Zaginiony stradivarius - John M. Falkner - ebook

Zaginiony stradivarius ebook

John M. Falkner

3,7

Opis

Zaginiony stradivarius (1895 r.) bywa czasami określany jako książka M.R. Jamesa, której ten nigdy nie napisał. Porównanie to jednak nie deprecjonuje wartości utworu Falknera, w którym młody arystokrata, John Maltravers, odnajduje skrzypce Stradivariusa ukryte w pokojach w Magdalen College w Oksfordzie. Ich poprzedni właściciel, okultysta Adrian Temple, starał się zrealizować Visio Malefica, wizję absolutnego zła. Potęgująca się obsesja bohatera na punkcie skrzypiec i historii czarnego maga prowadzi go w coraz mroczniejsze rejony życia i wyobraźni. Skrótowy opis fabuły niech jednak nie będzie mylący dla współczesnego czytelnika. Bohaterowie opowieści przedstawieni są w bardzo realistyczny sposób, a ich zachowania cechuje wiarygodność w stosunku do zaistniałych sytuacji niesamowitych. Poruszona tematyka zła stanowi z kolei ambitne wyzwanie intelektualne. Duża część narracji opiera się na mistycznej filozofii neoplatońskiej, a Falkner porusza w interesujący sposób popularne w XIX wieku zagadnienia, jak choćby związek między pięknem a moralnością, znany z powieści Oscara Wilde’a Portret Doriana Graya. Co bardzo istotne, kluczowym elementem fabuły jest muzyka, traktowana nie tylko jako matematyczna harmonia dźwięków, ale raczej jako droga do otwarcia pomostu między światem realnym a nadprzyrodzonym.

Zaginiony stradivarius to taka właśnie zapomniana perełka, której przypomnienie jest co najmniej potrzebne. Ten utwór potrafi zadziwić nawet bardzo obeznanego z klasyczną grozą czytelnika.

Piotr Borowiec

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 190

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł: Zaginiony stradivarius

Tytuł oryginau: The Lost Stradivarius

Autor: John Meade Falkner

Copyright for the Polish translation ©

by Tomasz Chyrzyński & Wydawnictwo IX. 2019.

Copyright for the cover art ©

by Joanna Widomska & Wydawnictwo IX. Kraków 2019.

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX.

Redakcja: Katarzyna Koćma.

Korekta: Krzysztof Biliński.

Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński.

Projekt oraz ilustracja na okładce: Joanna Widomska.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, za wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.

Wydawnictwo IX

biuro@wydawnictwoix.pl

wydawnictwoix.pl

Kraków 2019.

Wydanie I.

ISBN 978-83-950610-9-7

Treść

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Treść

Piotr Borowiec. Stradivarius odnaleziony. Przedmowa do

Zaginionego stradivariusa

Johna M. Falknera

List od Panny Sophii Maltravers

Motto

Opowieść Panny Sophii Maltravers

Słowo od Pana Gaskella

Przypisy

O autorze

Okładka tylna

Piotr Borowiec

Stradivarius odnaleziony.

Przedmowa do Zaginionego stradivariusa Johna M. Falknera.

  

Banalnym zdaje się stwierdzenie, iż literatura grozy może się poszczycić długą, bowiem sięgającą końca osiemnastego wieku tradycją. Jednak wniosek, będący logiczną konsekwencją tego stwierdzenia, takim banałem nie jest. W historii literackiego horroru, obejmującej ponad 250 lat, możemy odnaleźć wiele dzieł już zapomnianych, których ponowne odkrycie przynosi radość fanom, czytelnikom satysfakcję, a wydawcom dumę. Inaczej być nie może. W historii każdego gatunku zdarzają się twórcy, którzy nie osiągnęli należnego im statusu, nie cieszyli się odpowiadającą ich talentowi estymą lub osiągnęli ją w swoim czasie, lecz później ich sława przygasła.

Zaginiony stradivarius to taka właśnie zapomniana perełka, której przypomnienie jest co najmniej potrzebne. Ten utwór potrafi zadziwić nawet bardzo obeznanego z klasyczną grozą czytelnika – a wierzę, że wielu takich znajduje się wśród odbiorców publikacji Wydawnictwa IX. 

Pierwszą rzeczą, która zadziwia w przypadku utworu Falknera, jest fakt, iż jest to powieść o duchach. Nie tyle „opowieść”, ale właśnie – „powieść”. Dziewiętnastowieczne ghost story, gatunek popularny w wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii, a w okresie edwardiańskim szalenie popularny, był domeną krótkich form. Wielki poprzednik Falknera, Joseph Sheridan Le Fanu, powieści pisywał, jednak nadprzyrodzonymi horrorami jego autorstwa bywały jedynie opowiadania. Równie genialny następca, Montague Rhodes James, także tworzył tylko niedługie historie. 

Owszem, zdarzały się powieści, na przykład W kleszczach lęku Henry'ego Jamesa, jednak raczej na zasadzie wyjątku potwierdzającego regułę. I co ciekawe, Zaginiony stradivarius nie potwierdza znanego twierdzenia Edgara Allana Poe, iż utwór niesamowity powinien być krótki, tak aby czytelnik mógł go przeczytać na jednym posiedzeniu, gdyż tylko takie historie mogą utrzymać go w stanie napięcia, zainteresować, odnieść oczekiwany od literatury grozy skutek. 

Mnie samemu trudno było oderwać się od powieści Falknera. Jest to historia zbudowana perfekcyjnie. Stylizowana na relację, którą narratorka zdaje swojemu krewnemu. Relacja ta dotyczy nieszczęsnych losów ojca owego krewnego. Cóż, zdaję sobie sprawę, iż konstrukcja twice told story jest czymś bardzo typowym dla literatury niesamowitej dziewiętnastego wieku. Wiem też, że potrafi zirytować, niepotrzebnie zamieszczać w narracji, a dla współczesnego czytelnika może być po prostu niestrawna. W przypadku niniejszej powieści jest zgoła inaczej. 

Z początku narratorka jedynie opowiada losy protagonisty, swojego brata. W miarę fabuły jej rola wzrasta, staje się aktywnym uczestnikiem zdarzeń. To przejście od protagonisty do narratora jest płynne. Falkner znakomicie operuje pisarskim warsztatem, perfekcyjnie panuje nad intrygą i wplątanymi w nią postaciami. Czytając Zganionego stradivariusa, miałem wrażenie, że obcuję z utworem uznanego pisarza o ogromnym dorobku. 

I tu dochodzimy do drugiego faktu, który może zadziwiać. Przecież autor, w przeciwieństwie do wielu innych pisarzy tego okresu, miał skromny dorobek. Ciężko go porównywać do dorobku wspomnianych H. Jamesa i J. Sh. Le Fanu. Co więcej, Zganiony stradivarius jest jego jedyną powieścią grozy. Oprócz tego napisał znaną w Polsce powieść dla młodzieży Diament Mohuna oraz mystery thrillerThe Nebuly Coat. Zdaje się, pisarstwo było dla Falknera jedynie istotnym hobby, pasją, bowiem znany był w Wielkiej Brytanii przełomu XIX i XX wieku głównie jako paleontolog oraz biznesmen. Dzięki wieloletnim podróżom Falkner zdobył ogromne doświadczenie i wiedzę, które wykorzystywał później w swojej twórczości. 

Faktycznie, autor jawi się jako erudyta, człowiek posiadający niebywałą wiedzę w dziedzinie historii kultury, lutnictwa i muzyki. Wiedza ta w sposób bardzo przystępny wykorzystana została w Zaginionym stradivariusie. Sam sporo dowiedziałem się na temat Antonia Stradivariego z lektury powieści. Co mnie zadziwia i mi imponuje – informacje te zostały przedstawione czytelnikowi w sposób absolutnie nienużący. Snując swój wykład o historii lutnictwa, obok frapującej powieści o duchach, Falkner ani na moment nie nudzi. 

Jednakże ani tak zwany research, ani sprawność narracyjna nie przesądzają o wielkości powieści Falknera. Są to kwestie istotne, lecz jedynie warsztatowe. Moim zdaniem najbardziej zachwycającym i zadziwiającym w dobrym ghost  story jest pomysł – koncepcja, idea, jakaś oryginalna myśl. I tu okazuje się, że Falkner wyprzedził swoje czasy. W powieści występuje pewien artefakt, mający nadprzyrodzone właściwości. Ów tytułowy stradivarius jest nawiedzony. Tak, jak kilka lat później nawiedzone będą mezzotinta albo dom dla lalek u M.R. Jamesa. Faktycznie, w Zaginionym stradivariusie odnaleźć można ten sam klimat, który znajdziemy później u autora Opowieści starego antykwariusza. Z tym, że Falkner był pierwszy! 

Pomimo to nie zgadzam się ze stwierdzeniem, które można napotkać w nielicznych omówieniach Zaginionego stradivariusa, iż powieść ta mogłaby wyjść spod ręki M.R. Jamesa – gdyby tylko James pisywał powieści. Przede wszystkim, nadprzyrodzone zagrożenie u autora Nawiedzonego domu dla lalek wywierało bardzo namacalny, niemal fizyczny wpływ na osoby, które się z nim stykały. U Falknera nawiedzenie odciska się przede wszystkim na psychice ofiary. 

Nie oznacza to, że Zaginiony stradivarius pozbawiony jest scen grozy. Ale to nie typowy sztafaż wiktoriańskiej opowieści o duchach jest tu najważniejszy. Owszem, mamy powrót potępionej duszy z zaświatów. Występuje tu też, a jakże, fascynująca Tajemnica. Jednak jest to przede wszystkim powieść o fascynacji sztuką. Fascynacji ambiwalentnej, która może mieć swoje mroczne, obsesyjne oblicze. W pewnym momencie przyjaciel protagonisty mówi do niego: Zeszłej nocy siła wielkiej pasji, (…), w połączeniu z potęgą pięknej muzyki tak pobudziły twój umysł, że zostałeś obdarzony szóstym zmysłem i mogłeś dostrzec to, co wcześniej było niewidoczne. Muzyka, jestem przekonany, stanowi klucz do owego szóstego zmysłu.

Owo otworzenie „szóstego zmysłu” okazuje się dla głównego bohatera zgubne. Moim zdaniem ciężko stawiać mu z tego powodu zarzut, winić za zniszczenie siebie i swojej rodziny. Ocena moralna protagonisty nie może być jednoznaczna. Sam przecież fascynację podzielam – tyle że jest ona skierowana ku dziełom literackim, równie dopieszczonym i dopracowanym, jak te osiemnastowieczne skrzypce włoskiego mistrza. Takim „zaginionym stradivariusem powieści grozy” okazuje się książka, którą Państwo teraz macie zaszczyt przeczytać. 

List od PANNY SOPHII MALTRAVERS do jej bratanka, SIR EDWARDA MALTRAVERSA,wówczas studenta Christ Church w Oksfordzie.

Budynki Pauncefort 13, Bath,

21 października 1867 r.

MÓJ DROGI EDWARDZIE!

Twój nieżyjący ojciec przed śmiercią zażyczył sobie, aby pewne wydarzenia, które miały miejsce w ostatnich latach jego życia, zostały Ci opowiedziane, gdy będziesz starszy. Ograniczyłam się do opisania ich po części na podstawie moich własnych wspomnień – które wciąż niestety pozostają zbyt żywe – a po części posiłkując się notatkami sporządzonymi w czasie, gdy brat mój był umierający. Ponieważ jesteś już w odpowiednim wieku, przedstawię Ci tę opowieść. Siłą rzeczy znaczna jej część jest dla mnie niezmiernie bolesna do opisania, ale jednocześnie uważam, że lepiej się stanie, jeśli poznasz prawdę ode mnie, aniżeli miałbyś wysłuchać przeinaczonych opowieści innych ludzi, którzy nie kochali Twojego ojca tak, jak ja.

Kochająca ciotkaSOPHIA MALTRAVERS

Do sir Edwarda Maltraversa, barona

„Nauka w niewłaściwym czasie

jest jak muzyka w czas smutku.”

Syr 22: 6

OPOWIEŚĆ PANNYSOPHII MALTRAVERS

ROZDZIAŁ I

Twój ojciec, John Maltravers, urodził się w 1820 roku w Worth i odziedziczył majątek po naszym ojcu, który zmarł, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. We właściwym czasie został posłany do Eton[1], a w 1839 roku, kiedy miał dziewiętnaście lat, postanowiono, że powinien pójść do Oksfordu. Początkowo zamierzano zapisać go do Christ Church[2], ale doktor Sarsdell, który złożył nam wizytę w Worth latem 1839 roku, przekonał pana Thoresby’ego – naszego opiekuna – żeby zamiast tego wysłać go do Magdalen Hall[3]. Doktor Sarsdell sam był dyrektorem tej instytucji i stwierdził, że John, który w owym czasie wykazywał pewne przejawy nadwrażliwości, spotka się z lepszą opieką, niż mogłoby to mieć miejsce w tak dużym kolegium, jak Christ Church. Pan Thoresby, zawsze zatroskany o swojego podopiecznego, bez wahania odstąpił od dalszych namysłów na rzecz ustaleń, które uznał za sprzyjające zdrowiu Johna, i ten immatrykulował się w Magdalen Hall jesienią 1839 roku.

Doktor Sarsdell nie zapomniał o złożonej obietnicy sprawowania opieki nad moim bratem i zapewnił mu znakomity pokój dzienny na pierwszym piętrze z przylegającą do niego sypialnią i widokiem na New College Lane[4].

Pominę dwa pierwsze lata pobytu mojego brata w Oksfordzie, ponieważ nie wiążą się one w żaden sposób z tą historią. Minęły, bez wątpienia, w zwyczajnej rutynie pracy i rozrywek popularnych w Oksfordzie w tamtym okresie.

John już od najwcześniejszego dzieciństwa żarliwie oddawał się muzyce i opanował biegle umiejętność gry na skrzypcach. W semestrze jesiennym 1841 roku poznał pana Williama Gaskella, bardzo utalentowanego studenta New College[5] i więcej niż znośnego instrumentalistę. Praktykowanie muzyki było wówczas znacznie mniej powszechne w Oksfordzie, aniżeli stało się od tamtej pory. Nie istniały żadne z tych towarzystw, które obecnie robią tak wiele, aby promować jej naukę wśród studentów. Gdy zatem okazało się, że jeden z nich jest tak oddany fortepianowi, jak drugi grze na skrzypcach, stało się to dla obu młodzieńców powodem do wielkiej satysfakcji, a później silnym spoiwem przyjaźni. Pan Gaskell, choć w korzystnej sytuacji materialnej, nie posiadał w swoich pokojach fortepianu i cieszył się, że może korzystać ze znakomitego instrumentu D’Almaine, który John otrzymał w prezencie urodzinowym od swego opiekuna.

Od tamtego czasu dwaj studenci często się spotykali i w semestrze jesiennym 1841 roku oraz wielkanocnym 1842 roku ćwiczyli w pokojach Johna różne gatunki muzyczne: on wykonywał partię skrzypiec, a pan Gaskell – fortepianu.

O ile pamięć mnie nie zawodzi, w marcu 1842 roku John zakupił do swoich pokoi mebel mający później odegrać dość ważną rolę w opowiadanej przeze mnie historii. Był to bardzo duży i niski fotel wiklinowy o formie modnej wówczas w Oksfordzie, który od tamtego czasu – jak mi wiadomo – stał się sprzętem powszechnym w większości uniwersyteckich pokoi. Wyściełany perkalem w krzykliwe wzory, nabyty został w stanie nowości od tapicera na końcu High Street.

Pan Gaskell pojechał w tym czasie z wujem, by spędzić Wielkanoc w Rzymie, a otrzymawszy na uczelni specjalny urlop celem wydłużenia swojej podróży, wrócił do Oksfordu dopiero trzy tygodnie po rozpoczęciu semestru letniego, gdy maj trwał już na dobre. Tak niecierpliwie wyczekiwał spotkania z przyjacielem, że jeszcze pierwszego wieczoru po powrocie nie omieszkał złożyć Johnowi wizyty. Dwaj młodzieńcy siedzieli po ciemku do późnej nocy. Pan Gaskell miał wiele do opowiedzenia o swoich podróżach, w szczególności zaś rozprawiał o pięknej muzyce, którą słyszał podczas Wielkanocy w rzymskich kościołach. Jak się okazało, pobierał też lekcje fortepianu u sławnego profesora stylu włoskiego i wydawał się szczególnie zachwycony muzyką siedemnastowiecznych kompozytorów. Przywiózł kilka zeszytów z ich dziełami na fortepian i skrzypce.

Pan Gaskell wyszedł, aby wrócić do New College dobrze po godzinie jedenastej, jednak noc była wyjątkowo ciepła, księżyc znajdował się niemal w pełni, toteż John siedział przez pewien czas na miękkiej sofie przy otwartym oknie i rozmyślał nad tym, co usłyszał o włoskiej muzyce. Jako że nie morzył go sen, zapalił świecę i począł wertować utwory muzyczne, które pan Gaskell zostawił na stole. Jego szczególną uwagę zwróciła podłużna książeczka w oprawie z zabrudzonego welinu, z pozłacaną tarczą herbową wytłoczoną na grzbiecie. Był to dublet rękopisu wczesnych suit Grazianiego na skrzypce oraz klawesyn i najwyraźniej został sporządzony w Neapolu w roku 1744, wiele lat po śmierci owego kompozytora. Mimo iż atrament był pożółkły i wyblakły, kopia została wykonana precyzyjnie, toteż doświadczony muzyk mógł ją odczytać bez większego problemu, wbrew staroświeckiemu zapisowi.

Być może przez przypadek, a może wiedziony tajemniczymi siłami, których nasze umysły nie są zdolne pojąć, John zatrzymał wzrok na czteroczęściowej suicie z basso continuo[6] czy też basem figuralnym na klawesyn. Inne suity w książce były jedynie ponumerowane, ale tę jedną kompozytor uhonorował nazwą „l’Areopagita”. Niemal mechanicznie John ułożył książkę na stojaku, wyjął skrzypce z futerału, a po chwili strojenia wstał i zagrał pierwszą część, żywe coranto[7]. Blask pojedynczej świecy płonącej na stole, ledwie starczał, by oświetlić nuty – cienie zawisły w zagnieceniach kartek, przypominając niekiedy stronice widoczne w księgach wykonanych z grubego papieru, gdy pozostają zamknięte przez długi czas – i z trudnością przychodziło mu odczytanie tego, co grał. Owładnął go jednak dziwnie ponaglający impuls muzyki starego świata. John nie przerwał nawet, żeby zapalić dodatkowe świece przygotowane w świecznikach po obu stronach biurka. Po coranto była sarabanda[8], po niej zaś nastąpiła gagliarda[9]. Brat mój stał z twarzą zwróconą w stronę okna; pokój i duży wiklinowy fotel, o którym wspominałam, miał za plecami. Gagliarda rozpoczynała się śmiałą a żywą melodią i gdy John odegrał otwierające takty, posłyszał za sobą skrzypnięcie wiklinowego siedziska. Dźwięk brzmiał niezwykle znajomo – jakby ktoś oparł dłonie o poręcze fotela, zamierzając wygodnie w nim usiąść. Wtem dobiegło go kolejne skrzypnięcie – tym razem jakby ta sama osoba wygodnie się umościła. Poza brzmieniem skrzypiec, wokół panowała cisza i odgłosy wydawane przez fotel zdawały się dziwnie wyraźne. Złudzenie było tak silne, że mój brat w okamgnieniu przestał grać i odwrócił głowę w oczekiwaniu, iż to jakiś niemogący spać znajomy zakradł się znienacka, wiedziony dźwiękami skrzypiec, albo sam pan Gaskell postanowił wrócić. Zapanowała absolutna cisza, światło pojedynczej świecy ledwie sięgało ciemniejszych kątów pokoju, jednak docierało do wiklinowego fotela, który – co nie podlegało dyskusji – był pusty. W poły rozbawiony, w poły zirytowany, że bez powodu przerwał grę, John powrócił do gagliardy, jednak pod wpływem nieopisanego impulsu zapalił świece w świecznikach, które dawały światło bardziej adekwatne do okoliczności. Gagliarda i ostatnia część, menuet[10], dobiegły końca i John zamknął nuty, zamierzając, jako że było już późno, udać się na spoczynek. Gdy przewrócił stronice, skrzypienie wiklinowego fotela ponownie przykuło jego uwagę. Wyraźnie usłyszał dźwięki przypominające wydawane przez człowieka podnoszącego się z pozycji siedzącej. Tym razem, mniej zaskoczony, potrafił bardziej trafnie ocenić możliwe powody zaistniałych okoliczności i szybko pomiarkował, iż w fotelu musi znajdować się wiklina reagująca na określone tony skrzypiec, tak jak szyby w kościelnych oknach wibrują w takt pewnych tonów organów. Mimo że argument ten wydawał się wielce rozsądny, wyobraźnia nie do końca dała się przekonać i nie mógł porzucić wrażenia, że drugie skrzypnięcie fotela nie przez przypadek zbiegło się z zamknięciem nut. Bezwiednie wyobraził sobie osobliwego gościa czekającego, aż muzyka ucichnie, by następnie wstać i wyjść.

Przypuszczenia te jednak nie przeszkodziły mu zasnąć ani nie niepokoiły w snach, a ranek powitał z chłodniejszym umysłem i mniejszą skłonnością do snucia fantastycznych wizji. Jeśli ów szczególny epizod z poprzedniego wieczoru nie zniknął całkowicie z jego umysłu, to przynajmniej wytłumaczenie dotyczące akustyki, o którym wzmiankowałam powyżej, wydawało się w pełni wystarczające. Choć spotkał się rano z panem Gaskellem, nie widział potrzeby wspominania o tak banalnych okolicznościach, ale zaprosił go do siebie na kolację jeszcze tego samego wieczoru. Posiliwszy się, mieli umilić sobie czas, próbując zagrać muzykę włoską.

Chwilę po godzinie dziewiątej – po kolacji – pan Gaskell zasiadł do fortepianu, a John nastroił skrzypce. Wieczór chylił się ku końcowi (po południu przeszła silna ulewa z piorunami), a w powietrzu unosiła się wilgoć. Przebijały się przez nie odległe drgania tenorowego dzwonu w Christ Church: wybijał zwyczajowe sto jeden uderzeń, które rozbrzmiewają co wieczór w trakcie roku akademickiego jako sygnał do zamykania bram kolegium. Przez pewien czas dwaj młodzieńcy dobrze się bawili, wykonując najpierw suitę Cestiego, a następnie dwie wczesne sonaty Buononciniego. Obaj byli wystarczająco biegłymi muzykami, a czytanie a vista sprawiało im raczej przyjemność niż trud, szczególnie pan Gaskell dobrze orientował się w teorii muzyki i prawidłowej interpretacji basso continuo. Po Bononcinim pan Gaskell sięgnął po podłużną kopię Grazianiego i przerzuciwszy kartki, zaproponował, żeby zagrali ową suitę, którą John wykonywał samotnie poprzedniego wieczoru. Wybór był – jak można przypuszczać – całkowicie przypadkowy, gdyż brat mój celowo unikał skierowania uwagi przyjaciela w jakikolwiek sposób na ten właśnie utwór. Zagrali coranto oraz sarabandę i w niezwykłej fascynacji muzyką John całkowicie zapomniał o epizodzie z poprzedniego wieczoru. Kiedy jednak rozpoczęła się śmiała melodia gagliardy – zdał sobie nagle sprawę z tego samego dziwnego skrzypienia wiklinowego fotela, które dobiegło jego uszu za pierwszym razem. Dźwięk był identyczny i do tego stopnia przypominał odgłos siadającej osoby, że John siłą rzeczy spojrzał na fotel, niemal dziwiąc się, iż wciąż jest pusty. Pan Gaskell, mimo że na chwilę gwałtownie odwrócił głowę, by się rozejrzeć, nie usłyszał żadnego dźwięku, i mój brat – zawstydzony, że okazał nierozsądne zainteresowanie bądź ekscytację – kontynuował gagliardę, z powtórzeniem. Gdy utwór dobiegł końca, pan Gaskell przerwał, nim przeszli do menueta, i obróciwszy w stronę pokoju stołek, na którym siedział, zauważył:

– Bardzo to szczególne, Johnnie. – Obaj młodzieńcy byli w wystarczająco zażyłych stosunkach, żeby zwracać się do siebie w poufały sposób. – Bardzo to szczególne! Wydawało mi się, iż słyszę, jak ktoś siada w fotelu, ledwie zaczęliśmy gagliardę. Odwróciłem się w oczekiwaniu, że zobaczę kogoś, kto właśnie wszedł do mieszkania. A ty niczego nie słyszałeś?

– To tylko zaskrzypiał fotel – odpowiedział mój brat, siląc się na obojętność, której wcale nie odczuwał. – Pewne części wikliny chyba współbrzmią z muzyką i reagują na określone tony. Przejdźmy do menueta.

W ten sposób dokończyli suitę. Pan Gaskell domagał się powtórzenia gagliardy, której melodia bardzo przypadła mu do gustu. Jednakowoż zegary wybiły jedenastą, toteż postanowili nie grać więcej tego wieczoru. Pan Gaskell wstał, zdmuchnął świece, zamknął fortepian i odłożył nuty na bok. John nieraz zapewniał mnie, że był w pełni przygotowany na to, co nastąpiło, wręcz się tego spodziewał: po zamknięciu nut rozległo się skrzypienie wiklinowego fotela, bardzo podobne do tego, które usłyszał, gdy skończył grać poprzedniej nocy. Nastąpiła chwila ciszy, młodzieńcy bezwiednie spojrzeli po sobie i wtedy przemówił pan Gaskell:

– Nie pojmuję powodu skrzypienia tego fotela, nic podobnego nie miało miejsca, gdy wcześniej graliśmy. Być może ponosi mnie wyobraźnia i ekscytuję się wspaniałymi melodiami, których dziś wysłuchaliśmy, jednak nie potrafię zarzucić myśli, iż przez cały ten czas ktoś tu siedział i nas słuchał, a teraz, gdy zakończyliśmy koncert, wstał i jak gdyby nigdy nic wyszedł. 

Jego słowa miały żartobliwy charakter, lecz ton nie brzmiał tak lekko, jak zwykle. Pan Gaskell czuł się nieswojo.

– Spróbujmy ponownie zagrać gagliardę – zaproponował mój brat. – To wibracje pierwszych nut oddziałują na wiklinę i powinniśmy sprawdzić, czy hałas się powtórzy. 

Jednak pan Gaskell wymówił się od eksperymentu i po zdawkowej rozmowie, do której żaden z nich nie przykładał większej wagi, wyszedł, po czym udał się do New College.

ROZDZIAŁ II

Nie będę Cię zamęczała, mój drogi Edwardzie, opowieściami o podobnych zdarzeniach, które miały miejsce niemal za każdym razem, gdy dwaj młodzieńcy spotykali się wieczorami, aby pograć. Przyzwyczaili się do powtarzalności owego zjawiska do tego stopnia, iż wręcz go wyczekiwali. Obaj byli usatysfakcjonowani wyjaśnieniem, że należy je przypisywać związkowi pomiędzy drganiami akustycznymi wikliny i niektórych strun fortepianu, co istotnie wydawało się jedynym możliwym uzasadnieniem. Jednocześnie podobieństwo dźwięków do tych powodowanych przez osobę siadającą w fotelu lub z niego wstającą było na tyle wyraźne, że nawet ich częste występowanie nie uchroniło młodzieńców przed dziwnym wrażeniem. Nie chcieli wspominać o całej sprawie znajomym, po części w obawie, że zostaną wyśmiani, a po części, aby zbagatelizować okoliczność, której obaj, być może wbrew sobie, przypisywali szczególną ważkość. Doświadczenie nauczyło ich wkrótce, że pierwszy dźwięk, ten przypominający siadanie, pojawiał się dopiero podczas gagliardy z Areopagity, drugi zaś następował, gdy kończyli grę. Spotykali się codziennie. Letnie wieczory stawały się coraz dłuższe, siedzieli więc do późna i każdego wieczoru – niczym na mocy niemego porozumienia – na zakończenie grali Areopagitę. Podczas otwierających taktów gagliardy skrzypienie fotela następowało samoistnie i z najwyższą regularnością. Nawet między sobą rzadko poruszali ten temat, ale pewnej nocy, kiedy John odkładał skrzypce, wyczerpany długim graniem (tym razem pominęli Areopagitę), pan Gaskell, który zdążył już wstać od fortepianu, kierowany nagłym impulsem, usiadł ponownie i zaproponował:

– Johnnie, nie odkładaj jeszcze skrzypiec. Wiem, że dochodzi północ i powinienem kończyć, ale nie mogę tego uczynić, nie zagrawszy dziś gagliardy. Załóżmy, że wszystkie nasze teorie o związkach pomiędzy drganiami są nieprawdziwe, załóżmy, że istotnie każdej nocy przybywa tutaj jakiś tajemniczy osobnik, aby nas posłuchać, biedna istota, której serce uwięzło w tej melodii. Czyż nie byłoby nieuprzejmością odesłanie go z powrotem bez wysłuchania utworu, w którym znajduje tyle przyjemności? Okażmy dobre maniery i spełnijmy jego zachciankę – zagrajmy gagliardę.

Zagrali ją z większym zapałem i precyzją niż zazwyczaj i natychmiast rozległ się doskonale im znany dźwięk siadającej osoby. To tego wieczoru mój brat, wpatrując się wytrwale w fotel, zobaczył, albo wydawało mu się, że zobaczył, lekkie zaciemnienie, półcień, mgłę bądź subtelną aurę, która, gdy koncentrował na niej wzrok, najwyraźniej usiłowała przybrać ludzką formę. Na chwilę przestał grać i przetarł oczy, lecz gdy to zrobił, mgła zniknęła i okazało się, że fotel jest zupełnie pusty. Gdy skrzypce ucichły, pianista także przerwał grę i zapytał, czy coś się stało.

– Tylko oczy zaszły mi mgłą – odpowiedział John.

– Dość na dzisiaj – powiedział pan Gaskell. – Skończmy. Pójdę już.

Zamknął fortepian i w tej samej chwili zegar na wieży w New College wybił północ. Pospiesznie opuścił pokój, ale dotarł do drzwi kolegium zbyt późno, żeby się zameldować. Ze względu na powrót o takiej porze został ukarany grzywną i przez tydzień nie mógł opuszczać uczelni, ponieważ przebywanie po północy poza jej terenem – przynajmniej w owym czasie – uchodziło za poważne wykroczenie.

Z tego powodu przez kilka dni przyjaciele nie mogli się spotykać, lecz pierwszego wieczoru, kiedy okres izolacji pana Gaskella dobiegł końca, wrócili do praktykowania muzyki. Gdy wykonali kilka suit Grazianiego i jak zwykle zakończyli Areopagitą, pan Gaskell siedział przy fortepianie przez pewien czas i milczał, deliberując nad czymś, po czym powiedział:

– Nie potrafię wyrazić, jak głęboko porusza mnie ta staroświecka muzyka. Ktoś mógłby próbować przekonać nas, że te suity, których melodie noszą nazwy różnych tańców, były zawsze pisane raczej jako eseje muzyczne z myślą o ich wykonywaniu, a nie tańczeniu przy nich, jak nazwy mogłyby sugerować, co byłoby bardziej naturalne. Myślę jednak, że owi krytycy byliby w błędzie, przynajmniej w niektórych przypadkach. Nijak nie mogę uwierzyć, że melodia taka, jak – dajmy na to – giga Corelliego[11], którą zagraliśmy, nie została napisana konkretnie z myślą o tańczeniu. Można niemal usłyszeć uderzanie obcasów o podłogę i wyobrażam sobie, że w czasach Corelliego tańce, choć niepozbawione wdzięku, w większym stopniu przypominały ociężałe tupanie niż dopuszczają to obecne kryteria poprawnego wykonania w sali balowej. Podobnie gagliarda, którą teraz bez ustanku gramy, posiada niezwykłą moc rozbudzania wyobraźni i formowania bądź odtwarzania takich scen, jak te, które bez wątpienia dawniej ożywiała. Nie wiem dlaczego, ale ciągle kojarzy mi się z jakąś zabawą, którą zapewne widziałem na obrazie, a podczas której kilka par tańczyło do rozpustnych taktów w długiej sali oświetlonej szeregiem srebrnych kinkietów tańszego typu, popularnych pod koniec siedemnastego wieku. Zapewne wspomnienie ostatniej podróży sprawia, iż w mojej fantazji tancerki mają oliwkową cerę, ciemne włosy i jasne oczy włoskiej urody, a ponadto noszą suknie z niezmiernie kosztownej tkaniny o wyszukanym kroju. Wyobraźnia płata mi najwyraźniej figle, przed moimi oczami bowiem maluje się renesansowa sala, z arkadą łuków biegnących tylko po jednej stronie, w fantastycznym, a jednak pogańskim stylu gotyckim. Na końcu znajduje się galeria lub balkon dla muzyków, na którego wybrzuszonym froncie umieszczono ozdobną tarczę herbową zagranicznego rodu. Na emblemacie, na złotym tle, widnieje głowa cherubina dmuchającego na trzy lilie – bez wątpienia widziałem ten herb podczas mych podróży, jednak nie potrafię sobie przypomnieć gdzie. Mogę powiedzieć, że ta scena tak ściśle łączy się w moim umyśle z gagliardą, że ledwie zabrzmią jej pierwsze nuty, widzę ją przed oczami z wyrazistością, która wzmaga się z każdym dniem. Pary idą naprzód, tańczą, po czym się oddalają, wykonując przy tym swobodne a lubieżne gesty, które przywołuję ze wstydem. Nie wiem dlaczego, lecz pośród tylu obcokrajowców i fantazyjnych obrazów próby umiejscowienia rysów twarzy pewnego młodzieńca o angielskim typie urody za każdym razem pełzną na niczym. Wnioskuję, że temat otwierający tę gagliardę jest kompozycją przewyższającą resztę utworu, bowiem wizja starodawnej zabawy pojawia się tylko w trakcie pierwszych szesnastu taktów. Wraz z ostatnią nutą szesnastego taktu kurtyna raptownie opada i scena znika, niemal zwiastując katastrofę. Mniemam, iż drugi temat musi być gorszy w swoim zamyśle od pierwszego i w poczuciu niewłaściwości burzy fundamenty, które wznosi urok jego poprzednika.

Mój brat, choć z zainteresowaniem wysłuchał pana Gaskella, nie odpowiedział i temat upadł

ROZDZIAŁ III

Tego samego lata roku 1842 prawie w połowie czerwca John napisał do mnie i zaprosił do Oksfordu na uroczystości z okazji Tygodnia Pamięci[12]. Od kilku tygodni gościłam u pani Temple, naszej dalekiej kuzynki, w ich domu w Royston w Derbyshire, gdy brat zażyczył sobie, żeby pani Temple przyjechała do Oksfordu i zaopiekowała się mną i swoją córką Konstancją podczas balów oraz innych rozrywek, które odbywają się na zakończenie semestru letniego. W związku z tym, że Royston dzieliło od Worth Maltravers dwieście mil, jak dotąd nasze rodziny rzadko się widywały, jednak podczas owej wizyty nauczyłam się kochać panią Temple, damę o szczególnie słodkim usposobieniu, a także nawiązałam bliską więź z jej córką Konstancją. Konstancja Temple miała wtedy osiemnaście lat, a jej niebywałej urodzie towarzyszyły takie zalety umysłu oraz rzadkie cechy charakteru, które osobom rozumnym z całą pewnością muszą wydawać się znacznie bardziej wartościowe, aniżeli nawet najsilniejszy pociąg fizyczny. Dziewczyna była oczytana oraz błyskotliwa, pobierała też nauki z zasad prawdziwej religii, których później przestrzegała z ofiarną konsekwencją i oddaną pobożnością swojego zbyt krótkiego żywota. Pozwól, że przypomnę Ci, mój drogi Edwardzie, jak wyglądała, ponieważ śmierć zabrała ją o wiele za wcześnie, byś był zdolny docenić zarówno jej urodę, jak i serce: była kobietą wysoką, miała nieco pociągłą i owalną twarz, brązowe włosy oraz oczy w tym samym kolorze.

Pani Temple z radością przyjęła zaproszenie sir Johna Maltraversa. Sama nigdy nie widziała Oksfordu i cieszyła się, mogąc sprawić nam przyjemność odbycia tak zachwycającej wycieczki. John zapewnił nam wygodne pokoje nad sklepem znanego sprzedawcy grawerunków przy High Street i przybyłyśmy do Oksfordu w piątek wieczorem, osiemnastego czerwca 1842 roku. Nie będę rozwodziła się nad rozmaitymi uroczystościami, które prawdopodobnie nieco się zmieniły od tamtej pory, a które są Ci dobrze znane. Wspomnę tylko, że mój brat zapewnił nam wstęp na każde widowisko i cieszyłyśmy się z tej wizyty tak, jak potrafią tylko młodzi, wrażliwi ludzie nieprzesyceni przyjemnościami. Nie mogłam nie zauważyć, że uroda panny Konstancji Temple wywarła ogromne wrażenie na Johnie. Ona z kolei, choć nie okazywała nadmiernej pewności siebie, nie wyglądała na taką, która czuje do niego niechęć. Niezmiernie ucieszył mnie zarówno mój zmysł obserwacji, który pozwolił mi odkryć ten istotny fakt, jak i sama okoliczność. Przepełnionej romantyzmem dziewiętnastolatce towarzyszyło przekonanie, że nadszedł najwyższy czas, aby jej dwudziestodwuletni brat przynajmniej przedsięwziął jakieś plany matrymonialne, a moja przyjaciółka była tak dobra i piękna, że wydawało się niemożliwe, abym kiedykolwiek mogła mieć bardziej kochaną siostrę, a mój brat – lepszą żonę. Pani Temple nie mogła nie zaaprobować takiego pomysłu, ponieważ oprócz tego, że cechy umysłowe tej dwójki zdawały się nadzwyczaj zgodne, John był pełnoprawnym panem Worth Maltravers, a córka pani Temple jedyną dziedziczką dóbr w Royston.

Uroczystości upamiętniające zakończyły się w środę wieczorem wielkim balem w sali muzycznej przy Holywell Street. Została ona udostępniona przez uniwersytecką lożę masońską i John przybył tam z panem Gaskellem, z którym z wielkim zadowoleniem zawarłyśmy znajomość. Obaj mieli na sobie niebieskie szale z jedwabiu i białe fartuchy. Przedstawili nas wielu swoim znajomym w podobnych strojach. Te ważne i tajemnicze insygnia nie kontrastowały z ich młodzieńczymi figurami i chłopięcymi twarzami. Po długim i przyjemnym programie uroczystości zostało postanowione, że powinnyśmy wydłużyć nasz pobyt do następnego wieczoru. Miałyśmy wyjechać z Oksfordu o wpół do jedenastej w nocy i udać się do Didcot, aby stamtąd zabrać się z pocztą na zachód. Wstałyśmy późno następnego ranka i spędziłyśmy dzień, wędrując pośród starych kolegiów i ogrodów w najpiękniejszym mieście Anglii. O godzinie siódmej zjedliśmy razem kolację po raz ostatni w naszej kwaterze przy High Street i mój brat zaproponował, żebyśmy spędzili pogodny wieczór w ogrodach St. John’s College, zanim się rozstaniemy[13]. Wszyscy przystali na to ochoczo, więc wybraliśmy się na przechadzkę. John szedł z przodu w towarzystwie Konstancji i pani Temple, ja i pan Gaskell – za nimi. Mój towarzysz wyjaśnił, że ogrody te zostały uznane za najpiękniejsze na uniwersytecie, lecz w zwykłych okolicznościach obcy nie mogli spacerować po nich wieczorną porą. W tym miejscu zacytował kilka słów po łacinie o tym, że aurum per medios ire satellites[14]. Z uśmiechem na twarzy udałam, że rozumiem. W istocie jednak wywnioskowałam z nich, że John przekupił portiera, aby ten nas wpuścił. Wieczór był ciepły i bardzo spokojny, bez księżyca, ale z wystarczającą ilością mglistego światła, żeby ukazać kontury frontowej części ogrodu. Długi rząd budynków wzniesionych za panowania Karola I wyglądał tak znakomicie i pięknie, że nigdy tego nie zapomnę, choć od tamtej pory nie widziałam tamtych wykuszowych okien i murów obrośniętych pnączami. Szeroki trawnik był mokry od rosy i początkowo spacerowaliśmy wyłącznie po ścieżkach. Wszyscy milczeliśmy, ponieważ przytłaczało nas piękno scenerii, a także smutek, który wywoływała myśl o nieuchronnym rozstaniu z przyjaciółmi i tak uroczym miejscem. John przez cały dzień był milczący i przygnębiony. Pan Gaskell też nie wydawał się skory do rozmowy. Konstancja i mój brat zostali nieco z tyłu, a pan Gaskell zaproponował, żebyśmy przeszli po trawniku, jeśli nie obawiam się wilgoci, abym mogła zza rogu lepiej zobaczyć front ogrodu. Pani Temple czekała na nas na ścieżce, nie chcąc zamoczyć stóp. Pan Gaskell podkreślał uroki widoku rozpościerającego się z jego perspektywy i mieliśmy szczęście usłyszeć słodki śpiew słowików, z którego ogród ten zawsze słynął. Gdy staliśmy w milczeniu, zasłuchani, w niewielkim wykuszu na końcu zapłonęła świeca a światło ukazujące maswerk okna dodawało malowniczości całej scenerii.

W ciągu godziny siedziałyśmy już w lando i przemierzałyśmy ciche, ciepłe uliczki w drodze do Didcot. Widziałam, że rozstanie Konstancji z moim bratem było czułe i nie wiem, czy w pewnym momencie naszej podróży nie płakała, ale nie przyglądałam się jej uważnie, ponieważ moje myśli wędrowały gdzie indziej.

Mimo że z każdą chwilą oddalałyśmy się od śpiącego miasta, w którym – jak sądzę – biły serca nas obu, mam wrażenie, jakbym stała się naocznym świadkiem zdarzeń, które opiszę, tak często je słyszałam z ust mojego brata. Dwaj młodzieńcy, po pożegnaniu się z nami na High Street wrócili do swoich kolegiów. John dotarł do pokoi chwilę przed godziną jedenastą. Był jednocześnie smutny i szczęśliwy – smutny z powodu naszego wyjazdu, lecz szczęśliwy w nowo odkrytym świecie radości, który otworzył przed nim zachwyt Konstancją Temple. W istocie był zakochany w niej po uszy, a toń nieznanej dotychczas namiętności przepełniała go emocjami tak przygniatającymi, że jego zwyczajne życie wydawało się odmienione. Wkroczył do przestrzeni doskonalszej od naszej śmiertelnej atmosfery, a przed jego oczami rozpościerał się nowy region ważnych postanowień i wspaniałych możliwości. Zatrzasnął za sobą masywne drzwi wejściowe (nazywane „dębem”), aby nikt nie wszedł, po czym rozsiadł się na siedzisku pod oknem. Siedział tak przez długi czas przy otwartym oknie, z głową wychyloną na zewnątrz, ponieważ był rozgorączkowany i podekscytowany. Jego pobudzenie umysłowe było tak wielkie, a myśli tak absorbujące, że nie zauważył upływu czasu. Później pamiętał jedynie, że z niewielkiej grządki naprzeciwko docierał do niego zapach krzewu bzu, a nad uliczką nietoperz zataczał kręgi. Wreszcie zegary wybiły trzecią. W tym samym czasie wyłonił się ledwie widoczny blask świtu, klasyczne posągi na dachu szkoły wyróżniały się na tle białego nieba i delikatny błysk wdarł się do zaciemnionego pokoju. Migotał na lakierowanym wieku leżącego na stole futerału na skrzypce oraz na dzbanie wody z grzanek[15] stawianym tam każdego wieczoru przez służącego czy pokojówkę. Wypił szklankę owej mikstury i ruszył w stronę drzwi do sypialni, kiedy uderzyła go nieoczekiwana myśl. Odwrócił się, wyjął skrzypce z futerału, nastroił i jął grać Areopagitę. Był świadomy czystości myśli i wigoru, które nierzadko pojawiają się wraz z nastaniem świtu u tych, którzy przesiedzieli całą noc, oglądając coś lub czytając. Jego myśli wędrowały gdzieś wysoko wskutek efektu, jaki wywiera na obdarzonym wyobraźnią umyśle uświadomienie sobie po raz pierwszy głębokiej namiętności. Nigdy nie grał tej suity z większym zapałem; melodie, nawet bez partii na fortepian, zdawały się skrywać znaczenie dotąd niewyartykułowane. Ledwie przeszedł do gagliardy, posłyszał skrzypnięcie wiklinowego fotela, ale był zwrócony do niego plecami i dźwięk ów był mu już zanadto znany, żeby odwrócił głowę. Dopiero gdy wykonywał powtórzenie, dotarło do niego nowe i ze wszech miar przytłaczające doznanie. Na początku było to niejasne, tak często towarzyszące nam wszystkim uczucie, że nie jest sam. Nie przestawał grać i po kilku sekundach wrażenie czyjejś obecności w pokoju stało się tak silne, że przeszył go lęk. Jednak w następnej chwili poczuł, że bez względu na zagrożenie, musi zobaczyć, czym lub kim jest ta istota. Nie przerywając, częściowo odwrócił się, a częściowo obejrzał się przez ramię. Srebrzysta poświata wczesnego poranka wypełniała pokój, sprawiając, że wszystko pozornie traciło kolor i przybierało nijaki perłowoszary odcień. W tym zimnym, lecz jasnym świetle John zobaczył postać mężczyzny wygodnie usadowionego w fotelu.

W pierwszym przypływie szoku wskutek tak przerażającego odkrycia nie dostrzegał takich szczegółów, jak rysy twarzy, ubiór czy wygląd. Miał tylko świadomość, że wraz z nim w zamkniętym pokoju, którego, o ile było mu wiadomo, był jedynym najemcą, siedziało coś, co miało ludzką postać. Patrzył przez chwilę w nadziei – choć czuł, że jest próżna – iż istota zniknie i okaże się jedynie wytworem jego wzburzonej wyobraźni, ale postać pozostawała na swoim miejscu. Wtedy mój brat odłożył skrzypce i, jak mnie zapewniał, przerażenie ogarnęło go z intensywnością, której dotychczas nie uważał za możliwą. Bez względu na to, czy obraz, który zobaczył był subiektywny czy obiektywny, nie będę udawała: ocenisz to sam, gdy dotrzesz do końca tej opowieści. Ograniczone doświadczenie mogłoby nas skłaniać ku przekonaniu, że była to zjawa wywołana przez jakiś niezwykły stan umysłu, ale jesteśmy skłonni przyznać, że z całą pewnością istnieją w przyrodzie zjawiska, które okpiwają ludzki rozum, i możliwe, że z jakichś ukrytych powodów kierujących Opatrznością ci, którzy opuścili to życie, otrzymują niekiedy zgodę na przybranie na chwilę formy swojego ziemskiego przybytku. Uważam, że musimy powstrzymywać się od osądów w takich sprawach, lecz w tym przypadku późniejszy bieg wydarzeń niezwykle trudno wytłumaczyć, jeśli nie przyjąć, że mojemu bratu istotnie ukazała się wówczas postać cielesna dawno zmarłej osoby. Strach, który nim owładnął, wynikał – jak mówił mi niejednokrotnie, analizując swoje uczucia na długo potem – z dwóch straszliwych powodów. Po pierwsze, odczuwał mentalny rozstrój, który towarzyszy nagłemu obaleniu z góry przyjętych teorii, nagłej zmianie dawnego nawyku czy też nawet wystąpieniu okoliczności wykraczających poza nasze codzienne doświadczenie. Stan ten sama dostrzegałam w niepokojących skutkach, jakie wywiera nagła śmierć, poważny wypadek czy – w ostatnich latach – wypowiedzenie wojny na każdym człowieku, z wyjątkiem najbardziej przytępionych lub odważnych umysłów. Po drugie, doświadczył zupełnego upokorzenia bądź mentalnego unicestwienia wskutek głębokiego przekonania o przynależności do wyższego rodzaju istot. W obecności istnienia mającego ludzką formę, lecz o cechach całkowicie odmiennych i lepszych od jego własnych, odczuwał mieszaninę szacunku i wstrętu, które towarzyszą nawet najwspanialszym dzikim zwierzętom postawionym po raz pierwszy twarzą w twarz z człowiekiem. Wstrząs okazał się tak wielki, iż jestem przekonana, że wywarł na Johna wpływ, spod którego ten nigdy w pełni się nie oswobodził.

Po przerwie, która wydała mu się wiecznością, choć trwała ledwie sekundę, ponownie skierował wzrok na gościa w wiklinowym fotelu. Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, władze umysłowe pozwoliły mu dostrzec, że postać była mężczyzną w wieku bodaj trzydziestu pięciu lat, o wciąż młodzieńczym wyglądzie. Twarz miał podłużną i owalną, włosy brązowe, zaczesane do góry nad wyjątkowo wysokim czołem. Cera była bardzo blada lub anemiczna. Był gładko ogolony, a na wąskich ustach z zaciśniętymi wargami malował się szyderczy uśmiech. Wyraz twarzy w ogóle sprawiał nieprzyjemne wrażenie i mój brat od początku czuł przez skórę, że towarzyszy mu zgubne i nikczemne działanie. Oczu nie było widać, ponieważ miał je spuszczone, podpierał głowę dłonią, przyjmując zasłuchaną pozę. Twarz, a nawet ubiór odcisnęły się w pamięci Johna tak wyraziście, że nigdy nie miał kłopotu z przywołaniem ich w swojej wyobraźni. Zarówno on, jak i ja mieliśmy później sposobność zweryfikowania tych wspomnień w nadzwyczajny sposób. Mężczyzna miał na sobie długi surdut z zielonej tkaniny, obszyty złotym haftem, oraz białą satynową kamizelkę ozdobioną we wzory gałązek róż, pełny halsztuk z kosztownej koronki, pludry z żółtobrązowego jedwabiu oraz pończochy z tej samej tkaniny. Nosił buty z wypolerowanej skóry z ciężkimi srebrnymi sprzączkami, cały jego ubiór przypominał strój noszony sto lat wcześniej. Gdy John patrzył na niego, ten wstał, podparłszy ręce na poręczach fotela i wywołując skrzypienie, które tak często dawało się słyszeć. John zwrócił uwagę na dłonie: były niezwykle białe, o długich, delikatnych palcach muzyka. Mężczyzna był słusznego wzrostu. Wciąż wbijając wzrok w podłogę, ruszył zwyczajnym krokiem w kierunku półek na bocznej ścianie pokoju, najbardziej oddalonej od okna. Dotarł do regału i wtedy John stracił go z pola widzenia. Postać nie zanikała stopniowo, lecz zgasła niczym płomień raptownie zdmuchniętej świecy.

Pokój wypełniało teraz jasne światło letniego poranka: cała wizja trwała nie więcej niż kilka sekund, ale mój brat wiedział, że nie istniała możliwość, by się mylił, zagadka skrzypiącego fotela została rozwikłana, zobaczył człowieka, który od ponad miesiąca przychodził co wieczór, aby posłuchać gagliardy. John był tak przejęty, że przez dłuższą chwilę nawet nie drgnął, czy to obawiając się, czy wręcz oczekując powrotu postaci, ale wszystko pozostało bez zmian: niczego nie zobaczył ani nie śmiał na nowo stawić czoła zjawie, ponownie wykonując gagliardę, która, najwyraźniej miała na nią tak osobliwe działanie. Wreszcie w pełnym słońcu późnego czerwcowego poranka, który nastał w Oksfordzie, na bruku pod swoim oknem usłyszał kroki pierwszych przechodniów, wołanie mleczarza oraz inne hałasy, które świadczyły o tym, że świat się przebudził. Było po szóstej. John udał się do sypialni i na godzinę zapadł w niespokojny sen.

ROZDZIAŁ IV