukać innej posady.

– Twój ojciec potrzebował lokaja, a Boodle naturalnie poczuł się zaszczycony, mogąc obsługiwać księcia. Ale kiedy tylko dostaliśmy wiadomość, że wracasz, znalazł dla twojego ojca innego lokaja. Jest przekonany, że zatrudniłeś go po to, żeby pomógł ci się wznieść na wyżyny mody, dlatego marzy o czekającej go chwale.

– To się nie może dobrze skończyć – mruknął North.

– Zgromadził kolekcję rycin przedstawiających francuskich dworzan i rozmyśla nad nimi jak kura nad złotymi jajkami. Zgaduję, że za kilka godzin będziesz lśnił od stóp do głów.

Kiedy North nie odpowiedział, parsknęła śmiechem.

– Jak zwykł mawiać mój ojciec? Ach, tak: odległość dodaje uroku. Przypuszczalnie chodziło mu o kobiety, ale myślę, że to może dotyczyć równie dobrze lokajów. Biedny Boodle, zapomniał, że potrafisz być uparty jak osioł.

– Nikt nie jest bohaterem dla swojego lokaja – rzucił cierpko North, odpowiadając sentencją na sentencję. – Jeśli zapomniał, to wkrótce sobie przypomni.

Lady Knowe otworzyła drzwi do swojego pokoju i zatrzymała się w progu.

– Zupełnie zapomniałam spytać. Zgaduję, że widziałeś się z ojcem i Ophelią, zanim wyjechałeś z Londynu?

– Bardzo krótko – odparł. Zamierzał spędzić w Londynie jakiś czas, ale nieznośny zgiełk miasta pozbawiał go resztek snu. – Przyjadą, kiedy tylko będą mogli.

Bystre oczy ciotki przyglądały mu się uważnie; bez wątpienia zrozumiała, dlaczego nie mógł zostać w Londynie dłużej niż kilka godzin.

– Dopóki nie wrócą, będziemy jadać w małej jadalni – powiedziała tylko.

Ukłonił się, lecz ona pocałowała go i przytrzymała nieco dłużej, niż nakazywała etykieta.

– Cieszę się, że już wróciłeś, mój drogi – siliła się na oschły ton. – Bardzo za tobą tęskniliśmy.

Pokój Northa znajdował się w innym skrzydle. Zamek Lindow powstał jako średniowieczna twierdza, ale kolejni książęta go rozbudowywali, dodając tu wieżę, ówdzie skrzydło… ostatecznie stał się dość dziwną i ogromną budowlą.

Jako chłopiec North poświęcił wiele lat na projektowanie lekkiej i przestronnej wiejskiej rezydencji, z pokojami kąpielowymi i przebieralniami przy sypialniach oraz pokojami dziecinnymi na górnym piętrze. Pamiętając o architektonicznych ambicjach, powierzył pieniądze odziedziczone po matce swojemu przyjacielowi z dzieciństwa, Parthowi Sterlingowi, który szybko potroił ich wartość.

Miał dość pieniędzy, by zbudować nowy zamek, gdyby zechciał.

Ale w wieku dwudziestu trzech lat został dziedzicem tytułu i pewnego dnia ten zamek będzie należał do niego. Będzie mógł najwyżej dodać jeszcze jedną wieżyczkę do budowli, która już i tak – jego zdaniem – miała ich zbyt wiele.

Bardziej energicznie, niż zamierzał, otworzył drzwi do swojej sypialni.

– Jest pan, milordzie! – zawołał Boodle.

Jego lokaj był wysokim, chudym mężczyzną w peruce, upudrowanym i wymuskanym. Stał obok wanny napełnionej gorącą, pachnącą bergamotką wodą. Na rozwiniętym ręczniku leżały równo przybory do golenia.

Na łóżku spoczywał pieczołowicie ułożony musztardowej barwy surdut haftowany w wisienki i dobrane do niego spodnie. Kamizelka była z kremowego jedwabiu, również ozdobiona wiśniami, a koronkowe mankiety koszuli wyglądały, jakby mogły pokaleczyć dłonie. Czekały też trzy świeżo uprasowane krawaty, na wypadek gdyby pierwsze próby wiązania okazały się nie całkiem satysfakcjonujące.

North stanął w drzwiach i podrapał się po podbródku. Nieogolonym podbródku.