Zakochane Trójmiasto - Adrian Bednarek, Augusta Docher, K.N. Haner, Anna Kasiuk - ebook

Opis

Ponoć miłość może się pojawić pod każdą szerokością geograficzną, ale czy nie jest tak, że niektóre miejsca sprzyjają jej w wyjątkowy sposób? Majestatyczny orłowski klif, tajemnicze jeziora i lasy Borów Tucholskich, słoneczna sopocka plaża, urokliwe zakątki gdańskiego Starego Miasta czy gwarny skwer Kościuszki w Gdyni – oto wymarzona sceneria dla pierwszej randki. A może długo oczekiwanego spotkania po latach?

To właśnie w okolicach Trójmiasta (a czasem też z jego pomocą) odmieni się los bohaterów opowiadań z tego zbioru: zbuntowanej pary outsiderów po przejściach, samotnego autora powieści romantycznych, młodego mężczyzny zafascynowanego tajemniczą dziewczyną ze swoich snów czy perfekcjonistki, której życie w jednej chwili wymyka się spod kontroli. Nieważne, czy szukają miłości, czy przed nią uciekają – wszyscy w końcu znajdą tu coś, co stanie się początkiem nowego rozdziału w ich życiu. Bo jak się zakochać, to tylko nad morzem!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (35 ocen)
13
9
9
4
0
Sortuj według:
Magda692

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
agat44

Całkiem niezła

niestety nie wszystkie opowiadania przypadły mi do gustu...ale są piękne i ... w sumie smutne
00
melchoria

Dobrze spędzony czas

Bardzo fajnie się czyta wszystkie te opowiadania. Ale opowiadanie Pana Bednarka to sztos. Polecam.
00

Popularność




 

 

 

 

 

Kalina jechała swoim harleyem autostradą A1 w stronę Gdańska. Przyjęła to zlecenie, gdyż potrzebowała kasy, a poza tym chciała uciec z Wrocławia, właściwie musiała. To, co wydarzyło się w ostatnim roku jej życia, sprawiło, że znalazła się na krawędzi. Ukochany facet, który zawsze akceptował jej wybory, wspierał ją i był z niej dumny, po prostu odszedł. Pojawiła się przyjaciółka z dziecięcych lat, bogata, z dobrego domu i Paweł najzwyczajniej w świecie się sprzedał. Za kilka ładnych milionów. Co oczywiście z wielką radością i dumą przyjęli jego rodzice. Kalina nigdy nie była „odpowiednią partią” dla ich jedynego syna. Jeździła harleyem, miała we Wrocławiu salon tatuażu, pracowała jako DJ w klubach. A przecież to nie był żaden zawód! Ale Paweł na to nie zważał.

Poznała go w jednym z klubów, w którym pracowała, kiedy bawił się na wieczorze kawalerskim swojego najlepszego przyjaciela. Było lato, pamiętała, że nosił wtedy jasne spodnie i błękitną koszulkę. Blond włosy miał zaczesane do góry, a niebieskie oczy nieustannie śmiały się do niej. Z jej czarnymi włosami, śniadą skórą i brązowymi oczami stanowili doskonały kontrast. Śmiała się trochę pod nosem z jego podchodów, on był zupełnie z innej bajki, z innego świata. A jednak, gdy skończyła grać, około czwartej nad ranem, czekał na nią przed klubem. Wyprosił numer telefonu, podała mu, bo nie zamierzał ustąpić. I wcale nie był pijany. W dodatku bardzo się jej podobał. Teraz już wiedziała, że był po prostu inny. Po tych wszystkich gościach, z którymi miała do czynienia, zdawał się być takim niebiańskim chłopcem, który naprawdę patrzył na nią, jakby była jedyną kobietą na ziemi. Spotykali się dokładnie przez siedemnaście miesięcy. Jeździł z nią na jej ukochanym harleyu, uczestniczył w konwentach tatuażu, często siedział przy niej, kiedy szalała przy konsoli w klubach. I nagle, tuż przed walentynkami, kiedy ona zastanawiała się, gdzie spędzą święto zakochanych, ich święto, spojrzał na nią tym swoim niebieskim spojrzeniem i powiedział:

– Przykro mi bardzo, Kalinko, ale nie możemy się już spotykać.

I opowiedział, że wróciła jego przyjaciółka, córka wspólnika jego ojca, że to było jak piorun, że dawne sympatie wróciły, że…

Nie chciała tego słuchać. Wybiegła niczym bohaterka jakiejś idiotycznej komedii romantycznej i zamknęła się w domu na tydzień. Komancz, wspólnik z salonu, w końcu się wkurzył, wparował do jej mieszkania i przywołał ją do porządku.

– Jesteś twarda babka, nie pozwól, aby jakiś dupuś cię pokonał. Mam dla ciebie propozycję.

Okazało się, że jego znajomy szuka DJ-a do swojego ośrodka w Borach Tucholskich. Praca rozpoczynała się w maju. Nie zastanawiała się wcale. Sprzedała część udziałów kumplowi, spakowała się do dwóch kufrów i oto właśnie była w trasie do Wdzydz Tucholskich, gdzie miała pracować w popularnym na Kaszubach ośrodku wypoczynkowym. Praca była do końca września. Potem miała już zapewnione małe mieszkanie w Gdyni, kolejny znajomy ze zlotów harleyowców wyjeżdżał do Belgii i mogła mieszkać u niego przez rok. W tym czasie miała zamiar poszukać jakiejś miejscówki na otwarcie własnego salonu i ułożyć sobie życie.

Na początku bardzo tęskniła za Pawłem, ale teraz czuła tylko złość. Właśnie złość ją napędzała. I to nie na niego, ale na siebie. Że tak łatwo wpadła w to uczucie i dała się zmanipulować, oszukać. Dla niego była jak egzotyczna ryba, którą obserwuje się w zamkniętym akwarium. Bawił się, musiał po prostu wyszaleć. A potem wrócić do swojej ułożonej panny i równie ułożonego życia. Obiecała sobie, że już nigdy więcej nie da się wpakować w takie coś. W ogóle nie miała zamiaru wchodzić teraz w jakiekolwiek związki. Jedyny związek, na jaki miała ochotę, to ona i jej motocykl. Jadąc na nim, czuła się wolna i wiedziała, że ze wszystkim da sobie radę.

 

Minęła bramki i zjechała na drogę w stronę Skórcza, zmierzając do celu. Kiedy dotarła do Wdzydz, było już koło osiemnastej. Stanęła pod miejscowym sklepem, bo chciała kupić sobie coś do jedzenia. W ośrodku miała zapewnione śniadania, pozostałe posiłki musiała organizować we własnym zakresie.

Przed wejściem zaparkowany był wojskowy jeep, w środku pojazdu dojrzała czarno-białego kota, który spokojnie wylegiwał się na desce rozdzielczej. Gdy weszła do sklepu, nie zwracała uwagi na ludzi znajdujących się w pomieszczeniu, ale od razu poczuła na sobie ich wzrok. Oczywiście, była przecież obca. Poza tym dziewczyna ubrana w skórzane spodnie i kurtkę, z długim czarnym warkoczem, zawsze przyciągała uwagę. No i ten motocykl na zewnątrz. Starała się nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego. Wzięła lekko czerstwe bułki, ser, mleko i pęczek rzodkiewek. Do tego sok pomarańczowy i butelkę wody.

Zauważyła, że w sklepie stoi trzech wyrostków, zapewne okolicznych mieszkańców, i wysoki facet z czarnym zarostem, ubrany w spodnie moro i biały podkoszulek z długimi rękawami. Na nogach miał wojskowe buty, od razu połączyła go z samochodem zaparkowanym przed wejściem. Jedynie nie bardzo wpasowywał się w ten obrazek kot. No, ale nie należy oceniać książki po okładce, a ludzi osądzać po pozorach. Jej Pawełek był grzecznym, ułożonym chłopcem, a naprawdę oszustem i zwykłym gnojkiem. Potrząsnęła głową. Nie zamierzała więcej rozmyślać o tym dupku. Kiedy podeszła do kasy, wysoki facet w moro wyszedł, a za nim ruszyło trzech wyrostków. Kalina spojrzała na ekspedientkę, która patrzyła za wychodzącymi.

– Mam nadzieję, że nie będzie żadnej grandy. – Powoli kasowała zakupy Kaliny. – Ostatnio też się do niego przyczepiali.

– Okoliczne łobuziaki – mruknęła dziewczyna, żeby jakoś odpowiedzieć sprzedawczyni.

– A! Nieroby! Czepiają się wszystkich. A upatrzyli sobie pana Bogumiła.

– Bogumił?

– No, jak Niechcic. A pani przejazdem? – Dopiero teraz obrzuciła Kalinę uważnym spojrzeniem.

– Jadę do ośrodka.

– Na lato?

– Do pracy. Kalina jestem.

– A, miło mi, Weronika. To mój sklep, zapraszam.

– Dzięki.

Kiedy Kalina wyszła na zewnątrz, zauważyła, że trzech chłopaków rozmawia z wysokim facetem. Tym całym Bogumiłem.

– Ty pedale z kotkiem. No cho! Cho na solo!

Wysoki chuderlak z tatuażem orła i flagi na ramieniu podskakiwał przed spokojnym mężczyzną. Spojrzała na Bogumiła. Metodycznie pakował zakupy do bagażnika i nie zwracał uwagi na zaczepiających go facetów.

– Ej, pedzio, lubisz chłopców? Na naszym terenie nie chcemy takich. – Drugi chłopak patrzył spod byka i wyraźnie miał ochotę na coś więcej niż tylko głupie zaczepki.

Trzeci stanął przed samochodem i uderzył w szybę. Śpiący kociak drgnął przestraszony i usiadł, patrząc na to, co się dzieje.

Kalina nie wytrzymała.

– Straszysz zwierzaka. Zostawcie tego człowieka, nic wam nie robi!

Bogumił drgnął, zobaczyła błysk w jego zielonych oczach. Dostrzegła ich kolor nawet z takiej odległości, w jakiej się oboje znajdowali.

Tamci zdawali się stracić zainteresowanie właścicielem jeepa, skupiając całą uwagę na niej.

– Super – mruknęła. Odłożyła zakupy do kufra i stanęła w nieznacznej odległości od motocykla, opuszczając ręce luźno wzdłuż ciała.

– Lala, się nie wpierdalaj! – Ten z tatuażem spojrzał na nią niby wrogo, ale z uśmiechem cwaniaczka. – Letniczka?

– Harleyówa. Lubisz mieć coś między nogami? – zarechotał drugi, a pozostali mu zawtórowali.

– Słyszałem, że dziewczyny harleyowców to straszne dziwki. – Milczący do tej pory chłopak gapił się, lustrując ją wzrokiem.

Nie bała się ich. Jej pierwszy chłopak, a właściwie dziesięć lat starszy facet, nauczył ją, jak sobie radzić z czymś takim.

Odwróciła się powoli i wzruszyła ramionami.

– A ja słyszałam, że ci, co tak dużo mają do powiedzenia, rekompensują sobie braki tym, co im powinno urosnąć.

– Co?

– Co, kurwa?

– W głowie. Na przykład mózg. – Odwróciła się i spojrzała na chłopaczków. Dostrzegła kątem oka, że Bogumił lekko pokręcił głową.

Wtedy ten z tatuażem do niej doskoczył. Bogumił chciał interweniować, ale Kamila złapała chłopaczka za kciuk, wygięła go, motocyklowym butem uderzyła w stopę napastnika, który zawył z bólu, po czym otwartą dłonią walnęła go w podbródek. Wszystko trwało jakieś dwie sekundy. Pozostali dwaj stanęli jak wbici w ziemię, a ich półotwarte usta sugerowały, że powoli docierało do nich, co się dzieje.

– Nauczcie się rozmawiać z ludźmi. Bo nigdy nie wiadomo, na kogo traficie. Jakbyście chcieli mnie przeprosić, to od jutra rozpoczynam pracę w ośrodku. Do zobaczenia.

Nie patrząc na nikogo, założyła kask-orzeszek i powoli ruszyła w stronę lasu, przez który dojeżdżało się do ośrodka. Widziała we wstecznym lusterku światła jeepa. No tak. Ten Bogumił. On też tam pracował. Ciekawe, czy się jeszcze spotkają?

*

Pierwszy tydzień pracy minął jej jak sen. Trzy razy w tygodniu grała dla dorosłych, trzy razy prowadziła zabawę dla dzieci. Okazało się, że potrzebna jest też instruktorka zajęć fitness, Kalina miała takie uprawnienia, zatem trzy razy w tygodniu, od godziny dziesiątej, skakała wraz z paniami w różnym wieku, prowadząc dla nich zajęcia z aerobiku, ATB czy pilatesu. Mieszkała w małym bungalowie po zachodniej stronie jeziora Wdzydze, a z okna widziała co wieczór przepiękny zachód słońca. Przez ten czas ani razu nie spotkała pana Bogumiła, chociaż wiedziała już, czym on się zajmuje. Był elektrykiem i tak zwaną „złotą rączką”. Gdy coś się zepsuło, dzwoniło się po Bogumiła. Zauważyła, że dziewczyny obsługujące restaurację, mówiąc o nim, przybierają jakiś rozmarzony wyraz twarzy. Nic dziwnego, bo z tego, co Kalina zdołała zapamiętać, całkiem przystojny był z niego gość.

Kiedy wróciła do domku, aby się wykąpać i przebrać, okazało się, że coś stało się z junkersem i niestety nie miała ciepłej wody. Nienawidziła zimnych pryszniców, zadzwoniła zatem do speca od wszystkiego, będąc jednocześnie ciekawa, czy on ją pozna. Nie zamierzała wchodzić z nim w jakieś dyskusje, ale trochę ją interesował, może dlatego, że lubił zwierzęta, a ona także była miłośniczką kotów i psów. Jako dziecko miała je w rodzinnym domu we Wrocławiu. Teraz, przez pracę i zawirowania życiowe, nie mogła trzymać zwierząt, ale wspomagała pewną wrocławską fundację i kiedy tylko mogła, pomagała domkom tymczasowym w utrzymaniu podopiecznych. Dlatego tym bardziej ciekawił ją ten mężczyzna. Kiedy w jej bungalowie rozległo się pukanie, uśmiechnęła się do odbicia w lustrze i pokręciła głową. Oj, Kalina, Kalina…

– Dzień dobry, wzywała pani pomoc. – Bogumił stał w wejściu i zdawał się unikać jej spojrzenia.

– Nie mam ciepłej wody, chyba coś nie tak z junkersem. – Kalina zrobiła gest, który zapraszał przybysza do środka. Jednak mężczyzna nadal stał na małej drewnianej werandzie. – Hm… Ciężko będzie ci naprawić to z ganku.

Bogumił drgnął, lekko zadrżał mu kącik wargi i wszedł. Minął ją, bardzo blisko, był o głowę wyższy od niej. Ubrany w spodnie moro, T-shirt, na wierzch miał zarzuconą rozpiętą spraną flanelową koszulę w kratę. Dłuższe włosy na karku związał w kucyk, zarost nadal miał taki, jakby nie golił się od doby. I te zielone oczy… Mimo że unikał jej wzroku, ona doskonale je widziała. Nie ma co się czarować. Bogumił był cholernie przystojnym facetem. I to w ten pierwotny sposób. Coś jak drwal. Zmieszany z harleyowcem. Do takich wniosków doszła w krótkim czasie, jaki zajęło im pokonanie odcinka do małej łazieneczki. Kiedy przystąpił do naprawy, Kalina poszła do miniaturowej kuchni, otworzyła lodówkę i nalała sobie soku. Po chwili wyjęła drugą szklankę i także napełniła ją napojem. Gdy przybysz uporał się z naprawą, wyszedł z łazienki i mruknął:

– Już działa.

– Dziękuję. Proszę. – Podała mu szklankę z sokiem.

Spojrzał na nią przez ułamek sekundy, a jego wzrok zdawał się ją przeszywać po koniuszki nerwów. Poczuła się niepewnie i niezręcznie. Przestąpiła z nogi na nogę niczym zestresowana uczennica. On bez słowa wziął od niej szklankę i duszkiem ją opróżnił. Patrzyła, jak pracuje jego grdyka, i w myślach wyzwała się od idiotek.

– Jak twój kotek? – spytała nagle. Chciała jakoś nawiązać dialog z tym mężczyzną.

Spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi.

– Lama. To kotka. Dobrze.

– Jeździ z tobą wszędzie.

– Tak – odparł krótko i wbił w nią wzrok. – Uważaj na tych kolesi z wioski – powiedział cicho, odstawiając szklankę na stolik. – Nie są niebezpieczni, ale mogą być upierdliwi.

– Jak widziałeś, radzę sobie.

– Widziałem. Krav maga?

– Znasz się na tym?

Nagle zesztywniał. Jego twarz zdawała się być pokryta lodem.

– Muszę iść.

Odwrócił się i wyszedł. Kalina, zupełnie zaskoczona, patrzyła, jak mężczyzna idzie po drewnianych schodkach, dźwigając ciężką torbę, a potem wsiada na rower i odjeżdża.

– Aha. No to sobie porozmawialiśmy – westchnęła i udała się do łazienki, aby wziąć upragniony prysznic.

*

Maj minął niepostrzeżenie i zaczął się czerwiec, a zarazem początek „wysokiego” sezonu. Kalina weszła w rytm codzienności, rano prowadziła zajęcia aerobowe, wieczorami albo grała dla dzieci, albo dla dorosłych. Poniedziałki miała wolne, wówczas pływała, opalała się lub wypożyczała kajak i pływała po jeziorze Wdzydze. Kilka razy pojechała też do Gdyni, aby dograć z kumplem przeprowadzkę do jego mieszkania, robiła także rekonesans dotyczący wynajęcia lokalu na salon tatuażu.

Znalazła ustronne miejsce nad jeziorem i późnym wieczorem, kiedy kończyła grać dla gości ośrodka, siadywała tam i patrzyła na spokojną taflę jeziora. Dzisiejszej nocy także tam siedziała i rozpamiętywała swoje idiotyczne – tak, idiotyczne! – zauroczenie gładkim Pawełkiem.

– Durna Kalina! Durna!!! – Ze złością cisnęła kamień, burząc spokój wody i patrząc na coraz większe kręgi, które rozprzestrzeniały się po oświetlonej przez księżyc powierzchni jeziora.

– Płoszysz ryby. – Nagle gdzieś z boku dobiegł ją spokojny głos.

Drgnęła przestraszona. Jakieś dwa metry od niej, na małym stołku rybackim siedział Bogumił i pilnował dwóch wędek opartych na zwalonym w wodzie pniu.

– Chcesz mnie zabić? Co ty tutaj robisz? – spytała trochę bez sensu. Bogumił uniósł brew i spojrzał na wędki. – No dobrze, nie było tego pytania – dodała z głośnym westchnieniem.

– To moje ulubione miejsce. Ostatnio widzę, że muszę się nim dzielić z tobą.

– Ile razy mnie tutaj widziałeś?

– Nooo, kilka.

– Mam nadzieję, że zachowywałam się dobrze.

– Oprócz tego, że przeklinałaś i wyzywałaś siebie i jakiegoś Pawła, to okej.

– Boże… – Dziewczyna potarła twarz. – Jaki wstyd.

– Akurat nic wstydliwego w tym nie ma. Niemniej wolę, jak siedzisz cicho, bo inaczej płoszysz ryby.

– Dobrze, przepraszam. – Chciała odejść, ale on podszedł bliżej i spojrzał na nią z góry.

– Jeśli nie będziesz rzucać kamieniami do wody, to możesz zostać ze mną.

Popatrzyła na niego. W blasku księżyca jego oczy wyglądały, jakby były czarne. Uśmiechnęła się nieznacznie. Jemu zadrgał kącik ust.

– Będę się zachowywać.

– To brzmi nieźle.

*

Wspólne wieczory stały się ich własnym rytuałem. W ciągu dnia mijali się gdzieś na terenie ośrodka, widywali przelotnie w stołówce albo na plaży. Ale noce należały do nich. On łowił ryby, ona przynosiła napoje, przekąski, on częstował ją kwaśnym agrestem rosnącym u gospodarza, od którego brał przynętę. Najczęściej siedzieli w milczeniu, ale czasami także rozmawiali.

– Przed czym uciekłaś? – spytał którejś sierpniowej nocy.

Lato powoli się kończyło, a ona nie mogła sobie wyobrazić, jak to będzie, gdy skończy się praca tutaj i będzie musiała wyjechać. I rozstać się z nim. Zamrugała, aby odgonić niepokojące myśli.

– Skąd wiesz, że uciekłam?

– A przyjechałaś ot tak? Każdy, kto tutaj trafił, przed czymś ucieka.

– Ty też?

Wzruszył ramionami i poprawił wędki.

Westchnęła.

– Przyjechałam z Wrocławia, ale to już wiesz. Zakochałam się nie w tym facecie, w którym powinnam. Takie prozaiczne, że aż nudne.

– Wyglądasz na silną babkę.

– Fakt, że umiem poskromić napaleńców, nie oznacza, że potrafiłam rozpoznać, czy ktoś naprawdę mnie kocha, czy może się bawi. Mój eks jest synem biznesmena i polityka oraz kobiety, która do kolacji wyciąga srebra rodzinne. A ja wparowałam tam w ramonesce i z tatuażami. Od początku powinnam wiedzieć, że to się nie uda. A Paweł… on po prostu potrzebował rozrywki przed zaręczynami z córką wspólnika ojca. Zawsze miałam o sobie dobre zdanie, radziłam sobie sama, usamodzielniłam się w wieku siedemnastu lat. Ale tym razem wykazałam się kompletnym zamroczeniem, ślepotą.

– Podobno miłość jest ślepa.

– No, moja była, a ja razem z nią. Ale dobrze mi tutaj i już nawet tak często nie wyzywam się od idiotek.

– Bo nie możesz. – Bogumił wpatrywał się w nią z lekkim uśmiechem. Kiedy tak się uśmiechał, w policzku robił mu się dołeczek. Co w zestawieniu z jego wysoką sylwetką i męską twarzą stanowiło cudowny kontrast. – Płoszysz ryby.

– No. Dlatego jest coraz lepiej.

– Cieszę się, że mogłem pomóc.

Kalina przez chwilę milczała. Spojrzała ukradkiem na swojego towarzysza. Wpatrywał się w spokojne, śpiące jezioro. Był bardzo przystojny. I coraz częściej łapała się na tym, że lubiła na niego patrzeć, myśleć o nim, rozmawiać z nim. I wcale nie była o to na siebie zła.

– A ty?

Drgnął i spojrzał na nią. Widziała w jego oczach coś na kształt bezbrzeżnego żalu.

– Ja?

– Przed czym uciekasz, Bogumile?

Kiedy wypowiedziała jego imię, utkwił w niej wzrok. Potem jego oczy zerknęły na jej usta i widziała, że ciężko wciągnął powietrze. Miała wrażenie, że boli ją cała skóra. Nie mogła tego z niczym pomylić. I coś takiego, obezwładniające uczucie pragnienia, ale takiego dzikiego i pełnego mroku, opanowało ją po raz pierwszy w życiu.

– Przed sobą.

*

Nocne spotkania nad jeziorem weszły im w nawyk. Wtedy Bogumił nie powiedział nic więcej. Wyciągnął z plecaka podniszczoną książkę i spojrzał na Kalinę.

– Czytałaś Moby Dicka?

– Kilka lat temu mój ówczesny facet robił tatuaże wieloryba i oboje przeczytaliśmy tę powieść.

– To moja ukochana książka. Dostałem ją od brata. Czytam ją przynajmniej raz w roku. Znam ją prawie na pamięć.

– To czytaj. Posłucham.

To weszło im w nawyk. Spotykali się, zamiast rozmawiać, on czytał na głos przy latarce, ona słuchała.

*

Nadchodził wrzesień i wieczory stawały się coraz chłodniejsze. Którejś nocy, gdy siedzieli nad jeziorem, Kamila objęła się ramionami, pocierała je. Bogumił, nie przerywając czytania, usiadł bliżej i otoczył ją ramieniem. Przez chwilę siedziała sztywno, ale potem się rozluźniła i oparła o niego całym ciałem. Było jej miło, ciepło i tak, jakby właśnie znalazła swoje miejsce, jakby przynależała tu od zawsze. Bogumił czytał cicho, odpowiednio modulując swój niski ciepły głos, a Kalina patrzyła na gwiazdy, czuła wiatr wiejący od jeziora i chciała zatrzymać tę chwilę, ten czas, pragnęła, aby już nigdy nie nadszedł świt, aby mogli zostać tutaj na zawsze, ona, on, ta historia i to jezioro.

Kiedy skończył czytać, zamknął książkę i pochylił się nad dziewczyną. Jego oczy błyszczały. Dotknął palcem jej ust i szepnął:

– Takie słowa przyszły mi do głowy… Najtrudniej jest nazwać to, co najcudowniejsze.

– Nie wiedziałam, że jesteś romantyczny. – powiedziała cicho Kalina.

– Nie jestem, chyba nie. A to parafraza cytatu z Moby Dicka.

– Naprawdę znasz tę książkę na pamięć.

– Naprawdę. I nie potrafię nazwać tego, co dzieje się między nami, ale chcę, abyś wiedziała, że jest to dla mnie coś niesamowitego. – Pochylił się jeszcze bardziej i delikatnie dotknął ustami jej ust. Pocałunek był ostrożny, słodki i sprawił, że niemal poczuła zawroty głowy. Zacisnęła palce na jego wojskowej bluzie i westchnęła, a on wówczas przycisnął swoją dużą dłoń do jej głowy i pocałował ją mocniej i żarliwiej. A potem odprowadził ją do domu i trzymając za rękę, trochę smutno powiedział:

– Chciałbym już przestać uciekać.

*

Zbliżał się koniec sezonu, Kalina chciała porozmawiać z Bogumiłem, co zrobią, gdy nadejdzie ostatni dzień września i będą musieli wyjechać. Wiedziała, że miał kawalerkę w Gdańsku, a ona powiedziała mu, że przez rok będzie wynajmować mieszkanie w Gdyni. Ale nic więcej o nim nie wiedziała. Dlaczego tu przybył? Co robił wcześniej? Co działo się w jego życiu? Ze strzępków informacji, półsłówek wywnioskowała tylko, że spotkało go coś złego. Ale chciała wiedzieć więcej, było jej trochę przykro, że on nadal czuje w sobie jakiś wewnętrzny opór, aby się przed nią otworzyć. W końcu ona to zrobiła!

*

W ostatnim tygodniu Kalina pojechała do Gdyni, gdzie w dzielnicy Kamienna Góra miał mieszkanie jej kumpel. Odebrała od niego klucze, zawiozła już część rzeczy, nie miała tego zbyt dużo. Potem udała się na Klif Orłowski; nigdy tam nie była i zawsze chciała go zobaczyć. Był piękny, majestatyczny i pokazywał nieokiełznaną siłę natury. Dlaczego ludzie nie mogą być tak silni? Kalina wiedziała już, czego chce. Śmiało do tego dążyła. Miała zamiar wydzierżawić w salonie tatuażu własne stanowisko, na początek mogłaby tak pracować. I właściciel ośrodka polecił ją w jednym z klubów fitness jako instruktorkę. Może uda się też gdzieś zahaczyć o didżejkę, naprawdę lubiła grać, kochała muzykę. A jeśli chodzi o życie prywatne… Coś było pomiędzy nią a Bogumiłem. Nie posunęli się dalej niż pocałunki i pieszczoty. Jednak tu chodziło o coś więcej. Czuli się tak… jakby przynależeli do siebie. Jakby tutaj, nad tym jeziorem, trafili na siebie, bo tak właśnie miało być. I zamierzała mu powiedzieć, że pragnie się z nim spotykać, kiedy już wrócą do Trójmiasta.

W drodze powrotnej nad jezioro zrobiła szybkie zakupy w miejscowym sklepiku, porozmawiała chwilę z Weroniką i ruszyła w stronę lasu, przez który przejeżdżało się, aby dotrzeć do ośrodka. Mniej więcej w połowie trasy z bocznego leśnego traktu wyjechał jakiś samochód. Na szczęście nie jechała szybko, zdołała zahamować.

– Uważaj, człowieku! – krzyknęła, wkurzona.

Auto stanęło w poprzek i ze środka wyszło trzech znanych jej młodych facetów.

– No, wreszcie się spotykamy, mała.

– Nie jestem dla ciebie żadna mała. Mały.

– Ho, ho, już nie złapiesz nas na te swoje sztuczki karate.

– To nie karate, idioto – mruknęła Kalina, oceniając jednocześnie szansę na ucieczkę. Mała to była szansa, musiałaby wycofać wielki motocykl, a na to nie miała czasu. Postawiła maszynę na stopce, zdjęła kask i spojrzała na napastników.

– O co wam chodzi? Chcecie mieć kłopoty?

– Nie. To ty masz kłopoty, suko! – Nagle usłyszała za swoimi plecami cichy syk. Ktoś złapał ją za ręce i wykręcił. Był jakiś czwarty facet!

Zanim zdołała się uwolnić, pozostała trójka do niej doskoczyła. Jednego walnęła w nos, drugiego kopnęła, ale nie miała szans z czterema, niewątpliwie silniejszymi od niej, facetami. Starała się oddychać miarowo i nie wpadać w panikę. Nagle usłyszała, że ktoś gwałtownie hamuje. I wtedy wszystko zniknęło. Mignęła jej wysoka postać, a sekundę później trzymające ją ręce oderwały się od jej ciała. Słyszała tylko krzyki, trzaski i jęki. Spojrzała wprost na Bogumiła, który znokautował wszystkich napastników, trzymał teraz ich prowodyra, wytatuowanego cwaniaczka, za szyję i dusił. Po prostu dusił. Patrząc nieruchomo, zielonymi beznamiętnymi oczami.

– Zostaw go, Bogumił! – Kalina doskoczyła do niego i uderzyła go w przedramię. – Już po wszystkim! Dostali nauczkę!

Mężczyzna jakby otrzeźwiał, spojrzał na nią ze strachem, poluźnił ucisk, niedawny napastnik osunął się na ziemię, kaszląc i prychając.

– Co chciałeś z nim zrobić, Jezu, Bogumił… – Kalina patrzyła na niego równie przestraszona. A on… był zrozpaczony.

– Przepraszam… – wyszeptał. – Naprawdę… Za wszystko.

– O czym ty…

– Wsiadaj i odjeżdżaj. Już jest w porządku. Nic im nie będzie. Odjedź, Kalina. – Pochylił się ku niej i cicho powiedział: – Uciekaj przed mną. Tak będzie najlepiej.

*

Przez kolejne dwie noce przychodziła do ich kryjówki, ale Bogumiła nie było. Podobno pojechał do Gdańska. Kiedy nadszedł ostatni wieczór, zagrała na pożegnanie sezonu, a potem, około drugiej w nocy, poszła nad jezioro, na ich małą plażę ukrytą wśród drzew. Z daleka dostrzegła jego wysoką postać. Stał i patrzył na jezioro. Stanęła obok i milcząc, także wpatrzyła się w wodę.

– Obiecywałem sobie, że już nigdy nie będę się bił – powiedział cicho.

Kalina drgnęła. Nie chciała go spłoszyć. Pragnęła go tylko wysłuchać. I zrozumieć.

Bogumił usiadł na zwalonym pniu, Kalina przysunęła mały pieniek i usiadła naprzeciwko. Patrzyła na niego, był smutny. Po prostu smutny. Taki jak wtedy, gdy go poznała.

– Walczyłeś? Biłeś się? Zawodowo? – spytała.

– Jesteś spostrzegawcza.

– Po prostu trochę się na tym znam.

– Brałem udział w walkach MMA. A potem trochę zajmowałem się trenerstwem. Mój brat miał problemy z prawem. – Bogumił potarł oczy. – Wciągnąłem go w to. Zaczął walczyć za pieniądze, był dobry. Szybki i zwinny. Przeniknął do tego świata. Wiesz, dobre pieniądze, dobre auta, niedobre dziewczyny… Wszystko takie szybkie, łatwe, na granicy. Kolejna walka, kolejna wygrana… Aż w końcu stał się zagrożeniem dla jednego ze sponsorów, który wystawiał swojego człowieka. Mój brat jeździł motocyklem, lubił pęd, adrenalinę. Podobno to był wypadek, auto wyjechało z boku, uderzyło w Bartka… – Bogumił spojrzał na Kalinę, w jego oczach były złość i bezbrzeżny smutek. – Przeżył, ale okazało się, że już nigdy nie będzie mógł chodzić.

– Straszne…

– A wiesz, co jest straszniejsze? Że ja, pchany zemstą, ponownie wszedłem na ring. Walczyłem z tym, który miał być konkurencją dla Bartka. I tylko ja zszedłem z tego ringu w całości. Mój przeciwnik jeździ na wózku. Uszkodziłem mu kręgosłup.

– To mogło…

– On ma małą córeczkę. Ma rodzinę. Nie był niczemu winien, to wszystko zostało ukartowane przez tych, którzy inicjują takie walki i robią na nich ogromne pieniądze. A Bartek… mój brat, powiesił się. Nie żyje. Dwóch młodych chłopaków zmarnowało życie. Tylko dlatego, że ja kiedyś nie potrafiłem poradzić sobie sam ze sobą i wszedłem na ring. I że nie umiałem nad sobą zapanować. Dałem się pokonać przez dzikie pragnienie zemsty. – Bogumił pochylił głowę i zacisnął palce na gęstych włosach.

Kalina westchnęła. Złapała go za nadgarstki i lekko ścisnęła.

– Wiesz co? Myślę, że to wcale nie tak. Nie możesz brać tego na siebie. To nie była twoja wina. To decyzje twojego brata, tamtego faceta. Każdy decyduje o sobie, pamiętaj o tym.

– Ja zdecydowałem. Kiedyś byłem niskim słabeuszem. Urosłem dopiero pod koniec liceum. Chłopcy znęcali się nade mną w szkole. W ostatniej klasie zmężniałem i zacząłem chodzić z najfajniejszą dziewczyną. Ale ona i tak mnie zostawiła. Wówczas musiałem gdzieś wyładować wściekłość. Nie na nią, na siebie. I zacząłem trenować boks. To mi pomogło, nie powiem. Ale potem trafiłem na treningi mieszanych sztuk walki i to mnie całkowicie wciągnęło. Okazało się, że mam w sobie ogromne pokłady gniewu, które neutralizowałem, walcząc. Lecz gdy mój brat w to wszedł… – Bogumił pochylił głowę. – Nie chciałem, żeby to się tak skończyło. To on dał mi tę książkę… Dlatego ją ciągle czytam. Żeby pamiętać. I żeby pokutować. Czy to się kiedyś skończy? – Spojrzał na Kalinę wzrokiem pełnym rozpaczy.

Dziewczyna przytuliła jego głowę do swoich piersi, głaskała go po twarzy i całowała.

– Tak. Wszystko minie. Myślę, że już swoje odpokutowałeś. Nie byłeś winien tego, że twój brat także chciał trenować i walczyć. To była jego decyzja. Jesteś dobrym człowiekiem, Bogumile. Pomagasz ludziom, kochasz zwierzęta. Masz serce. Gdybyś go nie miał, nie wziąłbyś na siebie tego ciężaru i nie dźwigał go przez cały czas. Jeśli chcesz… pomogę ci. We dwójkę będzie raźniej – dodała cicho i zamilkła przestraszona.

On odsunął się i spojrzał na nią, teraz już spokojny i zrównoważony, jak zawsze. W milczeniu wstał i podał jej rękę. Kiedy zacisnęła na jego dłoni swoją, pociągnął ją ku sobie.

– Chodźmy, Kalino.

Milcząc, przeszli przez las, uśpiony ośrodek i trafili wprost do jego domku. Tam przywitała ich Lama, która miaucząc głośno, ocierała się o nogi swojego pana.

Bogumił otworzył drzwi do małej sypialni i stanął, jakby pozostawiając wybór Kalinie. Ta weszła do środka, zrzuciła kurtkę i patrzyła na niego w oczekiwaniu. Jej serce biło tak mocno, że słychać je było w całym bungalowie, właśnie takie miała wrażenie.

– Dawno z nikim nie byłem – szepnął, podchodząc bliżej.

– Teraz jesteś ze mną. I tylko to się liczy.

I liczyło się. Kochali się gwałtownie, szaleńczo, a potem spokojnie i niemal tkliwie. A potem, gdy zasnęli w ciasnych objęciach, Kalina uśmiechnęła się sama do siebie, bo wierzyła, że tutaj, nad tym kaszubskim jeziorem, znalazła w końcu to, czego przez cały czas szukała, wikłając się w związki bez przyszłości.

Nazajutrz, gdy się obudziła, zorientowała się, że jest sama. W pokoju panował porządek, zauważyła pustą szafę, nie dostrzegła też nigdzie kotki, która spała z nimi w łóżku. Zerwała się i wbiegła do kuchni. Tam, na stole, zauważyła kartkę, na której starannym charakterem było napisane: „Spróbuję nie uciekać. Daj mi czas. B.”.

*

Minął miesiąc od czasu przyjazdu do Gdyni. Kalina już całkowicie zaaklimatyzowała się w Trójmieście. Miała także pierwszych klientów, jej portfolio i dobre opinie jeszcze z Wrocławia, niewątpliwie pomogły zdobywać nowych chętnych na wzory tatuaży z motywami roślinnymi, w których się specjalizowała. Dwa razy w tygodniu grała w jednym z gdyńskich klubów, prowadziła także zajęcia aerobowe w fitness clubie niedaleko skweru Kościuszki. Potem, wieczorem, często jechała tam na swoim harleyu, parkowała niedaleko Akwarium Gdyńskiego, szła w kierunku falochronu i czytała Moby Dicka. To był jej nałóg, rodzaj terapii, a także zaklinanie rzeczywistości, kiedy miała nadzieję, że w jakiś sposób przywoła do siebie Bogumiła.

Nie ukrywała, że bardzo za nim tęskni. Cztery letnie miesiące spędzone w ośrodku były dla niej najlepszym okresem w życiu. Wiedziała, czuła, że są sobie pisani, chociaż oboje wiele przeżyli i wciąż uciekali przed przeszłością. Ona nie chciała już uciekać, znalazła swoją przystań, tutaj, w Trójmieście, i wiedziała, że właśnie w tym miejscu mogłaby na nowo zacząć budować własny świat. Ale teraz zdawała sobie także sprawę z tego, że mogłaby go budować właśnie z tym mężczyzną. Tylko musiała zaczekać, aby on także chciał się zatrzymać i przestać uciekać.

Skontaktowała się także z mamą, z którą miała dobre relacje, mimo dzielących je różnic. Kiedyś jej rodzicielka marzyła o ułożonej, spokojnej dziewczynie, która skończy studia medyczne i pójdzie w ślady swoich rodziców. Zamiast tego miała krnąbrną, szaloną, wytatuowaną motocyklistkę, której zajęło dziesięć lat ułożenie sobie życia. Ale Kalina kochała mamę i wiedziała, że ona kocha ją. Ojciec zmarł zaraz po maturze dziewczyny, a mama od dwóch lat była żoną jego kolegi z kliniki. To w sumie cieszyło Kalinę, bo nie chciała, aby została całkiem sama.

– Jestem w końcu na swoim miejscu, mamo – powiedziała Kalina, gdy rozmawiały kilka dni wcześniej przez telefon.

– Nareszcie, dziecko. Bo przez tę twoją pogoń dostałam prawie pomieszania zmysłów.

– Już nie będę. Wreszcie czuję spokój. Teraz tylko muszę jeszcze na kogoś zaczekać.

I czekała. Pracowała, robiła kolejne projekty tatuaży, nocami grała w klubie, za dnia odpoczywała – albo na orłowskim klifie, albo na falochronie na skwerze Kościuszki. Wyciszyła się i przestała biec przez życie. Z nadzieją patrzyła w przyszłość i wiedziała, że właśnie w Gdyni będzie się czuła najlepiej, na swoim miejscu. Kiedy minął kolejny miesiąc, zaczęła powoli wątpić w to, że Bogumił kiedykolwiek się odezwie. Ale to był jego wybór. Bolało ją serce, gdy o nim myślała, jednak miała swoją dumę i nie zamierzała wykonywać pierwszego kroku. I wtedy, po prostu… do jej drzwi zapukał… on. Tego się zupełnie nie spodziewała.

– Jak mnie znalazłeś? – Zmarszczyła brwi i patrzyła na mężczyznę, którego miała już nigdy nie spotkać.

– Wykorzystałem kontakty ojca, ma bardzo zdolnego informatyka.

Paweł stał w korytarzu prowadzącym do jej gdyńskiego mieszkanka i patrzył na nią z zawadiackim przepraszającym uśmiechem. Nie mogła nie dostrzec także pewności siebie, która prawie nigdy nie opuszczała tego faceta. Pieniądze i władza powodowały, że ludzie automatycznie roztaczali wokół siebie jakąś supermoc. Ale niestety… na nią już ta supermoc dawno przestała działać.

– Czyli nielegalnie zdobyliście informacje o moim miejscu zamieszkania. Brawo.

Zauważył, że jest zła, a co najmniej zniesmaczona. Spoważniał.

– Chciałem… posłuchaj, zerwałem zaręczyny. Zrozumiałem, że to wszystko było bez sensu. Zrozumiałem, że chcę być z tobą. Prawie oszalałem, kiedy nie mogłem cię znaleźć. Chciałbym… – Zrobił krok do przodu, ale Kalina przymknęła drzwi, dając tym samym do zrozumienia, że nie zamierza go wpuścić. – Wiem, że dałem ciała. Przepraszam. Wybacz mi.

– Wybaczam – odparła spokojnie, patrząc mu prosto w oczy – ale to nic nie zmienia.

– Daj mi szansę.

– Paweł. – Westchnęła. – To by nigdy nie wypaliło. Zbyt wiele nas dzieli.

– Ale dobrze się bawiliśmy. Możemy także spróbować dobrze żyć. Razem. – Widziała determinację w jego oczach. Dobrze ją pamiętała z czasów, kiedy zaczynali się spotykać.

– Niestety. To minęło. A ja, po prostu… – Spojrzała mu prosto w oczy. Szczerze i bez udawania czegokolwiek. – Wyleczyłam się z ciebie. I jest mi z tym dobrze. Już cię nie kocham. I już cię nie lubię.

Kiedy zrozumiał, że nic nie wskóra, odwrócił się urażony i odszedł, stukając głośno drogimi mokasynami z firmowym znaczkiem. Kalina zamknęła drzwi i oparła się o nie. Spojrzała na leżące na komodzie w przedpokoju kluczyki od motocykla. Poczuła, że musi pojechać do któregoś ze swoich ulubionych miejsc. Po pół godzinie jechała już w stronę skweru Kościuszki. Zaparkowała tam gdzie zawsze i powoli zmierzała w kierunku falochronu. Dzisiaj było wietrznie, chłodno, zmierzchało, a ona pragnęła być sama i słuchać łoskotu fal uderzających o betonowe zabezpieczenia. Postanowiła, że to koniec. Wykasuje numer telefonu do Bogumiła i postara się o nim nie myśleć. Wyjęła z plecaka książkę. Spojrzała na tytuł. Moby Dick. Wiedziała, że musi to zrobić. To pomoże jej odciąć się od tego szalonego lata, kiedy myślała, że spotkała kogoś, kto także chciałby z nią być. Bo ona chciała. Ponownie. A teraz nie miała już do tego siły. Wzięła zamach i chciała wrzucić książkę do wzburzonego morza. Ale nagle poczuła, że ktoś łapie ją za rękę. Krzyknęła przestraszona i odwróciła się gwałtownie.

– Nie wolno w ten sposób traktować literatury. – Cichy, nieco rozbawiony głos sprawił, że dreszcze przebiegły przez jej całe ciało. Uniosła twarz i napotkała spojrzenie pięknych zielonych oczu. – Jeśli książka ci się nie podoba, to wiesz… Można inaczej dać temu wyraz. – Mężczyzna łagodnie zabrał wyświechtany egzemplarz z jej rąk. Leciutko zacisnął palce na jej nadgarstku i pogłaskał chłodną skórę. – Przepraszam – szepnął. – Przepraszam, że to tak długo trwało.

– Nie wiem, czy mam siłę… – powiedziała cicho, patrząc mu w oczy.

– Ja mam. Za nas oboje. Musiałem… – Potarł oczy, jak to często robił, gdy siedzieli nad jeziorem Wdzydze. – Powiem ci, co zrobiłem. Chcesz posłuchać?

Kiwnęła potakująco głową. Usiedli na ziemi, opierając się o betonową część falochronu. Kalina schowała książkę do plecaka, a Bogumił zapatrzył się przed siebie, milczał przez chwilę, w końcu wziął głęboki wdech i zaczął mówić.

– Kiedy wyjechałem na Kaszuby, nie widziałem żadnego sensu we własnym życiu. Zachowywałem się jak automat. Najchętniej wjechałbym samochodem do jeziora, dał się pochłonąć wodzie i może w końcu przestałbym się zadręczać. A potem uratowałem Lamę z rąk tych dupków, którzy dorwali ją na drzewie koło sklepu we Wdzydzach i straszyli kijami. Przywiązałem się do tego zwierzaka, a on obdarzył mnie miłością. Pierwszy raz od tamtych wydarzeń poczułem, że jestem komuś potrzebny i dla kogoś ważny. Dla kogoś, właśnie tak.

– Zwierzęta czują. Nie musisz tłumaczyć – odpowiedziała cicho Kalina.

– Tak. A potem… spotkałem ciebie. – Jego zielone oczy skierowały się na nią. – Broniłem się przed tym, naprawdę. Nie chciałem cię wciągać w mój chory świat, w moją popapraną przeszłość… Ale gdy tam tak siedzieliśmy, gdy czytałem ulubioną książkę mojego brata, a ty słuchałaś i milczałaś… W tym milczeniu czułem jakiś związek, jakąś dziwną łączność z tobą. I wtedy miałem wrażenie, że przeszłość zaczyna się oddalać. Odchodzi i może już nie wróci. A potem, gdy te dupki ponownie cię zaatakowały… Cały mrok, który nosiłem w sobie, znowu się pojawił. I przestraszyłem się, że nie będę umiał nad nim zapanować. I jeszcze później, ta noc… – Jego oczy błyszczały jak w gorączce. – To było coś, czego nie umiem opisać słowami. Gdy obudziłem się nad ranem, patrzyłem na ciebie, śpiącą, spokojną… zrozumiałem. Że aby przestać uciekać przed życiem, muszę naprawić to, co zepsułem. Dlatego musiałem cię zostawić. Pojechałem na Hel, tam mieszka z rodziną ten… ten, który miał walczyć z moim bratem. Ten, którego uszkodziłem. Długo rozmawialiśmy. On też nie miał łatwo, okazało się, że bardzo przeżył śmierć mojego brata. I gdy dostał ofertę walki ze mną, gdzieś podświadomie wiedział, co go czeka. Ale potrzebował forsy. Teraz dużo wydaje na rehabilitację, jest szansa, że będzie chodził. Nie mogę cofnąć czasu, ale mogę mu pomóc, aby mógł chodzić na spacery ze swoją córką. Dałem mu pieniądze na terapię, ćwiczenia. Mam sporo odłożone, ale nie chcę tej kasy, zarobionej na śmierci i ludzkim dramacie. A potem… on podał mi rękę. Zrozumiałem, że teraz mogę spojrzeć we własne odbicie w lustrze. I jeszcze coś.

– Co takiego? – Kalina próbowała panować nad emocjami. Teraz nie była mu potrzebna zapłakana, wzruszona dziewczyna.

– Jestem czysty. Jak biała, niezapisana kartka. I chcę wszystko zacząć od nowa. Z tobą. Nie będę już uciekał, Kalino. – Uniósł dłoń, odgarnął z jej policzka włosy, z którymi tańczył gdyński wiatr, i delikatnie pocałował ją w usta. – Myślisz, że jest to możliwe?

– Żebyśmy oboje na chwilę się zatrzymali? I przestali uciekać? – Jej oczy się śmiały. Już nie było w nich łez, tylko radość.

– Dokładnie tak. Myślisz, że to dobre miejsce na postój? – Rozejrzał się po skwerze Kościuszki.

– Sądzę, że doskonałe. Jeśli wyznawać sobie miłość, to tylko nad morzem.

Ponownie utkwił w niej wzrok.

– Czy ty wyznajesz mi miłość? – Uśmiechnął się lekko.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. – Kalina zagryzła wargę, aby się nie roześmiać.

Bogumił wstał, podniósł ją i objął z całej siły. I wybuchnął głośnym, szczerym śmiechem. Ona także się śmiała i wtulała w jego szerokie ramiona.

– I tak kiedyś to z ciebie wyduszę – powiedział w końcu, całując czubek jej głowy.

– Jak mnie złapiesz! – Kalina wyrwała się z jego objęć i zaczęła biec w stronę motocykla.

Zaskoczony Bogumił ruszył za nią.

– Hej! Nie uciekaj! Kalina! – wołał i śmiał się, patrząc na kobietę, o której wiedział, że stanie się jego nowym cudownym życiem.

Nie uciekła. Czekała na niego przy swoim ukochanym harleyu. A potem podała mu kask, włożyła swój i ruszyli przed siebie. Co na nich czekało? Nie wiedzieli. Ale zdali sobie sprawę, że czasami trzeba uciec, aby móc wrócić i znaleźć coś dobrego, prawdziwego. Tym była ich miłość. Bo jak się zakochać, to tylko nad morzem.

 

 

 

 

 

Posłuchaj, byłam bardzo mała, kiedy w hali stoczni w Gdańsku wybuchł pożar. W budynku zginęło siedem osób, a zespół Golden Life nagrał później piosenkę 24.11.94 o tej tragedii: „Życie choć piękne, tak kruche jest”. Oczywiście tamtego dnia nie miałam pojęcia, co się wydarzy. Dostałam wtedy pierwszy w moim życiu aparat fotograficzny i wprost nie mogłam się doczekać, kiedy go użyję.

– I tak nic nie zobaczysz, bo jesteś za niska – stwierdził mój starszy brat, czternastolatek, który zabrał mnie na ten koncert. Na próżno wyciągałam szyję i ramiona – nie miałam szans na ujrzenie ani skrawka sceny. Potem pojawiły się płomienie, dym i cały świat wywrócił się do góry nogami.

Brat momentalnie pociągnął mnie za sobą biegiem do wyjścia, torowaliśmy sobie drogę między ludźmi. W jakimś momencie, już na zewnątrz budynku, przypomniałam sobie o aparacie fotograficznym, więc uniosłam go do oczu.

Klik–klik – spadła migawka.

W kadrze ujęłam spłakaną dziewczynę, która tuliła się do swojego chłopaka.

Uchwyciłam miłość.

Potem już zawsze jej szukałam, robiąc zdjęcia.

Dzisiaj jestem dorosła i pracuję jako fotograf, mam własne studio. Niedawno sfotografowałam starszych ludzi, którzy idąc, trzymali się za ręce. Do galerii dołączyłam też dziewczynkę w twoim wieku, której rówieśnik zrobił obrączkę z trawy i kwiatów, i młodą kobietę z dredami na głowie, całującą się ze swoją partnerką w pustym autobusie; matki żegnające dzieci pod bramami przedszkoli i szkół, dziadka, który przyniósł tort urodzinowy na grób swojej wieloletniej żony w dzień jej urodzin.

Teraz pomagam kobiecie na oddziale onkologii, która jest w trakcie przyjmowania chemii.

– Chcesz założyć chustkę? – pytam, a ona przytakuje, więc wiążę jej chustę i podaję dłoń, by wstała. – Umalować ci usta?

– Możemy tak zrobić? – Uśmiecha się, gdy z torebki wyciągam pomadkę. Szminka dodaje jej odwagi, kobieta wreszcie prostuje dzielnie ramiona. – Zaraz zobaczysz, jak powiem rakowi „dzień dobry”!

– Powiedz to! – Śmieję się, kierując na nią obiektyw.

– Proszę, to jest moje „dzień dobry” dla niego! – Kobieta pokazuje środkowy palec.

Klik– klik. Mam ją.

W obiektywie nic nie wygląda tak ostatecznie jak w życiu, pewnie dlatego wolę oglądać świat w ten sposób. Za zgodą mężczyzny spotkanego w holu szpitala, łapię w kadrze jego wraz z synem, który wdrapał mu się na kolana. Klik–klik – chwytam ich wpatrzone w siebie oczy i dłoń chłopca, z czułością dotykającą czoła mężczyzny.

Korytarz ciągnie się przede mną: biały i długi. Nie wiem, jak można bać się tak bardzo jak ja i nie przyznawać się do tego nawet przed sobą? Jeszcze niedawno robiłam ślubne zdjęcia, fotografowałam szczęśliwych ludzi, przed którymi świat stoi otworem. Już zaczynają mi się zamazywać szczegóły tamtego życia, ale próbuję o nich pamiętać, w przeciwnym razie nie mogłabym wiedzieć, kim naprawdę jestem. Jednak staje się to coraz trudniejsze. Jestem na korytarzu Gdyńskiego Centrum Onkologii i przygotowuję zdjęcia do artykułu na temat miłości, ale w głowie mam tylko ciebie.

Kucam, aby zmienić obiektyw, a moje spojrzenie pada na młodego mężczyznę, stojącego pod ścianą. Nieruchomieję.

– Andrzej? – Wstaję zdezorientowana, a on się obraca, też zaskoczony.

– Agnieszka?

To naprawdę on! Tyle razy się o to modliłam, a teraz… W pierwszym odruchu zaczynam się cieszyć, ale Andrzej nosi na głowie bawełnianą czapkę, jak pacjenci tego oddziału, i jest ubrany w pidżamę, a dla mnie jest to tak szokujące, że aż wstrzymuję oddech.

– Jezu, Agnieszka, ile to już lat? – pyta, podchodząc do mnie.

– Jedenaście?

– Niewiarygodne!

Światło słońca zmienia barwę jego oczu z niebieskiego na szary, rzęsy błyszczą mu jak złoto, gdy się do mnie śmieje. Otwieram usta i boję się zapytać, więc tylko wskazuję jego chustę.

– Wyleczą mnie, tak powiedzieli – stwierdza, wyjmując tę myśl z mojej głowy.

Nie wiem, jak go przywitać, co powinnam powiedzieć. Nieoczekiwane jest dla mnie znalezienie się po tak długim czasie w jego ramionach. Zaciskam powieki, gdy Andrzej mnie przytula, a na skórze czuję swoje imię, wypowiedziane wraz z ciepłym oddechem.

– Jak się czujesz? Na co chorujesz? – dopytuję się, gdy mnie puszcza. – Co powiedzieli lekarze?

Ale Andrzej mnie zbywa, nie chce o tym rozmawiać, woli posłuchać o mnie.

Mam wrażenie, jakby czas spowolnił i się rozrzedził. Znika szpitalny hol, inni pacjenci i powód, dla którego tutaj przyszłam. W tej chwili świat składa się tylko z nas dwojga i z ciebie. Wiodę wzrokiem po twarzy Andrzeja, teraz dorosłej, innej niż ta, którą zapamiętałam. Minęło tyle lat, kiedy ostatni raz się widzieliśmy – wtedy był chłopakiem, teraz jest mężczyzną. Przeszywa mnie ból, zrozumienie, że to może jedyna okazja i właściwy moment, żebym wyznała mu prawdę. Rozchylam usta i chcę mu powiedzieć. Naprawdę chcę. Chociaż zacząć. Ale nie umiem, nie daję sobie rady, więc unoszę aparat fotograficzny do oczu i pytam:

– Mogę zrobić ci zdjęcie?

– Strzelaj.

Klik–klik.

 

W drodze do domu, w samochodzie, ciągle o tym myślę. O tym, że spotkałam go po tylu latach. O jego krzywo podwiniętych rękawach w pidżamie. O tym, jak na mnie patrzył. I o tobie, przede wszystkim o tobie.

W mieszkaniu nie mogę znaleźć sobie miejsca. Mam tyle pracy, a zamiast się nią zająć, włączam ogień pod czajnikiem, parzę kawę, zrzucam zdjęcia z aparatu na komputer i wybieram je pod kątem artykułu. Docieram do fotografii Andrzeja i zanim się zastanowię, co robię, dotykam palcem jego twarzy, przesuwam dłonią po jego czapce. Słowa, które powinnam była wymówić dawno temu, powtarzam teraz w myślach, układam, sprawdzam, jak zabrzmią, i próbuję wyobrazić sobie jego reakcję, twoją reakcję, wszystko, co mogłoby zdarzyć się dalej.

Bum–bum, bum–bum – zaczyna mi walić serce.

 

A teraz posłuchaj od początku. Słuchaj uważnie. Miałam szesnaście lat, kiedy przeprowadziłam się z rodzicami i z moim bratem na nowe osiedle w Gdyni, które dopiero powstawało: czteropiętrowe bloki wyrastały jedne przy drugich, na placach budowy stały dźwigi i koparki, nie było jeszcze chodników i po deszczu na ziemi leżała warstwa błota.

– Popatrz, jakie piękne panele – westchnął mój ojciec, wskazując podłogę, gdy weszliśmy do mieszkania na trzecim piętrze. Chciałam wybrać sobie pokój, więc przepychaliśmy się z bratem w ciasnej przestrzeni korytarza i w końcu to jemu udało się zająć sypialnię z widokiem na plac budowy, a mnie niestety przypadł pokój z widokiem na cmentarz.

– No to miłych snów! – zawołał mój brat, unosząc w górę kciuk.

Dzwon na wieży kościoła okazał się tak głośny, że zagłuszył rozmowę moich rodziców, a nawet włączony telewizor. Po ciszy małego miasteczka pod Gdańskiem, gdzie mieszkaliśmy od mojego urodzenia, w Gdyni wydawało mi się, że znalazłam się w ulu. Nowe osiedle, nowi ludzie, hałasy, samochody przed wieżowcem i na dwupasmowej trasie oddzielającej kościół od blokowiska, chłopcy grający w piłkę na trawniku pod balkonami, rozwrzeszczane dzieciaki.

Kiedy wieczorem położyłam się w nowym łóżku, za ścianą usłyszałam podniesione głosy.

– Kurwa, trzymaj łapy z daleka!

Poderwałam głowę.

Wrzeszczał jakiś mężczyzna:

– Odsuń się, bo jak ci…

Usłyszałam krzyk kobiety, szamotaninę. Zerwałam się z łóżka.

– Mamo! – krzyknęłam. – Mamo! Tato! Tam…

Ale dźwięki ucichły, gdy tylko rodzice wpadli do pokoju. Staliśmy, wstrzymując oddechy, jednak nic więcej się nie wydarzyło.

Wtedy jeszcze oczywiście nie wiedziałam, że mój pokój znajdował się dokładnie przy pokoju Andrzeja, że moje łóżko było usytuowane przy jego łóżku, a dzieliła nas tylko ściana, oddzielająca jedno mieszkanie od drugiego. W ogóle nie wiedziałam, że istnieje ktoś taki jak Andrzej: chłopak z sąsiedztwa. Kiedy znowu się położyłam, a za ścianą długo już panowała cisza, przesunęłam palcami po wzorze tapety. Paradoksalnie, za jakiś czas miałam się dowiedzieć, że tamtego wieczoru Andrzej robił to samo w tej samej chwili, że nasze palce mijały się o centymetry.

 

Rano zbiegałam po schodach i byłam już przy drzwiach wyjściowych z bloku, kiedy zatrzymał mnie głos.

– Hej, nowa, mieszkamy obok siebie!

Zdezorientowana odwróciłam się i zobaczyłam wysokiego nastolatka z burzą brązowych włosów, obejmującego ramieniem chudą, ubraną na czarno dziewczynę.

– Za ścianą – dodał, nie cofając dłoni z jej talii. – Widziałem, jak się wprowadzaliście.

Przez chwilę bezmyślnie gapiłam się na potężnego siniaka widocznego na jego policzku i myślałam o tamtej awanturze, wracały do mnie krzyki zza ściany. Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo i dopiero wówczas zauważyłam odrosty w jej włosach i mocno umalowane oczy, co jednak nie wykluczało możliwości, że byłyśmy rówieśniczkami, że ona też niedawno skończyła szesnaście lat.

– Skąd jesteście? – Zapalniczka błysnęła, gdy Andrzej przysunął ją do papierosa, a ogień rozświetlił jego oczy. – Ha? Czemu się nie odzywasz? Wystraszyłem cię? Ile ty masz lat?

Zrobiło mi się głupio i odruchowo cofnęłam się do drzwi.

– Nie, po prostu… dopiero wczoraj tutaj przyjechaliśmy spod Gdańska. – Mój głos brzmiał cicho i niepewnie. Patrzyłam na chłopaka ubranego w bluzę w kolorze khaki i dżinsowe spodnie, mającego cerę tak nakrapianą piegami, że przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie wierzyłam, że piegi spadają z nieba wraz ze słońcem. Spodobały mi się jednak jego oczy, które wydały mi się łagodne i wrażliwe.

– Gdańsk jest całkiem spoko. – Uśmiechnął się do mnie.

A trzy dni później cały przedpokój jego mieszkania był we krwi.

Wyszłam akurat z bratem z windy po powrocie z miasta i on zdążył wyszeptać:

– A to co, kur…

W pierwszym odruchu aż się cofnęliśmy, oniemiali. Krew na ścianach, na podłodze, widoczna przez szeroko otwarte drzwi wejściowe do mieszkania. Jak po masakrze. Technicy kryminalistyczni już rozpinali wokół nich żółte taśmy.

– Proszę tutaj nie podchodzić! – zwrócił się do nas jeden z funkcjonariuszy i kazał nam wejść do naszego mieszkania.

Posłuchaliśmy ich. W środku usłyszałam, jak zdenerwowana mama mówi do taty:

– To była jakaś patologia. Sąsiadka twierdzi, że chłopak ma ledwie siedemnaście lat. Mój Boże, taka tragedia! Widziałam go wczoraj na balkonie, ukłonił mi się… Całe szczęście, że nas tutaj nie było, kiedy to się stało!

Zajrzałam do kuchni, a brat szedł za mną krok w krok.

– A co się stało? – zapytał. – Widzieliście tę krew? O co tam…?

– Chłopak z mieszkania obok nas chyba ranił kogoś nożem – odpowiedziała mama, bardzo starając się nie okazać, jaka jest zdenerwowana. – Mój Boże, nie wiem, co mogło w niego wstąpić, że zrobił coś tak okropnego?