Zanurz się w ciszy spotkania. Kazania wybrane - ks. Tomasz Grabowski - ebook

Zanurz się w ciszy spotkania. Kazania wybrane ebook

Ks. Tomasz Grabowski

4,5

Opis

Jeśli będziemy od siebie wymagać tylko rzeczy podstawowych, nasze życie stanie się sympatyczną, czasem nawet dostatnią wegetacją, ale w życiu chodzi o coś więcej, chodzi o esencję życia i dlatego życie trzeba planować i wymagać od siebie więcej. Nie można żyć z dnia na dzień, bo to nikomu nie służy. Nawet w zakresie materialnym życie z dnia na dzień to jakaś loteria pełna napięcia. Trzeba planować, bo taki zamysł Bóg wpisał w naszą zdolność myślenia.
 
Kazania ks. Tomasza Grabowskiego są adresowane do wszystkich, którzy w życiu codziennym chcą kierować się nauką Bożą. Przytoczone w nich przykłady i nawiązania do sytuacji życiowych pomagają zrozumieć fragmenty Ewangelii, które słyszymy podczas Mszy św. Prosty język kazań sprawia, że stają się one zrozumiałe dla każdego i na długo zostają w pamięci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 209

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Korekta

Magdalena Mnikowska

Anna Śledzikowska

 

Redakcja techniczna i przygotowanie do dru­ku

Artur Falkowski

 

Projekt okładki

Artur Falkowski

 

Imprimi potest

ks. Józef Figiel SDS, prowincjał

 

 

© 2020 Wydawnictwo SALWATOR

 

 

ISBN 978-83-7580-739-4

 

Skład wersji elektronicznej

Monika Lipiec /Woblink

Wydawnictwo SALWATOR

ul. św. Jacka 16, 30-364 Kraków

tel. (12) 260-60-80, faks (12) 269-17-32

e-mail: wydawnictwo@salwator.com

www.salwator.com

2. niedziela Adwentu

 

(…) a ja się zmienięwiem, że się odmienięznajdę w sobie siłęjuż cię nie ominęzapomnijzapomnij, co złe1.

Podmiot wypowiadający się w piosencepragnie prosić o szansę. Świadom popełnionych błędów, chce przeprosić i móc budować zupełnie na nowo, bez pamiętania wyrządzonych krzywd.„Znaleźć siłę” to motto, które przyświeca podjętemu postanowieniu, ta siła jest potrzebna też po to, aby osiągnąć główny cel naszego życia. Zapraszam dziś do refleksji o powszechności zbawienia.

Drogie Siostry i Bracia!Zasadniczo tekst, a może i temat dzisiejszej Ewangelii zdecydowanie bardziej pasowałby do refleksji na Wielki Post. Ktoś może powie, że przecież przygotowujemy się do narodzin Jezusa, a więc myślenie o zbawieniu jest dla nas przedwczesne. A jednak takie stwierdzenie byłoby błędne, ponieważ dzisiejsza Ewangelia odsłania nam powód, dla którego Bóg zsyła Dziecię Jezus. Tak abyśmy żadnego faktu nie pominęli, ewangelista bardzo dokładnie sytuuje postać Jana Chrzciciela w historii. Mówi, za czasów których kapłanów i władców zostało mu dane Słowo i misja przygotowania ścieżki dla Zbawiciela. Trzeba przyznać, że Pan Bóg był niezwykle przezorny przed narodzinami swojego Syna. Wszystko dokładnie zaplanował, tak aby dzisiaj nikomu nie przyszło do głowy walczyć z tym porządkiem zbawczej historii. I tak od ewangelisty Łukasza dowiadujemy się, iż Janowi Zachariasza zostało objawione Słowo, w wyniku którego powrócił z pustyni nad Jordan i szedł, głosząc chrzest nawrócenia. Jan, dodatkowo wzmacniając otrzymany przekaz, mówił, że wraz z przyjściem Zbawiciela na ziemię, wszystkie pagórki zostaną wyrównane, drogi kręte staną się proste, a wyboiste gładkie, tak aby nikt i nic nie zaznało jakiegokolwiek uszczerbku. Ewangelia kończy się zasadniczym wezwaniem, że wszyscy ujrzą zbawienie Boże.

Trzeba przyznać, że ta końcówka jest optymistyczna, bez względu bowiem na stan społeczny, zasobność portfela czy posiadane majętności wszyscy staniemy się świadkami owego misterium przyjścia Bożego Syna. Pewnie dla wielu okaże się ono wyjątkowym darem na przyszłość. Jednak napewno będzie też całkiem niemałe grono tych, którzy zapłaczą, bo czas wyprzedzi ich w staraniu o miłość.

Kiedy Jezus przyjdzie powtórnie? Czy zbawienie jest kwestią otwartą czy ma swój z góry zaplanowany scenariusz? Jak przygotować się na pamiątkę narodzin Jezusa?

Kiedy Jezus przyjdzie powtórnie?

Drogie Siostry i Bracia! Nie ma jasno wskazanej daty przyjścia Jezusa po raz kolejny na ziemię. Oczywiście ewangeliści w różnych tekstach opisują pewne znaki zewnętrzne, jakie mają towarzyszyć owemu przyjściu. Często też, myśląc o tzw. czasach ostatecznych, myślimy o jakichś tragediach bardziej związanych z zachowaniem przyrody niż nas samych. Jeśli rzetelnie prześledzi się literaturę i sztukę, można stwierdzić, że takie pesymistyczne tendencje pojawiają się cyklicznie. Owszem, Pismo Święte też wskazuje nam na bardzo wyraźne znaki zewnętrzne towarzyszące temu powtórnemu przyjściu. Czasami mam wrażenie, że tymi dramatycznymi opisami końca świata chcemy zwolnić się z odpowiedzialności moralnej za ten stan. A przecież Pismo Święte jasno mówi, że Bóg przyjdzie powtórnie wtedy, kiedy uzna to za stosowne i kiedy nie będzie mógł już znieść tego, że człowiek odwrócił się od Niego. Jeśli przyjrzymy się temu, jak dzisiaj uderza się w Pana Boga, to naprawdę można mieć wrażenie, że żyjemy w czasach ostatecznych. Promocja zła i aprobata dla zła jest na tyle silna, że przeciętny człowiek gubi granice pomiędzy tym, co zgodne z sumieniem, a tym, co zaprzecza Bożej obecności.

Pamiętam rozmowę z mężczyzną w wieku mocno zaawansowanym, który udowadniał mi, że aborcja w czasie pierwszych tygodni ciąży jest nic nieznaczącym zabiegiem. Rozmawialiśmy długo, bo w sumie obaj mieliśmy dużo czasu. Mój rozmówca mówił z ogromnym przekonaniem, że przecież na tym etapie nie można mówić o człowieku. Nie denerwowałem się na niego, bo szanuję jego wiek, a poza tym ten człowiek rzeczywiście wierzył w to, co mówił. Nie próbowałem przekonywać, że się myli, bo takie działanie nie miałoby sensu, ale wskazałem na pewne sprawy. Pan kulturalnie przyjął moje słowa, ale pozostał przy swoim. Próbowałem zrozumieć jego myślenie i przyznam, że w jakiejś mierze jest ono dla mnie jasne. Okazuje się, że człowiek, który żyje w jakiejś uformowanej strukturze grzechu, nie jest w stanie zobaczyć zła swoich decyzji. Musi nastąpić jakieś wyjątkowe tąpnięcie, aby taki człowiek zrozumiał swój błąd, w innym wypadku jest to niemożliwe. Niestety można żyć całymi latami, aż do śmierci, w złym przekonaniu i można innych do złego namawiać.

Mówię o tym dlatego, że właśnie ten moment, czyli odejście ludzkiego serca od Boga, wydaje mi się krytycznym punktem, kiedy to Bóg jest wręcz zmuszony do interwencji, bo nie może pozwolić sobie na bycie pośmiewiskiem.

Czy zbawienie jest kwestią otwartą, czy ma swój z góry zaplanowany scenariusz?

Drogie Siostry i Bracia! Jeśli zbawienie byłoby objęte wcześniej zaplanowanym scenariuszem, wówczas nasze szanse na nie byłyby ograniczone. Bóg przecież jest w miłości nieograniczony i bardzo kreatywny, a skoro kocha, to jest też w stosunku do człowieka w tej miłości szalony. Wiemy jedno, że przyjdzie po to, abyśmy mogli dostąpić fizycznie Jego obecności. Dokładna data nie jest znana i to powinno być motorem napędzającym nasze działanie, aby nie zgubić celu wyznaczonego narodzinami Jezusa. Jan mówi, że to przyjście wszystko wyrówna, wygładzi. Nie do końca – w pewnym sensie wszystko zostanie wyrównane, bo przestaniemy odczuwać ludzkie cierpienie. Ci, którzy cierpieli, będą czuć prawdziwą ulgę i satysfakcję, ale ci, którzy zadawali cierpienie, muszą liczyć się z konsekwencjami. Kiedyś podczas kłótni ktoś komuś życzył cierpienia. Owszem, słowa wypowiedziane w emocjach nie są miarodajne, ale wypada czasem pomyśleć, czy w obliczu sytuacji, które nas ranią, w podobny sposób nie ranimy tych, których mamy wokół siebie.

Nie tak dawno pewien mężczyzna opowiadał mi o swojej rodzinie. Rozszedł się z żoną 10 lat po ślubie, bo od momentu narodzin dziecka, a było to w trzecim roku małżeństwa, żona zrezygnowała ze wspólnego życia. Zamieszkali w oddzielnych pokojach. To on zarabiał na utrzymanie całej rodziny, a ona spędzała czas wiecznie z mamą i z dzieckiem. Z mamą szła na zakupy, z mamą do fryzjera, do mamy po obiadek, z mamą na spacer. Miał facet cierpliwość, bo kilka razy pytał, z kim się żenił, czy z mamą, czy z nią. W końcu nie dał rady. Kiedy zrezygnował ze wspólnego życia, został o wszystko obwiniony. W końcu mówi tak: „Wiem, że popełniłem błędy, bo może praca za mocno mnie wciągnęła na początku, ale ja to zmieniłem, a w zamian zamiast żony dostałem teściową”.

Przytaczam ten przykład w kontekście scenariusza zbawienia, ponieważ zbawienie jest zaplanowane wspólnotowo. Proszę zobaczyć, że realizując każde powołanie, my się deklarujemy do zbawienia właśnie w kontekście decyzji, jaką podjęliśmy na życie. Ja jako ksiądz będę rozliczany z mojego kapłaństwa, a każdy małżonek czy osoba żyjąca samotnie zda rachunek ze swojego powołania. I tu niespodzianka: Pan Bóg nie posłuży się katalogiem grzechów – to byłoby za proste – Pan Bóg po prostu przyłoży serce człowieka do swojego serca i wszystko będzie jasne.

Jak przygotować się na pamiątkę narodzin Jezusa?

Drogie Siostry i Bracia! Jeśli przynajmniej w skrócie wiemy, jak będzie wyglądała realizacja scenariusza zbawienia, to pomyślmy teraz o tym, jak się przygotować do świętowania pamiątki narodzin Jezusa. Zostały dwa tygodnie. Pewnie wiele osób myśli o tym, gdzie kupić karpia, że prezenty jeszcze nieprzygotowane, że kapusta niedoprawiona, że grzyby nienamoczone. Cała lista tego, co nie zostało zrobione. A potem przychodzą święta, siądą przed telewizorem i będą jeść tony jadła. A przecież spokojnie, bez uginającego się stołu, święta można przeżyć, a wtedy nawet odczujemy satysfakcję, że się nie przejedliśmy. Niestety bez spowiedzi, bez Komunii św. całe to świętowanie nie ma sensu. Po co Gwiazdka, która oznacza światło, skoro i tak w sercu jest ciemno? Po co biały obrus i stół z opłatkiem, skoro człowiek jest z Bogiem skłócony? Po co prezenty, skoro najważniejszy z nich jest poza zasięgiem?

Pomyśl, jakich chcesz świąt, jakiego chcesz życia, bo zbawienie Jezus przeznaczył i dla Ciebie.

Uroczystość Bożego Narodzenia

 

Moja cisza jest jeziorem, zanurzę się w nim.

W ciszy ustępuje ciężar oskarżeń i win.

Moja cisza mnie otula, dobrze mnie zna.

Moja cisza pokazuje, gdzie zaczynam się ja2.

Piękny tekst piosenki o tytule Moja cisza ukazuje wielkość serca człowieka, które zanurzone w Bogu odsłania nam cały smak człowieczeństwa. To w ciszy jesteśmy w stanie poznać samych siebie, to w ciszy dzisiejszej nocy człowiek spotyka Boga. Bo chociaż na zewnątrz wiele się dzieje, to ten dzień, a właściwie ta noc, ma w sobie niezwykłą ciszę. Przyszedł Bóg, nie budźmy Go ze snu!

Zapraszam dziś do refleksji o Bogu, który się rodzi, abyśmy zostali oswobodzeni z niewoli grzechu.

Drogie Siostry i Bracia! Po raz kolejny w naszym życiu spotykamy się w bożonarodzeniowej scenerii. Kiedy patrzę z perspektywy ołtarza, mam świadomość tego, że my, starsi, już się do tego dnia trochę przyzwyczailiśmy. W oczach najmłodszych, niewinnych, jest to zadziwienie nad tym, co nastąpiło ponad 2000 lat temu. Bóg przyszedł na świat i jest to jeden z niepodważalnych konkretów w historii ludzkości.

Dzisiejsza Ewangelia bardzo obrazowo ukazuje nam moment przyjścia na świat Boga-człowieka. Zachariasz wyśpiewuje pieśń uwielbienia, bo oto na ziemię przychodzi od dawna wyczekiwany Mesjasz, a ewangelista Marek pokazuje rodowód, abyśmy nigdy nie podważyli decyzji Boga. To wyrysowane w Ewangelii drzewo genealogiczne jest dla wszystkich niedowiarków: dla tych, którzy za pomocą lupy chcieliby badać, czy to prawda, że On się narodził. Narodził się, nie pozostawiając nam złudzeń, i narodził się po to, abyśmy także my razem z Nim narodzili się do nowego życia. Ewangelia ukazująca narodziny Jezusa, pomimo ukazania nieprzychylności otoczenia na to przyjście, jest pełna spokoju. To czysto faktograficzny zapis niecodziennych narodzin, ale też pokazanie, że Boże życie jest bardzo jasnym komunikatem dla całego świata. Bo jeśli przychodzi Bóg, to znaczy, że dzieje się coś wyjątkowego. Od tego czasu przychodzi codziennie, a jednak wielu z nas bagatelizuje Jego obecność, sądząc, że sami poradzimy sobie zdecydowanie lepiej. I tak jak wtedy, tak i dzisiaj przeganiamy Go z miejsca, jakie się Mu należy, szukając recepty na życie bardziej konsumpcyjne niż duchowe. Kiedy przyjrzymy się swemu działaniu, niejednokrotnie stwierdzimy, że większą uwagę skupiamy na zakupach przed świętami niż na przygotowaniu serca. Gdybyśmy się zastanowili, jak spędziliśmy przedświąteczny czas, myślę, że wielu tu obecnych by się zawstydziło. Większość sprzątała domy, stroiła choinki, szykowała prezenty, przyrządzała karpia, kapustę, ciasta, a Pan Jezus przy tym został potraktowany szybko i niegodnie.

Po co przyszedł Bóg? Jak wyjść z niewoli, w którą popadamy? Jak przeżywać Boże Narodzenie na co dzień?

Po co przyszedł Bóg?

Drogie Siostry i Bracia! Pytanie i odpowiedź są proste i nawet dzieci z pierwszych klas potrafią odpowiedzieć. Moglibyśmy chórem stwierdzić, że Bóg przyszedł, aby zbawić świat. To jest prawda, którą przyjmujemy bezkrytycznie i bez wątpliwości. Jednak jeśli tak rzeczywiście jest, powinno nas to mobilizować, byśmy z Bogiem w swoim życiu na tej płaszczyźnie odkupienia się spotkali. Przyjście Jezusa to jest też wskazanie na pierwszy grzech Adama i Ewy. Jezus przychodzi, bo człowiek na etapie stworzenia odwrócił się od Pana Boga, a więc Bóg przychodzi jako człowiek, aby ludzi na nowo zwrócić ku Panu Bogu, aby ich przekonać, że pomimo skazy pierworodnej Boża miłość się nie skończyła, że Bóg chce błogosławić, chce uczestniczyć w naszych radościach i naszych troskach tylko dlatego, że nas kocha. Z raju Bóg wygonił pierwszych ludzi, bo nie mógł zalegalizować zła, ale to nie znaczy, że przestał kochać. Dowodem miłości jest Jego Syn i cała Boża Rodzina. Dowodem miłości są niepokoje związane z narodzinami Pana, cuda, które temu towarzyszyły, aż wreszcie śmierć Jezusa na krzyżu. Bóg przyszedł, abyśmy mogli doświadczyć – każdy z osobna – że kocha nas do granic możliwości. Wyjątkowe są narodziny Bożego Syna, bo pokazują, że w Bożej logice wszystko jest zaplanowane i to, co dla nas jest przypadkiem, w Bogu ma swoje uzasadnienie.

 

Jakiś czas temu przyszła do mnie do kancelarii osoba borykająca się z problemem bezdzietności. Młoda kobieta pragnąca być matką. Rozmawialiśmy długo o kłopotach w małżeństwie, o zrobionych badaniach, o tym, że czasem łzy płyną za często. Po tej rozmowie przeczytałem fragment Ewangelii o narodzinach Jezusa. Pomyślałem: „Tobie, Panie Boże, też nie było łatwo, więc może pomóż”. Pamiętam słowa tej kobiety: „Wie ksiądz, ja tak bardzo chcę być matką, wszystko w życiu mam, niczego mi nie brakuje i tak bardzo chciałabym poświęcić swoje życie dla tego małego życia”. Przyznam, że patrząc w te przeszklone oczy, pomyślałem sobie, jak wielkim pragnieniem w człowieku jest chęć przekazania miłości. Nie wiem, jak Pan Bóg rozwiąże tę sytuację, wiem natomiast, że podczas tej rozmowy po raz kolejny zrozumiałem sens narodzin Jezusa. Bo jeśli Maryja przyjęła decyzję Boga pełna obaw, a potem zmierzyła się z tak ogromnym cierpieniem, to wierzę też w to, że i ta młoda kobieta, przechodząc najpierw przez cierpienie – jeśli wytrwa w modlitwie – osiągnie upragniony dar. Ale tu, tak jak i 2000 lat temu, potrzeba działania całej rodziny. Józef zaopiekował się Maryją, a w przytoczonej sytuacji trzeba, aby to mąż wziął w czułą opiekę żonę i ochronił ją.

Celem Boga jest zbawienie człowieka nie poprzez wyliczanie jego grzechów, a poprzez miłość.

Jak wyjść z niewoli, w którą popadamy?

Drogie Siostry i Bracia!Jeśli zbawienie poprzez narodziny stało się naszym udziałem, to wypływa z tego faktu kolejne zobowiązanie: aby wyjść z własnej niewoli. Niestety, potrafimy żyć zniewoleni i mówić innym, że jesteśmy w tym szczęśliwi. Człowiek może być w pełni szczęśliwy wówczas, gdy realizuje swoje życie razem z Bogiem. Urokliwe są w okresie Bożego Narodzenia nasze kościelne dekoracje, z małym uśmiechniętym Jezusem. Taki był, promieniał od samego początku, otoczony czułą miłością Matki i Ojca. I taki ma być w naszym życiu – to my mamy promienieć wobec innych Jego obecnością. Kiedy przyjrzymy się naszemu życiu i dokonywanym wyborom, to czasem stwierdzamy, że nasza przyszłość jawi się pod znakiem zapytania. Jeśli dzisiaj przychodzimy do kościoła, bo wierzymy w Boże Narodzenie, to musimy też zadać sobie pytanie o naszą przyszłość: jakiej chcemy przyszłości? Tej z Bogiem czy tej, gdzie Bóg jest poniewierany przez człowieka. Historia jasno pokazuje, że ten, kto z Bogiem walczy, ten, kto z Boga szydzi, ten, kto z Boga kpi, wcześniej czy później zapłaci swoją cenę.

To prawda, że Bóg kocha, ale nie pozwoli sobie na kolejną Golgotę, bo ta jedna zgładziła grzech i odkupiła tych wszystkich, którzy chcą być zanurzeni w Jego miłości.

Dzisiaj to człowiek jest największym zagrożeniem dla samego siebie.

To człowiek potrafi wyśmiać i zakpić z tego, co święte.

To człowiek podnosi rękę na niewinne życie.

To człowiek próbuje Boga przysłonić konsumpcją.

Trzeba wyjść z tej niewoli i pokazać innym, że szczęście przychodzi ze żłóbka.

Jakiś czas temu byłem w Grocie Narodzenia. Najpierw przewodnik zaprowadził nas do kościoła, gdzie Matka Boża dowiedziała się od anioła, że porodzi Bożego Syna, a potem przeszliśmy do Bazyliki Narodzenia. Była kolejka do Groty i dziesiątki osób podchodziły, aby zobaczyć miejsce znane z albumów czy z telewizyjnych reportaży. Patrzyłem na ludzi, jak stoją, czekają. Większość miała oczy pełne zaciekawienia, a w dłoniach przewijały się koraliki różańca. Tam przecież każdy przyszedł, aby o coś poprosić. Nie wiem, może ktoś prosił o dziecko, ktoś o szczęście w rodzinie, o spokój serca. Obok mnie stało małżeństwo z Katowic. Zaczęliśmy rozmawiać. Małżonkowie w wieku pięćdziesięciu lat powiedzieli, że przyjechali na wycieczkę i że tak z ciekawości przyszli zobaczyć Grotę. Stali, żuli gumę i nieźle się bawili w tej kolejce. Potem zeszli do Groty, nawet uklęknęli, dotknęli skały, na której leżał mały Jezus, zrobili pamiątkowe zdjęcie i poszli. Popatrzyłem na nich i myślę: „Tak też można”. Można, niestety, żyć w takiej konsumpcyjnej niewoli i nawet przy Bogu się nie zatrzymać. Można życie przeżyć, nie biorąc na poważnie prawdy o tym, że zbawienie stało się naszym udziałem. Szkoda, że mając dzisiaj tak wiele przesłanek, potrafimy z uporem maniaka zaprzeczać narodzinom Jezusa.

Jak przeżywać Boże Narodzenie na co dzień?

Drogie Siostry i Bracia!Bóg stworzył nas do tego, abyśmy się cieszyli. Raj nie zakończył się szczęśliwie i dlatego narodził się Jezus, by to szczęście przywrócić. Dzisiaj z perspektywy czasu śmiało możemy powiedzieć, że mamy szczęście, bo Bóg obdarował nas nowym życiem w Jezusie Chrystusie. Gdy świętujemy ten fakt, niech towarzyszy nam prawdziwa radość. Umiej przeprosić, jeśli coś złego stało się z twojej winy w minionym roku, umiej swoje serce otworzyć może na tych, którzy byli ci mało przychylni, a wtedy zobaczysz i doświadczysz, że On narodził się w tobie. Przeżywać Boże Narodzenie to kochać i żyć tą miłością na co dzień.

Uroczystość Świętej Rodziny

 

Aniele mój, szukałam Cię, kiedy szczęście porwał wiatr,

Gdy złe słowa splotły sieć, nikt nie słyszał serca skarg,

Mój świat umierał w snach, myśli wrogiem stały się,

Moje serce lustrem jest i ciągle jeszcze szuka sił

by wybaczyć3.

W piosence pod tytułem List Edyta Górniak śpiewa o bolesnych wspomnieniach. Tekst w dalszej części mówi o tym, że po trudnych doświadczeniach oparcie się na silnym i czułym ramieniu pozwoliło jej zapomnieć o tym, co bolało.

Zapraszam dziś do refleksji o rodzinie, która się nie poddaje.

Drogie Siostry i Bracia! Dzisiejsza Ewangelia odsłania nam bardzo urokliwy moment z życia Świętej Rodziny. Przytoczona sytuacja jest pełna niepokoju, ale też zrozumienia, jakie wykazują rodzice dla Jezusa.Oto mamy Maryję i Józefa, którzy wybrali się do Jerozolimy na święto Paschy. Zabrali ze sobą młodego Jezusa, aby uczył się religijnych zwyczajów. Odprawili nakazane modlitwy i wyruszyli gromadnie ze wszystkimi pielgrzymami z powrotem do swojego domu. W czasie drogi powrotnej Józef i Maryja orientują się, że nie ma wśród nich Jezusa i wtedy rozpoczyna się pełne niepokoju poszukiwanie syna. Biegają z miejsca na miejsce, być może krzyczą na siebie, aż w końcu trafiają do świątyni. Okazuje się, że tam ich Syn przysłuchuje się kapłanom, ale i sam przemawia, zadaje pytania. Chłopiec znalazł się między wielkimi swojego religijnego świata i rozprawiał jak równy z równym. Rodzice dyskretnie spostrzegają całą sytuację i Matka z lekkim wyrzutem kieruje słowo do Syna. Jezus początkowo odpowiada nawet pretensjonalnie ze zdziwieniem, że jak mogli nie wiedzieli, gdzie Go szukać, przecież był w domu Ojca. Szybko jednak Boży Syn się reflektuje i odchodzi razem z Matką i Ojcem. To jeszcze nie czas na bycie nauczycielem, to jeszcze nie jest ten moment, aby ponieść krzyż. Dlatego ewangelista dopisze, by nas uspokoić, że Jezus wrócił i był poddany rodzicom, wychowywał się i pracował razem z nimi, aż do momentu, w którym poszedł, i to daleko, bo na Golgotę. Opowiedziana sytuacja pokazuje, jak wielką wartością jest rodzina, która ma zdolności wychowawcze; rodzina, która nie rezygnuje ze swojej misji, jaką jest też ukazanie człowiekowi Pana Boga i Jego wymiaru miłości.

Jak budować dzisiaj rodzinę? Na co położyć nacisk w wychowaniu dzieci? Dlaczego rodzina ma się nie poddawać?

Jak budować dzisiaj rodzinę?

Drogie Siostry i Bracia! Myślę, że to pytanie towarzyszy wielu młodym osobom, które pragną zawrzeć związek małżeński, ale też tym, które stanęły kilka lub kilkanaście lat temu na ślubnym kobiercu. Zadajemy sobie to pytanie, ponieważ widzimy, jak szybko rozpada się dzisiaj model rodziny chrześcijańskiej. Potrzebujemy bardzo głębokiej świadomości, że rodzinę tworzy nie ludzki wybór, a Boża miłość. Proszę zobaczyć, jak to niesamowicie dyscyplinuje wewnętrznie człowieka. Jeśli jestem świadom faktu, że moje małżeństwo jest z nadania Pana Boga, to jest ono dla mnie świętością. Nawet wówczas, gdy zdarzą się jakieś błędy, ba, czasem nawet i chwilowe odejścia, to wiem, co mnie wiąże, a kiedy sobie to uświadomię, dążę do tego, aby być razem, aby w pierwszej kolejności pokonać siebie i swoją słabość, bo celem jest święta i sakramentalna wspólnota osób. I chcę bardzo wyraźnie podkreślić: małżeństwo jest w pierwszej kolejności wspólnotą męża i żony, żony i męża. Dopiero w dalszej kolejności pojawiają się dzieci i odniesienia do rodziców oraz dalszej rodziny. Podstawową istotą małżeństwa jest dwoje ludzi i tu nie może zabraknąć miłości oblubieńczej, która jest dostrzeżeniem tej czułej i pięknej wzajemnej obecności przez całe życie. Rodzina, jeśli chce być trwała, to musi stać na fundamencie Boga. Ostrzegam, nie wystarczy ­sakrament, potrzeba jeszcze modlitwy, ale i codziennej miłości. Przewiązanie stułą nie zastąpi codziennej pracy nad sobą i szukania motywacji do tego, aby kochać jeszcze mocniej.

Kilka lat temu poznałem osobę, która opowiedziała mi o swojej walce o małżeństwo. Oboje pochodzili z normalnych przeciętnych rodzin. Zawarli związek małżeński, bo się pokochali, ale w pewnym momencie coś zaczęło pękać. Mężczyzna powiedział: „Zaczęliśmy się mijać, żyć każde dla siebie, snuć nawet plany, tylko bardzo indywidualne­. Wie ksiądz, może to dlatego, że nie mamy dzieci, ale w sumie przecież przed ślubem też ich nie było, tak że to nie powinno nas zwalniać ze wzajemnej miłości”. Pomyślałem: „No tak, rzeczywiście, przed ślubem każdy mężczyzna biega po kwiaty dla ukochanej, zaprasza na kawę, na ciastko, a przecież nie ma dzieci. No więc teraz, pomimo ich braku, nic nie powinno się w tej relacji zmieniać”. I wtedy przypomniałem sobie wspaniałe słowa pewnej zamężnej kobiety, które są dla mnie świadectwem zrozumienia małżeńskiej przysięgi: „Proszę księdza, zawsze jak mąż mi wyrządzi przykrość, jak czuję się odepchnięta, to z tym większym sercem do niego podchodzę. Gdzieś wewnątrz czasem z tym sobie nie radzę, ale powiedziałam sobie, że przysięga to jest miłość i kocham go, a z miłości nie zrezygnuję”.

Proszę zobaczyć, gdyby nie ta świadomość, to po doświadczeniu jednym, drugim czy trzecim krzywdy, ta kobieta mogłaby odejść. Tak właśnie buduje się małżeństwo, mając świadomość zobowiązania i wzajemnej miłości.

Na co położyć nacisk w wychowaniu dzieci?

Drogie Siostry i Bracia!To jedna z trudniejszych kwestii w czasach nam współczesnych. Kiedy popatrzymy na to, jak szybko dzieciaki rosną i jak szybko stają się mądre, samodzielne, to zastanawiamy się, co powinno być motywem przewodnim w wychowaniu. Dzisiaj dzieci uczą się języków obcych, pływania, biegania, gry na instrumencie, mają zajęcia plastyczne, teatralne – to wszystko uaktywnia dziecko i pokazuje mu bogactwo otaczającej go rzeczywistości. Nawet przy uniwersytetach powstają już akademie dla malucha i tam dzieciaki zdobywają pierwsze indeksy. Dobrze, że jest taka oferta, tylko czy my, dorośli, nie zapominamy o tym, że najpierw, nim dziecko nauczy się tego wszystkiego, trzeba je nauczyć miłości do Boga i do człowieka. Owszem, dziecko będzie znało pięć języków, ale co z tego, jeśli nie ma więzi w rodzinie między dziećmi, jeśli dziecko jest od pierwszych lat przygotowywane do wyścigu. A potem dorasta, nieustannie rywalizuje i na koniec może nie dogonić siebie, bo nie ma zdolności kochania. Wychowując, przede wszystkim trzeba pokazać, że kochamy dziecko, że jego zadaniem też jest kochać. Musimy pokazać miłość do Boga, powiedzieć, że Ten, który się narodził też jako dziecko, wzywa nas do wzajemnej miłości. Dopiero potem zadbajmy o całą resztę­. Jeszcze zdąży się naczytać książek, jeszcze będzie czas na porażki w sprawdzianach, najpierw trzeba pokazać istotę życia, bo bez tego zacznie biec, ale właściwego celu nie zobaczy.

W święta Bożego Narodzenia uczestniczyłem w spotkaniu rodzinnym. Witam się z siostrą, szwagrem i ich dwójką dzieci. Ania ma cztery latka, a Jasiek sześć. Wszyscy w napięciu czekali na mikołaja. W końcu mikołaj przyszedł i rozpoczęła się dość urokliwa rozmowa. Święty pyta: „Czy dzieci były grzeczne?”, potem prosi o powiedzenie wiersza i wreszcie wręcza prezenty. Bardzo ciekawy był jeden moment: chłopiec rozpakował prezent i znalazł tam karty z piłkarzami. Jasiek bardzo się ucieszył, krzyczał z radości, że mikołaj go wysłuchał, że przeczytał list, że on go kocha itd. Dzieciak był cały czerwony z radości, dosłownie trząsł się, ciesząc się z tego, że dostał wymarzony prezent. Na koniec jeszcze dodał, że jak to dobrze, że ten Pan Jezus się rodzi.

Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że my jesteśmy wezwani do takiej radości, która jest szczera jak u tego dziec­ka.Wychowując dziecko, nie można mu tego odebrać w naszym dorosłym wykalkulowanym świecie. Nawet więcej, my, dorośli, mamy od dzieci uczyć się takiej postawy, bo to ona prowadzi w ramiona Ojca.

Dlaczego rodzina ma się nie poddawać?

Drogie Siostry i Bracia! Rodzina na żadnym etapie drogi nie może się poddawać, bo jest święta i wspólne trwanie jest jej zobowiązaniem. Dzisiaj próbuje się zeświecczyć rodzinę.Lansowane jest życie z kilkoma partnerami, kilkoma partnerkami, bo podobno ciekawa jest taka różnorodność, tylko że ona nie ma nic wspólnego z rodziną, a bardziej z wyrachowanym egoizmem. Rodzina nie może się poddawać, bo została ustanowiona z mandatu Bożego i jest wezwana do tego, aby codzienne życie przekuć na wzajemną miłość. Jeśli dzisiaj uświadamiamy sobie jakieś błędy popełnione w małżeństwie, w naszych rodzinach, to teraz jest bardzo dobry czas na wzajemne przebaczenie i dostrzeżenie faktu, że źródłem osobistego szczęścia, jak i tego rodzinnego, jest właśnie miłość Jezusa.

Przypisy

1 Słowa: P. Domagała, cyt. za: https://teksciory.interia.pl/pawel-domagala-nie-przypominaj-mnie-tekst-piosenki,t,668543.html.

2 Słowa: G. Gąsior, cyt. za: https://www.tekstowo.pl/pio­senka,ggduo,moja_cisza.html.

3 Słowa: E. Górniak, cyt. za: https://www.tekstowo.pl/piosenka,edyta_gorniak,list.html.

O Autorze

KS. TOMASZ GRABOWSKI

ur. w 1981 roku w Zambrowie, święcenia kapłańskie przyjął w 2007 roku w katedrze łomżyńskiej. W tym samym roku uzyskał tytuł magistra teologi na UKSW w Warszawie, a w 2011 ukończył studia z konserwatorstwa na UMK w Toruniu. W roku 2016 uzyskał tytuł doktora historii sztuki na KUL w Lublinie. Założył i prowadzi Muzeum Diecezjalne w Łomży. Pełni funkcję sekretarza ks. bp. Stanisława Stefanka. Wykłada historię sztuki i konserwację zabytków na WSD w Łomży i Ełku. Aktywnie uczestniczy w duszpasterstwie.