Żadanica - Katarzyna Puzyńska - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Żadanica ebook i audiobook

Katarzyna Puzyńska

4,4

101 osób interesuje się tą książką

Opis

Daniel Podgórski stara się ułożyć życie od nowa. Otwiera małą firmę agroturystyczną i oczekuje pierwszych gości. Ci przyjeżdżają z nieoczekiwaną propozycją. Chcą, żeby Daniel wziął udział we wspólnym wywoływaniu duchów. Księżyc w pełni i szalejąca wichura tworzą doskonałą atmosferę, by spróbować. Podgórski podejrzewa, że ta propozycja ma jakiś dodatkowy, ukryty cel. Wkrótce wychodzi na jaw, że się nie mylił. Podczas seansu ginie człowiek, a wydarzenia zaczynają wymykać się spod kontroli. Tymczasem matka Daniela, Maria, razem z byłą komisarz Klementyną Kopp starają się pielęgnować wspomnienia młodości i - jak za dawnych lat - rozbijają obóz w pobliskim lesie. Nie tylko wichura sprawia, że zaczynają się bać. Podejrzewają, że ktoś krąży wokół ich namiotu. Dlaczego nie ujawnia się i podrzuca szmacianą laleczkę? W sąsiedniej wsi wichura zmusza dwie inne kobiety do nieoczekiwanego postoju. Szukają pomocy w samotnym gospodarstwie, jednak wygląda na to, że w dziwacznym domu stało się coś strasznego. Czy zdążą uciec, zanim będzie za późno? Ile może wydarzyć się przez jedną noc? Zegar tyka. Czy da się zatrzymać zło?

"Żadanica" to czternasty tom sagi kryminalnej o policjantach z Lipowa. Opowieści o Lipowie łączą w sobie elementy klasycznego kryminału i powieści obyczajowej z rozbudowanym wątkiem psychologicznym. Porównywane są do książek Agathy Christie i powieści szwedzkiej królowej gatunku Camilli Läckberg. Prawa do publikacji serii sprzedane zostały do ponad dwudziestu krajów. Puzyńska jest też autorką książek non-fiction "Policjanci. Ulica", "Policjanci. Bez munduru" i "Policjanci. W boju", w których razem ze swoimi rozmówcami przedstawia służbę funkcjonariuszy Policji od zupełnie innej strony, niż miało to dotychczas miejsce w literaturze. W 2019 roku wspólnie z Fundacją wydawnictwa Prószyński Media przeprowadziła z sukcesem charytatywną akcję #NIEBIESKIM, z której dochód został przekazany Fundacji Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach. Z okazji jubileuszu stulecia Polskiej Policji za książki "Policjanci. Ulica" i "Policjanci. Bez munduru" otrzymała od Komendanta Głównego nagrodę w kategorii "Policja w literaturze".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 420

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 17 min

Lektor: Laura Breszka

Oceny
4,4 (1090 ocen)
713
227
86
49
15
Sortuj według:
annabiala3

Nie polecam

Bardzo lubię ten cykl i czekam na każdą część, ale ta jest koszmarna. 2/3 książki można sobie odpuścić, dopiero w ostatnich rozdziałach coś się zaczyna dziać. A zakończenie... Naprawdę lubię być zaskakiwana, ale nie kompletnym absurdem. Na koniec autorka napisała, że ta książka miała nigdy nie powstać. No i tego Pani Katarzyno zdecydowanie należało się trzymać.
112
Ulcia13

Nie polecam

O nie! Już nie do zobaczenia, nie można obrażać czytelników, żegnaj Lipowo!
81
Adella60

Z braku laku…

Pierwsze i ostatnie spotkanie z ta autorka. Za plytkie za mydlane, nieprawdopodobnie naiwne
51
ewafraczyk

Nie polecam

Okropność
52
cymbaluk

Z braku laku…

Kolejna część sagi o Lipowie. Jeszcze bardziej na siłę, niż poprzednia.
42

Popularność




Copyright © Katarzyna Puzyńska, 2022

Projekt okładki

i zdjęcie na okładce

Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8295-663-4

Warszawa 2022

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Zrozumieć śmierć? Proszę bardzo. Śmierć przychodzi, kiedy dopadnie cię któryś z potworów.

Stephen King, Miasteczko Salem

Niekiedy bardziej liczy się głos opowiadający jakąś historię niż sama opowieść.

Stephen King, To

Dla Ani Rosińskiej

Później tej nocy…

Daniel Podgórski poczuł, że wszystkie mięśnie mu się napinają gotowe do działania. Nasłuchiwał uważnie, żeby zorientować się w sytuacji. Tylko że w ciemności teraz znów panowała cisza.

Tyk. Tyk. Tyk.

Podgórski zastanawiał się gorączkowo, czym mógłby się bronić. Gdzieś w ciemności leżała przecież nadal wiertarka z akumulatorem, która posłużyła za narzędzie zbrodni. Może uda się ją znaleźć.

Tyk. Tyk. Tyk.

Były policjant przykucnął. Starał się poruszać bardzo powoli, żeby nie było go słychać. Dotknął ręką brudnego betonu podłogi. Otaczała go nieprzenikniona czerń. Nie widział absolutnie nic. Mógł tylko przesuwać się po podłodze w nadziei, że w końcu dosięgnie porzuconego sprzętu.

Tyk. Tyk. Tyk.

Wiertarka kontra pistolet. Nie zapowiadało się to dobrze.

Tyk. Tyk. Tyk.

Dotknął nieruchomej nogi. Ciało jeszcze było ciepłe, ale to był trup. Nikt by nie przeżył czegoś takiego. Podgórski wzdrygnął się. Miał głębokie poczucie, że zawiódł.

Tyk. Tyk. Tyk.

Spróbował skupić się na zadaniu i odegnać natrętne wyrzuty sumienia. Wiertarka leżała gdzieś obok, tylko za nic nie mógł sobie przypomnieć, z której strony. W czerni nawiedzonego domu i tak trudno było zorientować się nawet, gdzie jest prawo, a gdzie lewo.

Tyk. Tyk. Tyk.

W ciemności dał się słyszeć metaliczny odgłos przeładowania broni. Podgórski przełknął ślinę. Bywał już nieraz w opałach, ale teraz czuł, że to się może naprawdę źle zakończyć.

Wszystko mam wyliczone według zegarka. Co do minuty.

Tyk.

Tyk.

Tyk.

Zegar tyka.

Ile może się wydarzyć w ciągu jednej nocy?!

Otóż tyle właśnie.

Słuchaj uważnie.

CZĘŚĆ 1

PEŁNIA MYŚLIWYCH

GODZINA 19.15–19.35

ROZDZIAŁ 1

Agroturystyka Daniela Podgórskiego.

Czwartek, 21 października 2021. Godzina 19.15.

Daniel Podgórski

No to odwaliliśmy kawał dobrej roboty – powiedział Łukasz, wycierając ręce z pyłu.

Daniel Podgórski uśmiechnął się na te słowa. Jego syn miał rację. Odwalili we czterech kawał dobrej roboty. Musieli się spieszyć, bo właśnie dziś do agroturystyki mieli przyjechać pierwsi goście. Nareszcie. Długo na to czekał. A przynajmniej takie miał odczucie. Bo tak naprawdę odnowienie pierwszego domku zajęło relatywnie niewiele czasu.

– Ale wiesz, że pierwsi goście to pewien omen. – Marek Zaręba się zaśmiał. – Trzeba się postarać, żeby to był dobry omen.

– Nawet mnie nie strasz, młody – odpowiedział ze śmiechem Podgórski.

Młody. Nadal tak Marka nazywał, chociaż teraz najmłodszy w ich ekipie był Łukasz. Zaręba był dla Daniela jak młodszy brat. Najpierw pracowali razem na posterunku w Lipowie. Potem ich drogi się rozeszły, bo Podgórski przeszedł do wydziału kryminalnego w komendzie powiatowej w Brodnicy. Teraz, kiedy Daniel był już na policyjnej emeryturze, znów się do siebie zbliżyli. Może dlatego, że właśnie Marek zajął jego miejsce i zaczął pracować w kryminalnych. Podgórski cieszył się, że na komendzie nadal jest ktoś swój.

Zerknął w stronę Łukasza. Nie dało się ukryć, że syn był już dorosłym mężczyzną. Miał dwadzieścia jeden lat. Mimo to Daniel nie mógł wyzbyć się potrzeby chronienia syna. Obawy nie były nieuzasadnione. Chłopak pracował w patrolówce. Tam nawet podczas zwykłej interwencji może się wiele zdarzyć. Nie mówiąc już o bójkach na stadionach, eskortowaniu kibiców i potyczkach z nimi. Ale nie tylko o to chodziło.

Bardziej bał się tego, co czasem działo się na komendach. Przynajmniej u nich. Sam właśnie z takiego powodu zrezygnował ze służby w firmie. Miała w tym swój niemały udział niejaka Mari Carmen Sikora. Funkcjonariuszka BSW1. Uwzięła się na Daniela i dała tak we znaki, że w końcu uznał, że nie ma sensu z nią walczyć. Tym bardziej że miała mocne plecy w postaci komendanta Więckowskiego. Daniel był w policji dwadzieścia lat. Czuł, że nie ma sensu walczyć z nimi wszystkimi, i odpuścił. Czasem trochę żałował, choć nikomu tego nie mówił. Inni uważali chyba, że dobrze się na emeryturze bawi.

Gdzieś w środku czuł, że może powinien był wziąć się w garść i zostać. Dużo się jednak w jego życiu nawarstwiło. Bał się, że jeżeli zechce się z tym wszystkim zmierzyć, powrócą dawne demony i znów zacznie zaglądać do butelki. A tego za wszelką cenę chciał uniknąć. Pijackie ciągi nie mogły wrócić. Nie teraz, kiedy powoli zaczynało się układać. Musiał więc pogodzić się z własną ucieczką i… po prostu żyć dalej. Tyle. Nie było co się mazgaić.

– A jak tam z Malwinką? – zapytał Janusz Rosół.

Rosół był w ich towarzystwie najstarszy. W tym roku kończył czterdzieści sześć lat. Niedbała fryzura na czeskiego piłkarza i sumiaste wąsy sprawiały, że wyglądał dużo starzej. Patrząc na niego, miało się wrażenie, że lata osiemdziesiąte trwają w najlepsze.

Z ich starej lipowskiej ekipy brakowało tu tylko Pawła Kamińskiego. On skończył najgorzej z nich wszystkich. Siedział w więzieniu w Starych Świątkach. Kamiński zawsze rozrabiał i być może nie byłoby wcale zaskoczeniem, że w końcu się doigrał, gdyby nie fakt, że odsiadywał wyrok za kogoś innego. A konkretniej za swoją żonę.

Grażyna Kamińska ciągle prowadziła sklep w Lipowie. Wszyscy we wsi albo wiedzieli, że to ona była winna tamtej śmierci, albo się tego domyślali. Dlatego większość omijała jej sklep szerokim łukiem, choć nikt nic nie powiedział. Podgórski być może przerwałby tę zmowę milczenia, trwającą od czasu śledztwa w sprawie rodzanic, ale to Kamiński zadecydował, żeby Grażyna została na wolności. Paweł uważał, że żona lepiej zajmie się piątką ich dzieci.

Daniel jeździł czasem na widzenia do Starych Świątek. Kamiński radził sobie nieoczekiwanie dobrze wśród kryminalistów. Jedno jest pewne, nadal przeklinał jak mało kto. Podgórski wchodził z Pawłem w konflikty. Mimo to łączyła ich pewna solidarność. Znali się bardzo długo, a ich ojcowie zginęli razem podczas policyjnej akcji. Dlatego Podgórski uważał za swój obowiązek pomagać Grażynie. Za każdym razem, kiedy musiał pójść do jej sklepu, czuł jednak niechęć.

Czasem miał sobie za złe ocenianie Kamińskich. Sam też nie był przecież kryształowy. W życiu narobił tyle błędów, że aż dziwne, że sam nie skończył tam, gdzie Paweł. Albo jeszcze gorzej.

– No mów, mów, co z Malwiną! – zawtórował Rosołowi Marek Zaręba. – Bo my z Łukaszem musimy się zaraz zbierać. O dwudziestej pierwszej mamy służbę. A sam widzisz, co się dziś dzieje.

Marek zatoczył ręką koło. Las wokół nich szumiał wściekle. Podgórski nie pamiętał, kiedy ostatnio tak mocno wiało. Telefony cały dzień pikały, ostrzegając abonentów przed nadciągającą wichurą.

– I do tego jeszcze pełnia – dodał Zaręba. – A wiesz, jak jest.

Marek miał rację, każdy policjant wiedział, że kiedy przyroda szalała, to i ludzie szaleli. A pełnia była zazwyczaj wisienką na takim wybuchowym torcie. Zapowiadała się gorąca noc. Daniel zerknął w stronę Łukasza. Miał ochotę pouczyć syna, żeby uważał. Zmitygował się, bo przecież chłopak doskonale sam wiedział, co i jak robić. A jeżeli nie, to musi się uczyć na własnych błędach.

Daniel czasem łapał się na tym, że widział w Łukaszu młodego siebie. Nie tylko dlatego, że byli bardzo podobni z wyglądu. Chłopak miał głowę pełną ideałów i pomysłów, a do służby podchodził z wielkim oddaniem. Tak jak kiedyś Podgórski. Daniel z kolei odziedziczył to podejście po swoim ojcu. Trzecie pokolenie w mundurze. Kto by pomyślał.

– Przestań się krygować, tato – zawtórował im Łukasz i zagwizdał głośno. – Jak tam z Malwiną?

Daniel dziwnie się czuł, rozmawiając o swoim życiu uczuciowym w obecności syna. Matka Łukasza, Emilia Strzałkowska, była kobietą, którą Daniel kochał z całego serca. Ale nic nie było w życiu łatwe. A przynajmniej tak mu się kiedyś wydawało. I na własne życzenie pokomplikował sprawy, które tylko z pozoru były trudne. A teraz ona nie żyła. Już od dawna przestał liczyć dni swojej trzeźwości, jak kiedyś. Od czasu kiedy trzymał jej martwe ciało w rękach, wszystko się zmieniło. Tysiąc trzysta trzydzieści siedem dni temu. Zdawał sobie sprawę, że powinien oderwać się od przeszłości i zacząć nowe życie, ale bardzo długo nie potrafił.

A potem poznał Malwinę.

– Bardzo dobrze – przyznał. – Wszystko bardzo dobrze.

Mimo dość upiornych warunków, które tworzyła ciemność i wichura, atmosfera zdawała się lekka. Braterska. Przed chwilą razem pracowali. Teraz gadali o kobietach. Sprzyjało to zwierzeniom. Zastanawiał się, jak bardzo powinien się otworzyć.

– Myślę, że chyba jest dobrze – dodał cicho.

– To znaczy? – zaniepokoił się Łukasz.

– Mam po prostu nadzieję, że tego nie spierdolę – odparł Daniel zgodnie z prawdą.

Nie była to obawa nieuzasadniona. Z Emilią spierdolił wszystko po kolei. I to koncertowo. Zresztą nie tylko z nią. Z Weroniką też. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że był mistrzem w psuciu wszystkiego, co choć na chwilę mu się udało. Przynajmniej jeśli chodzi o związki.

– Spójrz na to inaczej. Tego nie spierdoliłeś. – Marek zaśmiał się, pokazując głową efekty ich dzisiejszej pracy.

Daniel też zerknął w stronę nowo wyremontowanego domku. Na drewnianym ganeczku paliły się latarenki. Wyglądało to bardzo ładnie. Czekał na jakieś przyjaciółki, które miały przyjechać na babski weekend. Postarali się zadbać o dekoracje zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Chyba będą zadowolone. Pierwsi goście. Naprawdę długo na to czekał. Oby to faktycznie był dobry omen.

– Nie chcę Malwiny zranić – dodał, wracając do zwierzeń. Skoro już zaczął, mógł równie dobrze dokończyć.

– Już się tak nie biczuj – rzucił Janusz Rosół. – To nie ma sensu. Sam zawsze mi mówisz, że nie warto.

Kiedy Podgórski zrezygnował ze służby w policji, nie bardzo umiał sobie znaleźć miejsce. Szczerze mówiąc, korciło go, żeby znów się napić. Powstrzymywało go tylko to, że związał się z Malwiną.

Pisarka nie tolerowała picia. Nie chodziło nawet o to, że mu zabraniała. Po prostu wiedział, że to był dla niej trudny temat. Jej ojciec pił i nie miała z alkoholem dobrych doświadczeń. Daniel nie chciał sprawiać jej więcej bólu. Dlatego kategorycznie obiecał sobie, że przynajmniej w tej kwestii nie zawiedzie. Może dlatego tak bardzo się zaangażował w wyprowadzenie na prostą również Janusza Rosoła. Osobista krucjata. Poza tym starał się być lepszy w każdej dziedzinie. Nie palił, przeszedł na dietę, starał się ćwiczyć, a wszystko po to, by stać się lepszą wersją siebie. To chyba znaczyło, że ją kochał? Te słowa nadal nie przechodziły mu przez usta. Ciągle były zarezerwowane tylko i wyłącznie dla Emilii. Która spoczywała teraz pod zdobionym kamieniem nagrobka, pomyślał z goryczą.

– No i mam taki pomysł – dodał, żeby nie pogrążać się w czarnych myślach. Musi patrzeć do przodu, bo nigdy nie wyjdzie z żałoby. – Chcę wyremontować ten dom i tu z Malwiną zamieszkamy.

Łukasz aż się zakrztusił.

– W nawiedzonym domu?

Wszyscy trzej spojrzeli w stronę kryjącego się w ciemności budynku. Daniel kupił od ośrodka Słoneczna Dolina działkę, na której stały dwa drewniane domki i jeden większy murowany. Mniejsze służyły kiedyś turystom. Tym, którzy byli spragnieni mieszkania z dala od głównej części ośrodka i nie przeszkadzało im, że nie są zakwaterowani nad samym jeziorem. Było ich niezbyt dużo. Dlatego właściciel uznał w końcu, że nie ma sensu trzymać pustych domków dla tej garstki chętnych, i się ich pozbył.

Murowany dom nigdy nie został dokończony. Podgórski doskonale pamiętał, jak zaczęto budować dobrych kilkanaście lat temu. A ponieważ ośrodek nie prosperował dobrze, postępy w pracach były niewielkie. Osiągnięto stan surowy i wszystkie roboty ostatecznie zostały wstrzymane. Potem całość po prostu stała latami niedokończona. Wystawiona na działanie pogody, lasu i miejscowej młodzieży. Dzieciaki przychodziły tu imprezować, dlatego poprzedni właściciel zamurował okna, a na drzwiach zamontował skobel z kłódką. Dzieciaki nie mogły wejść do środka i ze złości domalowały jeszcze więcej graffiti. W końcu jednak przestały tu przychodzić.

– No trzeba będzie włożyć sporo pracy i go wykończyć – odparł Daniel nieco niepewnie. Sam wiedział, że to szalony pomysł.

Pracowali tam dziś trochę, ale dopiero teraz powiedział im o tym pomyśle.

– Stary, teraz to dopiero cię popierdoliło – zażartował Marek, wymawiając ostatnie słowo ze szczególnym naciskiem. – To jest ruina. I sam wiesz, co o nim mówią.

W ciemności pośród zaciekłego szumu drzew dom faktycznie prezentował się dość upiornie. Zamurowane okna przypominały Danielowi betonowy bunkier albo jakieś surrealistyczne więzienie, z którego nie ma ucieczki. Pierwsze, co zrobił, to zdemontował kłódkę. Skobelek też trzeba będzie usunąć, by nie sugerował, że w środku jest coś ukryte. Coś niebezpiecznego. Przecież to był zwykły niedokończony dom.

– Nie może być nawiedzony, skoro nikt w nim nigdy nie mieszkał – odciął się Podgórski. – Ludzie uwielbiają dorabiać sobie historie do takich miejsc.

– Myślisz, że Malwina będzie tego samego zdania? – zapytał Janusz Rosół sceptycznie.

Marek Zaręba znów prychnął śmiechem.

– Nie wydaje mi się – odpowiedział zamiast Daniela. – No ale ty znasz ją z nas najlepiej. Może uwielbia mieszkać w totalnych ruinach z grzybem, robakami, gryzmołami kutasów na ścianach i innymi takimi. Parę odwróconych krzyży zdaje się też tam widziałem. Trochę rozbitych butelek, nawet lufkę. Pełne wyposażenie perfekcyjnej pani domu.

– Spierdalajcie do roboty, chłopaki – mruknął Podgórski, też się uśmiechając. Chyba mieli swoje nowe słowo klucz. Byli zgraną ekipą, więc takie przekomarzania stały się normą. – Podobno tak bardzo się spieszycie.

Niech sobie gadają. Zamierzał zrobić z tego domu prawdziwe cacko. Dopiero wtedy powie Malwinie o tym pomyśle. Głupi nie był. Mieszkanie tu miało naprawdę dużo plusów. Byłby blisko, gdyby goście czegoś potrzebowali. A pisarka mogła przecież pracować wszędzie. Wszystko jedno, czy tu, czy w drewnianym domu pod lasem, gdzie obecnie mieszkali.

– Przyznaj się, że uciekasz przed Weroniką – powiedział Łukasz.

– Co? Nie, no jasne, że nie. – Daniel się zaśmiał, choć poniekąd tak właśnie było.

Obecnie mieszkali z Malwiną w pobliżu dworku jego byłej żony. Nie można było nazwać tej sytuacji komfortową. Mimo że Weronika ułożyła sobie życie z Mariuszem i nie wyglądało na to, żeby miała jakieś pretensje do Daniela. Co więcej, był blisko i mógł odwiedzać córeczkę. No ale tu z lasu będzie miał do małej równie blisko. A przynajmniej uniknie niezręcznych powitań każdego ranka.

– Trochę chcieliśmy z tobą o tym pogadać – oznajmił Łukasz, wymieniając spojrzenia z Markiem.

– To znaczy?

– Nie chcemy głupio gadać – mruknął Marek Zaręba.

– Gadajcie, skoro już zaczęliście.

– Mamy wrażenie, że Weronika czasem za tobą chodzi. Ja ją widziałem, jak byłem na biegu. Łukasz ją kiedyś widział w Lipowie. Ekhm… ona chyba nie życzy Malwinie najlepiej.

– Przestańcie. Najpierw gadacie o nawiedzonym domu. Teraz, że Weronika śledzi Malwinę. Odbiło wam, chłopaki. To ta pełnia?

Daniel nie wiedział, z jakiego powodu Weronika mogłaby czuć niechęć do Malwiny. Co innego z Emilią. To było jasne, bo Emilia była jego kochanką. Ale z pisarką związał się, kiedy jego małżeństwo z Weroniką dawno się skończyło. Nie mogła żywić urazy do Malwiny. To by było bez sensu.

Chyba że zupełnie nie znał się na kobietach. To oczywiście było całkiem możliwe. Zresztą czy był na tym świecie jakikolwiek mężczyzna, który znałby dobrze kobiety? Daniel szczerze w to wątpił. Były wieczną zagadką i pewnie taką pozostaną. Zerknął na zegarek. Zaraz miały przyjechać tu pierwsze klientki. Oby z nimi sobie poradził.

– Dobra, lecimy – zarządził Marek. – Poradzisz sobie?

– Jo. Duchów się nie boję – zażartował Podgórski, kiwając w stronę nawiedzonego domu.

– A może powinieneś – mruknął Janusz Rosół. – Podwieziecie mnie?

Rosół był bez samochodu. Jego stary seat toledo stał pod domem Podgórskiego. A właściwie pod domem Malwiny, poprawił się Daniel. Mimo wszystko nie umiał jeszcze uznać tego domu za swój. Może ze względu na bliskość Weroniki, a może ze względu na to, że ciągle tak bardzo tęsknił za Emilią.

– Stary znów ci skonfiskował auto? – zapytał Marek żartobliwie.

Podgórski nawet w ciemności widział, że na twarzy Rosoła pojawił się lekki grymas. Dosłownie na mgnienie oka. Zaręba nie miał nic złego na myśli, ale nie rozumiał chyba, że to był temat zarówno dla Daniela, jak i dla Janusza drażliwy.

Rosół pił już w czasach, kiedy pracowali wszyscy razem na komisariacie w Lipowie. Kiedy odszedł z firmy i na jego miejsce przyszła Emilia, przez chwilę trzymał pion, ale potem zupełnie się stoczył. Dzieci wyjechały, jak tylko osiągnęły pełnoletniość, a on przeniósł się do odziedziczonego po rodzicach domu w Szramowie. Dom, który miał w Lipowie, sprzedał, a uzyskane w ten sposób fundusze przepił.

Podgórski wiedział, co to upokorzenie i bagno uzależnienia. Czasem trzeba było upaść najniżej, żeby się odbić. A czasem okazywało się, że można spaść jeszcze dalej w głąb. Jemu się udało zatrzymać. Bardzo chciał pomóc w tym również Rosołowi. Poza tym kiedy utrzymywał w pionie kolegę, to i tym samym siebie. I tak właśnie zaczęła się ich krucjata trzeźwości.

Jednym ze sposobów było zabieranie Januszowi auta na kilka dni, kiedy ten zapił. Obaj się na to zgodzili, choć nie było to może działanie zgodne z zasadami terapii. Ostatnio Janusz sprzedał dom po teściach facetowi z Bydgoszczy. Podgórski naprawdę chciał pomóc koledze nie stracić uzyskanych pieniędzy. Rosół nie mógł powtórzyć tego samego błędu, co wcześniej.

– Spadajcie, bo nie chcę was przy gościach – rzucił Daniel, żeby rozładować nieco atmosferę.

Marek, Łukasz i Janusz wsiedli do hondy civic Zaręby. Była równie stara jak błękitne subaru impreza Daniela. Kiedyś ścigali się tymi autami po tutejszych lasach. Życie było wtedy doprawdy beztroskie. Teraz wydawało się, że od tamtych czasów minęły lata świetlne.

Kiedy koledzy odjechali, Daniel poczuł się trochę nieswojo. Paliły się tylko latarenki na werandzie wyremontowanego drewnianego domku. Dookoła panowała zupełna ciemność. Zerknął w stronę nawiedzonego domu. Prąd nie był tam jeszcze doprowadzony. Woda też nie. Jeśli naprawdę chciał zamieszkać tam z Malwiną, to czeka go dużo pracy. Nagle cały ten pomysł wydał mu się niedorzeczny. Zaklął pod nosem. Ale pomyślał, że na szczęście ma jeszcze czas, żeby sobie to wszystko rozważyć.

Może wspólne mieszkanie nie było dobrym pomysłem, przebiegło mu przez myśl. Czy Malwiny w ten sposób nie krzywdził? Codziennie chodził na cmentarz do Emilii. Nigdy nawet nie zapytał, jak pisarka się z tym czuje. Bądź co bądź kochał inną kobietę. Co z tego, że nie żyła.

Dokończył składanie narzędzi. Nigdzie nie widział wiertarki. Musiała zostać w nawiedzonym domu. Nie chciało mu się po nią iść. Raczej nikt jej stamtąd nie ukradnie. Jutro się tym zajmie. Za dnia. Czyżby trochę się bał? Może. Dom zdawał się przyglądać mu złowrogo z ciemności. Podgórski zaśmiał się sam z siebie. Dobrze, że Marek, Łukasz i Janusz go teraz nie widzieli. Mieliby niezły ubaw.

Zerknął znów na zegarek. Przyjaciółki, które wynajęły domek, się spóźniały. Co prawda dopiero kilka minut, ale i tak poczuł niepokój. Pierwsi goście. To musi dobrze pójść. Po prostu musi. Chodziło przecież o dobry omen. Ale jeśli się nie zjawią?

Podgórski miał naprawdę wielką ochotę zapalić. Trzymał w samochodzie zmiętą paczkę papierosów. Tak na wszelki wypadek. Bardzo go korciło, żeby złamać dziś swoją zasadę. Całe szczęście nie miał przy sobie ani zapalniczki, ani zapałek.

Nagle pośród szumu wiatru usłyszał dźwięk silnika. Natychmiast się uspokoił. Jadą. Przejechał ręką przez włosy i narzucił na bluzę skórzaną kurtkę. Był gotowy.

Wąską leśną drogą nadjechało czarne volvo. To było chyba S60. Zatrzymało się może dwadzieścia centymetrów przed jego subaru. Znów poczuł niepokój. Auto może i było stare, ale bardzo je lubił. A wykłócanie się z gośćmi o ubezpieczenie nie byłoby dobrym początkiem pobytu.

Drzwi po obu stronach auta otworzyły się niemal natychmiast, kiedy tylko volvo się zatrzymało. Jakby kobiety nie mogły już wytrzymać w środku. Jedna była szczupła z ciemnymi włosami, druga niższa dość gruba blondynka.

– Dobry wieczór – powiedziała ta wyższa.

Obie wydawały mu się jakby znajome, ale nie mógł ich umiejscowić w żadnej sytuacji.

– Aldona Abramowska, to ja rezerwowałam ten domek mailowo. – Uścisnęła mu rękę po męsku. – A to Brygida. Trochę pobłądziłyśmy. Nie spodziewałyśmy się, że to taka głusza.

Podgórski modlił się w duchu, żeby to ich nie wypłoszyło. Wiatr wiał coraz mocniej. Trzeszczące drzewa sprawiały, że robiło się naprawdę nieprzyjemnie. Jakby z ciemności miały nagle wyłonić się wszystkie potwory, których boją się dzieci. Były policjant zerknął ukradkiem w stronę nawiedzonego domu. Miał nadzieję, że Aldona i Brygida nie zwrócą na niego uwagi. Jeżeli zauważą, pewnie wsiądą do volvo i niezwłocznie odjadą. Co on sobie wyobrażał? Że tym razem mu się uda?

– Ładnie tu – odezwała się Brygida.

Brzmiało to, jakby naprawdę tak uważała. Wydawała się miła. Uśmiech właściwie nie schodził jej z ust. No i pochwaliła jego pracę. Poczuł do niej sympatię. Odetchnął z ulgą w duchu. Bezsensownie ulegał panice. Ale to chyba dlatego, że tak bardzo mu zależało, żeby domek i otoczenie się spodobały. Włożył w to naprawdę dużo pracy.

– Na pewno się paniom spodoba. To z pewnością będzie miła noc. Rano mogą się panie wybrać na spacer nad jezioro. To bardzo blisko. Będę pod telefonem, gdyby panie czegoś potrzebowały. Czy potrzebne są dwa komplety kluczy?

Domek zarezerwowała ta Abramowska. Daniel był zaskoczony, skąd miała jego maila, bo jeszcze nie założył strony internetowej agroturystyki. Najwyraźniej dostała go przez pocztę pantoflową. Wymiana wiadomości była szybka, a on na tyle mało doświadczony, że nie zapytał nawet o najbardziej podstawowe rzeczy. Na przykład ile osób będzie nocowało w domku. Powiedziała tylko, że to babski weekend. Przygotował cztery łóżka. Wyglądało jednak na to, że przyjechały tylko dwie.

– Dojedzie jeszcze nasza koleżanka – poinformowała Aldona Abramowska, jakby czytała Danielowi w myślach. – Ale wystarczy nam jeden komplet kluczy. Proszę się nie kłopotać.

– Świetnie. Chodźmy, pokażę paniom domek – powiedział z entuzjazmem.

Zastanowił się, czy nie przesadza. Nie miał w podobnych sytuacjach żadnego doświadczenia. I choć zdarzało mu się prowadzić sprawy morderstw, to uśmiechanie się do tych dwóch kobiet i przedstawianie im zalet pobytu w jego agroturystyce wydawało się teraz zadaniem ponad miarę stresującym.

– Ale mamy do pana jedną sprawę – powiedziała Aldona Abramowska. – Bo przyjechałyśmy tu nie tylko odpocząć, ale przede wszystkim poobcować z duchami.

1 Biuro Spraw Wewnętrznych.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI