Zakochany Święty Mikołaj - Agnieszka Jeż, Tomasz Kieres, Katarzyna Misiołek - ebook

Opis

Czy zastanawialiście się kiedyś, kto kryje się pod kostiumem Świętego Mikołaja? Kim są osoby, które w czasie Świąt przyklejają brodę i zakładają czerwony strój? W galerii handlowej, w szkole, przedszkolu i na spotkaniu integracyjnym w korporacji?

Za każdym przebraniem kryje się jakaś historia.

Spójrzcie na Święta od tej drugiej strony. Tam także toczy się życie. Niemniej ciekawe od suto zastawionych stołów i elegancko ubranych choinek. Zanurzcie się w świątecznej atmosferze dzięki tej uroczej książce!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 332

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

AGNIESZKA JEŻ

 

 

 

Czerwony samolot

 

 

 

Nawłoć już zakwitła.

W ubiegłym tygodniu kwiaty były jasnozielone, malutkie, a dziś, kiedy szedł Tatrzańską do parku Bednarskiego, poczuł silny, miodowy zapach. Jeszcze nie widział złotożółto obsypanych łodyg za grubymi oczkami starej siatki ogrodzenia, delikatnie poruszanych wiatrem, a już wiedział.

Przyszedł czas.

Bał się tego momentu. „Absurd” – powtarzał sobie na początku. Wtedy tyczyło się to samego pomysłu. A potem, gdy w końcu – ostatecznie i nieodwołanie – postanowił, że jednak wprowadzi w czyn to, o czym od tak dawna myślał, co postanowił, „absurd” wypowiadał do lustra, patrząc w swoje oblicze. „Zdecydowałeś się przecież. Wszystko ustalone. A ty się teraz wahasz? Tyle lat się przecież wahałeś. Absurd”.

Gdyby ktoś obserwował go z boku, miałby się prawo obawiać o stan jego ducha. Rozkojarzony, podenerwowany, zamyślony, a potem, dla odmiany, uśmiechający się pod nosem. „Demencja, wariat, w głowie mu się poprzestawiało. Albo łagodniej: co się dziwić, starsi ludzie tak mają” – pomyślał, siadając na ławce.

Lubił ten park. I nie lubił go jednocześnie.

Świąt też nie lubił, jednocześnie tęskniąc za ich magiczną atmosferą.

„Mój Boże – westchnął – czemu to wszystko takie poplątane?”

Wiedział dlaczego. A teraz, w wieku siedemdziesięciu pięciu lat, postanowił to wszystko odplątać.

Dotknął policzka. Był gładki, ciepły i pachniał jego ulubioną wodą kolońską. Ciekawe, jak będzie wyglądał za tydzień. Pewnie jakby się zamierzał zapuścić albo nagle w całym Krakowie zabrakło nożyków do golenia. A za trzy tygodnie? Jak po obozie wędrownym w Bieszczadach, gdzie człowiek się tylko ochlapał w strumieniu, nie dbając o wygląd. Za dwa miesiące powinno być już przyzwoicie – będzie widać, że to nie choroba, nie brak dbałości o siebie, nie jakaś dziwna moda, tylko działanie celowe. A za cztery miesiące, w grudniu…

Będzie wyglądał jak prawdziwy Święty Mikołaj.

 

*

 

– To będą prawdziwe święta! – Mama kolejny raz podeszła do lustra i poprawiła idealnie ułożone loki. Potem wykonała półobrót i delikatnie przejechała dłonią po muślinowej bluzce do szczupłej talii, gdzie palce na chwilę się zatrzymały, a potem spłynęły na spódnicę, wygładzając wełniane fałdy.

Od tego czasu minęło siedemdziesiąt lat, ale Tadeusz dobrze pamiętał ten moment. Wtedy lustro srebrzyście błyszczało, odbijając zgrabną sylwetkę mamy i jej piękną twarz, oraz małego Tadzika, który też się chciał przejrzeć. Miał na sobie granatową, zrobioną na drutach przez babcię kamizelkę, najlepsze wyjściowe spodnie i białą koszulę z wykrochmalonym kołnierzem.

– Nie tłuść paluszkami ramy. – Mama delikatnie zdjęła jego dłoń z wypolerowanego na błysk drewna. – Niech wszystko będzie dziś wspaniałe!

Dziś rama była matowa, lakier w kilku miejscach się łuszczył. Szkło miejscami pośniedziało, wyglądało jak przykryte cieniutką gazą.

Tadeusz mógłby odnowić to lustro, ale nie chciał. Maciek, jego syn, się dziwił, po co je w ogóle zabrał z mieszkania babci, gdy ta umarła. „Przecież masz duże lustro na drzwiach szafy wnękowej – powiedział. – I w sypialni też masz. Porządne, nowe. A to…”.

A to pamiętało ostatni szczęśliwy obrazek – mały Tadzio i mama, którzy w Wigilię 1950 roku czekali na ojca.

– To będą prawdziwe święta! – Mama znowu się obróciła w stronę lustra. – Wiesz, kto dziś do nas przyjdzie?

Tadzio wiedział, ale bał się powiedzieć, żeby przypadkiem nie zapeszyć. „Nie zapeszajmy”, to było powiedzenie mamy. Teraz jednak najwyraźniej nie obowiązywało. Mama tego dnia odłożyła w kąt wszelkie uprzedzenia.

– No, Tadziulku… – Uklękła przy nim. – Kto zastuka do drzwi?…

Patrzyła na niego tak ładnie, tak przymilnie, że w końcu powiedział to, co chciała usłyszeć. Co oboje chcieli usłyszeć.

– Święty Mikołaj przyjdzie.

– Właśnie! – Klasnęła w drobne dłonie. – A jaki prezent ci przywiezie?

Tadzio podniósł na nią oczy. Cała aż promieniała. Dawno nie widział jej takiej szczęśliwej. Jej radość ostatecznie mu się udzieliła, przeganiając wszelkie obawy.

– Tatusia. Mikołaj przywiezie mi tatusia.

 

*

 

Spojrzał na zegarek. Było już po szóstej. Zresztą nawet bez sprawdzania godziny wiedział, że upłynęło sporo czasu. Wciąż trwało lato, ale słońce stało niżej na niebie, popołudnia niepostrzeżenie się ochładzały, by przejść w całkiem już chłodne wieczory. Inne też było światło – ciut przymglone, jak ze starych obrazów.

Wstał z ławki. Mógłby sobie skrócić drogę do domu i zaoszczędzić podchodzenia pod górę, ale czy mu się dokądś spieszyło? Zresztą kondycja to ważna sprawa, jak się kto zaniedba, to mu tego organizm nie wybaczy. A jego organizm musi być w dobrej formie, zwłaszcza teraz.

No i chciał wstąpić do kościoła. Kościół św. Józefa na Rynku Podgórskim, rodzinna parafia. Tu rodzice wzięli ślub, podobnie jak dziadkowie. Przed wojną Barscy mieszkali w Podgórzu. Potem Niemcy wytyczyli po tej stronie Wisły getto, a „zwykłych” ludzi przesiedlili na drugą. Dziadkowie i rodzice zamieszkali w tej samej kamienicy na Starowiślnej, na pierwszym i trzecim piętrze. Gdy Tadeusz się urodził, żyła już tylko babcia, dziadek zmarł na nowotwór. Nic dziwnego, że tak drżała o syna Andrzeja, jedynaka, pilota komunikacyjnego.

Mama się nie bała o męża. „Bohater przestworzy” – mówiła o nim. Wierzyła, że liczba startów zawsze się będzie zgadzała z liczbą lądowań. Taki optymizm towarzyszy wszystkim młodym i zakochanym, a Hanna i Andrzej bardzo byli w sobie zakochani. Zresztą przetrwali wojnę, ten okropny czas, a kilka miesięcy po kapitulacji Niemiec na świat przyszedł Tadeusz. Wszystko się dobrze układało.

Tadzio przywykł, że taty często nie było w domu. „Lata” – mówiła mama, tak jak inne mamy mówią: „wyszedł do biura”, „ma zmianę w fabryce” czy „przyjmuje pacjentów”.

Andrzej Barski nigdy nie spędził z żoną, a potem z żoną i synkiem, Wigilii. Zawsze to jemu przypadało prowadzenie samolotu w święta. „Młody jeszcze jestem, z najkrótszym stażem, dlatego tak się to układa. Rady na to nie ma” – powtarzał.

Tego Tadeusz nie pamiętał, bo był przecież dzieckiem, później mu to mama opowiedziała. Za to tamte święta… Tak, tamten dzień pamiętał bardzo dobrze. Aż za dobrze.

Wyszedł z zacienionej alejki na stare schody. Dobrze, że dziś było sucho, bo łatwo tu o potknięcie. Park Bednarskiego był przepiękny, ale trochę zaniedbany, choć może i w tym tkwił jego urok. Założony pod koniec dziewiętnastego wieku, w okolicy dawnego kamieniołomu. Urokliwie położony, z pięknym widokiem na miasto. Przez kolejne dekady wzbogacany o nowe nasadzenia. Tadeusz spędzał tu dzieciństwo. Najpierw szczęśliwe, podobno, bo to też znał z matczynych relacji, a potem nieszczęśliwe, co już, niestety, stało się udziałem jego własnych wspomnień.

Właściwie jego życie przez długi czas dzieliło się na okres szczęśliwy – którego nie pamiętał, i nieszczęśliwy – który potrafił odtworzyć w głowie jak z taśmy filmowej. Później, w dorosłym życiu, było już inaczej – zakochał się, ożenił, urodził mu się syn. Był spełnionym dorosłym mężczyzną. A jednak to smutne dzieciństwo do niego wracało w różnych momentach. Gdy układał Maćka do snu, kiedy odprowadzał go do szkoły, podczas wspólnych górskich wędrówek. On nie miał takich wspomnień ze swoim ojcem. Właściwie to żadnych wspomnień związanych z ojcem nie miał. Jakoś to przerobił, przepracował, ułożył sobie w głowie.

W jeden, jedyny dzień w roku to mu jednak nie wychodziło – w Wigilię.

Doszedł do kościoła. „Perła neogotyku” – głosił tytuł poświęconej tej budowli gazety, która leżała na kwadratowym stoliku pod tablicą ogłoszeń.

Perła kojarzy się ze łzami, z nieszczęściem. I jemu tak się właśnie kojarzyło to miejsce – z bólem i rozpaczą mamy i babci. Sam był na to za mały, cóż przecież pięciolatek może zrozumieć? Ale czuć… czuć już może. Czasem babcia szła z nimi „do Józefa”, czasem tylko on z mamą. Mama siadała w pierwszej ławce, w tej, gdzie kiedyś dbała, by sobie brzegu sukni ślubnej nie zabrudzić, a potem się modliła. I płakała.

On chodził wtedy po kościele, oglądał te duże obrazy, majestatyczne postaci, wwąchiwał się w zapach polerowanych pastą posadzek i palonych kadzideł. Mimo że był sam, bo przecież mama się nim wtedy nie zajmowała, odnajdywał w tym jakąś pociechę. Zresztą w tym miejscu mieszkał Ktoś, kto miał się opiekować jego rodziną. Z tatą Mu niestety nie wyszło.

Przeżegnał się. Zawsze to robił, odruchowo. Wtedy, kiedy mama go tego uczyła i kiedy był zafascynowany „świętą wodą” w dużej kropielnicy, do której wkładał dłoń. I wtedy, gdy przychodził tu z mamą w czerni. Potem, kiedy się obraził na Boga za to wszystko, czego Ten nie dopilnował, też robił znak krzyża. I na studiach, choć szedł raczej ścieżką politechnicznej nauki niż ufnej wiary.

Zatrzymał się na końcu głównej nawy. Rozejrzał się. Wciągnął do płuc znajomy zapach. Przez chwilę postał, potem pokiwał głową i skierował się w stronę wyjścia.

Zmrużył oczy. Późnoletnie słońce, niby słabsze, ale wciąż mocno świeciło. Zresztą wyszedł z ciemnego pomieszczenia wprost na niezabudowany Rynek.

Mógłby zejść Rynkiem Podgórskim, do Kładki Ojca Bernatka, tak by miał najbliżej i najprzyjemniej, by dotrzeć do domu na Starowiślną. Mógłby też skręcić w prawo, w ulicę Rękawka, ale on wybrał trzeci wariant: Parkową, placem Lasoty i znowu do Tatrzańskiej, do Tęczowych Schodków.

To tam postanowił, że przekuje złe wspomnienia w dobro.

I zostanie Świętym Mikołajem.

 

*

 

Wigilijny ranek wstał słoneczny i bezchmurny.

– Lazurowe niebo. – Mama wesoło krzątała się po kuchni. – Cudowna pogoda na latanie. Jedz, Tadziu, tylko dbaj, żebyś koszuli nie pobrudził. A jak już umyjesz zęby, to przystroimy choinkę, a później pomożesz mi z dekorowaniem stołu. No, jedz. – Podeszła do niego i czule zmierzwiła mu włosy.

Tadzio był podekscytowany. Tyle się miało wydarzyć, a tu mama każe mu jeść owsiankę. On tymczasem już by stał obok smukłego świerku i wieszał na nim papierowy łańcuch i długie cukierki w błyszczącym celofanie. Potem by wyciągnął swoje pudełko w niebiesko-granatowy rzucik, w którym trzymał największe skarby, i znowu by obejrzał to cudowne zdjęcie Świętego Mikołaja. Zresztą wcale nie musiał go wyciągać, by przywołać ten obraz: przede wszystkim gęsta, biała broda, zajmująca trzecią część fotografii. Potem smoliste, wyraźne brwi. Czapka z białym futrem, duża, spływająca na plecy. Okulary, podobne do tych, które tatuś nakłada do czytania. W ogóle ten Mikołaj w jakiś sposób był podobny do tatusia, ale to wcale nie dziwiło – przecież Mikołaj, podobnie jak tata, przynosił radość i szczęście.

Zobaczył, że mama mu się przygląda z wnęki kuchennej, polerując sztućce. Westchnął i zaczął energiczniej ruszać łyżką.

Bardzo by chciał, żeby tata był dziś z nimi. Mama i babcia też na niego czekały. Obie mówiły, że niczego więcej na Gwiazdkę nie pragną, że to, że razem siądą do uroczystej kolacji, to najlepszy prezent.

Tadzio też tak myślał, ale oprócz tego w skrytości ducha marzył o małym samolocie. Blaszanym, czerwonym, pięknie odmalowanym dwupłatowcu z prawdziwymi szybkami i figurką pilota w środku. Tadzio widział ten model w sklepie z zabawkami niedaleko Plant, na wystawie. Ilekroć przechodzili tamtędy z mamą, zatrzymywał się, przyklejał nos do szyby i wzdychał z zachwytu. Cóż to było za cudo! Wyobrażał sobie, jak się nim bawi, siedząc w salonie na dywanie. A potem wstaje, i kiedy mama nie widzi, zaczyna biegać po pokoju z wysoko uniesioną ręką. Samolot wykonuje akrobacje, pędzi w dół, prawie pionowo, a potem się wzbija w przestworza, mknie nad szafą, zgrabnie omijając róg pieca, i dalej, wzdłuż kilimu, nad biblioteczkę, w stronę okna, tam gdzie błękit nieba.

– Tadziu!… Tadziu, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Mama stanęła przy stole. – Z głową w chmurach. – Zaśmiała się, gdy na nią spojrzał.

On też się uśmiechnął. Naprawdę przed chwilą był w chmurach.

 

*

 

Sapnął. „Taki wiek” – pomyślał ze smutkiem. Dbał o siebie, zdrowo się odżywiał, codziennie spacerował, a i tak czasem dostawał zadyszki. „Tato, to przecież normalne. Niejeden sześćdziesięciolatek by chciał mieć twoją kondycję – śmiał się Maciej, ceniony warszawski kardiolog. – Wiek ma swoje prawa”. Z tym się Tadeusz Barski godził, czasu się przecież nie da zatrzymać ani cofnąć, nie mógł jednak pojąć, kiedy te wszystkie lata minęły, co się działo między momentem, gdy mały Tadek wypatrywał przez okno Świętego Mikołaja, a chwilą, gdy dorosły Tadeusz wspinał się ulicą Parkową późnym popołudniem w późnoletni dzień. Kiedy to minęło?…

Wreszcie dotarł do ulicy Tatrzańskiej.

To tu się wszystko zaczęło w styczniu ubiegłego roku. Wtedy też był piątek, a on szedł na spacer do parku. Było południe, zaplanował dłuższą trasę. Przeszedł mostem Powstańców Śląskich, przez plac Bohaterów Getta, potem bocznymi uliczkami na Stary Cmentarz Podgórski. Mówił sobie, że lubi to miejsce, bo tak ładnie położone, i puste, bo kto ma odwiedzać groby sprzed ponad stu lat? Na początku wieku – ubiegłego, dwudziestego, zaprzestano tu pochówków. Więc poszedł tam na spacer, po ciszę i nostalgię, ale też dlatego, że dużo tam było grobów rodzinnych – epidemia cholery zbierała w dziewiętnastym wieku spore żniwo. Patrzył na płyty nagrobne, myślał o tych rodzinach, które wtedy umarły, i o tym, komu się udało przeżyć. I jak sobie potem radził bez bliskich. W dziwny, trochę wstydliwy sposób, znajdował w tym myśleniu otuchę.

A później, już zwyczajowo, poszedł do parku. I tak się zamyślił, że z Parkowej skręcił w Potebni. Nim się przecknął, że zboczył z trasy, był już na końcu ulicy. Nie było sensu zawracać, Tatrzańską też przecież dojdzie. Nie wybierał jej na swoje wędrówki, bo trzeba się tu było wdrapywać po schodach, a po co w jego wieku kusić los?

Skręcił w prawo i przystanął zdumiony. Schody były kolorowe – tęczowe, błyszczące. Z jednej strony śnieg na trawniku, z drugiej szarość fasady kamienicy, a między nimi – feeria barw. Później sobie przypomniał, że czytał o tym w gazecie. To był jakiś happening, działania artystyczne kilka lat temu. Widać zostało na dłużej, zresztą jaki byłby sens zrywania tej farby z chodnika?… I o ile wtedy, gdy czytał artykuł, przyszło mu do głowy, że to taka zabawa, której on, inżynier, nie rozumie, to znaczy rozumie, ale nie jako sztukę, o tyle wtedy, gdy się wspinał tymi schodami, pojął, o co w tym chodzi. Poczuł to. Dokoła dość posępny krajobraz, jak to wśród starych, latami nieodnawianych budynków (no dobrze, coś się ruszyło, ale niemrawo), małośnieżna zima, która nie przykrywa różnych defektów, i nagle – takie kolorowe schody. Człowiek się uśmiecha i nawet chce mu się iść pod górę. Czuje się młodszy, weselszy. Czuje się, jakby go przeniesiono w inne, lepsze miejsce. Jakby go z rutyny wyrwano i pokazano, że świat ma miłe oblicze.

Gdy był już blisko, zobaczył, że na schodach są napisy. O tym też było w artykule – nie tylko pomalowano betonowe płyty, lecz także wypisano na nich zdania: sentencje, aforyzmy, wypowiedzi znanych ludzi.

„Kanapka w środku nocy zawsze dobrze robi. Tata Muminka”. Uśmiechnął się. Zabawne, choć on nigdy nie podjadał w środku nocy. Właściwie to nigdy nie zrobił niczego szalonego, niestandardowego, spontanicznego. Jak choćby zjedzenie kanapki w środku nocy.

„Nigdy nie dorośnij”. Westchnął. Jego dzieciństwo wcześnie się skończyło, i to przecież nie z jego wyboru.

„Błędy człowieka czynią go sympatycznym. Goethe”. Tak by nigdy nie pomyślał. Błędy to błędy, zdarzają się i tyle. Nie ma co rozpaczać, ale i powodów do radości brak. „Chyba” – zamyślił się. Dobrze, że był tu sam, to mógł się tak niespiesznie wspinać i zastanawiać nad kolejnymi napisami.

„Człowiek, który nie robi błędów, zwykle nie robi niczego. Phelps”. „Co się tak uwzięli na te błędy?” – zaprotestowała jego inżynierska dusza. „Bo to ludzkie” – odpowiedział jej pod nosem zdumiony, że mu się to wyrwało.

„Szczęście jest podróżą, a nie celem”. „Rzeczywiście, jest w tym element sztuki. Nawet pokaźny” – zamyślił się. Tak się bowiem zawsze czuł, obcując ze sztuką – nie znał się na niej dobrze, na pewno nie miał żadnych artystycznych uzdolnień, ale na swój, dość nieudolny, sposób odbierał przekaz artysty. Sztuka wytrącała go z utartych kolein myślenia, odsłaniała przed nim inną perspektywę, uwrażliwiała. Teraz też to poczuł. Przez całe życie dążył do szczęścia, choć nie wiedział, co by mogło nim być. Żona, syn, wnuk – tak, na pewno. Miał to wszystko, a i tak żył niespełniony. Może to z powodu dzieciństwa, a może nie?…

Przy kolejnym stopniu się uśmiechnął. „W Polsce wszystko jest źle zbudowane, lecz Polki są zbudowane wybornie. Makuszyński”. Pomyślał o Marysi. W przyszłym roku minie dziesięć lat od jej śmierci. Bardzo ją kochał. Dlaczego to właśnie ona musiała się wymknąć statystykom, które mówią, że kobiety przeżywają partnerów o kilkanaście lat?…

„Wolność to stan umysłu. Gandhi”. Tak, na pewno. Kto żył w PRL-u, ten to rozumie. Ciekawe, co to znaczy dla młodych.

„Zawsze bierz pod uwagę fakt, że możesz się mylić. Pratchett”. Tę pokorę w sobie miał, przynajmniej z życiu zawodowym.

„Nawet najdalszą podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Budda”. „Ładne, ale mało odkrywcze” – pomyślał.

I wtedy go zobaczył.

 

*

 

– Dobra nie jest… – Mama odwiesiła słuchawkę telefonu. Po jej oczach poznał, że jest smutna, mimo że zaraz ułożyła usta do uśmiechu.

Babcia, która zeszła do nich, nerwowo splotła palce.

– Coś jeszcze powiedzieli? – zapytała, siląc się na beztroski ton.

Tadzik czuł, że te miny i uśmiechy są dla niego, bo to, o czym mama z babcią rozmawiają, wcale pogodne nie jest, podobnie jak niebo za oknem.

Po porannej i przedpołudniowej ślicznej aurze nie było już śladu. Zwoje ciemnych, nieprzyjaznych chmur zawładnęły niebem.

– Że pogoda dobra nie jest – powtórzyła powoli mama. – Lot we mgle też bezpieczny, jak w dzień pogodny, bo przecież jest radio – dodała cicho, energicznie przecierając parapet ściereczką. „Czystszy już chyba być nie może” – pomyślał Tadzio, patrząc na białą, błyszczącą taflę. – Synku, my tu tak sobie rozmawiamy, a drzewko wciąż niewyszykowane! – Mama nagle zmieniła ton. – No chodź, chodź szybko, trochę z tym zejdzie, a przecież chcemy, żeby wszystko pięknie wyglądało, gdy tata… – głos się jej załamał – gdy Mikołaj wreszcie stanie w progu, przyprowadzając tatusia na wieczerzę – dokończyła.

Podeszła do stołu i otworzyła pudło z ozdobami świątecznymi. Tadziowi nie trzeba było dwa razy powtarzać – uwielbiał ubieranie choinki: planowanie, w których miejscach zawisną cukierkowe sople, jaką drogą poprowadzić łańcuch, gdzie ułożyć kłębki waty.

Babcia przeprosiła ich i poszła na górę do siebie, żeby się położyć, bo złapał ją nagły ból głowy.

Mama towarzyszyła mu w przystrajaniu drzewka, ale była nieuważna – powiesiła obok siebie trzy cukierki w czerwonym celofanie, a przecież nawet Tadzio wiedział, że kolory należy poprzeplatać, żeby było ładnie.

Gdy Tadzio, podtrzymywany przez mamę, zawieszał na szczycie srebrną gwiazdę z kolorowymi cekinami na ramionach, nagły podmuch wiatru wdarł się do pokoju przez kominek. Fala zimnego powietrza poruszyła frędzlami kilimu i owionęła choinkę.

– Och! – Wyrwało się mamie i mocniej ścisnęła Tadzia.

 

*

 

Chłopiec miał może pięć, a może siedem lat, Tadeuszowi trudno było to ocenić. Spod przydużej czapki z kolorowym pomponem widać było niebieskosmutne oczy, zaczerwieniony nos i górną wargę; dół twarzy był omotany szalikiem. Reszta chłopca też ginęła w ciepłych, zimowych ubraniach.

– Nie chcę – powiedział chłopiec.

Towarzysząca mu kobieta, chyba mama, na co wskazywały wiek i niezmącona cierpliwość, pokiwała głową i powiedziała:

– Stasiu, ale może byś się zastanowił? Jeszcze pomyślał?

– Nie chcę. – Chłopiec spuścił głowę i czubkiem buta kopał zmarzniętą bryłę śniegu.

– Bo przecież wszystkie dzieci z twojej grupy – ciągnęła niezrażona kobieta – będą brały w tym udział.

– Nie chcę.

Tadeusz nie wiedział, co zrobić. Kobieta go nie widziała, bo stała odwrócona do niego plecami. Chłopiec być może go zauważył, ale i tak miał w nosie cały świat. Metodycznie wciskał czubek buta w bryłkę śniegu i nie podnosił wzroku. Mógłby wyminąć tę dwójkę i pójść do parku, ale coś go w ich zachowaniu i nich samych zaintrygowało. Chciał wiedzieć, o czym rozmawiają, co jest przyczyną takiego uporu tego dziecka. A ono samo… W jakiś sposób wydawało mu się znajome.

– Stasiu… – Tak, to musiała być mama, nikt nie ma tyle cierpliwości, co matki. – Zastanów się jeszcze. Losowanie jest w poniedziałek, powiedziałam pani Ani, że porozmawiamy i że może zmienisz zdanie. Pani Ania to rozumie, ja… – głos się jej załamał na chwilę – ja też to rozumiem, ale… To przecież będzie miłe. Twoi koledzy i koleżanki, poczęstunek, zabawa, prezenty i – najważniejsze! – Ożywiła się, ale Tadeusz wyczuł w tym nieszczerą nutę. – Przyjedzie do was Święty Mikołaj!

Chłopiec na chwilę przestał stukać butem w zbrylony śnieg. Lekko podniósł głowę, wykonał półobrót, spojrzał na Tadeusza, który znieruchomiał, a potem odwrócił się do kobiety.

Tadeusz poczuł ucisk w klatce piersiowej. Nagłe ściśnięcie, promieniście rozchodzące się dławiącym bólem we wszystkie strony. Było mu głupio, że został zauważony: podsłuchujący, gapiący się, naruszający intymność tych dwojga. Gorsze jednak było co innego – Tadeusz już wiedział, kogo mu ten mały chłopiec przypomina – jego samego sprzed wielu lat. I, choć to niepojęte, bo przecież skąd można wiedzieć takie rzeczy, miał pewność, co mały Staś teraz powie.

– Nie chcę Świętego Mikołaja. Nie wierzę w Świętego Mikołaja.

Kobieta wyglądała, jakby chciała zrobić jakiś gest, ale nie ruszyła się z miejsca, zupełnie jakby podeszwy jej butów przymarzły do tych kolorowych schodów.

– Stasiu… – szepnęła drżącym głosem.

Tadeuszowi wydawało się, że po jej policzkach zaczynają płynąć łzy.

– Nie wierzę w Świętego Mikołaja! Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę! – rozkrzyczał się Staś.

Kobieta jeszcze przez moment stała bezradnie, ramiona jej drżały, a potem podeszła do chłopca i mocno go przytuliła.

Tadeusz też pokonał kilka stopni i teraz stał już całkiem blisko. Tak, to musiała być mama Stasia, bo oboje byli do siebie podobni. Ona też miała takie niebieskie, smutne oczy.

A Staś… Tak, właśnie tak musiał wyglądać Tadzio, gdy wykrzykiwał mamie swój smutek. Gdy ona, sama przecież smutna, próbowała go pocieszyć. A on mówił, że już w nic nie wierzy, ani w święta, ani w dobro, a już na pewno nie w Świętego Mikołaja, który tak bardzo go oszukał.

Tadeusz, już po raz drugi w ciągu tych kilku minut, wiedział, co za chwilę usłyszą – mama i on, trzeci, niespodziewany uczestnik tej sceny. „Chciałbym, żeby tata tu był” – wypowiedział w myślach.

– Chciałbym, żeby tata tu był – wyszeptał zapłakany Staś.

 

*

 

– Radio zepsute? – Mama wyglądała, jakby miała za chwilę wypuścić słuchawkę z ręki i osunąć się na dywan.

Minęła trzecia, za oknem w coraz mocniejszych podmuchach wiatru wirowały płatki śniegu. Widoczność była słaba, Tadzio nie mógł dostrzec kamienicy naprzeciwko, z trudem wypatrywał zarysów grubych konarów rosnących przed oknami klonów.

– No to jak?… Przecież w tej zamieci nie dojrzy lotniska… I co wtedy? Zawrócą?

Usłyszał kliknięcie odkładanej słuchawki. Odwrócił się w stronę mamy.

– Tadziu… – Popatrzyła na syna.

– Tak, mamo? – Tadzio wpatrywał się w nią.

– Widzisz, jak się pogoda zepsuła… Trudne warunki, żeby choć ulicą przejść, a co dopiero… Co dopiero samolotem na lotnisku wylądować. Tatusiowi w kabinie się radio zepsuło, a bez radia i bez widoczności… Może tak się zdarzyć, że nie uda się wylądować w Krakowie i trzeba będzie na inne lotnisko lecieć.

– Ale blisko? Czy to inne lotnisko będzie blisko? – Tadzio podszedł do mamy.

– To nie wiadomo, od pogody wiele zależy. – Mama odwróciła wzrok.

Usłyszeli, że w przedpokoju otwierają się drzwi. W progu stanęła babcia. Spojrzała na synową i drżącym głosem zapytała:

– Wiadomo coś?

Mama pokręciła głową.

– Nie martw się, babciu. – Tadzio podszedł do niej. – Mama mówi, że tata to bohater przestworzy i że zawsze szczęśliwie ląduje.

„Nie trzeba było zapeszać” – usłyszał cichutki szept matki. Nie same te słowa, ale ton, jakim zostały wypowiedziane, sprawił, że Tadzio nagle zmarkotniał. Może naprawdę coś groziło tacie? Z drugiej jednak strony mama mówiła, że nic takiego, a mama przecież nigdy się nie myli. No i jeszcze jest Święty Mikołaj. A Święty Mikołaj to już może wszystko, w końcu to Wigilia. Jeśli Mikołaj ma tatę przyprowadzić do ich mieszkania, to znaczy, że musi być w tym samolocie i nic złego stać się nie może. Jak by to było, gdyby nagle Świętego Mikołaja zabrakło? Co by się wydarzyło ze świętami? Czy jeszcze by były, gdyby nie miał kto prezentów przez kominy wrzucać lub do drzwi pukać? Niewyobrażalne i niemożliwe! Dlatego Tadzio głośno powiedział:

– Chciałbym, żeby Święty Mikołaj pomógł tacie. I żeby tata już tu był.

 

*

 

Była połowa stycznia, dobry czas, bo przecież do kolejnych świąt prawie rok, można nie myśleć, nie wracać wspomnieniami do odległych lat. Można się nie besztać, że wreszcie pora coś zmienić, że nie można do końca życia pozwalać się tak oplatać smutkowi w wigilijny czas, bo to nie tylko jemu nie służy, ale też rodzinie.

Mama chyba tego nie zauważała, bo sama przez lata była w żałobie po mężu. Babcia zamknęła się w sobie, skurczyła, zmalała, powoli wycofywała się z życia, w którym nie było ani jej ukochanego męża, ani ukochanego syna. A potem umarła.

W dorosłym życiu było lepiej, bo dorośli potrafią maskować smutki. Marysia wiedziała, rozumiała, wspierała, ale nie potrafiła przegnać Tadziowej okołoświątecznej melancholii. Maciek dopiero całkiem niedawno, gdy urodził mu się syn, wyznał, że święta zawsze mu się kojarzyły z jakimś podskórnym smutkiem. Że ojciec, znaczy on, Tadeusz, robił dobrą minę, ale najbliższych nie był w stanie oszukać. Oni oczywiście wiedzieli, skąd ten smutek, dziecku bez ojca jest w życiu trudno, nie tak to powinno wyglądać, ale tyle lat po… Tego Maciek zrozumieć nie potrafił. Tadeusza to nie dziwiło, bo żeby coś takiego pojąć, trzeba samemu tego doświadczyć, a Maciek, już po czterdziestce, wciąż się cieszył obecnością ojca w swoim życiu. „Choć czasem ta obecność była iluzoryczna” – wzdychał Tadeusz. „Jednego tylko nie rozumiem, tato – powiedział mu podczas tej szczerej rozmowy syn – że Wigilia ci się kojarzy źle, bo wtedy dziadek umarł, to oczywiste. Ale dlaczego nie lubisz Świętego Mikołaja?”.

I dopiero wtedy Tadeusz mu opowiedział, że to Mikołaj miał przywieźć tatę. Razem mieli stanąć przed drzwiami ich mieszkania, zastukać. Mikołaj wszedłby pierwszy, powiedział: „Dzień dobry, czy mały Tadzio był grzeczny?”. Mama i babcia by potwierdziły, że oczywiście, Mikołaj spojrzałby mu w oczy, pogłaskał po głowie, powiedział, że w takim razie ma dla niego najwspanialszy prezent, zawrócił do przedpokoju, wyszedł na korytarz, a po chwili w progu stanąłby tata. Tak miało być, tak obiecała mama, darowując mu na początku grudnia tę fotografię. Dopiero potem zrozumiał, że na zdjęciu to żaden Święty Mikołaj, ani prawdziwy, ani przebrany jakiś pan, tylko jego tata. To tata miał wejść do mieszkania w czerwonej czapie z bielutkim pomponem, z gęstą brodą z waty, w okularach do czytania, w czerwonym szerokim płaszczu. I po tej krótkiej rozmowie miał wyjść na korytarz, pozbyć się przebrania i wrócić jako tata.

Taki był plan, z którego nic nie wyszło.

Dopiero drugiego dnia świąt mama wręczyła Tadziowi prezent – pięknie opakowany w srebrny papier, przewiązany czerwoną wstążką. Tadzio rozwiązał kokardę, odwinął papier, otworzył pudełko i…

Tadeusz się otrząsnął. Gdyby wybrał inną trasę, gdyby nie szedł na cmentarz, gdyby się nie zamyślił i nie pomylił ulic, gdyby nie trafił na te Tęczowe Schody, miałby spokój. Spacerowałby sobie teraz po parku, ciesząc się spokojem i ciszą, potem przeszedłby przez Rynek, do kładki, poszedłby na plac, do ulubionej garmażerii, po ulubione pierogi, zrobiłby sobie obiad, usiadł z książką w fotelu, potem by przyszykował kolację, może coś obejrzał i spokojnie położył się spać.

Zamiast tego stał na schodach na ulicy Tatrzańskiej i patrzył w oczy małemu, zapłakanemu chłopcu, który nie wierzył w Świętego Mikołaja i chciał, żeby tata przy nim był.

I do tego nie wiedział, jak się zachować. Teraz nie tylko mały Staś, ale i jego mama patrzyli na Tadeusza, zdumieni, że mieli słuchacza.

Tadeusz najchętniej by stamtąd czmychnął, po prostu się odwrócił i szybko odszedł.

Nie mógł jednak tego zrobić.

Po pierwsze, schody były strome i śliskie. W jego wieku upadek i złamanie to długie miesiące rehabilitacji.

Po drugie, wtedy na pewno by nie uniknął konfrontacji z tą kobietą i jej synem.

Po trzecie, żal mu było tego małego chłopca, tak samo jak przez całe życie żal mu było siebie samego.

Po czwarte, co właśnie sobie uświadomił, nigdy tak naprawdę nie czuł w sobie spokoju. Te miesiące niemyślenia o tym, co go gnębiło, nie były prawdziwym spokojem, tylko czasowym zapominaniem.

Przez te wszystkie lata nie chciał słyszeć o Świętym Mikołaju, nie przebierał się za niego, gdy urodził mu się syn, nie śmiał się na szkolnych przedstawieniach syna z tubalnego „ho, ho, ho!”, gdy krągły i rubaszny facet w czerwonej czapce i czerwonym płaszczu wkraczał na scenę. Gdy Maciek zamówił dla Tymka, swojego syna, a jego wnuka, profesjonalnego mikołaja z agencji aktorskiej, Tadeusz wyszedł na balkon, żeby zapalić, choć palenie rzucił dwadzieścia lat temu, i wrócił dopiero wtedy, gdy mikołaja już nie było.

Nie, zupełnie nie był pogodzony ze stratą ojca i wciąż żywił urazę wobec Świętego Mikołaja.

Czasem sobie mówił, że to głupota, tyle lat minęło, to już nie smutek, tylko dziwactwo, ale nic z tego nie wynikało. Usprawiedliwiał się sam przed sobą, że mu brak jakiegoś zewnętrznego bodźca, nagłego wydarzenia, które po tylu latach nicnierobienia wreszcie popchnie go do czynu.

No i właśnie los mu sprzedał takiego kuksańca.

 

*

 

– Halo?… – powiedział niepewnie do słuchawki.

Mama osunęła się na krzesło, wypuszczając bakelitową rączkę z dłoni. Ponieważ wciąż dochodziły z niej jakieś odgłosy, a babcia poszła na górę, Tadzio postanowił powiedzieć coś do tego głosu po drugiej stronie kabla. Wiedział, że to z lotniska i dotyczy tatusia, a on tak na niego czekał!

– Halo? Pani Haniu?… – zapytał zaniepokojony głos po drugiej stronie.

– Nie, to nie mamusia. To ja. Tadzio… Tadeusz Barski.

Zaległa cisza.

– Tadzio – usłyszał w końcu. – A gdzie mamusia?

– Siedzi na krześle. Chyba zmęczona, bo dziś od rana tyle się dzieje. I gotowanie, i sprzątanie, i szykowanie choinki – wyliczył Tadzio. – No i czekanie na tatusia. I na Świętego Mikołaja, który ma go przywieźć. A on – Tadzio obejrzał się na mamę, czy słyszy i czy go nie zbeszta za takie wypytywanie – też jest z tatusiem?

– Tadziu… – Głos po drugiej stronie posmutniał. „Może dlatego, że ten pan jest w pracy zamiast ze swoim synkiem?” – pomyślał Tadzio. – Obawiam się, że Święty Mikołaj nie przyprowadzi dziś tatusia do domu.

– Obiecał – odparł chłopiec, patrząc na fotografię. – Obiecał, tak powiedziała mama. – Czuł, że pod powiekami zbierają mu się łzy. – Dokąd polecieli? – zapytał.

– Dokąd polecieli? – Miły głos powtórzył to pytanie.

– Mamusia powiedziała, że jest taka mgła, a radio w kabinie popsute, że pewnie tatuś będzie musiał szukać innego lotniska na lądowanie niż w Krakowie. Daleko to inne lotnisko? Kiedy tatuś dojedzie z niego do domu?

I znowu cisza.

„Może przez tę mgłę i telefony przestają działać?” – pomyślał Tadzio.

Jednak nie, bo ten pan z drugiej strony znowu się odezwał:

– Bardzo daleko jest to lotnisko, Tadziu. I stamtąd nie ma powrotu.

 

*

 

Patrzył na Stasia i widział siebie – stojącego przy kilimie, ze słuchawką w ręku. „Stamtąd nie ma powrotu”. Ten mężczyzna, który z nim rozmawiał, na pewno sądził, że z dziećmi się nie mówi o śmierci. Dzieci nie wiedzą, nie rozumieją, dzieci nie wolno martwić. Powiedział o lotnisku, z którego nie ma powrotu. I, paradoksalnie, wbrew chęciom i założeniom tego człowieka z wieży lotniska Tadzio zrozumiał. Gdyby usłyszał, że tata nie żyje, nie wiedziałby, jak tę wiadomość przełożyć na swój dziecięcy język. Co się dzieje z człowiekiem, który „nie żyje”? Jak wygląda „nieżycie”? Abstrakcja. Ale to, że tata jest na lotnisku, z którego powrotu nie ma – to zrozumiał. Zrozumiał, że tata dziś do niego nie przyjdzie. Ani dziś, ani jutro. Nigdy. Będzie tak, jakby tata już zawsze miał latać i nigdy nie wylądować w Krakowie. I nic tego nie zmieni, nawet Święty Mikołaj. Święty Mikołaj go oszukał.

Wykrzyczał to babci, która weszła do mieszkania. A potem, w furii pomieszanej z żalem, wybiegł na korytarz i schodami w dół, przez podwórko, drugą klatkę i na ulicę. Nim się tam jednak znalazł, zobaczył w lustrze w przedpokoju swoje odbicie i spojrzenie. I pamiętał, że w pierwszym momencie się nie rozpoznał – chłopiec w szklanej tafli miał jego ubranie, jego włosy, jego twarz, ale nie jego oczy. Nigdy u nikogo nie widział tak smutnych oczu.

Zatrzymał się przy wejściu do kamienicy. Była taka zawierucha, że świat się ograniczył do bieli. Po chwili dołączyły do niej przezroczyste kuleczki, które szybko zamarzały.

Staś nie płakał. Oczywiście, mogło być tak, że jego tata był w delegacji albo rodzice się rozwiedli, albo coś jeszcze innego, co zaowocowało rozłąką z synem. Tadeusz nic przecież nie wiedział o tym chłopcu i jego życiu. A jednak – w tej minie, w spojrzeniu – odczytywał siebie sprzed lat. Był przekonany, że się nie myli.

On, inżynier, człowiek od liczb i rachunków, nagle posłuchał swojej intuicji.

Szkoda, że nie chciała mu powiedzieć, co teraz zrobić.

Staś i jego mama przyglądali się starszemu mężczyźnie, który przysłuchiwał się ich rozmowie.

Tadeusz się speszył, nagle to wszystko, co mu się pomyślało, co zechciał zrobić, wydało mu się głupie, a on sam sobie – naiwnym, zdziecinniałym staruszkiem.

Zrobił dwa kroki do tyłu. Uważnie, żeby się nie przewrócić, patrzył pod nogi.

„Nawet najdalszą podróż zaczyna się od pierwszego kroku”. Znowu przeczytał to zdanie.

On już długo szedł, siedemdziesiąt lat prawie, a wciąż nie zrobił tego pierwszego kroku.

Wyprostował się, podniósł głowę. Postawił stopę na schodku wyżej, dołączył drugą.

– Święty Mikołaj istnieje – powiedział ciepłym, ale stanowczym głosem, patrząc chłopcu prosto w te smutne oczy.

 

*

 

Na tyle mu wtedy starczyło odwagi. Zresztą prócz ogromnej chęci, żeby dzieciakowi (i sobie też, tak przecież było) pomóc, nie miał nic – najlichszego nawet pomysłu, jak to pragnienie zrealizować.

Tu słowa nie wystarczą, wiedział to dobrze. Tu potrzebny był czyn.

Uśmiechnął się jeszcze najserdeczniej, jak umiał, i wyminął zdumionego chłopca i jego mamę. Gdy wspiął się na schody, a potem skręcił w prawo, poczuł, że cały się trzęsie z emocji.

Nie miał już siły na park i dalsze wędrówki. Najkrótszą drogą wrócił do domu i opadł na fotel. A potem wyciągnął tekturowe pudełko w niebiesko-granatowy rzucik, zdjął pokrywę, wyjął jego zawartość i zaczął się zastanawiać.

Wieczorem, gdy już odtajał, miał plan. Absolutnie szalony – tak szalony, jak to tylko może wymyślić stateczny inżynier racjonalista.

Wiedziony przekonaniem, że chłopiec jest półsierotą (skąd? którędy i jak dobiła się do niego, sceptyka, pewność, że się w tej kwestii nie myli?), musiał go po pierwsze odnaleźć. Właściwie to nie jego, bo przecież plan zakładał tajemnicę, ale jego mamę.

Nie wiedział nic – tyle tylko, że spotkał ich na tych schodach w piątkowe południe. Chłopiec chyba chodził do szkoły, nie był aż taki mały. Mama mówiła o grupie, co raczej się kojarzyło z przedszkolem, ale przecież grupy są i w zerówce. Tak, zerówka pasowała.

A reszta? Jak się zabrać do poszukiwań, mając taką nędzną wiedzę? Owszem, chłopiec mógł mieszkać w okolicy, ale, równie dobrze, mógł się przypadkiem na tych schodach znaleźć. Może mama chciała mu je pokazać, żeby go rozweselić? Może dziadkowie mieszkali niedaleko? Może gdzieś opodal przyjmował lekarz, do którego Staś szedł? A może coś jeszcze innego, nieważne co, ale istotny był fakt, że Staś z mamą znaleźli się w tym miejscu przypadkowo i więcej się tu nie pojawią.

Tadeusz się jednak nie zniechęcał. Włączył laptop, mapę, a potem kazał jej znaleźć szkoły podstawowe. Nie było tak źle, kilka placówek, przecież od czegoś musi zacząć. Wydrukował mapkę, ustalił kolejność i postanowił, że w poniedziałek ruszy w trasę.

W niedzielę wieczorem przeczytał artykuł o początku ferii w województwie małopolskim. Odłożył termos do szafki i pomyślał, że ma dwa dodatkowe tygodnie na przygotowania. Po tym czasie wiedział, że to już nie epoka swobodnych wędrówek szkolnymi korytarzami i nieograniczonej wolności. By wejść do szkoły, trzeba mieć specjalną plakietkę, że jest się rodzicem lub opiekunem, albo wpisać się w zeszyt i przedstawić przez domofon. A co on by miał powiedzieć? Że szuka Stasia, żeby mu udowodnić, że Święty Mikołaj istnieje?

„Absurd” – mówił do swojego starego lustra.

A mimo to w każdy piątek szedł na Tęczowe Schody, spacerował Tatrzańską i bacznie się rozglądał.

Przez sześć tygodni żadnego efektu.

Aż wreszcie…

Była połowa marca, słońce już mocniej świeciło, śnieg stopniał, ptaki w parku wyśpiewywały trele.

Zobaczył ich. Chłopiec szedł pierwszy, przodem, mama za nim. Tadeusz schował się za róg kamienicy. Serce mu waliło. Udało się! To znaczy po pierwszym kroku może wykonać drugi – porozmawiać z mamą. Staś nie może się o niczym dowiedzieć, przecież to ma być niespodzianka.

Śledził ich, na przemian czując ekscytację i lęk. „Cóż ty robisz, Tadeuszu Barski?” – mruczał pod nosem, co jakiś czas przystając, żeby: obejrzeć wystawę w witrynie, zawiązać sznurowadło, poprawić szalik, postawić kołnierz płaszcza, schować się w bramie.

Aż wreszcie na Zamoyskiego Staś i mama zniknęli za drzwiami kamienicy.

Tadeusz podszedł do domofonu. Same numery mieszkań, ale przy jednym z nich był dopisek: „Gabinet logopedyczny”. Był przekonany, że to właśnie tu szli. Zaczął się zastanawiać; jeśli Staś chodził tu na jakieś zajęcia, to czy będzie na nich z mamą, czy sam? Miał nadzieję, że sam, że mama go tylko odprowadzi, a wolny czas wykorzysta na spacer lub zakupy – w każdym razie – opuści ten budynek.

Przeszedł na drugą stronę ulicy, wyciągnął z płóciennej torby gazetę, że niby czytał czy czegoś szukał. Czuł się nieswojo, wydawało mu się, że od razu widać, iż coś udaje, ale postanowił nie wypaść z choćby kiepsko odgrywanej roli.

I słusznie, bo drzwi się otworzyły i na chodniku pojawiała się ona, mama Stasia.

Byle jak złożył gazetę, ciapnął ją do torby, szybko się rozejrzał na boki i potruchtał przez ulicę.

– Dzień dobry – sapnął zdenerwowany – chciałbym porozmawiać o Stasiu.

Kobieta spojrzała na niego z mieszaniną lęku, zdziwienia i niezrozumienia. Może dzięki temu zaintrygowaniu nie odeszła, tylko wciąż stała i patrzyła na Tadeusza.

Był przygotowany na te pierwsze minuty rozmowy, od których przecież zależało wszystko – czy ona zechce go wysłuchać, czy nie pomyśli, że jest wariatem albo – co gorsza – oszustem.

Przećwiczył sobie tę mowę wstępną, wygłaszając ją do tego samego lustra, do którego mówił: „Absurd”. Wydawało mu się, że jest przygotowany.

Guzik prawda.

– Nazywam się Tadeusz Barski, mieszkam na Starowiślnej sześćdziesiąt sześć, mam siedemdziesiąt pięć lat, w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym Mikołaj, to znaczy Święty Mikołaj, nie przywiózł mi taty, który rozbił się podczas śnieżycy, bo był pilotem, przez co przestałem wierzyć w Mikołaja, to znaczy dalej w niego nie wierzę, ale wierzę, że świat i święta mogą być dobre, nawet gdy człowiekowi jest smutno, że nie ma taty, i jeszcze sobie myślę, że dzieci to jednak powinny w tego Mikołaja wierzyć, bo to jest ich dziecięce prawo, i kiedy zobaczyłem Stasia na Tęczowych Schodach i przeczytałem, że trzeba zrobić pierwszy krok, to dotarło do mnie, że to jest to miejsce, ten czas i ten krok. Rozumie pani? – Spojrzał na nią błagalnie.

Kobieta milczała. Widać było, że nic nie pojmuje z tej chaotycznej wypowiedzi, zresztą sam siebie przecież słyszał – to było pomieszanie z poplątaniem.

– To naprawdę ja. – Sięgnął do kieszeni kurtki po portfel i wyjął z niego dowód. – Tadeusz Barski. Może ja to jakoś tak nieskładnie…

Wciąż na niego patrzyła ze zdumieniem w oczach, ale jakby przychylniej.

– Kawałek dalej jest kawiarnia. Mam – rzuciła okiem na zegarek – czterdzieści siedem minut.

Poszli.

Najpierw mówił Tadeusz – o wszystkim, o całym swoim życiu. O tej Wigilii i latach smutku. O Świętym Mikołaju, który rozbił się razem z tatą i już nigdy do niego nie przyszedł. O piątkowej trasie, o napisach na schodach i o oczach Stasia – spojrzeniu, które tak dobrze znał.

Potem mówiła pani Kasia.

Nie mylił się. Ojciec Stasia umarł wczesną zimą dwa lata temu, tuż przed świętami. Nowotwór trzustki, wszystko szybko się potoczyło. Staś rozumiał, że z tatą jest źle, widział to. W liście do Świętego Mikołaja prosił tylko o to, żeby tata wyzdrowiał.

Tata odszedł na dzień przed Wigilią.

Od tamtej pory Staś był innym dzieckiem. Czasem jakby nierozumiejący nieodwracalności śmierci, zachowujący się zwyczajnie, tylko dopytujący o tatę, czasem smutny, apatyczny, wybuchający złością.

O świętach i Mikołaju nie chciał nawet słyszeć.

Przestał mówić, potem zaczął się jąkać, stąd wizyty w gabinecie logopedycznym.

Uspokajał się podczas zabawy w swoim pokoju. Bardzo lubił samoloty, które kupował mu tata, zresztą tata był zapalonym modelarzem, a najbardziej lubił właśnie modele samolotów.

Tadeusz samolotów nie lubił, wybrał inżynierię dróg i mostów, a jeszcze chętniej by się zajął jakimiś podziemnymi pracami – taki miał uraz do tego, co lata.

Jeszcze dwa razy spotkał się z mamą Stasia, żeby mu do końca zaufała, żeby uwierzyła w jego plan. I żeby on sam się nie rozmyślił.

A potem już wiedział, co robić.

 

*

 

Mimozy pięknie pachniały.

Lubił tę tęczową trasę. W ogóle polubił kolor, a napisy, które miał pod stopami, zwłaszcza ten jeden, dodawały mu odwagi, by się nie wycofać.

To już była jego stała trasa do parku Bednarskiego. Taki rytuał, podczas którego wyobrażał sobie siebie za kilka miesięcy. Oswajał sytuację, dodawał sobie odwagi.

Nie chciał nikomu opowiadać o swoich planach, to znaczy nikomu poza mamą Stasia. Właściwie nie wiedział, dlaczego robi z tego taką tajemnicę. Trochę mu było głupio, bo może jednak takie hece nie przystoją mężczyźnie w jego wieku? Trochę się obawiał, że czyjś negatywny osąd mógłby go odwieść od realizacji planu, a trochę dlatego, że nie chciał zapeszać. To „nie zapeszajmy” wypowiadane głosem jego mamy, i które nie padło w wigilijny ranek 1950 roku, teraz dźwięczało mu w głowie.

Zatem nie zapeszał, wszystko robił w tajemnicy.

Minęła deszczowa wiosna, kończyło się upalne lato.

Przyszedł czas.

 

*

 

– Pan Tadeusz?… – usłyszał niepewny głos za swoimi plecami.

Odwrócił się. To była Zofia Stankiewicz, sędziwa sąsiadka z parteru.

– Dzień dobry! – wymruczał zza chusty, którą miał omotaną wokół twarzy.

– A co to? Stało się coś? Może coś z zębami? – Przyglądała mu się niepewnie. Dobrze, że stali na korytarzu, a administracja zamontowała słabe żarówki. Zresztą pani Zofia była bez okularów, aż dziwne, że w ogóle go poznała.

– Nie, wszystko dobrze – odchrząknął. – Ciut mnie przewiało.

– A, to chwalić Pana, jak tylko przewiało. Z zębami, jak jakieś bakterie, to nie ma żartów. Krwią do serca, a wiadomo, że w tym wieku serce słabuje, i po człowieku. Do szpitala wezmą, może i tę bakterię wyleczą, ale inną się złapie, a do tego leżeć każą, a jak ktoś się kładzie, to po człowieku… – Pokiwała głową i pokuśtykała do swoich drzwi.

Tadeusz też poszedł do siebie. Przekręcił klucz w zamku, zapalił światło. Zdjął kurtkę, zzuł buty, wywinął się z cienkiej granatowej chusty, którą kupił na letnich wyprzedażach. Sprzedawca pochwalił go za wybór. „Bardzo teraz modne, mężczyźni kupują” – uśmiechnął się.

Faktycznie, dużo widział młodych z takim chustami przy szyi. On swoją podciągał wysoko.

Spojrzał w lustro. Tak, okres przejściowy był trudny. Wyglądał jak ofiara niedouczonego barbera. Gdzieniegdzie kępki włosów były całkiem pokaźne, w innych miejscach ledwie kiełkowały.

Skąd mógł wiedzieć, że jego broda będzie tak nierówno rosnąć, jeśli od blisko sześćdziesięciu lat codziennie się golił?

Wierzył jednak, że efekt końcowy okaże się imponujący i wart starań.

Na stole w kuchni położył siatkę z zakupami ze sklepu modelarskiego. Umył ręce, zrobił sobie herbaty i siadł przed laptopem.

Musiał się jeszcze dużo nauczyć – renowacja starych modeli samolotów wyglądała na trudniejszą niż zapuszczanie brody.

 

*

 

– Pech, no po prostu pech – westchnął do telefonu. – Tak, cały weekend. Wiesz, pięćdziesięciolecie zakończenia studiów. No tak, ale jeszcze doliczamy zdobywanie uprawnień, czyli rok, co daje okrągłą pięćdziesiątkę. Tak naprawdę to dwa roczniki się załapały na tę imprezę…

Facet w lustrze nie wyglądał źle. Był podobny do Harrisona Forda z początkowych scen w Ściganym. Nie wymuskany dżentelmen, ale też nie bohater Rancza z przysklepowej ławeczki.

„Ford lepiej kłamał” – pomyślał Tadeusz.

Pierwszy raz w życiu nie mówił swojemu synowi prawdy, ale cel, który sobie postawił, uświęcał to małe kłamstwo.

Maciek zaplanował krótki wypad z kolegami w Tatry Zachodnie. W drodze powrotnej chciał odwiedzić ojca. Tadeusz musiałby się tłumaczyć z tej brody, a kłamać w żywe oczy nie dałby rady. Przez telefon ledwo mu to wychodziło.

– …na Wszystkich Świętych, no pewnie, synu.

„Mój Boże, co ma mi się przydarzyć pierwszego listopada?” – westchnął Tadeusz, gdy już się rozłączył.

Usiadł przy stole. Nacisnął guzik lampy, którą przeniósł tu z biurka, żeby mieć lepsze oświetlenie. Teraz przyszedł czas sprawdzania w praktyce nowo zdobytej wiedzy teoretycznej. I sprawności jego palców oraz skuteczności nowych okularów.

Włączył płytę Zbigniewa Wodeckiego i usiadł do stołu.

„Znajdziesz mnie znowu” – zaczął podśpiewywać, gdy otwierał stare tekturowe pudełko.

 

*

 

– Olejek? – upewnił się. Od lat używał tego samego zestawu kosmetyków. Męskiego. I miejsca na oliwki czy oleje w nim nie było. Nie był patriarchalnie nastawiony do życia, wręcz przeciwnie, był absolutnie równościowy, człowiek to człowiek, bez względu na to, jakiej jest płci, wyznania, orientacji, ale żeby to równouprawnienie dotyczyło także kosmetyków? Był po prostu zdziwiony.

– Olejek. – Facet, który wyglądał jak młody Herkules Poirot z tymi wypomadowanymi wąsami, pokiwał głową. – Skóra będzie miękka, znikną podrażnienia, włosy na brodzie stracą szorstkość, będą się lepiej układały. Pan jest zapewne przyzwyczajony do innej pielęgnacji, bo dawniej uważano, że tylko umyć, podciąć i już, ale to cała sztuka.

– Nie jestem przyzwyczajony – uśmiechnął się. – Pierwszy raz w życiu brodę zapuszczam.

Teraz to w oczach barbera malowało się zdumienie.

– Tak?