Zamknij wszystkie drzwi - Riley Sager - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Zamknij wszystkie drzwi ebook i audiobook

Sager Riley

4,2

107 osób interesuje się tą książką

Opis

Zamieszkaj za darmo w luksusowym apartamencie na Manhattanie! Tylko czy pożyjesz wystarczająco długo, aby się tym nacieszyć?

Zakaz przyjmowania gości. Żadnych nocy spędzonych poza mieszkaniem. Absolutnie nie wolno przeszkadzać innym mieszkańcom. To tylko część zasad obowiązujących w nowej pracy Jules Larsen.

Bartholomew jest jednym z najbardziej znanych i tajemniczych budynków na Manhattanie. Zamieszkują go sławni i bogaci lokatorzy. To właśnie tu Jules obejmuje posadę opiekunki apartamentu. Oczarowana wspaniałością Bartholomew dziewczyna akceptuje panujące w budynku nietypowe reguły…

Z każdym kolejnym dniem przekonuje się, że Bartholomew nie jest tym, czym się wydaje, a lśniąca fasada skrywa prawdziwy mrok…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 400

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 51 min

Lektor: Riley Sager

Oceny
4,2 (1401 ocen)
694
421
211
64
11
Sortuj według:
evv1997

Dobrze spędzony czas

Książka wciągnęła mnie od początku. Najlepsze było w tym to, ze wybrałam ja na ślepo i nawet nie wiedziałam do jakiego gatunku jest przypisana, wiec rozwiązanie całej zagadki/tajemnicy było dla mnie jeszcze bardziej niejasne i nie byłam w stanie się domyślić
30
anna870629

Z braku laku…

Wielkie rozczarowanie. Po przeczytaniu Wroc przed Zmrokiem liczylam ze i ta ksiazke bedzie dobra. Niestety… ksiazka z wielkim potencjalem ale napisana jak tania sensacja, przewidywalna do znudzenia. Zadnej tajemniczosci, napiecia. Panu Sagerowi juz podziekuje.
20
ewagestwa

Nie polecam

Szkoda czasu, przydługa, nudna, zapowiadało się ciekawie, potem już tylko gorzej.
20
Angeee

Nie polecam

Niewiarygodna od A do Z, słaby opis postaci kobietych, nie będę nawet zaczynała opisywać reszty...
10
tusiakindle

Nie oderwiesz się od lektury

mocne 4,5. Bardzo dobra i zaskakująca
10

Popularność




Irze Levinowi

Ginny zadarła głowę, aby spojrzeć na wieżowiec. Stała pewnie na chodniku, a w jej sercu szalało bezkresne niczym morze kłębowisko uczuć. Nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczała, że kiedykolwiek przestąpi próg tego budynku. Zawsze wydawał jej się równie niedostępny, jak zamczysko z bajki. I nawet tak wyglądał – wysoki, okazały, jego mury zdobiły gargulce. Manhattański pałac zamieszkiwany przez elitę miasta.

Tym, którzy mieszkali poza jego murami, znany był jako Bartholomew.

Lecz Ginny miała go odtąd nazywać domem.

Greta Manville

Serce marzycielki

TERAZ

Światło przecina mrok, wyrywając mnie z niebytu.

Moje prawe oko – ktoś naciska, żeby je rozewrzeć. Palce w lateksowych rękawiczkach rozchylają powieki, szarpiąc, jakby to była niesforna roleta.

Znowu światło. Ostre. Boleśnie jasne. Latarka diagnostyczna wycelowana w moją źrenicę.

To samo z lewym okiem. Nacisk. Rozchylenie. Światło.

Palce puszczają powieki i znów pogrążam się w ciemnościach. Ktoś mówi. Mężczyzna o łagodnym głosie.

– Słyszy mnie pani?

Otwieram usta i palący ból przeszywa mi szczękę. Plus kilka bolesnych piknięć w szyi i policzku.

– Tak.

Mój głos chrypi. Gardło mam spieczone. Usta też, nie licząc jednej śliskiej plamki ciepłej wilgoci o metalicznym posmaku.

– Krwawię?

– Tak – odpowiada ten sam głos co poprzednio. – Tylko trochę. Mogło być gorzej.

– Znacznie gorzej – dodaje drugi głos.

– Gdzie ja jestem?

Pierwszy głos odpowiada:

– W szpitalu, skarbie. Zabieramy panią na parę badań. Sprawdzimy, jak bardzo jest pani poobijana.

Dociera do mnie, że jestem w ruchu. Słyszę szum kółek na płytkach i czuję chybotanie szpitalnego wózka, na którym – właśnie to sobie uświadamiam – leżę na wznak. Do tej chwili zdawało mi się, że się unoszę. Próbuję się poruszyć, ale nie mogę. Ręce i nogi mam przypięte. Coś oplata mi szyję, utrzymując głowę w bezruchu.

Są przy mnie jacyś ludzie. Z tego, co wiem, troje. Tamte dwa głosy i ktoś jeszcze, kto popycha wózek. Ciepły, posapujący oddech owiewa mi płatek ucha.

– Zobaczmy, ile pani pamięta. – Znowu pierwszy głos. Największa gaduła tego tria. – Da pani radę odpowiedzieć na parę pytań?

– Tak.

– Jak się pani nazywa?

– Jules. – Urywam, zirytowana tą ciepłą wilgocią na moich ustach. Próbuję ją zlizać, wysuwając język. – Jules Larsen.

– Cześć, Jules – mówi mężczyzna. – Jestem Bernard.

Chcę odpowiedzieć „cześć”, ale szczęka wciąż boli.

Tak jak cała lewa strona ciała od kolana do barku.

I głowa.

Ból pojawił się i wręcz eksplodował w kilka sekund. A może był przez cały czas, ale dopiero teraz moje ciało jest w stanie go znieść.

– Ile masz lat, Jules? – pyta Bernard.

– Dwadzieścia pięć. – Milknę, porażona nowym wybuchem bólu. – Co mi się stało?

– Samochód w ciebie uderzył, skarbie. Albo ty uderzyłaś w samochód. Na razie szczegóły są troszkę niejasne.

W tej sprawie nie mogę pomóc. Dla mnie to zupełne zaskoczenie. Niczego nie pamiętam.

– Kiedy?

– Parę minut temu.

– Gdzie?

– Przed Bartholomew.

Otwieram szeroko oczy, tym razem samodzielnie.

Mrużę powieki przed ostrym blaskiem świetlówek śmigających nad moją głową, gdy wózek szpitalny pędzi korytarzem. Bernard dotrzymuje mi kroku. Ma ciemną skórę, jasny fartuch, brązowe oczy. Są życzliwe, dlatego wpijam się w nie błagalnym spojrzeniem.

– Proszę – szepczę – nie każcie mi tam wracać.

SZEŚĆ DNI WCZEŚNIEJ

1

Winda przypomina klatkę dla ptaków. Taką wysoką, ozdobną – z cienkich, pozłacanych prętów. Wchodząc do środka, wręcz myślę o ptakach.

Egzotycznych, barwnych, przepięknych.

Ucieleśniających wszystko, czym nie jestem.

Za to kobieta stojąca obok mnie z pewnością spełnia wszelkie wymogi – w niebieskim kostiumie Chanel, z blond fryzurą i perfekcyjnie wypielęgnowanymi dłońmi obwieszonymi kilkoma pierścionkami. Jest chyba po pięćdziesiątce. Może starsza. Twarz ma ściągniętą i błyszczącą od botoksu. Jej głos tryska radością niczym szampan bąbelkami. Nawet nazywa się elegancko – Leslie Evelyn.

Ponieważ będzie to właściwie rozmowa w sprawie pracy, ja też włożyłam kostium.

Czarny.

Nie Chanel.

Buty mam z dyskontu. Brązowe włosy do ramion są trochę potargane. Normalnie poszłabym do fryzjera, żeby je podciąć, ale w tej chwili nawet taki wydatek przekracza moje możliwości.

Kiwam głową z udawanym zainteresowaniem, gdy Leslie Evelyn mówi:

– Ta winda jest oczywiście oryginalna. Tak jak główna klatka schodowa. W holu niewiele się zmieniło od otwarcia tego apartamentowca w tysiąc dziewięćset dziewiętnastym. To właśnie jest tak wspaniałe w tych starszych budynkach: zbudowano je, by trwały.

Najwyraźniej także po to, by zmuszać ludzi do naruszania osobistej przestrzeni innych. Leslie i ja ocieramy się ramionami w tej zaskakująco małej kabinie. Jednak braki w rozmiarach winda nadrabia stylem. Na podłodze leży czerwona wykładzina, a sufit pokryto płatkowym złotem. Z trzech stron ścianki są wyłożone dębiną do wysokości pasa, a wyżej zastępuje je seria wąskich okienek.

Kabina windy ma podwójne drzwi – te z prętów cienkich jak drut zamykają się same, a te w postaci kraty Leslie zasuwa, po czym wciska guzik najwyższego piętra. I ruszamy, powoli, lecz pewnie, w górę jednego z najbardziej legendarnych budynków Manhattanu.

Gdybym wiedziała, że mieszkanie mieści się pod tym adresem, nigdy nie odpowiedziałabym na to ogłoszenie. Uznałabym to za stratę czasu. Nie jestem Leslie Evelyn, która nosi karmelową dyplomatkę i czuje się swobodnie w miejscu takim jak to. Jestem Jules Larsen, wytwór górniczego miasta w Pensylwanii, z niespełna pięciuset dolarami na rachunku bieżącym.

Nie pasuję do tego miejsca.

Ale w ogłoszeniu nie było żadnego adresu. Tylko informacja, że poszukuje się osoby do opieki nad mieszkaniem, i numer telefonu dla zainteresowanych. Więc zadzwoniłam. Odebrała Leslie Evelyn, która wyznaczyła mi czas i miejsce spotkania przy ulicy Siedemdziesiątej na Upper West Side. Wciąż jednak nie wiedziałam, w co się pakuję, dopóki nie stanęłam przed tym budynkiem i trzy razy nie sprawdziłam adresu, żeby się upewnić, że dobrze trafiłam.

Bartholomew.

Zaraz za Dakotą i dwiema wieżami San Remo należy do najbardziej rozpoznawalnych apartamentowców Manhattanu. Po części dlatego, że jest tak wąski. W porównaniu z tymi innymi legendarnymi nowojorskimi nieruchomościami, Bartholomew to zaledwie kruszyna – kamienny odłamek wznoszący się na wysokość trzynastu pięter nad Central Park West. W sąsiedztwie gigantów Bartholomew wyróżnia się tym, że stanowi ich przeciwieństwo. Jest mały, misterny i zapada w pamięć.

Jednak główną przyczyną sławy tego budynku są jego gargulce. W klasycznym stylu, ze skrzydłami nietoperza i diabelskimi rogami. Te kamienne bestie są wszędzie, poczynając od pary czającej się nad łukowymi drzwiami wejściowymi, a kończąc na tych, które przycupnęły na narożnikach spadzistego dachu. Inne zajmują fasadę budynku, rozmieszczone w krótkich rzędach na każdym piętrze. Siedzą na marmurowych konsolach, wznosząc łapy ku gzymsom, jakby to one podtrzymywały Bartholomew. Nadają budynkowi wygląd gotycki, wręcz katedralny, co zainspirowało jego religijną ksywkę – Święty Bartek.

Na przestrzeni lat Bartholomew ze swoimi gargulcami uświetnił tysiące fotografii. Widywałam go na pocztówkach, w reklamach, w tle fotograficznych sesji modowych. Pojawiał się w filmach. I w telewizji. I na okładce bestsellerowej powieści opublikowanej w latach osiemdziesiątych pod tytułem Serce marzycielki, z której dowiedziałam się o jego istnieniu. Jane miała tę książkę i często czytała mi ją na głos, kiedy leżałam wygodnie wyciągnięta na jej łóżku zamiast na swoim.

To fantazyjna opowieść o dwudziestoletniej sierocie imieniem Ginny. Dzięki zrządzeniu losu i szczodrości babki, której nie zna, dziewczyna zamieszkuje w Bartholomew. Zwiedza swoją nową, ekskluzywną okolicę w coraz to wytworniejszych sukienkach koktajlowych i kręci z kilkoma fatygantami naraz. To szmira, jasne, ale przeurocza. Taka, pod wpływem której młoda dziewczyna zaczyna marzyć o znalezieniu romantycznej miłości na tłocznych ulicach Manhattanu.

Jane czytała, a ja wpatrywałam się w okładkę z widokiem na Bartholomew po drugiej stronie ulicy. Tam, gdzie dorastałyśmy, nie było takich budynków. Tylko szeregowce i sklepy z witrynami usmolonymi sadzą, których posępną monotonię przełamywały tu i ówdzie szkoła albo kościół. Nigdy nie byłyśmy na Manhattanie, ale zawsze nas intrygował. Podobnie jak myśl o życiu w miejscu takim jak Bartholomew, odległym o lata świetlne od schludnego bliźniaka, w którym mieszkałyśmy z rodzicami.

– Pewnego dnia… – mawiała często Jane między kolejnymi rozdziałami. – Pewnego dnia tam zamieszkam.

– A ja będę cię odwiedzać – wtrącałam zawsze.

Wtedy Jane głaskała mnie po włosach.

– Odwiedzać? Będziesz tam mieszkać ze mną, mała Julie.

Żadna z tych dziecięcych fantazji się nie spełniła, rzecz jasna. One nigdy się nie spełniają. Chyba że takim jak Leslie Evelyn, kto wie. Ale nie takim jak Jane. A już na pewno nie takim jak ja. Przejażdżka tą windą to wszystko, co dostanę.

Szyb jest wciśnięty w zakole klatki schodowej, która wije się w górę pośrodku budynku. Widzę ją przez okna sunącej ku górze kabiny. Między kolejnymi piętrami znajduje się dziesięć schodów, podest i jeszcze dziesięć schodów.

Na jednym z podestów jakiś starszy mężczyzna oddycha chrapliwie, schodząc na dół z pomocą wyglądającej na znużoną kobiety w fioletowym fartuchu medycznym. Ona czeka cierpliwie, przytrzymując ramię pacjenta, gdy ten przystaje, by złapać oddech. Choć udają, że nie zwracają uwagi na mijającą ich windę, widzę, że zerkają w naszą stronę, nim wjeżdżamy na następne piętro i znikają nam z oczu.

– Lokale mieszkalne znajdują się na jedenastu kondygnacjach, poczynając od drugiej – wyjaśnia Leslie. – Na parterze mieszczą się biura i pomieszczenia tylko dla personelu, plus nasz dział konserwacji. Schowki są w piwnicy. Na każdym piętrze są cztery mieszkania. Dwa z przodu. Dwa z tyłu.

Mijamy kolejne piętro, winda sunie powoli, lecz miarowo. Na tej kondygnacji jakaś kobieta w wieku Leslie czeka, żeby zjechać na dół. Ubrana w legginsy, uggi i pokaźny biały sweter, trzyma na nabijanej ćwiekami smyczy niesamowicie małego pieska. Pozdrawia Leslie uprzejmym ruchem dłoni, wpatrując się we mnie zza ogromnych okularów przeciwsłonecznych. W tej krótkiej chwili, gdy znajdujemy się twarzą w twarz, nagle ją rozpoznaję. To aktorka. A przynajmniej kiedyś nią była. Dziesięć lat temu widziałam ją w operze mydlanej, którą oglądałam z matką podczas letnich wakacji.

– Czy to…

Leslie powstrzymuje mnie, unosząc rękę.

– Nigdy nie rozmawiamy o lokatorach. To jedna z niepisanych zasad. Bartholomew szczyci się dyskrecją. Ludzie, którzy tu mieszkają, chcą czuć się komfortowo.

– Ale mieszkają tu sławy?

– Niezupełnie – odpowiada Leslie. – Co nam odpowiada. Ostatnie, czego chcemy, to czatujący pod drzwiami paparazzi. Albo, Boże uchowaj, coś takiego, co miało miejsce w Dakocie. Nasi lokatorzy nie obnoszą się ze swoją zamożnością. Cenią sobie prywatność. Wielu kupuje mieszkania poprzez fikcyjne firmy, żeby szczegóły transakcji nie trafiły do rejestru publicznego.

Winda zatrzymuje się ze stukotem u szczytu schodów i Leslie obwieszcza:

– Jesteśmy na miejscu. Dwunaste piętro.

Szarpnięciem otwiera kratę i wychodzi. Jej obcasy stukają o podłogę z biało-czarnych płytek cegiełek.

Na bordowych ścianach korytarza, w regularnych odstępach, wiszą kinkiety. Mijamy dwoje nieoznaczonych drzwi, po czym korytarz kończy się ślepo szeroką ścianą, w której znajduje się jeszcze dwoje drzwi. W przeciwieństwie do innych te są oznaczone.

12A i 12B.

– Myślałam, że na każdym piętrze są cztery mieszkania – mówię.

– Zgadza się – odpowiada Leslie. – Oprócz tego. Dwunaste jest wyjątkowe.

Oglądam się na nieoznaczone drzwi za naszymi plecami.

– Więc co jest tam?

– Schowki. Wejście na dach. Nic nadzwyczajnego. – Sięga do swojej teczki dyplomatki i wyjmuje komplet kluczy, którymi odmyka 12A. – Za to tu jest coś naprawdę nadzwyczajnego.

Drzwi się otwierają, a Leslie odsuwa się na bok, odsłaniając mały, gustowny przedpokój. Jest w nim wieszak, pozłacane lustro i stolik, na którym stoją lampka, wazon i miseczka na klucze. Moje spojrzenie biegnie dalej, w głąb mieszkania, do okna dokładnie naprzeciwko drzwi. Za nim rozpościera się jeden z najbardziej oszałamiających widoków, jakie kiedykolwiek oglądałam.

Central Park.

Późna jesień.

Bursztynowe promienie słońca padające z ukosa na złocistopomarańczowe liście.

A patrzę na to wszystko z lotu ptaka, z wysokości czterdziestu pięciu metrów.

Okno z tą panoramą rozciąga się od podłogi do sufitu, a znajduje się w salonie na końcu korytarza. Kręci mi się w głowie, kiedy na uginających się nogach podchodzę tak blisko szyby, że prawie dotykam jej nosem. Na wprost widać jezioro i zgrabny łuk Bow Bridge. Za nim, w oddali, prześwituje taras Bethesda i restauracja Loeb Boathouse. Na prawo ciągnie się Wielka Łąka, której zielona murawa upstrzona jest ludźmi wygrzewającymi się w jesiennym słońcu. Po lewej wznosi się zamek Belwederski, a w tle majestatyczne Metropolitalne Muzeum Sztuki z szarego kamienia.

Chłonę ten widok z lekko zapartym tchem.

Widziałam go wcześniej oczyma duszy podczas lektury Serca marzycielki. Właśnie taka panorama rozciągała się z okna mieszkania Ginny, bohaterki tej książki. Łąka na południu. Zamek na północy. Bow Bridge w samym środku. Spełnienie wszystkich jej najśmielszych marzeń.

Przez krótką chwilę to jest mój świat. Mimo całego tego piekła, przez które przeszłam. A może właśnie dlatego. Mam wrażenie, że znalazłam się tu za sprawą interwencji losu, choć znowu uderza mnie ta nieodparta myśl – nie pasuję do tego miejsca.

– Przepraszam – mówię, z trudem odrywając się od okna. – Zdaje się, że zaszło wielkie nieporozumienie.

Leslie Evelyn i ja mogłyśmy się nie dogadać w wielu kwestiach. Może w ogłoszeniu na craigslist podano zły numer. A może to ja wystukałam niewłaściwe cyfry. Kiedy Leslie odebrała, rozmawiałyśmy tak krótko, że na pewno coś nam się pokręciło. Myślałam, że szuka kogoś, kto zaopiekuje się mieszkaniem. Ona myślała, że szukam mieszkania. No i proszę, teraz Leslie przechyla głowę i patrzy na mnie zdezorientowanym wzrokiem, a ja podziwiam widok, który, spójrzmy prawdzie w oczy, nigdy nie był przeznaczony dla kogoś takiego jak ja.

– Nie podoba ci się mieszkanie? – pyta Leslie.

– Uwielbiam je. – Z rozkoszą rzucam jeszcze jedno spojrzenie za okno. Nie mogę się oprzeć. – Ale ja nie szukam mieszkania. To znaczy szukam, ale choćbym odkładała każdego centa aż do setnych urodzin, i tak nie byłoby mnie stać na coś takiego.

– To mieszkanie nie jest na sprzedaż – odpowiada Leslie. – Po prostu ktoś musi w nim mieszkać przez najbliższe trzy miesiące.

– Niemożliwe, żeby ktoś chciał mi płacić za to, że będę tu mieszkać. Choćby tylko przez trzy miesiące.

– I tu się mylisz. Właśnie tego chcemy.

Leslie wskazuje mi kanapę na środku pokoju. Obita tapicerką z karmazynowego aksamitu, wygląda na droższą niż mój pierwszy samochód. Siadam ostrożnie, bojąc się, że jednym nieuważnym ruchem zniszczę to cacko. Leslie zajmuje miejsce naprzeciwko, w głębokim fotelu do kompletu. Między nami znajduje się mahoniowy stolik, na którym postawiono doniczkę z orchideą o nieskazitelnie białych płatkach.

Dopiero teraz, kiedy nie rozprasza mnie już widok, dostrzegam, że w całym salonie dominują akcenty czerwieni i drewna. Jest tu wygodnie, choć trochę sztywno. W kącie tyka zegar szafkowy. W oknach wiszą aksamitne zasłony i drewniane żaluzje. Mosiężny teleskop na drewnianym trójnogu wycelowany jest nie w niebo, lecz w Central Park.

Ściany pokrywa tapeta w czerwone kwiaty, których liczne bujne płatki otwierają się niczym wachlarze i łączą z innymi w misterne wzory. Dobrze komponują się z nimi listwy gzymsowe pod sufitem i rozkwitające w narożnikach gipsowe zawijasy.

– Sprawa wygląda tak – wyjaśnia Leslie. – Jedna z zasad panujących w Bartholomew mówi, że żadne mieszkanie nie może pozostać puste dłużej niż miesiąc. To stara reguła, która może wydawać się dziwna. Ale wszyscy tutejsi lokatorzy zgadzają się, że dom zamieszkany to dom szczęśliwy. Weźmy okoliczne apartamentowce. Przez większość czasu są w połowie puste. Jasne, mieszkania mają właścicieli, ale rzadko ktoś w nich bywa. I to widać. Wejdź do któregoś z tych budynków, a poczujesz się jak w muzeum. Albo jeszcze gorzej, jak w kościele. No i trzeba mieć na względzie bezpieczeństwo. Jeśli rozejdzie się wieść, że jakieś mieszkanie w Bartholomew będzie stało puste przez kilka miesięcy, nie wiadomo, czy ktoś nie spróbuje się do niego włamać.

Więc stąd tak niepozorne ogłoszenie wśród wielu innych w dziale „potrzebna pomoc”. Zastanawiałam się, czemu było takie niejasne.

– Czyli szukacie strażnika?

– Szukamy lokatora – koryguje Leslie. – Kolejnej osoby, która tchnie życie w ten dom. Na przykład to mieszkanie: właścicielka niedawno zmarła. Była wdową. Nie miała dzieci. Tylko kilkoro chciwych siostrzenic i bratanków w Londynie, którzy obecnie skaczą sobie do gardeł, walcząc o prawo do tego lokalu. Dopóki ta kwestia nie zostanie rozwiązana, mieszkanie będzie stało puste. Pomyśl tylko, jak opustoszałe byłoby to piętro, skoro mieszczą się na nim tylko dwa apartamenty.

– Dlaczego ci krewni go nie podnajmą?

– Tutaj to niedozwolone. Z tych samych powodów, o których mówiłam wcześniej. Taki podnajemca mógłby zrobić z tym mieszkaniem Bóg wie co.

Kiwam głową z nagłym zrozumieniem.

– Płacąc komuś za pobyt, macie pewność, że nie zniszczy mieszkania.

– Właśnie. To jak polisa ubezpieczeniowa. Dodam, że całkiem opłacalna. W przypadku dwanaście A rodzina zmarłego właściciela oferuje cztery tysiące dolarów miesięcznie.

Ręce, które dotąd trzymałam sztywno na podołku, nagle bezwładnie opadają na boki.

Cztery kawałki na miesiąc.

Żeby tu mieszkać.

Płaca jest tak olbrzymia, że mam wrażenie, jakby ta karmazynowa kanapa zapadła się pode mną, pozostawiając mnie pół metra nad podłogą.

Próbuję zebrać myśli, żeby to sobie przeliczyć. Wychodzi dwanaście tysięcy dolarów za trzy miesiące. Więcej niż potrzebuję, żeby przetrwać, dopóki nie poukładam sobie życia na nowo.

– Przypuszczam, że jesteś zainteresowana – mówi Leslie.

„Czasem życie podsuwa ci guzik resetu. A wtedy musisz wcisnąć go z całej siły”.

Tak powiedziała mi kiedyś Jane. W czasach czytania na jej łóżku, kiedy byłam za mała, żeby zrozumieć, co miała na myśli.

Teraz rozumiem.

– Jestem bardzo zainteresowana – odpowiadam.

Leslie uśmiecha się, błyskając białymi zębami zza brzoskwiniowych warg.

– Czyli możemy przejść dalej?

2

Leslie kontynuuje rozmowę kwalifikacyjną, oprowadzając mnie po reszcie mieszkania. Każdy kolejny pokój rodzi nowe pytanie, zupełnie jak w grze Cluedo. Brakuje jedynie pokoju bilardowego i sali balowej.

Pierwszy przystanek robimy w gabinecie, na prawo od salonu. Jest bardzo męski. Ciemna zieleń i drewno w kolorze whiskey. Tapeta ma taki sam wzór jak w salonie, tyle że tutaj jest jasnoszmaragdowa.

– Jak obecnie wygląda twoja sytuacja zawodowa? – pyta Leslie.

Mogłabym – i zapewne powinnam – powiedzieć jej, że jeszcze dwa tygodnie temu byłam asystentką administracyjną w jednej z największych w kraju spółek finansowych. Nie było to nic wielkiego – o jeden stopień wyżej od stażystki, której nie płacą. Mnóstwo kserowania, latania z kawą i uskakiwania przed wahnięciami nastrojów menedżerów średniego szczebla, dla których pracowałam. Ale starczało na rachunki i miałam opłacone ubezpieczenie zdrowotne. Do czasu, aż wyleciałam razem z dziesięcioma procentami personelu biurowego. Restrukturyzacja. Prawdopodobnie mój szef uznał, że brzmi to lepiej niż masowe zwolnienie. Jak zwał, tak zwał, rezultat był identyczny – dla mnie bezrobocie, dla niego pewnie podwyżka.

– Jestem w trakcie zmiany pracy – odpowiadam.

Leslie reaguje nieznacznym skinieniem głowy. Nie wiem, czy to dobry, czy zły znak. Ale zadaje kolejne pytania, kiedy wracamy do głównego korytarza, z którego przechodzimy na drugą stronę mieszkania.

– Palisz?

– Nie.

– Pijesz?

– Od czasu do czasu kieliszek wina do kolacji.

Nie licząc tego, że dwa tygodnie temu Chloe wyciągnęła mnie na topienie smutków w margaritach. Wypiłam pięć w alarmująco szybkim tempie i zakończyłam wieczór, rzygając w zaułku. Tego też Leslie nie musi wiedzieć.

Znienacka korytarz skręca w lewo. Zamiast jednak w tę stronę, Leslie prowadzi mnie w prawo, do jadalni tak pięknej, że aż zachłystuję się powietrzem. Drewniana podłoga wyfroterowana na wysoki połysk. Żyrandol nad długim stołem, przy którym z łatwością zmieściłoby się dwanaście osób. Tym razem mocno kwiecista tapeta jest jasnożółta. Pokój jest usytuowany w narożniku apartamentowca, oferuje dwa konkurujące ze sobą widoki z okien. Z jednej strony na Central Park, z drugiej – na krawędź sąsiedniego budynku.

Okrążam stół, wodząc palcem po drewnianym blacie, a Leslie zadaje kolejne pytanie:

– Twój stan cywilny? Nie żebyśmy krzywo patrzyli na pary czy nawet rodziny, ale wolimy, żeby opiekunem mieszkania została osoba stanu wolnego. To upraszcza sprawy z prawnego punktu widzenia.

– Jestem sama – odpowiadam, starając się, żeby w moim głosie nie było słychać goryczy.

Pomijam opowieść o tym, jak tego samego dnia, w którym straciłam pracę, wróciłam wcześniej do mieszkania dzielonego z moim chłopakiem Andrew. W nocy pracował jako dozorca w budynku, w którym mieściło się moje biuro. Za dnia studiował zaocznie finanse na Pace University i jak się okazało, pieprzył jedną z koleżanek z grupy, gdy ja byłam w pracy.

To właśnie robili, kiedy weszłam do mieszkania ze smętnym pudłem w objęciach, do którego w pośpiechu spakowałam swoje rzeczy z boksu biurowego. Nawet nie dotarli do sypialni. Zastałam ich na kanapie z komisu, Andrew z dżinsami wokół kostek i jego kochankę z szeroko rozłożonymi nogami.

Byłoby mi smutno, gdybym wciąż nie była taka wściekła. I zraniona. I gdybym nie obwiniała się za to, że zadowoliłam się kimś takim jak Andrew. Wiedziałam, że nie lubi swojej pracy i chce od życia czegoś więcej. Nie wiedziałam tylko, że chciał też kogoś więcej.

Leslie Evelyn prowadzi mnie do kuchni, która jest tak ogromna, że ma aż dwa wejścia – jedno z jadalni i jedno z korytarza. Rozglądam się powoli, oślepiona nieskazitelną bielą, granitowymi blatami, kącikiem śniadaniowym przy oknie. Obrazek jak żywcem wyjęty z programu kulinarnego. Kuchnia maksymalnie fotogeniczna.

– Genialna – mówię, oszołomiona samym jej rozmiarem.

– To relikt z początków Bartholomew – wyjaśnia Leslie. – Sam budynek zbytnio się nie zmienił, za to mieszkania dość mocno przerobiono. Niektóre powiększono. Inne zmniejszono. To służyło kiedyś za kuchnię i pomieszczenia dla służby i przynależało do znacznie większego mieszkania poniżej. Widzisz?

Leslie podchodzi do wciśniętej między piekarnik a zlew szafki z przesuwnymi drzwiczkami. Kiedy je podnosi, widzę ciemny szyb i dwa sznurki zwisające z przymocowanego u góry krążka.

– Czy to winda kuchenna?

– Owszem.

– Dokąd prowadzi?

– Nie mam pojęcia, szczerze mówiąc. Nie była używana od wieków. – Zatrzaskuje drzwiczki i wraca do rozmowy kwalifikacyjnej: – Opowiedz mi o swojej rodzinie. Masz bliskich krewnych?

Na to pytanie trudniej odpowiedzieć, bo chodzi o coś gorszego niż utrata pracy czy zdrada. Cokolwiek powiem, może dać początek lawinie dalszych pytań i jeszcze smutniejszych odpowiedzi. Zwłaszcza jeśli napomknę o tym, co się stało.

I kiedy.

I dlaczego.

– Sierota – rzucam z nadzieją, że to jedno słowo ukróci dalsze indagacje Leslie. I rzeczywiście, choć tylko do pewnego stopnia.

– Nie masz żadnej rodziny?

– Nie.

To niemal prawda. Moi rodzice byli jedynymi dziećmi jedynaków. Nie mam żadnych ciotek, wujów ani kuzynów. Jest tylko Jane.

Która też nie żyje.

Chyba.

Prawdopodobnie.

– Skoro nie masz krewnych, to kogo powinniśmy zawiadomić w nagłym przypadku?

Dwa tygodnie temu tą osobą byłby Andrew. Teraz jest nią chyba Chloe, choć nie wpisywałam jej do żadnego formularza. Nawet nie jestem pewna, czy mogę.

– Nikogo – odpowiadam, zdając sobie sprawę, jak żałośnie to brzmi. Dodaję więc optymistyczne zastrzeżenie: – Na razie.

Żeby zmienić temat, zerkam przez drzwi naprzeciwko kuchni. Leslie łapie aluzję i wprowadza mnie na inny korytarz, mniejszą odnogę głównego. Jest tam łazienka dla gości, której nawet nie raczy mi pokazać, szafa i – wielka niespodzianka – spiralna klatka schodowa.

– O mój Boże. Jest drugie piętro?

Leslie kiwa głową z zadowoleniem, bardziej rozbawiona niż zniesmaczona tym, że zachowuję się jak dzieciak w Boże Narodzenie.

– Mają je wyłącznie te dwa lokale na dwunastym piętrze. Nie krępuj się. Zobacz.

Kilkoma susami pokonuję zakręcone niczym korkociąg schody prowadzące do sypialni, jeszcze doskonalszej niż kuchnia. Tutaj kwiecista tapeta naprawdę pasuje do pomieszczenia. Jest w delikatnym odcieniu błękitu. W kolorze wiosennego nieba.

Jak znajdująca się dokładnie poniżej jadalnia, mieści się w narożniku budynku. Ponieważ to najwyższe piętro, sufit wznosi się ostrym skosem i kończy na przeciwległej ścianie. Olbrzymie łóżko zostało ustawione w taki sposób, aby leżąc w nim, można było wyglądać przez oba okna w narożniku. A tuż za nimi jest gwóźdź programu – gargulec.

Przykuca na gzymsie, uginając tylne łapy, a szpony przednich zaciska na wierzchołku konsoli. Skrzydła rozpościera w taki sposób, że krawędź jednego widać przez okno wychodzące na północ, a drugie przez to, które wychodzi na wschód.

– Piękne, prawda? – odzywa się znienacka Leslie za moimi plecami. Nawet nie zauważyłam, że wchodzi po schodach. Tak bardzo byłam skupiona na gargulcu, pokoju i całej tej surrealistycznej myśli, że być może ktoś będzie mi płacił, bym tu mieszkała.

– Tak, piękne – powtarzam po niej, zbyt oszołomiona tym wszystkim, żeby powiedzieć cokolwiek innego.

– I dość przestronne – dodaje. – Nawet jak na standardy Bartholomew. To ze względu na jego pierwotne przeznaczenie. Dawno, dawno temu były to pomieszczenia dla służby. Mieszkali tutaj, gotowali na dole, a pracowali kilka pięter niżej.

Wskazuje na wszystko, co przeoczyłam – na przykład na lewo od schodów jest niewielka część wypoczynkowa z kremowymi fotelami i szklanym stolikiem. Przechodzę przez pokój po białym dywanie tak pluszowym, że aż mnie kusi, aby zrzucić buty i poczuć go pod bosymi stopami. W ścianie po prawej stronie znajduje się dwoje drzwi. Jedne prowadzą do głównej łazienki. Zerkam do środka i widzę podwójną umywalkę, prysznic za szkłem i wannę na lwich łapach. Za drugimi drzwiami mieści się ogromna garderoba wyposażona w toaletkę do makijażu z lustrem oraz tyle półek i wieszaków, że pomieściłyby cały sklep z ciuchami. Wszystkie są puste.

– Ta garderoba jest większa niż mój pokój z dzieciństwa – mówię. – Wróć. Jest większa niż jakikolwiek pokój, w którym kiedykolwiek mieszkałam.

Leslie odwraca się od lustra toaletki, przed którym poprawiała fryzurę.

– A skoro już o tym mowa, gdzie obecnie mieszkasz?

Kolejny drażliwy temat.

Wyprowadziłam się tego samego dnia, w którym odkryłam, że Andrew posuwa koleżankę ze studiów. Nie z wyboru, o nie. W umowie najmu figurowało wyłącznie jego nazwisko. Nie dopisałam swojego, kiedy się wprowadziłam. Co, formalnie rzecz biorąc, oznaczało, że to nigdy nie był mój dom, choć mieszkałam tam przez ponad rok. Od dwóch tygodni sypiam na kanapie u Chloe w Jersey City.

– Jestem w trakcie zmiany mieszkania – odpowiadam z nadzieją, że moja sytuacja nie wydaje się tak dickensowska, jak naprawdę jest.

Leslie mruga szybko powiekami, próbując ukryć zaskoczenie.

– Zmieniasz mieszkanie?

– Dotychczasowe przeszło pod zarząd spółdzielczy – kłamię. – Zatrzymałam się u koleżanki, dopóki nie znajdę czegoś innego.

– Wyobrażam sobie, że zamieszkanie tutaj byłoby ci bardzo na rękę – mówi Leslie taktownie.

Szczerze powiedziawszy, zamieszkanie tutaj uratowałoby mi życie. Miałabym bazę do szukania pracy i nowego mieszkania. No i wpłynęłoby mi na konto dwanaście tysięcy. Nie zapominajmy o tym.

– W takim razie dokończmy tę rozmowę i zobaczmy, czy się nadajesz.

Wychodzę za nią z łazienki, schodzimy po schodach i wracamy na karmazynową kanapę w salonie. Znowu przyjmuję pozycję z dłońmi na podołku i ze wszystkich sił staram się nie pozwalać, aby wzrok uciekał mi w kierunku okna. Bezskutecznie, bo późne popołudnie spowija park głęboko złocistym blaskiem słońca.

– Jeszcze tylko kilka pytań i kończymy – oznajmia Leslie, otwierając swoją dyplomatkę, z której wyjmuje długopis i coś, co wygląda na formularz aplikacyjny. – Wiek?

– Dwadzieścia pięć lat.

Leslie zapisuje cyfry.

– Data urodzenia?

– Pierwszy maja.

– Jakieś choroby albo problemy ze zdrowiem, o których powinniśmy wiedzieć?

Odrywam wzrok od okna.

– Dlaczego musicie to wiedzieć?

– Chodzi o nagłe wypadki – wyjaśnia Leslie. – Ponieważ obecnie nie ma nikogo, z kim moglibyśmy się skontaktować, to gdyby, co Boże uchowaj, coś ci się stało, będę potrzebowała nieco więcej informacji medycznych. Zapewniam, że to standardowe zabezpieczenie.

– Nie mam żadnych chorób.

Długopis Leslie zawisa nad kartką.

– Czyli żadnych problemów z sercem ani nic podobnego?

– Nie.

– Wzrok i słuch w porządku?

– Idealnym.

– Jakieś alergie, o których powinniśmy wiedzieć?

– Na jad pszczoły. Ale noszę przy sobie EpiPen.

– Bardzo mądrze – stwierdza Leslie. – Miło poznać młodą kobietę z głową na karku. Co prowadzi do ostatniego pytania: czy uważasz się za osobę ciekawską?

Ciekawska. Cóż, tego słowa nigdy nie spodziewałabym się usłyszeć podczas naszej rozmowy, zważywszy, że to Leslie zadaje wszystkie te pytania.

– Nie jestem pewna, czy rozumiem, o co chodzi.

– Więc powiem otwarcie – odpowiada Leslie. – Czy jesteś wścibska? Lubisz zadawać pytania? I co gorsza, rozpowiadać, czego się dowiedziałaś? Jak zapewne wiesz, Bartholomew słynie z dyskrecji. Ludzie są ciekawi, co się dzieje za tymi murami, choć sama widziałaś, że to najzwyklejszy budynek. Bywało, że zgłaszały się różne osoby ze złymi intencjami. Szukały brudów. Na temat budynku, jego mieszkańców, jego historii. Typowa pożywka dla brukowców. Wiedziałam o tym od razu. Zawsze to wyczuwam. Więc jeśli chodzi ci o plotki, najlepiej pożegnajmy się już teraz.

Kręcę głową.

– Nie obchodzi mnie, co się tu dzieje. Szczerze mówiąc, potrzebuję pieniędzy i mieszkania na kilka miesięcy.

Na tym rozmowa kwalifikacyjna się kończy. Leslie wstaje, wygładza spódnicę i poprawia jeden z pokaźnych pierścionków na palcach.

– Zazwyczaj wygląda to tak, że każę czekać na telefon, czy jesteśmy zainteresowani. Ale nie widzę powodu, żebyś musiała czekać.

Wiem, co to oznacza. Wiedziałam, jak tylko wsiadłam do tej klatkopodobnej windy. Nie jestem godna Bartholomew. Tacy jak ja – bez rodziców, bez pracy, niemal bezdomni – nie mają czego tu szukać. Rzucam ostatnie spojrzenie za okno, wiedząc, że już nigdy nie zobaczę takiego widoku.

Leslie kończy swoją myśl:

– Chcielibyśmy, żebyś tu zamieszkała.

W pierwszej chwili mam wrażenie, że się przesłyszałam. Patrzę na nią pustym wzrokiem, wyraźnie wskazującym na to, że nie nawykłam do otrzymywania dobrych wiadomości.

– Żartujesz – wyrywa mi się.

– Mówię całkowicie poważnie. Będziemy musieli zweryfikować twoje dane, rzecz jasna. Ale wydajesz się idealną kandydatką. Jesteś młoda i bystra. I myślę, że pobyt tutaj naprawdę dobrze ci zrobi.

Dopiero teraz to do mnie dociera: będę tu mieszkać. W cholernym Bartholomew, coś podobnego. W mieszkaniu, o jakim nawet nie śmiałabym marzyć.

A to jeszcze nic. Zapłacą mi za to.

Dwanaście tysięcy dolarów.

Łzy szczęścia cisną mi się do oczu. Ocieram je szybko, aby Leslie nie uznała mnie za zbyt emocjonalną i nie zmieniła zdania.

– Dziękuję – mówię. – Naprawdę. To dla mnie niepowtarzalna okazja.

Leslie uśmiecha się promiennie.

– Cała przyjemność po mojej stronie, Jules. Witamy w Bartholomew. Myślę, że będziesz zachwycona tym miejscem.

3

– Jest jakiś haczyk, prawda? – pyta Chloe, zanim pociąga łyk sikacza za dwa dolce. – No bo musi coś być.

– Też tak myślałam – odpowiadam. – Ale jeśli jest, to ja go nie widzę.

– Nikt przy zdrowych zmysłach nie płaciłby obcej osobie za mieszkanie w swoim luksusowym apartamencie.

Rozmawiamy w salonie nieluksusowego mieszkania Chloe w Jersey City, siedząc przy stoliku do kawy, gdzie jadamy kolacje, odkąd zaczęłam tu pomieszkiwać. Dziś jest zastawiony pudełkami z taniej chińskiej restauracji. Warzywne lo mein i smażony ryż z wieprzowiną.

– Nie żeby to miały być jakieś wakacje – zaznaczam. – To prawdziwa praca. Muszę dbać o to mieszkanie. Sprzątać i mieć na nie oko.

Chloe zastyga w pół ruchu i nitki makaronu ześlizgują się jej z pałeczek.

– Zaraz… chyba nie zamierzasz tego zrobić, co?

– Jasne, że tak. Mogę się wprowadzić jutro.

– Jutro? Jakoś podejrzanie szybko.

– Chcą, żeby ktoś tam zamieszkał jak najszybciej.

– Jules, wiesz, że nie jestem paranoiczką, ale tutaj dzwonią wszystkie dzwonki alarmowe. A co, jeśli to jakaś sekta?

Przewracam oczami.

– Chyba żartujesz.

– Mówię poważnie. Nie znasz tych ludzi. Powiedzieli ci chociaż, co się stało z kobietą, która tam mieszkała?

– Umarła.

– Zdradzili jak? – pyta Chloe. – Albo gdzie? Może umarła w tym mieszkaniu. Może została zamordowana.

– Dziwaczysz.

– Jestem ostrożna. To co innego. – Chloe pociąga kolejny łyk wina, wyraźnie rozdrażniona. – Pozwolisz przynajmniej, żeby Paul spojrzał na umowę, zanim coś podpiszesz?

Chłopak Chloe pracuje obecnie w renomowanej kancelarii prawnej w ramach przygotowań do egzaminu adwokackiego. Po jego zdaniu planują się pobrać i zamieszkać na przedmieściach z dwójką dzieci i psem. Chloe lubi żartować, że robią społeczną karierę.

Ja przeciwnie. Pogrążyłam się do tego stopnia, że obecnie jadam w tym samym miejscu, w którym później będę spać. Zupełnie jakby w przeciągu dwóch tygodni mój cały świat skurczył się do rozmiarów tej kanapy.

– Już podpisałam – mówię. – Trzymiesięczny kontrakt z możliwością przedłużenia.

Z tą ostatnią częścią właściwie przesadziłam. Nie był to kontrakt, tylko porozumienie, a Leslie Evelyn tylko mimochodem nadmieniła, że być może upłynie więcej czasu, zanim krewni zmarłej właścicielki uzgodnią, co zrobić z tym mieszkaniem. Mówię to, żeby nadać sytuacji pozory profesjonalizmu. Chloe jest specjalistką do spraw zasobów ludzkich. Przedłużenia kontraktów robią na niej wrażenie.

– A co z drukiem zeznania podatkowego?

– A co ma być?

– Wypełniłaś?

Żeby nie odpowiadać, grzebię pałeczkami w smażonym ryżu, szukając kawałków wieprzowiny. Chloe wyrywa mi z ręki kartonowe pudełko i rzuca je na stolik. Ryż rozsypuje się po blacie.

– Jules, nie możesz przyjmować pracy, za którą ktoś płaci pod stołem. Zbyt podejrzane.

– To po prostu więcej kasy dla mnie – protestuję.

– To po prostu nielegalne.

Chwytam kartonik i prowokacyjnie wtykam w ryż swoje pałeczki.

– Obchodzi mnie tylko te dwanaście tysięcy. Potrzebuję tej kasy, Chloe.

– Mówiłam ci, że mogę ci pożyczyć.

– A ja nie będę mogła oddać.

– Będziesz – upiera się Chloe. – Kiedyś. Nie rób tego, bo wydaje ci się, że jesteś…

– Ciężarem? – dopowiadam.

– To twoje słowa. Nie moje.

– Ale jestem nim.

– Nie, jesteś moją przyjaciółką, która ma aktualnie pod górkę, a ja chętnie pozwolę ci tu zostać tak długo, jak będziesz musiała. Raz-dwa staniesz na nogi.

Chloe ma w sobie więcej wiary niż ja. Od dwóch tygodni nie mogę się nadziwić, jak to się stało, że w moim życiu nastąpiła tak spektakularna katastrofa. Jestem bystra. Pracowita. Przyzwoita. W każdym razie staram się taka być. A jednak wystarczyły dwa ciosy, żeby rozłożyć mnie na łopatki – utrata pracy i odkrycie, że Andrew jest zwykłym śmieciem.

Na pewno niektórzy uznaliby, że sama jestem sobie winna. Że powinnam była odłożyć coś na czarną godzinę. Przynajmniej kwotę równą trzymiesięcznej pensji, jak mówią eksperci. Chętnie odwinęłabym się takiemu mądrali, gdyby wyskoczył mi z taką sumką. Najwyraźniej nigdy nie miał pracy z wypłatą, która ledwo starcza na czynsz, jedzenie i media.

Bo sprawa z byciem biednym ma się tak: większość ludzi tego nie rozumie, jeśli sami nie byli biedni.

Nie wiedzą, jak krucha jest równowaga, dzięki której utrzymujesz się na powierzchni, a jeśli broń Boże przez chwilę nieuwagi znajdziesz się pod wodą, jak trudno znów wypłynąć.

Nigdy nie wypisywali czeku drżącymi rękami, modląc się, aby suma na ich koncie zdołała go pokryć.

Nigdy nie zdarzyło im się wyczekiwać, aby wypłata wpłynęła na rachunek, gdy tylko wybije północ, bo mieli pusty portfel i wyczerpany limit na karcie kredytowej, a koniecznie musieli zapłacić za paliwo.

I za jedzenie.

I za receptę niewykupioną od tygodnia. Nigdy nie odrzuciło im płatności kartą w spożywczym albo w restauracji, albo w Walmarcie i nie musieli znosić milczącej pogardy w krzywym spojrzeniu kasjera.

To kolejna sprawa, której większość ludzi nie rozumie – jak szybko inni cię osądzają. I robią jakieś założenia na twój temat. I uznają, że twoje trudności finansowe to skutek głupoty, lenistwa i złych decyzji życiowych.

Nie wiedzą, ile kosztuje pochowanie obojga rodziców, gdy nie masz jeszcze dwudziestu lat.

Nie wiedzą, jak to jest siedzieć i płakać nad stertą raportów finansowych, z których wynika, ile długów narobili na przestrzeni lat.

Usłyszeć, że wszystkie ich polisy ubezpieczeniowe zostały unieważnione.

Wrócić na studia opłacane samodzielnie przy pomocy stypendium socjalnego, dwóch chałtur i pożyczki studenckiej, której nie spłacisz do czterdziestki.

Ukończyć studia i wejść na rynek pracy z dyplomem z literatury tylko po to, by wysłuchiwać, że masz albo za wysokie, albo za niskie kwalifikacje na każde stanowisko, o które się ubiegasz.

Ludzie nie chcą myśleć o takim życiu, więc nie myślą. Sami nieźle dają sobie radę i dlatego nie pojmują, czemu ty też nie możesz. A tymczasem musisz jakoś radzić sobie z upokorzeniem. I strachem. I niepokojem.

Boże, ten niepokój.

Zawsze ci towarzyszy. Głośny szum, którym podszyta jest każda świadoma myśl. Zrobiło się tak źle, że ostatnio zaczęłam rozmyślać, jak długo będę jeszcze spadać, zanim uderzę o dno, i co zrobię, jeśli kiedyś tak się stanie. Czy będę robić wszystko, żeby się pozbierać, jak uważa Chloe? Czy raczej celowo rzucę się w tę ziejącą czarną otchłań, jak zrobił mój ojciec?

Do dzisiaj nie widziałam wyjścia z tej tragicznej sytuacji. Ale teraz mój ciężki, beznadziejny niepokój chwilowo zelżał.

– Muszę to zrobić – mówię do Chloe. – Czy to coś niespotykanego? Tak, przyznaję to w pełni.

– I zapewne zbyt piękne, aby było prawdziwe – dodaje Chloe.

– Czasem dobre rzeczy zdarzają się dobrym ludziom właśnie wtedy, kiedy ci najbardziej ich potrzebują.

Chloe przysuwa się bliżej, przyciąga mnie do siebie i zamyka w dzikim uścisku. Robi tak, odkąd zostałyśmy współlokatorkami na pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Stanu Pensylwania.

– Chyba czułabym się lepiej, gdyby nie chodziło o Bartholomew.

– A co jest nie tak z Bartholomew?

– A choćby te wszystkie gargulce. Nie przyprawiły cię o dreszcze?

Nie przyprawiły. Szczerze mówiąc, pomyślałam, że ten za oknem sypialni jest uroczy na swój gotycki sposób. Jak stojący na straży obrońca.

– Słyszałam… – Chloe urywa, szukając odpowiednio złowieszczego określenia – …różne rzeczy.

– Niby jakie?

– Moi dziadkowie mieszkali na Upper West Side. Dziadek nie chodził tą stroną ulicy, na której stał ten Bartholomew. Twierdził, że jest przeklęty.

Sięgam po lo mein.

– Myślę, że to mówi więcej o twoim dziadku niż o Bartholomew.

– Wierzył w to – upiera się Chloe. – Powiedział mi, że człowiek, który zbudował ten dom, popełnił samobójstwo. Skoczył z dachu.

– Nie zamierzam rezygnować z powodu czegoś, co powiedział twój dziadek.

– Mówię tylko, że nie zaszkodzi odrobina ostrożności, kiedy już tam będziesz. Jeśli poczujesz się nieswojo, natychmiast tu wracaj. Miejsce na kanapie na ciebie czeka.

– Doceniam propozycję – odpowiadam. – Naprawdę. I kto wie, może za trzy miesiące znowu tu wyląduję. Ale przeklęty czy nie, zamieszkanie w Bartholomew to najlepszy sposób, żeby wyplątać się z tego bajzlu.

Nie każdy dostaje w życiu drugą szansę. Mój ojciec na pewno jej nie dostał. Ani moja matka.

Ale mnie właśnie trafiła się taka okazja.

Życie podsuwa mi guzik resetu wielkości budynku.

Zamierzam wcisnąć go z całej siły.

TERAZ

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
SZEŚĆ DNI WCZEŚNIEJ
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
PIĘĆ DNI WCZEŚNIEJ
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
CZTERY DNI WCZEŚNIEJ
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
TRZY DNI WCZEŚNIEJ
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
DWA DNI WCZEŚNIEJ
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
DZIEŃ WCZEŚNIEJ
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Lock Every Door

Redaktorki prowadzące: Ewelina Kapelewska, Ewa Pustelnik

Wydawczyni: Agata Garbowska-Karolczuk

Redakcja: Adrian Kyć / Rytm pisania

Korekta: Martyna Tondera-Łepkowska

Projekt okładki: Ewa Popławska

Ilustracja na okładce: © ostap25 / Stock.Adobe.com

Copyright © 2019 by Todd Ritter

Copyright © 2022 for the Polish edition by Mova

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Ryszard Oślizło, 2022

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2022

ISBN 978-83-67247-48-1

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek