Zawsze i na zawsze - Klaudia Bianek - ebook

Zawsze i na zawsze ebook

Klaudia Bianek

4,5

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Związek z Filipem pozwolił Elizie na nowo uwierzyć, że jest jeszcze zdolna kogoś kochać. Teraz jej świat rozsypał się ponownie, a kobieta nie ma już siły walczyć. Zamyka się w sobie, tracąc nadzieję na miłość. A przecież wydawało się, że szczęście jest w zasięgu ręki!

Filip, chcąc ratować związek z Elizą, postanawia dać jej czas, by mogła przemyśleć ich relację. Obydwoje robią wszystko, by zapomnieć o swoim nieszczęściu, skupiając się na pomocy ciężarnej siostrze Elizy, Milenie. Los jednak bywa przewrotny i nieoczekiwanie krzyżuje ich ścieżki. Przypadkowe spotkanie tych dwojga pokaże, że przeznaczenie nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa.

Zawsze i na zawsze” to opowieść o nadziei, która jest silniejsza niż zwątpienie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 386

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Klaudia Pankowska-Bianek, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Aleksandra Wolska

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel, Aleksandra Wolska

Redakcja: Joanna Pawłowska

Korekta: Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Marta Houli

Fotografia na okładce: © MillaF | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-32-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Mojemu Mężowi – niezmiennie z miłości

i jak zawsze za wszystko

O dziwo, czas, który goi rany, pokazał też,

że w życiu można kochać więcej niż jedną osobę.

Paulo Coelho

Prolog

Minęło już tyle czasu, lecz ona nadal nie chce mnie znać. Widuję ją częściej, niż jestem gotowy znieść. Czasem spotykamy się w sklepie, innym razem widzę ją, gdy spaceruje z Emilką i Jasiem. Nigdy nie patrzy w stronę mojego domu.

Przez całe lato próbowałem nakłonić ją do rozmowy. W końcu odpuściłem, bo była nieugięta. Wystarczyło, że raz spojrzała mi w oczy i poprosiła, żebym dał jej dojść do siebie.

Musiałem to zrobić. Zasługiwała na spokój, na tę namiastkę zrozumienia ze strony drugiej osoby.

Przeżyliśmy osobno deszczową i pracowitą jesień. Ona urabiała sobie ręce po łokcie w rodzinnym sadzie, a ja od świtu do nocy pracowałem w lecznicy. Gdzieś głęboko w sercu bardzo się cieszyłem, że mój interes tak się rozkręcił, lecz ogólnie rzecz biorąc, byłem smutnym, zdesperowanym człowiekiem.

Eliza wprowadziła odrobinę światła do mojego życia. Odczarowała ponurą codzienność, która nastała po śmierci ojca. Oboje zaczęliśmy się uleczać, lecz wtedy wyszła na jaw prawda, którą starałem się przed nią ukryć możliwie jak najdłużej.

Nie wybaczyła mi tego.

Oboje wiedzieliśmy, że nie miałem wpływu na to, kim jest moja matka. Nie mogłem zmienić faktu, że ja i Artur byliśmy przyrodnimi braćmi. Myślę, że ta świadomość wstrząsnęłaby Elizą, lecz byłaby mi to w stanie wybaczyć.

Przemilczenia już nie potrafiła.

Nie planowałem się w niej zakochać. Nie planowałem złożyć w jej dłoniach swojego serca i pozwolić, żeby zrobiła z nim, co tylko chce. To się po prostu stało, gdzieś pomiędzy naszym pierwszym spotkaniem pod sklepem w Lilecku a tą wyjątkową nocą, gdy opiekowałem się jej dziećmi, bo Eliza leżała w łóżku z gorączką.

To uczucie było nagłe, oderwane od normalności, gwałtowne, poruszające, ożywcze. Nie takie, jakie połączyło mnie z Adą, moją byłą żoną. Ją kochałem rozsądnie i spokojnie, prosto i cierpliwie.

Miałem dość czasu, żeby porównać te dwie kobiety… Ada była pewna siebie i absorbująca, natomiast Eliza wtapiała się w tłum, jak gdyby bała się, że zostanie zauważona. Nie chciała się wyróżniać, nie chciała być dostrzeżona.

Tyle że ja dostrzegłem ją od razu. Smutną, ubraną w czerń, bladą… Była dla mnie najpiękniejsza, nawet jeśli obok siebie miałem rezolutną i seksowną Milenę.

Ciągle tylko Eliza… Od pierwszego spotkania, od dnia, gdy zrozumiałem, że patrzę na żonę mojego zmarłego brata, a serce niepokojąco tłucze mi się w piersi.

Rozdział 1

Była godzina dwunasta piętnaście, gdy na oddziale położniczym wrocławskiego szpitala rozległ się płacz noworodka. Rzuciłam spojrzenie siedzącej obok mnie Oli i obie się uśmiechnęłyśmy.

– Założę się, że to nasza dzidzia – stwierdziła bratowa z radością.

W tym samym czasie rodziły dwie kobiety. Moja siostra, Milena, i jeszcze jedna, nieco starsza pani w bliźniaczej ciąży. Chociaż nie mogłyśmy mieć pewności, że płacz, który słyszymy, należy do naszego oczekiwanego maluszka, to i ja czułam, że pojawił się już na świecie.

– To jak, chłopiec czy dziewczynka? – zapytałam z podekscytowaniem.

Milena uparła się, że nie chce znać płci dziecka. Lekarz wielokrotnie namawiał ją, żeby zmieniła zdanie, lecz była nieugięta. Podczas kupowania wyprawki wybierała ubranka i kocyki w uniwersalnych kolorach. Gdy zadeklarowałam, że kupię wózek, poprosiła, żeby był ciemnoszary.

Oczekiwanie na małego brzdąca wypełniało nasze ostatnie tygodnie. Wszyscy, oczywiście poza tatą, byliśmy podekscytowani i szczęśliwi.

Bo on jeden Milenie nie wybaczył. Ciągle tylko powtarzał, że już nie jest jego córką. Nie próbował jej zatrzymać, gdy po wyjawieniu prawdy o tym, że ojcem tak naprawdę nie jest Filip, tylko przypadkowy mężczyzna, którego imienia nie znała, spakowała się i wyprowadziła do kawalerki na obrzeżach Wrocławia. Był obojętny na jej łzy i przeprosiny. Otoczył się okropnym, szczelnym murem.

Nie zareagował nawet wtedy, gdy dwa miesiące temu Milena trafiła do szpitala, bo gwałtownie spadł puls dziecka. Wszyscy byliśmy przerażeni i spięci, natomiast on zachowywał się tak, jakby kompletnie nic się nie wydarzyło.

Doskonale wiedziałam, że miał trudny charakter, lecz jego postawa względem mojej siostry sprawiła, że nie potrafiłam tak wytrwale jak z początku stać po jego stronie.

– Chłopiec – odpowiedziała pewnie Ola i wstała, żeby spojrzeć w kierunku drzwi porodówki.

– Będzie dziewczynka, zobaczysz – powiedziałam, upierając się przy tym, co twierdziłam od początku.

Podczas gdy moja bratowa rozpoczęła nerwowe wydeptywanie ścieżki w szpitalnym gumolicie, ja zapatrzyłam się na sztuczną choinkę stojącą w kącie korytarza. Przyozdobiona łańcuchami z papieru i gwiazdkami, a także kolorowymi światełkami, wyglądała nadzwyczaj urokliwie. Chociaż święta Bożego Narodzenia były już za nami, podobnie jak sylwester, to ozdoby jeszcze przez kilka dni mogły nas raczyć swoim migotliwym blaskiem – aż do święta Trzech Króli.

Czas leciał nieubłaganie i nawet się nie obejrzeliśmy, gdy rozpoczął się styczeń. Po pracowitej jesieni wszyscy mogliśmy wreszcie nieco odetchnąć.

A dziś był drugi dzień nowego roku. I właśnie dziś do naszej rodziny dołączył nowy człowieczek, tak bardzo wyczekany, bo moja siostra miała termin już kilkanaście dni temu, ale dzidziusiowi nie spieszyło się z przyjściem na świat, więc lekarze zdecydowali się w końcu o wywołaniu akcji porodowej.

Jakąś godzinę później wreszcie mogłyśmy zobaczyć się z Mileną. Była blada i wykończona, ale jej wargi unosiły się w najszczerszym, najpiękniejszym uśmiechu.

– Gdzie nasz chłopczyk? – zawołała podekscytowana Ola, która tylko czekała na moment, gdy wreszcie będzie mogła zobaczyć niemowlę.

Po początkowym załamaniu, jakie przeszła, gdy Milena obwieściła przy stole wiadomość o ciąży, Ola w końcu dotarła do etapu, gdy stało się dla niej jasne, że ani moja siostra, ani nikt inny nie jest winien jej bezpłodności. I zaczęła się cieszyć, zaczęła oczekiwać i pomagać Milenie, jak tylko mogła. A gdy moja siostra zapytała ją, czy zostanie matką chrzestną… Tak, tylko Ola mogła popłakać się w takiej chwili ze szczęścia.

– Właściwie to… dziewczynka – odpowiedziała Milena, patrząc na mnie znacząco.

– Wiedziałam! – pisnęłam radośnie i uniosłam ręce do góry, ciesząc się jak dziecko. – Będzie Amelka?

– Będzie – potwierdziła Milena.

Od razu wyszperałam z torebki telefon.

– Zadzwonię do mamy, bo pewnie siedzi jak na szpilkach.

Opuściłam pokój i na korytarzu wybrałam numer domowy, czując radosne łaskotanie w żołądku na myśl o tym, że nasza mała dziewczynka wreszcie pojawiła się na świecie.

– Urodziła?! – krzyknęła mama do telefonu, a ja podskoczyłam lekko z zaskoczenia.

– Tak, urodziła – odparłam z szerokim uśmiechem.

– Chłopiec?

– Dziewczynka – odpowiedziałam z satysfakcją, a mama westchnęła po drugiej stronie tak, jakby poczuła ulgę.

– Wszystko z nimi dobrze?

– Chyba tak. Milena jest już na sali, niebawem pewnie przyniosą jej małą.

– Zrób mi jakieś zdjęcie – powiedziała rozemocjonowanym głosem, a ja od razu wyczułam, że była wzruszona.

– Pewnie, że zrobię. A dzieci jak? Grzeczne są?

– Jasiek bawi się w salonie maskotkami, a Emilka ogląda bajkę. Oboje zjedli obiad, więc nie musisz się o nic martwić – odpowiedziała mama. Poczułam, jak to delikatne napięcie, które zawsze mi towarzyszyło, gdy wyjeżdżałam gdzieś bez dzieci, powoli odpuszcza.

– To świetnie. Dobrze, mamo, kończę. Pogadamy w domu.

Wróciłam na salę i wtedy po raz pierwszy ją zobaczyłam.

Była tak maleńka, jak moje dzieci, gdy się urodziły. Zawinięta w szary becik, przytulona do piersi Mileny, spała słodko i spokojnie. Jej malutka główka pokryta była ciemnymi włoskami, a drobne dłonie zaciśnięte w piąstki.

Już zapomniałam, jak bardzo można się wzruszyć na widok takiego małego, bezbronnego człowieka.

– Ależ jest piękna – westchnęłam, czując, jak pod powiekami gromadzą mi się łzy wzruszenia.

– Maleńka ślicznotka – powiedziała Ola, a ja zauważyłam, że ocierała policzki.

Też była wzruszona, ale nasz sekundowy kontakt wzrokowy uświadomił mi, że przede wszystkim targał nią ukryty głęboko ból.

Nie byłam sobie w stanie wyobrazić, co czuje kobieta, która pragnie dziecka, a nie może go mieć.

– Mama prosiła, żebym zrobiła jej zdjęcie – powiedziałam i podeszłam do łóżka siostry z telefonem w dłoni. Wyłączyłam flesz i zrobiłam kilka zdjęć naszej nowo narodzonej perełce, a następnie schowałam komórkę do torebki.

Zauważyłam, że Ola i Milena wymieniły między sobą porozumiewawcze spojrzenia, więc natychmiast popatrzyłam na nie z pytającym wyrazem twarzy.

Głębokie westchnienie wydobyło się z piersi mojej bratowej.

– Przed chwilą dzwonił Filip… Niedługo tu będzie – powiedziała niepewnie moja siostra, zerkając na mnie ukradkiem.

Na dźwięk jego imienia serce natychmiast ścisnęło mi się w piersi. Mogłam zapanować nad mimiką twarzy, ale serce… Ono robiło, co chciało. Reagowało na niego z szaleńczą mocą, rwało się, gdy tylko pojawiał się w zasięgu mojego wzroku.

Minęło już kilka miesięcy od dnia, gdy dowiedziałam się o pokrewieństwie Filipa z moim zmarłym mężem. Jego kłamstwo, czy raczej przemilczenie prawdy, ciągle bolało tak samo. Zdążyłam mu zaufać, powierzyć siebie i sporą część serca, a on przyjął to wszystko, jednocześnie wiedząc, że nie jest ze mną do końca szczery.

Nie od razu powiedziałam najbliższym o tym, dlaczego między mną i Filipem wszystko dobiegło końca. Wreszcie nie wytrzymałam i wygadałam się przed Mileną, bo Ola wiedziała o wszystkim nieco wcześniej. Zrobiłam to w pierwszą noc w nowym mieszkaniu siostry. Płakałam, piłam wino i mówiłam o całym moim bólu, licząc, że następny dzień będzie łatwiejszy do przeżycia.

W nowej tęsknocie, w nowym rozczarowaniu, z nowymi ranami.

Choć czułam się skrzywdzona przez Filipa, to niezmiennie byłam mu wdzięczna za to, że pomagał Milenie. Siostra początkowo bała się mi o tym powiedzieć, ale gdy wreszcie to z siebie wyrzuciła, w moim sercu, zamiast złości czy zazdrości, zapanowały lekki spokój i ulga. Nie byłam zawistna, nie byłam zaborcza. Nie mogłabym wściekać się na Milenę za to, że przyjmuje pomoc od mężczyzny, który naprawdę wiedział, jak jej udzielać.

Ciągle powtarzała, że się przyjaźnią. Robiła to nienaturalnie często, jak gdyby czuła potrzebę bezustannego usprawiedliwiania się przede mną. Nie potrafiłam jej oceniać. Nie potrafiłam jej potępiać. Złość na bezmyślny błąd Mileny znikała z dnia na dzień, a zastępowały ją współczucie i troska. Z radością robiłam jej zakupy, gdy czuła się gorzej, a także gotowałam, gdy leżała z napuchniętymi nogami na kanapie.

W tej chwili nie poczułam się zdziwiona na wieść, że mężczyzna, który był jej opoką od początku ciąży, przyjdzie ją odwiedzić.

Nawet jeśli ten sam mężczyzna znaczył dla mnie tak wiele.

Ciągle i ciągle. Chciałam to zwalczyć, zminimalizować, usunąć, ale się nie dało. Filip mnie naznaczył i zrobił to w taki sam sposób, jak kiedyś Artur.

– To ja już będę się zbierać – odpowiedziałam po prostu, nakładając szybko płaszcz. Zawiesiłam torebkę na ramieniu, gotowa do wyjścia. Uśmiechnęłam się do Mileny, która wyglądała na zmartwioną.

– Mogłabyś z nim porozmawiać, Eliza – wyszeptała niepewnie moja siostra i przez chwilę wyglądała tak, jakby bała się mojej reakcji.

Zasada była prosta: nie rozmawiamy o Filipie, jeśli to nie jest absolutnie konieczne. Zaraz po wyznaniu prawdy poprosiłam dwie najbliższe mi osoby, żeby przestrzegały tej jednej, ale jakże ważnej reguły. Nie chciałam wiedzieć, jak moja siostra spędza z nim czas. Nie chciałam się zastanawiać, jak wiele razy Ola musiała zbywać Filipa wymówkami, gdy prosił ją, żeby nakłoniła mnie do rozmowy z nim.

To jedno zdanie, prosta sugestia, było złamaniem zasady. Milena doskonale to wiedziała. W normalnych okolicznościach pewnie bym się zdenerwowała i wyszła, lecz dziś, akurat dziś, gdy trzymała w ramionach swoje cudowne dziecko… Nie, nie potrafiłam pozwolić sobie na złość. Ten dzień miał być szczęśliwy.

Nawet dla mnie.

– Jeszcze nie dziś – odpowiedziałam tylko i wzruszyłam ramionami, pragnąc uciąć temat.

Ola milczała, ale patrzyła na mnie smutno. Po chwili ocknęła się i pożegnała z Mileną oraz śpiącym słodko maleństwem. Obie wyszłyśmy z sali, idąc korytarzem ramię w ramię.

Milczałyśmy, bo bratowa znała mnie na tyle, by wiedzieć, że nie jestem w nastroju na jakiekolwiek rozmowy.

Skorzystałyśmy z windy, dokładnie tak samo jak wcześniej. Stałyśmy obok siebie w niewielkiej przestrzeni, każda wpatrzona w panel wyświetlający numer piętra. Drzwi rozsunęły się z cichym brzdęknięciem, gdy dotarłyśmy na parter.

Byłam tak zamyślona, że w pierwszej chwili nie zwróciłam uwagi na osobę stojącą przed windą. Dopiero przy pierwszym kroku w kierunku wyjścia zorientowałam się, na kogo patrzę.

Wysoki, szeroki w barkach, ze skroniami lekko przyprószonymi siwizną. Te oczy, tak znajome i ukochane, jasne niczym bezchmurne niebo. Zarost pokrywający idealną szczękę, magnetyczny i dodający nieokiełznanego uroku. Zarumienione od mrozu policzki i czarny płaszcz, który tak idealnie na nim leżał.

Filip został stworzony do tego, żeby skradać kobiece serca…

Zamarł, gdy mnie dostrzegł. Jego pełne usta rozchyliły się nieznacznie, jakby chciał coś powiedzieć. Przełknęłam z trudem ślinę, zdając sobie w pełni sprawę z tego, że raptownie zaschło mi w gardle. Spuściłam wzrok, czując, że jego spojrzenie jest dla mnie zbyt trudne do zniesienia.

W lewej dłoni trzymał bukiet kwiatów owinięty w papier, a w prawej różową torebkę, na której widniała Elza z Krainy Lodu. Zacisnęłam usta, czując, jak serce przeszywa mi intensywna iskra bólu.

Byli tylko przyjaciółmi, prawda? Te kwiaty nic nie znaczyły…

Nie powinny nic znaczyć.

A może jednak?

– Cześć – powiedziała cicho Ola, więc ocknęłam się i wpatrzyłam w jakiś losowy punkt za plecami Filipa.

– Cześć – odparł niepewnie. Czułam na sobie jego palące spojrzenie, wiedziałam, że przeszywa mnie wzrokiem, jakby czekał na mój odzew.

Mięśnie zastygły mi w bezruchu, lecz całą siłą woli zmusiłam się do wykonania pierwszego kroku. Drugi był łatwiejszy.

Wyszłam i minęłam Filipa bez słowa, przesłaniając twarz maską obojętności. Nie musiał wiedzieć, że każda cząstka mojej duszy drżała od jego bliskości, że moje serce rwało się do niego, jak wtedy, gdy pocałował mnie po raz pierwszy lub gdy kochaliśmy się u niego…

Zacisnęłam zęby i szłam przed siebie, skupiając myśli na stukocie obcasów moich kozaków o płytki szpitalnej podłogi. Nie potrafiłam stwierdzić, czy Ola szła za mną, ale jedno wiedziałam na pewno: nie mogłam się odwrócić.

– Eliza… – Moje imię wydobyło się z jego ust niczym najcichszy szept, niczym westchnienie pełne bólu i błagania.

Zatrzymałam się. Stałam się bryłą lodu, którą płomień roztapiał od środka. Ten głos, tak głęboki i męski, z lekką chrypką, był moją zgubą od naszego pierwszego spotkania. Poruszył mnie w sposób, którego się wtedy nie spodziewałam. Teraz zrobił to samo.

Tylko ostatnie pokłady silnej woli powstrzymywały mnie przed jakąkolwiek reakcją. Tak bardzo chciałam się odwrócić i spojrzeć raz jeszcze w jego oczy, by wiedział, że ciągle o nim myślę i że nadal jest dla mnie kimś bardzo ważnym.

Nie zrobiłam tego jednak. Wzięłam głęboki oddech i poszłam dalej, odprowadzana przez jego spojrzenie, które czułam na sobie każdą cząstką ciała.

Opuściłam szpital na drżących nogach i dopiero wtedy udało mi się chociaż odrobinę ukoić moje skołatane nerwy. Nie zwracałam uwagi na szczypiący mróz. Właściwie to w tej chwili bardzo mi pomagał, studząc kipiące we mnie emocje.

Ola pojawiła się obok mnie po kilku sekundach. Patrzyła mi w oczy ze smutkiem i powagą, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie do końca wiedziała, czy powinna. Sama nie byłam pewna, jak zareaguję, jeśli rzeczywiście coś powie.

– Jedźmy do domu – odezwała się i złapała mnie pod ramię, prowadząc w kierunku parkingu, gdzie czekał samochód.

Za to właśnie ją uwielbiałam. Wiedziała, kiedy trzeba milczeć. Znała mnie na tyle, żeby wiedzieć, jak silnie zareagowałam na Filipa, nawet jeśli niczego nie dałam po sobie poznać. Może on dał się nabrać, lecz Ola… Nie, ona doskonale potrafiła mnie przejrzeć.

Wsiadłyśmy do samochodu, a moja bratowa od razu odpaliła i ustawiła pokrętło klimatyzacji na czerwonej kropeczce. Potarłam skostniałe dłonie i wcisnęłam je między uda, patrząc przez okno. Nie mogłam myśleć o niczym innym, jak o bukiecie kwiatów, który Filip trzymał w dłoni i niósł dla mojej siostry.

Minęło już kilka miesięcy, więc kto wie, może jego uczucia się zmieniły i jednak Milena stała się dla niego kimś więcej, nawet jeśli on dla niej był podobno tylko przyjacielem. W końcu między mną a nim wszystko skończone. Był wolnym człowiekiem, a do tego przystojnym, pomocnym i troskliwym mężczyzną.

Był przyrodnim bratem Artura.

Ludzie często twierdzili, że takie rzeczy dzieją się tylko w filmach… Nawet jeśli Artur i Filip mieli innych ojców, to na świat wydała ich ta sama kobieta. Obojga obdarowała pulą cech, które sprawiały, że byli do siebie bardzo podobni.

Na początek dostrzegłam te oczy… Tak jasne, błękitne, głębokie i porywające. Takie same, jak miał mój mąż. Później ze spotkania na spotkanie objawiały się drobnostki, które wyrysowywały w mojej głowie obraz fantastycznego mężczyzny. To właśnie te szczegóły sprawiły, że wbrew zdrowemu rozsądkowi poczułam coś do Filipa i oddałam mu część swojego serca. Tę najbardziej poranioną po śmierci Artura. Tę, którą on powoli uleczał, lecz ostatecznie znów zranił, zatajając przede mną prawdę.

Milczenie wypełniało wnętrze auta, więc Ola włączyła radio, patrząc uważnie na jezdnię. Jakaś polska wokalistka śpiewała o zabawie do białego rana, a później spikerzy próbowali być zabawni w swoich prostych jak drut żartach.

Poczułam ulgę, gdy wreszcie dotarłyśmy na miejsce. Ola wjechała samochodem do garażu, po czym udałyśmy się do domu, gdzie zapewne niecierpliwie wypatrywała nas moja mama.

Zastałyśmy ją w salonie. Razem z Jasiem i Emilką siedziała na kanapie. Dzieciaki oglądały bajkę, natomiast mama intensywnie dyskutowała z kimś przez telefon. Oczywiście, jak ją znałam, to już obdzwoniła większość rodziny, ogłaszając radosną nowinę.

Dostrzegłszy nas, uśmiechnęła się radośnie i szybko zakończyła rozmowę z jakąś kuzynką. My w tym czasie zdjęłyśmy buty i płaszcze w korytarzu. Wnętrze domu było ciepłe i przytulne, natomiast na zewnątrz panował naprawdę solidny ziąb.

– Ciocia urodziła?! – pisnęła Emilka, zrywając się z kanapy. Podbiegła do mnie podekscytowana.

– Tak. Ma córeczkę. Zobacz – odpowiedziałam i pokazałam jej te trzy zdjęcia, które zrobiłam Amelce w szpitalu.

Oczy dziewczynki zrobiły się wielkie jak spodki. Jaś wyglądał na zaciekawionego, natomiast mama wprost zapowietrzyła się z zachwytu.

– Jest bardzo malutka – zauważyła Emilka. – Kiedy będziemy mogli ją odwiedzić?

– Jak tylko ciocia wyjdzie ze szpitala – odparłam i złapałam za wyciągniętą dłoń Jasia.

Znałam mojego synka na tyle, by wiedzieć, że zdążył się stęsknić podczas mojej nieobecności. Zaledwie usiadłam na kanapie, od razu wgramolił mi się na kolana i przytulił niczym najsłodszy miś koala.

– Co za piękne niemowlę, prawda? – westchnęła mama, kładąc dłoń na sercu i uśmiechając się czule do zdjęć w mojej komórce.

– Jest prześliczna. Mierzy pięćdziesiąt dwa centymetry i waży równe trzy kilogramy – odpowiedziała Ola, siadając obok mnie na kanapie i sadowiąc obok siebie Emilkę.

– A Milena? Jak się czuje?

– Dobrze. Zmęczona, ale szczęśliwa – powiedziałam z uśmiechem i pogładziłam Jasia po włoskach. – Stęskniłeś się, kochanie? – zapytałam, zwracając się do synka, a on przytaknął skwapliwie i na potwierdzenie swoich słów przytulił mnie mocniej.

– Eliza, trzymaj telefon, idę wam zrobić coś ciepłego do picia – rzekła mama i wybiegła z pokoju.

Nie zdążyłyśmy zamienić z Olą słowa, gdy do domu wpadł Kuba. Miał na sobie roboczą zimową kurtkę i grubą wełnianą czapkę. Jego zmarznięte policzki były wręcz purpurowe, a z dłoni właśnie ściągał rękawice.

– Młoda urodziła? – zagaił od wejścia, patrząc najpierw na Olę, a później na mnie.

– Sam zobacz – odpowiedziałam i podałam mu komórkę.

Kuba nie był wylewnym mężczyzną, ale z rozrzewnieniem zauważyłam delikatny uśmiech, który odmalował się na jego spierzchniętych wargach, gdy wpatrzył się w zdjęcie małej Amelki.

Nie liczyłam na to, że coś powie. Jedyną oznaką szczęścia czy zachwytu był rzadki wyraz rozluźnienia na jego twarzy.

– Słuchajcie, dziewczyny… – zaczęła mama, wchodząc do salonu z tacą, na której ustawiła dzbanek herbaty, szklanki oraz cukierniczkę. – O, Kubuś! Siadaj, napijesz się ciepłego naparu – wtrąciła, dostrzegając swojego syna. Zaraz jednak ponownie zerknęła na nas. – Tata jeszcze nic nie wie, ale myślę, że trzeba mu powiedzieć.

Temat taty w kontekście Mileny był dla nas niezmiennie bardzo kłopotliwy. Jeszcze jakiś czas temu tak samo kłopotliwa była moja relacja z mamą. Ciężko nam było wrócić do normalności po tym, jak pokłóciłyśmy się, gdy myślała, że sypiam z mężczyzną, który jest ojcem dziecka mojej siostry.

Przeprosiła mnie dopiero wtedy, gdy na jaw wyszło, że tak naprawdę to nie Filip stał za poczęciem Amelii. Była zła i rozgoryczona, bo stała się ofiarą intrygi Mileny, ale jednocześnie poczuła ulgę, gdy zrozumiała, że nie porwałam się na zrobienie tak gigantycznego świństwa własnej siostrze.

– Mogę z nim porozmawiać – zaoferowałam spokojnie, sięgając po filiżankę i nalewając sobie herbaty z dzbanka. Przyjemne ciepło szkła ogrzało mi dłonie, gdy objęłam naczynie palcami.

– Tylko się pokłócicie… – westchnęła mama z rezygnacją.

Znała tatę lepiej niż on sam siebie, więc wiedziała, że potrafił być nie tylko oschły, ale wręcz nieprzyjemny i złośliwy. Ja natomiast już dawno pozbyłam się jakiegokolwiek filtra, jeśli chodziło o rozmowy z nim. Kilka lat temu potrafiłam zwiesić głowę i podkulić pod siebie ogon, gdy dawał mi burę z byle jakiego powodu. Z czasem umocniłam się emocjonalnie na tyle, że potrafiłam mu się postawić. Obecnie byliśmy dla siebie równymi przeciwnikami w potyczkach słownych. Nie bałam się tego, co może mi powiedzieć.

– Nie pierwszy i nie ostatni raz – odpowiedziałam spokojnie i upiłam łyk herbaty.

– To może ja się tym zajmę? – wtrąciła niepewnie Ola, na co od razu zareagował Kuba.

– Nie będziesz się w to mieszać – zaoponował ostro, marszcząc brwi.

Głębokie westchnienie wydobyło się z piersi mamy, a zmarszczka pomiędzy brwiami była jasnym sygnałem, że coś ją dręczy, i to nie od dziś.

– Martwię się, co to będzie dalej… Czy nasza wnuczka będzie nas mogła tu w ogóle odwiedzać?

No właśnie. Chciałam powiedzieć, że przecież tata nie może zabronić Milenie przyjeżdżania do rodzinnego domu, bo jeśli wszyscy się postawimy, to będzie w mniejszości, ale takie słowa zdecydowanie nie powinny paść w obecności moich dzieci.

Tym bardziej że Emilka była bardzo spostrzegawcza i szybko wyłapywała najciekawsze kwestie, a później w swojej dziecięcej główce tworzyła historie, które ją martwiły. A przecież dziewczynka w wieku niespełna dziewięciu lat nie powinna mieć zmartwień.

– Coś się wymyśli – powiedziałam i rzuciłam szybkie, znaczące spojrzenie w kierunku dzieciaków, dając mamie znak, że omówimy ten problem później.

Wypiliśmy herbatę, rozmawiając na bezpieczne tematy. Co jakiś czas dostrzegałam, że Ola rzuca mi ukradkowe spojrzenia, jakby chciała dowiedzieć się, czy nadal przeżywam spotkanie z Filipem w szpitalu.

On był jak tatuaż na mojej duszy… Za każdym razem, gdy widywaliśmy się gdzieś przypadkiem, moje serce najpierw zamierało, by za moment rozszaleć się niczym ptak zamknięty w klatce. Rozum nie pozwalał mu przebaczyć, natomiast serce już dawno to zrobiło. Ciągle podsuwało wspomnienia wspólnie spędzonych chwil, gdy trzymał mnie w ramionach, a ja czułam, jak budzę się po długim czasie mrocznego, niespokojnego snu.

Dał mi tak dużo, a jednocześnie odarł ze złudzeń, nie mówiąc prawdy… Prawdy, która była ciężka jak ołów i ciągnęła na dno wątłą wizję naszej wspólnej przyszłości.

Wieczorem, gdy położyłam dzieci spać i sama wychodziłam właśnie z łazienki, usłyszałam krzyki dochodzące z parteru. Zamarłam na krótki moment, a gdy zdałam sobie sprawę, że głosy z sekundy na sekundę przybierają na sile, zbiegłam na dół i wpadłam do salonu, gdzie zastałam rodziców w bojowych pozycjach.

Mama podpierała się pod boki, a tata krążył po pokoju z twarzą purpurową od emocji. Gromili się spojrzeniami, lecz oboje zamarli, gdy stanęłam pomiędzy nimi.

– Co tu się dzieje? – zapytałam ostro i zacisnęłam usta, patrząc najpierw na mamę, a później na tatę.

– Ojciec powiedział, że nie wyraża zgody na to, żeby Milena bywała w tym domu – wyjaśniła mama ze złością i pokręciła głową z niedowierzaniem. Dostrzegłam w jej spojrzeniu także pogardę dla postawy taty.

– Jej noga już nigdy tu nie postanie! Po moim trupie! – zagrzmiał i odwrócił się twarzą do okna. Widziałam, jak bardzo napięte są jego ramiona, co było jasnym sygnałem, że znajdował się u kresu wytrzymałości. – Nie ma tutaj wstępu!

– Milena jest twoją córką! Nie zmienisz tego! – wycedziła mama przez zęby i rzuciła mi spojrzenie, które było wołaniem o pomoc.

Wzięłam głęboki oddech. Musiałam spróbować załagodzić sytuację.

– Po pierwsze, nie krzyczcie, bo niedawno położyłam dzieciaki spać – zaczęłam spokojnie, po czym zerknęłam w kierunku taty, szykując się na ciężką przeprawę. – Tato, nie możesz zachowywać się w ten sposób… Wiem, że Milena cię zawiodła, ale to nadal jest twoja córka…

– Moja córka nie zachowałaby się jak najgorsza zdzira! – krzyknął swoim grubym głosem.

Podskoczyłam ze strachu, natomiast mama spojrzała na ojca z niedowierzaniem, łapiąc się za serce.

– Andrzej! Jak możesz?!

– Mogę! Jest nic niewarta, skoro poszła do łóżka z byle kim! – odparł chłodno, wzruszając ramionami.

Starał się udawać, że temat Mileny już go nie boli i nie dotyczy. Ja jednak doskonale wiedziałam, że ciągle to przeżywa. W końcu była jego ukochaną, małą córeczką… Rodzice mieli nas troje, ale to Milena była zawsze oczkiem w głowie ojca. W końcu najmłodsza, więc zawsze najbardziej rozpieszczana.

– Ona dziś urodziła! Ma piękną, zdrową córeczkę, a ty mówisz takie okropne rzeczy! – wrzasnęła mama, w emocjach całkowicie zapominając, że prosiłam o niepodnoszenie głosu.

– Mam to gdzieś! Nie obchodzi mnie ani ona, ani jej bękart! – warknął głośno tata, po czym szybko opuścił salon i trzasnął drzwiami tak mocno, że wszystko zadudniło.

Mama opadła na kanapę, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła głośno płakać. Chciałam ją przytulić i pocieszyć, lecz wtedy drzwi do salonu cichutko się otworzyły, a do środka wsunęła się bosa stópka mojej córki.

Jej blada twarz i szeroko otwarte oczy uświadomiły mi, że musiała usłyszeć krzyki swoich dziadków. Weszła niepewnie do salonu i przytuliła się do mnie, a ja objęłam ją i pogładziłam po plecach. W swojej jednoczęściowej zielonej piżamce w króliczki wyglądała słodko i niewinnie.

– Dlaczego dziadzia krzyczał? – zapytała piskliwie, po czym spojrzała na babcię i zobaczyłam, że drży jej broda. – Dlaczego babcia płacze?

Wzrok mojej mamy zmiękł, chociaż nadal widziałam w jej oczach rozpacz i bezsilność, smutek i strach.

Wstała powoli i wymusiła uśmiech, patrząc na Emilkę. Przytuliła ją uspokajająco z drugiej strony.

– Nic się nie stało, kochanie. Wracaj z mamą do łóżka – powiedziała cicho.

Posłałyśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia. Potrzebowała chwili samotności, więc złapałam córkę za dłoń i wyprowadziłam z salonu. Weszłyśmy po schodach w milczeniu, a gdy znalazłyśmy się w jej pokoju, spojrzała na mnie swoimi dużymi, błękitnymi oczami.

– Zostaniesz ze mną, dopóki nie zasnę? – wyszeptała niepewnie, przytulając do serca swojego ulubionego misia z niebieską kokardką i naderwanym uszkiem.

– Oczywiście, kochanie – odpowiedziałam czule i położyłam się obok mojej córki. Wzięłam ją w ramiona i pocałowałam w głowę, gładząc po plecach. – Śpij już.

Wyczuwałam jej nerwowość i napięcie. Emilka miała pięć lat, gdy zginął Artur, i chociaż nigdy na ten temat nie rozmawiałyśmy, to wiedziałam, że w jej pamięci musiały się zapisać jakieś negatywne urywki wspomnień, które sprawiały, że reagowała strachem i paniką na krzyki i płacz bliskich jej osób.

– Mamo? – Jej cichy głosik doszedł do mnie, sprawiając, że żołądek ścisnął mi się z niepokoju. Myślałam, że zdążyła już zasnąć.

– Tak?

– Co to jest „bękart”?

Wzięłam głęboki oddech, bo nie spodziewałam się takiego pytania. Przeczesałam palcami jej ciemne włosy, otworzyłam usta, lecz szybko je zamknęłam. Co miałam jej powiedzieć?

– To takie bardzo brzydkie określenie, którego nigdy nie powinno się używać – wyszeptałam wreszcie, starając się obiec temat tak daleko, jak to tylko możliwe.

– Brzydkie jak przekleństwo? – zapytała spokojnie, chociaż wystarczyło jedno spojrzenie w jej dziecięce, piękne oczy, żeby zobaczyć, jak bardzo była niepewna i przestraszona.

– Tak, kochanie. Jak przekleństwo – potwierdziłam. – Nie myśl o tym. Śpij…

– Czy dziadzia przeprosi babcię?

Nie dawała za wygraną, a to oznaczało, że ta nocna awantura naprawdę mocno nią wstrząsnęła.

– Na pewno.

– A jeśli nie? – zapytała płaczliwie. Przerażała ją myśl, że po raz kolejny coś mogłoby zaburzyć życie naszej rodziny.

W podobny sposób przeżywała wyprowadzkę Mileny, nie rozumiejąc, dlaczego musiała to zrobić. Przecież było dla niej miejsce w domu, zawsze tu mieszkała. Nie otrząsnęła się jeszcze po jednej zmianie, a kłótnia babci i dziadka mogła zwiastować kolejną.

– Przeprosi. Dziadzia kocha babcię i nie umie się na nią gniewać zbyt długo – odpowiedziałam i posłałam jej uśmiech, który w zamierzeniu miał być pokrzepiający i uspokajający.

– Tęsknię za ciocią Mileną, wiesz, mamo?

– Wiem. Niebawem ją odwiedzimy – odpowiedziałam i utuliłam ją mocniej, kończąc rozmowę.

Strach moich dzieci zabijał mnie za każdym razem. Chciałam dla nich wszystkiego, co dobre. Wiedziałam, że życie potrafi być okrutne, i zdawałam sobie sprawę, że przyjdzie czas, gdy będą musiały zmierzyć się z problemami, teraz jednak nie powinny mieć zmartwień, tylko cieszyć się beztroskim dzieciństwem. Już i tak dostały od życia w kość, gdy straciły ojca. Jaś nawet nie pamiętał Artura, natomiast w świadomości Emilki pojawiła się jakaś wyrwa… Mgliste wspomnienia o kochającym ojcu, a później czas, gdy jego już nie było i pozostałam tylko ja… cierpiąca, płacząca, tęskniąca i ubrana na czarno.

Niezliczoną ilość razy wyobrażałam sobie takie spokojne i normalne dni z Arturem u boku, które już nigdy nie nadejdą. Nadal mieszkalibyśmy w domu, który dla siebie zbudowaliśmy. Dzieciaki miałyby pewnie trampolinę w ogrodzie, a na podjeździe stałby mój samochód, bo z garażu Artur zrobiłby sobie prawdziwą rupieciarnię. W słoneczne popołudnia siedzielibyśmy na tarasie, a w zimowe wieczory pili wino przy kominku.

Masochistycznie przywoływałam tę wizję, choć przecież doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że te wyobrażenia nigdy się nie ziszczą.

Najgorsze były jednak momenty, gdy postać Artura zastępowała postać Filipa…

Działo się tak często, całkowicie wbrew mnie, a później musiałam przez bardzo długi czas dochodzić do siebie. Mój własny umysł robił sobie ze mnie mało śmieszne żarty. W takich chwilach dostawałam ostateczny dowód na to, że moje serce zostało podzielone na pół. Jedna część należała do Artura i razem z nim została zakopana w grobie. Drugą część od obumarcia ocalił Filip…

Poczułam, jak ciało Emilki w końcu rozluźniło się w moich objęciach, a oddech wyrównał i uspokoił. Zasnęła. Rysy jej twarzy utraciły ten bolesny dla mojego serca wyraz zmartwienia i smutku. Teraz przypominała spokojnego, pozbawionego trosk aniołka…

Delikatnie wysunęłam się z jej łóżka i po cichu udałam do sypialni, gdzie zastałam śpiącego smacznie Jasia. Z rączkami nad głową wyglądał jak mały zwycięzca. I właśnie nim dla mnie był. Zwyciężał w małych i dużych rzeczach, każdego dnia.

Chociaż zmęczenie czaiło się pod moimi powiekami, to strach o mamę nie pozwolił mi tak po prostu położyć się do łóżka. Zeszłam po schodach do salonu, lecz nikogo tam nie zastałam.

Mama siedziała w kuchni, pochylona nad parującym kubkiem herbaty, zapłakana i zamyślona bez reszty. Ocknęła się, gdy dostrzegła ruch przy drzwiach. Cień strachu w jej oczach, który zniknął tak szybko, jak się pojawił, był dla mnie sygnałem, że spodziewała się powrotu taty. Ulżyło jej, że to byłam ja.

Usiadłam przy stole i złapałam dłoń mamy, zaciskając na niej palce. Patrzyłyśmy na siebie bez słowa, a ja zastanawiałam się, czy myślimy o tym samym.

– Gdy ojciec nazwał Milenę zdzirą… Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak musiało zaboleć cię to, czego o mało sama ci nie powiedziałam… – wyszeptała cichym i pełnym bólu głosem.

– To już nieważne… – odpowiedziałam, udając, że tamto wspomnienie wcale mnie już nie boli.

– Ważne. Rodzic nigdy nie powinien tak nazywać swojego dziecka…

– Przecież tego nie zrobiłaś – zaoponowałam od razu i wymusiłam uśmiech.

– Bo mi w porę przerwałaś.

Wzięłam głęboki oddech i spuściłam wzrok, wbijając go w nasze złączone dłonie.

Wszystko się w naszej rodzinie posypało. Zmiany przychodziły powoli, gromadziły się wokół nas niczym burzowe chmury, a gdy wszystko się skumulowało, to przypominało niszczycielski huragan, który nie zamierzał odpuścić nikomu.

Każdy członek naszej rodziny oberwał, mniej lub bardziej. Nikt nie miał szans pozostać obojętnym, nawet moja córka. Nawet Filip…

– Emilka zasnęła? – zapytała po chwili mama i upiła ostrożnie łyk gorącej herbaty.

– Tak, chociaż trochę ją to wszystko zmartwiło… Boi się, że ty i tata się nie pogodzicie – odpowiedziałam z westchnieniem.

– Jestem na siebie tak bardzo zła… Jaś nie powinien wychowywać się w nerwowej atmosferze, a ostatnio w naszym domu ciągle taka panuje. Emilka jest już wszystkiego świadoma i strasznie to przeżywa… Co się z nami stało, Eliza? – wyszeptała mama i podniosła głowę, patrząc na mnie oczami pełnymi łez.

Nie powiedziałam nic, tylko przysunęłam się bliżej i po prostu ją przytuliłam. Jakkolwiek źle by było, nie chciałam kłócić się z mamą. Mogłam na nią liczyć przez całe życie, była moim nieocenionym wsparciem przez najgorszy, najbardziej bolesny okres żałoby. Opiekowała się dziećmi, gdy ja nie dawałam rady… To ona wyszła z inicjatywą, bym sprzedała dom w mieście i wróciła do Lilecka. Kochała nas wszystkich, miała ogromne serce i nie potrafiła zbyt długo chować urazy. Nawet raz, jeden jedyny raz, gdy nakryła mnie na opłakiwaniu Filipa, przyznała, że i ona za nim tęskni. A co ważniejsze, nie pytała, dlaczego między mną a nim wszystko tak raptownie się skończyło…

Tata to co innego. Miał trudny charakter i był nieustępliwy. Kłótnie nie robiły na nim żadnego wrażenia, a nawet jeśli, to nigdy nie wyciągał z nich wniosków. Łzy mamy nie powstrzymywały go przed wypowiadaniem brutalnych i okropnych słów…

– Uspokój się, mamo… – wyszeptałam spokojnie.

Tak, to było dobre pytanie…

Co się z nami stało?

Rozdział 2

Następnego dnia o świcie zastałam tatę w kuchni. Nie odzywał się do mnie, nawet nie zareagował, gdy powiedziałam ciche „dzień dobry”. Wpatrywał się nieruchomym wzrokiem w gazetę, udając, że czyta. Zacisnęłam usta i przygotowałam sobie kubek kawy, po czym po cichu przeszłam do salonu. Głowa aż parowała mi od nadmiaru myśli i zmartwień, a ciężka noc odbijała się wyraźnym cieniem na mojej twarzy.

W ciągu dnia jeździłam z Jasiem na planowane zajęcia, a po powrocie przygotowałam obiad dla dzieciaków i odrobiłam zadania domowe z Emilką. Atmosfera w domu była ciężka od negatywnych emocji. Wszyscy mijaliśmy się bez słowa, a nawet celowo unikaliśmy swojego towarzystwa. Mama poprosiła, żebym nie wspominała Kubie i Oli o tym, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru. Jakkolwiek złe wydałoby mi się przemilczenie tej kwestii, to musiałam uszanować jej decyzję.

Po południu, gdy akurat prasowałam ubrania dzieci, na szafce nocnej rozdzwonił się mój telefon. Jak zawsze serce drgnęło mi w piersi niepokojąco, łudząc się i obawiając jednocześnie, że dzwoni Filip.

To nie Filip. To Stanisław.

– Halo? – odebrałam spokojnie, przerywając wykonywaną pracę. Czułam, jak żołądek ściska mi się z niepokoju.

– Dzień dobry, Elizo – przywitał mnie głęboki głos mojego teścia. – Dzwonię do ciebie z pytaniem, czy miałabyś dziś chwilę, żeby spotkać się ze mną i wypić wspólnie kawę…

Moją pierwszą myślą było to, że kompletnie nie spodziewałam się takiej propozycji. Chociaż utrzymywaliśmy dość poprawne relacje od momentu, gdy prawda o pokrewieństwie Filipa i Elżbiety wyszła na jaw, to nie potrafiłam przyjąć tak swobodnej postawy jak wcześniej, przed tymi wszystkimi wydarzeniami.

– Wiesz… – zaczęłam niepewnie. – Właściwie to moglibyśmy się dziś spotkać. Znajdę godzinkę na wypicie kawy – odpowiedziałam po prostu, chociaż serce tłukło mi się w piersi.

– Wspaniale. Co powiesz na godzinę osiemnastą w kawiarni Kafka?

– Pasuje.

– Do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Po odłożeniu telefonu wróciłam do mechanicznego wykonywania przerwanej czynności. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Stanisław miał ważny powód, aby poprosić o to spotkanie. Relacja pomiędzy mną a Elżbietą była napięta, chociaż tylko ja zdawałam sobie z tego sprawę. Za każdym razem, gdy patrzyłam na tę kobietę, nie widziałam babci moich dzieci i matki mojego męża, tylko osobę, która porzuciła niemowlę i świadomie zdecydowała o tym, że nie chce utrzymywać kontaktu z własnym dzieckiem.

Mogłam żywić olbrzymi żal do Filipa za to, że nie powiedział mi o swojej tajemnicy. Ten żal był jednak niczym w porównaniu z całym huraganem złych emocji, jakie odczuwałam wobec Elżbiety. Tylko Stanisław wiedział, że nie chcę i nie mogę traktować jej tak jak wcześniej.

Ja natomiast bezustannie podziwiałam go za to, że potrafił zachowywać się tak, jakby nic się nie zmieniło. Był naprawdę mądrym i wyrozumiałym mężczyzną, chociaż mnie tak wielka pobłażliwość nie mieściła się w głowie…

Dokończyłam prasowanie na autopilocie, a później poprosiłam mamę o opiekę nad dzieciakami. Chciała zapytać, gdzie się wybieram, lecz w ostatniej chwili się powstrzymała.

Kawiarnia Kafka znajdowała się w centrum miasta, więc dobrych kilkanaście minut straciłam na to, żeby gdzieś zaparkować. Do umówionego miejsca dotarłam z chwilowym opóźnieniem, a Stanisław już na mnie czekał.

Zobaczyłam uśmiech na tej dobrze mi znanej twarzy, gdy tylko mnie dostrzegł. Wstał z miejsca i przywitaliśmy się krótkim, ale serdecznym uściskiem, a następnie zasiedliśmy naprzeciwko siebie i zamówiliśmy kawę oraz dwa kawałki sernika.

Początkowo nasza rozmowa dotyczyła dzieci i codzienności. Zdawałam sobie jednak sprawę, że nie poprosił mnie o spotkanie, żeby rozmawiać o rzeczach tak prozaicznych.

– Elżbieta wczorajszego wieczora przygotowała kolację – zaczął wreszcie, odkrawając widelczykiem kawałek całkiem smacznego ciasta. – Z początku było bardzo miło, lecz w końcu wyznała mi, że widzi, jak bardzo się w stosunku do niej zmieniłaś. Nie rozumie dlaczego – powiedział Stanisław, a mnie zaschło w gardle. Przełknęłam z trudem i raz jeszcze napiłam się kawy. – Powiedziała, że w sobotę chciałaby odwiedzić dzieci i że wybierzemy się bez zapowiedzi. Kupiła im spóźnione prezenty świąteczne. Uznałem, że lepiej będzie cię ostrzec – przyznał szczerze i uniósł swoje przyprószone siwizną brwi.

– Filip… – zaczęłam, a jego imię wywołało gorzki posmak w moich ustach i ogrom bólu w sercu. – On z nią jeszcze nie porozmawiał, tak?

Głębokie westchnienie wydobyło się z piersi Stanisława, a po chwili powoli pokręcił głową.

– Chce to zrobić. Tyle że żaden moment nie wydaje mu się odpowiedni. Wtedy wiele się zmieni. W jego życiu, w naszym życiu, nawet w twoim…

– W moim już się zmieniło. Nie mogę jej wybaczyć tego, co zrobiła, i dziwię się, że tobie to przyszło tak łatwo – odpowiedziałam szczerze i zobaczyłam, że Stanisław opuścił wzrok, jakby poczuł wstyd.

Do kawiarni ciągle wchodzili ludzie, zajmując ostatnie wolne stoliki wokół nas. Każde otwarcie drzwi przywiewało chłód, który sprawiał, że lekko drżałam. Za szklaną witryną mogłam obserwować spieszące gdzieś pojedyncze osoby, opatulone w płaszcze, szaliki i czapki. Wszyscy mieli swoje sprawy, każdy zaprzątał sobie czymś głowę.

Na mnie znów wszystko zwaliło się jednocześnie. Sytuacja z Mileną, trudna sprawa z ojcem, nienawiść do Elżbiety i Filip… Tęsknota za nim, smutek i żal z powodu tego, co mogliśmy mieć, a co utraciliśmy.

– To nie tak, Eliza… Po prostu ją kocham, wiesz? Żyjemy ze sobą tyle lat, a błąd, który popełniła, wydarzył się przede mną. Nie mogę oskarżyć jej o zdradę. Czuję się źle na myśl, że kobieta mojego życia była zdolna zrobić coś tak okropnego, ale co zmieni to, że się od niej odwrócę? Za stary jestem na zmiany, na rozstania i dramaty – powiedział szczerze Stanisław, a ja patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami i po raz kolejny uderzyło mnie to, jak mądrym był człowiekiem.

Chociaż wszystko się we mnie buntowało, to wiedziałam, że w jego słowach było bardzo dużo racji. Gdybym tylko ja potrafiła podejść do tej sprawy tak samo…

– Chciałbym dla ciebie jednego… – odezwał się znów, a ja podniosłam głowę i napotkałam szczere, czujne spojrzenie.

– Czego takiego?

– Żebyś odnalazła w sobie siłę do wybaczenia Filipowi… Gdy go poznałem, był nieszczęśliwy… Bardzo, bardzo nieszczęśliwy. Nie sądziłem, że coś może go wyciągnąć ze stanu, w jakim się znajdował, lecz wtedy pojawiłaś się ty i on nagle odżył. Teraz znów wrócił do punktu wyjścia. Zachowuje się jak robot. Praca, dom i nic więcej. Najgorsze jest to, że z początku chciał jeszcze o tobie mówić, a teraz cierpi w ciszy, ucina każdy temat związany z twoją osobą – wyznał cicho Stanisław, a moje serce zaczęło się tłuc jak szalone. Po plecach przebiegł mi prąd, którego nie byłam w stanie powstrzymać. – Mam nawet wrażenie, że sprawa z Elą odeszła na dalszy plan, bo jego największym zmartwieniem jesteś ty…

Nie mogłam dłużej mierzyć się z prawdą, która wydobywała się z oczu Stanisława i pętała mnie niczym diabelskie sidła. Spuściłam głowę i skupiłam się na piciu kawy bardziej, niż to było konieczne. Nagle straciłam ochotę na sernik, a już z pewnością na to, żeby dalej siedzieć z moim teściem w kawiarni.

Szturmował swoimi słowami mur, którym się otoczyłam. Wiedział, jak mnie złamać, i najwyraźniej próbował to zrobić.

W mojej głowie pojawiła się dziwna, ale wyraźna myśl… Sposób, w jaki Stanisław mówił o Filipie, był niemal czuły, niemal ojcowski. Zachowywał się tak, jakby chciał wszystkiego co najlepsze dla nieślubnego syna swojej żony. Sprawiał wrażenie, jakby marzył o happy endziedla tego smutnego, tajemniczego mężczyzny, który otworzył dla mnie swoje serce, chociaż zrobił to w momencie, gdy skrywał jeszcze tajemnicę.

Wzięłam głęboki oddech i ponownie wpatrzyłam się w szkło witryny, śledząc przechodzących obok kawiarni ludzi. Myślałam o Arturze, moim ukochanym mężu, którego obecność zawsze była symbolem bezpieczeństwa i spokoju. Kolejny raz, nie pierwszy i zdecydowanie nie ostatni, uderzyła we mnie tęsknota tak silna, że mogąca niemal powalić mnie na kolana. Zamknęłam na moment oczy, żeby ujrzeć jego twarz.

Tę ukochaną, przepiękną twarz.

Może rzeczywiście wszystko działo się po coś… Może, chociaż zabrzmi to okropnie, Artur musiał zginąć, żebym przeszła przez piekło i dzięki pewnemu skrzywdzonemu mężczyźnie wróciła do życia? Nawet jeśli to, co mieliśmy z Filipem, było chwiejne i ulotne, to warte przeżycia…

Te noce, gdy leżałam w jego objęciach, przypominały pierwszy głęboki oddech… Czułam się wtedy szczęśliwa, chociaż nie potrafiłam powstrzymać późniejszych wyrzutów sumienia. Część mnie upominała, że zdradzam męża. Z kolei inna, ta ożywiona i opanowana przez Filipa, przekonywała, że nawet ja mam prawo znów poczuć się dobrze w ramionach mężczyzny.

Teraz to już nie miało znaczenia… Utraciłam Artura i utraciłam Filipa. Bo można było stracić bliskich na wiele różnych sposobów.

Bezwiednie zaczęłam bawić się papierową serwetką leżącą obok talerzyka z sernikiem. Robiłam to, żeby nie musieć patrzeć w oczy mojego teścia. Zbyt wiele mnie to kosztowało. Nie spodziewałam się, że nasze spotkanie będzie aż tak trudne…

Nagle z torebki przewieszonej przez oparcie krzesła rozległ się krótki dźwięk zwiastujący nadejście SMS-a. Sięgnęłam po telefon, czując, że żołądek jak zawsze ściska mi się w ten specyficzny sposób.

Wiem, że nie chcesz mnie znać, ale może w końcu dasz mi się wytłumaczyć?

Tylko przez ułamek sekundy myślałam, że to Filip. Wiadomość przyszła od Damiana. Jego także ignorowałam od miesięcy, niezdolna do stanięcia twarzą w twarz z jedyną osobą z rodziny Artura, której niegdyś ufałam.

– To Damian – powiedziałam, chowając telefon do torebki. Nie wiedziałam, dlaczego poczułam potrzebę wytłumaczenia się przed Stanisławem.

W każdym razie nie wyglądał na zaskoczonego.

– Regularnie pyta mnie, co u ciebie słychać. On i Filip naprawdę kiepsko radzą sobie z całą tą sytuacją… – odpowiedział Stanisław i powoli dokończył sernik.

Westchnęliśmy niemal jednocześnie i przez krótką chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, rozumiejąc się bez słów.

– Będę się już zbierać… – wyszeptałam wreszcie i dopiłam kawę, po czym odłożyłam pustą filiżankę na podstawkę.

Stanisław przytaknął i również wstał. Zdjął z oparcia krzesła swój płaszcz, poprosił o rachunek i uregulował należność, po czym oboje opuściliśmy kawiarnię. Nasze nastroje dalekie były od radosnych. Wydawaliśmy się rozczarowani przebiegiem rozmowy. Mój teść popadł w głęboką zadumę.

– Czyli do soboty, tak? – powiedziałam cicho.

Stanisław ocknął się i wymusił jeden smutny uśmiech.

– Do soboty.

Mama akurat kąpała Jasia, gdy wróciłam do domu. Zastałam ją, gdy klęczała przy brodziku prysznica, mówiąc czułym głosem do mojego syna, który radośnie rozchlapywał wodę. Oboje spojrzeli na mnie, gdy tylko stanęłam w wejściu łazienki.

Uśmiech Jasia był jak pierwszy promień słońca po srogiej i mroźnej zimie. Mój synek w tej jednej chwili wyglądał absolutnie cudownie i beztrosko.

Wystarczyło jednak, że spojrzałam w zapuchnięte i czerwone oczy mojej mamy, by całe ciepło i radość ulotniły się z mojego serca.

Znów płakała.

– Wszystko w porządku? – zapytałam cicho, zdając sobie sprawę, że Jaś bacznie mnie obserwuje i bez trudu wyczyta z mojej twarzy negatywne emocje.

– Tak, Eliza. Spójrz, jakiego bałaganu narobił twój kochany synek – powiedziała, siląc się na beztroski ton, który z takim trudem wydobywał się z jej ściśniętego gardła.

– Kto tu tak narozlewał wodę, co? – zapytałam raźnie, podpierając się pod boki i patrząc na Jasia.

– Jaaa! – pisnął i znów zaczął chlapać wodą, śmiejąc się przy tym głośno.

Co z tego, że trzeba będzie wycierać całą podłogę. Jego uśmiech był dla mnie bezcenny i najważniejszy.

Chciałam też jak najszybciej porozmawiać z mamą. Obawiałam się, że podczas mojej nieobecności mogło dojść do kolejnej nieprzyjemnej sytuacji z ojcem.

Wyszłam z łazienki i udałam się do pokoju Emilki. Zastałam moją córkę leżącą na łóżku i czytającą książeczkę w świetle lampki nocnej. Spojrzała na mnie, gdy tylko usłyszała krótkie skrzypnięcie drzwi, i uśmiechnęła się.

– Cześć. Gdzie byłaś?

– Dziadek Staszek zaprosił mnie na kawę. Odwiedzą was z babcią w sobotę, ale jakby co, to tajemnica – odpowiedziałam, przysiadając na łóżku córki, żeby przyjrzeć jej się uważnie i sprawdzić, czy mogło wydarzyć się w domu coś złego, gdy mnie nie było.

– Super! – zawołała z uśmiechem i odłożyła książkę rozkładówką okładki do góry. Spoważniała, poprawiła się na łóżku i na moment zacisnęła usta. – Mamo, mogę cię o coś zapytać?

– Oczywiście – odpowiedziałam, czując, jak ukłucie strachu przeszywa mi żołądek.

Emilka przykryła się szczelniej swoją kołderką w jednorożce, a do klatki piersiowej przytuliła ulubionego misia. Spojrzała w kierunku biurka, gdzie, jak wiedziałam, stało zdjęcie moje i Artura wykonane w dniu naszego ślubu.

– Bo dziś spotkałam Filipa, wiesz?

– Tak? Kiedy? – zapytałam, siląc się na beztroskę i robiąc wszystko, żeby moja córka nie dostrzegła tego wszechogarniającego bólu, który oplótł moje serce na dźwięk jego imienia.

– Gdy wracałam ze szkoły. Przywitałam się i powiedziałam, że za nim tęsknię – wyszeptała niepewnie, jak gdyby bała się własnych uczuć.

To był cios prosto w serce. Taki, który odbiera oddech i pokonuje człowieka na wszystkich możliwych frontach.

Zagryzłam dolną wargę i na ułamek sekundy uciekłam spojrzeniem w bok, żeby nie musieć mierzyć się z widokiem mojej córki, tak niewinnej, stęsknionej za Filipem i nieświadomej tego, co właśnie działo się w sercu i umyśle jej matki.

– Mamusiu… – powiedziała cicho i złapała mnie za rękę, więc ponownie na nią spojrzałam. Pieczenie pod powiekami zwiastowało zbliżające się łzy. – Ty też tęsknisz za Filipem?

Takie proste pytanie, prawda? Odpowiedź też przecież była oczywista, a jednak nie chciała mi przejść przez gardło. Wymusiłam na ustach uśmiech i zamrugałam powiekami, żeby przegnać zbliżające się łzy. Przytaknęłam po prostu, bo ucisk w klatce piersiowej uniemożliwiał mi wydobycie z siebie głosu.

Emilka pogramoliła się chwilkę, a wreszcie ułożyła swoją główkę na moich kolanach i uśmiechnęła się, jakby rozumiała więcej niż inne dziewczynki w jej wieku. Zaczerpnęłam głęboki oddech i zaczęłam powoli przeczesywać palcami jej miękkie, ciemne włosy. Widziałam, jak coraz wolniej mruga oczami, ostatkiem sił walcząc z sennością.

Odziedziczyła to po Arturze. On też zawsze odpływał, gdy gładziłam go po włosach lub drapałam po głowie. Jaś z kolei tego nie znosił.

Nie wiem, jak długo siedziałam na łóżku Emilki i przeplatałam sobie w palcach kosmyki jej włosów. Zasnęła twardym, spokojnym snem, więc ułożyłam ją na poduszce, zgasiłam lampkę nocną i wyszłam po cichu, zostawiając uchylone drzwi.

Jaś, wykąpany i ubrany w piżamkę, właśnie zasypiał w łóżeczku, słuchając, jak moja mama śpiewa mu wszystkie znane sobie spokojne piosenki. Uśmiechnęłam się i zniknęłam w łazience, żeby wziąć szybki prysznic.

Nie mogłam zapomnieć o tym, co powiedziała Emilka… Poszła do Filipa i zdradziła, że za nim tęskni. Nie byłam w stanie zdobyć się na drążenie tematu i wyciągnięcie z niej informacji, jaka była jego reakcja. Może się tylko uśmiechnął, a może powiedział, że i on tęskni?

Dość tego. Musiałam za wszelką cenę ukrócić wszystkie myśli o tym mężczyźnie. Było ich za dużo i nie dawały mi spokoju. Czaiły się gdzieś w podświadomości, atakując wtedy, gdy kompletnie nie byłam na to przygotowana.

Momenty, gdy znajdowałam się pod prysznicem, a po moim ciele spływały kropelki wody, były idealne. Mogłam płakać i wmawiać sobie, że to wcale nie są łzy. Mogłam udawać do upadłego, że wcale nie brakuje mi Filipa… Mogłam myśleć, że kiedyś się z tego wszystkiego wyleczę.

Gdy jakieś dziesięć minut później opuszczałam łazienkę, osuszając włosy za pomocą ręcznika, z mojej sypialni wyszła mama. Spojrzałyśmy na siebie i zrozumiałyśmy się bez słów. Przeszłyśmy do salonu i zamknęłyśmy drzwi, żeby nikt nie przeszkodził nam w rozmowie.

Usiadłam obok mamy i przez kilka długich chwil obserwowałam, jak nerwowym gestem wykręca sobie palce. Czekałam, aż zacznie mówić. Wydarzyło się coś złego, musiało się wydarzyć. Może moje dzieci nie były tego świadomie i dlatego nie doszukałam się w ich twarzach niczego niepokojącego, ale przecież mama przypominała drżący kłębek nerwów. Musiał być jakiś powód.