Zakazana. Saga diabelska. Tom 1 - Krzysztof Bonk - ebook

Zakazana. Saga diabelska. Tom 1 ebook

Krzysztof Bonk

3,5

Opis

Saga diabelska. Część pierwsza – Zakazana. Cykl dark fantasty.

Dobro umarło, a raczej zostało zamordowane. Wszelka religia, wszelaki postęp należą do przeszłości. Posępne trakty wiecznych wieków średnich znaczą krew i błoto. Powyżej trwa walka o władzę. Poniżej maluczcy skaczą sobie do gardeł o rzucane im z pańskiego stołu ochłapy. Gdzieś tam się kryje magia. Trzy rody posiadły klucze do wieczności. Nie opadł jeszcze bitewny pył. W Otchłani Czeluści się czają diabły. W ciężkim powietrzu wisi zdrada. Antybohaterowie, antybohaterki.

Postaci, które wydawałoby się, że nie mogą już niżej upaść, a jednak. Wszak jest coś jeszcze. Nie jesteś sam w ciemności. Zapamiętaj to oraz fakt, że orgia krwawego zła nadchodzi. Zaprzyjaźnij się z nim, albo giń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 409

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (6 ocen)
2
0
3
1
0

Popularność




Saga śniegu, krwi, ognia, ciemności i błota

Saga diabelska

Część pierwsza – Zakazana

Krzysztof Bonk

© Copyright by Krzysztof Bonk

Projekt okładki: Marta Frąckowiak

e-wydaniepierwsze 2021

ISBN: 978-83-8245-511-3

Kontakt:

bookbonk@gmail.com

https://bonkbook.pl/

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

I. Zakazana

Zamek o brudnoszarym kolorze jakby rozdzierał sobą Przykrą Dolinę – błotnistą nieckę między ośnieżonymi wzgórzami. Każde z postrzępionych wzniesień przywodziło na myśl garb starca. Takiego, który zbyt wiele już widział, zbyt wiele przeżył, by dalej dźwigać brzemię istnienia. Uginał się pod nim, a jego ubiór z gruzu, błota i się rozpuszczającej zmarzliny pokazywał prawdę o tym, co ostatecznie zdobywał człowiek u swego kresu.

Sama twierdza z chropowatymi ścianami wysokich murów właśnie otwierała swe podwoje na przybycie niezwykłego orszaku. Z dalekiej północy i zza zimnych mórz się zjawiali nowi zarządcy, by sprawować pieczę nad tą częścią Starego Królestwa.

Kilka krytych powozów z kołami mielącymi śnieżną breję zajechało w krótkiej kolumnie na zamkowy plac. Matowe drewno topornych karoc, okalające ciasne wnętrza, ociekało łzami jesieni, na które się składały prószący śnieg, siąpiący deszcz i resztki skroplonej mgły.

Jak skowyt konającej staruchy zazgrzytały rdzawe zawiasy drzwiczek w pojazdach. Na ubłocone podłoże wychodziły kolejne postacie.

Jedna z nich, starsza i nieco otyła kobieta z laską w dłoni, została usadzona w lektyce. Matrona miała trupiobladą skórę twarzy, a oczodoły zalane czarnym tuszem. Przywdziewała suknię wchodzącą w matowy błękit. Przepastne odzienie luźno zwisało jej poniżej pasa. Powyżej ciasno opinało sylwetkę kobiety na nieznaną w Starym Królestwie modę. Podobnie niespotykane miała nakrycie głowy. Jej czepiec przypominał dalekowschodni kokosznik, przywodząc na myśl rozciągnięte na pałąkach rybackie sieci.

– To jej teraz służysz? – Kira opierała się niechlujnie o wiejski wóz z wysypującą się z niego przegniłą słomą. Splunęła przez szparę między zębami na imponującą odległość kilku stóp. Trafiła w potylicę jednego z licznych gapiów, zostawiając na płowych włosach starca żółtą flegmę. Patrzyła, jak jej wydzielina leniwie ściekała po wieśniaku i zbierała drugą porcję, się powtarzając: – Pytałam, czy to tej suce teraz służysz, wierny psie? Tej obcej, grubej kalece w błękicie, której nie powinno tu być.

– To lady Bannad Fiskur – odparł spokojnie Bruno, zbrojny najemnik w sile wieku, który zwykle zachowywał spokój, chyba że akurat wyciągnął miecz.

– Fiskur… Bannad. – Kira mieliła zasłyszane słowa w ustach, jak przekleństwa czy imiona samego diabła. – Nazwijmy ją bardziej swojsko. Fiskur Błękitna Kurwa brzmi dobrze. Nie uważasz?

– O pracodawczyni wypada się wypowiadać dobrze, jeśli… – mężczyzna zawiesił głos i twardo dokończył – dobrze płaci.

– A jeśli słabo płaci? – Kobieta posłała kolejną wiązkę flegmy w tłum gapiów. Nie patrzyła, kogo tym razem zdołała ustrzelić. Wyciągnęła zza paska kozik i zaczęła wyskubywać nim bród zza paznokci. Jako niewiasta tak dbała o czystość.

– Jak nie płaci, to wtedy jest kurwa – stwierdził tymczasem Bruno. Poprawił miecz za pasem, klingę dobrej jakości z Al Fhraing, ale z nietypowym jelcem, bo z koszem na wzór asturlyjskich rapierów. Zaczesał do tyłu kasztanowe loki sklejone przez wilgoć, aby opadały mu na plecy brunatnej kolczugi i nie przysłaniały twarzy. Zaplótł ramiona na klatce piersiowej i czujnym wzrokiem, jak owczarek doglądający stada rogacizny, się przyglądał przybyszom zmierzającym do zamkowych wnętrz.

– Poznałeś ich wszystkich? Całą tę fiskurową rodzinkę? – Kira wygrzebała już niemal cały brud zza przydługich i ogryzionych pazurów. Resztę zaschniętego błota najwyraźniej zostawiła sobie na potem. Obecnie się wzięła za zbieranie ostrzem noża kropel deszczu, płatków śniegu i brudu z niezbyt urodziwej twarzy. Przy tej czynności wyglądała, jakby się goliła brzytwą.

– Poznałem.

– Aha. – Kobieta łypnęła okiem na tradycyjnie niezbyt rozmownego Bruna. Przekierowała wzrok na arystokratyczny pochód i warknęła: – To przedstaw mi jaśnie kurwi państwo, może sama się u nich najmę.

– W porządku. – Najemnik odjął jedną rękę od torsu i wskazując nią kolejne osoby, wymieniał: – Ten wysoki, barczysty w połyskującym pancerzu, to Hakarl. Pierworodny syn seniorki Bannad.

– Umie walczyć? Bo jakiś taki rycerski się ten opierzony w stal kogucik… wydaje. – Kirze wydawał się też kurewsko przystojny, jak zresztą każdy mężczyzna w stalowej zbroi, która była warta więcej niż gruda srebra.

– Zdziwiłabyś się, ale ten Hakarl z długim ostrzem w ręku jest więcej niż dobry.

– Z długim… powiadasz? – Kobieta wychyliła głowę, aby dojrzeć krocze wymienionego mężczyzny. – W czymś jeszcze jest… dobry? – Rozmarzyła się.

– Cóż… – Bruno z nieciekawą miną się podrapał po siwawej szczecinie na brodzie.

– Czyli miecz w ręku i fiut między nogami. Taka para do wywijania, a reszta to tylko fasada – zakpiła Kira, myśląc, że to w sumie spełniało jej oczekiwania.

– Taki to typ – zgodził się poniekąd zbrojny. Następnie wskazał na osobę za Hakarlem. – Ta wysoka i chuda kobieta w czarnej sukni to najstarsza córka, Nevaria Fiskur.

– Jest z welonem na głowie, zasłania twarz – zaciekawiła się gładząca nożem po twarzy postać. – Ma pizdę w żałobie, czy jak? I sama ta lady Pizda też jest w żałobie?

– Nie jest, ale tak się nosi – oznajmił Bruno.

– Może jest brzydka jak dupa diabła, bo po chuj jej takie smutne wdzianko? – Kira sama jakby posmutniała, robiąc z ust podkówkę odwróconą nóżkami w dół.

– Podobno rozmawia z duchami.

– Jest szurnięta? – Oczy kobiety się rozbiegły w upiornego zeza.

– Radziłbym ci zważać, co mówisz, oraz… na nią uważać. Jest w niej coś niepokojącego. No i ona nie jest głupia.

– Szkoda, bo zwykle wolę głupie. Ale rzeczywiście ma łeb na karku, bo nawet kontroluje swój krok. Jako jedyna nie wdepnęła w gówno na zasranym dziedzińcu, a to, kurwa, jest sztuka, jakich mało.

– Mówiłem. – Bruno się uśmiechnął z przekąsem, ukazując półgębkiem rząd nierównych i pożółkłych zębów. Potem pokazał ręką na kolejną osobę: – Ten za Nevarią, niższy i odziany po pałacowemu, to Scriptor.

– Że kurwa, jak?!

– Scriptor, tak się nazywa. Przyjaciołom pozwala na siebie mówić Script.

– Pierdolę takie imię, phi. – Dla Kiry imię, to po prostu imię, jakoś się trzeba nazywać. Ale kpić też. Dlatego parsknęła z takim impetem, aż spryskała śliną plecy stojącego przed nią wieśniaka. Zobaczyła, że jej flegma na jego wytartej baranicy zdążyła mu już spłynąć między łopatki. Uśmiechnęła się i podrapała po płaskim tyłku, który ją znowu swędział pomiędzy pośladkami, gdzie się za słabo podtarła białym gąsięciem.

– Script jest uczony w pismach, ale jeszcze większym jest koneserem wina i kobiet – wtrącił Bruno. Osobiście nie zauważał w tym sprzeczności, bo widział już pisma pełne rysunków gołych bab i opisów trunków.

– Aha… – Kira na dłużej przykuła spojrzenie szarych oczu do wyróżniającego się młodzieńca, o którym mowa. Odziany był w śnieżnobiałą tunikę z przesadnie okazałym żabotem w kolorze błękitu pod brodą. Zamiast zwyczajnie iść, pańsko kroczył. – Ma żonę? – zagadnęła łakomie.

– Z tego co mi wiadomo, to nie.

– No to może wpadnę temu Scriptorowi w oko i zostanę, kurwa, panią Fiskur. – Przestała obmacywać swój tyłek i włożyła sobie dłoń za spodnie prosto w krocze, gdzie wulgarnie pogmerała. – Lady Kira Fiskur brzmi dobrze, nawet bardzo dobrze – uznała. – Na taki tytuł moja matka dziwka i jej matka, też kurwa, padłyby trupem. Zresztą sama bym je zajebała, bo to wstyd, aby lady Kira Fiskur miała kurewską familię.

– Ta niska i pulchna w ciemnym płaszczu za Scriptorem to Moray Fiskur.

– Pierdolę, myślałam, że to chłopak. A ty twierdzisz, że jednak piczka.

– To pizda jest. – Bruno raptem zaostrzył wypowiedź, jak nóż na osełce.

– Ho, ho! Gdzie szacunek dla jaśnie sponsorki, jej matecznika, się podział?! – Kira była szczęśliwa, słysząc uwłaczanie komuś, komukolwiek, byle nie jej.

– Szacunek? – Najemnik się rozejrzał na boki, by się upewnić, że nikt nie podsłuchuje. – Dla tej Moray nie mam szacunku. – Pamiętasz Ryżego Sybę? – Nerwowo zadrgał mu mięsień na policzku.

– Syba, Syba… No pamiętam, co mam nie pamiętać. Taki spasiony baryłka był, ciągle o żarciu gadał i dobrze gadał, aż się ośliniałam. Co u niego?

– Już nic. – Bruno wzruszył ramionami, ale nierówno, jakby przeszedł mu po nich dreszcz. – Towarzyszył mi, ale teraz, kilkanaście mil stąd, leży w zimnym strumieniu wypatroszony jak ryba.

– Kurwa czemu?

– Znałaś Sybka, jego lepkie rączki.

– Ukradł coś tym Fiskurom, służąc im? – Kira zrobiła minę, jakby właśnie wydaliła coś nieciekawego w gacie.

– Znałaś go… mógł to zrobić. Ale twierdził, że srebro się wzięło u niego… znikąd i z nożem na gardle nie zdradził, gdzie reszta łupów. – Bruno posłał kobiecie jeden ze swoich nieodgadnionych uśmiechów. Ona pokiwała niby ze zrozumieniem głową, a patrząc na wchodzącą już do zamkowych wnętrz Moray, ponuro skwitowała:

– Rozprułeś go, Sybka.

– Taki rozkaz, taka robota. Brudna, jak brudny jest świat. – Wytarł dłoń o kolczugę, jakby zobaczył na niej krew swej ofiary, jednej z wielu.

– Cóż… – Kira podłubała sfatygowanym obuwiem w grudzie zbitego łajna. – Tym Fiskurom wróżę nie lepszą przyszłość. Brewer, Giles, Struan. Stawiam, że stare klany tu szybko przyjdą i postawią na te mury drabiny, a potem zatkną na nich rodowe chorągwie. To porządny zamek, zechcą go mieć, mając w dupie królewskie nakazy. – Przeniosła wzrok ze zmarzniętego łajna na okazałe baszty. Następnie kopnęła końskie odchody, które się rozsypały na boki i podsumowała: – Nic to, dzięki za ostrzeżenie przed tą Moray. Bo rozumiem, że to ona wydała Sybka?

– Ta….

– No to przynajmniej wiadomo, na kogo otwierać czarcie oko.

– Nie masz czarciego oka. – Bruno wypowiedział prawdę oczywistą, uśmiechając się przy tym kwaśno, jakby usłyszał kiepski żart. Ale w zamyśleniu dodał: – Za to ta… Nevaria. Ona… – Znów się podrapał po brodzie, co czynił nader często, gdy uznawał, że jego domysły się mogły pokrywać ze stanem faktycznym. Gdy nagle się spiął jak podczas musztry: – Al! – krzyknął. – Al!

– Co znowu za… Al? – Kira ziewnęła. Lubiła ziewać, by podkreślić, jak bardzo miała wszystkich gdzieś. Co w zasadzie stanowiło prawdę.

– Al to piąty dzieciak lady Bannad, najmłodsza córka. Nie ma jej, kurwa!

– Czyżby nasz światowy najemnik zgubił młode swej pani i miał… przejebane? Phi, hi… no wybacz, chłopie. – Kobieta prychnęła i tym razem usmarkała samą siebie. Otarła usta i podbródek z kleistej wydzieliny, po czym roztarła ją pod postacią przezroczystej galaretki na skórzanej kamizelce w kolorze zgniłego brązu. Jednocześnie z satysfakcją patrzyła, jak Bruno się uganiał po zamkowym dziedzińcu, daremnie szukając zguby. – Głupi skurwiel… ale przystojniak i przyzwoity jebaka – rzuciła w zimne powietrze.

Zawinęła się w przyniesiony ze sobą kraciasty koc o szaroczarnej barwie. Żeby lepiej się prezentować, poprawiła na głowie coif z osłaniającym go kapturem. W kolejności poszła z resztą lepiej odzianych gapiów do środka zamczyska, aby być świadkiem powitalnej uroczystości.

*

Al stała na rozstaju błotnistych dróg północ południe i wschód zachód. Jej ciężkie buty z twardej skóry grzęzły coraz mocniej w zasysającej ją brei. Trzymała w dłoni garść srebrnych monet rodem ze Starego Królestwa i tak jak jej jasnymi włosami targał wiatr, tak myślami wątpliwości.

Wyprosiła Moray, aby, jak to Moray, wrobiła kogoś w kradzież. Przez to tamten wielki człowiek w szarym futrze miał teraz rozpłatany brzuch, którego wnętrze wyjadały drapieżne ryby. Al miała za to monety matki, dzięki którym mogła wreszcie uciec w nieznane od wszystkiego, co zna.

Zawsze tego chciała, zawsze pragnęła tylko tego. Lecz teraz, gdy uzyskała ku temu sposobność, ostro, jak śnieżna zamieć w środku zimy na Eyjeldsogis, zaatakowała ją nawałnica wątpliwości. Choć odnosiła wrażenie, że było to coś jeszcze.

Więził ją jakby niewidzialny łańcuch, przykuwając do matki i nie pozwalał uciec na wolność. W chwili, która miała być chwilą jej wyzwolenia, poczuła te okowy na sobie mocniej niż kiedykolwiek przedtem. Dusiły ją.

Odbierała w sobie, że jeśli będzie się za mocno szarpać, ciasną obrożą się może zadusić na śmierć lub skręci sobie kark. Widziała już, jak podobnie kończyły łapane przez Hakarla wilki. Kończyły źle w żałosnym skowycie, z pianą i krwią wyciekającą im z pyska, a potem ze zgaszonymi ślepiami. Al nie chciała skończyć jak zdechły wilk. Miała ambitniejsze plany na siebie i swoją przyszłość.

– Co dalej, zimno mi?

Zerknęła z ukosa na małego Flundra. Jak zwykle zdawał się na nią, wydając się na tych pustkowiach bezwolną grudą błota i śniegu, które coraz mocniej oblepiały jego chłopięcą sylwetkę.

Niebo ostro przeciął się rzucający na swą ofiarę myszołów.

Gdzieś w dali zarżał żałośnie koń.

Poszarzałe niebo pociemniało mocniej.

Zimno się zmieniało w szczypiący policzki mróz.

– Idziemy! – rzuciła zdecydowanie Al. Choć miała ledwie jedenaście lat, jedno już bowiem o życiu na pewno wiedziała. Ono nie mogło zastygnąć, zamrzeć, zamarznąć. Życie był to ustawiczny ruch. – Chodźmy – dodała z werwą, pociągając za postrzępiony rękaw małego Flundra.

II. Niebieskie listy

Do głównej sali zamkowej ludzie się schodzili tłumnie niczym muchy do gnijącej rany, czy robactwo zwabione toczeniem trupa. Na kamienną posadzkę wnosili na obuwiu i szatach błoto zmieszane ze śniegiem, ale nie tylko to. Niektórzy przemycali odrażający odór, wszy, pchły i ciała pokryte czyrakami.

Do Aarona, wiekowego już zastępcy baliwa we włościach Zamku Zimnych Łez, należało oddzielanie ziarna od plew. Wpuszczał gapiów, którzy godni byli dostąpić widoku ceremonii powitalnej. Zatrzymywał niegodnych swą prezencją, by uroczystości nie skalali odstręczającą powierzchownością.

Gdyby to od niego zależało, nie przepuściłby przez zamkowy próg nikogo z pospólstwa, tak w swoim mniemaniu cenił czystość i schludność. Jednak z doświadczenia już wiedział, że wielkie uroczystości wymagały wielkiej oprawy, a takowej elementem była ludzka tłuszcza. Niezliczona ilość oczu do podziwiania wspaniałości, wielość uszu do wysłuchiwania podniosłych mów.

Gdyby to od niego zależało, przepuściłby przez zamkowy próg jedynie ludzkie oczy i uszy. Cały brud i smród z ubiorów oraz ciał gawiedzi pozostawiłby tam, gdzie jego miejsce, pośród zawalonego gnojem i łajnem zamkowego dziedzińca, gdzie zresztą nie brakowało też ludzkich odchodów.

Niestety jako wiejski syn, choć uczony w piśmie, nie był baliwem, a tylko, lub aż, jego zastępcą. Stanowił osobę, która współzarządzała zamkowymi włościami w imieniu właściciela, nie mogąc samodzielnie wymierzać i egzekwować praw. Za to ostatnich właścicieli zamku pożegnał w niezbyt miłych okolicznościach, bo z ich udziałem, właśnie w ramach realizacji prawa, był świadkiem ich okrutnego krzyżowania.

Zdrada królestwa, obraza majestatu, spisek, knowania? Nic z tych rzeczy. Członkowie klanu Bruce zostali oskarżeni o największą z możliwych zbrodni, o hołdowanie innowacyjności oraz oddawanie czci starym bogom z czasów, gdy istniało jeszcze coś takiego, jak religia. Stanowiło to wykroczenie zarówno wobec przeszłości, teraźniejszości, jak i przyszłości. Obecnie bowiem postęp był zakazany, podobnie jak czczenie bóstw. W konsekwencji do klanu Bruce dobrała się inkwizycja. To mogło dla wywrotowego klanu oznaczać tylko jedno – wymazanie z istnienia, jak i kart historii, co niniejszym się dokonało.

W miejsce dawnych właścicieli do pozostawionych przez nich włości przybywali na ten czas nowi panowie, a właściwie lordowie i lady zza wielu zimnych mórz, Fiskurowie. Aaron znał ich imiona i opisy postaci z królewskiego listu.

Korzystając z tej wiedzy, ćwiczył uniżone ukłony, aż od kierowania nosa w kierunku posadzki nieznośnie łupało go w krzyżu. Lecz mimo bólu, jak przystało na wytrawnego urzędnika, się z grymasem cierpienia na twarzy również uśmiechał:

– Lady Bannad Fiskur… to dla nas niewymowny zaszczyt. – Minęła go kobieta w błękicie i niesiona w lektyce. – Lordzie Hakarlrze… Witamy, witamy. – Kolejny ukłon. – Lady Nevaria… moje uszanowanie. Lord Scriptor… wyrazy szacunku. – Szacunek do lepiej ubranych i urodzonych osób Aaron wyssał już z mlekiem wiejskiej matki. Obecnie zasysał go do płuc wraz z każdym wdechem w pobliżu możnych tego świata i pomnażał z każdym ukłonem. – Lady… Moray, jak sądzę. – Popatrzył nieco podejrzliwie na chłopczycę w płaszczu, zastanawiając się, czy aby tym razem się nie pomylił, co do statusu gościa.

Szybko odgonił wątpliwości. Wyczuwał arystokrację na wiele mil. Miał taki zmysł, a przede wszystkim wrażliwy nos, przez co czuł, że chłopczyca zwyczajnie nie śmierdziała, jak kolejne osoby z tłumu.

– Już wystarczy, odsuńcie się, no już! – Wkrótce wręcz zagrzmiał na pchający się do zamku motłoch. Przy okazji wyprostował sylwetkę, jeszcze się wspinając na palcach, by wyglądać na wyższego niż w rzeczywistości. Nawet dumnie zadarł głowę. Przyjemne uczucie.

– Aaronie!

– Ty możesz wejść. I… mam z tobą do pogadania – powiedział z wyższością do Kiry, którą przepuścił.

Pewnie nie powinien był udzielać jej wstępu, znając brud jej umysłu i ciała. Lecz miał do niej prywatny interes, więc na nią akurat mógł przymknąć oko. Wszak posiadało ono, podobnie jak drugie, wyjątkowo ruchliwą powiekę, wydawałoby się do przymykania na pewne sprawy wręcz stworzoną.

Po zamknięciu bramy ustawił przy niej strażników, po czym się udał odszukać w tłumie gapiów Kirę. Przepychał się do przodu, bo jak ją znał, a znał ją dobrze, sama tam polazła, by mieć dobry widok na ceremonię.

Nie pomylił się. Stanął koło wspomnianej kobiety, czyniąc to w trzecim rzędzie. Trochę żałował, że nie w pierwszym. Za rekompensatę miała mu służyć obecność najemniczki, do której ściszonym głosem zagadnął:

– Jest problem z wdową Irmą.

– Ta, co z nią?! – Kira nie była zainteresowana ględzeniem starego capa Aarona. Wpuścił ją, zrobił swoje, jak dla niej mógł już zdychać. Nawet powinien, żeby jej nie zawracał głowy.

Ona wyglądała pomiędzy ramionami dwóch zamkowych dam do towarzystwa. Patrzyła na podest, gdzie na wystawnym krześle zasiadła lady Bannad. Koło niej baliw Archibald, jako mistrz ceremonii, roztaczał woń kadzidła z tlącego się kosza bujanego na długim łańcuchu. Po bokach jego pomocnicy zapalali szare świece na wysokich stojakach.

– Jest problem z wdową Irmą, to nie powinno czekać. – Aaron rozumiał powagę i doniosłość ceremoniału. Ale nawet ktoś tak nisko urodzony i niewychowany, jak Kira, powinien rozumieć, że jeśli zwracał się do niej zastępca baliwa, powinna poświęcić mu uwagę. Skoro nie działało słowo, użył dosadniejszego argumentu.

– Kurwa… – syknęła najemniczka. Skrzywiła się na twarzy i spojrzała na swoją stopę w miękkim obuwiu, którą przydepnęło twarde obuwie tego bydlaka, Aarona. – No co z tą kurwą, Irmą, wdową? Mów – warknęła na odczepnego. Odpowiedział jej dyskretny szept skierowany wprost do jej osłoniętego kapturem ucha:

– Twierdzi, że jest ze mną w… ciąży.

– Ona też?! – Kira odruchowo zakryła dłońmi własne krocze, jakby w obawie, że obleśny Aaron także i ją zechce zapylić i to podczas trwającej już uroczystości.

W sumie to mógł, ale jego cena, którą zwykle proponował, jej nie satysfakcjonowała. Ten skąpy wieprz, zbereźnik, uwodził bowiem tylko słowem, nie srebrem. W Zamku Łez wyłuskiwał płaczliwe niewiasty, najczęściej wdowy, i tak długo je pocieszał, aż mogły się cieszyć z nowego potomstwa. Lecz dbający o swe dobre imię Aaron nie był wówczas pocieszony, czemu się starał przeciwdziałać:

– Niech Irma przestanie mnie szkalować, pomawiać o ojcostwo. Nie jestem ojcem jej dziecka.

– Czyżby? – Kira wyszczerzyła brudne zęby. – W jej dłoń wciśnięta została srebrna moneta. Przyjemne odczucie chłodnego i metalowego krążka w dłoni sprawiło, że nad wyraz łatwo zmieniła zdanie: – Nie jesteś ojcem dziecka Irmy, to oczywiste. Każdy, ale nie taki prawy mąż, jak ty. Jeśli ta wdowa twierdzi inaczej, to jej wytłumaczę, że się jednak myli.

– Hmh… – mruknął tylko Aaron. Dawał tym do zrozumienia, że po dobiciu targu jego rozmówczyni nie była już kimś godnym dalszej z nim rozmowy. Ona, rada z tego powodu, że już jej nie zaczepiał, a dostała nawet gówniane zlecenie, skoncentrowała się na ceremoniale.

Z powodu Aarona sporo jej umknęło, w tym wzniosła przemowa baliwa Archibalda na temat… czegoś tam. Kiry nie interesowało znaczenie słów. Ale podobało się jej dźwięczne brzmienie głosu urzędnika. Ciekawie według niej się rozchodziło echem po przestronnych wnętrzach. Coś chyba jak muzyka.

Samej muzyki bowiem, ale takiej prawdziwej z instrumentami, nigdy nie słyszała. Nie ona jedna. Od dawna ta sztuka była zakazana, jako wyzwalająca swawolę ducha. Wszechwładna inkwizycja dbała o to, aby duch, także Kiry, dla dobra świata nie był swawolny. Więc na muzykę pozostawała głucha.

– To chyba ona… Raszida – wtrącił, jakby sam do siebie, Aaron.

Oto przed audytorium w sali wyszła kobieta, która nietypowo drobiła kroczkami. Stanęła frontem do gości, a słudzy ściągnęli jej z głowy welon. Także zdjęli z niej wierzchnią tunikę, ukazując kobietę odzianą tylko w zwiewne giezło o nieskazitelnej bieli.

– Oooch… – Przez tłum przeszedł przeciągły pomruk, gdzie zdziwienie się mieszało z obawą i ta druga dominowała.

– Kurwa, ona nie ma rąk. – Kira zagryzła sobie język niemal do krwi.

– Nie ma całych ramion, od opuszków palców do obojczyków – uściślił Aaron. Zaś najemniczka koło niego zauważyła:

– Za to ma czarne, gęste i kręcone włosy na głowie, jak ja wokół pizdy. No i jej skóra, ona jest brązowa. Może to okiełznana diablica? Ma czarci ogon?

– To zaufana służąca lady Bannad, właśnie ta Raszida. – Zastępca baliwa popisał się przed maluczką wiedzą pochodzącą z listu od króla, który baliw Archibald, jemu, jako w odniesieniu do niego maluczkiemu, łaskawie pokazał. – Ona pochodzi z południa, z dalekiego południa – zaznaczył.

– Toż widzę, że nie wyskoczyła ze śnieżnej dupy, diablica jedna. – Po ugryzieniu sobie języka Kira zagryzała wargi w grymasie narastającego zaintrygowania. – Ależ ona jest cudaczna – stwierdziła niemal z zachwytem.

Nagle salą wstrząsnęło z pogłosem pięć głuchych uderzeń laską. Pochodziły od zasiadającej na tronie lady Bannad. Zapanowała pełna oczekiwania cisza, a także bezruch.

Ciszę wyjątkowo śpiewnie przerwała kobieta z ciemnooliwkową twarzą i bez rąk, Raszida:

– Lord… Hakarl – oznajmiła. Jej głos łagodnie popłynął w przestrzeni niczym samotna łódź na jeziorze o bladym poranku bez wiatru i fal.

– To się chyba nazywa… muzyka, a przynajmniej ten, no… śpiew. – Kirze przyjemnie pobrzmiewał w uszach melodyjny głos Raszidy. – Grrrss… – syknęła raptem z powodu ponownego przygniecenia jej obcasem stopy przez Aarona. Tym razem za użycie zakazanego słowa się odnoszącego do zakazanej czynności. Ach ta muzyka i śpiew, no zamarzyły się jej.

Następnie zobaczyła kroczącego ku matce wywołanego z imienia mężczyznę. Jego zbroja połyskiwała srebrem, aż kłuło w oczy.

Ależ się jej podobał, coraz bardziej. Może zemdleje z wrażenia i młody ogier Hakarl ją pochwyci w ramiona, zanim upadając, rozbije sobie czerep o kamienną posadzkę?

Poczuła się, jakby dostała rui. Podobno miewały tak kobiety w dzikich plemionach. Kira sama się poczuła dzika – nagle chciała się gzić.

*

Pierworodny syn lady Bannad z jednego z krzeseł ustawionych w rzędzie przed widownią wstał tak sprężyście, jakby te zawierało mechanizm katapulty. Puścił oko siedzącemu sztywno Scriptorowi i ruszył żwawo w kierunku matki. Jednakże te kilkanaście kroków, jakie miał do celu, już zaraz pokonywał niczym w narastającej zamieci, lub gdyby się przedzierał przez zbrojne zastępy.

Pewności siebie nigdy mu nie brakowało. Ale wyjątek stanowiła lady Bannad oraz jej listy, przed którym to duetem czuł respekt.

Tak jak jego rodzeństwo tak i on z ust matki nigdy nie usłyszał choćby słowa. Matrona rodu Fiskur od zawsze ze swymi dziećmi się porozumiewała wyłącznie za pomocą niebieskich listów. To z nich ją znał. Z pokrytych ozdobnym pismem kartek.

Co zawierały te matczyne zapiski? Wszystko co dziecko mogło usłyszeć od matki. Była tam otucha i zachęta. Znajdowało się też ruganie oraz groźby za psoty i niespełnianie pokładanych nadziei. By je spełniać i zasłużyć na matczyną łaskę, należało wykonywać sumiennie nakreślane w listach zadania.

Hakarl wykonywał je z największym oddaniem. Przy czym nie miał z tym większych problemów, bo w jego przypadku polecenia dotyczyły głównie treningu walki. Tak się więc złożyło, że spełniając matczyne polecenia, się spełniał sam, robiąc to, co kochał.

Jednakże otrzymywanie listów się wiązało z czymś jeszcze, co trudno było wyrazić. Zapisane w nich słowa wydawały się posiadać jakby moc. Nie dało się sprzeciwić ich treści. Nie istniała możliwość, aby je zlekceważyć. Ich znaczenie zawsze było doniosłe. Odbierając je, Hakarl odnosił wrażenie, jakby wkraczał w zakazaną sferę sacrum, której nie miał prawa sprofanować odmową wobec treści piśmiennych nakazów.

– Matko… – Przed kobietą na tronie przyklęknął na jedno kolano. W spodniach z metalowej plecionki poczuł w zgiętym stawie kolanowym nieprzyjemne napięcie i odebrał chwiejną pozycję.

Z matczynej dłoni odebrał błękitny list. Już czuł jego moc. Zapisane słowa jakby emanowały z wnętrza koperty zapieczętowanej błękitnym znakiem przedstawiającym rybę, herb Fiskurów.

– Dziękuje, matko. – Hakarl sztywno wstał. Spojrzał jeszcze w ciemne oczy rodzicielki, których nigdy nie mógł dostrzec wtopionych w czerń tuszu.

Nigdy jeszcze nie spojrzeli sobie nawzajem w oczy. Tym razem nie było wyjątku. Odszedł więc z uczuciem napięcia w oczekiwaniu, co dane mu będzie za moment przeczytać.

*

– Lady… Nevaria.

– Ależ ona ładnie… śpiewa, ta Raszida. Ajć, noż kurwa…

Aaron znów skarcił drewnianym obcasem Kirę. Ona wiedziała, że te wymierzane w nią akty dominacji sprawiały mu chorą przyjemność. Za te jebane tortury jej miażdżonej stopy powinna zażądać jeszcze jednej monety. Ale wyjątkowo nie myślała o srebrze. Z rozdziawioną gębą się wspięła na palcach, aby lepiej widzieć wysoką kobietę, która wstała z krzesła i przygarbiona, jakby z obawą, poszła w stronę tronu.

*

Nevaria, która od dziecka utykała na lewą nogę, tę u niej krótszą i ze zniekształconym biodrem, tradycyjnie szła, lekko kulejąc. Nie przeszkadzało jej to zważać na każdy krok stawiany w miękkim obuwiu na twardej podłodze.

Podobnie uważała na każde słowo zawarte w listach matki. Uczyła się ich na pamięć, znała je wszystkie upięte w zgrabne zdania, akapity, pełne treści. Lecz od zawsze próbowała zrozumieć w nich coś jeszcze, odnaleźć ukryte przesłanie, drugie dno. Czuła, że nie otrzymywała jedynie matczynych przekazów; wyrazów uznania, besztania, czy poleceń do wykonania. Żywiła przekonanie, że za listami stało coś więcej, w czym nieświadomie brała udział. Podpowiadała jej to własna świadomość, która do poślednich nie należała.

– Dwudziestosiedmioletnia kobieta przyklękła przed tronem i zdjęła z twarzy czarną woalkę. Kątem prawego oka dostrzegła zjawy, przyglądające się jej duchy przeszłości, które spoglądały na nią, jako na przyszłość. Po przeciwległej stronie lewym okiem zobaczyła duchy przyszłości. One również na nią patrzyły, widząc w niej przeszłość.

Spojrzała na matkę, czyli teraźniejszość. Wyciągnęła przed siebie rękę i jak zwykle próbowała spojrzeć matce w oczy, przeniknąć spowijającą je czerń. Jak zwykle nie odniosła sukcesu.

Biorąc list, chwyciła matczyną dłoń. Była zimna, wręcz lodowata, jakby pusta, bez krwi i bez życia. Od tego dotyku nie czuła nic. Z kolei pochwycenie koperty sprawiło jej fizyczny ból. Odebrała go wyraźnie na twarzy, w klatce piersiowej i w podbrzuszu. Przez jej jelita prześliznął się jakby jadowity wąż, kąsając ją. Z doświadczenia wiedziała, że wykonanie treści listu się przełoży na takie właśnie doznania. Ból.

*

– Lord… Scriptor.

– To mój przyszły mąż. – Kira się wyszczerzyła bezczelnie, sprytnie zabierając też bliższą Aarona stopę z miejsca, gdzie stała. Dzięki temu uniknęła uderzenia obcasem. Sama się pokusiła o odwetowy atak podeszwą z grubych skór. Może i nie sprawiła zastępcy baliwa specjalnego bólu, ale jej było górą. Konkretnie jej stopa na cudzej. – He, he… – Jej złośliwy uśmieszek poszerzył się.

*

Scriptor kroczył i puszył się jak paw, którym się w zasadzie czuł. Szedł wolno, a także zygzakiem, aby jak najdłużej był podziwiany przez gawiedź. Znaleźć podziw w oczach ludzi to pierwszy krok, aby wejść w ich serca i dusze. Temu hołdował.

Na chwilę odwrócił głowę i posłał całusa pierwszej lepszej dziewce. Wieśniaczka w kapturze wyglądała pomiędzy ramionami dam do towarzystwa i się szczerzyła paskudnie. Otrzymała łaskę od wielkiego pana. Kiedy następnym razem, jak sukę w rui, będzie ją krył jakiś łachmaniarz, może wspomni prezencję Scripta i będzie jej nawet dobrze.

Ale chuj z nią, chuj ze wszystkimi wieśniaczkami, które zamiast białego uśmiechu pokazywały między wargami brązową gnojowicę. Prawdziwy bal się dopiero zaczynał. Zaproszeniem na niego miał być matczyny list. Młodszy syn lady Bannad był przekonany, że otrzyma przepustkę do bogatych krain. Bowiem jego przeznaczenie to nie wegetacja w samotnym zamczysku na północy, śnieżnym zadupiu świata. Do niego miał należeć sam świat.

– Matko. – W przyklęku odebrał list. Na rodzicielkę nawet nie spojrzał. Czy ona kiedykolwiek patrzyła na niego? Nic więcej nie powiedział. I tak wyraził się w bogatszy sposób na głos, niż ona kiedykolwiek do niego raczyła. Odwrócił się do niej tyłem. Czy ona stała kiedykolwiek przy nim naprawdę go wspierając, jego dążenia? I tak i nie, ponieważ treść jej listów czasem korespondowała z jego dążeniami, a czasem stała przeciw nim. Jak będzie tym razem?

Znał diabelną siłę tych przeklętych słów zapisanych fikuśnym pismem. Wręcz podejrzewał, że stały za tym pradawne czary. Jednak byle zapisana treść go nie zawiodła, bo nie ręczył za siebie, jeśli matka zechce zamknąć przed nim wrota władzy i luksusu. Każdy swoje przeznaczenie miał. On swoje już poznał.

Zerknął w lewo i puścił oko do ducha przyszłości, który spoglądał na niego.

Nevaria, przez niektórych brana ze swą przypadłością za wariatkę, nie była w swej zdolności osamotniona. Ale to on, Scriptor, osiągnął biegłość w pismach, także tych zakazanych. Z tego powodu wiedział, albo już prawie wiedział, jak czarcie oko do końca otworzyć i wykorzystać. Jeżeli zaś jeszcze nie całkiem było mu to wiadome, to i tak się dowie. Już wkrótce, już niebawem. Chyba że odciągnie go od tego coś bardziej atrakcyjnego, mianowicie wielki świat ze wszystkimi jego bogactwami. Czas pokaże.

*

– Lady Moray. Lady… Moray?

– A to spryciula. – Kira aż przyklasnęła w dłonie. Zobaczyła, że wywołana córka lady Bannad nie wstała z rzędu krzeseł, a niespodziewanie, jak duch, się wyłoniła zza samego tronu.

Rozochocona najemniczka odebrała to, jako zakazaną sztuczkę kuglarską. Dobry nastrój jej przez to nie opuszczał, odkąd młodszy panicz Fiskur wyłowił ją, właśnie ją, z tłumu i na odległość pocałował.

O matko kurwo. Taka magia też powinna być pewnie zakazana. Ale nie była. Przez to Kira jeszcze mocniej się wyszczerzyła, się już śliniąc, aż płaty śliny, jak klaczy po galopie, skapywały jej ze zwisającej nisko żuchwy.

*

Moray uklękła przed matką i lekko ujęła list w dłoń. Nie ciągnęła go ku sobie. Czekała, aż matka puści pierwsza. Postrzegała innych, jak przeciwników w grze. Traktowała niczym pionki i czekała na ich ruch, by wykonać własny, najlepiej niespodziewany, wprawiający wszystkich w osłupienie. Nie inaczej rzecz się miała teraz.

W oczekiwaniu na zluzowanie uchwytu matczynej dłoni nastawiała wyczulone zmysły. Odbierała za sobą mieszaninę potu ze znoszonych ubrań wieśniaków, ich nieświeże wyziewy z ust i odór łajna wniesionego tu na podeszwach. Słyszała chrząknięcia, pierdnięcia, ludzkie szmery i piski, rwane rozmowy.

Wyczuwała również coś jeszcze, co jednak nie należało do naturalnego świata zmysłów, a wydawało się pochodzić spoza niego. Lecz był to świat ciągle niedostępny dla Moray. Odbierała jedynie jego cienie. Choć te stawały się dla niej coraz wyraźniejsze.

Nagle lady Bannad zamiast puścić list, wyrwała go z dłoni swej córki. Ona złożyła dłonie na znak pokory.

Matka była chyba jedyną osobą, która sama ją zaskakiwała. Żywiła przez to wobec niej szacunek i traktowała jak godnego rywala. Takiego, który właśnie określił w liście nowe warunki gry.

Czego tym razem będzie ona dotyczyć i co stanowić będzie warunki zwycięstwa? Moray nie mogła wiedzieć. Ale jak zwykle podejmie matczyne wyzwanie, którego już się nie mogła doczekać.

Niczym złodziej dokonujący udanej kradzieży, pewnie chwyciła i zabrała list, oblizując ze smakiem usta.

*

– Lady… Al. Lady… Al? Al?!

– Nie ma jej. He, he. – Jak przypływ morza Kira odczuła wzrastającą w niej falę satysfakcji na myśl, że Bruno się ciągle uganiał za zbłąkanym bachorem. Za zgubienie swego dzieciaka lady Bannad jak nic obetnie mu ręce, jak tej brązowej suce, śpiewaczce Raszidzie.

I bardzo dobrze. Kira z chęcią obejrzy takie przedstawienie, tak samo jak teraz z przyjemnością oglądała tajemnicze obdarowywanie listami. Zaś okaleczony Bruno może zacznie cienko śpiewać. Też chętnie posłucha, zanim dopadnie go inkwizycja. Wszak w tej części Starego Królestwa niewiele było rozrywek.

Zaskrzypiała zamknięta brama do zamkowej sali, się otwierając.

– Chodź, no chodź, szybciej! – Zapanowało poruszenie. Pomiędzy ciasno zbitym tłumem się ktoś przeciskał. – No już, biegnij, biegnij do matki. – Bruno wyszedł przed szereg przednich krzeseł i zasadził klapsa dziewczynce w ubłoconej tunice. Ona truchtem podbiegła do tronu i w poślizgu padła przed nim na kolana.

*

Al prawie wjechała na klęczkach w matczyne krzesło. Zdyszana wyrzucała z ust kłęby pary w chłodnym powietrzu. Jej serce waliło szybko. Nie przestawało tak właśnie bić, odkąd podczas pieszej ucieczki dogonił ją ten Bruno na koniu i pochwycił.

Poprosi Moray, aby go wrobiła w coś złego i zostanie wypatroszony, jak ryba. Choćby za to, jak potraktował małego Flundra. Pchnął go, aż malec się potoczył po stoku wału w głęboką kałużę.

Jednak obecnie Al klęczała przed matką. Z rezerwą patrzyła na trzymaną przez nią kopertę. Znała siłę zapisanych w niej słów. Wiedziała, że zaraz weźmie list, przeczyta go, a potem wypełni wszystko, co zawiera, co do joty. Zawsze tak było, odkąd zdołała sięgnąć pamięcią.

Westchnęła głębiej. Jej ręka jakby sama ujęła list. Zachowywała się, zupełnie niczym bezwolna ćma zmierzająca ku światłu na swą zgubę. Zatem Al odwróciła się od zwodniczego światła. Nie chciała być ćmą. Już wiedziała, jak źle w świetle kończyły ćmy. Spojrzała więc w czerń matczynych oczu.

Widziała je tak wyraźnie – dwie czarne i nieprzeniknione kule pozbawione źrenic. Script powiadał, że takie oczy miały mieszkające pod ziemią diabły. Lecz Al nie zwracała uwagi na diabelskie spojrzenie matki, a w jej oczach coś niezwykłego.

Uśmiechnęła się. Zobaczyła płynące w nieznane potężne okręty. Pomiędzy masztami, jak morskie ptaki, szybowały duchy przeszłości i przyszłości. Ale była tam i ona, Al. Stała na dziobie wpatrzona w wodny bezkres i to bynajmniej nie, jako duch.

W tym momencie się rzuciła na szyję zimnej kobiety. Jej lodowatość ją przeniknęła, aż nią zatrzęsło. Ale za podarowaną wizję i tak utuliła ją z całych sił. Następnie szarpnęła ku sobie list i w podskokach pobiegła do rodzeństwa na krzesłach.

Statki. Już niedługo znów będzie na pełnym morzu, a może nawet oceanie. Widziała to, widziała to w czarnych oczach matki.

III. Podjęte decyzje

Trwała zimna noc, a także uczta powitalna na cześć nowych właścicieli Zamku Zimnych Łez. Ci z pospólstwa, którzy się nie załapali na ceremoniał połączony z wręczaniem listów, przed zmierzchem zostali wypędzeni za bramy twierdzy. Dla reszty osób służba przyniosła stoły, które w zamkowym holu ustawione zostały w długi rząd wychodzący aż na dziedziniec.

Na dębowe blaty zawitały napitki i jadło. Obok dzbanów i kufli piwa pojawiło się pieczone mięsiwo; tłuste prosię i barany z rożna. Kto chciał, łamał się z innymi pszenicznym chlebem maczanym w zupie z leśnych grzybów, pokrzywy oraz cebuli.

Świętowaniu towarzyszyły rubaszne śmiechy i gwarne rozmowy. Ale już nie zakazane przyśpiewki, tańce, czy muzyka.

Na dziedzińcu, gdzie podpalono stosy drewna, dodatkowe ciepło i światło miało zwiastować udane rządy Fiskurów w przejętych przez nich włościach. Chociaż odbywał się tu również pokaz, który cieszył oczy gapiów i był dozwolony. Stanowiła go seria niemal teatralnych pojedynków.

– No dalej, już, dawajcie! – Zdyszany Hakarl zagrzewał kompanów do dalszej walki. Reprezentacyjną zbroję dawno już zdjął i paradował jedynie w płóciennej koszuli oraz w spodniach. W prawym ręku trzymał krótki miecz wzorowany na gladis, a w lewym trójzębny nóż. – Stein, może ty?! – rzucił ochoczo do zgiętego wpół wojownika z rodzinnych stron. Ten, zniechęcony serią porażek z Hakarlem, tylko pomachał na odczepnego toporem. – Bitur, a ty, doszedłeś już do siebie?

Rosły blondyn związał rzemieniem długie włosy mokre od potu i prószącego śniegu. Uniósł przed siebie dwuręczny miecz, po czym biegnąc pomiędzy dwoma szpalerami ognisk, zaatakował:

– Grhaaa! – wsparł się gardłowym okrzykiem, wymierzając cios przytępionym, bo ćwiczebnym, orężem.

– Ho, ho! – Hakarl zwinnie uskoczył z linii cięcia sunącego na niego z góry na dół. W dolnej pozycji pochwycił w zęby noża wrogą klingę i napierając na nią, ją przyblokował. Następnie z półobrotu zasadził przeciwnikowi płazem krótkiego miecza głośnego klapsa w tyłek.

– Ha, ha, ha! – Publika gruchnęła śmiechem. Zaś pierworodny syn lady Bannad pogroził Biturowi orężem i z niewinnym uśmiechem na ustach zaczepnie rzekł:

– Bądź wdzięczny, przyjacielu, że nie poszerzyłem ci w tyłku rozcięcia!

Ów przyjaciel obrzucił Hakarla niby wzgardliwym spojrzeniem i chełpliwie odparł:

– Mogłeś poszerzyć, miałbym lepsze sranie. A tak… – Wskazał na swe pośladki, przykucnął i boleściwie napinając mięśnie twarzy, symulował zaparcie.

– Ha, ha, ha! – Niezbyt wybredna widownia dzikim rykiem znów nie zawiodła. Natomiast Bitur od niechcenia dodał:

– Za tobą.

Hakarl wykonał obrót. W ostatniej chwili się zasłonił mieczem przed atakiem topora drugiego z wiernych kompanów, czyli Steina. Stal zazgrzytała niemiłosiernie o stal. Od siły ciosu lord Fiskur nie zdołał utrzymać pozycji. Ale nie padł na plecy. Przełamany zrobił efektownego fikołka do tyłu i już stał na ugiętych nogach w gotowości. Zamkowym dziedzińcem wstrząsnęły wiwaty i huczne oklaski.

*

– Twój brat, Jaśnie Panie, dobrze walczy, wyjątkowo dobrze.

– Bo to mój brat, a nie twój. – Oparty o wóz ze słomą Scriptor wyszczerzył białe i równe zęby w kierunku walczących. Na wypowiadającego się ku niemu starca w granatowej tunice nie raczył nawet spojrzeć. Ten się uniżenie przedstawił:

– Jestem Aaron, tutejszy zastępca baliwa, wieloletni sługa Bruców w Zamku Łez, a obecnie Jaśnie Państwa wierny sługa.

– Załatw go! Dobrze, teraz barkiem, ha! – Scriptor zagrzewał do walki się pojedynkującego brata. Wymachiwał przy tym pucharem, z którego się wylewało specjalnie dla niego otwarte czerwone wino. – Co mówiłeś? – Nieco zainteresowały go też słowa starca. – Że kim niby jesteś?

– Zastępcą… zastępcą baliwa. – Aaron trochę wyprostował sylwetkę. Skorzystał również z tego, że zaszczycono go uwagą. Przez to w wychwalaniu swych przymiotów poszedł za ciosem, jakby to on się znajdował z bronią w kręgu ognisk, tyle że ze słowną: – Mogę służyć wiedzą, radą. Mogę coś dyskretnie załatwić, sprowadzić kogoś do komnaty. Potem dyskretnie wyprowadzić. Albo uciszyć, jak ktoś za dużo gada. Podjudzić tłum, jak ma coś gadać. – Coraz żwawiej gestykulował. – Mogę…

– Możesz stulić pysk i posłuchać, co ma ci do powiedzenia wielki pan.

Wobec tych słów Aaron znów się zgarbił, a jego rozwiązany właśnie język sztywno utkwił przy podniebieniu.

– Może ty, Script! – wrzasnął nagle Hakarl, który przed chwilą posłał w błoto Steina.

– Już cię pokonałem, zanim wszedłem do ognistego kręgu!

– Niby czym?! – zdziwił się starszy syn.

– Osobistym urokiem! – Wyszczerzony młodzian dumnie wypiął wątły tors z błękitnym żabotem.

Hakarl tylko machnął na niego mieczem i zajął się prowokowaniem do pojedynku miejscowych strażników. Scriptor zaś burknął do przygarbionego starca:

– Możesz załatwić mi na noc młodą dziewkę? Ale czystą, koniecznie czystą, z jasną skórą i kompletem nie zgniłych zębów.

– Cóż… – Aaron położył dłoń na swej długiej i siwej brodzie, którą zaczął niespiesznie przeczesywać.

– Możesz załatwić dziwkę, czy nie? Bo na ciebie raczej nie polecę. – Scriptor znów zaszczycił rozmówcę chwilowym spojrzeniem, puszczając mu błękitne oko i drwiący uśmieszek.

– Jaśnie Pan… wybaczy. – Zastępca baliwa udał zmieszanie. Wyciągnął przed siebie ręce i masując knykcie jednej dłoni palcami drugiej, w zadumie i na głos rachował: – Czysta. To trzeba ją umyć, a nie każda się da umyć tak za nic. Z zębami, to wiadomo, że zdrowsza. Zdrowsza to lepiej odżywiona, a jedzenie kosztuje…

– Masz. – Młodzieniec podrzucił dwie srebrne monety, które po opadnięciu utonęły w mokrym śniegu. Starzec je wygrzebał, garbiąc się przy tym i jęcząc nie wiadomo z bólu czy zachwytu, a zapewne z powodu obu tych wrażeń.

Nie zdążył się jeszcze całkiem wyprostować, oczyszczając srebrzącą się zdobycz o tunikę, zaś Scriptor tym razem rzucił w powietrze nie monety, a słowo:

– Strughlea.

– Tak…? Co z tym miastem, dobry panie?

– Znasz je?

– Cóż mogę… powiedzieć. – Aaron ciężko stęknął i zrobił okrągłe oczy, jakby pomiędzy ogniskami, gdzie się pojedynkowali wojownicy, nagle zobaczył wymienioną miejscowość. – Strughlea leży dość blisko stąd i jest, że tak powiem, średniej wielkości mieściną – zaczął ostrożnie.

– Średniej… mieścina. – Scriptor zrobił minę, jakby jego wino w pucharze się zmieniło w krowie szczyny. Nie uszło to uwadze Aarona, przez co kontynuował jeszcze ostrożniej:

– Zatem Strughlea… to portowe miasto kupców i niewielu zdolnych… rzemieślników. Można tam jednak znaleźć towary niemal z całości Starego Królestwa.

– A dalekowschodnie jedwabie? Asturlyjskie sukno? Biżuterię z Tuskany?

– Cóż… – Urzędnik wyjątkowo długo i powoli wypuszczał powietrze przez usta zwinięte w ciasną rurkę.

– Kurwa mać, wiedziałem. – Raptem całkiem zdegustowany młodzian resztę wina z pucharu wylał. Czerwony trunek, jak krew, się rozlał u jego stóp. Następnie cisnął srebrnym naczyniem w walczących, gniewnie krzycząc: – Zabij go, zabij, kurwa! – Nie mniej agresywnie warknął na odchodne do znów mocniej zgarbionego starca: – Przyślij do mnie chętną kurewkę, tylko jak najszybciej. Będę w swojej sypialni.

– To będzie… zaszczyt. – Zastępca baliwa dłuższy czas pozostał w pozycji z grzbietem w poziomie i twarzą skierowaną ku ziemi.

Od gruntu czuł kwaskowaty zapach wylanego tam wina. Do jego uszu dochodziły wybuchy śmiechu gawiedzi i wojownicze okrzyki Hakarla, który prowokował kolejnych śmiałków. Wokół dostrzegał zmienną grę światła i cienia od wznieconych płomieni i przesuwających się na ich tle ludzi. Za to gówniany odór na dziedzińcu czuł coraz mocniej ten sam, co zwykle. Przebijał przez woń wina i mocne perfumy, które się stąd ulotniły wraz z paniczem Fiskurem.

Kiedy Aaron nabrał pewności, że młodszy syn lady Bannad odszedł, zabierając ze sobą swój wytworny zapach, jak i równie wytworną personę, ostrożnie się wyprostował. Wyjątkowo się skrzywił na twarzy, bo raptem przez krzyż przebiegł mu tak kłujący ból, jakby rozwarstwił mu się kręgosłup i kolczastymi wyrostkami zadał dźgnięcia niczym ciernistym krzewem.

Pomasował się boleściwie po lędźwiach. Zastanowił, na ile jeszcze wystarczy mu zdrowia na przyzwoite ukłony? Co się wydarzy, gdy już nie będzie mógł się zginać dość nisko? Co, jak plecy zesztywnieją mu tak bardzo, że w ogóle odmówią posłuszeństwa i pośród arystokracji będzie kroczył dumnie, jak paw?

Wolał nie snuć tak przykrych wizji zwiastujących niepewność jutra. Zamiast tego z uznaniem wspomniał rozmowę z paniczem Fiskurem. Został przez niego potraktowany jak kupa łajna, czyli prawidłowo. Obawiał się bowiem, iż zza zimnych mórz przybędą tu niewychowani nędzarze odziani tylko w arystokratyczne piórka. Ale jego obawy na szczęście się okazały płonne.

Zagryzł poszczerbione zęby na jednej to drugiej monecie ze srebra, które otrzymał. Następnie poczłapał w kierunku oklaskujących lorda Hakarla wiejskich dziewek.

W świetle ogniska musiał obejrzeć im uzębienie, a jedną z nich umyć. O to, że wyselekcjonowana przez niego dama się da zerżnąć paniczowi Scriptorowi był spokojny. Co więcej, zamierzał zachować przynajmniej jedną monetę dla siebie.

*

Zanim najnędzniejszy motłoch wypędzono wieczorem za bramy zamku, Moray po części interweniowała. Z anonimowego tłumu wiejskich obdartusów wyłuskała pięć sierot w wieku od około pięciu do dziesięciu lat.

Obecnie, gdy trwała już nocna uczta, przejętą dzieciarnię trzymała na uboczu przy zamkowym murze. Sama usiadła na zakrwawionym pniaku, który służył do dekapitacji na nim drobiu. Dzieci zgromadziła naprzeciw siebie i kazała im siedzieć na śniegu.

Z czasem jak małe foczki się razem ścisnęły, by się nawzajem ogrzać. Ich wzrok raził głodem.

Kiedy Moray się upewniła, że dziatwa solidarnie już zmarzła od bezruchu i z głodu, rozchyliła poły płaszcza i wyciągnęła zza pazuchy bochen chleba. W wyrachowany sposób poczekała, aż dzieciom pocieknie ślinka. Wtedy rzuciła między nie pajdę oderwaną z pieczywa.

Zgodnie z przewidywaniem młodej lady Fiskur znajdy się pobiły o strawę. Co także jej nie zdziwiło, małą bitwę wygrał najsilniejszy osobnik ze stadka, który w pośpiechu zjadł wszystko. Pozostałe dzieci wydały się nagle całkiem zrezygnowane. Kilka z nich chlipało.

Wówczas Moray zagwizdała na palcach. Niebawem stanął koło niej znany jej strażnik. Szepnęła mu coś na ucho, wskazując chłopaka, który wcześniej zjadł kawałek chleba.

Został on brutalnie pochwycony i wywleczony siłą za bramy zamku. Odchodził, skowycząc od naderwanego ucha, za które był szarpany.

Moray się uśmiechnęła przebiegle. Oto się pozbyła ze swego stadka jednostki, która mogła przejawiać zbyt wiele ambicji i samodzielności. Wyłuskała potencjalnego lisa w kurniku. Teraz nie pozostało jej nic więcej, jak się zająć resztą dziatwy.

Posiadany chleb podzieliła na części. Przy tej czynności dzieci patrzyły na nią w przejęciu, jak na dawną boginię. Widziała taką w księgach Scriptora i w oczach swych podopiecznych za taką właśnie pragnęła uchodzić.

Rozdała porcje chleba po równo. Dzieci zjadły łapczywie. Ale po posiłku znów patrzyły na nią, jak na boginię. Lecz spoglądały z tą różnicą, że ich oczy, poza uwielbieniem, rozświetlała nagle szczera nadzieja.

– Chcecie jeszcze chleba? – zapytała zwykle małomówna Moray. – Odpowiedziały jej kiwające się w pionie główki z umorusanymi, posklejanymi, i przetłuszczonymi kołtunami. – Chcecie chleba ze smalcem? – Kiwanie przyspieszyło i się stało obszerniejsze. – Chcecie ciepłe koce i co noc spać w zamku przy piecu? – Ku córce lady Bannad zostały wyciągnięte tęskne rączki oblepione brudem, ale też okruszkami chleba. – To wszystko dostaniecie, o ile zasłużycie. Chcecie… zasłużyć?

Kto by na ich miejscu nie chciał? Moray znała pragnienia różnych rodzajów ludzi. Znała i swoje.

Przyklepała dłonią w kieszeni list od matki i poszerzyła kąśliwy uśmiech.

– Będzie coś do zrobienia. Będzie do zrobienia teraz, jutro i później, już zawsze. Posłuchajcie… – Uczyniła ku sobie przyzywający gest. Jak samą boginię, otoczył ją na kolanach wierny jej dziecięcy wianuszek.

*

– O matko… kurwo. Co ja żem zrobiła – syknęła z mieszanymi uczuciami Kira. O nasyp śniegu wytarła ostrze toporka z krwi i kości czaszki. Na głowni broni zostało tylko kilka ostrych drzazg. Oczyszczony oręż schowała za pas. W miejsce, gdzie miała też mieszek ze srebrną monetą od Aarona za uciszenie ciężarnej wdowy Irmy. Jednak pierwotnie nie zamierzała uciszyć jej aż tak, aby już nigdy nie wydała z siebie nawet pisku.

Popatrzyła na zakrwawiony fragment muru. Zjechała wzrokiem poniżej na rozłupaną czaszkę. Należała do siedzącej i opierającej się o mur już martwej kobiety.

– Po chuj wyciągnęłaś ten nóż? – warknęła do trupa. Do niego, gdy jeszcze żył, jako Irma, rzeczywiście miała pretensje. We dwie mogły to załatwić delikatniej. Albo i nie. Dla Kiry pewien problem stanowiła jednak nie zamordowana przez nią w afekcie kobieta, a to, że przy okazji zabiła jej nienarodzone dziecko. Ono nie miało szans się bronić. Nie miało szansy na nic.

Spojrzała boleściwie w przyćmiony chmurami księżyc. Wydawał się taki brudny.

– Wybacz, szkrabie. – Skierowała spojrzenie na wypukłe łono niewinnie wyglądającej nieboszczki w jasnej zapasce upstrzonej plamami krwi. Ale ten jej rozdęty brzuch…

Jakoś próbowała się pocieszyć tym, że nienarodzonemu dziecku oszczędziła bólu istnienia. Bękart Aarona jak nic miałby gówniane życie, które by mu tylko dopierdalało na każdym kroku. Kira wiedziała coś o tym. Ale czy oznaczało to, że właśnie ona miała prawo przeciąć toporem linię tego życia?

Może tak, może nie.

Siarczyście splunęła. Ze względu na resztki szacunku dla zmarłych uczyniła to w taki sposób, aby nie trafić flegmą w Irmę. Śluzowata maź się wczepiła w chropowaty mur koło twarzy nieboszczki. Jej oczy były zgaszone. W żółtej wydzielinie z gardła blado się srebrzył księżyc.

– Pierdolę. – Najemniczka się okręciła na pięcie miękkiego obuwia. Okrężną drogą przy murach, aby nikt jej nie powiązał z zabiciem Irmy, poszła na zamkowy plac.

Przy jednym z ognisk zobaczyła samotnie stojącą tę lady Nevarię, czy jak jej tam, która podobno była jebnięta. Chyba rzeczywiście była, bo akurat karmiła głodne jęzory ognia pięknym listem o błękitnej barwie.

– To też pierdolę, co za marnotrawstwo, co za idiotka – burknęła do siebie Kira. Choć wspomniała również, że osobiście to w sumie lubiła głupie, ale i majętne kobiety. Czyli takie, które za drobne przysługi się dało pozbawić ciążącego im srebra.

Zwęszyła okazję, więc się zakradła, jak złodziej, do wysokiej córki lady Bannad. Stanęła koło niej, postała trochę, a kiedy z błękitnego listu w ręku kobiety zostały już tylko spopielone płatki, nonszalancko zagadnęła:

– Nie szkoda? Nie żal taki niebieski papier palić i zapisane… jakimś tam kolorem, słowa?

– Słowa przeczytałam i właśnie płoną w moim umyśle. Tego pożaru już nie ugaszę.

– Aha. – Kira popatrzyła na lady, jak na rzeczywiście zdrowo szurniętą. Ale się podrapała też po czyraku na szyi, wspominając, że Bruno określił ją, jako niegłupią.

Coś jej tu nie pasowało. Zgrzytało ze sobą, jak jej krzywe zęby podczas mielenia nimi owsianej śruty.

Pomyślała, że ostrożności nigdy za wiele, postanowiła uważać. Gdy nagle usłyszała:

– Do duchów przeszłości właśnie dołączyły dwa nowe. Matka i nienarodzone dziecko. – Słysząc to, najemniczka z trudem przełknęła flegmę. – Te duchy stoją za tobą i wyciągają ku tobie ręce – powiedziawszy to, Nevaria wyrzuciła w przestrzeń spopielone płatki. Spadały ku błotnistej ziemi niczym spalony śnieg. – Czasami lepiej nie wiedzieć za wiele. Czasami lepiej nie widzieć prawie nic. – Z czarnego welonu zsunęła sobie na twarz równie ciemną woalkę.

– O matko… kurwo – jęknęła tylko Kira. Nie śmiała spojrzeć za siebie. Na to coś, co miało tu za nią przydreptać. Za to raptem nabrała wielkiej ochoty na piwo, na wyżłopanie w pośpiechu przynajmniej wiadra posłodzonego miodem piwska. Tak dla przytępienia zmysłów. – Pani… wybaczy. – Chciała się oddalić. Ale Nevaria, jak narzuconymi na nią kajdanami, czy zaklęciem, swym szorstkim głosem ją zatrzymała:

– Poczekaj – rzekła.

– To… to czekam. – Postać z toporkiem za pasem, jakby się chciało jej szczać, nieswojo przebierała z nogi na nogę. Nie chciało się jej szczać, ale było jej nagle nieswojo. Nieswojo, jak w chuj sto tysięcy toporów.

– Kim jesteś?

– Ja? – Kira ze zdziwieniem wskazała na siebie, zupełnie jakby był tu jeszcze kto inny, do kogo mogło paść to pytanie. No ale ponoć były tu jeszcze duchy.

Kurwa! – przeklęła tym razem w myślach. Stanęła z boku, ale tych duchowych skurwieli, jeśli naprawdę istniały, by nie mieć ich za plecami i bez przekonania wydukała:

– Najemniczką jestem. Czyli do różnych zadań mnie można nająć, jak się… zapłaci. – Ostatnie słowo wypowiedziała już pewniej i z malującym się jej na twarzy chytrym uśmieszkiem.

– Potrzebuję wojowników – oznajmiła lodowato lady.

– Mogę pomóc w werbunku. – Kobieta z pospólstwa wzruszyła ramionami. – Przy każdym zamku się kręcą uzbrojeni bezklanowcy albo ludzie luźno związani z klanami. Powiedz tylko, pani, ilu. No i czy mają być tylko szczupli, wysocy, czy też tańsi i gorzej wyglądający do tego reprezentacyjnego oddziału.

– To nie ma być oddział reprezentacyjny.

– Nie? – Kirze coś tu wyjątkowo źle zapachniało, nawet jak na zamkowe podwórze. Ale to co zaraz usłyszała z ust lady, wręcz cuchnęło i to padliną:

– Potrzebuję bitnych wojowników na krwawą wojnę. – Nevaria spojrzała w kierunku spopielonych szczątek listów w błocie. Było to aż nazbyt wymowne spojrzenie.

W kolejności podniosła woalkę i wbiła ostre spojrzenie w najemniczkę, krytycznie się jej przyglądając.

Córka lady Bannad widziała grymas niezadowolenia i wątpliwości się malujący na jej kostropatej twarzy. Ta kobieta miała szeroką bliznę przecinającą łuk brwiowy i schodzącą pod oko, które jednak ocaliła. Włosów spod czepca i kaptura nie dało się zauważyć. Samo lico było owalne i w ogóle nieurodziwe. Wręcz raziło ordynarnym, prostackim wyglądem z nieproporcjonalnie dużym nosem, masywnym czołem i krzywymi ustami.

Tej kobiecie Nevaria ze swym wprawnym okiem dawała nieco ponad trzydzieści lat. Chociaż z powodu zaniedbanego wyglądu można było pomyśleć, że ma pod czterdziestkę.

Czy jednak będzie ona odpowiednią osobą do wsparcia misji zleconej przez matkę? Córka lady Bannad próbowała przeniknąć ją, podobnie jak to czyniła w odniesieniu do świata duchów przeszłości i przyszłości. Ostatecznie tamten świat pozostawał dla niej zagadką. Tak samo rzecz się miała z tą najemniczką.

Kira się wpatrywała w zagadkową twarz lady. Uznała, że nie była ona ładna ani brzydka, odpychająca czy pociągająca. Za to ta kobieta na pewno pociągłe miała lico, co korespondowało z wysoką sylwetką. Jej skóra się mieniła dziwnie ciemnym odcieniem, jak na kogoś z dalekiej północy. Zaś spod welonu nieśmiało wystawał kosmyk czarnych włosów, co również mogło wprawić w zdumienie ze względu na pochodzenie tej osoby. No i te oczy – hebanowe, nieodgadnione, nieprzeniknione, z których nic się nie dało wyczytać. Za to jej słowa były aż nazbyt czytelne.

Ale jakże to tak – wojna, naprawdę? Toż nikt nie prowadził już regularnych wojen. W każdym razie nie w tej części świata i nie za życia Kiry. W ostatnich latach w tych okolicach dochodziło jedynie do klanowych waśni. Te się kończyły po jednej potyczce, a od wielkiego dzwonu przejęciem zamku.

Jednak ta wojownicza lady Nevaria w ogóle nie wyglądała na kogoś, kto raczył sobie żartować. Wcale, a wcale. Jej postawa i ton głosu po prostu kazały traktować ją serio.

Dodatkowo Kira się czuła w jej obecności wyjątkowo, jak na nią, nieswojo. W tym skurwiel Bruno miał rację, że w tej kobiecie było coś niepokojącego. Również chyba się nie mylił i w tej kwestii, że ta akurat lady chyba naprawdę nie była taka głupia. Pozostawało pytanie, czy była też równie hojna, co przekonująca w swych słowach.

– Złota moneta Starego Królestwa i służysz tylko mi. Tylko mi jesteś wierna.

Wyglądało na to, że poza siłą przekonywania i hojnością ta lady posiadła też dar czytania w myślach. Zatem zgodnie z prawem inkwizycji powinna spłonąć na stosie. Lecz zanim się słusznie zwęgli ta dziwna suka, czemu by jej nie odciążyć ze złota?

– Zgadzam się. Złota moneta na miesiąc i będę ci służyć, pani. – Taka zapłata oznaczała trzydzieści srebrników na miesiąc. Czyli w innych okolicznościach Kira musiałaby codziennie zajebać ciężarną Irmę, aby uzyskać taki dochód.

Zerknęła z ukosa na miejsce, gdzie lady ponoć widziała duchy. Zaś sama lady z siłą w głosie zaznaczyła:

– Służysz tylko mi i jesteś wierna tylko mi. Ale już na zawsze, po błotny grób.

– Hmh…. – Kira musiała się chwilę zastanowić. W szybkim podjęciu decyzji pomogła jej wysoka córka matrony Bannad:

– Nie mówiłam o złotej monecie na miesiąc. Mówiłam o złotej monecie Starego Królestwa na tydzień.

– O matko… kurwo.

– Właśnie, o kurwa. – Kąciki wąskich ust Nevari się z lekka uniosły w niemal niezauważalnym uśmiechu.

– Pani! – Najemniczka chlupnęła kolanami prosto w błoto, pochylając głowę. Zwykle się nie płaszczyła tak wiernopoddańczo nawet w kontakcie z możnymi. Ale za złotą monetę na tydzień była gotowa się wręcz czołgać w łajnie za swą nową panią, nie wspominając już o klęczeniu w błocie. Te, za sowitą zapłatę, nagle się wydało nie obleśne, a przyjemnie mięciutkie.

– Pokaż zęby.

Jak posłuszna szkapa, Kira rozdziawiła szczękę.

– Grhhh… – zabulgotała wobec jej mocniejszego rozwierania palcami przez lady.

– Idź do kowala. Niech ci wyrwie czarne trzonowce. A to dla ciebie. – Nevaria rzuciła kobiecie niewinnie wyglądający woreczek, który został pochwycony w dłonie.

– Co to? – Najemniczka odwiązała tasiemkę i zajrzała do środka. Miała głupią nadzieję dostrzec złoto. Okazało się, że bardzo głupią, bo zobaczyła jedynie biały proszek, od którego zalatywało rybą.

– To starte muszle małży. Żuj to kilka razy dziennie. Oczyścisz i wzmocnisz zęby.

– Dziękuję łaskawa… pani. – Kira się rozejrzała za miejscem, gdzie mogła wyrzucić nic niewarty dla niej podarek.

– To wszystko na tę noc. Jutro w czasie słońca w zenicie się spotkamy tu znowu. Wtedy przedstawisz mi sensowny plan zwerbowania wielu silnych, lojalnych i zdecydowanych na walkę wojowników. Ów plan, jeśli rzeczywiście będzie sensowny, wcielimy w życie. Nie zawiedź mnie, a będziesz mogła liczyć na premię. Oraz… – Nevaria nie dokończyła ostatniego zdania. Luźne dotąd palce dłoni zacisnęła w pięści, po czym ruszyła w kierunku zamkowych wnętrz.

Odprowadzająca ją wzrokiem Kira dopiero teraz zobaczyła, że ta dziwna lady, choć stąpała lekko, to nieco utykała. Za to jej luźny i czarny ubiór, powiewający na lekkim wietrze, dodawał jej nie tyle splendoru, co jeszcze więcej niepokojącej aury. Która to aura, za złotą monetę tygodniowo, jednak, jakby jaśniała. Zdecydowanie jaśniała. Natomiast rybny proszek?

Z ciekawości najemniczka wzięła nieco białej zasypki do ust.

– Całkiem dobre! – Ze smakiem przełknęła.

*

Hakarl wykonał szybkie cięcie. Tępe zbrocze płazu jego krótkiego miecza przejechało po klindze Bruna. Zaparł się nogą zakroczną, wykroczną zrobił wypad i śmignął sztychem po klatce piersiowej rywala. Ten puścił własną broń i uskoczył do tyłu tak żwawo, jakby otrzymał cięcie prawdziwym mieczem, a nie turniejowym.

– Podnieś, walcz! – Hakarl się wyszczerzył i zerknął na spoczywający między owczymi bobkami oręż Bruna. Ten spojrzał na podarowany mu do pojedynku miecz, ale zrezygnowany tylko przecząco pokręcił głową.

– Mam dość, wygrałeś, panie – mruknął bez urazy i w geście poddania podniósł nieuzbrojone ręce.

– Wygrałem! – Pierworodny syn lady Bannad dla odmiany uniósł ręce w geście triumfu.

Jednakże uczta trwała już długo, pora się zrobiła późna, przez co goście zaczynali być znużeni. Dlatego kolejne zwycięstwo Hakarla w kręgu dopalających się ognisk leniwie oklaskiwało już tylko kilku jego kompanów, w tym Stein oraz Bitur.

Wobec tak marnego aplauzu także entuzjazm wygrywającego w kręgu wojownika osłabł.

Odrzucił tępy oręż, jak dziecko zabawki, które go już znudziły. Podszedł do Bruna i po przyjacielsku poklepał go po plecach mocarną łapą, drżącą od przeciążenia mięśni po wysiłku włożonym w walkę.

– Lubię cię, przyjacielu – rzucił swobodnie.

– Doceniam to, panie.

– Daj spokój z tym panem. – Hakarl zrobił wymach ręką, jakby ta była uzbrojona, a on właśnie pokonywał, udanie, własną dumę. – Mam do ciebie sprawę. – Zerknął na wystający mu z kieszeni spodni niebieski list. Westchnął, przeniósł spojrzenie na Bruna i jak do zaufanego przyjaciela powiedział: – Pomóż mi, druhu, bo muszę się gdzieś w okolicy nająć do wojaczki. Ale do prawdziwej wojaczki – zaznaczył. – Nie chodzi tylko o służbę u jakiegoś zacniejszego lorda. Muszę przelać ludzką… krew. – Odszukał wzrokiem pozostawiony pod opieką Steina swój ostry miecz. Zaś wobec milczenia najemnika dopytał: – Czy moja prośba to problem?

– Może nim być, jeśli twoja wola nie jest po myśli twej matki, której… służę. Wybacz, by udzielić takiej rady, wskazówek, muszę się z nią rozmówić.

– Chyba rozmówić z tą brązową suką, Raszidą. Matka jedynie z nią raczy wymieniać głośno słowa. – W głosie Hakarla zadrgała nuta urażonego dziecka.

– To prawda. Porozumiem się z lady Bannad przez Raszidę – przyznał Bruno.

– Czekaj, poczekaj. – Wojownik stanął przed najemnikiem. Zagrodził mu sobą drogę, oparł dłonie na jego ramionach i pojednawczo rzekł: – Posłuchaj, drogi przyjacielu. Powiedziałem, że cię cenię. Z moich ust to coś znaczy.

– Wierzę, ale…

– Nie, nie, nie. Nie mów nic innego, zanim na moją propozycję nie powiesz… tak! Do tej pory mówię ja. – Hakarl się szczerze uśmiechnął, po czym, jak w bezkresne morze, popłynął ze śmiałymi obietnicami: – Nie zapłacę ci pewnie więcej niż moja matka, ale też niespecjalnie mniej. Mam własne złoto. Lecz złoto, srebro, to przecież nie wszystko. – Rozpostarł mocarne ramiona, jakby chciał ogarnąć coś niezmierzonego. – Jest jeszcze chwała wojownika, która daje prawdziwą nieśmiertelność. Oskar Niedźwiedź, Arnold Lwi Pazur! Oni odeszli setki lat temu, ale w sercach idących do boju wojowników trwają do dziś. To z ich imionami, wyrytymi ostrzami w ciałach wrogów, się identyfikujemy my, dla których prawdziwą kochanką jest miecz. – Uderzył się pięścią w tors i właśnie jak do uwodzonej kochanki kusząco wyszeptał do Bruna: – Jednakże oprócz pieniędzy i chwały ofiaruję ci coś jeszcze. – Zrobił pauzę, aby jego słowa, gdy padną, nabrały możliwie największej wagi. – Otóż w przyszłości ofiaruję ci, wojownikowi w mej służbie, lordowski tytuł i zamek, kiedy już się nasycimy walką i krwią wrogów. Zważ, iż jestem pierworodnym synem lady Bannad, pani Zamku Zimnych Łez. Zaś w walce ilość zamków można srodze pomnożyć i je… rozdawać. – Uśmiechnął się z pewnością siebie, jakby złożył propozycję nie do odrzucenia. – Teraz czekam na twoje… tak. Przystąp do mnie! – zakończył z siłą w głosie.

Bruno wysłuchał go z uwagą. Życie go nauczyło, by nie lekceważyć ostrzy i słów wrogów, osób neutralnych, jak i przyjaciół. W przypadku najemnika bowiem nigdy ostatecznie nie było wiadomo, kto następnego dnia może być przyjacielem, a kto wrogiem. Choć w tej profesji najczęściej ten mógł się wkupić w jego łaski, kto najlepiej zapłaci.

Jak w tym względzie się przedstawiała oferta Hakarla? Pragnął złoto lady Bannad zrównoważyć własnym. Brzmiało to nieźle. Gorzej jego parcie po chwałę na ostrze mieczy.

Jednak któż mógł wiedzieć, ile jeszcze Zamek Zimnych Łez będzie się cieszył spokojem? Ród Fiskurów był na tych ziemiach nowy. Okoliczne klany nie mogły patrzeć biernie na to, że pożądana przez nie od wieków twierdza nagle wpadła we władanie obcych przybyszy. Ich interwencja, by wbrew królowi położyć swe łapy na dawnych włościach Bruców, stanowiła duże prawdopodobieństwo. Zatem przelewu krwi, i ryzyka śmierci od miecza, nie dało się zniwelować także w służbie lady Bannad.

Lecz to co najbardziej przemawiało do wyobraźni Bruna, to nęcenie go lordowskim tytułem. Chwałę miał gdzieś. Bajanie o niej dobre było dla rycerskich chłopców z placu treningowego, którzy po pierwszej bitwie zwykli robić w gacie i z płaczem wracali pod mamine fartuchy. Pieniędzy na stare lata jako najemnik też zdołał już sporo odłożyć. Nie będzie biedował. Ale posiadanie zamku i realnej władzy? Wybranie sobie chorągwi i założenie własnego rodu? Nawet jeżeli to słowa zachęty rzucane li tylko na zimny wiatr, to ich wydźwięk był tak doniosły, iż odpowiedź dana Hakarlowi nie mogła być inna, niż…

– Tak. Moja odpowiedź brzmi tak, lordzie Hakarlrze, pierworodny synu lady Bannad. Odtąd mój miecz należy do ciebie. Razem zdobędziemy bogactwo i należną nam chwałę. Przekonałeś mnie, że stanąć razem u swego boku, jest nam przeznaczone.

Ta mowa wyszła dość pompatycznie. Gdyby zasłyszała ją przykładowo Kira, jak nic by się zeszczała ze śmiechu w gacie. Ale zaszczanej Kiry tu nie było, a jedynie nafaszerowany durnymi ideami o chwale ambitny wojownik. Ten łatwo połknął haczyk, samemu na swój łapiąc Bruna.

– Uczcijmy nasz sojusz braterstwem krwi! – zagrzmiał lord, wznosząc ręce ku zasnutemu ciemnymi obłokami księżycowi. Kąciki jego ust na szerokiej twarzy sięgnęły niemal płatków uszu osłoniętych długimi i jasnokremowymi włosami.

– Niech będzie braterstwo krwi. – Najemnik, który w akcie przyjmowania propozycji Hakarla przemilczał wzmiankę o arystokratycznym tytule, dobrze jednak o nim pamiętał. Teraz zamierzał o nim nie tylko pamiętać, ale zrobić pierwszy krok, by go osiągnąć. Miało być to na życzenie lorda wzajemne uściśnięcie sobie skrwawionych dłoni.

Jak natrętne muchy od gnoju, odgonił od siebie plączące się przy nim dzieciaki. Jego dłonie spoczęły przy pasie, gdzie trzymał zdobny nóż, rodzinną pamiątkę z dziada pradziada. Lecz przebiegające wzdłuż pasa palce natrafiały tylko na skórzany materiał. Przez to twarz wykrzywił mu odrażający grymas.

– Coś nie tak? – rzucił swobodnie lord.

– Kurwa mać, mój nóż. Jak mogłem go, kurwa, zgubić…

*

Siedząca na pieńku Moray spojrzała w poważną twarz umorusanej dziewczynki. Rękojeścią do przodu mała osóbka wyciągała przed siebie nóż.

Lady rękawem płaszcza otarła dziecku największy brud z policzków. Wyjęła z kieszeni miodowy słodycz, zgrabną kulkę w złotym kolorze i włożyła ją w usta swej służki.

Ona, wobec odebranego smaku, się uśmiechnęła niczym sam anioł. Moray, z zaciętym wyrazem twarzy, jak sama diablica, odebrała okazany jej nóż.

Przyjrzała mu się pod blade światło księżyca. Wyglądał na bardzo stary. Drewniana rękojeść była zmurszała, znaczyły ją liczne wgniecenia i nacięcia.

Łatwo dało się zauważyć, że ta broń gościła w ludzkich rękach niezliczoną ilość razy. Ile razy się przyczyniła do zabicia czy okaleczenia człowieka? Moray podejrzewała, że także wiele.

Na srebrzystym ostrzu zobaczyła wyryte liczne runy.

– Vikingar… – szepnęła z satysfakcją do siebie, a głośniej i na zachętę rzekła do dzieci: – Przy mnie zapomnicie, co to głód, zapomnicie, co to zimno. Jutro zjemy razem śniadanie. Tej nocy prześpimy się przy ogniu w ciepłym łóżku.

Uradowana obietnicami dzieciarnia otoczyła Moray i wokół niej rozpoczęła dziki taniec.

Lady widziała już podobną scenę. Podziwiała ją na rycinach Scriptora opatrzoną napisem sabat czarownic. Z pozoru szalone kobiety tańczyły wokół demona.

Pomyślała, że przeznaczeniu nie można było zaprzeczać. Przeznaczeniu się należało poddać, by w przypadku Moray wszystko i wszystkich sobie podporządkować.

*

Na łożu w eleganckiej komnacie w najlepsze spółkowała ze sobą para kochanków. Męskie porykiwania rozdzielały kobiece westchnięcia. Zmiętoszona pościel co raz się naprężała pod naporem falujących ciał.

– Jestem królem! Jestem królem Starego Królestwa! – Leżący na dziewce Scriptor wziął łyk wina z pucharu. Resztę trunku rozlał czerwoną bryzą na piersiach przygodnej kochanki. Posuwając ją ze wszystkich sił, zlizał nieco cieczy z różowiących się sutków. Nie przerywając odbywania stosunku, przyjął wyższą pozycję, wspierając się na dłoniach i pijacko znów się wydarł: – Jestem królem! Kim jesteś, kurwa, ty?!

Leżąca z szeroko rozchylonymi udami dziewczyna przyjmowała w siebie napierającego na nią mężczyznę. Na polecenie, pomiędzy westchnięciami, wyrzucała z gardła zleconą jej kwestię:

– Jestem królową! Jestem jebaną królową, och, królową Jebanego Królestwa!

– Tak, kurwa, tak! – odkrzykiwał podniecony Scriptor, wręcz szalonym wzrokiem się wpatrując w zalane czerwienią podskakujące piersi. – Teraz od tyłu! – Wycofał się z dziewki i szarpnął ją, ustawiając w nowej pozycji.

Twardego fiuta zasadził jej w miękką i mokrą pochwę. Dziewczyna stęknęła przeciągle, jakby tym wypełniającym ruchem wyciśnięto jej też z płuc zgromadzone tam powietrze:

– Oooch…

– Teraz jestem cesarzem, kurwa! – wrzasnął dziko Scriptor.

– A ja, och… cesarzową. Jestem jebaną cesarzową. Jebaną od tyłu cesarzową! Och, ach…

– Tak, król i cesarz, jebana królowa i cesarzowa! Tak, kurwa, tak!

*

Bez przekonania, ale strażnik otworzył bramę, gdy mała lady zagroziła mu śmiercią z rozkazu swej matki, lady Bannad. Dzięki temu bladym świtem Al wyjechała konno z Zamku Zimnych Łez. Odjechała nieco kłusem i wstrzymała płowego rumaka.