Zakochani - Lauren Kate - ebook + książka

Zakochani ebook

Kate Lauren

3,9

Opis

Co sprawia, że serce bije wam trochę szybciej? Oto Zakochani, cztery nigdy wcześniej nieopublikowane opowiadania, złożone przez Lauren Kate w jedną opowieść i osadzone w średniowieczu.

Zakochani przedstawiają czytelnikom szeroko dyskutowane, ale nigdy dotąd nieopisane szczegółowo historie bohaterów "Upadłych", przeplatające się z epickim romansem Luce i Daniela.

Te opowiadania to:

  • Miłość w najmniej spodziewanej chwili: walentynki Shelby i Milesa,
  • Lekcje miłości: walentynki Rolanda,
  • Płomienna miłość: walentynki Arriane
  • oraz Niekończąca się miłość: walentynki Daniela i Lucindy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 172

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (101 ocen)
34
34
17
16
0
Sortuj według:
Monikafranc

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna historia
00
Weronikah8

Dobrze spędzony czas

Całkiem miły przerywnik głównej historii.
00

Popularność




Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Motto

Miłość w najmniej spodziewanej chwili: Walentynki Shelby i Milesa

Jeden: Dwoje na drodze

Dwa: Dziwaczny bazar

Trzy: Jego miecz, jego słowo

Cztery: Ręka w rękę

Lekcje miłości: Walentynki Rolanda

Jeden: Długa, oślepiająca droga

Dwa: Pękające mury

Trzy: Narada z ciemnością

Cztery: Uczeń miłości

Płomienna miłość: Walentynki Arriane

Jeden: Sekret

Dwa: Piekielne pragnienia

Trzy: Pierwsza rana jest najgłębsza

Cztery: Miłość dodaje skrzydeł

Niekończąca się miłość: Walentynki Daniela i Lucindy

Jeden: Dawna miłość

Dwa: Dusza w konflikcie

Trzy: Rozkosz w rozgardiaszu

Cztery: Jakieś nieszczęście jeszcze wpośród gwiazd wiszące

Epilog: Opiekunowie

ZAKOCHANI

L A U R E N   K A T E

T Ł U M A C Z E N I E: A N N A   S T U D N I A R E K

Tytuł oryginału:Fallen in Love

Copyright © 2012 by Tinder Books, LLC and Lauren Kate

Copyright for the Polish translation © 2012 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce: Fernanda Brussi Gonçalaves

Opracowanie graficzne okładki: Angela Carlino

Skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Konwersja do formatu epub: pan@drewnianyrower.com

ISBN 978-83-7480-303-8

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

„Tak krótkie życie, sztuka tak długa w nauce, próba tak trudna, podbój tak gwałtowny, pełna obaw radość, co umyka tak pośpiesznie – w tym wszystkim chodzi mi o miłość, która tak gorzko zadziwia moje uczucia swoim niezwykłym działaniem, że kiedy o niej myślę, sam nie wiem, sen to czy jawa”.

GEOFFREY CHAUCER, Sejm ptasi

MIŁOŚĆ W NAJMNIEJ SPODZIEWANEJ CHWILI

JEDEN

DWOJE NA DRODZE

Shelby i Miles śmiali się, kiedy wychodzili z Głosiciela. Jego mroczne macki czepiały się daszka niebieskiej czapki Dodgersów należącej do Milesa i potarganego kucyka Shelby.

Choć Shelby czuła się tak zmęczona, jakby właśnie odbyła bez najmniejszej przerwy cztery sesje jogi Vinyasa, przynajmniej razem z Milesem wróciła na stały grunt – i do tego w chwili obecnej. Byli w domu. Nareszcie.

Powietrze było chłodne, niebo szare, lecz jasne. Miles szedł przed Shelby i osłaniał ją przed podmuchami ostrego wiatru, który szarpał jej białą koszulką. Miała ją na sobie od czasu, gdy opuścili podwórko domu rodziców Luce w Święto Dziękczynienia.

Przed całymi wiekami.

– Poważnie mówię! – stwierdziła Shelby. – Naprawdę tak trudno ci uwierzyć, że moim priorytetem jest pomadka ochronna? – Przeciągnęła palcami po wardze i wzdrygnęła się przesadnie. – Są jak papier ścierny!

– Zwariowałaś – prychnął Miles, jednakże podążył wzrokiem za palcem Shelby, którym ostrożnie dotykała dolnej wargi. – Wewnątrz Głosicieli brakowało ci pomadki ochronnej?!

– Oraz ulubionych audycji – dodała Shelby, depcząc stertę suchych, szarych liści. – I „powitania słońca” na plaży...

Tak długo skakali przez Głosicieli – od celi w Bastylii, gdzie spotkali przypominającego widmo więźnia, który nie chciał im podać swojego imienia; przez krwawe pole bitwy w Chinach, na którym nie rozpoznali nikogo; aż po Jerozolimę, gdzie w końcu odnaleźli Daniela, szukającego Luce. Tyle tylko, że Daniel nie był do końca sobą. Połączył się – dosłownie – ze swoim widmowym poprzednim wcieleniem. I nie umiał się uwolnić.

Shelby nie mogła przestać myśleć o Milesie i Danielu fechtujących na gwiezdne strzały i sposobie, w jaki dwa ciała Daniela – przeszłe i obecne – rozerwały się, kiedy Miles przeciągnął strzałą po piersi anioła.

W Głosicielach działy się dziwne rzeczy, Shelby cieszyła się, że to już koniec. Teraz najważniejsze, żeby nie zgubić się w tych lasach w drodze do pokojów. Shelby spojrzała w stronę, którą uznała za wschód, i zaczęła prowadzić Milesa przez ponurą, nieznaną jej część lasu.

– Shoreline powinno być tam.

Powrót do domu był jednocześnie wesoły i smutny.

Z Milesem weszli do Głosicieli z misją – wskoczyli do nich na podwórku domu rodziców Luce po tym, jak zrobiła to sama Luce. Ruszyli za nią, by zabrać ją do domu – jak twierdził Miles, wędrówki pośród Głosicieli to nie zabawa – ale również, by upewnić się, że nic się jej nie stało. Nie obchodziło ich, kim była Luce dla aniołów i demonów, które o nią walczyły. Dla nich była przyjaciółką.

Ale podczas poszukiwań cały czas się z nią mijali. To doprowadzało Shelby do szału. Przeskakiwali od jednego dziwacznego postoju do drugiego i nie natrafili nawet na ślad Luce.

Kilka razy posprzeczała się z Milsem, dokąd powinni się udać i jak się tam dostać – a nie znosiła się z nim spierać. To było jak kłótnia ze szczeniaczkiem. Tak naprawdę żadne z nich nie wiedziało, co powinni robić.

Jednakże w Jerozolimie wydarzyła się coś dobrego. Ich trójka – Shelby, Miles i Daniel – przynajmniej raz się dogadywała. Później, z błogosławieństwem Daniela (niektórzy mogliby je nazwać rozkazem) Shelby i Miles ruszyli z powrotem do domu. Shelby trochę się martwiła, że porzuca Luce, ale z drugiej strony, ponieważ ufała Danielowi, cieszyła się, że wraca do miejsca, do którego przynależała. Do właściwego czasu i miejsca.

Miała wrażenie, że ich wędrówka trwała całe lata, ale któż wiedział, jak działał czas we wnętrzu Głosicieli? Czy powrócą i odkryją, że nie było ich przez kilka sekund, czy też minęły już całe lata? – zastanawiała się Shelby z pewnym niepokojem.

– Kiedy wrócimy do Shoreline – stwierdził Miles – wezmę długi, gorący prysznic.

– Tak, świetny pomysł. – Shelby chwyciła za swój gruby, jasny kucyk i powąchała go. – Zmyję z włosów ten smród Głosicieli. O ile to w ogóle możliwe.

– Wiesz co? – Miles pochylił się nad nią i zniżył głos, choć wokół nikogo nie było. Dziwne, że Głosiciel wysadził ich tak daleko od szkoły. – Może powinniśmy wślizgnąć się do jadalni i ukraść trochę tych francuskich ciasteczek...

– Tych maślanych? Z tuby? – Shelby szerzej otworzyła oczy. Kolejny genialny pomysł Milesa. Tego gościa dobrze było mieć przy sobie. – Rany, brakowało mi Shoreline. Dobrze tu być...

Wyszli spomiędzy drzew. Przed sobą ujrzeli łąkę. I wtedy Shelby olśniło – nie widziała żadnych znajomych budynków Shoreline, ponieważ ich nie było.

Ona i Miles byli... gdzie indziej.

Zatrzymała się i spojrzała na otaczające ich wzgórza. Śnieg przykrywał gałęzie drzew, które, jak Shelby nagle sobie uświadomiła, z pewnością nie były kalifornijskimi sekwojami. A błotnista bita droga przed nimi z pewnością nie była autostradą. Wiła się przez kolejne kilkanaście kilometrów w stronę otoczonego potężnym czarnym murem miasta, które wydawało się niesamowicie stare.

Przypominało jej jeden z tych spłowiałych gobelinów, na których jednorożce brykają przed średniowiecznymi miastami. Kiedyś widziała je w Muzeum Getty’ego, gdzie zaciągnął ją jeden z byłych narzeczonych jej matki.

– Wydawało mi się, że jesteśmy w domu! – wykrzyknęła Shelby, a jej głos był czymś między warknięciem a jękiem. Gdzie byli?

– Też tak myślałem. – Miles ponuro podrapał się po czapeczce. – Chyba nie całkiem wróciliśmy do Shoreline.

– Nie całkiem? Popatrz na tę żałosną drogę. Popatrz na tę fortecę na dole. – Sapnęła. – A te poruszające się kropeczki, czy to rycerze? O ile nie trafiliśmy do jakiegoś parku rozrywki, to utknęliśmy w cholernym średniowieczu! – Uniosła dłoń do ust. – Lepiej, żebyśmy się nie zarazili dżumą. A tak właściwie, czyjego Głosiciela otworzyłeś w Jerozolimie?

– Nie wiem, ja po prostu...

– Nigdy nie wrócimy do domu!

– Ależ tak, Shel. Czytałem o tym... chyba. Cofaliśmy się w czasie, przeskakując między Głosicielami innych aniołów, więc może w taki sposób również wrócimy.

– To na co czekasz? Otwórz kolejnego.

– To nie takie proste. – Miles mocniej naciągnął czapeczkę na oczy. Shelby ledwie widziała jego twarz. – Sądzę, że musimy znaleźć jednego z aniołów i, no, pożyczyć kolejny cień...

– W twoich ustach brzmi to tak, jakbyś chciał pożyczyć śpiwór na kemping.

– Posłuchaj, jeśli znajdziemy cień, który pada przez stulecie, w którym istniejemy, wrócimy do domu.

– A jak to zrobimy?

Miles pokręcił głową.

– Sądziłem, że zrobiłem to, kiedy byliśmy z Danielem w Jerozolimie.

– Boję się. – Shelby założyła ręce na piersi i zadrżała na wietrze. – Zrób coś!

– Nie mogę... szczególnie, kiedy tak na mnie wrzeszczysz...

– Miles! – Shelby zesztywniała. Co to za turkoczący odgłos za ich plecami? Coś jechało drogą.

– Co takiego?!

W ich stronę jechał, skrzypiąc, konny wóz. Stukot końskich kopyt stawał się coraz głośniejszy. Za chwilę ten, który nim kierował, wjedzie na szczyt wzgórza i ich zobaczy.

– Kryj się! – wrzasnęła Shelby.

W ich polu widzenia pojawiła się sylwetka przysadzistego mężczyzny trzymającego wodze dwóch dropiatych koni. Shelby chwyciła za kołnierz Milesa, który bawił się nerwowo swoim nakryciem głowy, a kiedy szarpnęła go i pociągnęła za gruby pień dębu, jaskrawoniebieska czapeczka spadła mu z głowy.

Shelby patrzyła, jak czapka – która od lat była nieodzownym elementem ubiory Milesa – unosi się w powietrze jak niebieska sójka. Po czym spada w dół, prosto w szeroką, jasnobrązową kałużę błota na drodze.

– Moja czapka – wyszeptał Miles.

Trzymali się blisko siebie, przyciskając plecy do szorstkiej kory dębu. Shelby spojrzała na niego i z zaskoczeniem ujrzała jego odkrytą twarz. Oczy miał rozszerzone. Włosy rozczochrane. Robił wrażenie... przystojnego, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. Miles z zażenowaniem przeczesał włosy.

Shelby odchrząknęła.

– Odzyskamy ją, jak tylko przejedzie wóz. Nie pokazuj się, dopóki gość się stąd nie wyniesie.

Czuła ciepły oddech Milesa na szyi i jego wystającą kość biodrową wbijającą się w jej bok. Jakim cudem Miles był taki chudy? Jadł za trzech, ale były z niego same kości. Tak przynajmniej powiedziałaby matka Shelby, gdyby miała okazję go poznać – co jej się nie uda, jeśli Miles nie znajdzie Głosiciela, który zabrałby ich z powrotem do teraźniejszości.

Miles kręcił się, usiłując dojrzeć swoją czapkę.

– Nie ruszaj się – ostrzegła go Shelby. – Ten gość może być barbarzyńcą albo coś w tym rodzaju.

Miles uniósł palec i przechylił głowę.

– Posłuchaj. On śpiewa.

Śnieg zatrzeszczał pod stopami Shelby, kiedy wysunęła głowę zza pnia drzewa, by się przyjrzeć nadjeżdżającemu wozowi. Woźnicą był rumiany mężczyzna ubrany w brudną koszulę, luźne spodnie i ogromną futrzaną kamizelę, którą obwiązał w pasie skórzanym rzemieniem. Jego nieduża czapka z niebieskiego filcu wyglądała absurdalnie, jak kropka na środku szerokiego, łysego czoła.

Piosenka woźnicy brzmiała wesoło i hałaśliwie, jak pijacka przyśpiewka – a śpiewał ją na całe gardło. Odgłos kopyt jego koni brzmiał niemal jak akompaniament dla zuchwałego głosu:

– Jadę do miasta po dziewczynę, krągłą dziewczynę, krzepką dziewczynę. Jadę do miasta po narzeczoną, wieczorną porą, mą walentynkę!

– Elegancko. – Shelby przewróciła oczami. Ale przynajmniej rozpoznała akcent mężczyzny. – Chyba jesteśmy w starej dobrej Anglii.

– I domyślam się, że to walentynki.

– Wspaniale. Dwadzieścia cztery godziny wyjątkowej samotności i żałosnego samopoczucia... w stylu średniowiecznym.

Przy tych ostatnich słowach dla efektu wyciągnęła przed siebie dłonie, ale Miles był zbyt zajęty obserwowaniem prymitywnego wozu, żeby to zauważyć.

Konie miały założone niepasujące do siebie białe i niebieskie uzdy i uprzęże. Widać im było żebra. Mężczyzna jechał sam, siedząc na zbutwiałym drewnianym koźle z przodu wozu, który miał wielkość skrzyni ładunkowej pikapa, a przykrywała go mocna biała plandeka. Shelby nie widziała, co mężczyzna wiezie do miasta, ale cokolwiek to było, było ciężkie. Mimo chłodu konie się pociły, a deski na dole wozu wyginały się i drżały, kiedy zaprzęg ciągnął go w stronę miasta.

– Powinniśmy ruszyć za nim – powiedział Miles.

– A po co? – Wargi Shelby zadrżały. – Chcesz sobie znaleźć krągłą dziewczynę, krzepką dziewczynę?

– Chciałbym znaleźć kogoś, kogo znamy i czyjego Głosiciela moglibyśmy wykorzystać, żeby wrócić do domu. Pamiętasz? Pomadka ochronna? – Rozdzielił jej wargi kciukiem.

Jego dotyk sprawił, że Shelby na chwilę zaparło dech w piersi.

– W mieście mamy większą szansę, żeby wpaść na któregoś z aniołów – dodał Miles.

Koła wozu przecinały koleiny na błotnistej drodze, kołysząc woźnicą. Wkrótce znalazł się na tyle blisko, że Shelby widziała jego szorstką brodę, gęstą i czarną jak jego kamizela z niedźwiedziego futra. Na ostatniej, przeciągniętej sylabie piosenki załamał mu się głos i mężczyzna zaczerpnął głęboko tchu, po czym znów zaczął śpiewać. Nagle jednak przerwał gwałtownie.

– Co to takiego? – Chrząknął.

Shelby widziała, że jego ręce są spierzchnięte i czerwone od zimna, kiedy mocno ściągnął wodze, żeby zatrzymać konie. Chude zwierzaki zarżały i zatrzymały się tuż przed niebieską bejsbolówką Milesa.

– Nie, nie, nie – mruknęła Shelby pod nosem.

Miles pobladł.

Mężczyzna niezgrabnie zsunął się z kozła, jego buty zatonęły w błocie. Ruszył w stronę czapki Milesa, pochylił się z kolejnym sapnięciem i błyskawicznie ją podniósł.

Shelby usłyszała, że Miles głośno przełyka ślinę.

Mężczyzna szybko przetarł czapkę o swoje i tak brudne spodnie. Bez słowa odwrócił się, znów wspiął się na kozła i wrzucił czapkę pod plandekę.

Shelby spojrzała na siebie i swoją zieloną bluzę z kapturem. Próbowała sobie wyobrazić reakcję tego mężczyzny, gdyby wyskoczyła zza drzewa, ubrana w dziwaczne ciuchy z przyszłości, i próbowała odebrać jego łup. To nie było uspokajające.

W czasie, który Shelby zajęło zastanawianie się, mężczyzna puścił wodze. Wóz znów poturkotał w stronę miasta, a piosenka zabrzmiała po raz dwunasty.

Kolejna sprawa, którą zawaliła.

– Och, Miles, tak mi przykro.

– Teraz już z pewnością musimy za nim ruszyć – stwierdził Miles z niejaką desperacją.

– Naprawdę? – spytała Shelby. – Przecież to tylko czapka.

Spojrzała na Milesa. Nie była przyzwyczajona do widoku jego twarzy. Policzki, które niegdyś wydawały się jej dziecinne, robiły wrażenie szczuplejszych, bardziej kościstych, a jego tęczówki nabrały mocniejszego odcienia. Przybita mina wyraźnie świadczyła, że dla niego z pewnością nie była to „tylko czapka”. Nie wiedziała, czy wiązały się z nią szczególne wspomnienia, czy uważał, że przynosiła mu szczęście. Ale Shelby zrobiłaby wszystko, by z jego twarzy zniknął ten wyraz.

– Dobra – rzuciła. – Chodźmy po nią.

Nim Shelby zorientowała się, co się dzieje, Miles wziął ją za rękę. Jego uścisk wydawał się silny, pewny siebie i nieco impulsywny. Pociągnął ją w stronę drogi.

– Chodź!

Przez chwilę się opierała, ale przypadkiem spojrzała Milesowi w oczy, a one były szaleńczo niebieskie i Shelby poczuła, że przepełnia ją fala uniesienia.

Biegli w dół zaśnieżoną średniowieczną drogą, mijając zamarznięte pola uprawne, przykryte warstwą gładkiej bieli, która otaczała również drzewa i leżała plamami na bitej drodze. Kierowali się w stronę otoczonego murami miasta o wysokich czarnych iglicach, do którego prowadził wąski most zwodzony nad fosą. Trzymając go za rękę, z zarumienionymi policzkami i spierzchniętymi wargami, śmiała się z powodu, którego nie umiałaby sprecyzować – śmiała się tak bardzo, że prawie zapomniała, co mieli zrobić. Ale wtedy Miles zawołał:

– Skacz!

Wtedy coś wskoczyło na miejsce i już wiedziała.

Przez chwilę miała wrażenie, jakby leciała.

Tylną półkę wozu tworzyła pełna sęków kłoda, ledwie na tyle szeroka, by na niej stanąć. Ich stopy dotknęły jej, wylądowały tam wyłącznie dzięki czystemu szczęściu...

Na chwilę. Później wóz trafił na koleinę i zakołysał się gwałtownie, stopa Milesa poślizgnęła się, a Shelby wypuściła z ręki płótno. Jej palce również się ześlizgnęły, ciało zakołysało, po czym oboje zostali odrzuceni do tyłu i polecieli w dół, w błoto.

Chlup!

Shelby sapnęła. Czuła ćmienie bólu w klatce piersiowej. Starła zimne błoto z oczu i wypluła trochę tego świństwa. Spojrzała na wóz niknący w oddali. I tyle po czapce Milesa.

– W porządku? – spytała go.

Wytarł twarz rąbkiem koszulki.

– Tak. A ty? – Kiedy przytaknęła, uśmiechnął się. – Zrób minę Franceski, jaką by miała, gdyby się dowiedziała, gdzie jesteśmy w tej chwili. – Miles z pozoru mówił rozbawionym tonem, ale wiedziała, że w głębi duszy jest zrozpaczony.

Mimo to, postanowiła spełnić jego prośbę. Shelby uwielbiała naśladować dostojną nauczycielkę z Shoreline. Wygramoliła się z kałuży, wsparła na łokciach, wydęła pierś i zadarła nos.

– I pewnie macie zamiar zaprzeczyć, że z premedytacją usiłowaliście przynieść wstyd dziedzictwu Shoreline? Wolę sobie nawet nie wyobrażać, co powie nasz szanowny zarząd. I czy wspomniałam, że zadarłam sobie paznokieć na brzegu Głosiciela, kiedy próbowałam was wyśledzić?

– Spokojnie, Frankie. – Miles pomógł Shelby podnieść się z błota i zniżył głos, starając się naśladować Stevena, nieco bardziej wyluzowanego demonicznego męża Franceski. – Nie bądźmy zbyt surowi dla Nefilim. Jeden semestr szorowania wychodków powinien dać im do myślenia. W końcu ich błąd wynikał ze szlachetnych pobudek.

Szlachetne pobudki. Odnalezienie Luce.

Shelby przełknęła ślinę, czując, jak ogarnia ją posępny nastrój. Byli drużyną, ich trójka. A drużyny trzymają się razem.

– Nie opuściliśmy jej – powiedział cicho Miles. – Słyszałaś, co mówił Daniel. Tylko on może ją odnaleźć.

– Myślisz, że już ją odnalazł?

– Mam nadzieję. Tak mówił. Ale...

– Ale co? – spytała Shelby.

Miles wahał się przez chwilę.

– Luce była wściekła, gdy zostawiła wszystkich na podwórku. Mam nadzieję, że kiedy Daniel ją w końcu odnajdzie, ona mu wybaczy.

Shelby wpatrywała się w ubłoconego Milesa, wiedząc, jak bardzo – w pewnej chwili – zależało mu na Luce. Musiała przy tym przyznać, że sama nigdy nie czuła nic takiego wobec nikogo. A właściwie, wręcz nawet słynęła z umawiania się na randki z jak najgorszymi partiami. Phil? Dajcie spokój! Gdyby nie dała się mu uwieść, Wygnańcy nie wyśledziliby Luce, ona nie musiałaby wskoczyć do Głosiciela, a Shelby i Miles nie utknęliby w tym miejscu. Pokryci błotem.

Ale nie o to chodziło. Chodziło o coś zupełnie innego – Shelby ze zdziwieniem stwierdziła, że Miles nie jest rozgoryczony, widząc ogromne uczucie Luce do kogoś innego. Naprawdę nie był. Cały Miles.

– Wybaczy mu – powiedziała w końcu Shelby. – Gdyby ktoś kochał mnie tak mocno, by zanurkować przez całe tysiąclecia, żeby mnie odnaleźć, wybaczyłabym mu.

– Tylko tyle by ci wystarczyło, tak? – Miles dał jej kuksańca.

Pod wpływem impulsu pacnęła go w brzuch wierzchem dłoni. W taki sposób przekomarzały się z matką, jak najlepsze przyjaciółki czy coś w tym rodzaju. Ale w obecności ludzi spoza najbliższej rodziny Shelby zachowywała o wiele większą rezerwę. Dziwne.

– Hej – przerwał jej Miles. – Teraz oboje musimy się skupić na dotarciu do miasta, odnalezieniu anioła, który mógłby nam pomóc, i powrocie do domu.

A po drodze, w odzyskaniu twojej czapki, dodała w myślach Shelby, gdy razem z Milesem ruszyli truchtem, podążając za wozem w stronę miasta.

Gospoda znajdowała się około mili od miejskich murów i była jedynym budynkiem pośrodku wielkiego pola. Niewielka budowla z drewna miała podniszczony drewniany szyld, a wzdłuż ścian stały wielkie baryłki piwa.

Shelby i Miles przebiegli obok setek drzew, z których opadły już liście, i topniejących płatów śniegu na dziurawej, wijącej się drodze prowadzącej do miasta. Tak naprawdę nie było tam zbyt wiele do oglądania. W pewnym momencie stracili nawet z oczu wóz, kiedy Shelby dostała kolki i musieli zwolnić, teraz jednak fortunny zbieg okoliczności sprawił, że ujrzeli go przed gospodą.

– A oto i nasz cel – mruknęła pod nosem Shelby. – Pewnie zatrzymał się, żeby się napić. Frajer. Zabierzemy czapkę i ruszymy w drogę.

Miles pokiwał głową, ale kiedy wślizgnęli się za wóz, Shelby zauważyła mężczyznę w futrzanej kamizeli, który stał w drzwiach, i natychmiast spochmurniała. Nie słyszała, co mówił, ale trzymał w rękach czapkę Milesa i pokazywał ją z dumą karczmarzowi, jakby to był rzadki klejnot.

– Och – powiedział rozczarowany Miles. Wyprostował się. – Wiesz co, kupię sobie nową. W Kalifornii można je dostać wszędzie.

– Jasne.

Shelby z frustracji uderzyła w płócienną plandekę wozu. Siła jej uderzenia sprawiła, że róg się uniósł. Przez chwilę widziała leżącą wewnątrz stertę skrzyń.

– Hm.

Wsunęła głowę pod płótno.

W środku było chłodno i nieco śmierdziało stęchlizną, wnętrze było zapchane różnymi drobiazgami. Widziała drewniane klatki ze śpiącymi, cętkowanymi kurami, ciężkie wory karmy, płócienny worek z różnorakimi żelaznymi narzędziami i drewniane skrzynie. Próbowała podnieść wieko jednej z nich, ale nie udało jej się.

– Co robisz? – spytał Miles.

Shelby uśmiechnęła się do niego krzywo.

– Mam pomysł.

Sięgnąwszy do worka z narzędziami po coś, co wyglądało jak niewielki łom, podważyła wieko najbliższej ze skrzyń.

– Bingo.

– Shelby?

– Jeśli mamy udać się do miasta, nasze ciuchy mogą zrobić nieodpowiednie wrażenie. – Dla podkreślenia tych słów poklepała kieszeń swojej zielonej bluzy z kapturem. – Nie sądzisz?

W środku znalazła proste stroje, które wydawały się spłowiałe i zużyte, pewnie wyrośli z nich członkowie rodziny woźnicy. Rzucała wybrane elementy Milesowi, który z trudem je łapał.

Wkrótce trzymał długą, jasnozieloną lnianą suknię z szerokimi rękawami i złotym haftem biegnącym przez środek, cytrynowe rajtuzy i czepek z beżowego płótna, który wyglądał trochę jak kornet zakonnicy.

– Ale co ty masz zamiar włożyć? – zażartował Miles.

Shelby musiała przejrzeć pół tuzina dalszych skrzyń pełnych szmat, pogiętych gwoździ i gładkich kamieni, zanim znalazła coś, co nadawało się dla Milesa. Wyciągnęła prostą niebieską szatę z szorstkiej surowej wełny, która mogła ochronić go przed ostrym wiatrem; była wystarczająco długa, by zasłonić jego sportowe buty – a z jakiegoś powodu Shelby doszła do wniosku, że kolor będzie idealnie pasował mu do oczu.

Shelby rozpięła zieloną bluzę z kapturem i rzuciła ją na tył wozu. Na jej odkrytych ramionach pojawiła się gęsia skórka, kiedy naciągnęła wydymającą się na wietrze suknię na koszulkę i dżinsy.

Miles wydawał się nadal niechętny.

– Czuję się dziwnie, kradnąc temu gościowi rzeczy, które pewnie miał zamiar sprzedać w mieście – wyszeptał.

– Karma, Miles. On ukradł twoją czapkę.

– Nie, on znalazł moją czapkę. A co, jeśli musi utrzymywać rodzinę?

Shelby zagwizdała cicho.

– W gorszej dzielnicy nie przetrwałbyś jednego dnia, dzieciaku. – Wzruszyła ramionami. – Chyba że pod moją opieką. Posłuchaj, może kompromis, odpłacimy kosmosowi czymś innym. Moja bluza... – Wrzuciła zieloną bluzę do skrzyni. – Kto wie? Może w przyszłym roku bluzy z kapturem okażą się szalenie modne w teatrach anatomicznych, czy co tam jest ulubioną rozrywką w tych okolicach.

Miles uniósł beżowy czepek nad głowę Shelby. Nie dało się go naciągnąć na kucyk, więc pociągnął za gumkę. Jej jasne włosy rozsypały się na ramiona. Teraz ona poczuła się zawstydzona. Jej włosy zawsze były rozczochrane. Nigdy nie nosiła ich rozpuszczonych. Ale oczy Milesa rozpromieniły się, kiedy umieścił czepek na jej głowie.

– Panienko. – Elegancko wyciągnął rękę. – Czy mógłbym mieć przyjemność towarzyszenia panience w drodze do tego pięknego miasta?

Gdyby była z nimi Luce, w czasach, kiedy ich troje łączyła jedynie przyjaźń i wszystko było o wiele mniej skomplikowane, Shelby wiedziałaby, jak odpowiedzieć żartem. Luce odezwałaby się słodkim, przesadnie skromnym głosikiem damy w niebezpieczeństwie i nazwałaby Milesa swoim rycerzem w lśniącej zbroi, i inne takie bzdury, do czego Shelby mogłaby dodać coś sarkastycznego, i wtedy wszyscy wybuchnęliby śmiechem, a dziwne napięcie, które Shelby odczuwała w ramionach, ściskanie w piersi – to wszystko by zniknęło. Wszystko wydawałoby się normalne, pełne.

Ale była tylko ona i Miles.

Razem. Samotni.

Odwrócili się w stronę czarnych kamiennych murów miasta, które otaczało dużą fortecę w centrum. Flagi w kolorze nagietka wisiały na żelaznych słupach na wysokiej kamiennej wieży. Powietrze pachniało węglem i zbutwiałym sianem. Pośród murów rozlegały się dźwięki muzyki – może lira i jakieś bębny. I gdzieś tam, jak liczyła Shelby, był anioł, którego Głosiciel mógł ich zabrać do teraźniejszości, ich miejsca.

Miles wciąż wyciągał do niej rękę, wpatrując się w nią, jakby nie wiedział, jak bardzo niebieskie były jego oczy. Odetchnęła głęboko i chwyciła jego dłoń. Ścisnął ją lekko i oboje ruszyli w stronę miasta.

DWA

DZIWACZNY BAZAR

Opuścili na dobre spokojny wiejski krajobraz. Tuż za murami miasta panowało wielkie zamieszanie. Po obu stronach drogi prowadzącej do wysokich czarnych murów, na błoniach rozstawiono prowizoryczne namioty. Całość robiła wrażenie tymczasowej, przygotowanej, na przykład, na trwający przez weekend jarmark. Radosny chaos kłębiących się wokół ludzi nieco przypominał Shelby muzyczny festiwal Bonnaroo, z którego zdjęcia widziała kiedyś w Internecie. Uważnie obserwowała, co nosili inni – czepek w kształcie kornetu wydawał się ostatnim krzykiem mody. Nie sądziła, by ona i Miles za bardzo się wyróżniali.

Dołączyli do tłumu przechodzącego przez bramę i dali się mu pociągnąć. Wszyscy wyraźnie kierowali się w jedną stronę – na rynek. Przed nimi wznosiły się wieżyczki, część olbrzymiego zamku położonego w pobliżu murów po przeciwnej stronie miasta. Głównym punktem rynku był skromny, lecz ładny wczesnogotycki kościół (Shelby rozpoznała smukłe wieże). Labirynt wąskich szarych ulic i uliczek kontrastował z wyglądem rynku, który był chaotyczny, śmierdzący i pełen zgiełku – w takim miejscu można było odnaleźć wszystko i każdego.

– Płótno! Dwie bele za dziesiątaka!

– Lichtarze! Jedyne w swoim rodzaju!

– Piwo jęczmienne! Świeże piwo jęczmienne!

Shelby i Miles musieli uskoczyć z drogi przysadzistemu zakonnikowi, który popychał wózek z kamionkowymi dzbanami z jęczmiennym piwem. Patrzyli na jego szerokie, okryte szarą tkaniną plecy, kiedy przepychał się przez zatłoczony rynek. Shelby zaczęła za nim iść, żeby zyskać choć trochę przestrzeni, ale już chwilę później smrodliwa masa rozgadanych mieszkańców zapełniła wolną przestrzeń.

Trudno było zrobić choć krok, by na nikogo nie wpaść.

Na rynku było tyle ludzi – targujących się, plotkujących, odpychających od jabłek wystawionych na sprzedaż wyciągnięte ręce małych złodziejaszków – że nikt nie zwracał najmniejszej uwagi na Shelby i Milesa.

– Jak my znajdziemy kogokolwiek w tym rynsztoku? – Shelby mocno trzymała Milesa za rękę, kiedy po raz dziesiąty ktoś nadepnął jej na nogę.

To było gorsze niż ten koncert Green Day w Oakland, kiedy Shelby, tańcząc pod sceną, uszkodziła dwa żebra.

Miles pochylił się w jej stronę.

– Nie wiem. Może każdy zna każdego?

Był wyższy niż większość mieszkańców, więc jemu nie było tak źle.

On miał świeże powietrze i pole widzenia, ale ona zaczynała czuć nadchodzący atak klaustrofobii – zdradzał to charakterystyczny rumieniec wypełzający na policzki. Gorączkowo szarpnęła wysoki kołnierz swojej sukni, na co odpowiedzią był trzask szwów.

– Jak ludzie mogą oddychać w czymś takim?

– Wdech przez nos, wydech ustami – poinstruował ją Miles i zademonstrował swoją radę, a wtedy smród sprawił, że aż zmarszczył nos. – Popatrz, tam jest studnia. Może się napijesz?

– Zarazimy się cholerą – mruknęła Shelby, ale on już kierował się w tamtą stronę, ciągnąc ją za sobą.

Pochylili się pod sznurem obwieszonym wilgotnymi ubraniami z samodziału, przeszli nad rządkiem chudych, rozgdakanych czarnych kur i ominęli parę rudych braci, którzy sprzedawali gruszki, zanim w końcu dotarli do studni. Robiła wrażenie archaicznej – krąg kamieni otaczających otwór, nad którym umieszczono drewniany żuraw. Na prymitywnym bloczku wisiało omszałe drewniane wiadro.

Shelby po kilku chwilach złapała oddech.

– Ludzie z tego piją?

Teraz mogła zobaczyć, że choć jarmark zajmuje większość rynku, nie jest jedyną imprezą w mieście. Przy murze ustawiono grupę chochołów okrytych grubym płótnem. Młodzi chłopcy ćwiczyli drewnianymi mieczami, atakując średniowieczne odpowiedniki manekinów jak rycerze podczas szkolenia. Wędrowni minstrele krążyli po obrzeżach rynku, śpiewając dziwnie piękne piosenki. Nawet studnia była celem wędrówek.

Zobaczyła teraz drewnianą korbę służącą do podnoszenia wiadra. Chłopak w obcisłych nogawicach z koźlęcej skóry zanurzył w wiadrze czerpak i podał go dziewczynie o ogromnych, szeroko osadzonych oczach, z gałązką ostrokrzewu wciśniętą za ucho. Ona opróżniła czerpak kilkoma łykami, cały czas wpatrując się z miłością w chłopaka, nie zwracając przy tym uwagi na wodę spływającą po jej brodzie i pięknej kremowej sukni.

Kiedy skończyła, chłopak mrugnął i podał czerpak Milesowi. Shelby nie podobało się to, co sugerowało owo mrugnięcie, ale była zbyt spragniona, by zrobić aferę.

– Przyjechaliście na odpust świętego Walentego, tak? – zwróciła się dziewczyna do Shelby głosem spokojnym jak tafla jeziora.

– Ja, no, my...

– W rzeczy samej – wtrącił Miles, nieudolnie naśladując brytyjski akcent. – Kiedy rozpoczynają się uroczystości?

Brzmiał absurdalnie. Ale Shelby stłumiła śmiech, żeby go nie zdradzić. Nie była pewna, co by się stało, gdyby zostali zdemaskowani, ale czytała o nabijaniu na pal i narzędziach tortur w rodzaju koła.

Pomadka ochronna, Shelby. Myśl pozytywnie. Gorące kakao, „powitanie słońca” i reality show. Skup się na tym.

Wydostaną się z tego miejsca. Muszą.

Chłopiec z uwielbieniem objął dziewczynę w talii.

– Rychło. Święto jest jutro.

Dziewczyna szerokim gestem objęła jarmark.

– Ale, jak widzicie, większość zakochanych już przybyła. – Żartobliwie poklepała Shelby po ramieniu. – Nie zapomnij przed zachodem słońca wrzucić swojego imienia do Urny Kupidyna!

– Ach tak. Ty też – mruknęła niezręcznie Shelby, jak to miała w zwyczaju, kiedy ludzie na stanowisku odprawy na lotnisku życzyli jej przyjemnej podróży.

Zagryzła wnętrze policzka, gdy chłopiec i dziewczyna pomachali im na pożegnanie i, wciąż trzymając się za ręce, ruszyli ulicą.

Miles chwycił ją za ramię.

– Czyż to nie cudowne? Walentynki!

A powiedział to grający w bejsbol chłopak z sąsiedztwa, który kiedyś na oczach Shelby zjadł dziewięć hot dogów za jednym zamachem. Od kiedy Milesa tak kręciły sentymentalne imprezy z okazji walentynek?

Miała zamiar powiedzieć coś sarkastycznego, ale zobaczyła minę Milesa, jakby... pełną nadziei. Jakby naprawdę miał ochotę tam pójść. Z nią? Z jakiegoś powodu nie chciała go zawieść.

– Pewnie. Cudownie. – Shelby nonszalancko wzruszyła ramionami. – Brzmi interesująco.

– Nie. – Miles pokręcił głową. – Chodziło mi o to... że jeśli w okolicy są upadłe anioły, to z pewnością się na nie udadzą. Tam właśnie znajdziemy kogoś, kto pomoże nam wrócić do domu.

– Och. – Shelby odchrząknęła. Oczywiście, że o to mu właśnie chodziło. – Tak, masz rację.

– Coś się stało? – Miles zanurzył czerpak i uniósł kubek chłodnej wody do ust Shelby. Cofnął go, przetarł brzeg rękawem, i znów go wyciągnął.

Shelby poczuła, że bez powodu się rumieni, zamknęła więc oczy i pociągnęła długi łyk, mając nadzieję, że nie zarazi się żadną wyniszczającą chorobą i nie umrze.

– Nic – odpowiedziała, kiedy skończyła.

Miles znów zanurzył czerpak i napił się, jednocześnie obserwując zgromadzone tłumy.

– Popatrz – powiedział, wrzucając czerpak do wiadra.

Wskazał za Shelby, w stronę podwyższenia obok ostatnich kramów, gdzie stały razem trzy dziewczyny, zgięte wpół w ataku śmiechu. Między nimi znajdowało się wysokie cynowe naczynie o żłobkowanej krawędzi. Wydawało się stare jak świat i raczej paskudne, wręcz idealnie pasowałoby do różnych drogich „dzieł sztuki”, które Francesca miała w swoim gabinecie w Shoreline.

– To musi być Urna Kupidyna – stwierdził Miles.

– Ach tak, z pewnością. Urna Kupidyna. – Shelby ironicznie pokiwała głową. – Co to, do licha, ma znaczyć? Czy Kupidyn nie miałby lepszego gustu?

– To tradycja wywodząca się jeszcze z czasów starożytnego Rzymu – powiedział Miles tonem wykładowcy. Podróżując z nim, człowiek czuł się jak z chodzącą encyklopedią.

– Zanim dzień świętego Walentego stał się dniem świętego Walentego – mówił dalej, a w jego głosie brzmiało podniecenie – nazywano go Luperkaliami...

– Lupa... – Machnęła ręką nad swoją nieudaną grą słów. Wtedy jednak zobaczyła wyraz twarzy Milesa. Taki poważny i skupiony.

Zauważywszy, że Shelby na niego patrzy, instynktownie uniósł rękę, by naciągnąć czapeczkę na oczy. Taki nerwowy gest. Jednakże dłoń dotknęła powietrza.

Skrzywił się, jakby zażenowany, i próbował wcisnąć rękę do kieszeni dżinsów, ale szorstka niebieska tkanina płaszcza zakrywała mu spodnie, więc ostatecznie założył ręce na piersi.

– Brakuje ci jej, prawda? – spytała Shelby.

– Czego?

– Czapki.

– Tego starocia? – Zbyt szybko wzruszył ramionami. – Nie. Nawet o niej nie myślałem. – Rozejrzał się dookoła, obrzucając rynek pustym spojrzeniem.

Shelby dotknęła jego ramienia.

– Mógłbyś powiedzieć coś więcej o tych Lupa... no wiesz?

Spojrzał na nią z lekką podejrzliwością.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– A jak myślisz?

Uśmiechnął się.

– Luperkalia były pogańskim świętem płodności i nadchodzącej wiosny. Wszystkie niezamężne kobiety w mieście zapisywały swoje imiona na kawałkach pergaminu i wrzucały je do urny... takiej, jak ta tutaj. Następnie kawalerowie wyciągali karteczki z urny, a ta, której imię wylosowali, miała być ich ukochaną przez następny rok.

– To barbarzyństwo! – wykrzyknęła Shelby. Nie ma mowy, żeby jakaś urna mówiła jej, z kim ma się spotykać. Sama może popełniać własne błędy, wielkie dzięki.

– Ja sądzę, że to urocze. – Miles wzruszył ramionami i odwrócił wzrok.

– Naprawdę? – Shelby znów zwróciła głowę w jego stronę. – To znaczy, pewnie czasem to może być całkiem fajne. Ale ta tradycja z urną pochodzi z czasów zanim święto miało cokolwiek wspólnego ze świętym Walentym, nie?

– Zgadza się – odparł Miles. – W końcu Kościół się wtrącił. Chcieli zapanować nad pogańską tradycją, więc przypisali jej świętego patrona. Robili tak z wieloma starożytnymi świętami i tradycjami. Jakby przestawały być zagrożeniem, kiedy znalazły się w ich posiadaniu.

– Typowi mężczyźni.

– A trzeba powiedzieć, że prawdziwy Walenty był za życia znany jako obrońca zakochanych. Ludzie, którzy nie mogli zgodnie z prawem zawierać związków małżeńskich... na przykład żołnierze... schodzili się do niego z całej okolicy, a on w tajemnicy udzielał im ślubów.

Shelby pokręciła głową.

– Skąd ty to wszystko wiesz? A raczej, dlaczego?

– Luce – stwierdził Miles, nie patrząc Shelby w oczy.

– Och. – Shelby poczuła się tak, jakby ktoś walnął ją pięścią w żołądek. – Poznałeś historię walentynek, żeby zaimponować Luce? – Kopnęła grudę ziemi. – Pewnie niektóre dziewczyny lubią kujonów.

– Nie, Shelby. Chodziło mi o to... – Miles chwycił ją za ramiona i obrócił twarzą w stronę urny. – Tam jest Luce.

Luce miała na sobie jasnobrązową sukienkę z szerokim dołem. Długie czarne włosy zaplotła w trzy grube warkocze i związała wąskimi białymi wstążeczkami. Jej skóra wydawała się bledsza niż zwykle, choć policzki zdobił bladoróżowy rumieniec. Powoli, z namysłem krążyła wokół urny, z dala od pozostałych dziewcząt. Pośród chaosu panującego na rynku Luce wydawała się jedyną osobą, która była sama. Jej oczy miały ten miękki, rozproszony wyraz, który świadczył o tym, że zatonęła w myślach.

– Shelby... czekaj!

Shelby znajdowała się już w połowie placu, niemal biegła w stronę Luce, kiedy Miles chwycił ją w pasie. Zatrzymał ją gwałtownie, a ona odwróciła się, gotowa go walnąć.

Tyle tylko, że jego twarz... emanowała czymś, czego Shelby nie umiała rozpoznać.

– Wiesz, że to Lucinda z przeszłości. Ta dziewczyna nie jest naszą przyjaciółką. Nie pozna cię...

Shelby nie pomyślała o tym. Udawała, że to zrobiła. Odwróciła się i jeszcze raz uważnie przyjrzała Lucindzie. Tamta miała brudne włosy – nie tłuste, ale coś więcej, naprawdę brudne – a tego Lucinda Price nie tolerowała. Z nowoczesnego punktu widzenia Shelby, jej ubranie leżało dziwnie, ale Lucinda najwyraźniej czuła się w nim swobodnie. W ogóle sprawiała wrażenie, że czuje się swobodnie, co również nie pasowało do Luce Price. Shelby uważała Luce za chronicznie – choć uroczo – nieprzystosowaną. To właśnie uwielbiała w Luce. Ale ta dziewczyna? Czuła się swobodnie, mimo że każdy jej ruch emanował rozpaczliwym przygnębieniem. Jakby była przyzwyczajona do smutku tak samo, jak do słońca wschodzącego każdego ranka. Nie miała przyjaciół, którzy by ją pocieszyli? Czyż nie po to człowiek ma przyjaciół?

– Miles – powiedziała Shelby, chwytając go za wolny nadgarstek i pochylając się w jego stronę. – Wiem, że zgodziliśmy się, żeby Daniel odnalazł naszą Lucindę Price, ale ta dziewczyna wciąż jest Lucindą, która nas obchodzi... albo jej wcześniejszą wersją. A my możemy ją przynajmniej pocieszyć. Popatrz, jaka jest przygnębiona. Popatrz.

Zagryzł wargi.

– Ale... ale... zgodnie ze wszystkim, czego nauczyliśmy się o Głosicielach, nie należy się wtrącać...

– Cze-eść! – krzyknęła Shelby melodyjnie i pociągnęła Milesa za sobą, aż dotarli do Lucindy.

Nie miała pojęcia, skąd się jej nagle wziął ten akcent piękności z południa Stanów, być może poza charakterystycznym sposobem mówienia matki Luce podczas Święta Dziękczynienia w Georgii. I nie wiedziała, co ludzie w tym średniowiecznym brytyjskim świecie mogą sobie pomyśleć, słysząc ten akcent, ale było już za późno.

Idący kilka kroków za nią Miles z przerażeniem pokręcił głową. „To był wypadek!”, zakomunikowała mu Shelby spojrzeniem.

Lucinda tego nawet nie zauważyła – tak bardzo pogrążyła się w smutku. Shelby musiała stanąć przed nią i zamachać dłonią przed jej twarzą.

– Och – powiedziała Lucinda i zamrugała, spoglądając na Shelby bez śladu rozpoznania. – Dzień dobry.

To nie powinno zranić uczuć Shelby, ale tak właśnie się stało.

– Cz-czy my się już wcześniej nie spotkałyśmy? – wydukała Shelby. – Wydaje mi się, że moja kuzynka z, no, Windsoru zna twojego wuja od strony ojca... a może odwrotnie?

– Przykro mi, nie sądzę, choć być może...

– Ale nazywasz się Lucinda, prawda?

Lucinda wzdrygnęła się i na chwilę w jej oczach pojawił się znajomy błysk.

– Tak.

Shelby przycisnęła dłoń do serca.

– Jestem Shelby. A to Miles.

– Cóż za niezwykłe imiona. Musieliście przybyć z północy, prawda?

– Pewnie. – Shelby wzruszyła ramionami. – Z bardzo, bardzo dalekiej północy. I dlatego nigdy wcześniej nie byliśmy na... waszym odpuście świętego Walentego. Wrzucasz swoje imię do urny?

– Ja? – Lucinda przełknęła ślinę i uniosła dłoń do szyi. – Nie przemawia do mnie pomysł, że przypadek miałby zadecydować o przeznaczeniu mojego serca.

– Mówisz jak dziewczyna, która już znalazła sobie niezłego chłopaka! – Shelby dała Lucindzie kuksańca, zapominając, że się nie znają, zapominając, że jej słowa mogą brzmieć szorstko, a sarkazm może być obcy średniowiecznej wrażliwości Lucindy. – To znaczy... czy jest jakiś rycerz, który ci się podoba, pani?

– Byłam zakochana – odpowiedziała poważnie Lucinda.

– Byłaś? – powtórzyła Shelby. – Chciałaś powiedzieć, że jesteś zakochana.

– Byłam. Ale on odszedł.

– Daniel cię zostawił? – Miles poczerwieniał. – To znaczy... jak on ma na imię?

Ale Lucinda wyraźnie go nie usłyszała.

– Spotkaliśmy się w ogrodzie różanym jego pana. Muszę przyznać, że nie powinnam tam wchodzić, lecz widziałam tak wiele pięknych dam, które odwiedzały ogród, brama była otwarta, a kwiaty jakże nadobne...

Uniosła dłonie do serca i westchnęła z żalem.

– Tamtego pierwszego dnia uznał mnie za niewiastę lepszego pochodzenia. Wyższej klasy. Miałam na sobie najlepszą sukienkę, a we włosy wplotłam kwiaty głogu, jak to czynią niektóre damy. Wyglądałam pięknie, ale obawiam się, że byłam nieszczera.

– Och, Lucindo – powiedziała Shelby. – Jestem pewna, że w jego oczach jesteś damą!

– Daniel jest rycerzem. Musi poślubić odpowiednią damę. My należymy do pospólstwa. Mój ojciec jest wolnym człowiekiem, ale uprawia zboże, jak jego ojciec przed nim. – Zamrugała i po jej policzku popłynęła łza. – Nigdy nawet nie powiedziałam mojej miłości, jak mam na imię.

– Jeśli cię kocha... a tego jestem pewna... zna twoje prawdziwe imię – powiedział Miles.

Lucinda z drżeniem wciągnęła powietrze.

– Później, w poprzednim tygodniu, przyszedł do mojego ojca po jaja na ucztę świętego Walentego, gdyż jego obowiązkiem jest i w ten sposób służyć swemu panu. To była rocznica mojego chrztu. Świętowaliśmy. Wyraz twarzy mojego ukochanego, kiedy ujrzał mnie w naszej skromnej chatce... próbowałam go zatrzymać, ale on odszedł bez słowa. Szukałam go we wszystkich naszych tajemnych miejscach... wydrążonym dębie w lesie, północnym skraju ogrodu różanego o zmroku... ale od tego czasu go nie widziałam.

Shelby i Miles popatrzyli po sobie. Daniela oczywiście nie obchodziło, z jakiej rodziny pochodzi Lucinda. Przeraziła go rocznica, fakt, że zbliżała się do granic swojego przekleństwa. Shelby była już świadoma sposobu, w jaki Daniel czasami próbował odsunąć się od Luce, kiedy wiedział, że jej śmierć się zbliża. Łamał jej serce, żeby ocalić jej życie. On też pewnie gdzieś siedzi w kącie z nieszczęśliwą miną i złamanym sercem.

Tak być musiało. Dziewczyna stojąca przed Shelby musiała umrzeć, może setki razy przed wcieleniem, w którym Shelby poznała Luce – wcieleniem, w którym Luce po raz pierwszy zyskała szansę, by przełamać klątwę.

To niesprawiedliwe, że musiała raz za razem umierać i tak wiele razy przechodzić przez takie cierpienie w chwilach pomiędzy umieraniem. Bardziej niż ktokolwiek, Lucinda zasługiwała, by być szczęśliwą.

Shelby chciała coś dla niej zrobić, nawet jeśli miałoby to być coś małego.

Spojrzała znów na Milesa. Uniósł brew w sposób, który, jak miała nadzieję, znaczył „Czy myślisz o tym samym, co ja?”. Pokiwała głową.

– To po prostu ogromne nieporozumienie – powiedziała Shelby. – Znamy Daniela.

– Naprawdę? – Lucinda wydawała się zaskoczona.

– Wiesz co, przyjdź jutro na odpust, a jestem pewna, że Daniel też tam będzie i oboje będziecie mogli...

Wargi Lucindy zadrżały, ukryła twarz w ramieniu Shelby i zaczęła łkać.

– Nie mogłabym znieść, gdyby imię innej wyciągnął z urny.

– Lucindo. – Miles odezwał się tak ciepło, że dziewczyna przestała płakać i spojrzała na niego w charakterystyczny serdeczny sposób, w jaki Luce czasem na niego patrzyła. Shelby poczuła się dziwnie zazdrosna. Odwróciła wzrok, kiedy Miles mówił dalej: – Wierzysz, że Daniel szczerze cię kocha?

Lucinda pokiwała głową.

– I w głębi serca – mówił Miles dalej – naprawdę wierzysz, że więź między tobą a Danielem jest tak słaba, że pozycja twojej rodziny może ją zerwać?

– On... nie ma wyboru. Zapisano to w kodeksie templariuszy. Musi poślubić...

– Luce! Nie wiesz, że wasza miłość jest silniejsza od jakiegoś głupiego kodeksu? – wyrzuciła z siebie Shelby.

Lucinda uniosła brew.

– Przepraszam? – spytała.

Miles posłał Shelby ostrzegawcze spojrzenie.

– To znaczy, no... prawdziwa miłość jest większa i silniejsza od społecznych konwenansów. Jeśli kochasz Daniela, musisz mu powiedzieć, jak się czujesz.

– Czuję się dziwnie.

Lucinda była zarumieniona, uniosła dłoń do piersi. Zamknęła oczy i Shelby przez chwilę miała wrażenie, że zaraz stanie w płomieniach. Cofnęła się o krok.

Ale to tak nie działało, prawda? Przekleństwo Luce wiązało się z tym, jak ona i Daniel na siebie działali, jego obecność coś w niej budziła.

– Chciałabym wierzyć, że to, co mówicie, jest prawdą. Nagle poczułam, że nasza miłość jest rzeczywiście bardzo silna.

– Na tyle silna, że gdybyśmy jutro podczas odpustu przyprowadzili Daniela – odezwała się Shelby – przyszłabyś do niego?

Lucinda otworzyła oczy. Były szeroko otwarte, szalone i bardzo orzechowe.

– Przyszłabym. Poszłabym dokądkolwiek na świecie, aby tylko znów z nim być.

TRZY

JEGO MIECZ, JEGO SŁOWO

– To było genialne! – zawołała Shelby, kiedy Lucinda odeszła, a ona i Miles zostali sami przy studni.

Na zachodnim niebie blakły promienie słońca. Większość mieszkańców kierowała się już do domów, a ich wózki i torby były ciężkie od produktów na kolację. Shelby od dawna nic nie jadła, ale prawie nie zauważała aromatów pieczonego mięsiwa i gotowanej kapusty. Jechała na oparach swojego podekscytowania.

– Oboje nadawaliśmy na tych samych falach. Czasem ja coś sobie pomyślałam, a ty mówiłeś to na głos... jakbyśmy razem kołysali się w tym samym szalonym rytmie!

– Wiem.

Miles zanurzył czerpak w wiadrze i powoli napił się wody. Promienie słońca wydobyły jego piegi. Shelby nadal nie mogła się przyzwyczaić do jego odmienionego wyglądu.

– Miałaś rację, było mi miło, że mogłem sprawić, by Luce poczuła się lepiej. Nawet jeśli to nie nasza Luce. – Miles gwałtownie szarpnął głowę w lewo, jakby coś usłyszał. Zesztywniał.

– Co się stało? – spytała Shelby.

Opuścił ramiona, bardziej niż zwykle.

– Nic takiego. Wydawało mi się, że widziałem Głosiciela, ale to nie było to.

Shelby nie chciała myśleć o Głosicielach, była zbyt podekscytowana.

– Wiesz, co by było niesamowite? – powiedziała, siadając na brzegu studni. – Moglibyśmy pójść na zakupy dla nich obojga, kupić jakiś koronkowy drobiazg dla Luce i powiedzieć jej, że to od Daniela. Mogłabym napisać jakiś wierszyk... „na górze róże” albo coś w tym stylu... hej, dla tych średniowiecznych wieśniaków to pewnie byłaby nowość. I moglibyśmy...

– Shelby? – przerwał jej Miles. – A co z powrotem do domu? Nie pasujemy tutaj, pamiętasz? Już pomogliśmy Lucindzie, dając jej nadzieję i namawiając ją, by przyszła na odpust świętego Walentego, ale nie możemy zmienić sposobu, w jaki rozegra się jej przekleństwo. Musimy odnaleźć Głosiciela.

– Cóż, wiadomo, że gdziekolwiek jest Luce, tam musi być też cała reszta – powiedziała szybko Shelby. – Gdyby udało się nam odnaleźć Daniela, to by było jak, no, dwie pieczenie przy jednym ogniu. On pójdzie na odpust, a my znajdziemy drogę z powrotem do Shoreline.

– Nie wiem, czy uda nam się tak łatwo zaciągnąć Daniela na odpust.

– To nie możemy wracać do domu! Najpierw musimy spełnić obietnicę, jaką złożyliśmy Luce! Nie chcę być kolejną osobą, która ją zawiodła. – Shelby nagle utraciła pewność siebie. – Ona zasługuje na coś lepszego.

Miles powoli wypuścił powietrze z płuc. Ze zmarszczonym czołem spacerował wokół studni; ta mina oznaczała, że rozmyślał.

– Masz rację – powiedział w końcu. – Cóż znaczy jeszcze jeden dzień?

– Naprawdę? – zapiszczała Shelby.

– Ale gdzie znajdziemy Daniela? Czy Lucinda nie wspominała o zamku? – mówił dalej Miles. – Moglibyśmy go odnaleźć i...

– Znając Daniela, może siedzieć i dołować się gdziekolwiek. Naprawdę, w dowolnym miejscu.

Shelby usłyszała tętent kopyt i odwróciła się w stronę szerokiej alei prowadzącej przez środek targowiska. Ponad kramami handlarzy, które zamykano już na noc, widziała przez chwilę potężnego śnieżnobiałego konia.

Kiedy minął markizę ostatniego kramu i ukazał się w całości, Shelby aż sapnęła.

Postać siedząca w czarnym skórzanym siodle ozdobionym sobolami – której Shelby, Miles i większość mieszkańców miasta przyglądała się z niepohamowanym podziwem – była zaiste rycerzem w lśniącej zbroi.

Szeroki w barach rycerz, którego tożsamość ukrywała osłona twarzy, przejechał przez rynek, emanując aurą władczości. Nitowany pancerz okrywał mu stopy, spoczywające w mocnych strzemionach. Jego nogi otaczały wypolerowane nagolenniki, a kolczuga była ciasno dopasowana do muskularnego tułowia. Hełm miał płaski szczyt, a dwie wygięte płyty łączyły się pod kątem nad nosem. Z przodu przyłbicy znajdowały się niewielkie otwory do oddychania i wąska szpara na wysokości oczu. To było niepokojące – widział ich, ale oni widzieli jedynie jego imponujący strój.

W pochwie u lewego boku nosił miecz, a na zbroję narzucił długą białą tunikę z czerwonym krzyżem na piersi, która kojarzyła się Shelby z jednym z filmów Monty Pythona.

– A może zapytamy jego? – zaproponowała Shelby.

– Serio?

Zawahała się. Oczywiście czuła niepokój na myśl o zbliżeniu się do prawdziwego, żywego rycerza. Ale jak inaczej mieli odnaleźć Daniela?

– A masz jakiś lepszy pomysł? – Wskazała na górującą przed nimi postać. – On jest rycerzem. Daniel jest rycerzem. Istnieje niejakie prawdopodobieństwo, że obracają się w tym samym rycerskim kręgu, nie?

– Jasne, jasne. I jeszcze jedno, dobrze, Shel? – Miles odetchnął płytko, co zazwyczaj znaczyło, że się denerwuje. Albo że ma zamiar powiedzieć coś, co jego zdaniem mogłoby urazić uczucia Shelby. – Spróbuj nie mówić z akcentem laski z Georgii, dobra? Zadurzona Lucinda może i nie zwróciła na to uwagi, ale musimy postarać się bardziej wtopić w tło. Pamiętaj, co Roland mówił o bawieniu się przeszłością.

– Wtapiam się, wtapiam się.

Shelby zeskoczyła z cembrowiny studni, wyprostowała się, gdyż tak właśnie wyobrażała sobie prawdziwą damę, mrugnęła niezręcznie do Milesa i ruszyła w stronę rycerza.

Nim jednak zrobiła dwa krótkie kroki, rycerz odwrócił się w jej stronę, uniósł osłonę i zmrużył ze złością ciemne oczy – z tym spojrzeniem Shelby zetknęła się już kilka razy wcześniej.

O wilku mowa. Czy Miles przed chwilą nie wspominał o Rolandzie Sparksie?

Roland spoglądał to na Shelby, to na Milesa. Wyraźnie ich rozpoznawał, co znaczyło, że był to Roland z ich czasów, ich Roland, ten sam, którego ostatnio widzieli na zniszczonym walką podwórku domu Lucindy Price. To znaczyło, że mają kłopoty.

– A co wy tu robicie?

Miles natychmiast znalazł się u boku Shelby, opiekuńczo kładąc dłonie na jej ramionach. To było naprawdę miłe z jego strony, jakby nie miał zamiaru pozwolić, by została z tym sama.

– Szukamy Daniela – powiedział. – Możesz nam pomóc? Wiesz, gdzie on jest?

– Pomóc wam? Odnaleźć Daniela? – Roland z zaskoczeniem uniósł ciemne brwi. – Nie chodzi wam o Luce, śmiertelną dziewczynę zagubioną w Głosicielach? Dzieciaki, wpakowaliście się w coś, co was przerasta.

– Wiemy, wiemy, nie pasujemy tutaj – powiedziała Shelby najbardziej skruszonym tonem, na jaki się zdobyła. – Trafiliśmy tu przez przypadek – dodała, wpatrując się z dołu w Rolanda na jego niesamowitym białym wierzchowcu. Nie miała pojęcia, że konie mogą być tak wielkie. – Próbowaliśmy wrócić do domu, ale mieliśmy problemy ze znalezieniem Głosiciela...

– Oczywiście, że tak. – Roland westchnął z wyraźną irytacją. – Jakbym nie miał wystarczająco dużo zobowiązań, muszę się jeszcze wami zaopiekować. – Od niechcenia uniósł okrytą rękawicą dłoń. – Przyzwę jednego dla was.

– Zaczekaj. – Miles zrobił krok do przodu i przerwał Rolandowi. – Pomyśleliśmy, że skoro już tu jesteśmy, to moglibyśmy, no, zrobić jedną miłą rzecz dla Lucindy. Wiesz, Lucindy z tej epoki. Nic wielkiego, po prostu uczynić jej życie trochę milszym. Daniel ją rzucił...

– Wiesz, jaki on się czasem robi... – wtrąciła Shelby.

– Hola, hola. Widzieliście Lucindę? – spytał Roland.

– Była zdruzgotana – powiedział Miles.

– A jutro są walentynki – dodała Shelby.

Wierzchowiec zarżał, ale Roland go uspokoił.

– Czy była złączona?

Shelby zmarszczyła nos.

– Czy była co?

– Czy była połączeniem jej obecnego i przeszłego wcielenia?

– To znaczy, jak... – Shelby myślała o tym, jak Daniel wyglądał w Jerozolimie, zagubiony i niewyraźny, jak film 3D oglądany bez okularów.

Nim jednak zdążyła odpowiedzieć, Miles przydeptał jej palce. Skoro Rolandowi nie podobała się ich obecność tutaj, z pewnością nie byłby szczęśliwy, że podróżowali przez Głosicieli w tak wiele innych miejsc.

– Sza – wyszeptał Miles kącikiem ust.

– Słuchajcie, to naprawdę proste. Czy was rozpoznała? – naciskał Roland.

– Nie – odparła Shelby z westchnieniem.

– Nie – potwierdził Miles.

– To w takim razie jest Luce z tych czasów i nie powinniśmy się wtrącać.

Roland spoglądał na nich z wyraźną podejrzliwością, ale nic więcej nie powiedział. Jeden z jego długich, czarno-złotych dredów wysunął się z gumki i spod hełmu. Schował go z powrotem i rozejrzał się po rynku, spoglądając na psy, które rozszarpywały krowie wnętrzności, i dzieci kopiące bezkształtną piłkę po zabłoconych uliczkach. Wyraźnie żałował, że na nich wpadł.

– Proszę, Rolandzie – powiedziała Shelby, odważnie unosząc dłoń do jego rękawicy z kolczugi. Rękawica kolcza, pomyślała. To są rękawice kolcze. – Nie wierzysz w miłość? Nie masz serca?

Shelby poczuła, że jej słowa zawisają w chłodnym powietrzu, i żałowała, że nie może ich cofnąć. Z pewnością posunęła się zbyt daleko. Nie wiedziała, jaka była historia Rolanda. Stanął po stronie Lucyfera, kiedy anioły upadły, ale nie wydawał się taki zły. Jedynie tajemniczy.

Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, i Shelby przygotowała się na kolejny wykład na temat niebezpieczeństw podróżowania w Głosicielach albo groźby, że odda ich Francesce i Stevenowi. Skrzywiła się i odwróciła wzrok.

I wtedy usłyszała cichy trzask opadającej osłony.

Kiedy podniosła wzrok, twarz Rolanda znów była zakryta. Wąski otwór w przyłbicy niczego nie wyrażał.

Pięknie, wszystko popsułaś, Shelby.

– Odnajdę Daniela w waszym imieniu – zagrzmiał głos Rolanda zza przyłbicy. Shelby aż podskoczyła. – Upewnię się, że przybędzie na czas na jutrzejszy odpust. Mam jeszcze ostatnią sprawę do załatwienia, a później wrócę tu, by zapewnić waszej dwójce Głosiciela, który przeniesie was do Shoreline, gdzie powinniście się znajdować. Żadnych dyskusji. Możecie przyjąć moją propozycję albo ją odrzucić.

Shelby zacisnęła zęby, bo bała się, że opadnie jej szczęka. Miał zamiar im pomóc!

– Nie, żadnych dyskusji – wydukał Miles. – To dobry pomysł, Rolandzie. Dziękujemy.

Roland nieco opuścił hełm, co Shelby uznała za skinienie głową, ale poza tym nic nie powiedział. Zawrócił i skierował się ku miejskim murom. Kupcy rozbiegali się przed białym koniem, który z początku ruszył kłusem, zaraz jednak pogalopował, a jego biały ogon unosił się na wietrze jak niknąca w powietrzu chmura dymu.

Shelby zauważyła coś dziwnego – miast dumnie wyjechać z miasta, Roland siedział ze spuszczoną głową i pochylonymi ramionami. Jakby coś niewyjaśnionego zmieniło jego nastrój. Czy to było coś w jej słowach?

– To było mocne – zauważył Miles, stając obok niej.

Shelby zbliżyła się do niego, aż ich ramiona się zetknęły, i poczuła się odrobinę lepiej.

Roland miał odnaleźć Daniela. Miał im pomóc.

Shelby poczuła, że na jej twarzy pojawia się bardzo niepasujący do niej uśmiech. Gdzieś pod całym tym pancerzem być może kryło się nawet serce, które wierzyło w moc prawdziwej miłości.

Mimo całego cynizmu, jaki okazywała, Shelby musiała przyznać, że też wierzy w miłość. A sposób, w jaki Miles pocieszył Lucindę tego popołudnia, świadczył, że on również w nią wierzy. Razem patrzyli na promienie zachodzącego słońca odbijające się od pancerza Rolanda i słuchali niknącego w oddali tętentu kopyt na bruku.

CZTERY

RĘKA W RĘKĘ

Średniowiecze miało jedną zaletę – gwiazdy robiły wręcz niewiarygodne wrażenie.

Nieobecność miejskich świateł sprawiała, że niebo wypełniały migoczące galaktyki. Shelby miała ochotę leżeć i się na nie gapić. Tuż przed zachodem słońce w końcu przebiło się przez szare zimowe chmury i teraz ciemne płótno nad ich głowami było obsypane gwiazdami.

– To Wielki Wóz, prawda? – spytał Miles, wskazując na jasny łuk na niebie.

– Żebym to ja wiedziała. – Shelby wzruszyła ramionami, choć pochyliła się, żeby podążyć wzrokiem za jego palcem. Czuła zapach jego skóry, znajomy, nieco cytrusowy. – Nie miałam pojęcia, że interesuje cię astronomia.

– Ja też nie. Nigdy mnie nie interesowała. Ale gwiazdy tej nocy mają w sobie coś takiego... albo w ogóle ta noc. Wszystko wydaje się takie godne uwagi, wiesz?

– Tak – westchnęła Shelby, zagubiona w Niebiosach, o których nigdy wcześniej zbyt wiele nie myślała. Czuła się im dziwnie bliska. I bliska Milesowi. – Wiem.

Kiedy zgodzili się pozostać jeszcze jedną noc, sprytna Shelby zdobyła koc i trochę sznurka, po czym – wykorzystując umiejętności nabyte podczas dorastania w kiepskiej dzielnicy – stworzyła z nich całkiem elegancki namiot. Jak inni odwiedzający odpust goście, wraz z Milesem rozbili obóz na zboczu błoni pod murami miasta. Miles nawet znalazł trochę drewna, choć żadne z nich nie umiało rozpalić ogniska bez zapałek.

Okolica była nawet całkiem ładna. Owszem, z lasu dochodziły dziwaczne dźwięki przypominające odgłosy wydawane przez kojoty, ale Shelby przypomniała sobie, że czasem i w Shoreline nocami rozbrzmiewały podobne dźwięki. Ona i Miles musieli się tylko trzymać razem – i ukrywać za co bardziej masywnymi mieszkańcami średniowiecza, gdyby z lasu coś się wyłoniło.

Przy drodze zaczynał działać specjalny nocny targ, więc po rozbiciu namiotu rozdzielili się, przy czym Miles miał znaleźć coś do jedzenia, a Shelby walentynkowe prezenty dla Luce i Daniela na dzień następny. Później mieli spotkać się w obozie i spożyć kolację pod gwiazdami.

Przed zachodem słońca handlarze z miasta częściowo przenieśli się za mury. Nocny targ różnił się od dziennego wewnątrz murów, który sprzedawał zwyczajne towary w rodzaju tkanin i zboża. Nocne targowisko, jak uświadomiła sobie Shelby, było wyjątkowe i działało tylko z okazji walentynek, kiedy miasto przepełniali kupcy przybywający z daleka i inni goście.

Na błoniach rozbito liczne namioty, z których wiele służyło również jako centra handlu i wymiany towarowej. Shelby nie miała zbyt wiele do zaoferowania, ale udało jej się wymienić jaskraworóżową gumkę do włosów na koronkową serwetkę w kształcie serca, którą planowała wręczyć Luce „od Daniela”.

Z radością wymieniła również konopną bransoletę na kostkę, którą Phil podarował jej kiedyś w Shoreline, na skórzaną pochwę na sztylet, która mogła spodobać się Danielowi. Trudno się robiło zakupy dla facetów.

Gumka do włosów i bransoletka były bezwartościowe dla Shelby, ale kupcom wydawały się egzotyczne.

„Cóż to za alchemiczna substancja, która rozciąga się i powraca do pierwotnego kształtu?” – pytali ją, badając gumkę, jakby to był bezcenny klejnot.

Shelby stłumiła śmiech, cały czas miała z tyłu głowy te średniowieczne narzędzia tortur.

Jak zawsze po zakupach, Shelby umierała z głodu. Miała nadzieję, że Miles zdobył jakieś dobre żarcie. Śpieszyła przez zatłoczone błonia, kiedy w jej głowie pojawiła się pewna myśl – o czym zapomniała?

– Och, jaki piękny czepek! – Przed nią pojawiła się jasnowłosa kobieta o szerokim uśmiechu. Pogłaskała koronkową woalkę czepka, który Shelby tego ranka zwinęła z wozu. – Czy to dzieło mistrza krawca?

– Czyje? – Shelby poczuła, jak zdradziecki rumieniec obejmuje całą jej twarz, aż po brzegi skradzionego nakrycia głowy.

– Tam ma swój kram. – Kobieta wskazała na oddalony o dziesięć stóp kram z białego płótna. – Henry ma trzy siostry, a wszystkie są doskonałymi szwaczkami. Przez większość roku ich igły fruwają, przygotowując szaty liturgiczne na kościelne misteria, ale dziewczętom zawsze udaje się przygotować coś małego i wyjątkowego na odpust. Ich dzieła zapierają mi dech w piersiach.

Klapy namiotu były podniesione, i oto pod markizą Shelby ujrzała przysadzistego mężczyznę, na którego wóz usiłowali tego ranka wskoczyć z Milesem. Mężczyznę, który zabrał czapkę Milesa. Niewielki tłumek zebrał się wokół niego i wzdychał, podziwiając coś wyraźnie drogocennego. Shelby musiała się przycisnąć do innych zgromadzonych, nim rozpoznała przedmiot przyciągający tak wiele pożądliwych spojrzeń.

Jaskrawoniebieska czapeczka Dodgersów.

– Podziwiajcie wyjątkowy barwnik tej płóciennej osłony! – Krawiec Henry wspinał się na wyżyny swoich umiejętności sprzedawcy, jakby ta czapka od zawsze była częścią jego kolekcji, jakby sam ją uszył. – Czy widzieliście kiedykolwiek takie szwy? Idealnie równe, niemal... niewidzialne!

– A kiedy miecz przebije ten filc, co wtedy, Henry? – zaszydził jeden z mężczyzn. Tłum zaczął mamrotać, że osłona nie jest być może najbardziej niezniszczalną rzeczą w kolekcji Henry’ego.

– Głupcy – stwierdził Henry. – Ta osłona nie jest pancerzem, ale czymś pięknym. Czyż nie może być tak, że niektóre rzeczy tworzy się tylko po to, by sprawiały przyjemność oczom i sercu?

Widzowie gwizdali, Shelby zaś czuła, jak serce wali jej w piersiach, ponieważ wiedziała, co musi zrobić.

– Kupię tę czapkę! – wykrzyknęła nagle.

– Nie jest na sprzedaż! – powiedział Henry.

– Oczywiście, że jest na sprzedaż – powiedziała Shelby, próbując zapomnieć o obawach związanych ze swoim paskudnym angielskim akcentem. Odepchnęła z drogi kilku zaskoczonych ludzi i odrzuciła od siebie wszystko poza potrzebą zdobycia czapki. Bejsbolówka była ważna dla Milesa, a Miles był ważny dla niej. – Proszę – krzyknęła – weź w zamian mój czepek! Mój, no, ojciec kupił mi go dziś rano i on, no, nie pasuje.

Henry podniósł wzrok i Shelby nagle dostała ataku paniki – z pewnością musiał rozpoznać, że ukradła nakrycie głowy. Jednakże mężczyzna tylko przechylił głowę, jakby w ogóle nie zauważył, że czepek należał kiedyś do niego.

– Tak, ten czepek rzeczywiście sprawia, że uszy ci odstają. Ale on nie wystarczy.

Co takiego? Nie miała dużych uszu! Shelby właśnie zamierzała powiedzieć Henry’emu, co o tym wszystkim sądzi, kiedy przypomniała sobie, co tu jest naprawdę ważne.

– Daj spokój! Czapka jest stara, materiał wyblakły! – Oskarżycielsko wymierzyła palec w jej stronę. – I jakąż to niegodziwość symbolizują te litery wypisane na przodzie?

– To są litery? – spytał ktoś w tłumie.

– Nie umiem czytać – powiedział inny.

Henry najwyraźniej też nie umiał czytać.

– Co one mówią? – spytał. – Sądziłem, że to ornament dla ozdoby. – Zaraz jednak przypomniał sobie, że jeszcze przed chwilą podawał się za twórcę tej czapki, więc dodał: – Ten wzór przekazał mi pewien dżentelmen.

– To symbol diabła! – improwizowała Shelby, a jej głos stawał się coraz mocniejszy, w miarę, jak zyskiwała pewność siebie. – Te kolczaste ramiona to jego symbol i piętno.

Tłum, mamrocząc, podszedł bliżej. Odór niemytych ciał sprawiał, że Shelby z trudem łapała oddech.

Henry odsunął czapkę.

– Naprawdę? To po co chcesz ją mieć?

– A jak myślisz? Zamierzam ją zniszczyć w imię wszystkiego co święte i prawe na tym świecie.

W tłumie rozległy się pomruki aprobaty.

– Spalę ją i oczyszczę świat z jej ohydnego piętna! – Naprawdę się w to wciągnęła.

Kilka osób w tłumie wzniosło słabe okrzyki.

– Ochronię nas wszystkich przed przekleństwem czapki!

Henry podrapał się po głowie.

– Ale to przecież tylko czapka?

Ludzie otaczający Shelby zaczęli odwracać się w jej stronę.

– No tak, ale... ale... chodzi mi o to, że zabiorę ją z twoich rąk.

Krawiec spojrzał na czepek w jej dłoniach i uniósł lewą brew.

– Ta robota wydaje mi się znajoma – mruknął, po czym znów spojrzał na czapkę Milesa. – Uczciwa wymiana, co?

Shelby wyciągnęła rękę z koronkowym czepkiem.

– Uczciwa wymiana.

Mężczyzna pokiwał głową i wymienili się. Cenna czapeczka Dodgersów należąca do Milesa ciążyła jej w dłoniach jak czyste złoto. Shelby pośpieszyła do namiotu. Na pewno bardzo się ucieszy! Pędziła przez błonia, mijając minstreli śpiewających smutne pieśni, dzieci bawiące się w odwieczną grę w berka, i wkrótce zobaczyła w ciemnościach zarys ramion Milesa.

Tyle tylko, że wcale nie było ciemno.

Milesowi udało się rozpalić ogień! I teraz piekł kiełbaski nad ogniskiem. Kiedy podniósł wzrok w jej stronę i uśmiechnął się, na jego lewym policzku pojawił się dołeczek, którego nigdy wcześniej nie zauważyła. Shelby zakręciło się w głowie. Pewnie od tego biegu przez całą drogę. Albo od gorącego podmuchu od ogniska.

– Głodna? – spytał Miles.

Pokiwała głową, i nie umiała znaleźć słów, by powiedzieć mu, że odzyskała jego czapkę. Trzymała ją za plecami, skrępowana sytuacją. Swoją postawą, prezentem, luźnym średniowiecznym strojem. Ale to był Miles, on jej nie oceniał. To dlaczego nagle czuła się tak roztrzęsiona?

– Pomyślałem, że pewnie będziesz. Hej, gdzie twój czepek?

Czy w jego głosie był ślad żalu? Czy jej włosy wyglądały absurdalnie? Teraz nie miała nawet gumki, żeby je związać.

Zarumieniła się.

– Wymieniłam go.

– Och. Na coś dla Luce i Daniela?

Światło odbijało się od jego twarzy w taki sposób, że Miles wyglądał jednocześnie jak jej najlepszy przyjaciel i jak ktoś zupełnie nieznajomy. Ktoś, jak sobie uświadomiła, kogo bardzo chciałaby poznać.

– Tak. – Shelby czuła się dziwnie, stojąc nad nim ze swoją dziko rozczochraną lwią grzywą. Dlaczego nie miała włosów takich jak Luce, gładkich, błyszczących, seksownych i w ogóle? Włosów, które podobały się chłopakom. Milesowi podobały się włosy Luce. Wciąż gapił się na Shelby. – Co tam?

– Nic wielkiego. Siadaj. Mamy cydr i trochę chleba.

Shelby opadła na trawę obok Milesa, starannie ukrywając czapkę w fałdach sukni. Chciała mu ją dać we właściwej chwili, na przykład, kiedy przestanie jej burczeć w brzuchu. On zsunął skwierczącą kiełbaskę na grubą kromkę chleba z chrupiącą skórką i podał jej wyszczerbiony cynowy kubek z cydrem. Stuknęli się kubkami, popatrzyli sobie w oczy.

– Skąd ty to wszystko wziąłeś?

– Myślisz, że tylko ty umiesz się targować? Musiałem pożegnać się z dwoma porządnymi sznurowadłami, żeby zdobyć tę kanapkę, więc masz ją zjeść do końca, panienko.

Kiedy Shelby odgryzła kawałek i pociągnęła łyk trunku, ucieszyła się, że Miles nie gapi się na jej włosy. Spoglądał na rzędy namiotów ciągnących się aż po mury miasta, na dymy z setek ognisk łączące się w powietrzu. Od dawna nie czuła się tak ciepło i dobrze.

Miles dokończył kanapkę, zanim Shelby ugryzła swoją po raz drugi, i przełknął.

– Wiesz co, ta cała saga Luce i Daniela, ich niemożliwa miłość, przekleństwo nie do pokonania, los, przeznaczenie i cała reszta... kiedy zaczęliśmy się uczyć o nich w szkole, i nawet kiedy poznałem Luce, wydawało mi się, że to...

– Stek bzdur? – wtrąciła Shelby. – Ja w każdym razie tak myślałam.

– No tak – przyznał Miles. – Ale ostatnio, kiedy przeszedłem razem z tobą przez Głosicieli i zrozumiałem, jak mało wiedziałem o świecie, spotkałem Daniela w Jerozolimie i zobaczyłem, jak zupełnie inaczej zachowywał się Cam, kiedy był zaręczony... Może jednak istnieje coś takiego, jak prawdziwa miłość.

– Tak. – Shelby rozmyślała nad tym, żując. – Tak.