Zadufany szef - T.L. Swan - ebook + audiobook
BESTSELLER

Zadufany szef ebook i audiobook

T.L. Swan

4,7

393 osoby interesują się tą książką

Opis

Trzeci tom bestsellerowej serii T. L. Swan o braciach Miles!
Ulubionym hobby Kate Landon jest drażnienie jej szefa Elliota Milesa. Sam widok jego przystojnej twarzy powoduje u niej irytację. Mężczyzna jest typowym bogatym playboyem o beznadziejnej osobowości. Kate nie potrafi zrozumieć, dlaczego kobiety na niego lecą, nie widząc, jaki jest arogancki i zadufany w sobie.
W przeciwieństwie do Elliota Kate nie może pochwalić się równie bujnym życiem towarzyskim. Postanawia więc pod fałszywym nazwiskiem skorzystać z aplikacji randkowej i w ten sposób poznaje mężczyznę o imieniu Edgar. Gość kompletnie nie jest w jej typie. Różni ich niemal wszystko, łącznie z miejscem na świecie, gdzie mieszkają, ale nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Nawet przyjaźń.
Nowy przyjaciel to niejedyna zmiana w życiu kobiety. Coś dziwnego zaczyna dziać się z jej przełożonym. Coraz częściej przygląda się Kate i to wcale nie w sposób, w jaki powinien to robić szef. Pewnego dnia jego słowa kompletnie zwalają dziewczynę z nóg. Elliot twierdzi, że jej bezbronność jest urocza. Nagle okazuje się, że mężczyzna wie o niej coś, czego mu nigdy nie powiedziała.
Opis pochodzi od wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 509

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 25 min

Lektor: T.L. Swan

Oceny
4,7 (2934 oceny)
2317
414
144
45
14
Sortuj według:
oligatorka22

Z braku laku…

Najgorsza część
142
juulkaaa25

Całkiem niezła

Moim zdaniem to najsłabsza cześć trylogii. Bohaterowie całkowicie utracili swoje charaktery, a dodatkowo niektóre dialogi między Kate i Eliotem były tak płytkie, że je omijałam. Jeśli szukasz ksiazki z motywem hate- love między szefem a podwładna polecam cykl „Beautiful Bastard” napisana przez Christine Lauren, a szczególnie tom 1 - Piękny drań.
Luna_czyta_20

Nie oderwiesz się od lektury

Nigdy się tak nie śmiałam 😂😂😂
100
efyrak

Z braku laku…

Najsłabsza z dotychczasowych. Tak jak dwie pierwsze części mi się podobały tak z tą miałam problem i z trudem doczytałam do końca. Zbyt wulgarna jak i żenująca wydawała się też w niektórych momentach.
102
Urszzulka

Całkiem niezła

Szczerze pokochałam braci Miles od pierwszej części. Kocham poczucie humoru autorki i to w jaki sposób wykreowała tak zabawne postacie. Pierwsza część mnie porwała, druga rozczuliła i zachwyciła, a trzecia znudziła. Było kilka ciekawych momentów, kilka razy nawet śmiesznych, ale nie było tego czegoś co w poprzednich dwóch, często pomijałam niektóre dialogi bo było za dużo wulgaryzmów co pozostawia niesmak. Mam nadzieje, że ostatni z braci Miles porwie mnie w następnej części ❤️
80

Popularność




Tytuł oryginału

The Casanova

Copyright © 2021 by T. L. Swan

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne

Oświęcim 2022

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Magdalena Magiera

Korekta:

Justyna Nowak

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Paulina Romanek

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8320-153-5

Dedykuję tę książkę alfabetowi,

bo tych kilkadziesiąt liter odmieniło moje życie.

Odnalazłam w nich siebie i teraz mogę żyć marzeniem.

Gdy następnym razem będziecie wymieniali litery alfabetu,

pamiętajcie o ich mocy. Ja pamiętam każdego dnia.

Prolog

Elliot

Patrzę na malejące z każdym piętrem liczby na wyświetlaczu nad drzwiami. Komórka wibruje mi w kieszeni, wyciągam ją. Wiadomość od Christophera:

Uwaga! Wiedźma cię szuka.

Kurwa mać.

Chowam telefon do kieszeni i biorę głęboki wdech, nie jestem dziś w nastroju na to gówno. Drzwi windy rozsuwają się, wychodzę na korytarz i zauważam ją kątem oka. Ale udaję, że jej nie widzę i kieruję się w stronę Courtney, mojej asystentki.

– Panie Miles! – Słyszę zza pleców.

Idę przed siebie.

– Ekhem! – odchrząkuje. – Panie Miles, proszę mnie nie ignorować.

Czuję, jak podnosi mi się ciśnienie. Rozdymam nozdrza, obracam się w stronę, z której dochodzi jej głos. I oto jest. Najbardziej upierdliwa pracownica, jaką zrodziła Matka Ziemia.

Inteligentna, apodyktyczna, arogancka i kurewsko drażniąca.

Kathryn Landon, mój arcywróg.

Czarownica rodem z dziecięcych koszmarów.

Zasłużyła sobie na to miano.

– Dzień dobry, Kathryn – mówię ze sztucznym uśmiechem.

– Mogę prosić na słówko?

– Jest poniedziałek, dziewiąta rano – warczę. – To nie jest dobry moment na… słówka – mówię, pokazując palcami cudzysłów.

Mógłbym przysiąc, że ta kobieta poświęca całe weekendy na obmyślanie, jak spierdolić mi każdy poniedziałek.

– Proszę więc sprawić, żeby był dobry – odwarkuje.

Oblizuję przednie zęby. Ta suka ma mnie na muszce i zdaje sobie sprawę ze swojej przewagi. Jest totalnym geekiem komputerowym, opracowała nasze najnowsze oprogramowanie. Wie, że jest niezastąpiona w firmie i, o ja pierdolę, jakże daje mi popalić.

Maszeruje do swojego gabinetu i otwiera drzwi niecierpliwym gestem.

– Sprężę się.

– Jakżeby inaczej – stwierdzam z wymuszonym uśmieszkiem, a gdy wchodzę do pomieszczenia, wyobrażam sobie, jak walę łbem Kathryn o futrynę.

Siada za biurkiem i mówi:

– Proszę usiąść.

– Nie, postoję. Podobno masz się sprężyć.

Unosi brew, ja piorunuję ją wzrokiem i nie odwracam spojrzenia.

– O co chodzi?

– Zostałam poinformowana, że nie dostanę w tym roku czterech nowych stażystów. Można wiedzieć, dlaczego?

– Kathryn, przestań ze mną pogrywać. Doskonale znasz odpowiedź na to pytanie.

– Dlaczego przesunął pan program stażów do zagranicznych biur?

– Bo to moja firma.

– To niewystarczające wyjaśnienie.

Zadzieram podbródek, zaczynam słyszeć własny puls. Nikt nie podnosi mi ciśnienia tak, jak ta kobieta.

– Panno Landon, nie muszę tłumaczyć się przed panią z decyzji związanych z zarządzaniem Miles Media. Składam sprawozdania tylko i wyłącznie zarządowi. Muszę natomiast zastanowić się nad pani zamiarami.

– Jak mam to rozumieć? – pyta, mrużąc oczy.

– No cóż, jeżeli jest pani tutaj tak nieszczęśliwa, to dlaczego pani nie odeszła?

– Słucham?

– Mogłaby pani pracować dla mniej więcej miliona innych firm, a jednak uparcie pozostaje pani u nas i narzeka na każdą drobnostkę. Nie zamierzam pani okłamywać, zaczyna mnie to nużyć.

– Jak pan śmie!

– Powinna pani pamiętać, że nie ma ludzi niezastąpionych. Z radością, w każdej chwili, przyjmę pani rezygnację. Co tam, nawet zapłacę pani hojną odprawę.

Kobieta bierze się pod boki i odpowiada stanowczo:

– Domagam się pisemnego raportu na temat stażów, które przesunął pan z londyńskiego biura i powodów stojących za tą decyzją. Pańskie wyjaśnienia są niedostateczne i sama przedstawię tę sprawę zarządowi.

Oczywiście, że przedstawi. Krew się we mnie burzy.

– I proszę mi tu nie przewracać oczami! – fuczy oburzona.

– Kathryn, przez ciebie tyle przewracam oczami, że czeka mnie przeszczep siatkówki.

– Więc jest nas dwoje.

Mierzymy się wzrokiem. Chyba jeszcze nikt nie wzbudzał we mnie takiej nienawiści.

Puk, puk. Ktoś puka do drzwi.

– Wejść! – wrzeszczy.

Pojawia się Christopher, tak jak się spodziewałem. Zawsze przerywa moje spotkania z Kathryn na ułamek sekundy przed erupcją moich nerwów.

– Elliot, mogę cię prosić na chwilę? – pyta, po czym uśmiecha się i kiwa jej głową. – Dzień dobry, Kathryn.

– Nie skończyliśmy jeszcze. Christopher, musisz zaczekać – rzuca do mojego brata.

– Skończyliśmy – wtrącam. – Jeżeli masz dalsze skargi, a tego akurat jestem pewien, to idź sobie z nimi do kadr.

– Nie będę chodziła do żadnych kadr – odwarkuje. – Jest pan dyrektorem generalnym i to z panem będę załatwiała wszystkie problemy. Proszę przestać marnować mój czas, panie Miles. Z ogromną przyjemnością zamelduję zarządowi o pańskiej niekompetencji. A Bóg wie, że byłoby o czym meldować. Chcę, żeby londyńskie biuro odzyskało te staże. Natychmiast.

– Nie ma szans.

Przerzuca nerwowo jakieś papierzyska na biurku.

– Dobrze, w takim razie do zobaczenia w przyszły wtorek.

Zebranie zarządu.

Wbijam w nią mordercze spojrzenie, tętno wali mi w uszach.

Pierdolona suka.

– Elliot… – ponagla mnie Christopher. – Musimy iść.

Zaciskam zęby i posyłam jej jeszcze jedno zabójcze spojrzenie.

– Za ile zdecydujesz się odejść, podaj swoją cenę.

– Idź pan do diabła.

– Nie zamierzam wysłuchiwać twoich błahych skarg za każdym razem, gdy przechodzę przez biuro – cedzę wściekle.

– Więc proszę przestać podejmować kretyńskie decyzje. – Patrzymy sobie w oczy. – Do widzenia, panie Miles. Wychodząc, proszę zamknąć za sobą drzwi. I do zobaczenia na zebraniu zarządu – mówi, uśmiechając się słodko.

Biorę ostry wdech, walczę, żeby nie stracić nad sobą panowania.

– Elliot – rzuca Christopher. – Tędy.

Wypadam z jej gabinetu prosto do windy. Christopher idzie tuż za mną, drzwi się zasuwają.

– Kurwa, ja pierdolę! Nienawidzę jej – szepczę wściekle.

– Jeżeli poprawi ci to humor… – prycha Christopher – …ona ciebie jeszcze bardziej.

Poluzowuję krawat gwałtownym szarpnięciem.

– Za wcześnie na szkocką, prawda? – pytam.

– Kwadrans po dziewiątej – stwierdza mój brat, spoglądając na zegarek.

Biorę głęboki wdech, próbuję się uspokoić.

– Trudno, jebać konwenanse.

Rozdział 1

Kate

Wrzucam lunch do torebki i rozglądam się za kluczami.

– Wychodzę! – wołam do Rebekki.

Becca wysuwa głowę z łazienki, jest owinięta w biały ręcznik, drugi ma na głowie.

– Wróć na czas. Nie chcę, żeby zrobiło się dziwnie i niezręcznie, gdy przyjedzie.

– Tak, tak, wiem.

– Mówię serio. Chcę, żeby poczuł się mile widziany, a wiesz, że byłoby dobrze, gdybyśmy przyjęły Daniela we dwie.

Przewracam oczami. Gdzie te klucze?

– Skąd pomysł, że chce, żebyśmy go „przyjmowały”?

– Po prostu uważam, że warto zrobić dobre pierwsze wrażenie.

– Dobra, czaję.

Zauważam kluczyki w koszyczku na stoliku.

– W przerwie na lunch odbieram dziś nasze kostiumy do netballa – woła Rebecca.

Prycham. W tym tygodniu zaczynamy grać w netballa na hali. Boże, miej nas w opiece. Będzie to mój pierwszy kontakt ze sportem od liceum.

– Nie mogę się doczekać – odkrzykuję. – Mam nadzieję, że dołączają do każdego kostiumu defibrylator. Jestem w takiej kondycji, że zawał murowany.

Rebecca parska śmiechem, odwijając ręcznik z włosów.

– Macie w pracy siłownię. Czemu nie korzystasz?

– Wiem, wiem, naprawdę nie powinnam być taka leniwa – przyznaję w drodze do drzwi.

– Myślisz, że powinnam coś ugotować Danielowi na kolację? – pyta.

– Dlaczego tak usilnie chcesz być miła dla tego faceta? – dziwię się, robiąc skrzywioną minę.

– Wcale nie chcę.

– Podoba ci się czy coś? – pytam zaciekawiona. – Nie przypominam sobie, żebyś tak traktowała naszą poprzednią współlokatorkę.

– Bo była wrzodem na dupsku, a poza tym Daniel dopiero co przyjechał do miasta i nikogo tu nie zna. Szkoda mi go.

– Jest prywatnym stylistą, na pewno nie brakuje mu pretensjonalnych kumpli – prycham cierpko.

– Poprawka, jest świeżo upieczonym absolwentem szkoły mody, który przyjechał do Londynu, bo chce zostać stylistą. To spora różnica.

– Obojętne. – Przewracam oczami. – Do zobaczenia wieczorem.

Zbiegam schodami i trzy piętra później wychodzę na ulicę, zmierzając w kierunku dworca. Od głównej linii metra dzielą mnie tylko trzy przystanki, ale to za daleko jak na pieszą wędrówkę.

Czekam na peronie, pociąg przyjeżdża punktualnie. Wsiadam do wagonu i zajmuję miejsce.

Dochodzę do wniosku, że to najdziwniejsze dwadzieścia minut mojego dnia. Jak jakiś tunel czasowy. Siadam, rozglądam się i nagle jestem na miejscu. Może wpadam w jakiś rodzaj katatonii – nie wiem, o czym w tym czasie myślę ani co się dzieje. Wiem natomiast, że codziennie tracę dwadzieścia minut na myśli, których później nie pamiętam.

Wysiadam z pociągu i ruszam do biura. Pracuję w centrum Londynu. Na przeciwległym rogu, na skos od siedziby Miles Media, jest mała kawiarenka. Zawsze w niej tłoczno i ruchliwie, bo śpieszący się do pracy ludzie wpadają tam po kawę i jakieś przekąski.

– Hej, piękna – wita mnie Mike.

– Cześć. – Uśmiecham się radośnie. Mike jest tu baristą, kilka lat temu wpadłam mu w oko. Jest słodki, uroczy i… niestety, gdy się do mnie odzywa, nie czuję żadnego żaru.

Szkoda, bo to naprawdę świetny facet. Gdybym miała wskazać mężczyznę, który z całą pewnością byłby dla mnie dobry, to wybrałabym jego. Żałuję, że nie mogę wybierać, kto mi się podoba. Bez dwóch zdań byłoby mi łatwiej w życiu.

– To, co zwykle? – pyta.

Siadam przy oknie.

– Tak, poproszę. – Rozglądam się.

Mike przygotowuje moją kawę, podchodzi i stawia ją przede mną na stoliku.

– Co nowego? – pyta.

– Niewiele. – Biorę kawę do ręki, para z kubka wzlatuje pod sam sufit, rozpraszam ją podmuchem. – Zastanawiam się, czy zacząć chodzić na siłownię w pracy.

– Tak? – Rzuca okiem na budynek po drugiej stronie skrzyżowania. – Macie tam siłkę?

– No, i to wielką. Na czternastym piętrze.

– Ha, kto by pomyślał. Musicie za nią płacić?

– Nie, pracownicy mogą korzystać za darmo – wyjaśniam, upijając łyk kawy.

Mike rechocze i udaje, że wyciera stolik obok.

– Mogę się z tobą wybrać – proponuje i puszcza mi oczko.

– Bardzo mi przykro, ale nikt spoza firmy nie ma tam wstępu, a na inną siłownię mnie nie stać.

Mike przewraca oczami.

Obserwujemy, jak przed budynkiem firmy zatrzymuje się czarny bentley. Zza kierownicy wyskakuje szofer i otwiera tylne drzwi, zza których wyłania się Elliot Miles. Mam wrażenie, że uczestniczę w wystawianym każdego poranka spektaklu. Oto znów pochłaniam wzrokiem człowieka, którym gardzę. Dziś ma na sobie granatowy garnitur w prążki i białą koszulę, a na głowie ma te, kurwa, idealne ciemne loczki. Obserwuję, jak wysiada i jedną ręką zapina marynarkę, w drugiej trzyma aktówkę. Ma perfekcyjnie proste plecy, dominującą postawę.

Ucieleśnienie arogancji.

Przyglądam mu się, sącząc kawę. Wkurza mnie, że jest taki boski.

Wkurza mnie, że wszędzie, gdzie się pojawia, kobiety stają jak wryte i odwracają za nim głowy. A najbardziej wkurza mnie to, że on doskonale o tym wie.

Nigdy bym się do tego nie przyznała, ale podczytuję tabloidy i czasopisma plotkarskie, więc wiem o tych wszystkich egzotycznych przyjęciach, na których się pojawia i pięknych kobietach, z którymi się spotyka.

Wiem o Elliocie Milesie więcej, niż wypada.

Z drugiej strony, powinnam sporo wiedzieć, skoro nienawidzę go od siedmiu lat, bo dokładnie tyle dla niego pracuję.

Patrzę, jak uśmiecha się i mówi coś do szofera, potem jak wchodzi do budynku Miles Media i ludzie się na niego gapią, aż podnoszą mi się włoski na karku.

Elliot Miles, uosobienie bogatego dupka, po prostu… mnie wkurwia.

***

Minęła piętnasta, słyszę powiadomienie, że otrzymałam maila. Otwieram wiadomość:

Elliot Miles

Dyrektor generalny Miles Media Wielka Brytania

Kathryn,

dokończyłaś ten raport monitorujący?

Dupek.

Zaciskam zęby i odpisuję:

Dzień dobry.

Szanowny panie Miles, korespondencja od Pana niezmiennie sprawia mi przyjemność.

Jak zwykle okazuje Pan nieskazitelne maniery.

Raport ma pojawić się do wtorku w przyszłym tygodniu i wtedy go Pan otrzyma.

Być może mogłabym nadążyć za Pańskim nierealistycznym harmonogramem, gdybym miała więcej pracowników.

Życzę miłego dnia.

Z wyrazami szacunku

Kathryn

Uśmiecham się półgębkiem i wciskam „wyślij”. Zachowywanie się jak sarkastyczna suka względem Elliota Milesa to moje ulubione hobby. Odpowiedź przychodzi niemal natychmiast:

Dzień dobry, Kathryn.

Twoje popisy niezmiennie nie robią na mnie wrażenia.

Nie pytałem, kiedy otrzymam raport, ale czy go skończyłaś.

Proszę, zwracaj uwagę na szczegóły, żebym nie musiał ciągle się powtarzać.

Więc skończyłaś ten raport czy nie?

Biorę gwałtowny wdech. Ten gość doprowadza mnie do szału. Odpisuję, waląc mocno w klawisze, aż dziw, że nie połamałam sobie palców.

Panie Miles,

raport oczywiście jest skończony. Jak zwykle jestem przygotowana na Pańskie kaprysy, jeżeli chodzi o daty i terminy.

Na szczęście przynajmniej jedno z nas postępuje profesjonalnie.

Proszę zwrócić uwagę na załącznik.

Gdyby miał Pan problemy z jego zrozumieniem, z przyjemnością znajdę czas w moim napiętym harmonogramie, aby przed zebraniem zarządu wszystko Panu objaśnić.

Pisząc, uśmiecham się półgębkiem, bo wyobrażam sobie, jak zadymi mu się z uszu, gdy będzie to czytał.

Życzę przemiłego popołudnia. Wymiana zdań z Panem to, jak zawsze, przyjemność.

Kathryn Landon

Biorę łyk herbaty. Jestem z siebie zadowolona. Co powiesz na to, baranie?

Kolejne piknięcie, przyszła odpowiedź:

Panno Landon, dziękuję.

Życzę bezpiecznej drogi do domu, proszę nie wpaść pod autobus albo inny pojazd.

Uśmiecham się pod nosem. Chciałbyś, durny fiucie.

***

Patrzę, jak Rebecca goni po mieszkaniu jak kurczak bez głowy. Daniel ma zjawić się lada moment. Powiedzieć, że Rebecca jest rozgorączkowana, to nic nie powiedzieć.

– Nie stój tak – warczy na mnie.

– A co mam niby robić? – pytam spokojnie, patrząc na idealnie wysprzątane mieszkanie. – Dosłownie wszystko jest już czyste. O co ci chodzi z tym kolesiem? – pytam. – Strasznie ci zależy, żeby zrobić na nim wrażenie. Fakt, że jest ciachem oczywiście nie ma tu nic do rzeczy, prawda?

– Nie bądź śmieszna – rzuca. – Mam chłopaka, pamiętasz?

– Och, ja pamiętam. A ty?

– Zamknij się – fuczy.

Rozlega się dzwonek do drzwi i nasze spojrzenia się spotykają.

– Przyszedł – szepcze Rebecca.

– No, to idź go wpuść – stwierdzam, wskazując na drzwi.

Rebecca niemalże biegnie otworzyć.

– Cześć – mówi z durnym uśmiechem.

Naprawdę trudno nie przewracać oczami.

– Cześć – odpowiada uśmiechnięty Daniel i zerka to na nią, to na mnie. Przyniósł dwie spore walizki. Jest wysokim i, muszę przyznać, całkiem przystojnym blondynem. Gdy był tu wcześniej, jakoś tego nie zauważyłam. Nie dziwne, że Becca próbuje zrobić na nim wrażenie.

– Daj, pozwól, że ci pomogę – proponuję.

– Trzeba wnieść coś jeszcze? – pyta Becca, wyglądając na ulicę.

– Dziękuję, w samochodzie mam jeszcze dwie walizki. Zaraz po nie pójdę.

– Pamiętasz Kate? – wskazuje na mnie, a Daniel przenosi na mnie spojrzenie.

– Tak, oczywiście. Miło znów cię widzieć, Kate.

Uśmiecham się niezręcznie. W tego rodzaju sytuacjach towarzyskich zawsze robię się dziwna. Dopóki kogoś lepiej nie poznam, zdecydowanie nie należę do przyjacielskich osób. Oczywiście nie zachowuję się tak z własnego wyboru, nieśmiałość to klątwa od losu.

– Tam jest twój pokój. – Rebecca wciela się w przewodniczkę i prowadzi Daniela do jego sypialni. – A tu mój. Zapraszam na górę, pokażę ci pokój Kate – proponuje.

Oprowadza go po całym mieszkaniu, a ja leżę za nimi bez słowa. Taksuję Daniela wzrokiem. Ma na sobie czarne spodnie, czarny wełniany sweter i zieloną bomberkę. Drogie i modne ciuchy, naprawdę wygląda jak stylista personalny.

– Kiedy zaczynasz pracę? – pytam, próbując zagaić rozmowę.

– W przyszłym tygodniu mam czterech klientów. Poza tym muszę znaleźć jeszcze z pięćdziesięciu, i to jak najszybciej – odpowiada. Uśmiecham się. – A tak na poważnie, w przyszłym tygodniu zaczynam w Harrodsie, będę jednym z ich sklepowych konsultantów.

Boże, co za koszmar. Zakupy to dla mnie piekło na ziemi. Nie wiem, co wypada dodać, czuję się coraz bardziej niezręcznie, więc przygarbiam się i stwierdzam:

– Nigdy wcześniej nie znałam żadnego stylisty personalnego.

– Jest nas niewielu – odpowiada z uśmiechem.

Zabieram walizkę z jego dłoni i zerkam na logo: Louis Vuitton. Jezu… pewnie jest warta tyle, co mój samochód. Daniel wychodzi przed budynek, zerkam za nim na ulicę. Przyjechał nowym, czarnym audi. Po jaką cholerę szukał mieszkania z dwiema współlokatorkami, skoro stać go na takie rzeczy?

Na pewno wolałby mieszkać sam, prawda?

Ja bym wolała.

Wyciąga z bagażnika następne dwie, piękne walizki z czarnej skóry. Gdy wnosi je po schodkach, patrzę na nie podejrzliwie. Szkoda, że nie mam równie dobrego gustu.

Daniel wjeżdża walizkami do swojego pokoju, bierze się pod boki i patrzy na nas.

– Dziewczyny, proszę, powiedzcie, że zabieracie mnie dziś na miasto. Przy kilku drinkach poznamy się najlepiej, prawda?

Rebecce z ekscytacji prawie gały wyszły z orbit.

– Wspaniale. Prawda, Kate? – pyta, zerkając na mnie z ukosa.

Nieszczególnie.

– Jakżeby inaczej – odpowiadam, sztucznie się uśmiechając.

– No to idziemy? – pyta.

– Teraz? – dziwię się. – Nie wolisz najpierw się rozpakować?

– Nie, rozpakowywanie nie zając. Aż do przyszłego tygodnia nie mam nic do roboty, więc przynajmniej czymś się zajmę.

***

Godzinę później siedzimy przy barze w restauracji, pewnie dzierżąc w dłoniach kieliszki wina.

– Więc? – pyta Daniel, patrząc to na mnie, to na Beccę. – Co tam u was, spotykacie się z kimś czy jesteście singielkami?

– No cóż – odpowiada Rebecca z uśmiechem. – Ja mam chłopaka, Bretta. Natomiast nasza Kathryn stara się o honorowe członkostwo w zakonie.

– Nieprawda! – Wybucham śmiechem. – Po prostu jestem wybredna.

Daniel posyła mi urocze oczko.

– To nic złego. Sam też lubię powybrzydzać.

– A jaki jest twój status? – pyta Becca.

– Więc… – Chłopak zawiesza głos, jakby szukał właściwych słów. – Jestem… – Znowu nie kończy.

– Gejem? – dopowiadam.

Wybucha śmiechem.

– Nie mogę tytułować się całkowitym gejem, bo za bardzo lubię kobiety.

– Czyli… – Rebecca marszczy nos, próbując wyłuskać sens jego odpowiedzi.

– Jesteś biseksualny?

Daniel wykrzywia usta, jakby się zastanawiał.

– Nie powiedziałbym, że jestem biseksualny. Z natury pociągają mnie kobiety. Ale ostatnimi czasy… – Znowu nie kończy zdania.

– Co takiego? – dociekam zafascynowana.

– Kilka lat temu, na Ibizie, imprezowałem z kilkoma chłopakami. Nie znałem ich zbyt dobrze. Jeden z nich był gejem.

– Ilu was tam było? – pytam.

– W sumie czterech.

– Czyli trzech hetero?

Daniel kiwa głową.

– Może to przez słońce, może przez alkohol, a może przez kokainę, nie wiem. W każdym razie zrobiliśmy się troszkę napaleni, spędziliśmy cały weekend w łóżku, no i nabawiłem się drobnego fetyszu odnośnie do facetów na boku.

Rebecca uśmiecha się do niego błogo, jakby właśnie usłyszała najlepszą opowieść w życiu. Prawie słyszę zgrzyt trybów pracujących w jej głowie. Zastanawia się, jak bardzo ten chłopak jest wyzwolony.

Biorę łyk wina, jestem równie zafascynowana jego historią.

– Jakie to uczucie obcować seksualnie z kimś, do kogo nie masz naturalnej skłonności?

– Przyjemne. Może nieco perwersyjne. – Wzrusza ramionami. – Chyba to mnie w tym pociąga. Mam wrażenie, że robię coś naprawdę niegrzecznego, coś, czego nie powinienem robić, a równocześnie wydaje się to zupełnie naturalne. Nie wiem, jak długo będę to robił, może do końca życia, a może już wkrótce z tym skończę. W każdym razie, nie żałuję. Seks z mężczyzną nie wydawał się „niewłaściwy”, jeżeli o to ci chodzi.

– A ilu… – Rebecca urywa, jakby ugryzła się w język.

– Możesz pytać o wszystko.

– Z iloma mężczyznami już byłeś?

Daniel mruży oczy z namysłem.

– Hmm, z niewieloma. Na pewno było ich więcej niż dziesięciu, ale mniej niż dwudziestu.

– Jezu. – Odruchowo unoszę brwi.

– A co to za spojrzenie? – pyta Daniel z lekkim uśmiechem.

– Jeżeli ponad dziesięciu to dla ciebie niewiele, to nie chcę wiedzieć, ilu uznałbyś za wiele. To znaczy… jaki masz wynik, jeśli chodzi o kobiety?

Chłopak wybucha serdecznym śmiechem.

– Obawiam się, że ta liczba jest zbyt wysoka, nie zliczę. W moim fachu często spotyka się pięknych ludzi i czasami nie sposób oprzeć się pokusie.

Czuję rozczarowanie, mnę w dłoni serwetkę i rzucam ją na stolik.

– Chciałabym być bardziej jak ty – stwierdzam skwaszona.

– To znaczy?

– No wiesz, być taka wyzwolona i fajna… – zawieszam głos, szukając odpowiedniego określenia – …wolna, chyba o to mi chodzi.

Boże drogi, co ja palnęłam? Zabrzmiałam jak jakaś desperatka.

– Chyba chodzi mi o to, że chciałabym być na twoim miejscu, no wiesz, sypiać z kim najdzie mnie ochota, dla czystej zabawy.

– Nie uprawiasz seksu dla zabawy? – pyta zdziwiony.

Źle się wyraziłam.

– Kiedyś uprawiałam. Ale z wiekiem chyba wypadłam z obiegu.

– A ile masz lat? – pyta.

– Dwadzieścia siedem. Miałam kilku chłopaków w liceum i na studiach, a później jednego na poważnie. Zerwaliśmy rok po śmierci moich rodziców.

– Twoi rodzice nie żyją?

Biorę łyk wina. W jaki sposób zeszliśmy na ten temat?

Po co to powiedziałam?

– Zderzenie czołowe… – wyjaśnia Rebecca, bo wie, że nie znoszę wypowiadać na głos tych słów.

Daniel patrzy na mnie pytająco.

– Matka zginęła na miejscu, ojciec w drodze do szpitala. Kierowca, który w nich wjechał, dostał zawału za kierownicą i zjechał na przeciwległy pas.

Czuję ucisk w dołku, ciężar na piersi. Patrzę w serdeczne oczy Rebekki, która uśmiecha się łagodnie i łapie mnie za rękę. Rodzice zginęli niedługo po tym, jak się do niej wprowadziłam, jeszcze na studiach. Była moją opoką, cudowną przyjaciółką, wspierała mnie podczas tych wszystkich długich, samotnych nocy.

– Przykro mi – szepcze Daniel. – Masz innych krewnych?

– Tak – odpowiadam, odzyskując uśmiech. – Wspaniałego brata, Brada, no i siostrę, która… – urywam.

– Która… Co? – pyta zaciekawiony.

– Jest suczyskiem – wtrąca jadowicie Rebecca. – Nie mam pojęcia, jak mogą być genetycznie spokrewnione. Nie mają ze sobą nic wspólnego. Jak woda i ogień.

Daniel uśmiecha się zaskoczony i patrzy na nas pytająco.

– Dlaczego? Jaka ona jest?

– Piękna – odpowiadam, upijając kolejny łyk wina.

– Zadufana w sobie i wredna – dodaje Rebecca.

– Wcale nie jest taka zła – mówię, uśmiechając się smutno. – To ona zniosła śmierć rodziców najgorzej i jej osobowość jakimś cudem zmieniła się z dnia na dzień. My z Bradem wspieraliśmy się i jakoś ciągnęliśmy razem przez życie, a ona chciała być sama. Przeżyła żałobę zupełnie inaczej.

– Zerwałyście kontakt? – pyta Daniel.

– Nie, widujemy się – odpowiadam. – Tyle że po jej wyjściu jestem zazwyczaj przybita albo wytrącona z równowagi. Wiesz, jak to jest, gdy się z kimś spotykasz i ten ktoś jakby wysysał z ciebie życie. Ona lubi kasę, sławę, nosi te wszystkie torebki od najlepszych projektantów, prowadza się z boskimi facetami. Mam wrażenie… – zawieszam głos, żeby znaleźć właściwe słowa –…że zastępuje miłość rodziców przedmiotami.

– A ty nie lubisz rzeczy od projektantów?

– Chyba lubię. – Wzruszam ramionami. – Wszyscy lubią ładne rzeczy, prawda? Ale nie są moim priorytetem.

– Kate potrafi obchodzić się z pieniędzmi – stwierdza Rebecca.

– Czyli jest skąpa – stwierdza Daniel, po czym wybucha śmiechem i zerka na mnie kątem oka. – Jesteś skąpa, Kate?

– Nie jestem.

– Och, pewnie, że jesteś – prycha Rebecca. – W ogóle na siebie nie wydaje i wiecznie oszczędza na gorsze czasy. Ciągle łazi w tych samych ciuchach i chowa się za tymi grubymi brylami.

– Rebecca, te „bryle” są mi niezbędne, żeby widzieć – oświadczam oburzona. – Poza tym nie dostrzegam sensu w wydawaniu majątku na ubrania i ciągłym zastanawianiu się, czy modnie dziś wyglądam.

– Pracujesz w centrum Londynu z najseksowniejszymi facetami w stolicy, ale nie pociągasz żadnego z nich, bo ciągle pilnujesz, żeby ubierać się „z umiarem”.

Przewracam oczami zdegustowana.

– Wierzcie mi, nie pracuję z nikim, na kim byłoby warto robić wrażenie.

Daniel patrzy na mnie kilka chwil, a przez jego twarz przemyka błysk rozbawienia, po chwili stuka swoim kieliszkiem w mój.

– No co? – pytam.

– Chyba właśnie znalazłem nowy projekt.

***

Cztery godziny i trzy butelki wina później Daniel, w akompaniamencie lecącej w tle muzyki Stevie Nicks, pyta przez śmiech:

– To co mam wpisać?

Siedzimy na kanapie, opowiadamy bzdury i wypełniamy na moim komputerze jego profil w aplikacji randkowej.

Kto by się spodziewał?

– Zależy czego szukasz.

– Hmm,trudne. – Bierze głęboki wdech, próbuje myśleć pośród spowijającej jego umysł alkoholowej mgły.

– O, już wiem. Napiszcie – wtrąca gardłowym głosem Rebecca – wysokich i niskich, wagin albo fiutów, wygolonych lub włochatych, ale najlepiej seksownych.

– Więc zasadniczo… – mówię, celując w Daniela kieliszkiem –…bierzesz, co dadzą?

– Mówiąc w skrócie – przytakuje, stukając w klawiaturę. – Skreślimy to „najlepiej”.

Śmieję się i opadam plecami na oparcie. Pokój zaczyna wirować.

– Muszę do łóżka – wzdycham. – Jutro do pracy.

– Nie tak szybko – odpowiada Daniel. – Zaraz robimy twój profil.

– Nie zapisuję się na żadną stronę randkową. Dla pańskiej informacji… – bełkoczę – …na świecie nie ma faceta, który zrobił na mnie wrażenie na papierze. A poza tym jestem zbyt nawalona.

– Robimy – upiera się.

– Nie teraz. To kiepski moment.

Daniel pisze z prędkością światła.

– Takie rzeczy trzeba wypełniać po pijaku. A „teraz” to zawsze najlepszy moment.

– A co, jeśli ktoś się dowie, że to ja? – pytam. – Nie przeżyłabym tego.

– Ludzie mają w dupie apki randkowe, wszyscy zakładają takie profile – prycha na mnie Rebecca, jakbym była kompletną ignorantką. – Jak wolisz, to zmyśl sobie nazwisko.

– To nie byłoby dziwne? – pytam. – Podaję kolesiowi fałszywe nazwisko, a potem idziemy na randkę i ja mówię, sorry, ale naprawdę nazywam się inaczej i jestem kłamczuchą.

– Nie musisz się przyznawać od razu – wyjaśnia Daniel, nie przestając pisać. – Trwasz przy zmyślonym nazwisku, dopóki naprawdę nie polubisz gościa. I dopiero wtedy mu mówisz.

Parskam śmiechem w kieliszek i obserwuję, jak Daniel z Rebeccą sprawdzają profil.

Daniel jest zabawny.

– Wypełnij resztę – rzuca Daniel, przekazując mi laptopa.

– Hę?

– Sporo za ciebie zrobiłem, odpowiedz na następne pytanie.

– Co takiego?

– Założyliśmy ci profil – informuje mnie Rebecca. – Tylko zachowaj poczucie humoru, poproszę.

Imię i nazwisko: Pinkie Leroo

Wzrost: 165 cm

Waga: idealna

Wygląd: boski

Zainteresowania: siłownia, ćwiczenia i śmiech

Jak lubię spędzać czas: jeść na mieście i uprawiać seks

Zawód: analityczka komputerowa

Kolor włosów: piaskowy blond

Oczy: brązowe

Skóra: oliwkowa

Czego szukasz?

– Pinkie Leroo? – prycham. – A kto to jest, do cholery?

– To ty.

– Słucham? – pytam przez śmiech. – Nie mogliście zmyślić czegoś lepszego? To brzmi jak jakieś tanie wino.

– Faceci uwielbiają takie gówno – stwierdza Daniel.

– Naprawdę? – pytam, czytając, co o mnie napisali. – Myślałam, że mamy tu ściemniać.

– Ściemniamy.

– Ale ja naprawdę lubię jeść na mieście i uprawiać seks, więc… – Wzruszam ramionami.

– A siłownia i ćwiczenia? – pyta Rebecca, unosząc niecierpliwie brew.

– To jakiś absurd. – Zamykam komputer i podnoszę się z krzesła. – Idę spać. – Staję na palcach i całuję Daniela w policzek. – Dobranoc, niegrzeczny chłopcze.

– Dobranoc. Wypełnij ten profil, bo rano sprawdzę.

Przewracam oczami i ruszam na piętro.

– Lepiej się martw o swój profil i o to, jak łatwo cię zadowolić – wołam ze schodów. – Powinieneś nad tym popracować, podnieść nieco standardy.

– Nie krytykuj, póki sama nie spróbujesz.

– Fuj. – Krzywi się Rebecca. – Za żadne skarby nie poszłabym do łóżka z kobietą. Za chuja. To po prostu zbyt… jakby sama ze sobą… niemal dosłownie.

Nachodzi mnie pewna bardzo nieprzyjemna wizja, aż krzywię się z niesmakiem i parskam śmiechem.

– Przestań już! – błagam.

***

Mija pół godziny, leżę w łóżku owinięta ręcznikiem, bo wzięłam prysznic. Wracają do mnie słowa Daniela i Rebekki, ale przede wszystkim własne: „Chciałabym być bardziej jak ty”.

Kogo ja oszukuję, przecież jestemwolna.

Nie wiem, dlaczego sobie ubzdurałam, że mam skrępowane ręce. Kierowanie się odgórnymi założeniami to domena mężczyzn. To oni szukają kolejnych lalek Barbie.

Patrzę na profil, który dla mnie utworzyli i po głowie zaczynają krążyć pomysły, wywołujące uśmiech na twarzy. Udowodnię, jak płytcy i kapryśni są faceci.

Wchodzę jeszcze raz na portal randkowy, włączam mój profil i zmieniam dane:

Imię i nazwisko: Pinkie Leroo

Wzrost: doskonały

Waga: ładna buźka

Wygląd: liga średnia

Zainteresowania: zabawa z moimi dwunastoma kotami

Jak lubię spędzać czas: na myciu włosów

Zawód: wypychaczka martwych zwierząt

Kolor włosów: różowy – patrz imię (przewracam w duchu oczami)

Oczy: oczarowane

Skóra: blado-biaława

Szperam w wyszukiwarce w poszukiwaniu odpowiedniego zdjęcia kota i znajduję – fota spasionego kocura z wytrzeszczem oczu. W życiu nie widziałam paskudniejszego.

– Kici, kici, kici… – Uśmiecham się pod nosem i ładuję zdjęcie na profil.

Czytam ostatnie pytanie.

Czego szukasz?

Biorę głęboki wdech, zastanawiam się. Hmm… Mam ochotę napisać coś, co doskonale wiem, czyli „Nikogo”, bo nikt mnie nie interesuje. Wykrzywiam kącik ust, zastanawiam się.

Szukam kogoś, kto ma jeden kolor, lecz zmienia wielkości, nie znajdę go w deszczu, a w słońca światłości. Kto żyje przyziemnie, choć też odlatuje, nikomu nie szkodzi, a bólu nie czuje.

Akceptuję zmiany na profilu z uśmiechem satysfakcji na ustach. To ich skutecznie odsieje. Nikt nie zareaguje.

***

Jest czwartek. Dawno nie miałam tak dobrego tygodnia.

Daniel jest przezabawny. Co wieczór wychodzimy razem na kolację, bo, jak się okazuje, nigdy nie ma ochoty na domowe posiłki.

Jadamy i pijemy zdecydowanie ponad możliwości naszych budżetów.

Obwieścił, że jesteśmy jego oficjalnymi, najlepszymi przyjaciółkami, co zrozumiałe, skoro nikogo innego tu nie zna. Nawet zaoferował, żebym poszła z nim na jakieś wydarzenie w przyszłym tygodniu, na które jest zaproszony. Więc wybieram się jako jego „osoba towarzysząca”, ale to nie randka, nie łączy nas tego rodzaju relacja.

Muszę natomiast przyznać, że Daniel jest świetnym towarzyszem.

Och! I jeszcze jedno. Cóż za niespodzianka! Nikt nie odezwał się na portalu randkowym.

Spodziewałam się tego.

Wciskam się w strój do netballa z uśmiechem na ustach.

Jestem w jednej z kabin, w toalecie naszej firmy. Właśnie skończyłam pracę, a netball jest na wpół do siódmej, więc nie zdążę skoczyć do domu i się przebrać.

Zakładam koszulkę i krzywię się na swój widok.

– O… fuj… – cedzę pod nosem. – Obrzydlistwo.

Sukieneczka jest obcisła, w neonowym czerwonym odcieniu, przylepia się do mojego ciała, jakby nasmarowali ją klejem, a na dodatek jest ultrakrótka.

Podchodzę do lustra i gapię się w swoje odbicie. Wyglądam jak zawodniczka netballa, tyle że w jakimś porytym pornolu dla zboków.

Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.

– Fuj, kto wybrał te stroje? – wzdycham, poprawiając cycki. – Paskudztwo.

Wzruszam ramionami. Trudno. Związuję włosy w wysoki kucyk i wracam do biura. Nie mogę jeszcze wyjść, bo jest za wcześnie, postanawiam więc dokończyć różne zaległe pierdoły.

Elliot

Zerkam na zegarek. Jameson i Tristan przylecieli, są na dole z Christopherem. Już kończę raporty i zaraz ruszamy w teren. Kierowanie londyńskim biurem Miles Media, jednego z największych koncernów medialnych na świecie, bywa wymagające i uciążliwe. Chciałem zostać szefem, ale wiąże się to z poczuciem ogromnej odpowiedzialności, które nigdy nie znika.

Mój brat Jameson jest dyrektorem generalnym w Stanach Zjednoczonych, ja nadzoruję Wielką Brytanię i Niemcy. O Francji decydujemy wspólnie. To stresująca praca, ale daje mi ogromną frajdę.

Bracia mieli po mnie przyjść, ale nie ma ich i nie ma. Gdzie oni są, do cholery?

Sprawdzam na obrazie z kamer bezpieczeństwa, czy się zbliżają. Na moim monitorze pojawia się kolaż okienek z transmisjami z różnych kamer. Zauważam, że są na pierwszym piętrze i już mam wyłączyć ekran, gdy wtem coś przykuwa moją uwagę. Jakiś jasny błysk w lewym dolnym rogu monitora.

Co to jest?

Powiększam to okienko i przyglądam się dokładniej.

Kobieta w wysokim kucyku. Ma na sobie czerwoną sukienkę sportową z lycry… Obcisłą i z falbankami… Co?

Stoi przy kserokopiarce, tyłem do kamery.

Wpatruję się w monitor, próbuję ustalić, co to za pomieszczenie. Chyba pokój ksero. Może, nie jestem pewien. Czy ta kobieta tam sprząta? Nie, przecież sprzątaczka niczego by nie kserowała.

Jestem zbity z tropu.

Uruchamiam dźwięk w kamerze i rozlega się muzyka, a po chwili męski głos.

„Dobry wieczór, słuchacie Disco z Dave’em”. Jakaś rozgłośnia radiowa. „Hej, imprezowicze, wiem, jak do was trafić. Przygotujcie się na najlepsze rytmy disco wszech czasów”.

Leci piosenka – chwytliwa, brzmi znajomo, ale nie potrafię jej skojarzyć.

Kobieta w sukience z lycry zaczyna bujać tyłkiem w rytm bitu. Dwa wymachy w prawo, potem dwa w lewo.

Hmm, interesujące.

Nachylam się nad biurkiem, opieram głowę na dłoni i obserwuję, jak porusza się do Ring My Bell.

Ona rzeczywiście tańczy przy robieniu ksero. Prycham pod nosem i przesuwam wzrok na jej nogi, są umięśnione i kształtne. Ma wąską talię, a wymachy na boki uwypuklają krągłość jej bioder.

Hmm…

Przesuwam palcem wzdłuż dolnej wargi i opieram się w fotelu. Podrygujący, seksowny tyłek w czerwonej kiecce całkowicie pochłonął moją uwagę.

Buja się do rytmu tak radośnie… Właśnie tak tańczą ludzie przekonani, że nikt ich nie widzi. Tyle że ja widzę i bardzo mi się to podo…

Kartka wypada jej z rąk, schyla się po nią, nie zginając nóg w kolanach. Mam doskonały widok na jej jędrny tyłek w skromniutkim, idealnie obcisłym materiale z lycry.

Mój kutas wybudza się do życia, unoszę brwi z zaskoczeniem, ponownie nachylam się nad monitorem, jestem oficjalnie zafascynowany.

Ruchy jej bioder wzbudzają we mnie podniecenie, zaczynam słyszeć puls w uszach. Jej taniec, jej ruchy są…

Kurewsko seksowne.

Fiut wznosi namiot w moich spodniach, biorę ostry wdech. Nie pamiętam, kiedy ostatnio podnieciłem się na sam widok kobiety.

Spada jej teczka, ponownie się schyla, a ja znów mogę podziwiać jej muskularne uda i tyłek. Gdy się prostuje, prawie zachłystuję się powietrzem. Wyobrażam sobie różne wyczyny z tym ciałem i na samą myśl muszę poprawić kutasa w spodniach.

Rozkosznie.

Kobieta obraca się do kamery i pierwszy raz mam okazję zobaczyć jej twarz. Aż odskakuję od monitora.

Co, do chuja?!

Przecież to Kathryn.

– Gotowy? – Zza moich pleców dobiega głos Tristana.

Odruchowo minimalizuję okno i panicznie poprawiam papiery na biurku, jestem totalnie zaskoczony.

– Widzimy się w lobby – rzucam pośpiesznie. – Muszę jeszcze coś załatwić.

– Okej, ale nie guzdraj się, dobra? – rzuca stojący obok Jameson.

Słyszę, jak zamykają się za nimi drzwi windy i wbijam wzrok w monitor. Jestem wstrząśnięty.

Nie.

Niemożliwe.

Kathryn nie jest seksowna, nigdy nie była. Przecież bym, kurwa, zauważył.

Kutas pulsuje, domaga się uwagi. Z poczuciem winy zerkam na drzwi, by upewnić się, że moi bracia sobie poszli.

Popatrzę na tę kobietę tylko jeszcze jeden raz, szybciutko. Przecież nikomu to nie zaszkodzi.

To pewnie wcale nie była Kathryn.

Uruchamiam okno i znowu ukazuje mi się czerwona sukienka podrygująca do bitu.

A właśnie, że to ona.

Teraz jest przodem do kamery, wodzę oczami po jej podskakujących piersiach. Dostrzegam krzywiznę karku, wcięcie w talii. Jej kucyk buja się w tańcu.

Wyobrażam sobie, jak owijam go w garści i ściągam na kolana, żeby mi obciągnęła.

Mój fiut się napręża, przechodzi mnie dreszcz. Kręcę głową zniesmaczony tą reakcją.

Ja pierdolę…

Muszę dziś zaliczyć.

Rozdział 2

Zwijam rzeczy z biurka w gorączkowym pośpiechu. Muszę jak najszybciej oddalić się od komputera. Zamykam go, ostatni raz omiatam gabinet spojrzeniem i idę do windy. Wciskam guzik z wściekłością i oddycham głęboko.

Jestem wzburzony. Kobiety już bardzo rzadko wpływają tak na moje ciało. Ostatnimi czasy mam problem z pociągiem, jakby nikt mnie nie kręcił, nawet najpiękniejsze kobiety. I nie mam pojęcia dlaczego. Może to przez fakt, że umawiałem się z najpiękniejszymi i najbardziej wyjątkowymi kobietami na świecie. Nie wiem, ale problem istnieje. Jak do tej pory nie znalazłem tego, czego szukam. Być może moi bracia mają rację i naprawdę mam zbyt wygórowane standardy.

Tymczasem twardnieje mi jak skała na widok Kathryn Landon. Mojej pracownicy, którą szczerze gardzę.

Ja pierdolę, za jakie grzechy.

Wychodzę z windy do lobby. Zauważam czekających przed budynkiem braci. Jameson i Christopher, oglądając coś w telefonie, są pogrążeni w rozmowie.

– Ruszamy czy co? – burczę niecierpliwie, gdy do nich dołączam.

Tristan mierzy mnie krytycznym spojrzeniem.

– Przecież czekamy na ciebie, kutafonie. Co się rzucasz?

Przewracam oczami i przeczesuję włosy dłonią.

– Idziemy pić?

– Raczej – burczy Jameson.

Skręcamy za róg i ruszamy przed siebie. W tym momencie Tristan wyciąga komórkę z kieszeni. Gdy zauważa, kto dzwoni, mruży podejrzliwie oczy.

– Kto to? – pytam.

– Malcolm, mój sąsiad – wyjaśnia i odbiera. – Hej, Malcolm.

Słucha, nie zatrzymując się, ponownie mruży oczy i bez żadnych słów patrzy na mnie, po czym kręci głową.

– Co? – pytam bezgłośnie.

– Harrison – odpowiada tak samo.

Rechoczę pod nosem. Średni syn Tristana to żywe srebro. Jest dziki jak niedźwiedź.

– Okej, dzięki za informację, Malcolm. Zajmę się tym stąd – mówi, po czym znowu słucha. – Nie, bardzo doceniam, że nie zadzwoniłeś z tym do Claire. Dzięki raz jeszcze. – Rozłącza się i od razu wybiera jakiś numer. – Zabiję tego pierdolonego dzieciora z uśmiechem na ustach – utyskuje pod nosem.

Idę obok niego i nasłuchuję z uśmiechem.

– Harrison – warczy. – Możesz mi wyjaśnić, dlaczego właśnie dowiaduję się od Malcolma, że wczoraj w nocy zapieprzałeś naszą ulicą? Podobno przekroczyłeś prędkość.

Słucha odpowiedzi syna.

– Teraz ty mnie posłuchaj – burczy dalej. – Rozmawialiśmy o tym nie dalej niż w zeszłym tygodniu. Jeździsz stanowczo zbyt szybko jak na świeżo upieczonego kierowcę i nie zamierzam tego tolerować. – Znowu słucha syna. – Przestań mi wciskać kit. Niby po co Malcolm miałby zmyślać? – Tristan przewraca oczami zniecierpliwiony. – Malcolm wcale nie próbuje narobić ci kłopotów. Nie, ostrzegałem cię. Szlaban na samochód, na miesiąc.

Słucha dalej, z coraz bardziej zaciętą miną.

Rechocząc, obracam się na idących za nami Christophera i Jamesona. Dalej oglądają coś w telefonie.

– Co tam robicie?! – rzucam ostro.

– Szukamy czegoś – odpowiada Chris. – A ten na kogo tam wrzeszczy? – pyta, wskazując na Tristana.

– Masz jeden strzał – wzdycham.

– Co tym razem nawojował Harry? – pyta Jameson z krzywym uśmieszkiem.

– Prędkość.

– Natychmiast oddaj kluczyki matce, młody człowieku… bo jak nie, to wsiadam w pierwszy samolot do domu! – ryczy Tristan. – Rozumiesz czy nie?!

Ponownie słucha tłumaczeń syna.

– Harrison, może będzie to dla ciebie szok, ale wcale nie jesteś niezwyciężony – warczy. – Spowodujesz wypadek albo, nie daj Boże, zabijesz się, i nie zamierzam żyć z poczuciem winy. Masz natychmiast oddać cholerne kluczyki.

– Dramatyzująca zołza… – komentuje Jameson, przewracając oczami.

Wybucham śmiechem. Obserwowanie, jak Tristan próbuje okiełznać buntowniczego nastolatka to moje ulubione hobby.

W końcu brat rozłącza się i wściekle wciska telefon do kieszeni. Jest tak rozjuszony, że dym leci mu z uszu.

– Pieprzony gówniarz, wystarczy, że gdzieś wyjadę, od razu pakuje się w jakieś gówno – cedzi, waląc pięścią w dłoń.

Wchodzimy do baru i zajmujemy miejsce w głębi lokalu. Podchodzi do nas kelnerka.

– Co będzie?

– Dla mnie szkocka, Blue Label – rzuca Tristan, zdecydowanie zbyt pośpiesznie. – Podwójna.

– Ja proszę Coronę – mówię. Nikt nie wyprowadza Tristana z równowagi tak skutecznie jak Harry.

– Ja również – dodaje Christopher.

– W takim razie trzy Corony – stwierdza Jameson.

Christopher zauważa coś w telefonie Jamesona, parska śmiechem, po czym przekazuje mi komórkę.

– Co to jest? – pytam, biorąc telefon. Na ekranie jest moje zdjęcie, nie mam pojęcia, o co chodzi. – Co to?

– Aplikacja randkowa, ktoś używa twojego zdjęcia – parska Christopher.

– Jaja sobie robicie – warczę. – Ktoś musiałby być skończonym półgłówkiem, żeby pomyśleć, że mam profil na takim czymś.

– Jesteś dość ładny, więc kolesie po prostu wyrywają laski na twoją fotkę – stwierdza Tristan. – Niemniej, gdyby naprawdę się postarali, sięgnęliby po moją.

Scrolluję wściekłymi ruchami.

– Gdzie mam to zgłosić? Chcę, żeby natychmiast to usunęli.

– Powinien gdzieś być kontakt do admina – mówi Christopher, gdy pojawiają się nasze drinki.

Chłopaki zaczynają o czymś rozmawiać, a tymczasem ja nadal babrzę się w tej apce, by jakoś zgłosić wykorzystanie mojego zdjęcia. W pewnym momencie coś przykuwa moją uwagę: najbrzydszy kot, jakiego widziałem. Kudłaty grubas z wytrzeszczem oczu. Ja pierdolę, co za człowiek wybrał sobie takie zdjęcie profilowe?

Obok zdjęcia zauważam nazwisko: Pinkie Leroo. Marszczę czoło. Co to niby za nazwisko? Przeglądam zawartość profilu:

Imię i nazwisko: Pinkie Leroo

Wzrost: doskonały

Waga: ładna buźka

Wygląd: liga średnia

Zainteresowania: zabawa z moimi dwunastoma kotami

Jak lubię spędzać czas: na myciu włosów

Zawód: wypychaczka martwych zwierząt

Kolor włosów: różowy – patrz imię

Oczy: oczarowane

Skóra: blado-biaława

„Wygląd: liga średnia”? Kto napisałby coś takiego?

Zarabia na życie wypychaniem zdechłych zwierząt? Cóż to za wybryk natury? Dobra, mam dość.

Nie wierzę, że ludzie naprawdę umawiają się na randki poprzez tę stronę… Jakim cudem?

Wyobrażam sobie bladawą, różowowłosą kobietę tkwiącą na kanapie w towarzystwie dwunastu kotów oraz wypchanych trucheł innych zwierząt i aż się krzywię.

Święty Boże.

Czytam dalej.

Szukam kogoś, kto ma jeden kolor, lecz zmienia wielkości, nie znajdę go w deszczu, a w słońca światłości. Kto żyje przyziemnie, choć też odlatuje, nikomu nie szkodzi, a bólu nie czuje.

Przewracam oczami.

Robię screenshota profilu, którego właściciel ukradł mój wizerunek i wysyłam sobie zdjęcie. Zajmę się tym później.

***

Wróciłem do mieszkania po kolacji i kilku drinkach z chłopakami. Jestem rozluźniony, siedzę w fotelu, sączę szkocką, księżyc spogląda na mnie przez okno. Obserwuję, jak barwy rozmywają się w mroku. Promienie jasności, które opadają na mnie z nieba.

Często to robię. Siedzę do późnej nocy i nasycam się pięknem wiszącego na ścianie obrazu. Czytam nazwę: Przesądzony los.

O czym autorka myślała, gdy malowała to dzieło?

O jakiejś sytuacji, o związku? Czyj los był przesądzony?

Człowieka?

Unoszę szklankę do ust i gdy bursztynowy płyn spływa do gardła, czuję rozlewające się ciepło.

Harriet Boucher… kobieta, która rozkochała mnie w sobie, choć nigdy się nie spotkaliśmy. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale mam wrażenie, że ją znam.

W jej pociągnięciach pędzlem widać uczciwość, głęboką więź z jej emocjami. W innych obrazach nie wyczuwam niczego podobnego. To niezwykle osobliwe, nie umiem tego wyjaśnić.

Kiedy spoglądam na obrazy Harriet, mam wrażenie, że zaglądam w głąb jej duszy.

I zapiera mi dech w piersi.

Uśmiecham się, wyobrażając sobie starszą panią. Wiem, że jest piękna. Może fizycznie już nie, ale z całą pewnością duchowo… emocjonalnie.

Z tego, co słyszałem, jest Francuzką i jako artystka objawiła się względnie niedawno. Uważnie śledzę jej twórczość, mam wszystkie jej dzieła, z wyjątkiem trzech. W obrocie jest ich zaledwie trzydzieści. Harriet jest odludkiem i nikt jej nie zna, słychać tylko szeptane plotki na temat jej tożsamości.

Interesują mnie najlepsze, najbardziej wyjątkowe dzieła sztuki. Wydaję na nie miliony dolarów, moja kolekcja należy do najznakomitszych na świecie.

Lecz to Harriet jest jej królową, tylko jej dzieła tropię i zdobywam za wszelką cenę. Wyobrażam ją sobie w urokliwym francuskim miasteczku, gdzie maluje na stojącej pod gołym niebem sztaludze. Ciekawe, ile lat temu stworzyła ten obraz, na jakim etapie życia.

Była wówczas młoda czy stara? Zakochana?

Czyj los był przesądzony? Miłości jej życia? Ich dziecka? Wpatruję się w ukochane dzieło i biorę głęboki wdech. Przyjrzę się tej sprawie dokładnie, czuję, że muszę się dowiedzieć, kim jest. Posiadam dwadzieścia siedem jej obrazów, wydałem na nie fortunę, a jednak wciąż pożera mnie głód poznania autorki.

Dlaczego? Nie wiem.

Wiem natomiast, że nie chcę myśleć o Kathryn Landon i potrzebuję czegoś, co odciągnie od niej moje myśli.

W poniedziałek zadzwonię w kilka miejsc, postaram się czegoś dowiedzieć.

Muszę, nie mam już wyboru. Muszę wiedzieć, kim jest kobieta, która tak na mnie oddziałuje… choćby po to, żeby jej o tym powiedzieć.

Włączam komórkę i przypominam sobie o profilu w tym paskudnym, tandetnym portalu randkowym. Zastosowanie mojego zdjęcia jest oszustwem, muszę je usunąć. Chcę wyszukać kontakt do admina, ale system nie przepuszcza mnie przez główną stronę, dopóki nie założę konta.

Przewracam oczami zniesmaczony. Ja pierdolę, co za gówno.

***

Podpieram głowę na dłoni i patrzę na podskakujące falbanki, na ruchy bioder, na długość nóg… na seksualność całości. Wolę nie myśleć, ile już razy odtwarzałem nagranie z kamer ochrony. Nie potrafię się od niego oderwać.

Jest moją grzeszną przyjemnością, skrajnie odchylonym pornolem.

Chciałbym zaprzeczyć temu, że Kathryn Landon mnie kręci, ale nie mogę.

Ktoś puka do drzwi, pośpiesznie minimalizuję okno z nagraniem.

– Proszę! – wołam.

Christopher wtyka głowę do mojego gabinetu.

– Schodzę na dół, chcesz się przejść?

– Dokąd?

– Do IT.

– Do IT? – pytam, unosząc brew.

– Ta, muszę omówić z Kathryn kilka szczegółów tego raportu.

Błyskawicznie zrywam się na równe nogi.

– Czyli idziesz? – dziwi się.

– Pewnie, czemu nie? Przyda się rozprostować kości.

Wsiadamy do windy i dwie minuty później lądujemy na dziesiątym piętrze, w naszym dziale IT. Całe jest zastawione stanowiskami pracy, a w głębi znajduje się sześć gabinetów, oddzielonych przeszkleniami z luster weneckich.

Idę za Christopherem, ludzie na nasz widok rzucają się do biurek i udają, że pracują w pocie czoła. Nigdy nie przyjeżdżam na ten poziom, bo nie muszę. I nie jestem pewien, po co przyjechałem tu dziś.

Christopher przystaje, żeby z kimś pomówić, a ja podchodzę do pierwszych szklanych drzwi i czytam:

Kathryn Landon

Już samo brzmienie jej nazwiska zostawia gorzkawy posmak na moim języku.

– Stuk, puk!

– Wejść!

– Dzień dobry – witam się, otwierając drzwi.

Kathryn zerka na mnie zza monitora, chyba jest zaskoczona.

– Dzień dobry, panie Miles. Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?

Zaciskam usta, żeby odruchowo nie odpyskować, bo ta kobieta potrafi wyciągnąć ze mnie aroganckiego buca jak nikt inny.

– Robię obchód, pomyślałem sobie, że zajrzę.

Uśmiecha się sztucznie.

– Jakże uroczo, król postanowił zstąpić z tronu i odwiedzić wierne sługi.

Piorunuję ją wzrokiem i zaciskam zęby.

Jak ktoś, kto tak radośnie, beztrosko tańczy i do tego jest piekielnie seksowny… może pluć czystym jadem?

Wchodzę do jej gabinetu, zamykam za sobą drzwi, siadam przy jej biurku i łączę dłonie przed sobą.

Patrzy na mnie, czeka, aż się odezwę… Ale ja milczę, siedzimy w ciszy.

– No więc? – pyta z uśmiechem.

Przyglądam się jej, mrużąc oczy. Co z nią, kurwa, nie tak?

Nikt inny mnie tak nie traktuje. Jak gdyby wkurzało ją, że istnieję.

Uśmiecha się, jakby była radosna, ale za tymi uśmiechami zawsze podążają agresywne słowa. Jest niczym czerwona płachta na byka.

– Co więc? – odpowiadam pytaniem.

– No powiesz coś odnośnie do tych odwiedzin?

Otrzepuję rękawy marynarki, równocześnie próbując coś wymyślić.

– Co myślisz o pracy w naszej firmie? – pytam, na co Kathryn przewraca oczami.

– Znowu będziesz próbował mnie przekupić, żebym zrezygnowała?

Krzywię się. Nigdy nie próbowałem jej przekupywać… prawda?

– Oczywiście, że nie – rzucam. – Nie bądź śmieszna.

Kathryn wzdycha ciężko i wraca do pracy na komputerze.

– Więc chcesz o czymś porozmawiać? – pyta zniecierpliwionym tonem.

O twojej czerwonej sukieneczce.

– Nieszczególnie. – Przyglądam się jej, przesuwając palcem wskazującym po dolnej wardze.

– Więc… – Unosi brew. – O co chodzi?

– A o co ma chodzić?

– Dziwnie się zachowujesz.

– Wcale nie – prycham. – Przyszedłem cię odwiedzić, ale ewidentnie nie życzysz sobie żadnych gości.

– Panie Miles…

– Elliot – poprawiam ją.

Kathryn marszczy czoło i bacznie mi się przygląda.

– Okej. To, że chce pan, bym zwracała się do pana po imieniu, jest dziwne samo w sobie. Pracuję tu od siedmiu lat i nigdy pan o to nie prosił, i nigdy mnie pan nie „odwiedzał”.

– Bo byłem bardzo zapracowany – odpowiadam pośpiesznie.

– Przez siedem lat? – Ponownie unosi brew.

– Otóż to – odpowiadam, kierując się do drzwi. – I teraz już wiem, dlaczego byłem taki zapracowany.

– Dlaczego?

– Bo jesteś fatalną gospodynią, Kathryn.

Przez jej twarz przemyka cień uśmiechu.

– Przyćpał pan coś?

– Słucham? – rzucam oburzony. – Oczywiście, że nie przyćpałem, kurwa mać.

– No dobrze, dobrze…

Biorę głęboki wdech i próbuję wymyślić, jak uratować tę fatalną rozmowę.

– Wychodzę – ogłaszam.

– W porządku… – parska.

– Nie masz nic więcej do powiedzenia… poza „w porządku”?

Mruży podejrzliwie oczy.

– Panie Miles…

– Elliot.

– Elliot. Dobrze się czujesz?

– Czułem się świetnie, dopóki cię nie odwiedziłem – wzdycham ciężko. – Ale kompletnie zepsułaś mi dzień.

Kathryn uśmiecha się, przykłada dłoń do serca i mówi teatralnym głosem:

– Och, święty Boże, oto jest, powrócił, a już miałam dzwonić po doktora.

– Do widzenia, Kathryn – mówię, piorunując ją wzrokiem.

Uśmiecha się z przesadną słodyczą i macha końcówkami palców.

– Do widzenia, miłego dnia, o najwspanialszy z szefów.

– Przestań traktować mnie protekcjonalnie – burczę.

– Po prostu staram się być dobrą gospodynią biura… – mówi, skupiając wzrok na monitorze. – Jak mi idzie?

– Beznadziejnie.

Wychodzę z jej gabinetu i wracam do windy. Wciskam wściekle guzik, a w drodze na górę próbuję wymyślić jakieś logiczne uzasadnienie mojej wizyty na dziesiątym piętrze.

Niestety, nie potrafię.

Ta kobieta to pierwszoligowa zołza.

Kate

Godzinę później wychodzę frontowymi drzwiami budynku i od razu zauważam szeroki uśmiech Daniela. Opiera się o karoserię zaparkowanego po drugiej stronie ulicy samochodu.

Uśmiecham się, macham do niego i przekraczam jedną z najruchliwszych ulic w Londynie.

– Jakim cudem zdołałeś tu zaparkować?

– Chyba miałem szczęście – odpowiada i puszcza mi oko. – Pomyślałem, że moglibyśmy wyskoczyć na małe zakupy. – Zarzuca mi rękę na ramię i nieśpiesznie ruszamy chodnikiem.

– Zakupy? – pytam z kwaśną miną. – Fuj, nie chcę iść na żadne zakupy, nie ma nic gorszego. Widzimy się w domu.

– Cóż… – Zawiesza głos, jakby szukał właściwych słów. – Pamiętasz, jak mówiłem, że zaprosili mnie na to przyjęcie w czwartek i że chciałem, żebyś ze mną poszła?

– Pamiętam.

– No więc popytałem trochę i właśnie dostałem listę gości.

– No i?

– Zjawią się chyba wszyscy potencjalni klienci, jacy chodzą po tej ziemi.

– Mógłbyś mówić po ludzku? – pytam, ponownie się krzywiąc. – Co ty opowiadasz, do cholery?

– Musisz wyglądać wykurwiście.

– Ja? – prycham, wbijając palec we własną pierś. – Niby dlaczego?

– Bo wszyscy będą wiedzieli, że to ja cię wystylizowałem.

Staję jak wryta.

– Daniel, nie zamierzam odgrywać roli żywej reklamy – odparowuję. – Zmieniłam zdanie, nie chcę z tobą iść, zabierz Rebeccę. Z niej sobie zrób manekina.

– Nie, potrzebuję ciebie. – Bierze mnie pod rękę i ciągnie dalej. – Masz odpowiedni wygląd i dokładnie wiem, jak nad tobą popracujemy. No i nie martw się. Płacę za wszystko.

– Zamierzasz zasponsorować mi całą kreację?

– Nie podniecaj się, aż taki miły nie jestem. W piątek wszystko zwrócę.

– Czy to nie jest, sama nie wiem… przestępstwo? – pytam, otwierając szerzej oczy.

– Tylko troszkę. I nie możesz niczego zniszczyć, bo cię zabiję. Aha, umówiłem cię do fryzjera i makijażystki.

– Po co mi fryzjer? – pytam podniesionym, rozdrażnionym tonem.

Przesuwa palcami po czubku mojej głowy i schludnym, choć może nieco zbyt ciasnym, koku.

– Po nic, po nic… O ile masz dziewięć dych na karku.

Przewracam oczami, a on wlecze mnie dalej chodnikiem.

– Pierwszy przystanek, Givenchy – oświadcza wesoło.

– Oszalałeś? – rzucam. – Nie stać cię na Givenchy.

– Oj, zamknijże się już – wzdycha, ciągnąc mnie po schodach efektownego budynku. – Poudajemy, aż w końcu będzie mnie stać.

***

Przyglądam się sobie, po czym unoszę ręce w geście kapitulacji.

– Wyglądam jak cholerna bombka choinkowa.

Daniel klęczy na jednym kolanie, trzymając w ustach szpilkę. Wsadza ręce pod sukienkę i majstruje coś przy jej rąbku.

– Ten strój nie ma nic wspólnego ze świętami – wyjaśnia, ciężko sapiąc. – Wymień jedną rzecz, która niby kojarzy ci się z Bożym Narodzeniem.

– Sama nie wiem… – Zerkam na odbicie w lustrze. – Może pomalowane paznokcie albo te wielkie, czerwone wargi, a może te złote szpile… Och, czekaj, a może jednak ta oczojebna, w chuj żarówiasta złota kiecka!

– Kate, wyglądasz świetnie. Przyznaj – stwierdza z marzycielskim uśmiechem leżąca na dywanie Rebecca.

Patrzę nerwowo w lustro i ocieram dłonie o biodra.

– Ale nie wyglądam jak ja.

– O to właśnie chodzi – oświadcza Daniel, prostując się i pusząc mi włosy. – Twoje włosy wyglądają teraz cudnie, idealna długość.

– I te blond rozjaśnienia – wtrąca Becca. – Ile ściął?

– Dziesięć centymetrów. Były zdecydowanie za długie. Upinałaś je codziennie? – pyta Daniel.

– Upinałam je do pracy.

– Koniec z tym, w rozpuszczonych wyglądasz znacznie seksowniej. Jeżeli jeszcze raz zobaczę cię w upiętych włosach, natychmiast rozwalę ci tego koczka, nawet przy ludziach na ulicy.

– Robisz się naprawdę irytującym współlokatorem – mamroczę cierpko.

– Dziękuję za miłe słowo. – Wyciąga telefon i zaczyna strzelać fotki.

– Nie chcę trafić na twojego Instragrama! – fuczę.

– Oj, cicho już – wzdycha, ignorując moje zastrzeżenia. – Wiesz, ile kobiet zabiłoby za taką stylizację?

Ma rację.

Prycham.

– I to jeszcze darmową – kontynuuje. – Zdajesz sobie sprawę, że jestem kurewsko drogi?

– Przepraszam. – Uśmiecham się półgębkiem. – Ja po prostu…

– Co takiego, skarbie?

– Czuję się bardzo…

– Bardzo jak? – pyta, spoglądając na mnie znad telefonu.

– Obnażona – wyduszam w końcu, wskazując na cycki i biodra.

Daniel składa ręce i uśmiecha się dumnie.

– Aniołku, gdybym miał taką figurę, to w ogóle nie przejmowałbym się ciuchami.

– Bo jesteś puszczalski – stwierdzam, przewracając oczami.

– Prawda? – rechocze Daniel i radośnie wzrusza ramionami.

– To nie był komplement – mówię, ponownie patrząc w lustro.

Moje włosy sięgają teraz ramion, są miodowo-złote i spływają dużymi lokami. Złota sukienka nie ma ramiączek, jest obcisła niczym skórzana rękawiczka i naprawdę nie pozostawia niczego wyobraźni. Makijaż oczu mam ciemny, usta czerwone. Wyglądam jak ktoś obcy. Jak postać z jakiegoś czasopisma, i jestem przez to cholernie nerwowa.

– Motylki – szepczę, łapiąc się za brzuch.

Daniel wyciąga do mnie rękę, podaję mu swoją.

– W ten sposób matka natura obwieszcza ci, że wyglądasz bosko – mówi z dumnym uśmiechem.

– Dzięki – dukam, patrząc na jego czarny smoking. – Ty też.

– Wiem. – Puszcza mi oczko i podaje Rebecce telefon. – Strzel nam jedno na Insta.

Rebecca wstaje i robi zdjęcie, a chwilę później komórka Daniela pika.

– Jest nasz samochód – informuje, odczytawszy SMS. Całuje Rebeccę w policzek i zapowiada: – Nie czekaj na nas, złotko. Wrócimy nad ranem, a wcześniej spalimy to miasto.

Obie parskamy śmiechem.

– Aleś ty pełen dramatyzmu – mówię.

– Zawsze, mój aniele, zawsze.

***

Na salę balową wchodzimy pod rękę.

– Strasznie się denerwuję, zaraz zwymiotuję – szepczę, gdy przebijamy się przez tłum pięknych ludzi. Wszyscy mają na sobie olśniewające kreacje wieczorowe.

– Dlaczego? – pyta cicho. – Bo dla odmiany choć raz wyglądasz seksownie?

Podprowadza mnie do schematu z oznaczeniem miejsc zaproszonych gości. Oglądam się przez ramię i zauważam Elliota Milesa.

– Kurwa – cedzę, obracając głowę z niesmakiem.

– Co znowu?

– Mój zjebany szef tu jest.

– No i?

– No i… jest totalnym chujem – syczę wściekle. – Nie mogę się z nim spotkać w tym stroju.

Daniel zerka na niego nad moim ramieniem.

– Och… cholerka… – szepcze. – To twój szef? Ja pierdolę, Casanova Miles to twój szef… Jaja sobie robisz?!

– Dlaczego go tak nazwałeś?

– Bo tak nazywają go w prasie. Z tego, co słyszałem, zasłużenie.

Ponownie zerkam na niego przez ramię. Elliot rozmawia z braćmi. O nie, są tu wszyscy czterej.

– Nie daj się zwieść jego powierzchowności. Wyciąłby ci nerki bez mrugnięcia okiem – mówię.

– Maleńka… mógłby mi wycinać, co tylko by chciał. Na pewno byłoby rozkosznie.

Przewracam oczami zniesmaczona.

– Chodźmy do baru – proponuje Daniel z uśmiechem i ciągnie mnie przez salę.

Bierzemy kieliszki szampana, ale on ciągle zezuje w stronę Milesów. Unosi szkło do ust.

– No, no, no. Nie da się ukryć, że ma potężnych przyjaciół.

– Kto?

– Twój szef.

– A, on. – Biorę łyk szampana, żałując, że nie wypada osuszyć kieliszka jednym haustem. – Kogo to w ogóle obchodzi? – prycham i skupiam się na ucisku w brzuchu. – Uduszę się w tej kiecce – szepczę.

– Spójrz, z kim rozmawia – odpowiada, kompletnie mnie ignorując.

– Halo, słyszysz, co mówię? Nie mogę oddychać. Po cholerę musiałam zakładać tę pierdoloną, obcisłą bieliznę? – syczę.

– Żeby przytrzymywała twoją pusię. Rozmawia z Julianem Mastersem i Spencerem Jonesem.

Krztuszę się, szampan cieknie mi nosem.

– Pusia?! – wykasłuję. Daniel klepie mnie w plecy. – Co to jest pusia? – chichoczę.

– To włochate między twoimi nogami – odpowiada rozkojarzony, nie odrywając oczu od Milesów.

– Ja pierniczę – wybucham śmiechem, ciągle trochę kaszląc.

– Julian Masters wywodzi się z jednej z najbogatszych rodzin na świecie, jest sędzią Sądu Najwyższego – opowiada.

Upijam łyk szampana, kompletnie mnie to nie interesuje.

– Wiedz, że moja pusia nie jest włochata i nie trzeba jej przytrzymywać.

– Spencer Jones to kobieciarz, ciągle o nim piszą w brukowcach. – Daniel bierze łyk szampana i w końcu zmienia temat. – Wszystkie pusie trzeba przytrzymywać. Żeby nie było ich widać przez wieczorowe kreacje.

– Ile pusi widziałeś przez wieczorowe kreacje? – pytam rozbawiona.

– Zdecydowanie zbyt wiele, obrzydlistwo. Och… – wzdycha i gwiżdże cicho. – A oto i Sebastian Garcia.

Szczerze zdziwiona jeszcze raz zerkam przez ramię. Nazwisko premiera Zjednoczonego Królestwa akurat znam.

– Może po prostu razem siedzą?

– Nie, zachowują się jak przyjaciele, którzy nie widzieli się od lat.

Patrzę na tych wszystkich pięknych ludzi, na te wszystkie cudowne kreacje. Ciekawe, jak to jest, gdy uczęszcza się na takie szpanerskie przyjęcia regularnie.

– O, popatrz – szepcze Daniel. – Zauważył cię.

– Kto?

– Elliot Miles. I chyba… – Daniel uśmiecha się cwaniacko. – Spodobał mu się widok.

– Co takiego? – Marszczę czoło.

– Pożera cię wzrokiem.

– Co?! – Wybałuszam oczy. – Co masz na myśli?

– Mam na myśli to, że cię, kurwa, obczaja.

– Cóż, nic ciekawego nie zobaczy – odpowiadam szeptem. – Bo moja pusia jest uwięziona w najciaśniejszej bieliźnie na świecie.

Daniel rechocze i stuka kieliszkiem w moje szkło.

– Touché.

– Gdzie siedzimy? – pytam.

– Idzie tu.

– Słucham?

– Z bratem.

O nie.

– Kate! – Słyszę gdzieś zza pleców.

– Tristan! – mówię z uśmiechem.

Całuje mnie w oba policzki, po czym mówi:

– Jasny gwint, kiedy się tak wylaszczyłaś? – pyta żartobliwie. – Wyglądasz nieziemsko.