Zaproszenie - Vi Keeland - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Zaproszenie ebook i audiobook

Vi Keeland

4,7

216 osób interesuje się tą książką

Opis

Stella to nieco szalona, nieprzewidywalna dziewczyna, która zawsze polega na swoim zmyśle węchu i wręcza obcym ludziom czekoladowe batoniki na poprawę humoru. Nie jest jednak typem osoby, która wprosi się na cudzą imprezę, aby najeść się do syta i napić drogiego szampana. Chyba że… owa impreza będzie wystawnym weselem odbywającym się w gmachu Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, a Zaproszenie wystawione na jej byłą współlokatorkę i tak by się zmarnowało. Ostatnie wątpliwości rozwiewa drużba – czyli najwspanialszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widziała Stella – który prosi ją do tańca. Chemia między nimi grozi wybuchem.

Niestety dobra zabawa kończy się nagle, kiedy mężczyzna orientuje się, że Stella nie jest tym, za kogo się podaje. Dziewczyna rzuca się do ucieczki, a na pocieszenie zgarnia ze stołu kilka butelek drogiego alkoholu. Przekonana, że to jednorazowy wyskok i nigdy więcej nie spotka mężczyzny, nie orientuje się, że zostawiła przy stole coś, dzięki czemu będzie on w stanie ją wytropić…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 14 min

Lektor: Vi Keelend

Oceny
4,7 (1181 ocen)
882
219
63
15
2
Sortuj według:
wissienka

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo przyjemna, ciepła, intrygująca historia miłosna. Sama się czyta:)
30
IwonaP19884

Nie oderwiesz się od lektury

Jedna z przyjemniejszych książek tej autorki jaką ostatnio czytałam. polecam
20
alicja2412

Nie oderwiesz się od lektury

vi zkeeland nie zawodzi. bohaterowie są cudowni.
10
Mamoja2007

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam książki Vi już dawno nie czytałam tak pięknej historii .
10
tenshi187

Nie oderwiesz się od lektury

wyjątkowa opowieść
00



1

Stella

– Nie mogę tego zrobić.

Zatrzymałam się w połowie marmurowych schodów. Fisher przystanął kilka stopni przede mną i do mnie zawrócił.

– Oczywiście, że możesz. Pamiętasz, jak w szóstej klasie miałaś przygotować prezentację o swoim ulubionym prezydencie? Byłaś przerażona. Bałaś się, że zapomnisz języka w gębie i zrobisz z siebie pośmiewisko na oczach wszystkich.

– Pamiętam. I co z tego?

– Ta sytuacja niczym się nie różni od tamtej, a wyszłaś z niej cało, prawda?

Fisher chyba stracił rozum.

– Tamtego dnia wszystkie moje obawy się potwierdziły. Stanęłam przy tablicy i zaczęłam się pocić. Nie mogłam sobie przypomnieć ani jednego słowa, które napisałam. Wszyscy się na mnie gapili, a potem jeszcze ty zadawałeś prześmiewcze pytania.

– Właśnie. – Skinął głową. – Stało się to, czego się najbardziej bałaś, a jednak przetrwałaś i ten dzień okazał się najlepszy w twoim życiu.

– Co ty wygadujesz? – Pokręciłam głową zdezorientowana.

– To wtedy po raz pierwszy znaleźliśmy się w tej samej sali. Myślałem, że jesteś taka sama jak te irytujące laski. A jednak tego dnia po szkole naskoczyłaś na mnie za to, że się z tobą drażniłem, kiedy próbowałaś wygłosić prezentację. Zdałem sobie sprawę, że jesteś inna niż wszystkie, i postanowiłem, że zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi.

Potrząsnęłam głową.

– Nie rozmawiałam z tobą do końca roku szkolnego.

Fisher wzruszył ramionami.

– Tak, ale wkradłem się w twoje łaski w następnym roku. A teraz przyznaj: czujesz się trochę spokojniejsza niż dwie minuty temu, prawda?

Westchnęłam.

– Chyba tak.

Wyciągnął w moją stronę łokieć.

– Wchodzimy do środka?

Przełknęłam ślinę. Ogarniało mnie przerażenie na myśl o tym, co mieliśmy zrobić, a jednocześnie nie mogłam się doczekać, aż zobaczę przystrojoną na wesele bibliotekę. Godzinami przesiadywałam na schodach tego budynku, rozmyślając o przechodzących obok mnie ludziach.

Fisher, odziany w smoking, czekał cierpliwie. Zastanawiałam się jeszcze przez chwilę, aż w końcu, z kolejnym głośnym westchnieniem, wzięłam go pod ramię.

– Jeśli skończymy w więzieniu, wpłacisz kaucję za nas oboje. Jestem spłukana.

– Zgoda. – Błysnął iście gwiazdorskim uśmiechem.

Wchodząc z nim po schodach prowadzących do wejścia Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, przypomniałam sobie, co ustaliliśmy w Uberze po drodze. Dzisiejszego wieczoru nazywaliśmy się Evelyn Whitley i Maximilian Reynard. Max zajmował się nieruchomościami – jego rodzina założyła Reynard Properties, a ja uzyskałam tytuł MBA w Wharton i niedawno wróciłam do miasta. Oboje mieszkaliśmy na Upper East Side. Przynajmniej to ostatnie było prawdą.

Przy wysokich drzwiach wejściowych stało dwóch kelnerów w uniformach i białych rękawiczkach. Jeden trzymał tacę z kieliszkami szampana, a drugi listę gości. Moje nogi jakimś cudem stąpały do przodu, ale serce próbowało wyskoczyć z klatki piersiowej i uciec w przeciwnym kierunku.

– Dobry wieczór. – Skinął nam głową kelner z listą w ręku. – Czy mogę prosić o państwa nazwiska?

Fisher nawet nie drgnął, gdy wygłosił pierwsze kłamstwo tego oszukańczego wieczoru.

Zauważyłam słuchawkę w uchu mężczyzny, który przejrzał swoją listę, kiwnął głową i wyciągnął rękę, zapraszając nas gestem do środka. Tymczasem jego kolega po fachu podał nam po kieliszku szampana.

– Witamy. Uroczystość odbędzie się w rotundzie. Miejsca siedzące dla gości panny młodej znajdują się po lewej stronie.

Fisher podziękował, a gdy tylko oddaliliśmy się od kelnerów, pochylił się do mnie i powiedział:

– Widzisz? Bułka z masłem. – Skosztował szampana. – Ooo, ale dobry!

Nie potrafiłam zrozumieć, jakim cudem zachowuje taki spokój. Właściwie nie miałam pojęcia, jak w ogóle udało mu się namówić mnie do tego szaleństwa. Dwa miesiące temu po powrocie z pracy zastałam w swoim mieszkaniu Fishera, mojego przyjaciela, a zarazem sąsiada, jak zwykle przetrząsającego lodówkę w poszukiwaniu jedzenia. Podczas gdy on zajadał się dwudniowym kurczakiem po mediolańsku, ja siedziałam przy kuchennym stole, popijałam wino i przeglądałam listy, które znalazłam w skrzynce pocztowej. Rozkojarzona naszą rozmową, rozcięłam dużą kopertę, nie sprawdziwszy wcześniej adresata. W środku znalazłam olśniewające, czarno-białe zaproszenie na ślub, które wyglądało jak pozłacane dzieło sztuki z wypukłym złotym listkiem. Uroczystość miała się odbyć tuż obok mojego dawnego miejsca pracy: w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej, a ja zwykłam wtedy przesiadywać w porze lunchu na słynnych schodach tego budynku. Nie zaglądałam do środka od co najmniej roku, więc poczułam ogromne podekscytowanie na myśl o wzięciu udziału w organizowanym tam weselu.

Nie miałam jednak pojęcia, czyj to ślub… Czyżby jakiejś zapomnianej dalekiej krewnej? Nazwiska nie wydawały mi się znajome, ale gdy odwróciłam kopertę, szybko zrozumiałam dlaczego. List zaadresowano do mojej byłej współlokatorki. Ech. No jasne. To nie mnie zaproszono na bajkową uroczystość w jednym z moich ulubionych miejsc na świecie.

Po kilku kieliszkach wina Fisher przekonał mnie jednak, że to ja powinnam tam pójść, a nie Evelyn. Przynajmniej tak mogła spłacić u mnie swój dług: wymknęła się niespodziewanie w środku nocy, zabierając ze sobą moje ukochane buty, a pozostawiony przez nią czek na opłacenie czynszu za dwa ostatnie miesiące okazał się bez pokrycia. Miałam prawo zrekompensować sobie poniesione straty, biorąc udział w wystawnym weselu wartym tysiąc dolarów za osobę zamiast tej flądry. Tym bardziej że żadne z moich przyjaciół nigdy nie wzięłoby ślubu w takim miejscu. Po opróżnieniu drugiej butelki merlota Fisher zdecydował, że pójdziemy tam razem: wprosimy się na imprezę i będziemy się świetnie bawić na koszt mojej nieszczęsnej byłej współlokatorki. Mój przyjaciel wypełnił załączoną do zaproszenia kartkę, na której napisał, że na uroczystości zjawi się dwoje gości, i wsunął ją sobie do tylnej kieszeni, żeby odesłać nazajutrz na adres zwrotny.

Szczerze mówiąc, zupełnie zapomniałam o snutych przez nas po pijaku planach aż do momentu, kiedy dwa tygodnie temu Fisher wrócił do domu ze smokingiem, który pożyczył od przyjaciela na nadchodzący ślub. Zaprotestowałam, oznajmiając, że nie zamierzam się wbić na jakąś ekskluzywną uroczystość obcych ludzi, ale mój przyjaciel zrobił to, co zawsze: przekonał mnie, że jego fatalny pomysł nie jest wcale taki zły.

I tak też myślałam do chwili, gdy znalazłam się na środku rozległego holu na uroczystości zorganizowanej pewnie za jakieś dwieście tysięcy dolarów, bliska temu, by posikać się ze strachu.

– Napij się szampana – rozkazał Fisher. – Odprężysz się i nabierzesz trochę kolorów. Wyglądasz dokładnie tak jak wtedy w szkole, gdy miałaś opowiedzieć, dlaczego tak bardzo cenisz Johna Quincy’ego Adamsa.

Zgromiłam Fishera spojrzeniem, ale on tylko obdarzył mnie niezrażonym uśmiechem. Wlałam więc sobie zawartość kieliszka do gardła, choć szczerze wątpiłam, że cokolwiek pomoże mi się wyluzować.

Fisher wsunął od niechcenia rękę do kieszeni spodni i z wysoko podniesioną głową rozejrzał się tak, jakby niczego na świecie się nie obawiał.

– Dawno nie widziałem mojej starej dobrej przyjaciółki imprezowiczki Stelli – zauważył. – Może pozwolisz jej się dziś zabawić?

Podałam mu swój pusty kieliszek.

– Zamknij się i skombinuj mi drugi kieliszek, zanim zdążę stąd zwiać.

Zachichotał.

– Nie ma problemu, Evelyn. Siedź tu spokojnie i postaraj się nie spalić naszej przykrywki, zanim nie zobaczymy pięknej panny młodej.

– Pięknej? Nawet nie wiesz, jak wygląda.

– Wszystkie panny młode są śliczne, bo noszą welon: żebyśmy nie mogli zobaczyć tych brzydkich i żeby każda wyglądała magicznie w tym szczególnym dniu.

– Ach, jakie to romantyczne.

Fisher mrugnął do mnie.

– Nie wszyscy prezentują się tak dobrze jak ja.

Trzy kieliszki szampana pomogły mi uspokoić się na tyle, abym mogła wysiedzieć na swoim miejscu podczas ceremonii ślubnej. Jeśli chodzi o pannę młodą, to ta zdecydowanie nie potrzebowała welonu. Olivia Rothschild, czy raczej Royce, jak miała się od tej pory nazywać, wyglądała absolutnie zachwycająco. Wzruszyłam się trochę, kiedy pan młody składał swoją przysięgę, i pożałowałam, że nie przyjaźnię się ze szczęśliwą młodą parą, ponieważ ich drużba wydawał się szalenie atrakcyjny. Mogłabym wtedy wyobrażać sobie, że Livi, jak nazwałam ją w myślach, umówi mnie z kolegą swojego świeżo upieczonego mężulka. Ale niestety, byłam oszustką, a nie żadnym tajemniczym Kopciuszkiem.

Potem przyszedł czas na koktajle w pięknym pomieszczeniu, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Podziwiałam właśnie dzieła sztuki na suficie, czekając przy barze na drinka, kiedy Fisher oznajmił, że musi skorzystać z toalety. Odniosłam jednak wrażenie, że tak naprawdę wymknął się, by porozmawiać z przystojnym kelnerem, który zerkał na niego, odkąd tam weszliśmy.

– Proszę bardzo. – Barman podał mi zamówiony przeze mnie alkohol.

– Dziękuję. – Rozejrzałam się pospiesznie, żeby sprawdzić, czy ktoś się na mnie nie patrzy, a następnie zanurzyłam nos w kieliszku i mocno wciągnęłam zapach. Nie, tego na pewno nie zamawiałam.

– Ekhm, przepraszam. Czy nie przyrządził mi pan czasem drinka z beefeaterem zamiast z hendrick’sem?

– Nie sądzę – odparł barman ze zmarszczonymi brwiami.

Powąchałam gin ponownie, aby upewnić się, że mam rację, gdy nagle zaskoczył mnie głos mężczyzny po mojej lewej stronie.

– Nawet go pani jeszcze nie skosztowała, a już twierdzi, że barman nalał niewłaściwego ginu?

Uśmiechnęłam się grzecznie.

– Beefeater jest produkowany z jałowca, skórki pomarańczy, migdałów i mieszanki ziół, w tym lukrecji, a hendrick’s z jałowca, róży i ogórka. Pachną zupełnie inaczej.

– Pije pani schłodzony czy z lodem?

– Ani taki, ani taki. To martini z ginem, więc zawiera wermut.

– A jednak twierdzi pani, że potrafi rozpoznać gin po samym zapachu? – zapytał tonem sugerującym, że mi nie wierzy.

– Mam bardzo dobry węch.

Mężczyzna spojrzał na kogoś za mną.

– Hej, Hudson, założę się o sto dolców, że ta dama nie rozróżni obu ginów, jeśli ustawimy je obok siebie.

Zza mojego prawego ramienia dobiegł głos innego mężczyzny: głębszy, aksamitny i łagodny, przypominający nieco gin, jakiego powinien był nalać mi barman.

– Wchodzę w to, ale podnieśmy stawkę do dwustu dolarów.

Odwróciłam się, żeby spojrzeć na faceta, który chciał na mnie postawić, i wybałuszyłam oczy.

O, wow. To ten przystojniak ze ślubu! Gapiłam się na niego przez prawie całą ceremonię. Już z daleka prezentował się wspaniale, ale z bliska jego wygląd wręcz zapierał dech w piersiach. Poczułam motylki w brzuchu na widok jego opalonej skóry, mocno zarysowanej linii żuchwy i soczystych, pełnych ust. Miał przedziałek z boku głowy, a swoje ciemne włosy zaczesał do tyłu, jak dawne gwiazdy filmowe. Z oddali nie mogłam jednak dostrzec tych głębokich, błękitnych jak ocean oczu, które przyglądały mi się teraz uważnie, jakby czytały moją twarz.

Odchrząknęłam.

– Chce się pan założyć o dwieście dolarów, że zidentyfikuję gin?

Oszałamiający przystojniak podszedł bliżej i mój zmysł węchu natychmiast się ożywił, wyczuwając znacznie lepszy zapach niż jakiegokolwiek ginu. Nie wiedziałam, czy to jego woda kolońska, czy zwykły żel do mycia ciała, ale cokolwiek to było, musiałam wykazać się olbrzymią siłą woli, żeby nie pochylić się ku niemu i się głęboko nie zaciągnąć. Ten niewiarygodnie seksowny facet pachniał równie wspaniale, jak wyglądał, co tworzyło, jak dla mnie, cholernie niebezpieczną kombinację.

– Sugeruje pani, że nie powinienem na nią stawiać? – W jego głosie pojawiła się nutka rozbawienia.

Pokręciłam głową i odwróciłam się do jego przyjaciela.

– Dobrze, dołączę do waszego małego zakładu i też stawiam dwieście.

Przeniosłam wzrok na przystojniaka po prawej, któremu drgnął lekko kącik ust.

– Świetnie. – Uniósł brodę w stronę kolegi. – Powiedz barmanowi, żeby przygotował kieliszek beefeatera i hendrick’sa, ustawił je obok siebie i nie mówił nam, który jest który.

Minutę później przybliżyłam pierwszy kieliszek do nosa i go powąchałam. Szczerze mówiąc, nie musiałam już wąchać drugiego, ale na wszelki wypadek to zrobiłam. A niech to… Powinnam była postawić więcej na tak dziecinnie proste zadanie. Przesunęłam jeden z kieliszków do przodu i przemówiłam do czekającego na moją odpowiedź barmana.

– To hendrick’s.

Barman był wyraźnie pod wrażeniem.

– Zgadła pani.

– Cholera – mruknął facet, który rozpoczął tę zabawę. Sięgnął do przedniej kieszeni, wyciągnął z niej imponujący portfel i odliczył czterysta dolarów. Rzucił je na ladę w naszym kierunku i pokręcił głową.

– Odzyskam je do poniedziałku.

Przystojniak uśmiechnął się do mnie i wziął swoją gotówkę, a kiedy zgarnęłam swoje pieniądze, nachylił się i szepnął mi do ucha:

– Dobra robota.

O Boże. Już zbyt długo nie byłam blisko z mężczyzną. Za sprawą jego gorącego oddechu kolana mi zmiękły i dreszcz przeszedł mi wzdłuż kręgosłupa, ale to zignorowałam.

– Dziękuję – odpowiedziałam.

Sięgnął do baru po pierwszy kieliszek, zbliżył go do nosa i powąchał, a potem powtórzył to samo z drugim.

– Nie wyczuwam różnicy.

– To tylko oznacza, że masz normalny węch.

– Ach, rozumiem. A twój jest… niezwykły?

– Zdecydowanie – odparłam z uśmiechem.

Wyglądał na rozbawionego, gdy podał mi kieliszek, a potem chwycił drugi, żeby wznieść toast.

– Za bycie niezwykłym – powiedział.

Nie przepadałam za czystym ginem, ale co mi szkodziło, do diabła? Stuknęliśmy się kieliszkami i wypiłam całą zawartość. Może pozwoli mi ukoić nieco nerwy w towarzystwie tego onieśmielającego mężczyzny?

Odstawiłam pusty kieliszek na bar obok jego kieliszka.

– Zgaduję, że dość często się zakładacie, skoro kolega planuje odzyskać pieniądze do poniedziałku? – zapytałam.

– Znamy się od dzieciństwa, bo nasze rodziny się przyjaźniły. Ale zakłady zaczęły się, kiedy rozpoczęliśmy naukę w tej samej uczelni. Ja jestem fanem drużyny Notre Dame, a Jack USC. Zakładaliśmy się o to, która z nich wygra, ale nie mieliśmy wtedy kasy, więc stawką było rażenie paralizatorem.

– Rażenie paralizatorem?

– Ojciec Jacka, policjant, dał mu paralizator, żeby trzymał go na wszelki wypadek pod fotelem w samochodzie. Na pewno nie przewidział, że jego syn zaliczy wstrząsy o sile pięćdziesięciu tysięcy woltów, gdy jego drużyna w ostatniej minucie przegra z powodu przechwycenia piłki.

Pokręciłam głową.

– Mało rozsądne.

– Zdecydowanie nie najmądrzejsze, ale na szczęście wygrywałem częściej niż on. Wygląda na to, że pewne jego decyzje z czasów studiów można przypisać niewielkiemu uszkodzeniu mózgu.

Roześmiałam się.

– A więc dzisiejszy zakład to tylko kontynuacja dawnej tradycji?

– Na to wygląda. – Posłał mi uśmiech i wyciągnął rękę. – A tak w ogóle… jestem Hudson.

– Miło mi cię poznać. Jestem St… Evelyn – poprawiłam się w ostatniej chwili.

– Czyżbyś była miłośniczką ginu, Evelyn? Czy to dlatego nie wyczułem różnicy między nimi?

Uśmiechnęłam się.

– Nie uznałabym się za szczególną fankę ginu. Właściwie piję głównie wino. Ale czy wspomniałam ci o swoim zawodzie? Tworzę kompozycje zapachowe. Jestem perfumiarką.

– Robisz perfumy?

Skinęłam głową.

– Między innymi. Od sześciu lat opracowuję zapachy dla firmy kosmetyczno-perfumeryjnej. Czasami są to nowe perfumy, a innym razem zapachy chusteczek do demakijażu albo jakiegoś kosmetyku.

– Nigdy wcześniej nie poznałem kogoś takiego.

– Czy okazałam się wystarczająco fascynująca? – zapytałam z uśmiechem.

Zachichotał.

– Jakie trzeba mieć wykształcenie, żeby wykonywać taką pracę?

– Cóż, mam dyplom z chemii. Ale nawet wszechstronne wykształcenie nie pomoże, jeśli nie masz hiperosmii.

– A co to takiego?

– To zwiększona zdolność wyczuwania zapachów. Wyostrzony węch.

– A więc jesteś dobra w wąchaniu, tak?

Zaśmiałam się.

– Zdecydowanie.

Wiele osób twierdzi, że ma dobry węch, ale tak naprawdę nie rozumie, jak bardzo jest on wyczulony u osoby z hiperosmią. Zatem najlepiej jest im to zademonstrować. Poza tym musiałam się dowiedzieć, jakiej wody kolońskiej używa ten mężczyzna. Pochyliłam się więc i zaciągnęłam zapachem Hudsona.

– Mydło marki Dove – powiedziałam na wydechu.

– Tak, ale dużo osób go używa. – Nie wyglądał na całkowicie przekonanego.

Uśmiechnęłam się.

– Nie pozwoliłeś mi dokończyć. Dove Cool Moisture z ogórkiem i zieloną herbatą, które są zresztą również częstym składnikiem ginów. Poza tym używasz szamponu marki L’Oreal Elvive, tego samego, co ja. Wyczuwam ekstrakt z kwiatów gardenii tahitańskiej i dzikiej róży oraz lekką nutkę oleju kokosowego. Aha, i stosujesz dezodorant firmy Irish Spring. Nie sądzę, żebyś użył dziś wody kolońskiej.

– Imponujące. – Hudson uniósł brwi. – Zatrzymałem się wczoraj w hotelu i zapomniałem wziąć ze sobą wodę kolońską.

– A jakiej zwykle używasz?

– Ach… nie mogę ci powiedzieć. Czym się zajmiemy na naszej drugiej randce, jeśli przepadnie nam zabawa w wąchanie?

– Drugiej randce? Nie zdawałam sobie sprawy, że to nasza pierwsza.

Hudson uśmiechnął się i wyciągnął do mnie rękę.

– Noc jest młoda, Evelyn. Zatańczysz ze mną?

Mój zaciśnięty żołądek ostrzegł mnie, że to fatalny pomysł. Miałam się trzymać z Fisherem i ograniczyć kontakt z innymi ludźmi, aby zminimalizować ryzyko przyłapania nas na oszustwie. Rozejrzałam się za swoim towarzyszem, ale nigdzie go nie zobaczyłam, a ten mężczyzna był tak piekielnie pociągający, że bezwiednie podałam mu rękę, zanim zdążyłam to sobie dobrze przemyśleć. Hudson poprowadził mnie na parkiet, objął w talii i chwycił za drugą rękę. Jakoś wcale się nie zdziwiłam, że potrafi świetnie tańczyć.

– A więc, Evelyn z niezwykłym węchem, nigdy wcześniej cię nie widziałem. Jesteś gościem czy osobą towarzyszącą? – Rozejrzał się po pomieszczeniu. – A może jakiś facet patrzy teraz na mnie spode łba za moimi plecami? Mam pójść do samochodu Jacka po paralizator, żeby móc odeprzeć atak twojego zazdrosnego chłopaka?

Roześmiałam się.

– Przyszłam tu z kimś, ale to tylko przyjaciel.

– Biedak… – Hudson flirtował nieco zbyt odważnie, ale nie miałam nic przeciwko temu.

– Fishera bardziej niż ja interesuje facet, który rozdaje szampana.

Hudson przytulił mnie trochę mocniej.

– Właśnie polubiłem go znacznie bardziej niż trzydzieści sekund temu.

Poczułam gęsią skórkę na ramionach, gdy opuścił głowę i potarł nosem o moją szyję.

– Pięknie pachniesz. Użyłaś dziś swoich perfum?

– Tak. Ale nie można ich nigdzie zamówić. To mój osobisty zapach, po którym można mnie rozpoznać.

– Nie sądzę, żebyś potrzebowała specjalnych perfum, aby zapaść komuś w pamięć.

Prowadził mnie po parkiecie z taką gracją, że zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie brał profesjonalnych lekcji tańca. Dla większości mężczyzn w jego wieku powolny taniec oznaczał kołysanie się w lewo i prawo, ze wzwodem między nogami partnerki.

– Dobrze tańczysz – zauważyłam.

– Moja matka była zawodową tancerką – odpowiedział Hudson, obracając się ze mną dookoła. – Nie miałem wyboru. Musiałem się nauczyć tańczyć, inaczej nie dawałaby mi jeść.

Roześmiałam się.

– To wspaniale. Nie chciałeś pójść w jej ślady?

– Absolutnie nie. W dzieciństwie widziałem, jak ciągle cierpi na zapalenie stawu biodrowego, leczy złamania przeciążeniowe i naderwane więzadła. Bez wątpienia nie jest to tak wspaniały zawód, jak go przedstawiają we wszystkich programach telewizyjnych z konkursami tańca. Trzeba to naprawdę kochać, żeby móc to robić.

– Trafna uwaga.

Piosenka dobiegła końca i wodzirej zaprosił wszystkich do stołu.

– Gdzie twoje miejsce? – zapytał Hudson.

– Gdzieś tam. – Wskazałam na róg sali, gdzie miałam siedzieć z Fisherem. – Stolik szesnasty.

Skinął głową.

– Odprowadzę cię.

Podeszliśmy do stolika w tym samym momencie, co Fisher, który nadszedł z innej strony. Spojrzał pytająco na mnie i Hudsona, ale się nie odezwał.

– Hm… – zaczęłam. – To mój przyjaciel Fisher. Fisher, to jest Hudson.

– Miło mi cię poznać. – Hudson wyciągnął dłoń.

Po uściśnięciu dłoni Fisherowi, który wydawał się zapomnieć języka w gębie, Hudson odwrócił się do mnie i znów wziął mnie za rękę.

– Powinienem już wrócić do swojego stolika.

– Dobrze.

– Zatańczysz ze mną później?

– Z przyjemnością – odparłam z uśmiechem.

Hudson ruszył na swoje miejsce, ale nagle zawrócił i zapytał:

– Na wypadek gdybyś wywinęła mi numer z Kopciuszkiem i się ulotniła… Jak masz na nazwisko, Evelyn?

Na szczęście przypomniał mi o moim fałszywym imieniu, bo za pierwszym razem, gdy zapytał, jak się nazywam, prawie się zdradziłam.

– Whitley.

– Whitley?

O Boże. Czyżby znał Evelyn? Zmierzył wzrokiem moją twarz.

– Świetnie. Do zobaczenia później.

– Hm… okej, jasne.

Ledwo Hudson odszedł, Fisher pochylił się do mnie i szepnął:

– Miałaś mnie nazywać Maximilianem, skarbie.

– O Boże, Fisher. Musimy wyjść.

– No co ty. – Wzruszył ramionami. – To nic takiego. I tak wymyśliliśmy tego całego Maximiliana. Jestem tylko twoją osobą towarzyszącą. Nikt nie zna nazwiska faceta, z którym przyszła Evelyn. Ale w razie czego nadal chcę grać potentata na rynku nieruchomości.

– Nie o to chodzi.

– Więc o co?

– Musimy wyjść, bo on wie…

2

Stella

Fisher wypił łyk piwa.

– Wydaje ci się. Facet nie ma o niczym pojęcia. Przyglądałem mu się, kiedy wypowiedziałaś nazwisko Whitley, i jedyne, na co zwracał uwagę, to to, jaka jesteś piękna.

Pokręciłam głową.

– Nie, zrobił dziwną minę. Widziałam.

– Jak długo z nim rozmawiałaś?

– Nie wiem. Może piętnaście minut? Poznałam go przy barze, a potem poprosił mnie do tańca.

– Czy wyglądał na nieśmiałego, taktownego faceta, który nie dopytywałby o nic, gdyby miał jakieś wątpliwości?

Zastanowiłam się nad tym. Właściwie Hudson wywarł na mnie zupełnie inne wrażenie. Wydawał się wręcz bardzo śmiały.

– Nie, ale…

Fisher położył mi dłonie na ramionach.

– Weź głęboki oddech.

– Fisher, powinniśmy iść.

Wodzirej ponownie poprosił wszystkich o zajęcie miejsc przy stołach, ponieważ za chwilę miała zostać podana kolacja. Fisher odsunął moje krzesło.

– Przynajmniej coś zjedzmy, a potem się ulotnimy, jeśli nadal będziesz chciała. Ale zapewniam cię, że tylko coś ci się wydaje. Facet nie ma o niczym pojęcia.

Instynkt kazał mi wyjść już teraz. Kiedy jednak rozejrzałam się dookoła, zauważyłam, że jesteśmy ostatnimi z kilku maruderów, którzy jeszcze stali, i zwracaliśmy na siebie uwagę innych gości. Westchnęłam ciężko.

– Dobra. Zjemy kolację, a potem uciekamy.

Fisher uśmiechnął się z aprobatą.

– Gdzie się podziewałeś, nawiasem mówiąc? – zapytałam cicho, żeby nie usłyszeli nas siedzący przy naszym stoliku goście, których nadal niegrzecznie ignorowaliśmy.

– Rozmawiałem z Noahem.

– Z kim?

– To ten uroczy kelner. Zostanie aktorem.

Przewróciłam oczami.

– Jasne. Mieliśmy się trzymać razem, nie pamiętasz?

– Nie sprawiałaś wrażenia osamotnionej. Kim był tamten Adonis? Wiesz, że nie lubię, gdy zaznajamiasz się z mężczyznami przystojniejszymi ode mnie.

– Jest zachwycający, prawda? – Westchnęłam.

Fisher napił się piwa.

– Ja bym go brał.

Oboje się roześmialiśmy.

– Jesteś pewien, że się nie połapał? Nie mówisz tego tylko po to, żeby zostać?

– Nie, nic nam nie grozi.

Zapewnienia Fishera mnie nie uspokoiły, ale zdołałam się trochę odprężyć podczas kolacji, głównie dzięki kelnerowi, który wciąż napełniał mi kieliszek, chociaż nawet go o to nie prosiłam. Nadal podejrzewałam, że Hudson nas rozpracował, ale martini z ginem uderzyło mi do głowy na tyle, że przestałam się tym zamartwiać.

Gdy zabrano nasze talerze, Fisher poprosił mnie do tańca. Pomyślałam: dlaczego nie? Wieczoru spędzonego w tańcu z dwoma przystojniakami zdecydowanie nie można uznać za najgorszy. Udaliśmy się więc na parkiet, aby potańczyć do chwytliwej popowej piosenki, a kiedy muzyka zwolniła, Fisher przyciągnął mnie do siebie.

W połowie utworu śmialiśmy się już w najlepsze, gdy nagle ktoś poklepał mojego partnera w ramię.

– Mogę ci odbić partnerkę?

Hudson. Serce zaczęło mi walić w piersi, choć nie byłam pewna, czy to na myśl o znalezieniu się z powrotem w ramionach tego mężczyzny, czy też ze strachu przed zdemaskowaniem. Fisher wycofał się z uśmiechem.

– Tylko dobrze o nią zadbaj.

– Och, taki mam zamiar.

Zaniepokoił mnie ton głosu Hudsona, choć chwycił mnie i prowadził w tańcu tak, jak zrobił to poprzednio.

– Dobrze się bawisz? – zapytał.

– Hm… Tak. To piękne miejsce na ślub. Nigdy tu wcześniej nie byłam.

– Przypomnisz mi, czyim jesteś gościem? Panny młodej czy pana młodego?

Nie mówiłam mu tego wcześniej.

– Panny młodej.

– A skąd się znacie?

Cholera. Podniosłam wzrok, a usta Hudsona wygięły się w uśmiechu, bynajmniej nie jowialnym, lecz raczej cynicznym.

– Hm, pracowałyśmy razem.

– Ach tak? Czyżby w Rothschild Investments?

Miałam ochotę wziąć nogi za pas. Hudson chyba to wyczuł, bo ścisnął mnie mocniej. A może tylko tak mi się wydawało? Przełknęłam ślinę.

– Tak, pracowałam w Rothschild Investments.

Jedyne, co wiedziałam o życiu zawodowym Evelyn, to to, że była recepcjonistką i nie znosiła swojego szefa. Nazywała go dupkiem z okładki.

– Na jakim stanowisku?

Zaczęłam się czuć jak na przesłuchaniu.

– Jako recepcjonistka.

– Recepcjonistka? Myślałem, że jesteś perfumiarką.

Niech to szlag. Racja. Nie pomyślałam o tym wcześniej, kiedy nieopatrznie zdradziłam swój prawdziwy zawód.

– Ja, hm, zakładam właśnie swój biznes i mam pewne opóźnienia, więc potrzebowałam jakiegoś dochodu.

Przynajmniej to nie było kłamstwem.

– A jaką firmę zakładasz?

– Nazwałam ją Signature Scent. To ma być sprzedaż wysyłkowa niestandardowych perfum.

– Jak to ma wyglądać?

– Każdej zainteresowanej osobie wyślemy ankietę wraz z dwudziestoma małymi próbkami zapachów, które oceni w skali od jednego do dziesięciu. Na podstawie jej ocen i odpowiedzi z ankiety stworzymy jej osobisty zapach. Opracowałam na to specjalny algorytm.

Hudson przyjrzał się mojej twarzy, jakby próbował rozwikłać jakąś zagadkę.

– To naprawdę dobry pomysł – przemówił łagodniejszym tonem.

Być może alkohol rozstroił mnie nerwowo, ale nagle poczułam się urażona, że wydawał się zaskoczony.

– Czyżbyś nie spodziewał się tego po mnie, bo jestem blondynką?

Po stoickiej twarzy Hudsona przemknęło coś, co przypominało szczery uśmiech, ale szybko zniknęło. Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, a ja wstrzymałam oddech, czekając, aż nazwie mnie oszustką.

– Mogę cię porwać na moment? – zapytał w końcu.

– Dokąd?

– Mam wygłosić przemówienie i byłoby mi miło, gdybyś stała gdzieś niedaleko. Twoja piękna buzia doda mi otuchy. Potrzebuję tego.

– Mm… Jasne.

Hudson znów dziwnie się uśmiechnął. Jego prośba zabrzmiała jednak tak niewinnie, że kiedy pociągnął mnie za rękę i poprowadził w kierunku sceny, zrzuciłam uczucie niepokoju na karb swojego nieczystego sumienia.

Mój towarzysz porozmawiał przez chwilę z wodzirejem, a potem stanęliśmy z boku na parkiecie. W końcu piosenka się skończyła, a prowadzący poprosił gości o ponowne zajęcie miejsc.

– Panie i panowie, chciałbym wam przedstawić kogoś bardzo ważnego dla nowożeńców. To brat naszej pięknej panny młodej i dobry przyjaciel szanownego pana młodego. Przywitajmy wielkimi brawami drużbę Hudsona!

Jasny gwint. Brat panny młodej? Przecież to dupek z okładki we własnej osobie!

Hudson pochylił się do mnie i powiedział:

– Zostań tu, żebym mógł widzieć twoją piękną buzię, Evelyn.

Skinęłam głową z uśmiechem, chociaż zbierało mi się na wymioty.

W ciągu następnych dziesięciu minut Hudson wygłosił poruszającą mowę o tym, jak nieznośna była jego młodsza siostra w dzieciństwie i jak bardzo jest dumny z kobiety, na jaką wyrosła. Ścisnęło mnie w gardle, kiedy wspomniał o ich zmarłych rodzicach. Ewidentnie podziwiał siostrę, a w swoim przemówieniu wspaniale połączył powagę z humorem. Odetchnęłam z ulgą, że nie wyskoczył z niczym niespodziewanym. Pożałowałam, że poznałam go w takich okolicznościach i przedstawiłam się fałszywym nazwiskiem, bo wydawał się naprawdę świetną partią.

W końcu Hudson uniósł swój kieliszek.

– Za Masona i Olivię! Życzę wam miłości, zdrowia, szczęścia i dostatku, ale co najważniejsze, abyście mogli się długo tym wszystkim cieszyć.

Po pomieszczeniu rozszedł się szmer „na zdrowie” i goście wznieśli toast na cześć młodej pary. Myślałam, że to koniec przemowy, ale się myliłam. Zamiast oddać mikrofon wodzirejowi, Hudson spojrzał na mnie, posłał mi przebiegły uśmieszek, który przyprawił mnie o dreszcze, i kontynuował:

– A teraz mam dla was wszystkich specjalną niespodziankę. Evelyn, droga przyjaciółka mojej siostry, chciałaby zabrać głos.

Wybałuszyłam oczy.

– Ma do opowiedzenia świetną historię o tym, jak się poznały – mówił dalej. – To naprawdę zabawne i Evelyn nie może się doczekać, żeby się tym z wami podzielić.

Hudson podszedł do mnie z mikrofonem w ręce. Jego oczy błyszczały, on sam wydawał się rozbawiony, a ja obawiałam się, że za chwilę jego lśniące buty pokryją się moimi wymiocinami. Machnęłam do niego ręką i pokręciłam głową, ale najwyraźniej tylko go tym podjudziłam.

– Evelyn chyba się denerwuje – powiedział do mikrofonu, biorąc mnie za rękę. – Jest trochę nieśmiała.

Pociągnął mnie za sobą, a ja zrobiłam niechętnie dwa kroki do przodu, po czym zaparłam się piętami o podłogę.

Hudson zaśmiał się i znów przybliżył mikrofon do ust.

– Wygląda na to, że potrzebuje trochę zachęty. Panie i panowie, czy możemy wspólnie zachęcić Evelyn brawami, żeby wygłosiła tych kilka słów?

Tłum zaczął klaskać. Zapragnęłam, aby ziemia się pode mną rozstąpiła i bezdenna otchłań pochłonęła moje sztywne ze strachu ciało. Jednak z każdą sekundą coraz bardziej docierało do mnie, że nie mam innej możliwości, jak tylko iść przed siebie. Oczy wszystkich obecnych skierowane były na mnie i nie mogłam już wyjść z tego bez szwanku. Zastanawiałam się jeszcze nad ucieczką, ale uznałam, że lepiej, aby goniło mnie kilka osób niż wszyscy zebrani.

Wzięłam więc głęboki oddech, podeszłam do najbliższego stolika i zapytałam jakiegoś staruszka, czy w jego szklance jest alkohol. Kiedy odpowiedział, że to wódka z lodem, wypiłam całą zawartość. Potem wygładziłam sukienkę, wyprostowałam się, uniosłam brodę i podeszłam do Hudsona, żeby drżącą ręką przejąć od niego mikrofon.

Uśmiechnął się, nachylił i szepnął mi do ucha:

– Powodzenia, Evelyn.

Na sali zapadła cisza. Na czole i górnej wardze poczułam kropelki potu. W gardle miałam gulę wielkości piłeczki golfowej, a w palcach rąk i nóg czułam mrowienie. Wszyscy na mnie patrzyli, podczas gdy ja gorączkowo usiłowałam wymyślić jakąś historię – jakąkolwiek. W końcu coś przyszło mi do głowy. Musiałam trochę improwizować, ale czyż nie na tym polegał cały dzisiejszy wieczór? Odchrząknęłam.

– Cześć… – Trzęsła mi się dłoń, w której dzierżyłam mikrofon, więc zacisnęłam na niej drugą dłoń, aby móc trzymać go stabilnie. Potem wzięłam głęboki oddech i powiedziałam: – Cześć. Jestem Evelyn. Poznałyśmy się z Olivią w zerówce.

Popełniłam błąd, spoglądając na stolik, przy którym siedzieli nowożeńcy. Zdumiona panna młoda patrzyła na mnie ze zmarszczonym czołem i szeptała coś do męża.

Musiałam się pospieszyć.

– Jak wspomniał Hudson, chciałabym się podzielić opowieścią o tym, jak poznałyśmy się z Livi. Przeprowadziłam się do miasta w połowie roku szkolnego i nie miałam zbyt wielu przyjaciół. Byłam wtedy bardzo nieśmiała. Czerwieniłam się jak burak, ilekroć skupiano na mnie uwagę, więc za wszelką cenę unikałam odzywania się na zajęciach. Pewnego dnia wypiłam na przerwie całą butelkę wody. Potrzebowałam skorzystać z toalety, ale pan Neu, nasz nauczyciel, rozpoczął już lekcję i nie chciałam mu przeszkadzać. Miał jakieś dwa metry wzrostu i wydawał mi się przerażający. Poza tym ogarniała mnie panika na samą myśl o podniesieniu ręki i zwróceniu na siebie uwagi wszystkich dzieci, które wlepiłyby we mnie wzrok, gdy tylko wypowiedziałby moje imię. Wytrzymałam całą lekcję, a facet naprawdę lubił gadać.

Skierowałam wzrok na pannę młodą.

– Pamiętasz, jak pan Neu mamrotał pod nosem te swoje kiepskie żarty, a potem sam się z nich śmiał?

Panna młoda spojrzała na mnie jak na wariatkę. Nic dziwnego.

Przez następne pięć minut paplałam bez przerwy do zupełnie nieznanych mi osób. Opowiedziałam im o tym, jak po lekcji pobiegłam prosto do toalety, ale wszystkie kabiny były zajęte, a ja nie mogłam już dłużej wytrzymać, więc… wróciłam do klasy z mokrymi spodniami. Próbowałam to jakoś ukryć, ale jeden chłopiec to zauważył i krzyknął: „Patrzcie! Nowa zsikała się w spodnie”. Poczułam się strasznie upokorzona i łzy napłynęły mi do oczu, ale wtedy na ratunek ruszyła moja przyszła wspaniała przyjaciółka. W akcie odwagi, który zapoczątkował naszą nierozerwalną więź, Olivia również zsikała się w spodnie, a potem wstała i powiedziała wszystkim, że na przerwie siedziałyśmy razem na mokrej trawie.

Na widok uśmiechniętych twarzy słuchaczy zakończyłam swoją mowę, życząc szczęśliwej parze, aby dzieliła ze sobą tyle miłości i radości, ile ja z panną młodą przez te wszystkie lata. Podniosłam rękę, jakbym trzymała w niej kieliszek, i dodałam:

– Za państwa młodych!

Goście zaczęli bić brawo, dlatego postanowiłam wykorzystać ten moment na ucieczkę. Hudson stał z boku z miną sugerującą, że chyba trochę mu zaimponowałam tym, że się nie złamałam. Przyglądał mi się uważnie z błyskiem w oku, gdy podeszłam do niego i z impetem wcisnęłam mu mikrofon. Osłonił go, uśmiechnął się i skwitował:

– Ciekawa historia. Nieźle ci poszło.

Błysnęłam fałszywym uśmiechem i skinęłam na niego palcem, żeby się do mnie pochylił. Kiedy to zrobił, szepnęłam mu do ucha:

– Jesteś dupkiem.

Zaśmiał się nisko, a ja zwiałam, nie oglądając się nawet za siebie, żeby sprawdzić, czy mnie goni. Na szczęście Fisher zmierzał już w moim kierunku, więc mogliśmy bezzwłocznie prysnąć z przyjęcia. Mój przyjaciel podszedł do mnie z wybałuszonymi ze zdziwienia oczami.

– Upiłaś się? Co to było, do licha?

– Musimy się stąd natychmiast ulotnić. – Ujęłam go pod ramię. – Masz moją torebkę?

– Nie.

Cholera. Byłam gotowa ją zostawić, ale w środku znajdowały się moje dokumenty i karta kredytowa. Ruszyłam więc do naszego stolika najkrótszą możliwą drogą. Kątem oka dostrzegłam, jak Hudson oraz pan młody rozmawiają z szefem obsługi przyjęcia i wskazują w naszą stronę.

– Kurde! Musimy się pospieszyć. – Podbiegłam do stolika, chwyciłam swoją torebkę i znów skierowałam się do wyjścia. Po dwóch krokach jednak zawróciłam.

– Co ty wyprawiasz? – zapytał Fisher.

Podniosłam ze stołu nieotwartą butelkę dom pérignon.

– Zabieram to ze sobą.

Fisher potrząsnął głową ze śmiechem. Mijając kolejne stoliki, zgarnęliśmy jeszcze kilka butelek szampana. Zmieszani goście nie mieli pojęcia, co się dzieje, ale poruszaliśmy się zbyt szybko, żeby mogli to skomentować. Gdy dotarliśmy do wyjścia, mieliśmy pełne ręce trunków wartych co najmniej tysiaka.

Na szczęście przed budynkiem zatrzymało się na światłach kilka żółtych taksówek i pospiesznie wskoczyliśmy do pierwszej wolnej. Fisher zatrzasnął drzwi i oboje uklękliśmy na siedzeniu, żeby spojrzeć przez tylną szybę. Szef obsługi razem z dwoma kelnerami, którzy sprawdzali wcześniej nasze dowody, byli już w połowie marmurowych schodów. Hudson stał na szczycie. Oparty niedbale o kolumnę, popijał szampana i przyglądał się naszej szalonej ucieczce. Poczułam ciśnienie w uszach, gdy spoglądałam raz na światła, a raz na zbliżających się do nas ludzi. Czerwone światło zmieniło się na zielone akurat w momencie, gdy weszli na ulicę.

– Jedź! Jedź! – krzyknęłam do taksówkarza. Kierowca wcisnął pedał gazu, a my z Fisherem patrzyliśmy na znikających w oddali mężczyzn. Kiedy skręciliśmy za róg, odwróciłam się i opadłam na siedzenie. Z trudem łapałam oddech.

– Co się tam, do cholery, stało, Stello? W jednej chwili tańczysz ze wspaniałym, wpatrzonym w ciebie facetem, a w drugiej opowiadasz tłumowi obcych ludzi jakąś przedziwną historię. Upiłaś się?

– Nawet gdyby, to już dawno wytrzeźwiałabym ze strachu.

– Co cię napadło?

– Nie co, ale kto.

– Nie nadążam.

– Kojarzysz tego wspaniałego mężczyznę, z którym rozmawiałam?

– Tak.

– Cóż, okazuje się, że jednak nas przejrzał…

Ogarnęła mnie panika, gdy zdałam sobie sprawę, że nie wiem, gdzie zostawiłam telefon komórkowy. Roztrzęsiona, otworzyłam torebkę i zaczęłam wyciągać swoje rzeczy. Komórki najwyraźniej wśród nich nie było. O nie, przecież musi tu gdzieś być. Nie chciałam przyjąć do wiadomości brutalnej prawdy, więc wywróciłam torebkę do góry nogami i wyrzuciłam całą jej zawartość na kolana.

Ani śladu cholernego telefonu!

– Czego szukasz? – zapytał Fisher.

– Proszę, powiedz, że masz moją komórkę.

– Dlaczego miałbym ją mieć?

– Bo jeśli jej nie masz, to znaczy, że zostawiłam ją na stoliku.

3

Hudson

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26

Tytuł oryginału:

The Invitation

Redaktorki prowadzące: Ewelina Kapelewska, Ewa Pustelnik

prowadzące: Ewelina Kapelewska, Ewa Pustelnik

Wydawczyni: Joanna Pawłowska

Redakcja: Zuzanna Kot

Korekta:

Projekt okładki: Sommer Stein, Perfect Pear Creative, www.perfectpearcreative.com

Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Tamer Yilmaz

Model: Nick Bateman

Copyright © 2021. THE INVITATION by Vi Keeland

Copyright © 2022 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Karolina Bochenek, 2022

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2022

ISBN 978-83-67335-58-4

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek