Żar mrozu - Patricia Briggs - ebook + książka

Żar mrozu ebook

Patricia Briggs

4,5

Opis

Mercy Thompson powraca w siódmej powieści bestselerowej serii z listy New York Times'a.

W życiu Mercy Thompson zaszła zmiana na miarę przesunięcia tektonicznego. Na szczęście wychodząc za Adama Hauptmana, charyzmatycznego Alfę lokalnej watahy wilkołaków, stała się macochą jego córki, Jesse, a relacja ta zapewniała jej chwile błogiej zwyczajności w całym tym szaleństwie. Jednakże w życiu na pograniczu świata ludzkiego, coś, co normalnie byłoby niefortunnym zdarzeniem, może zmienić się w coś znacznie więcej...

Po wypadku w korku, ani Mercy ani Jesse nie mogą skontaktować się z Adamem, ani też innym członkiem stada. Wszyscy zostali porwani.

Poprzez więź krwi Mercy czuje tylko, że Adam jest zły i cierpi. Podejrzewa, że zniknięcie może być związane z batalią polityczną, jaką prowadza wilkołaki, by zdobyć przychylność społeczeństwa i że Adam oraz wataha mogą znajdować się w poważnym niebezpieczeństwie. Pozbawiona wsparcia stada, osamotniona Mercy będzie musiała szukać pomocy wszędzie, nawet tam, gdzie jej uzyskanie wydaje się całkiem nieprawdopodobne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 430

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Seria z Mercedes Thompson:

Zew księżycaWięzy krwiPocałunek żelazaZnak kościZrodzony ze SrebraPiętno rzekiŻar mrozuNight Broken

Mike’owi,

Rozdział 1

Trzeba było jechać vanem – stwierdziła moja pasierbica. Mówiła normalnym tonem, ale minę miała jeszcze niewyraźną.

– Trzeba było w ogóle nie jechać – mruknęłam, dopychając klapę bagażnika. Jak na tak mały samochód, Królik miał spory bagażnik, a byłyśmy w sklepie zaledwie dwadzieścia minut. Często robię zakupy w Walmarcie, ale w życiu tyle nie kupiłam. A wyszłyśmy jeszcze przed ogłoszeniem okazji o północy. I mimo to nakupiłyśmy masę różności. W dodatku większość wcale nie była w promocji. Kto tak robi?

– Och, daj spokój – prychnęła z wymuszoną wesołością. – Jest czarny piątek. Wszyscy chodzą na zakupy w czarny piątek.

Podniosłam głowę znad opornej klapy mojego biednego, przeładowanego samochodu i rozejrzałam się po parkingu marketu budowlanego.

– Nie da się ukryć – wymamrotałam.

Market nie był co prawda czynny nocą w czarny piątek, ale miał ogromny parking, z którego skorzystały tłumy klientów Walmartu. Na tamtejszy parking nie wcisnąłby się nawet rower. Nie sądziłam, że w Tri-Cities mieszka tyle ludzi – a przecież był to tylko jeden z trzech Walmartów w mieście, i to ten, który naszym zdaniem miał być najmniej oblężony.

– Może podjedziemy teraz do Targetu? – zastanowiła się Jesse, przyprawiając mnie o lodowaty dreszcz. – Mają w promocji nowy „Łup straszliwego pirata IV – gorące skarby”, za pół ceny, dzisiaj o północy premiera. Krążyły plotki, że są problemy z produkcją, a to oznacza, że gra przed świętami normalnie będzie nie do zdobycia.

„Łup straszliwego pirata III – saczki i złote gorsety”, lepiej znany jako ŁSPTSIZG – nie żartuję, jeśli ktoś nie potrafił wypowiedzieć skrótu literowego bez przerwy i zająknięcia dziesięć razy z rzędu, nie był Prawdziwym Graczem – to ulubiona gra watahy. Dwa razy w miesiącu znosili do sali konferencyjnej laptopy i monitory, a potem grali do rana. Groźne, okrutne wilkołaki grające przez Internet w grę o piratach stanowiły niezły widok. Aż dziw, że podczas rozgrywek trup nie słał się gęsto. Na razie.

– I te plotki o trudnej dostępności wyciekły do prasy akurat w czarny piątek? – zapytałam z przekąsem.

Uśmiech na zaróżowionej od zimnego listopadowego wiatru twarzy nie był już tak wymuszony jak przez ostatnie parę godzin, odkąd matka Jesse zadzwoniła podczas kolacji świętodziękczynnej i odwołała plany na Boże Narodzenie.

– Jesteś cyniczna. Za dużo przebywasz z tatą.

Tak więc w pogoni za łupem piratów przejechałyśmy na drugą stronę ulicy, gdzie znajdował się Target. Parking tego sklepu przypominał ten walmartowy, jednakże Target, w przeciwieństwie do Walmartu, nie był otwarty przez cały czas. Przed drzwiami stała długa kolejka czekająca na otwarcie o północy, co, według mojego zegarka, miało nastąpić za dwie minuty. Ogonek ciągnął się od wejścia do Targetu, zakręcał wokół magazynu obuwniczego i ogromnego sklepu zoologicznego i znikał za rogiem pasażu handlowego, rozpływając się w ciemnościach.

– Jeszcze nie otworzyli. – Nie miałam ochoty iść tam, gdzie kończyła się kolejka. Zastanawiałam się, czy tak właśnie czuli się żołnierze, którzy podczas wojny secesyjnej wyglądali zza szańców i widzieli zdeterminowane, gotowe do walki oddziały przeciwników. Szereg przed sklepem ciągnął za sobą wózki dziecięce zamiast dział, ale dla mnie wyglądał równie groźnie.

Jesse parsknęła śmiechem na widok mojej miny.

Pokiwałam na nią palcem.

– Natychmiast proszę przestać, panienko. To twoja wina.

Zamrugała niewinnie.

– Moja? Ja tylko powiedziałam, że fajnie byłoby wyskoczyć z domu i rozejrzeć się po czarnopiątkowych wyprzedażach.

Uznałam, że to dobry pomysł na przekierowanie jej myśli ze szlaku wybrukowanego złamanymi obietnicami matki. Nie zdawałam sobie sprawy, że zakupy w czarny piątek (praktycznie rzecz biorąc, czwartek, według mojego zegarka jeszcze przez minutę) przypominają bitwę w deszczu granatów. I tak bym to zrobiła – kochałam Jesse, a moja mała dywersja zaczynała działać – ale dobrze byłoby wcześniej wiedzieć, na co się porywam.

Jadąc powoli w kolumnie samochodów również szukających miejsca do zaparkowania, zbliżyłyśmy się do wejścia, pod którym kłębił się gotowy do szturmu tłum łowców promocji. Wewnątrz sklepu młody chłopak, odziany w żałośnie adekwatną czerwoną koszulkę Targetu, podchodził powoli do zamkniętych drzwi, jedynej bariery dzielącej go od żądnej zakupów hordy.

– On tego nie przeżyje – stwierdziła Jesse nieco zatroskana.

Chłopak wyciągnął rękę, by przekręcić klucz w zamku, a kolejka zaczęła falować niczym noworoczny chiński smok.

– Nie chciałabym być na jego miejscu – zgodziłam się, obserwując, jak chłopak, wykonawszy swą misję, rzuca się do odwrotu i biegnie w głąb sklepu, ścigany przez oszalały tłum śliniących się zakupomaniaków. – Nie ma mowy, żebym tam weszła – oświadczyłam stanowczo, widząc, jak jedna staruszka grzmoci łokciem drugą, która chciała się przed nią przepchnąć.

– Zawsze możemy iść do centrum... – zasugerowała Jesse po chwili.

– Do centrum? – Aż uniosłam brwi ze zdumienia. – Chcesz iść do centrum? – W Tri-Cities jest masa pasaży handlowych i magazynów outletowych, ale jeśli ktoś mówi „centrum”, ma na myśli ogromne centrum handlowe w Kennewick. To, do którego w Czarny Piątek wszyscy idą w pierwszej kolejności.

– Przestań, Mercy, mówię poważnie – roześmiała się Jesse. – Mają te wielkie roboty kuchenne na wyprzedaży, tańsze o stówę. Darrylowy się zepsuł, kiedy robiliśmy w nim ze znajomymi brownie. Zarobiłam trochę jako opiekunka do dzieci, ale wystarczy mi pieniędzy tylko wtedy, kiedy dostanę robota w tej cenie, a chcę go odkupić przed świętami. Jeśli mi się uda, uznam ten eksperyment za udany i możemy wracać. – Spojrzała na mnie smutno. – Naprawdę, Mercy, nic mi nie jest. Znam matkę, spodziewałam się, że wszystko odwoła. Zresztą święta z tobą i tatą będą fajniejsze.

– Cóż, skoro tak, to może po prostu dam ci tę brakującą stówkę i nie będziemy musiały iść do centrum.

Pokręciła przecząco głową.

– Nie da rady. Jesteś nowa w rodzinie, więc nie znasz jeszcze wszystkich zasad. Jeśli zepsuje się czyjąś zabawkę, trzeba za nią zapłacić z własnej kieszeni. Jedziemy do centrum.

Z ciężkim westchnieniem wyjechałam z parkingowego deszczu pod Targetem i skierowałam się pod rynnę Centrum Handlowego Kolumbia.

– A więc do boju. Na pohybel hurmom mamusiek i starym jędzom. Po zwycięstwo!

Skinęła energicznie, unosząc wyimaginowany miecz.

– I niech będzie przeklęty, kto z nich pierwszy zawoła: „Stój! Dosyć!”.

– Spróbuj tak trawestować Szekspira przy Samuelu, to zobaczysz – rzuciłam.

Zaśmiała się.

Debiutowałam w roli macochy. Czasami przypominało to chodzenie po linie, śliskiej linie. Lubiłyśmy się z Jesse, ale bywały między nami zgrzyty. Jej wesoły śmiech napawał mnie jednak optymizmem co do naszej relacji.

Samochód przed nami zatrzymał się nagle, więc zahamowałam ostro. Królik był reliktem z moich lat szczenięcych (czyli dawnych czasów), którym jeździłam, bo po pierwsze, kochałam go, a po drugie, byłam mechanikiem, a utrzymywanie takiego starego, taniego grata na chodzie było najlepszą formą reklamy. Hamulce działały dobrze i Królik zatrzymał się z zapasem – dziesięciocentymetrowym zapasem.

– Nie jestem jedyną osobą, która kala „Makbeta” – broniła się Jesse, nieco wystraszona gwałtownym manewrem. Miała prawo, nie wiedziała przecież, że dopiero co zrobiłam hamulce.

Syknęłam potępiająco i czekałam, aż jakiś tchórzliwy kierowca kilka wozów przed nami zdecyduje się wreszcie włączyć do ruchu na międzystanówce.

– Szkocki dramat. Jakbyś nie wiedziała. Są rzeczy, których imienia nie wolno wymawiać, jak Makbet, urząd skarbowy, Voldemort. W każdym razie jeśli chcesz dzisiaj dojechać do centrum.

– Ach. – Uśmiechnęła się przekornie. – Myślałam, że to dotyczy tylko Candymana i Krwawej Mary, i to jak stoi się przed lustrem.

– Czy twój ojciec wie, jakie oglądasz filmy?

– Mój ojciec kupił mi „Psychozę” na trzynaste urodziny. Ale, ale, nie pytasz, kto to Candyman. Skoro tak, to jakie filmy ty oglądasz, Mercy? – zripostowała triumfująco. Pokazałam jej język. Bo jestem bardzo dojrzałą macochą.

Korek na dojeździe do centrum handlowego w Kennewick nie był dramatyczny. Samochody jechały zderzak w zderzak, ale z normalną prędkością. Z doświadczenia wiedziałam, że w okresie wyprzedażowo-przedświątecznym ślimak porusza się z większą prędkością niż samochód pod centrum handlowym.

– Mercy? – odezwała się Jesse.

– Hm? – mruknęłam, zjeżdżając na sąsiedni pas, żeby uniknąć rozjechania przez furgonetkę.

– Kiedy będziecie mieli dziecko?

Przeszył mnie dreszcz. Nie mogłam oddychać, mówić, poruszać się... Z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę uderzyłam w jadącego przed nami SUV-a. Jestem przekonana, że szkocki dramat nie miał z tym nic wspólnego.

– To moja wina. – Biła się w piersi Jesse kilka chwil później, siedząc obok mnie na chodniku pod centrum. Migoczące światła służb ratowniczych wywoływały niezwykłe efekty na jej żółto-pomarańczowych włosach. Przebierała nogami, może z nerwów, może z zimna. Temperatura spadła poniżej zera i wiał przenikliwy wiatr.

Nadal usiłowałam zrozumieć, co się stało, ale jedno wiedziałam na pewno – to nie była wina Jesse. Oparłam się głową o betonowy słup wielkiej latarni i przyłożyłam worek z lodem do lewego policzka i nosa, z którego w końcu przestała lecieć krew.

– To kapitan rządzi na statku. Moja wina.

Atak paniki, pomyślałam. Jesse wzięła mnie swoim pytaniem z zaskoczenia, ale nie sądziłam, że myśl o dziecku tak mnie przerazi.

W zasadzie wydawała mi się całkiem przyjemna. A więc skąd ten napad paniki? Czułam, jak strzępy lęku przyćmiewają mi myśli i czają się na obrzeżach kłującego bólu głowy. Choć może był to efekt uderzenia nosem o kierownicę.

Królik był starym samochodem, a to oznaczało brak poduszek powietrznych. A że był również porządnym niemieckim wozem, impet uderzenia rozłożył się wokół kabiny. Jesse wyszła z tego z siniakami, a ja z krwotokiem z nosa i podbitym okiem. Zaczynałam mieć już dość tych podbitych oczu. Na szczęście przy mojej karnacji siniaki nie odcinały się tak wyraźnie jak u Jesse. Za tydzień czy dwa nikt nie domyśli się, że brałyśmy udział w stłuczce.

Mimo że od świata oddzielała mnie torebka z lodem, słyszałam, jak pasażerka samochodu, w który wjechałam, rozmawia z policjantem mocno podniesionym głosem. Sądząc po energii, z jaką to robiła, nie doznała większych obrażeń. Kierowca się nie odzywał, ale też wydawał się cały. Stał parę kroków za swoim samochodem i przyglądał się zderzakowi.

Młody policjant powiedział do kobiety coś, co podziałało na nią jak bicz. Kierowca samochodu zerknął na mnie i na Jesse, a kobieta ruszyła pełną parą.

– To ona w nas wjechała! – skrzeczała. W każdym razie takie było sedno jej wypowiedzi, oczyszczone z gąszczu nieparlamentarnych słów na „k” i „p”. Pijacki bełkot ani trochę nie łagodził nierównego dyszkantu. Skrzywiłam się, bo jej piski wbijały mi się w obolałą głowę i wzmacniały pulsowanie w posiniaczonym policzku.

Rozumiałam zdenerwowanie kobiety. Nawet gdy wypadek nie wydarzył się z winy kierowcy, trzeba przejść piekielną przeprawę z ubezpieczycielem, zawieźć samochód do warsztatu i jakoś radzić sobie w czasie trwania naprawy. A jeszcze gorzej, jeśli stłuczkę spowoduje ktoś inny, bo wtedy trzeba się wykłócać z jego ubezpieczycielem o wartość napraw. Było mi głupio, ale labiedzenie Jesse kazało mi odsunąć na bok własne samopoczucie i skupić się na niej.

– Ben jest lepszy – mruknęłam. – Zdecydowanie bardziej kreatywny w wymyślaniu obelg.

– I jeszcze robi to z tym swoim brytyjskim akcentem. Brzmi to super. – Nieco uspokojona Jesse zaczęła bardziej przysłuchiwać się dyskusji, a mniej przejmować.

Kobieta wrzeszczała i wymyślała młodemu policjantowi. Nie słuchałam uważnie, ale najwyraźniej teraz to on stał się adresatem jej gniewu.

– No i nie jest na tyle głupi, żeby wymyślać policjantom – dorzuciła Jesse, prezentując szczerą, choć chybioną wiarę w rozsądek Bena. Odwróciwszy się do mnie, ujrzała nad moim ramieniem prawdziwą ofiarę tego wypadku. – Rany, Mercy, patrz na Królika!

Odwlekałam to, ale w końcu musiałam spojrzeć.

Rdzawy samochodzik, rozpłaszczony maską na zderzaku SUV-a, musiał na coś wjechać, bo jego koła, w tym jedno całkiem zdeformowane, wisiały kilkanaście centymetrów nad ziemią. Nadwozie z przodu skróciło się o dobre pół metra.

– To już trup – oznajmiłam.

Może gdybym mogła liczyć na pomoc Zee, dałoby się jeszcze odratować Królika. Zee nauczył mnie prawie wszystkiego, co wiedziałam o naprawianiu samochodów, ale niektórych uszkodzeń nie dało się zreperować bez mocy magicznej istoty dysponującej darem żelaza. A Zee utknął w rezerwacie nieludzi w Walla Walla i nie opuszczał go, odkąd Szarzy Panowie zabili syna senatora, a potem proklamowali odrębność i suwerenność mniejszości nieludzkiej.

W tej samej chwili wszystkie magiczne istoty zniknęły, a wraz z nimi rezerwaty. Piętnastokilometrowa droga biegnąca wokół Walla Walla skurczyła się o trzy kilometry i z żadnego jej punktu nie widać już było rezerwatu. Słyszałam, że jeden z obszarów wydzielonych dla nieludzi porósł wokół gęstymi zaroślami jeżynowymi i zniknął wewnątrz żywopłotu.

Krążyły plotki, że rząd próbował wysadzić rezerwat, ale eskadra bombowców zniknęła znad terenu i minutę później pojawiła się nad Australią. Australijscy blogerzy powstawiali na swoje strony zdjęcia, a prezydent Stanów Zjednoczonych wystosował oficjalne przeprosiny za naruszenie przestrzeni powietrznej, więc w plotkach tych musiało kryć się ziarno prawdy.

Dla mnie osobiście cała ta sprawa oznaczała, że nie mam kogo poprosić o pomoc w warsztacie ani komu zostawić zakładu w razie potrzeby wzięcia urlopu. Nie miałam nawet okazji porozmawiać z Zee przed jego zniknięciem. Tęskniłam za nim, i to nie tylko dlatego, że mój biedny Królik był chyba właśnie w drodze na niebiański rajd volkswagenów.

– Dobrze, że nie wzięłyśmy vanagona – powiedziałam.

Ja-nastolatka, tamta, która ciężko pracowała w fast-foodzie, żeby kupić auto, zapłacić za ubezpieczenie, paliwo i naprawy, zapłakałabym nad biednym Królikiem, ale nie chciałam, żeby Jesse było przykro. No i nie byłam już nastolatką.

– Trudniej znaleźć syncro vanagona niż Królika? – zapytała Jesse w zadumie. Nauczyłam ją, jak zmieniać olej, i od czasu do czasu pomagała mi w warsztacie. Głównie flirtowała z Gabrielem, moim nastoletnim Piętaszkiem, który wrócił z uczelni na święta do domu, ale przy braku jakiegokolwiek pracownika przydawała mi się każda pomoc. Warsztat był zbyt mały, bym mogła pozwolić sobie na zatrudnienie drugiego mechanika w pełnym wymiarze, a brakowało mi czasu, żeby wyszkolić młodego pomocnika na miejsce Gabriela. Szczególnie że miałam wątpliwości, czy to się na coś przyda.

Nie chciałam zamykać warsztatu, choć obawiałam się, że może to nastąpić.

– Głównie dlatego, że vanagon jest mniej bezpieczny w razie wypadku – wyjaśniłam. Utrata Królika i brak snu wprawiły mnie w melancholijny nastrój, ale nie zamierzałam nim zarażać Jesse, starałam się więc mówić lekko. – Nie ma porządnej strefy zgniotu. To jeden z powodów, dla których już ich nie produkują. Z vana nie wyszłybyśmy po czymś takim o własnych siłach, a ja mam dosyć turlania się na wózkach inwalidzkich.

– Wszyscy mamy dość turlania cię na wózkach inwalidzkich – roześmiała się Jesse.

Minionego lata podczas miesiąca miodowego złamałam nogę (nawet nie pytajcie). Udało mi się przy okazji tak urządzić sobie ręce, że nie mogłam chodzić ani o kulach, ani nawet sama poruszać się na wózku. Fakt, strasznie przez to zrzędziłam.

Kobieta nadal wykłócała się z policjantem, kiedy kierowca zaczął iść w naszą stronę. Może chciał tylko zapytać o ubezpieczenie albo coś w tym stylu, jednak i tak poczułam ciarki na plecach. Na wszelki wypadek odjęłam z twarzy torebkę z lodem i podniosłam się.

– Ech – westchnęła Jesse, zapatrzona w rozbitego Królika. Chyba nie zauważyła, że wstałam, bo nie zareagowała.

A tymczasem kierowca napadł na Jesse jak dziki kundel, obrzucając ją słowami, za które moja matka wyszorowałaby mu usta mydłem.

Zaskoczona Jesse niezgrabnie zerwała się na równe nogi. Zasłoniłam ją sobą i całą mocą, którą zapożyczyłam od Alfy lokalnej watahy, a przy okazji mojego męża, powiedziałam:

– Dosyć!

Mężczyzna oderwał wzrok od Jesse, spojrzał na mnie, otworzył usta i zamarł. Wyczułam bijącą od niego woń alkoholu.

– To ja prowadziłam, nie ona – ciągnęłam spokojnie. – Pan zatrzymał się nagle, a ja w pana wjechałam. Moja wina. Mam pełne ubezpieczenie. Wiem, że to i tak problem, i bardzo mi przykro, ale pański samochód zostanie naprawiony.

– Niezła mówka, chica – prychnął lekceważąco i mylnie, bo nie jestem Latynoską, a Indianką, a potem zamachnął się na mnie.

Może i nie jestem napakowanym wilkołakiem, a jedynie kojocim metamorfem, ale mam za brązowym pasem lata treningów karate. Wzburzony właściciel SUV-a był może potężniejszy, jednak zapach i brak koordynacji ruchów świadczyły, że był przy okazji pijany. To wyrównywało całą przewagę, jaką dawała mu postura.

Pozwoliłam, by pięść przeleciała obok mnie, zrobiłam wykrok, stając do faceta bokiem, złapałam go za dłoń i łokieć, po czym wykorzystując siłę jego zamachu, rzuciłam gościa rozzłoszczoną twarzą na chodnik.

Mnie też, holender, zabolało. Stłuczki to koszmar. Igły bólu przepłynęły z nadwyrężonego karku aż do biodra. A nie sądziłam, że moje biodro również ucierpiało. Stanęłam stabilniej, gotowa na kontratak, lecz po chwili okazało się, że zderzenie z brukiem pozbawiło mojego przeciwnika waleczności. Nie podniósł się od razu, więc odstąpiłam od niego i pomacałam się po twarzy, tęskniąc za chłodem torebki z lodem, którą upuściłam.

Starcie nie mogło trwać dłużej niż parę sekund. Zanim powalony agresor drgnął, jeden z policjantów przyskoczył do nas, przygniótł faceta kolanem do ziemi i skuł. Zrobił to tak płynnie i sprawnie, że uznałam, iż przedstawicielowi władzy również nie są obce sztuki walk.

– Ty już masz na dzisiaj dosyć. Koniec z jazdą – wesoło poinformował leżącego policjant. – I z biciem pięknych dam. Posiedzisz sobie w ciupie, aż wytrzeźwiejesz.

– Ciupie? – powtórzyłam zaskoczona.

Partner policjanta, starszy i mniej żywotny model, westchnął.

– Nielson lubi stare filmy. – Wręczył mi mandat za jazdę z zachowaniem zbyt małego odstępu i machnął w stronę skutego kierowcy. – Jego przyjaciółkę aresztowaliśmy za napaść na policjanta. Temu postawimy zarzut prowadzenia pod wpływem. Chce pani oskarżyć go o napaść? Widzieliśmy, że to on zaatakował.

Pokręciłam przecząco głową, nagle bardzo znużona.

– Nie. Powiedzcie mu, żeby jego ubezpieczyciel zadzwonił do mojego.

Rozległ się zgrzyt i chrzęst. Podnośnik lawety odciągał SUV-a. Królik wydał jęk, opadając na koła, stanął na ziemi ze stęknięciem, a potem na zimnym chodniku zasyczał gorący płyn z rozbitej chłodnicy.

Jesse zadrżała. Musiałam zabrać ją z tego zimna.

– Kiedy będzie tata? – zapytałam. Zadzwoniła do niego, kiedy rozmawiałam z policją i ratownikami, którzy zaopatrzyli mnie w torebki z lodem.

– Dzwoniłam, ale nie odbierał, więc zadzwoniłam do Darryla, i on też nie odbierał. Miałam ci powiedzieć wcześniej.

Adam nie odebrał? To nieprawdopodobne. Miał być pod telefonem, wiedział, że będziemy robić zakupy w tłumie. Nawet proponował, że z nami pojedzie. Co mogłoby być dość... ciekawe. Nawet normalnie nie znosił Walmartu. To, że nie odebrał Darryl, jego prawa ręka, nie martwiło mnie tak bardzo, choć i tak nieco dziwiło.

Wyjęłam telefon. Miałam jedną wiadomość, od Brana. A to już było niesamowite. Marrok, przywódca wszystkich wilkołaków, nie esemesował.

Przeczytałam wiadomość. „Gra rozpoczęta”.

– Bran bawi się w medium Arthura Conan Doyle’a – stwierdziłam. Jesse zajrzała mi przez ramię.

Spróbowałam oddzwonić do Brana (miałam zbyt zgrabiałe palce, żeby napisać SMS-a), ale operator informował, że abonent jest nieosiągalny albo poza zasięgiem. Zadzwoniłam do Samuela, syna Marroka. Odezwała się sekretarka.

– Nie, nie trzeba – powiedziałam kobiecie, która zaproponowała przekazanie wiadomości. – Skoro nie jest dostępny, pójdę prosto na izbę przyjęć. – Nie było powodu, żeby nie zostawiać mu wiadomości u sekretarki, ale dziwny SMS od Brana wzbudził we mnie niepokój. A atak paniki, przyczyna stłuczki, martwił mnie jeszcze bardziej.

Zaczęłam dzwonić po kolei do innych członków stada: Warrena, Honey, Mary Jo i nawet Bena. Ich komórki były odpowiednio: wyłączona, przełączona na pocztę głosową, wyłączona, przełączona na pocztę głosową.

Dumając nad wiadomością od Brana, zadzwoniłam do Paula, który prędzej by mnie zabił, niż wybawił z kłopotów, choć do Jesse miał inny stosunek. Słuchając niekończącego się sygnału, przypomniałam sobie, że wilkołaki uwielbiały tajne kody na wypadek zagrożenia. Nie miało to nic wspólnego z tym, że były wilkołakami, za to wiele z faktem, że większość po drodze miała w ten czy inny sposób styczność z wojskiem, a to zaszczepiło w nich specyficzny rodzaj paranoi. Nawet skauci mogli pozazdrościć wilkołakom „gotowości na każdą okazję”.

Wiedziałam o tajnych hasłach, bo wychowywałam się wśród wilkołaków, lecz ich nie znałam, bo nie byłam jednym z wilków. Adam prawdopodobnie planował mnie ich nauczyć, skoro stałam się teraz częścią watahy, ale przy całej tej kołomyi z potworami z rzeki, złamanymi nogami i zawieruchą ze stadem zeszło to pewnie na dalszy plan.

Paul również nie odebrał. Zaczynałam nabierać przekonania, opartego na dowodach, że wiadomość Brana znaczyła „żadnych telefonów”. Wszystko świetnie, ale utknęłyśmy z Jesse pod centrum handlowym i nie miałyśmy szans się stąd wydostać, póki ktoś nie odbierze tego głupiego telefonu. To właśnie przykład, jak uciążliwy może być system tajnych kodów na wypadek zagrożenia.

A jeśli to nie było to... Ścisnęło mnie w żołądku, a atak paniki, który dopadł mnie za kierownicą, nabrał złowieszczego wymiaru. Byłam podwójnie połączona więzami z wilkołakami, bo raz z Adamem, a drugi z watahą. Czy to możliwe, żeby coś stało się Adamowi albo stadu? Sięgnęłam poprzez te więzi...

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Od Autorki

Czasami odpuszczam, kiedy czegoś nie lubię robić, ale nigdy, gdy nie potrafię tego zrobić. W ten sposób uzyskałam dyplom z niemieckiego, choć nie mówiłam dobrze w tym języku, a od nieużywania go wcale mi się nie polepszyło. Kiedy postanowiłam, że Zee będzie Niemcem, w dwóch pierwszych częściach tu i ówdzie wplotłam jakieś zdanie po niemiecku. Oczywiście proste zdanie. Nic łatwiejszego.

A potem otrzymałam maila od pewnego niemieckiego czytelnika, w którym napisał, że bardzo lubi moje książki, ale że niemiecki kaleczę.

Odpisałam: „Dziękuję, masz tę robotę”.

I od tamtej pory Michael Bock oraz jego urocza żona Susann przydali Zee autentyczności. Nie oznacza to, że już nie popełniam błędów – nawet oni nie potrafią zapobiec niewłaściwemu przekopiowaniu zawartości maila do rękopisu. Moja wiedza wystarczy, żeby wszystko przekręcić.

Gdy Zee potrzebował porządnego zaklęcia w „Zrodzonym ze srebra”, głosem obdarzyli go Michael i Susann. Kiedy Tad potrzebował zaklęcia w tej części, znów przyszedł mi na pomoc Michael. Razem pracowaliśmy nad tłumaczeniem:

Odbicie w zwierciadle, odnajdź w głębi siebie obraz i głos ojca.

Jego słowa jego postać, moje słowa moja postać, prowadź, wskazuj, przywiedź do spotkania w twej rzeczywistości.

Zwiąż nasze światy, nasze osoby, w prawdzie i pieśni.

Z pozdrowieniami,

Patty Briggs

Podziękowania

Ponieważ żadna dobra książka nie tworzy się sama, następujący ludzie pomogli tej historii znaleźć się w druku: Mike i Collin Briggs, Kaye i Kyle Roberson, Ann Peters, Michael Enzweiler, Deb Lenz, Linda Campbell i Anne Sowards – którzy czytali surową wersję i pomogli mi ją ulepszyć. Dziękuję wam. A także Michaelowi i Susann Bockom, którzy poprawiali mój niemiecki i dali Zee oraz Tadowi ich magię. Vielen Dank. Biorę na siebie pełną odpowiedzialność za wszystkie błędy w tej książce.

Copyright © 2013 by Hurog, Inc. Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2016 Copyright © for translation by Marek Najter

Tytuł oryginału Frost Burned

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-211-3

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

Projekt okładki black gear Paweł Zaręba

Ilustracja na okładce © Dan Dos Santos

Redakcja Karolina Kacprzak

Korekta Maria Brzyska

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka