Zawsze będę cię kochać - Agata Przybyłek - ebook + książka

Zawsze będę cię kochać ebook

Agata Przybyłek

4,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Odwiedź ostatni Domek i pozwól sobie na chwilę wzruszenia!

Daria od kilku lat tkwi w związku, w którym nie jest szczęśliwa. Narzeczony mami ją obietnicą ślubu i założenia rodziny, ale zdecydowaną większość czasu poświęca  pracy. Kobieta powoli traci nadzieję, że kiedykolwiek spełni swoje marzenia o byciu żoną i matką. Pewnego dnia podejmuje decyzję, żeby wrócić w rodzinne strony i zająć się przez jakiś czas schorowanym dziadkiem. Wyjazd pozwala jej nabrać dystansu i przemyśleć swoje dotychczasowe życie. Podczas jednego z samotnych spacerów wpada przypadkiem na dawnego znajomego.

Paweł prowadzi warsztat samochodowy i wiedzie spokojne, małomiasteczkowe życie. Kiedy niespodziewanie spotyka po latach dziewczynę, w której podkochiwał się już w czasach szkolnych, nie może uwierzyć w swoje szczęście i mimowolnie odżywa w nim dawne uczucie.

Niestety, oboje mają problemy – ona martwi się o schorowanego dziadka, a z jego firmy niespodziewanie zaczynają znikać pieniądze. Czy uda im się rozgonić czarne chmury zbierające się nad ich życiem?

Zawsze będę cię kochać” to poruszająca opowieść o uczuciach silniejszych niż upływ czasu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 311

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (7 ocen)
3
1
3
0
0
Sortuj według:
myszkaa877

Nie oderwiesz się od lektury

seria Domki jest piękna, wzruszająca, momentami zabawna , chwilami refleksyjna. Ogromna Szkoda, że to ostatni Domek.
00
Wiola128

Nie oderwiesz się od lektury

super
00

Popularność




Copyright © Agata Przybyłek-Sienkiewicz, 2022

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2022

Redaktorka inicjująca: Sylwia Smoluch

Redaktorka prowadząca: Zuzanna Sołtysiak

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Damian Pawłowski, Magdalena Owczarzak

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Konwersja do e-booka: Wojciech Bryda / WB Design

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Fotografie na okładce: © Drunaa / Trevillion Images

Fotografia autorki: Agnieszka Werecha-Osińska / Foto Do Kwadratu

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Książkę wydrukowano na papierze Ecco Book 70 g/m2 vol. 2,0

dostarczonym przez firmę Antalis Poland Sp. z o.o.

ISBN 978-83-67054-88-1

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Mojej rodzinie, którą kocham i zawsze będę kochać

W miłości nigdy nie jest za późno na drugą szansę.

Nicholas Sparks

Daria

Gdy pierwszego czerwca Daria Sokołowska pakowała walizkę do bagażnika swojego samochodu, nie sądziła, że ten wyjazd na zawsze odmieni jej życie. Ale czy ktokolwiek może się tego spodziewać? Delikatny, ciepły wietrzyk rozwiewał brzeg jej białej sukienki, a długie, brązowe włosy opadały na ramiona i czoło, momentami przysłaniając oczy. Czerwiec w tym roku był ciepły, a momentami nawet upalny, więc na skórze Darii lśniły kropelki potu. Chociaż nieopodal stał mężczyzna, z którym dzieliła życie od dobrych kilku lat, sama męczyła się z ciężkim bagażem, a potem jeszcze z kilkoma reklamówkami stojącymi przy jej stopach.

– Naprawdę chcesz tam jechać? – zapytał Kamil.

W jego głosie brzmiało wyraźne niezadowolenie, ale Daria słyszała je w ostatnich dniach już tyle razy, że teraz po prostu je zignorowała. Nie chciała się kłócić, zwłaszcza że ponownie mieli się spotkać dopiero za kilka tygodni.

– Wrócę, zanim się obejrzysz – mruknęła tylko i sięg­nęła po reklamówkę z butami, do której spakowała zarówno lekkie sandałki, jak i sportową, cieplejszą parę butów na chłodniejsze wieczory. Wepchnęła ją pomiędzy skrzynkę z narzędziami a walizkę.

Liczyła na to, że Kamil się opamięta i chociaż teraz nie będzie czynił jej wyrzutów, ale partner nadal stał naburmuszony, więc chyba powinna porzucić nadzieję i pogodzić się z faktem, że ich pożegnanie nie będzie należało do najprzyjemniejszych. A szkoda.

– Moim zdaniem w ogóle nie powinnaś tam jechać – odparł Kamil. – Co to w ogóle za pomysł, żebyś rzucała wszystko na polecenie rodziny i jechała zająć się jakimś starym dziadem, którego już dawno powinno się oddać do domu opieki?

– Rozmawialiśmy już o tym. – Daria nawet na niego nie spojrzała, tylko schyliła się po kolejną torbę, tym razem z książkami. – A poza tym to nie jest żaden stary dziad, tylko mój dziadek, z którym od zawsze jestem bardzo związana.

– Akurat. Znając życie, gdy tam dotrzesz, nawet nie będzie wiedział, kim jesteś. Nie pamiętasz już, co było ostatnim razem, kiedy pojechaliśmy do niego w Boże Narodzenie?

Daria zacisnęła zęby. W ostatnich dniach dość ostro się o to sprzeczali i najzwyczajniej w świecie nie miała już siły. Kamil niewątpliwie miał jednak rację, mówiąc, że Stefan, którym miała zajmować się przez najbliższe tygodnie, raczej jej nie rozpozna. Dziadek od ponad dziesięciu lat chorował na alzheimera. Zaczęło się niewinnie: początkowo zapominał, gdzie położył klucze albo gdzie zostawił kupioną paczkę ryżu czy papierosów, ale choroba postępowała. Teraz starszy pan żył już właściwie wspomnieniami z dzieciństwa. Nie pamiętał nawet imion swoich dzieci, nie mówiąc o wnukach.

Stan Stefana pogorszył się drastycznie po śmierci babci Anieli, która dopóki mogła, opiekowała się nim sama. Ale w tamtym roku Aniela zmarła i dziadkiem musiała zająć się dalsza rodzina. Jakby to obecność babci i jej silna miłość sprawiały, że dziadek jeszcze się jakoś trzymał…

Dzieci Anieli i Stefana długo dyskutowały po pogrzebie matki, co zrobić z ojcem. Brat mamy chciał go wziąć do siebie, ale po konsultacji z lekarzem uznano, że kolejna nagła zmiana w życiu dziadka mogłaby na niego źle wpłynąć, i ostatecznie przez ostatni rok chorym zajmowała się ciocia Magda, która mieszkała nieopodal. Zaglądała do niego kilka razy dziennie, myła go i gotowała mu obiady. Nadal mieszkała w swoim domu, lecz niestety, ona też miała już swoje lata i ostatnio również zaczęła podupadać na zdrowiu. Rodzina znowu zaczęła zastanawiać się nad tym, co począć, i to właśnie wtedy Daria zasugerowała, że mogłaby na kilka tygodni pojechać w tamte strony i zaopiekować się chorym staruszkiem.

– Ależ kochanie, co ty wygadujesz? – zdziwiła się wtedy jej matka, lecz gdy Daria wyjaśniła jej swoje pobudki, przestała protestować i osobiście przywiozła jej klucze. – Jesteś pewna? – spytała tylko, ale córka chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie potrzebowała zmiany otoczenia. Opieki nad starszym panem też się nie bała, więc po prostu spakowała swoje rzeczy.

Jedynie Kamil nie rozumiał, dlaczego postanowiła pojechać, jednakże Daria miała wrażenie – choć może była w tym osądzie trochę niesprawiedliwa – że on ostatnio nie rozumiał prawie niczego. Jakby ich drogi zaczęły rozjeżdżać się tak bardzo, że trudno im było wypatrzeć potrzeby tego drugiego.

Mimo wszystko, gdy skończyła pakować bagaże i zamknęła bagażnik, podeszła do niego i wysiliła się na miły ton.

– W lodówce masz zapas jedzenia na tydzień, a w zamrażarce leży kurczak.

– To nie to samo, co świeży – mruknął Kamil, niezadowolony.

– W takim razie kup sobie świeżego, a ten niech poczeka, aż wrócę.

Mężczyzna popatrzył jej w oczy.

– Wiesz, że tutaj nie chodzi o kurczaka. Po prostu nie podoba mi się, że wyjeżdżasz. Naprawdę nie możesz sobie tego odpuścić? Niech twoja mama i jej rodzinka opłacą opiekunkę.

Daria westchnęła. Nie chciało jej się po raz kolejny tłumaczyć, zwłaszcza że nie mogła powiedzieć mu prawdy. Stała więc przez chwilę i patrzyła na niego.

Kamil był przystojnym mężczyzną. Może nie wyglądał jak model, ale z pewnością podobał się kobietom, bo – ku jej niezadowoleniu – niektóre nadal posyłały w jego stronę zalotne spojrzenia, przez co niejednokrotnie bywała zazdrosna. Miał czarne włosy i wyraźną oprawę oczu, które idealnie pasowały do ciemniejszego odcienia jego skóry, dlatego wiele osób myślało, że Kamil ma tureckie korzenie. Wysoki i wysportowany górował nad Darią o ponad głowę, ale nigdy to nie przeszkadzało – wręcz przeciwnie, lubiła czuć się przy nim mała i drobna. Po ukończonych z wyróżnieniem studiach informatycznych od razu po szkole otworzył własną firmę zajmującą się projektowaniem witryn internetowych, i chociaż początkowo pracował sam, z czasem biznes się rozrósł i Kamil teraz zatrudniał kilkanaście osób. Zdaniem Darii całkiem nieźle odnajdywał się w roli szefa i właściciela firmy, ponieważ nigdy nie był stereotypowym przykładem informatyka: zamkniętego w sobie, z garbem na plecach. Gdy trzeba było, zarządzał zespołem z takim wyczuciem i z taką płynnością, że Daria patrzyła na niego z podziwem.

Niestety, to wszystko miało jeden minus – Kamil ostatnio bardziej poświęcał się firmie niż ich związkowi. I chociaż Daria nigdy mu tego nie wypomniała, zawsze starała się go wspierać, to bolało i czasami krwawiło jej serce. Samotne obiady jeszcze jakoś znosiła, ale kolacje jedzone przed telewizorem nigdy nie były szczytem jej marzeń. Nie mówiąc już o tym, że skrycie marzyła o ślubie i dzieciach, na które Kamil wiecznie nie miał czasu.

Jednak… Czy istnieje ktokolwiek, kto mógłby powiedzieć, że ma w życiu już wszystko?

Pocieszając się tą myślą, wspięła się na palce i cmoknęła Kamila w usta, jakby ostatnio wcale się między nimi najgorzej nie układało.

– Zawsze możesz przyjechać do mnie na weekend.

– Na weekend? Do tej dziury?

– Nie mów tak o tym miejscu. Moim zdaniem okolica, w której mieszka dziadek, jest urokliwa. Moglibyśmy jak za dawnych lat wybrać się na spacer nad rzekę i odpocząć trochę od dużego miasta.

– Daria, ja mam firmę na głowie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę! Tam przecież pewnie nie ma nawet internetu.

– Przesadzasz. Wbrew twoim wyobrażeniom do małych miejscowości już dawno dotarła cywilizacja.

– Ciepła woda w kranie to nie jest szczyt luksusu.

Daria poczuła, że zaczyna ogarniać ją złość.

– Wiesz co? Nie mam ochoty tego słuchać. – Odwróciła się i ruszyła do samochodu. – Gdy zatęsknisz, to po prostu zadzwoń. A nie, przecież nie zadzwonisz, bo według ciebie pewnie nie ma tam nawet zasięgu – dodała uszczypliwie.

Kamil ruszył za nią i złapał ją za rękę.

– Daria…

Najchętniej by mu się wyrwała i wsiadła do auta, ale mimo wszystko przystanęła na chwilę.

– No co? Oboje wiemy, że gdybyś chciał, to przyjechałbyś do mnie już w najbliższy weekend.

– Chciałbym, słowo. Ale postaraj się mnie zrozumieć. Nie mogę zostawić na dłużej mojego zespołu.

– Weekend to nie jest żadne „dłużej”, Kamil. – Zabrała rękę. – Na początku funkcjonowania firmy potrafiłeś wyjechać ze mną na tydzień i jakoś świat się nie zawalił.

– To były inne czasy.

– A szkoda, wiesz? Niekiedy tęsknię za nimi – odparła, a potem wsiadła do samochodu.

Kamil wykorzystał sposobność, gdy dziewczyna otworzyła okna, i nachylił się do niej.

– Mała, nie bocz się na mnie – powiedział łagodnie, najwidoczniej czując, że przegiął. – Jeśli tak ci na tym zależy, to może faktycznie zrobię sobie któryś weekend wolny i przyjadę do ciebie.

– Zapraszam. Znasz adres.

– Tak się ze mną żegnasz?

– Chciałam milej, ale nie dałeś mi szansy.

– Myszko…

– Zadzwonię, gdy dojadę – odparła zwięźle, a potem wrzuciła wsteczny i spojrzawszy w lusterko, wycofała z parkingu.

Kamil nadal stał na poboczu i wpatrywał się w nią, ale udała, że jest skupiona na jeździe, i nie pomachała mu na do widzenia. Nie powiedziała tego, ale zamierzała potraktować ten wyjazd jako czas do przemyśleń i swego rodzaju próbę dla ich związku. Ostatnio naprawdę nie układało się między nimi najlepiej i powoli miała tego dosyć. Chciała zmienić otoczenie, popatrzeć na swoje życie z innej perspektywy i być może podjąć pewne kluczowe decyzje dla niej samej oraz ich związku. Samotny wyjazd w strony, w których się wychowała, do dziadka, wydawał się ku temu wręcz idealny.

Paweł

Gdy rankiem pierwszego czerwca Paweł wyszedł z domu, słońce królowało już na niebie, a powietrze było tak samo suche jak przez ostatnie dni. Pawłowi to nie przeszkadzało, ale jego rodzice skarżyli się już na to, że warzywa na grządkach wysychają na wiór, bo nie padało od kilku długich tygodni. W koronach drzew rosnących nieopodal jego domu fruwały i śpiewały ptaki, a błękitne, bezchmurne niebo zapowiadało kolejny słoneczny dzień.

Paweł ruszył przez podwórko w stronę swojego warsztatu samochodowego, mieszczącego się w wybudowanym przed laty garażu, i popatrzył na zakurzony samochód, w którym miał dzisiaj wymienić hamulce i olej. Nieopodal wygrzewał się zwinięty w kłębek kot, a z garażu dobiegały ściszona muzyka, stukanie oraz mruczenie jego pracowników, którzy z niewiadomych przyczyn rzadko kiedy mówili do siebie pełnym głosem.

Paweł miał trzydzieści lat i od prawie pięciu prowadził swój zakład mechaniczny. Po liceum poszedł na studia, ale ponieważ chciał wrócić w rodzinne strony, a tutaj trudno mu było znaleźć pracę w zawodzie, pewnego dnia oznajmił rodzicom, u których wtedy pomieszkiwał, że zamierza otworzyć swoją firmę. Jego matka początkowo była tym przerażona, bo wzięcie kredytu na rozkręcenie działalności zawsze wydawało jej się gorsze od końca świata, ale ojciec od samego początku wspierał syna, zwłaszcza kiedy Paweł powiedział mu, jaką branżą zamierza się zajmować. Przepisał na syna działkę ze starą stodołą, garażem i drewnianym domem po babci, i to właśnie tam Paweł otworzył swój warsztat. Początkowo nadal mieszkał u rodziców, bo nie miał zbyt wielu zleceń, a tym samym pieniędzy, ale kiedy okoliczni kierowcy przekonali się do jego usług, odremontował stary domek po babci i przeniósł się do niego ze swoimi rzeczami.

Dom znajdował się w przepięknej okolicy, na skraju drogi i tuż nad brzegiem rzeki, nad którą Paweł utworzył mały zakątek z ławkami i stołem dla przyjezdnych klientów. Wiosną na wodzie pojawiały się łabędzie i kaczki, a na brzegu zakwitały kaczeńce. Po drugiej stronie rzeki znajdował się natomiast stary park, którego serce stanowił zabytkowy pałac. Widoki z działki Pawła były więc naprawdę urokliwe, a dawne zabudowania gospodarcze wraz z domem stały na planie kwadratu, ze żwirowym placykiem pośrodku, przywołując na myśl dawne, wiejskie budownictwo.

Paweł był szczupłym mężczyzną o brązowych włosach i zaroście na twarzy. W kącikach jego oczu pojawiły się pierwsze zmarszczki. Zwykle chodził ubrany w luźną koszulkę i dżinsy, a najlepiej czuł się na swoim podwórku. Choć nigdy nie chciał być sławny, dzięki wykonywanemu zawodowi był dość rozpoznawalną osobą w miasteczku. Szczególnie że zawsze naprawiał samochody dokładnie i sumiennie.

Tego ranka Paweł zabrał ze sobą z domu kubek kawy i ściskając go w dłoni, wszedł do głównego budynku warsztatu. Chociaż drzwi były otwarte, w środku działała klimatyzacja, a z głośników radia, które stało na parapecie, płynęła leniwa, wakacyjna muzyka. Paweł spojrzał na umieszczonego na podnośniku passata, a potem podszedł do kumpla, który mimo wczesnej pory już naprawiał samochód.

– Nie mogłeś dziś spać? – zaśmiał się.

Chociaż zaczynali z chłopakami pracę około siódmej trzydzieści, zwykle to on pojawiał się tutaj pierwszy.

Jasiek, chłopak nieco młodszy od niego, wychynął spod samochodu i wytarł rękę w leżącą nieopodal szmatę.

– Cześć – rzucił. – Na problemy ze snem nie cierpię, wręcz przeciwnie. Pospałbym dłużej, ale Anka wykurzyła mnie z łóżka bladym świtem, twierdząc, że jeśli pójdę szybciej do pracy, to prędzej z niej wrócę.

– Rozumiem zatem, że chciałbyś wyjść wcześniej?

Jasiek wyszedł z kanału i podał mu dłoń.

– Anka ma dzisiaj najważniejsze USG w ciąży, czy coś w tym rodzaju, i trochę się tym stresuje. Chciałbym zerwać się jakąś godzinę przed czasem i pojechać z nią do lekarza. Oczywiście, jeśli nie masz nic przeciwko.

– W porządku. Każdy ma czasem ważne sprawy do załatwienia.

– Dzięki, bo inaczej urwałaby mi głowę. Od tych ciążowych hormonów stała się ostatnio naprawdę nieznoś­na. Mam nadzieję, że po porodzie jej przejdzie.

Paweł uśmiechnął się i upił łyk kawy.

– Co się zepsuło? – Wskazał na passata.

Jasiek również popatrzył na samochód.

– Wał korbowy do wymiany.

– Więc szykuje się dłuższa robota.

– Niestety. Ale zamówiłem już części, więc chociaż nie będę na nie czekał.

– Dobrze. Ja dziś mam w planach tylko wymianę klocków i oleju. No, a potem masę papierów do przejrzenia. Księgowa suszy mi głowę o jakieś faktury, a nie wiem, gdzie je wetknąłem.

– Może powinieneś pomyśleć o sekretarce?

Paweł się roześmiał.

– Chciałbym, ale obawiam się tego, jak sekretarka wpłynęłaby na część moich męskich pracowników. Wyobrażasz sobie pracującego Maćka, gdyby za szybą siedziała ładna kobieta?

– No nie. Pewnie gapiłby się na nią zamiast pracować i potajemnie się ślinił.

– Więc masz odpowiedź na pytanie, dlaczego nie zatrudniłem jeszcze nikogo do pomocy.

Porozmawiali jeszcze chwilę w podobnym tonie, kiedy nagle na podwórko z impetem zajechał samochód i wysiadł z niego wspomniany Maciek.

– A ten co? – Paweł popatrzył w tamtym kierunku. – Wstał dzisiaj z nadmiarem energii?

Jasiek się zaśmiał, ale kiedy Maciek wszedł do warsztatu, i jemu, i Pawłowi nie było już do śmiechu, bo szybko wyszło na jaw, że Maciek przyjechał kompletnie pijany. Dosłownie szedł slalomem, a powietrze od razu wypełnił zapach alkoholu.

– To chyba jakiś żart – wyrwało się Pawłowi na widok zalanego pracownika, który w dodatku przed chwilą prowadził samochód.

– O, chłopaki! – zawołał tymczasem Maciek i zamachał do nich ręką. Niestety, kiedy tylko to zrobił, z impetem poleciał na stojący nieopodal samochód.

Dobrze, że nie wpadł do kanału – pomyślał Paweł, ale to Jasiek rzucił się koledze na pomoc i przyprowadził go do Pawła.

– Szefuniu! – Maciek rzucił się, by go uściskać. – Jak dobrze, że jesteś.

– Chciałbym powiedzieć to samo, ale jakoś nie cieszę się dzisiaj na twój widok – wymamrotał Paweł pod nosem.

– Ale dlaczego? – zmartwił się Maciek.

– Piłeś. W dodatku przyjechałeś w tym stanie do pracy.

– Spokojnie. Po drodze nie było żadnych glin. Nie dostałem mandatu.

– Ale mogli trafić się na przykład jacyś przechodnie, których mógłbyś nie zauważyć. Czy tobie padło na łeb, Maciek? Co cię podkusiło, żeby prowadzić w tym stanie?

– Jak by to powiedzieć… – Maćkowi zaczął plątać się język. – Czasami w życiu nie ma się wyboru.

– Wyboru to ty mi nie dajesz. – Paweł popatrzył na niego surowo. – Zaraz poważnie zastanowię się nad tym, czy cię nie zwolnić.

– Zwolnić? Szefuniu, ale czemu? Przecież przyjechałem do pracy! I naprawdę nie przekraczałem dozwolonych prędkości! Słowo! – Maciek uniósł w górę dwa palce i znów się zatoczył.

Paweł odetchnął głęboko i popatrzył wymownie na Jaśka, który nadal podtrzymywał kolegę.

– Zaprowadź go na zaplecze i połóż na kanapie, żeby wytrzeźwiał – polecił. – W tym stanie nie ma sensu prowadzić z nim rozmowy. Może do piętnastej trochę wytrzeźwieje.

– Tak jest!

– Aha, i na wszelki wypadek zabierz mu kluczyki do samochodu. Jeszcze tego by brakowało, żeby wracając do domu, spowodował jakieś nieszczęście.

Jasiek odprowadził Maćka do pomieszczenia na zapleczu, Paweł zaś dopił kawę w nie najlepszym humorze. No pięknie! – pomyślał i zaczął się zastanawiać, dlaczego Maciek właściwie się upił. Do tej pory chłopak nie sprawiał problemów. Owszem, był trochę roztrzepany i czasami szybciej działał, niż myślał, przez co ktoś zawsze musiał patrzeć mu na ręce, ale poza tym był dobrym pracownikiem: punktualnym, uprzejmym dla klientów, posłusznym. Paweł nieraz słyszał od znajomych o wybrykach ich kolegów z pracy i szczerze się cieszył, że nie ma w swoim zespole takich przypadków. Czasami odnosił nawet wrażenie, że dla niektórych ludzi picie w pracy jest normą. Szczęśliwie do dziś sam tego nie doświadczał.

No, ale najwidoczniej zawsze kiedyś musi być ten pierwszy raz – stwierdził. Co za szczęście, że gdy Maciek jechał do pracy, nie wydarzyło się nic złego.

Paweł odstawił kubek na szafkę, a potem wziął skrzynkę z narzędziami potrzebnymi do wymiany hamulców i wyszedł z budynku. Mimo wczesnej pory na dworze już teraz było bardzo ciepło, ale mężczyźnie to nie przeszkadzało. Rozłożył na trawie zestaw kluczy, puścił z telefonu muzykę i wziął się do pracy. Miał nadzieję, że szybko się z tym upora. No i że Maciek szybko wytrzeźwieje, żeby mógł poznać powód tego jego dziwnego zachowania i być może jakoś temu zaradzić.

Daria

Daria jechała między polami i łąkami, przypominając sobie, dlaczego w przeszłości tak kochała wieś. Chociaż zboża jeszcze się nie złociły i dookoła ciągnęły się przede wszystkim pasy zieleni, widoki zapierały dech w piersiach. Dziewczyna wróciła pamięcią do chwil, gdy spacerowała beztrosko po łąkach w rodzinnych stronach i zrywała chabry, rumianki i maki. Nieopodal domu dziadków, kawałek za parkiem i rzeką, miała takie ulubione miejsce, w którym nie tylko rosły piękne drzewa, ale w spokojne wieczory można było również wypatrzyć zwierzęta: delikatne sarny o smukłych sylwetkach, szaraki, które kolorami stapiały się z tłem, przypominając kamienie, a raz czy dwa Daria dostrzegła nawet samotnego dzika, chociaż tych zwierząt akurat zawsze się bała, dlatego czym prędzej udawała się wtedy w drogę powrotną.

W Warszawie nie miała takich miejsc, o których mog­łaby powiedzieć, że są jej. Owszem, w niedzielne popołudnia chodziła czasem do Łazienek albo nad Wisłę, ale to nigdy nie było to samo. W mieście prędzej czy później zawsze wpadała na jakiegoś człowieka. Zresztą życie w stolicy w ogóle ją ostatnio męczyło. A najbardziej męczył ją Kamil.

Płaski teren Mazowsza migał jej za oknami, a ona znowu zamyśliła się nad swoimi problemami. Sprawa z Kamilem ostatnio ją przytłaczała i Daria czuła się tym bardzo zmęczona. A najbardziej doskwierała jej ta potworna samotność w związku, z którą niespodziewanie znowu musiała się zmagać. Sądziła, że te chwile minęły bezpowrotnie, ale najwidoczniej ktoś tam u góry miał inny pomysł na jej życie.

Wcale nie lepszy… – pomyślała i spojrzała przelotnie w niebo. Ciągle było tak samo błękitne i bezchmurne, odpowiedziała jej cisza.

Cisza, no tak… – przemknęło jej przez głowę i głoś­no westchnęła. Gdy Kamil przesiadywał w pracy, mog­ła wieczorami porozmawiać co najwyżej z kwiatami doniczkowymi.

Problem polegał na tym, że Kamil nie od początku był taki, przez co teraz po prostu brakowało jej tamtego chłopaka, w którym się zakochała. Gdy go poznała, będąc jeszcze na studiach, najchętniej by się z nią nie rozstawał. I chyba dlatego tak szybko ze sobą zamieszkali. Owszem, chodzenie na randki było wspaniałym etapem, ale to wspólne życie, w którym można obcować ze sobą przez większość dnia, zawsze najbardziej im się podobało. Oboje uwielbiali leniwe poranki, gdy mogli we dwoje wylegiwać się w łóżku, jedzone wspólnie śniadania, obiady na balkonie w ciepłe dni, a także długie wieczory, podczas których chodzili na spacery, oglądali filmy, a czasami po prostu znowu trafiali do łóżka. Kamil na początku związku zawsze dostrzegał i rozumiał jej potrzeby, wspierał ją w gorsze dni i rozśmieszał, kiedy oboje mieli ochotę na żarty. Co prawda nadal spotykali się z przyjaciółmi, każde ze swoimi, ale we dwoje stworzyli fajny, wspólny świat, który od początku był dla Darii idealnym połączeniem bezpieczeństwa i przyjemności.

Doceniała to ich małe życie, które urządzili sobie w Warszawie. Nade wszystko lubiła spać w za dużej koszulce swojego mężczyzny, wdychać zapach jego perfum, kiedy leżeli na kanapie, oglądając film. To, jak mówił do niej z miłością, i jego spojrzenie, z którego zawsze czytała, że jest dla niego centrum świata. On też był dla niej najważniejszy i właśnie dlatego go wspierała, gdy otwierał własną firmę, a potem gdy piął się ku górze w kolejnych etapach swojej kariery.

Jednak przez te wszystkie lata ani przez chwilę nie przyszło jej do głowy, że jego praca zacznie kiedyś tak negatywnie wpływać na ich związek. Daria sądziła, że Kamil, choć nie chciał brać ślubu, zawsze będzie ją stawiał ponad wszystko, że będzie dla niego ważniejsza od firmy. W pierwszych latach naprawdę nieźle mu szło zachowanie balansu między pracą a życiem domowym. Starał się wracać do domu o piętnastej i chociaż wieczorami włączał jeszcze czasami laptopa, zazwyczaj znajdował czas, żeby z nią porozmawiać, poprzytulać się czy wypić lampkę wina. Początkowo nigdy nie pracował w niedzielę; to był taki ich mały, prywatny dzień na odpoczynek. Często wsiadali do samochodu i urządzali sobie wycieczki za miasto albo spotykali się z przyjaciółmi w większym gronie.

Niestety, nagle to wszystko zaczęło się zmieniać. Kamil stopniowo wracał z pracy coraz później i nie miał dla Darii już czasu w niedzielę czy wieczorami. W pierwszej chwili obawiała się nawet, czy jej narzeczony nie wdał się w romans, ale gdy kilkakrotnie dobitnie powtórzył, że jest tak zajęty rozwojem firmy, że nie ma czasu na takie głupoty, odpuściła ten temat i więcej do niego nie wracali. Zresztą Daria nigdy nie znalazła żadnego konkretnego dowodu, który mógłby świadczyć o jego zdradzie. Żadnego śladu po szmince na kołnierzyku koszuli, żadnego zawieruszonego biletu do kina w kieszeni spodni, gdy opróżniała je przed praniem, nie było też żadnych niespodziewanych wyjść z domu, żeby w spokoju porozmawiać przez telefon, i podejrzanych esemesów w środku nocy. Wyglądało na to, że Kamil rzeczywiście skupiał się na pracy, chociaż ta myśl denerwowała Darię czasem znacznie bardziej od tej, że jej chłopak mógłby mieć kochankę. Wtedy przynajmniej miałaby konkretny powód, żeby od niego odejść. A tak co miała powiedzieć? Że partner zdradza ją z pracą? To brzmiało tak absurdalnie i niedorzecznie, że aż śmiesznie. Niestety, Kamil miał romans ze swoją firmą – taka była smutna prawda.

Zamyślona prowadziła samochód krętymi drogami i nawet nie zauważyła, że coraz bardziej zbliża się do celu. Dopiero kiedy za oknem mignął jej znak ze znajomą nazwą, uświadomiła sobie, że dotarła do rodzinnego miasteczka. Odruchowo wyprostowała plecy i zaczęła przyglądać się znajomym kątom. Minęła kilka domów, stojących przy drodze od lat, a potem kościół, szkołę, do której chodziła, i wjechała na małe rondo wokół parku, przy którym znajdowała się również siedziba Muzeum Małego Miasta. W nim można było zobaczyć, jak żyli kiedyś mieszkańcy miasteczka. Serce biło jej mocniej, kiedy patrzyła na te wszystkie pełne wspomnień miejsca, i momentalnie zalała ją fala pozytywnych emocji. Przypomniała sobie nagle, jak przesiadywała w parku z koleżankami po lekcjach albo jak dziadek zabierał ją na lody i jedli je czasem na schodkach muzeum. To był piękny czas i Daria zawsze wspominała swoje dzieciństwo z wielką przyjemnością. Gdy skręciła w boczną drogę prowadzącą nad rzekę, jej oczom ukazał się nieduży mostek, przez który musiała przejechać.

Dom Stefana mieścił się za wodą. Położony w sąsiedztwie wiekowego parku i zabytkowego pałacu był ledwie dostrzegalny z drogi i czasami gościom dziadków zdarzało się zabłądzić, gdy do nich jechali. Ukryty między drzewami i otoczony płotem stanowił prawdziwą bezpieczną, oddaloną od świata oazę, w której można było naprawdę się wyciszyć. Daria przejechała nad skrzącą się rzeką, a potem pod kołami samochodu zachrzęścił żwir. Dotarła w końcu do celu.

Zaparkowała przed bramą i wysiadła, zabrawszy kluczyki. Owiał ją przyjemnie ciepły, wilgotny wiatr, a płuca wypełniło świeże, pachnące lasem powietrze.

Jestem w domu – pomyślała, choć przecież od kilku lat jej miejsce było w Warszawie. Nic jednak nie mogła poradzić na to, że w głębi duszy nadal czuła się dziewczyną z prowincji, łaknącą tej małomiasteczkowej ciszy i wszechobecnego spokoju, mimo że całkiem dobrze odnajdywała się w mieście i doceniała związany z nim łatwy dostęp do atrakcji, takich jak galerie handlowe, supermarkety czy ulubione kawiarnie.

Rozprostowawszy kości, ruszyła na podwórko. Metalowa furtka zaskrzypiała, gdy dziewczyna naciskała klamkę. Daria kątem oka zerknęła na ogród. Na środku znajdował się wyjeżdżony plac pełniący rolę podjazdu i parkingu, ale dookoła niego rosło mnóstwo kwiatów i stały doniczki, które pamiętały jeszcze babcię Anielę. Pod płotem mieściła się też drewniana buda psa, który musiał hasać gdzieś na tyłach domu, bo nie przybiegł, żeby się przywitać.

Jak za dawnych lat – pomyślała i wtedy dostrzegła pośród kwiatów pochyloną kobietę.

– Ciocia Magda? – powiedziała.

Niewysoka, szczupła kobieta przed sześćdziesiątką oderwała się od podlewania kwiatów na rabacie i popatrzyła w kierunku gościa.

– Och, jesteś wreszcie! – zawołała radośnie i ruszyła ku siostrzenicy, by się przywitać.

Daria uściskała ciocię z czułością i popatrzyła na nią z uśmiechem.

– Tyle czasu się nie widziałyśmy!

– O tak, kopę lat. Za rzadko tu ostatnio do nas przyjeżdżasz.

– Ach, wiesz, jak to jest. – Daria odgarnęła włosy za ucho. – Praca, dom, obowiązki. Poza tym nie chciałam na dłużej zostawiać Kamila.

– Miłość nie lubi rozłąki, co?

– Niezbyt. – Dziewczyna wolała nie wchodzić w szczegóły.

– To dlaczego ten twój Kamilek nie spakował się i też nie przyjechał?

– Jest potrzebny swoim pracownikom na miejscu. Ja mam wolny zawód, więc mogę pracować gdziekolwiek. Poza tym mam sporo oszczędności i przez jakiś czas nie muszę brać zleceń. Ostatni sezon ślubny był dla mnie wyjątkowo łaskawy, więc w tym roku mogę zrobić sobie przerwę – powiedziała Daria. Od lat, podobnie jak Kamil, prowadziła własną działalność, pracowała jako fotograf.

– Ach, ci współcześni młodzi – westchnęła ciotka. – Tylko praca i praca. Kiedyś ludzie kładli większy nacisk na życie prywatne i moim zdaniem byli szczęśliwsi.

– Może i tak. Od tamtej pory życie się jednak trochę zmieniło.

– Niestety – odparła ciotka, która najwyraźniej nie chciała ciągnąć tego tematu, bo uśmiechnęła się i złapała Darię za rękę. – Ale cieszę się, że ty znalazłaś czas, żeby tutaj przyjechać i zaopiekować się dziadkiem. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczna za pomoc i jakie to dla mnie ważne – wyznała.

– Rodzina jest przecież od tego, żeby sobie pomagać, prawda?

– Och, żeby wszyscy mieli takie podejście! Ale nie będę biadolić. Co powiesz na zupę buraczkową? Ugotowałam specjalnie na twój przyjazd, bo pamiętałam, że lubisz, i uznałam, że po podróży pewnie będziesz głodna. Mogłybyśmy usiąść na tarasie za domem i przy okazji spokojnie porozmawiać.

– Zupa buraczkowa? W takim razie naprawdę żałuję, że nie przyjeżdżałam tu częściej.

Ciocia Magda się zaśmiała i razem ruszyły do domu. Prowadziły do niego wysokie schody, ponieważ pod częścią mieszkalną znajdowały się pomieszczenia gospodarcze i garaż. Daria przytrzymała się barierki, a potem weszła za ciotką do środka. W małym ganku mieściła się duża szafa na kurtki i buty, a za nim znajdował się korytarz prowadzący do kuchni, salonu oraz małego pokoiku dziadka.

– Tata na razie śpi. – Ciocia Magda odgadła niewyartykułowane pytanie Darii, gdy mijały ostatnie pomieszczenie i przeszły razem do kuchni. – Zazwyczaj przed obiadem ucina sobie drzemkę. Zresztą sama niedługo poznasz jego rytm dnia.

– Rozpisałaś mi, o jakich godzinach dziadek przyjmuje leki i które? – spytała Daria, bo kilka dni temu prosiła o to ciotkę.

– Tak, wszystko masz na kartce przypiętej do lodówki. Tutaj jest apteczka. – Magdalena pokazała jedną z szafek. – Wszystkie leki są w koszyczku, ale bez trudu się w nich połapiesz – zapewniła i zajęła się podgrzewaniem zupy.

– Też mam taką nadzieję.

– No, ale o ojcu będzie jeszcze czas porozmawiać. Na razie opowiadaj, co u ciebie słychać! Nie widziałyśmy się tyle miesięcy, jestem naprawdę ciekawa. Zwłaszcza że odkąd twoi rodzice wyjechali, twoja matka nie jest już taka skora do rozmów jak kiedyś.

Daria pomyślała o rodzicach, którzy jakiś czas temu wyemigrowali na Zachód i wracali tylko kilka razy w roku. Ona jednak zawsze tłumaczyła sobie, że nie pojechali tam odpoczywać, lecz ciężko pracować, i nie smuciła się z powodu rzadszych rozmów z matką.

– U mnie? – zastanowiła się na głos. – Właściwie to sama nie wiem, co ci powiedzieć. U mnie nic się nie zmienia – powiedziała i skrzyżowała ręce.

– Och, nie bądź taka oszczędna w słowach. Życie młodych zazwyczaj obfituje w wiele atrakcji.

– Czy ja wiem… Nadal robię zdjęcia, jestem z Kamilem, a popołudniami zajmuję się mieszkaniem i gotowaniem obiadów. Najbardziej szalone lata mojego życia już chyba minęły.

– Co ty mówisz? Przecież dopiero co przekroczyłaś trzydziestkę.

– No właśnie. Szalone lata studiów i trudnych wyborów życiowych za mną.

– Od kiedy jesteś taką pesymistką?

Daria westchnęła i znowu pomyślała o Kamilu. Gdy twój narzeczony prawie nie bywa w domu, to trudno o dobry nastrój, prawda? Nie chciała jednak obarczać ciotki swoimi problemami, więc zachowała tę refleksję dla siebie.

– Nie wiem, chyba po prostu jestem przepracowana – skłamała. – Robienie zdjęć nie jest niby ciężką pracą, ale i tak potrzebuję odpoczynku.

– To wyjaśnia, dlaczego tu przyjechałaś. Szczerze mówiąc, gdy twoja mama powiedziała mi, że postanowiłaś zająć się dziadkiem, w pierwszej chwili zaczęłam martwić się o ciebie.

– Mówisz poważnie?

– Młode dziewczyny chyba nie marzą o tym, żeby zostawić swoich mężczyzn, przenieść się do małego miasteczka i opiekować schorowanym staruszkiem.

– Ja też nie znam zbyt wiele takich osób.

– No widzisz? – Ciocia Magda posłała jej uśmiech i nalała zupę do talerza. – Na moim miejscu też byś się zmartwiła.

Daria nie odpowiedziała i przez słoneczny salon przeszły na taras, z którego rozpościerał się piękny widok na ogród i stary park. Ciotka postawiła talerz na stole i wręczyła siostrzenicy łyżkę.

– Smacznego.

– Dziękuję – powiedziała Daria, po czym usiadła. – A wracając do dziadka… Jak on się ostatnio czuje? Kiedy widział go lekarz?

– Och, miał wizytę u psychiatry w zeszłym miesiącu. Ale nie dowiedziałam się niczego nowego. Lekarz przedłużył tylko recepty. A dziadek… No cóż. – Ciotka też usiadła, założyła nogę na nogę i popatrzyła na parkowe drzewa, które choć w większości rosły za płotem, wydawały się niemal na wyciągnięcie ręki. – Nie jest najlepiej i przez większość czasu właściwie nie ma z nim żadnego kontaktu. Ma tylko przebłyski świadomości, ale nawet wtedy zazwyczaj bierze mnie za mamę i nazywa Anielą.

– Czyli mam się nie łudzić, że mnie rozpozna?

– Nie powinnaś. I pamiętaj, żeby zawsze zamykać bramę. Kilka tygodni temu znowu mi uciekł. Życzliwi ludzie znaleźli go w okolicach jego domu rodzinnego i szczęśliwie przywieźli tutaj.

– Będę mieć to na uwadze.

– Ale w domu raczej go nie zamykaj. Moim zdaniem jest spokojniejszy, kiedy chodzi po ogrodzie. Tylko uważaj, żeby się nie przegrzał. W ostatnie dni w słońcu było naprawdę gorąco.

Daria skinęła głową i automatycznie spojrzała w niebo. Dom znajdował się na małej polance i korony drzew nie każdą część podwórka osłaniały przed słońcem. Siedząc teraz na tarasie, wyraźnie czuła jednak na twarzy i przedramionach gorące promienie. Zanotowała w pamięci, by uważać na dziadka. Nie chciała, żeby na domiar złego dostał udaru.

Zapamiętała jeszcze kilka rad ciotki, a po obiedzie uznała, że czas się odświeżyć. Ciocia pokazała więc, gdzie znajdują się najpotrzebniejsze sprzęty i jakim kluczem otwierać który zamek, ale Daria widziała, że też jest zmęczona, więc nie zatrzymywała jej dłużej i około dwunastej odprowadziła ją do furtki.

– Gdybyś czegoś potrzebowała, to dzwoń do mnie śmiało – powiedziała ciocia Magda na odchodne.

– Tak zrobię – zapewniła Daria, a potem została sama z dziadkiem, który nadal ucinał sobie drzemkę. Postała jeszcze chwilę w ogrodzie. Zadarła głowę i wsłuchując się w szum przepływającej nieopodal rzeki oraz trele ptaków, wystawiła twarz ku słońcu.

Będzie dobrze – przemknęło jej przez myśl, kiedy oddychała świeżym, wilgotnym powietrzem. I chyba wcale nie chodziło w tej refleksji o to, że poradzi sobie w opiece nad dziadkiem, ale że w końcu poukłada sobie w głowie pewne rzeczy i odnajdzie szczęście. A przynajmniej taką miała nadzieję.

Paweł

Gdy Paweł kończył wymieniać olej w drugim samochodzie, z nieba lał się już żar i krople potu ciekły mężczyźnie już nie tylko po twarzy, ale i po plecach oraz ramionach. Zamknąwszy maskę samochodu, otarł czoło szmatką, a potem pozbierał narzędzia i ruszył do głównego budynku warsztatu. Gdy wszedł do środka, od razu owionęło go przyjemne, chłodne klimatyzowane powietrze, przez co pierwszy raz w tym roku zadał sobie pytanie, dlaczego, u licha, nie może przekonać się do tego, żeby pracować tu, w środku.

Chyba czas w końcu zmienić swoje głupie przyzwyczajenia, bo złe decyzje można przypłacić udarem – pomyślał. Odstawił skrzynkę z narzędziami do szafy, a potem poszedł do swojego gabinetu napić się wody. Wracając, natknął się na Jaśka, który również miał przerwę.

– Jak idzie z tym wałem korbowym? – zagadnął.

– Powoli – mruknął Jasiek i popatrzył na szefa, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– O co ci chodzi? Coś ze mną nie tak?

– Nie, to znaczy… Kiedy ostatnio przeglądałeś się w lustrze?

– Rano, a co?

– Nie chcę cię martwić, ale twoja twarz jest cała w smarze. Masz czarne smugi wzdłuż czoła i wygląda to tak, jakbyś planował grać w paintball i wymalował sobie jakieś wzory wojenne czy coś w tym rodzaju.

Paweł zmarszczył brwi.

– Cholera. Ta szmata, którą wytarłem się po pracy, musiała być brudna. Lepiej umyję się przed przyjazdem klientów.

– Moim zdaniem to całkiem dobry pomysł.

– A co z Maćkiem? – zapytał jeszcze Paweł, nim wyszedł. – Wytrzeźwiał nieco?

– Nie wiem. Nadal śpi na zapleczu.

– Kiedy do niego zaglądałeś?

– Jakąś godzinę temu, ale nie chciałem go budzić.

– W porządku. Może uda mi się z nim porozmawiać. Teraz skoczę do domu wziąć szybki prysznic. Tegoroczne lato coraz mniej sprzyja robotom na zewnątrz.

– Mogę przypilnować przybytku – zaproponował Jasiek.

– Dzięki. – Paweł posłał mu uśmiech. – Gdyby przyjechali klienci po auto, poproś ich, żeby poczekali w moim gabinecie.

– Tak jest! – Jasiek zasalutował.

Paweł wyszedł. Na zewnątrz znowu uderzyła go fala gorąca, ale myśl o prysznicu niosła mu ukojenie. Po wejściu do domu poszedł po czyste ubrania do sypialni, a potem od razu ruszył do łazienki i już po chwili chłodził się pod strumieniem wody. Ach, ależ to było przyjemne! Gdy nadeszła pora wychodzić, naprawdę żałował, że nie może spędzić w ten sposób reszty dnia.

Spryskawszy się antyperspirantem, włożył świeżą koszulkę i w spodenkach pod kolor poszedł jeszcze do kuchni po kawałek drożdżówki, którą dzień wcześniej podrzuciła mu matka. Napił się też wody i z mokrymi włosami wrócił do warsztatu z zamiarem rozmówienia się z Maćkiem, ale Jasiek nie miał dla niego dobrych wieści.

– Nie wiem, jak wyszedł z pokoju socjalnego, ale przed chwilą zobaczyłem, że idzie do swojego samochodu i odjeżdża – oznajmił. – Wybiegłem za nim, ale był już wtedy w bramie i nijak nie mogłem go zatrzymać.

Paweł odruchowo popatrzył w stronę drzwi.

– A to gad przebrzydły. Musiał wymknąć się przez okno. Nie słyszałeś żadnych hałasów?

– Pracowałem, więc w warsztacie było dość głośno. Poza tym gra radio i…

– Dobra, nie tłumacz się. Przecież to nie twoja wina. – Paweł wsunął ręce w kieszenie i znów ściągnął brwi, martwiąc się o pracownika. – Co dziś odbiło temu chłopakowi?

– A bo ja wiem?

– Nie skarżył się na nic ostatnio?

– Zapamiętałbym, gdyby mówił o jakichś problemach.

– Tym bardziej ta sprawa wydaje mi się dziwna…

– Ale chyba nie zamierzasz go zwolnić?

– Nie, oczywiście, że nie – zapewnił go Paweł. – To znaczy, nie od razu, najpierw muszę z nim porozmawiać i pewnie dam mu drugą szansę, ale na dłuższą metę nie zamierzam tutaj tolerować pijaństwa. Plotki szybko się rozchodzą, a nie chciałbym potem usłyszeć na mieście, że u Rzepeckiego alkoholicy reperują auta.

– Przecież Maciek pije sporadycznie.

– Ja i ty to wiemy, ale ludzie uwielbiają dopowiadać sobie pewne rzeczy i dokładać do pieca.

Jasiek spuścił wzrok.

– Co racja, to racja. Ale daj jeszcze szansę Maćkowi.

– Spokojnie. Załatwię tę sprawę jak trzeba. – Paweł dotknął jego ramienia, ale nie rozmawiali o tym dłużej, ponieważ w tym samym czasie na podwórko wjechało auto klientów i Paweł wyszedł do nich, żeby się przywitać.

Sprawa Maćka nurtowała go jednak aż do wieczora. Dlaczego, na Boga, ten chłopak uciekł przez okno i zwiał? Coś tu ewidentnie było nie tak. Zastanawiał się nad tym, robiąc kolację, kiedy dostrzegł na drodze mamę jadącą na rowerze. Od razu wyczuł, że zmierza do niego, więc wyszedł na dwór z kanapką i powitał mamę, czekając przed domem.

– O! – zdziwiła się na jego widok Jagoda i zeskoczyła z roweru.

– Cześć, mamo – odparł spokojnie. – Postanowiłaś zrobić sobie wieczorną wycieczkę?

– Coś w tym rodzaju. Przywiozłam ci jajka. – Kobieta oparła rower na stopce i wyjęła wytłaczankę z koszyka.

– Super, dziękuję, ale mogłaś zadzwonić, to sam bym po nie przyjechał. Nie musiałaś się fatygować.

– E tam, trochę ruchu każdemu się przyda. Muszę tylko napić się wody. Te ostatnie wieczory są takie gorące…

Paweł posłał jej uśmiech.

– Chodźmy do środka.

Jagoda podążyła za nim i po chwili siedziała przy kuchennym stole, popijając wodę, a syn stał nieopodal i opierał się o kuchenny blat, dojadając swoją kanapkę.

– Może też chcesz coś przekąsić? – Popatrzył na matkę.

Jagoda jednak pokręciła głową.

– Nie, dziękuję. Jadłam chwilę przed wyjazdem. Potem ojciec położył się przed telewizorem, więc pomyślałam, że zajrzę do ciebie i spytam, co słychać. Słyszałam, że masz ostatnio dużo pracy.

– Tak, nie narzekam na brak zleceń.

– Ale to dobrze, prawda? Super, że interes tak dobrze się kręci. Kto by pomyślał, gdy go otwierałeś, że to się wszystko tak rozwinie.

Paweł zerknął na mamę znacząco.

– Ja od początku miałem taką nadzieję. Ojciec raczej też, więc chyba tylko ty we mnie nie wierzyłaś.

– Oj, nie mów tak. Wspierałam cię, jak mogłam. Po prostu wiesz, jakie mam podejście do kredytów. Wolę trzymać się z dala od banków.

– Wiem, ale czasem trzeba w życiu zaryzykować, żeby móc potem otworzyć szampana.

– A skoro mowa o szampanie… – Jagoda spojrzała mu w oczy. – Słyszałeś, że policja zatrzymała dzisiaj tego Maćka, który u ciebie pracuje? Podobno jechał pijany. Zabrali go na dołek.

Paweł szczerze się zmartwił.

– O której to było?

– Jakoś po piętnastej. Zwinęli go na wylocie z miasta, więc musiał coś wypić po pracy.

Paweł zachował dla siebie wiadomość, że Maciek już od rana nie był trzeźwy. Kochał mamę, ale wiedział, że lubi plotkować, a ostatnie, czego chciał, to to, żeby ta wiadomość rozeszła się po miasteczku. Zamierzał jednak rozmówić się z Maćkiem. Niestety, coś mu mówiło, że chłopak raczej nie przyjedzie jutro do pracy.

Daria

Gdy Daria obudziła się po pierwszej nocy w nowym miejscu, przez okno wpadały już promienie słońca, a z podwórka dobiegały śpiewy ptaków oraz szczekanie psa. Wyspana, przeciągnęła się lekko w białej pościeli i otaksowała wzrokiem swój pokój.

Odkąd pamiętała, to gdy przyjeżdżała do dziadków, zawsze nocowała w tym miejscu. Białe ściany, łóżko z metalową ramą i stara drewniana szafa przypominały jej najlepsze czasy z dzieciństwa. Pokój był podłużny i niezbyt duży, ale miał jedną niezaprzeczalną zaletę – spory balkon, na który wychodziło się przez wielkie, przeszklone drzwi. Teraz przysłaniała je tiulowa firanka. Daria nie mog­ła odmówić sobie przyjemności wyjrzenia na zewnątrz i na boso przeszła po drewnianej podłodze. Poranny wietrzyk owiał jej rozgrzane ciało, ale dzień już teraz był tak ciepły, że z radością wyszła na chwilę i odetchnęła głęboko wiejskim powietrzem.

Ach, jak mi tego brakowało! – pomyślała, wyginając ciało ku słońcu. Nie rozkoszowała się tą chwilą za długo, ponieważ musiała przygotować śniadanie dla dziadka. Przebrała się więc w koszulkę i szorty, a potem odwiedziła łazienkę i pełna energii zeszła na dół.

Stefan siedział na ławce w korytarzu jeszcze w piżamie i pochylony wpatrywał się w podłogę.

– Dzień dobry, dziadku – rzuciła Daria, ale Stefan otaksował ją tylko nieobecnym spojrzeniem.

Nie poczuła ukłucia smutku albo złości. Już gdy jechała tutaj, zdawała sobie sprawę ze smutnych aspektów jego choroby i nie zamierzała starszego pana o nic obwiniać. Zmieniła jednak plany i zamiast pójść przygotować śniadanie, najpierw postanowiła dziadka umyć i przebrać. Dopiero gdy był czysty i pachnący, przygotowała dla niego kanapki, a dla siebie musli. Śniadanie zjedli na tarasie. Staruszek ciągle wpatrywał się w dal nieobecnym spojrzeniem, ale Daria mimo wszystko czuła się znacznie mniej samotna niż w swoim mieszkaniu. Uświadomiła też sobie, że to pierwsze jej śniadanie od długiego czasu, które je w towarzystwie żywego człowieka, a nie telefonu. To była miła odmiana. I – o dziwo – wcale nie tęskniła za swoim mieszkaniem. Ani za Kamilem, choć przez chwilę przemknęła jej przez głowę refleksja, żeby do niego zadzwonić. Uświadomiła sobie jednak, że narzeczony na pewno jest już w pracy i jakieś arcyważne zadania odciągają go od tęsknoty za ukochaną.

Ale czy oni w ogóle jeszcze się kochali