Zawalcz o mnie (t.2) - Corinne Michaels - ebook + audiobook
BESTSELLER

Zawalcz o mnie (t.2) ebook i audiobook

Corinne Michaels

4,5

198 osób interesuje się tą książką

Opis

„Zakochałem się w Sydney Hastings, kiedy miałem dziesięć lat.

Kiedy mieliśmy po szesnaście lat, przyrzekliśmy sobie być razem na zawsze.

Kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, złamałem wszystkie dane jej obietnice.

Zostawiłem ją i przyrzekłem sobie, że nigdy nie wrócę w rodzinne strony.

Po śmierci ojca muszę przyjechać do Sugarloaf na pół roku.

Zobaczę ją znowu. Już nie tylko w moich wspomnieniach.

Kiedy jesteśmy razem, czuję, jakby czas stanął w miejscu.

Ciągle jej pragnę, ale na nią nie zasługuję.

Zamiast przepraszać, biorę ją w ramiona.

A potem to ona mnie zostawia.

Teraz muszę walczyć. Dla niej. Dla nas. O życie, którego oboje pragniemy…”

"Zawalcz o mnie" to druga część najnowszej serii romansów zatytułowanej "The Arrowood Brothers". Bohaterami tej czteroczęściowej opowieści są bracia Connor, Declan, Sean i Jacob Arrowoodowie. Po śmierci znienawidzonego ojca wracają w rodzinne strony, by wypełnić jego ostatnią wolę. Każdego z nich czeka konfrontacja z przeszłością i własnymi uczuciami. Każdy musi podjąć decyzję, która radykalnie odmieni jego życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 294

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 51 min

Lektor: Corinne Michaels

Sortuj według:
wieczorkowna

Nie oderwiesz się od lektury

Kiedy zaczniesz czytać książki Corinne przepadasz i chcesz więcej. Tak było w moim przypadku. Uwielbiam styl pisania Autorki i bohaterów oraz w jaki sposób kreuje ich relacje. Czekam na kolejną część bo znając twórczość Autorki wiem że warto. Polecam Wam bardzo tę serię.
30
mirelka20

Z braku laku…

Szczerze spodziewałam się czegoś znacznie lepszego i mam nadzieje że następne 2 części nie pozostawią po sobie niedosytu jak ta część.
00
AldonaKlapa

Dobrze spędzony czas

Dużo emocji,dobrze się czyta.Leją się łzy. Czekam niecierpliwie na kolejną część.Polecam😊
00
zaza22

Dobrze spędzony czas

Książka świetna, ale trzeba przygotować paczkę chusteczek.
00
Anka57A

Z braku laku…

po pierwszej częsci spodziewałam się czegoś lepszego. Pierwsza połowa strasznie się dłuży, w pewnym momencie miałam ochotę odłożyć, ale , że zawsze czytam do końca to i ją doczytałam
00

Popularność




Seria

THE ARROWOOD BROTHERS

Wróć do mnie

Zawalcz o mnie

On jest dla mnie

Zostań dla mnie

Tytuł oryginału: Fight for Me

Projekt okładki: Sommer Stein, Perfect Pear Creative

Adaptacja okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Beata Kozieł

Fotografia wykorzystana na okładce© Brian Kaminski

Copyright © 2020. FIGHT FOR ME by Corinne Michaels All right reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2021

© for the Polish translation by Dorota Stadnik

ISBN 978-83-287-1645-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2021

fragment

Natashy Madison – jesteś nieoceniona, serio

1

Osiem lat wcześniej

Cholera, i co teraz? – Jacob spogląda na mnie wyczekująco.

– Nie wiem – mówię wpatrzony we wrak.

Serce mi łomocze. Mam wrażenie, że oglądam film, a nie koszmarną rzeczywistość.

– Musi za to zapłacić – odzywa się Connor. Nie może opanować drżenia rąk.

Żaden z nas nie przypuszczał, że ten wieczór tak się potoczy. Zapowiadało się uroczyście i wesoło. Nareszcie we czterech byliśmy o krok, żeby wyrwać się z tej dziury, uciec daleko od zapijaczonego i agresywnego ojca.

I w końcu miałem się oświadczyć Sydney.

Oddycham tylko dla niej. Tylko ona się liczy. A teraz muszę pozwolić jej odejść. Jedna chwila odebrała mi wszystko. Auto wpada do rowu – zgrzyt metalu, zapach śmierci. Ciągle odtwarzam w pamięci tę scenę.

Nie zostaniemy na poboczu – to nie wchodzi w grę. Moi bracia poniosą konsekwencje jego win. Nie mogę do tego dopuścić.

– Jedziemy.

Trzy pary oczu spoglądają na mnie pełne niedowierzania.

– I tak ich tu zostawimy? – krzyczy Connor, wskazując rozbite auto.

– Nie mamy wyjścia. Nie możemy zostać. Nie my prowadziliśmy, ale tak to wygląda! – wrzeszczę. Łapię najmłodszego brata za ramiona. – Wrócimy. Zmusimy go, żeby się przyznał. Jutro.

– Nie. – Connor kręci głową. Z nas czterech to on ma największe serce. – Nie porzucimy tych ludzi. Co z tego, że żaden z nas nie siedział za kierownicą.

Jacob dotyka jego ramienia.

– Posłuchajmy Declana.

Sean patrzy na mnie. W jego oczach pojawia się błysk. Brat zaczyna sobie uświadamiać, co to wszystko oznacza.

– To mój samochód…

– Wiem, dlatego musimy się stąd zwijać. Potrącił ich twój samochód.

Wydaje się, że do Connora w końcu dociera sens moich słów. Kiedy doszło do wypadku, auto Seana prowadził nasz ojciec. Do kogo poprowadzi trop? Oczywiście, że do Seana.

– Dec… – Głos Seana drży. – Nie zostawiajmy ich.

Kiwam głową.

– Zgoda. Pojedziemy do domu i zagrozimy mu, że go wydamy. On musi za to zapłacić. Ale nie możemy tu tkwić.

Czuję ucisk w żołądku. Wszystko poszło źle. Ojciec był pijany, wszczął bójkę z Connorem, a że mój brat nie jest już dzieckiem, to go usadził. Nawet jeśli ojciec będzie chciał zaatakować synów, nie zrobi tego przy mnie. Nie żeby Sean i Jacob nie umieli sami się bronić, ale ojciec wie, że go zajebię, jeśli jeszcze raz tknie któregoś z nas.

W tym momencie jednak czuję się tak jak wtedy, gdy pobił mnie pierwszy raz. Paraliżuje mnie fakt, że człowiek, który mnie spłodził, jest potworem.

Spoglądam na auto leżące kołami do góry, smugę dymu wydobywającą się z podwozia i walczę z atakiem mdłości.

Jedna chwila zmieniła całe moje życie.

– Jedźmy – mówi Jacob i ciągnie Connora do samochodu.

– Tak nie można! – Connor wyrywa mu się i rusza w stronę wraku.

Czuję to samo, ale muszę chronić braci.

– Nic nie poradzimy, Connor. Oni nie żyją. To było auto Seana. Nie wiemy, czy ojciec dotarł do domu. Cholera, musimy za nim jechać! A jeśli jest ranny? Obiecałem mamie. Musimy…

Connor się waha. Mnie dławi poczucie winy. Tego wszystkiego dałoby się uniknąć, gdybyśmy schowali kluczyki tak jak zawsze, ale minęły prawie cztery lata od mojego wyjazdu z Sugarloaf. Byłem nieostrożny. Wszyscy byliśmy nieostrożni.

Powinienem przewidzieć, że ojciec weźmie auto. Jestem najstarszy. To ja zawsze broniłem braci, a teraz ich zawiodłem.

Nigdy nie pozwolę, żeby którykolwiek z nich cierpiał z powodu mojej głupoty.

Po kilku sekundach wszyscy wsiadamy do samochodu. Milczymy. Bo co można powiedzieć? Myślę o tych, których tam zostawiliśmy. Czy mieli dzieci? Czy byli dobrzy? Jakich ludzi mój ojciec zabrał z tego świata?

Do domu wchodzimy posępni i niepewni. Ojciec śpi kamiennym snem na kanapie, tak jakby wcale nie zabił dwóch osób. Z wściekłości wymierzam mu kopniaka i mam w dupie jego reakcję, ale on bełkocze coś pod nosem i znowu zapada w sen.

– Co teraz?

– Zaczekamy, aż się obudzi, potem wyślemy drania za kratki.

Rano wstaję pierwszy.

Jestem niespokojny. Wychodzę z domu i idę do samochodów. Chcę sprawdzić, czy zdarzenia ostatniej nocy przypadkiem nie były snem.

Na zderzaku auta Seana widzę wgniecenie i zarysowania. Na czerwonym lakierze są niebieskie smugi. Zderzak ledwo się trzyma. Zamykam oczy. To nie sen. Znów wkurzam się, bo nie wiem, czy zdołam uprzątnąć ten cały syf.

Myślę o mamie i o tym, jakie przeżyłaby rozczarowanie. Była aniołem, którego los odebrał nam za wcześnie. Z całkowitym oddaniem otaczała nas ciepłem i bezbrzeżną miłością. Po jej odejściu byliśmy zdani wyłącznie na siebie, a jestem tu tylko z powodu jej ostatniej woli. Coś obiecałem mamie, kiedy umierała. Przyrzekłem, że będę chronić braci, dopilnuję, żeby nic złego im się nie stało. Dałem jej słowo. I co teraz?

Klękam i oglądam zniszczenia z bliska. Modlę się w duchu, żeby człowiek, który zawsze myślał tylko o sobie, ten jeden raz zrobił to, co należy.

Wtedy słyszę za sobą szelest.

– Dec? – głos Connora jest cichy, ale w spokoju i bezruchu poranka brzmi niemal jak krzyk.

Patrzy na mnie pytająco.

– To się wydarzyło naprawdę – mówi Jacob.

– Tak. – Bardzo bym chciał, żeby było inaczej, ale tu mamy dowód.

W drzwiach staje Sean, po chwili robi kilka kroków w naszą stronę. Z poszarzałą twarzą wygląda tak, jakby w nocy przybyło mu lat.

– Nie mogę patrzeć na ten wóz – cedzi.

Z domu wytacza się ojciec, przeciągając dłonią po twarzy. Wpada na Seana i prostuje się gwałtownie.

– Co robicie, głupki? – bełkocze.

– Pamiętasz cokolwiek z wczorajszego wieczoru? – pytam. Zmuszam się, żeby na niego spojrzeć. W niczym nie przypomina człowieka, który mnie wychował. Jest oszustem, pijakiem, agresywnym fiutem, który na nas wyładowuje swoją złość. – Musisz się przyznać. – Ton mojego głosu nie pozostawia miejsca na polemikę. – Zeszłej nocy zabiłeś dwoje ludzi i naraziłeś swoich synów na niebezpieczeństwo. Znowu. Nie będę cię więcej krył. Koniec.

Ojciec wychyla się i spogląda na auto, potem na nas. Jesteśmy gotowi stawić mu czoło, choćby nie wiem co.

– Ani mi się śni.

– Ty parszywa kupo gówna! – wrzeszczy Sean i rusza w stronę ojca. Łapię brata za ramię, zatrzymuję go w miejscu. – Zniszczyłeś wszystkim życie! Mnie, im! Dość! Musisz się przyznać!

Sean zawsze był najspokojniejszy z nas, mama nazywała go swoim „słodkim chłopcem”. Ma czułe serce, więc na widok jego furii odejmuje nam mowę.

Ojciec robi krok naprzód. Wypina pierś i wyrzuca z siebie:

– Doniesiesz na mnie, szczeniaku? To twój samochód jest poharatany. To wy czterej urządziliście sobie wczoraj przejażdżkę, nie? W miasteczku na pewno wszyscy wiedzą, że bracia Arrowoodowie wrócili, a furgonetka robi mnóstwo hałasu. Myślisz, że nikt was nie słyszał?

Narasta we mnie taki gniew, jakiego wcześniej nie znałem.

– Ty prowadziłeś.

Na jego twarzy pojawia się diabelski uśmieszek.

– O tym nie wie nikt, synu.

– Nie jestem twoim synem.

– Pomyślcie, jak to wygląda. Wróciliście do domu. Auto Seana jest uszkodzone, a wy mówicie, że dwoje ludzi nie żyje…

Connor zaczyna ciężko dyszeć. Widzę, jak zaciska pięści.

– Jesteś odrażający.

– Może i tak, ale to wy wpakowaliście się w kłopoty. Na twoim miejscu trzymałbym gębę na kłódkę, żeby nie posłać brata za kratki. Poza tym przestępcy nie przyjmą do armii. – Odwraca się i patrzy na Seana. – Szkoda byłoby stracić stypendium, co? – Posyła mi znaczący uśmieszek i wraca do domu.

Stoimy jak zamurowani.

– Nie może tego zrobić! – krzyczy Jacob. – Nie może zwalić winy na nas.

Patrzą na mnie pytająco. Wzruszam ramionami. Po ojcu spodziewam się najgorszego.

– Nie wiem.

– Nie mogę iść do więzienia, Dec – wykrztusza z siebie Sean.

Jasne. Ma przed sobą życie. Wszyscy mamy, i to daleko stąd. Nie mogę też zrobić tego Sydney. Nie obciążę jej prawdą o zdarzeniach zeszłej nocy i nie zniszczę jej planów na przyszłość. Jakie miałaby ze mną życie, gdyby ojciec spełnił swoją groźbę? Jak poszłaby na studia prawnicze jako żona człowieka, który zostawił dwoje martwych ludzi na poboczu?

A jeśli nie mogę mieć jej, nie będzie żadnej innej.

Jest tylko jedno wyjście: przysięga złożona trzem osobom, których życie liczy się bardziej niż moje własne.

– Przysięgnijmy coś sobie. – Wyciągam rękę w oczekiwaniu, że bracia utworzą krąg i splotą dłonie. – Dajmy słowo, że nigdy nie staniemy się tacy jak on. Będziemy chronić to, co kochamy, nie ożenimy się i nie będziemy mieć dzieci, zgoda?

To oznacza, że porzucę Syd, że zrujnuję swoje marzenia, ale tylko tak mogę ją ochronić. Znajdzie sobie innego – lepszego ode mnie – i będzie szczęśliwa. Musi być szczęśliwa.

Sean skwapliwie kiwa głową.

– Tak. I nigdy się nie zakochamy, bo możemy być tacy jak on.

– I nie podniesiemy pięści w gniewie. Tylko w samoobronie – dopowiada Jacob.

Connor ściska mi nadgarstek jak w imadle. Oczy płoną mu złością, gdy mówi:

– Nigdy nie będziemy mieć dzieci i nigdy tu nie wrócimy.

Potrząsamy dłońmi jak na komendę. Bracia Arrowoodowie nie łamią obietnic.

Kilka godzin później wprowadzamy uszkodzoną furgonetkę do opuszczonej stodoły w głębi farmy. Jesteśmy załamani. Jacob, Sean i ja wyjeżdżamy następnego dnia, ale Connor ma obóz dla rekrutów dopiero za kilka tygodni.

– Dec? – Sean łapie mnie za ramię, gdy go mijam.

– Tak?

– Wiesz, że nie musisz tego robić?

– Czego?

Wzdycha i odgarnia włosy.

– Łamać jej serca. Wiem, co mówiliśmy, i dla nas trzech to ma sens, ale… chyba nas pojebało. Ty kochasz Sydney.

Kocham. Najbardziej na świecie. Tak bardzo, żeby pozwolić jej odejść. Dać szansę na lepsze życie, niż miałaby ze mną. Złamanie jej serca to największy dar, jaki mogę tej dziewczynie ofiarować.

– Nie pociągnę jej na dno. Ze mną nie ma przyszłości, poza tym ja dotrzymuję słowa. – Serce mi krwawi na samą myśl, ale muszę być silny. – Jeśli z nią zostanę, utkniemy w tym mieście na zawsze. Nie zrobię tego. Muszę wyjechać, zacząć nowe życie i dać jej szansę na to samo.

Sean ściska palcami nasadę nosa.

– Ona nie pozwoli ci odejść.

Kręcę głową i wydaję z siebie ciężkie westchnienie.

– Nie ma wyboru.

Odchodzę, bo już nic więcej nie można powiedzieć. Pozostały mi tylko ból i udręka – konsekwencje podjętej decyzji. Muszę tego oszczędzić Sydney. Odtąd będę trzymać się wersji, że postępuję właściwie. Bez względu na to, ile mnie to kosztuje.

Kiedy wszyscy już śpią, wychodzę z domu i idę przez pola. Trafiłbym do Sydney nawet z zamkniętymi oczami. To ona sprawiała, że zawsze szedłem naprzód. Spotkaliśmy się jako dzieci, oboje mieliśmy okropnych ojców, ale odnaleźliśmy w sobie bliskość, której istnienia nawet nie podejrzewałem. I teraz muszę z nią zerwać.

Docieram do ich skromnego domu, wspinam się na dąb, skąd mam blisko do jej okna, i pukam w szybę cztery razy.

Po kilku minutach dolna część framugi unosi się, a ja wreszcie odzyskuję oddech.

Długie jasne włosy Sydney są splecione w warkocz. Może już spała, ale oczy ma promienne i pełne życia.

– Co się stało? – pyta.

– Dziś w nocy wracam do Nowego Jorku.

– Myślałam, że zostaniesz na resztę lata. – W każdym jej słowie słyszę rozczarowanie.

Muszę pozwolić jej odejść. Za bardzo ją kocham, żeby pociągnąć za sobą.

– Nie mogę zostać.

Wzdycha.

– Idź do stodoły. Zaraz do ciebie przyjdę. Nie chcę obudzić matki.

Nie czekając na moją odpowiedź, zamyka okno. Nie daje mi wyboru. Mogę albo zejść z drzewa i odejść bez pożegnania, czym pogrążę się jeszcze bardziej, albo zrobić co każe i zakomunikować jej, że między nami koniec.

Kiedy dotykam stopami ziemi, Sydney już tam stoi. W mojej sportowej kurtce i dresowych spodniach.

Nigdy nie wyglądała piękniej.

Robię krok w jej stronę.

– Czemu wyjeżdżasz, Dec?

Odgarniam niesforny kosmyk, który wysunął się z warkocza. Nigdy więcej nie dotknę jej twarzy. Nigdy więcej nie zobaczę jej uśmiechu i nie wezmę jej w ramiona, ale zachowam w pamięci to, co razem przeżyliśmy.

– Muszę.

– Tata?

Przytakuję.

– Chodzi o to, Syd, że nie wrócę.

Otwiera usta i gwałtownie wciąga powietrze.

– Co?

– Mam dość tego miejsca. To całe małomiasteczkowe życie… Nie zniosę tego dłużej.

Sydney mruga kilka razy i łapie się za brzuch.

– A twoje obietnice? Co z przysięgą, że nigdy mnie nie zostawisz? Wiesz, że na razie się stąd nie wyrwę. Mama i siostra mnie potrzebują. Zresztą kocham Sugarloaf.

– A ja kocham Nowy Jork.

– A mnie?

Bardziej niż kogokolwiek innego. Bardziej, niż umiem to wyrazić.

– Za mało, żeby zostać.

Widzę ból na jej twarzy, gdy odsuwa się ode mnie.

– Za… mało? – Mruży oczy. – Co jest grane, Declan? To nie my. To nie ty. Ty mnie kochasz. Wiem, że tak jest! – Przysuwa się, łapie mnie za nadgarstek i kładzie moją dłoń na swojej piersi. – Czuję to tutaj. Znam cię lepiej niż ktokolwiek inny. Nie kłam.

Trzeba to zakończyć jak najszybciej. Muszę ją chronić przed skutkami tego, co zrobił mój ojciec. Przysiągłem opiekować się braćmi, a to oznacza dwa złamane serca – jej i moje.

– Nie znasz mnie! – prawie ryczę. – Ty i ja… dobrze się bawiliśmy, ale mam już dość. Oszukiwaliśmy samych siebie, myśląc, że uda się utrzymać związek na odległość. Poza tym nawet nie skończyliśmy jeszcze college’u. Obietnice czasem się łamie, a ja już nie dam rady tego ciągnąć. Chcesz tu zostać? W porządku. Ale ja, póki żyję, nie spędzę ani jednej nocy więcej w tej przeklętej dziurze.

Sydney kiwa głową. To do niej niepodobne. Ona łatwo się nie poddaje. Kiedy napotykam spojrzenie jej niebieskich oczu, widzę w nich ogień.

– Rozumiem. Czyli do diabła ze mną, tak? Chrzanić to, że kochałam cię przez siedem lat? Nie liczy się, że na ciebie czekałam? Że byłam tu, kiedy tylko mnie potrzebowałeś? Tak mało dla ciebie znaczę, Declan?

Ona jest całym moim światem, ale nie mogę jej tego powiedzieć.

– Nie zależy mi na tobie w taki sposób, Syd. Udawałem przez jakiś czas. Ale nie zamierzam się żenić. Ani mieć dzieci. Nigdy nie będę cię kochać tak, jak tego oczekujesz.

Otwiera usta i trąca mnie w pierś. Mocno.

– Wal się! Niech cię szlag! Oddałam ci wszystko, a ty tak mi się odpłacasz? Dobra. Jedź. Jedź i kochaj swoje wielkomiejskie życie. Uciekaj od wszystkiego, co sobie przyrzekliśmy. Będziesz samotny i smutny. I wiesz co? Zasługujesz na to. Nienawidzę cię! Jesteś równie podły jak mój ojciec i tyle samo wart.

Potem odwraca się na pięcie i pędzi przed siebie, a ja stoję jak wryty, nienawidząc siebie samego bardziej, niż Sydney kiedykolwiek zdołałaby mnie nienawidzić.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz