Zabawki - kobieca antologia opowiadań grozy - Antologia - ebook

Zabawki - kobieca antologia opowiadań grozy ebook

Antologia

3,3

Opis

13 autorek o bardzo różnych charakterach stworzyło kobiecą antologię, którą łączy jeden motyw… ZABAWKI. Misie, lalki, pozytywki, puzderka a nawet gadżety dla dorosłych mogą być świadkami przerażających historii, opowiedzianych w tej niezwykłej książce, będącej wynikiem projektu #grozajestkobietą, zapoczątkowanego przez portal Grozownia.

Pamiętajcie, że zabawkami możemy się bawić, ale też nimi stać w rękach innych, najczęściej złych sił.

Spis autorek i opowiadań:

Dagmara Adwentowska „Odłamek”
Sylwia Błach „Dom Lalek”
Karolina “Mangusta” Kaczkowska „Boogeyman”
Agnieszka Kwiatkowska „Chodź ze mną”
Aleksandra Łaniszewska „Zguba”
Carla Mori „Powiedz przecie”
Anna Musiałowicz „Niegrzeczna”
Agnieszka Pruska „Sanatorium”
Joanna Pypłacz „Pozytywka”
Agata Suchocka „Barbie Girl”
Izabela Szolc „Policzek do policzka”
Flora Woźnica „Inna marionetka”
Anna Maria Wybraniec „Król kasztanów”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 353

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł: Zabawki

Copyright

© 2020 by Dagmara Adwentowska, Sylwia Błach, Karolina Kaczkowska, Agnieszka Kwiatkowska, Aleksandra Łaniszewska, Carla Mori, Anna Musiałowicz, Agnieszka Pruska, Joanna Pypłacz, Agata Suchocka, Izabela Szolc, Flora Woźnica, Anna Maria Wybraniec

© 2020 by Wydawnictwo IX

Copyright for the cover art

© 2020 Mariusz Siergiejew

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX

Redakcja: Juliusz Wojciechowicz, Agnieszka Kwiatkowska

Korekta: Magdalena Paluch

Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński

Ilustracja na okładce: Mariusz Siergiejew 

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, z wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.

Wydawnictwo IX

biuro@wydawnictwoix.pl

wydawnictwoix.pl

Kraków 2020

Wydanie I

ISBN 978-83-960071-0-0

Spis treści

Wstęp, Magdalena Paluch

Barbie Girl, Agata Suchocka

Niegrzeczna, Anna Musiałowicz

Chodź ze mną, Agnieszka Kwiatkowska

Policzek do policzka, Izabela Szolc

Odłamek, Dagmara Adwentowska

Dom lalek, Sylwia Błach

Zguba, Aleksandra Łaniszewska

"Powiedz przecie...", Carla Mori

Król kasztanów, Anna Maria Wybraniec

Pozytywka, Joanna Pypłacz

Sanatorium, Agnieszka Pruska

Inna Marionetka, Flora Woźnica

Boogeyman, Karolina "Mangusta" Kaczkowska

O Autorkach

Magdalena Paluch

Wstęp

Zabawki nie są dziełem przypadku ani ukartowanym planem, ale gdyby ktoś powiedział na początku tego jakże trudnego roku, że pomysł, który chodził mi po głowie od kilku lat, zostanie zrealizowany, uśmiechnęłabym się z powątpiewaniem. 

Zbiór opowiadań, który trzymasz w rękach, Drogi Czytelniku, to efekt projektu zapoczątkowanego na portalu Grozownia w marcu 2019 roku. Wtedy właśnie rozpoczęłam cykl wywiadów z wybranymi przedstawicielkami polskiej literatury grozy, który nazwałam Groza jest kobietą. 

Hasło to po raz pierwszy zakiełkowało w mojej głowie jakieś 5-6 lat temu, jakoś po drugiej edycji Krakowskiego Festiwalu Grozy KFASON, kiedy to uderzyła mnie myśl, że zdecydowanie za mało mówi się o autorkach piszących grozę. A przecież swoje powieści wydały już wtedy Magdalena Kałużyńska, Izabela Szolc, Joanna Łańcucka, Carla Mori, Sylwia Błach czy Olga Haber. Jako promotorka polskiej grozy literackiej postanowiłam więc, że coś z tym zrobię, dlatego na początek (nieśmiało, ale jednak) na trzecim KFASON-ie zaproponowałam pisarkom udział w panelu dyskusyjnym nazwanym Groza jest kobietą. W spotkaniu tym uczestniczyły: Izabela Szolc, Aleksandra Zielińska, Carla Mori, Sylwia Błach i Paulina Król. Niedługo potem zaczęły pojawiać się na rynku polskiej grozy kobiecej nowe nazwiska, a w 2019 roku, w czasie trwania projektu Groza jest kobietą, na KFASON-ie po raz kolejny odbył się panel dyskusyjny, w którym udział wzięły: Marta Krajewska, Agata Suchocka, Joanna Pypłacz, Anna Musiałowicz oraz Aleksandra Łaniszewska. 

Kiedy dobiegała końca pierwsza edycja mojego projektu, pomyślałam, że idealnym podsumowaniem byłoby stworzenie antologii, dzięki której każda z autorek mogłaby zaprezentować swoją twórczość. Jej temat zaproponował mój mąż, Paweł, a tytuł oraz pomysł na grafikę podrzuciła, wspomniana już wcześniej, Magda Kałużyńska. Autorki biorące udział w akcji Groza jest kobietą entuzjastycznie odniosły się do pomysłu (i tu ciekawostka: Agnieszka Pruska pisze kryminały, z kolei opowiadanie, które tu przeczytacie, jest jej grozowym debiutem! Jestem z tego dumna!), natomiast Krzysztof Biliński – szef Wydawnictwa IX – podjął się publikacji antologii i właśnie dzięki zaufaniu i pracy tych wszystkich osób, Zabawki zyskały formę, którą pięknie „opakował” Mariusz „noistromo” Siergiejew. 

Drogi Czytelniku, mam nadzieję, że z ciekawością wejdziesz w świat Zabawek, a po ich lekturze inaczej spojrzysz na lalki, misie czy gadżety dla dorosłych, a kalejdoskop, kasztany, puzderko czy pozytywka nie będą już tak radośnie kojarzyć się jedynie z czasami Twojego dzieciństwa. 

W imieniu Autorek i Wydawcy, dziękuję za zaufanie i obiecuję, że Zabawki to dopiero początek zjawiska, jakim jest #grozajestkobietą.

Strasznej lektury!

Magdalena Paluch

(pomysłodawczyni i koordynator Krakowskiego Festiwalu Grozy KFASON, twórczyni Grozowni, wymyśliła projekt #grozajestkobietą)

Agata Suchocka

Barbie Girl

Kiedy pierwszy delikwent z uszkodzeniem ciała spowodowanym lalką Barbie wjechał na szpitalny korytarz, doktor Abel McLane z trudem powstrzymywał śmiech, jak zresztą wszyscy zaangażowani sanitariusze i pielęgniarka w wieku prawie już emerytalnym.

Na noszach spoczywał mężczyzna w średnim wieku, leżał na brzuchu, skrywając spłonioną twarz w złożonych pod głową ramionach. Był przykryty prześcieradłem, a na wysokości jego pośladków unosił się namiocik, coś jakby wzwód, ale na tyłku.

— Bez jaj! — Abel spojrzał w kartę pacjenta, którą wręczył mu czarny jak heban sanitariusz. Jego łysa, lśniąca głowa odcinała się od wściekle kanarkowej kamizelki narzuconej na uniform. — Przywieźliście mi senatora z lalką Barbie w dupie? — syknął lekarz, usiłując nie roześmiać się na głos.

— Na to wygląda, doktorze! — W kącikach oczu olbrzyma lśniły łzy rozbawienia. — Niepotrzebnie nią szarpał, wie pan, te laleczki mają takie ostre dłonie i to zadziałało jak kotwica… 

— Dobra, domyślam się! — Abel podrapał się po kędzierzawej, ryżawej czuprynie, przypominającej runo jagnięcia. 

Jego kwarterońska uroda była bardzo dyskusyjna: skóra koloru nowoorleańskiej café au lait, wielkie, jasnoniebieskie oczy i rdzawa czapeczka przylegających do czaszki kędziorów to była cena, jaką ponosił za romans matki Mulatki i Irlandczyka. Tatuś dał mu nazwisko, płacił alimenty. Nie zamierzał jednakże wychowywać płaskonosego bękarta ani pojawiać się w mieście na dłużej niż kilka dni Mardi Gras. Wizyty ustały nim mały Abel skończył pięć lat.

Matka, od dawna już nieżyjąca, od zawsze upierała się, by dzieciaka edukować, nie pozwolić mu trafić do gangu czy zająć się jakimś szemranym rzemiosłem. W wychowaniu Abla pomagała ekscentryczna ciotka, wegetująca w rozpadającej się chacie na bagnach, mimo to ciesząca się wielkim poważaniem nawet wśród prominentnych obywateli metropolii. Abel chciał wierzyć, że to jego zdolności i dobre oceny zapewniły mu miejsce na medycynie. Może istotnie tak było, skoro został na rezydenturze, a ostatecznie przyczepił się na oddziale urazowym. 

Gdyby przypuszczał, że po kilku latach jego robota będzie polegała na wyciąganiu lalek z męskich tyłków, zrobiłby specjalizację z ginekologii. Nurkowanie pod kieckami zdawało mu się naturalniejsze, niż grzebanie w męskich okrężnicach.

— Pan… Dubois? — Doktor uniósł brwi, odczytując z karty nazwisko, gdy już zostali sami za przepierzeniem. No, no, no, taka szycha z takim urazem… — Jak to się stało, senatorze? — dopytał.

Mężczyzna, zawstydzony jak cholera, bąknął coś w złożone ramiona. Gdyby informacja o tym, że trafił na OIOM z Barbie w dupie wyciekła do mediów, mógłby się pożegnać z kolejną kadencją. Był w końcu ulubieńcem konserwatywnych białasów. Sam fakt, że miał się nim zająć kolorowy lekarz, był dla niego wystarczająco upokarzający.

—… usiadłem na…

— Usiadł pan…?

— Przez przypadek usiadłem na lalkę córki! — warknął w końcu grubas.

Gdyby uwalił się całym ciężarem swojego cielska na lalkę, przebiłaby ściany jelita. Ktoś tę lalkę włożył mu w tyłek celowo, a potem nie był w stanie jej wyciągnąć.

Abel miał ochotę wyrazić podziw dla tak oryginalnych praktyk erotycznych, ale ugryzł się w język.

— Rozumiem… — rzekł zamiast tego, usiłując zachować powagę. — Przewieziemy pana do gabinetu zabiegowego i usuniemy… ciało obce…

Lekarz uniósł skraj prześcieradła i jego oczom ukazał się kuriozalny obrazek: dwa wielkie, blade, pryszczate i pokryte kępkami kłaków poślady, spomiędzy których wystawały zgrabniutkie, różowiutkie nóżki laleczki. 

Oczywiście, było to na swój zboczony sposób obrzydliwe, ale i cholernie zabawne.

* * *

Żarty się skończyły, gdy Dale Compton, lokalny deweloper, wjechał na oddział kilka tygodni później z ręką lalki Barbie wystającą z oczodołu. Tym razem nikomu nie było do śmiechu, a i oka biznesmena nie udało się uratować. 

Gdy kolejny delikwent, tym razem sędzia, pojawił się w szpitalu niedługo po nim, tym razem z fragmentami plastiku w żołądku, na tyle dużymi, że trzeba było operować, załoga bloku poczuła się niepewnie. Zaczęto przebąkiwać o klątwie, voodoo, o spisku mającym zachwiać lokalnym porządkiem. Kreolskie pielęgniarki mamrotały pod nosami jakieś inkantacje, chowając pod fartuchami amulety sporządzone z ingrediencji zbyt dobrze Ablowi znanych. Wiedział, że lepiej im tego nie zabraniać, choć żadne służby sanitarne nie pozwalały na obecność takich substancji w szpitalu.

Abel z rezerwą podchodził do praktyk voodoo, gdyż od dziecka bywał ich świadkiem. Mama Vande nawet nie próbowała go przed tym chronić, wręcz przeciwnie, zachęcała do udziału w dziwacznych, zbryzganych krwią obrzędach, pozwalała podsłuchiwać interesantów przychodzących ze złamanymi sercami po napoje miłosne czy z włosami wrogów, które potem Abel pomagał jej wszywać w maleńkie laleczki. To jego zadaniem było pilnowanie, by pod figurką Papy Legby zawsze leżały świeże ofiary, by kwiaty z wianuszka zarzucanego na wyślizganą dłońmi przez lata figurkę były zawsze świeże. To on karmił kurczaki wegetujące w rozlatującej się wolierze za chatą; gdy sypał im kukurydzę, zawsze patrzyły na niego zrezygnowane, jakby już znały swój los. Gdy Abel nieco podrósł, zdarzało mu się podpijać rum, który miał postawić u stóp loa, między ogarkami świec, wyrysowanymi kredą wzorami i zasuszonymi pokurczonymi przedmiotami, wśród których, już jako student, zidentyfikował ludzkie palce. Dlaczego wówczas nie porzucił tego nawiedzonego miejsca raz na zawsze? Owszem, był wykształconym młodym człowiekiem, śmiało patrzącym w przyszłość, ale był również pomiatanym od dziecka ćwierćczarnuchem, któremu zdarzyło się szeptać pod nosem kreolskie przekleństwa, zasłyszane podczas obrzędów. Gdyby powęszył, przekonałby się, że jego prześladowców prędzej czy później spotykało coś bardzo nieprzyjemnego.

To wszystko jednak wydawało mu się raczej nieszkodliwą zabawą, bo ciotka była z natury osobą pogodną i uśmiechniętą. Jako kilkulatek nie mógł wiedzieć, że za tym wyrachowanym uśmieszkiem wiedźmy kryły się sekrety prominentów, których używała do własnych celów. Cele również pozostawały dla niego niejasne, bo Mama Vande wciąż mieszkała w zmurszałej chacie, nie brała za swoje usługi żadnych pieniędzy i pozornie nic nie zyskiwała na tych swoich poradach, klątwach i obrzędach. Jako aspirujący lekarz i racjonalista Abel uważał cały ten bagienny teatrzyk za nieszkodliwy, aczkolwiek efektowny wykwit lokalnego folkloru.

Dopiero po latach zrozumiał, że wiedźma stała na straży dawnego porządku i dbała o to, by każdy znał swoje miejsce w społeczności i nie nadużywał władzy. 

Senator, deweloper i sędzia mieli władzę, to nie podlegało dyskusji.

A jeśli to Mama Vande kryła się za tymi okaleczeniami? Abel nie miał wątpliwości, że mężczyźni sami nie zadali sobie tych ran, choć każdy z nich twierdził, że uległ po prostu nieszczęśliwemu wypadkowi. Jednak nawet największy zboczeniec nie pozwoliłby dziwce wyłupić sobie oka, nie połknąłby dobrowolnie pokrajanej na kawałki lalki. To nie trzymało się kupy. Badania psychologiczne nie wykazały żadnych odchyleń, a wszyscy pacjenci wydawali się przede wszystkim głęboko wystraszeni, zażenowani sytuacją i swoim dość tragicznym położeniem. Twierdzili, że nie bardzo pamiętają, co się stało, że byli pijani bądź odurzeni. Według Abla ich stan wynikał z tego, że chwilowo dali się zastraszyć lub ponieść… no właśnie, czemu? 

To nie było jego zmartwienie, tylko szeryfa. Niech Ferrel bawi się w detektywa, w końcu jego praca nie była do tej pory niczym więcej niż zabawą w policjantów i złodziei. Abel nie zamierzał zaprzątać sobie tym głowy, choć fakt, że te przypadki w jakiś sposób się ze sobą wiążą, był ewidentny nie tylko dla niego. 

Doktor zdejmował właśnie fartuch i zamierzał odwiedzić ciotkę, by upewnić się, że to nie jej knowania doprowadziły tych mężczyzn do tak opłakanego stanu, gdy dyżurujący lekarz zapukał do jego gabinetu.

— Musisz to zobaczyć, McLane! — Doktor Rowan miał nietęgą minę. — Właśnie przywieziono Lowella. Znaleziono go uduszonego we własnym domu. Dwa dni tak leżał.

— Lowell? Ten od knajp na Bourbon?

— Dokładnie. Komendant Ferrel nie powiedział za wiele, tylko tyle, że wykluczają udział osób trzecich. Po prostu się udławił.

— To dlaczego ja muszę się tym zająć? — Abel ponownie zarzucił fartuch na ramiona. — Czym się udławił? Zrzygał się po pijaku, tak jak mu wróżono?

Właściciel trzech lokali przy najchętniej odwiedzanej przez turystów ulicy znany był nie tylko z szefowania w swoich knajpach przy Bourbon Street, ale przede wszystkim ze swojego zamiłowania do bourbona.

— To by było zbyt oczywiste. Udusił się głową lalki Barbie.

Abel poczuł, jak po jego kręgosłupie pełznie lodowaty dreszcz.

* * *

Burgh przyglądał się oślizgłemu kłębowi kłaków, który trzymał w szczypcach. Uśmiechowi laleczki nie zaszkodziły krew i płyny ustrojowe, wciąż patrzyła na mężczyzn wesolutka, jakby z triumfem. Splątane, sfilcowane włosy wskazywały na to, że lalka była już dość wiekowa.

— Głupia śmierć. — Burgh upuścił główkę do metalowej nerki i odwrócił się, zaczął pobrzękiwać narzędziami.

Wyglądał tak samo, jak brzmiał: jak wielka, ruchoma góra mięsa. Jak rzeźnik z horroru, któremu po pewnym czasie przestaje wystarczać szlachtowanie zwierząt i postanawia przerzucić się na ludzi. W jego ruchach było coś pieszczotliwego, nieprzyzwoitego, jakby czerpał perwersyjną przyjemność z niewdzięcznej pracy patologa. 

Abel ze zdziwieniem patrzył na zastygłą twarz martwego restauratora, a on zdawał się odwzajemniać zdziwione spojrzenie. Rozdziawiona gęba, z której właśnie wydobyto głowę lalki, była idealnym obrazem bezbrzeżnego zdumienia.

Abel poczuł potrzebę ucieczki. Drażniący zapach chemikaliów, woń rozkładu i permanentnie wiszący w powietrzu, żelazisty aromat krwi, jakże charakterystyczny dla rzeźni i prosektoriów, sprawiały, że z trudem powstrzymywał mdłości.

— Jak dla mnie sprawa jest oczywista — mruknął patolog, odwracając się w stronę lekarza z perwersyjnym błyskiem w zapadniętych oczkach skrytych za ochronnymi okularami — ale dopiero jak zajrzę do środka, będziemy mieć stuprocentową pewność. No i przebadamy tę główkę na obecność obcego DNA, ale na wyniki trzeba będzie poczekać ze dwa tygodnie. To nie jest sprawa priorytetowa.

Abel nie zamierzał przyglądać się, jak Burgh „zagląda do środka” trupa. Jego obecność w prosektorium była i tak niezgodna z procedurami, więc tylko skinął głową i wycofał się z zimnego pomieszczenia.

— Prześlij mi raport z sekcji, jak tylko skończysz, dobra? — rzucił przez ramię, przełykając gulę.

Zerwał z plaśnięciem lateksowe rękawiczki i wyrzucił je do kosza, spiesznie podążając do windy, w górę, do życia, z dala od prosektorium.

* * *

— Abel, to nie jest przesłuchanie, tylko prośba o koleżeńską przysługę.

McLane sarknął, odchylając się na oparcie krzesła. Był wściekły na Paddy’ego, że wyciągnął go z łóżka akurat wtedy, gdy miał wolne po dyżurze.

— To dlaczego jesteśmy na komisariacie? Nie wystarczy wam raport koronera, który wysłałem?

Oficer śledczy Patrick Ferrel westchnął ciężko, potarł bladą twarz dłonią. Czuł, że fakt, iż chodzili razem do katolickiej szkoły, zaczyna być niewystarczającym argumentem służącym do wymuszania na lekarzu przysług.

— Trup za wiele nam już nie powie. Przyczyna zgonu jest jasna, wykluczono udział osób trzecich. Tylko że ja naprawdę mam już dosyć tych wszechobecnych, durnych plotek o klątwach i voodoo…

—… ale boisz się sam iść do Mamy Vande i zapytać ją, czy ma z tym cyrkiem coś wspólnego. Jesteś gliniarzem, czy jakąś strachliwą pipą, która pałę ma przytroczoną tylko u boku?

Gdyby nie stara zażyłość, Abel już dawno zostałby aresztowany za obrazę funkcjonariusza. Nigdy nie przebierał w słowach, gdy stawał w obliczu niekompetencji Patricka. Dlaczego nikt jeszcze nie odesłał go na krawężnik? I nie przybetonował na miejscu?

Akurat ta elitarna część miasta była ostatnimi czasy niezwykle spokojna. Ferrel najwidoczniej chciał zrobić wszystko, by nie mieć w archiwach morderstwa, co ściągnęłoby mu na kark wydział zabójstw albo – co gorsza! – federalnych. To znacząco obniżyłoby prestiż dzielnicy nowobogackich, a tego trzeba było uniknąć za wszelką cenę. Compton potrzebował kasy, musiał sprzedać te wszystkie nowo wybudowane domki, żeby wyjechać i poddać się jakiejś specjalistycznej operacji mającej przywrócić mu wzrok w oku, które sam prawie sobie wydłubał. 

— Nie jestem strachliwą pipą, tylko zabobonnym kolesiem, który narobił dzieci po bożemu i teraz musi je za coś utrzymać.

— To na jedno wychodzi! — sarknął Abel.

— Może i tak. Ale chyba rozumiesz, dlaczego nie spieszy mi się w odwiedziny do twojej demonicznej ciotki. Cholera wie, co ona dodaje do tych swoich ciasteczek…

Abel wiedział, ale wolał zachować to dla siebie. Przez myśl przemknęło mu wspomnienie popołudniowej herbatki na bagnach, podczas której ciotka poczęstowała ich słodyczami. Patrick, wówczas kilkulatek, wracał do domu przekonany, że za rękę prowadzi go sam Święty Piotr. Dla Abla był to zawsze Papa Legba, bez względu na to, co gadały zakonnice w szkole.

— Dobra, pogadam z nią, ale nie spodziewaj się, że do czegokolwiek się przyzna. — Abel uśmiechnął się do wspomnienia.

— Dzięki, ale chciałem cię poprosić o coś jeszcze.

Doktor pytająco uniósł brwi.

— Ci faceci, którzy doznali obrażeń, coś mi tu śmierdzi. Zacząłem węszyć i odkryłem, że ich córki brały swego czasu udział w okręgowych wyborach Miss Nastolatek. Senatorówna, córka Comptona i sędziego Garpa też. Nawet ta czarnula od Lowella, pamiętasz?

Abel pamiętał, w końcu jak wszyscy faceci w średnim wieku niezdrowo podniecał się uczestniczkami tych konkursów. 

— No i…? — zapytał niepewnie, szukając analogii.

— Może tutaj jest wampir pogrzebany — rzekł policjant, wydymając usta. — Może to faktycznie jakiś spisek, jakaś zemsta na tatuśkach, którzy wystawiali swoje córeczki wszystkim na pokaz. A do tego sypali groszem na te pokazy rasowych klaczek.

Abel się roześmiał.

— I co, teraz te córeczki się mszczą, wkładając ojcom w dupy lalki? Chyba cię popierdoliło, Paddy!

— Może i popierdoliło, ale i tak muszę to sprawdzić. A ofiary nie chcą gadać. Wszyscy trzej twierdzą, że to były wypadki, kumasz? Został mi tylko senator, ale z oczywistych względów nie chce spowiadać się z tego, jak wepchnął sobie lalkę w dupsko. Zadzwoń do niego, podpytaj, wezwij do szpitala pod pozorem jakichś dodatkowych badań. Ta jego córka jest przecież teraz już dorosła, w wieku studenckim. I ona niby miała zostawić na kanapie Barbie, na którą usiadł tatusiek? To jego tłumaczenie to jakieś gówno.

Analogia z gównem była bardzo kiepska w tym kontekście.

— Dobra! — Abel wstał i choć usiłował wyglądać na obojętnego, to poczuł za mostkiem ukłucie ekscytacji. Wyobraził sobie zamaskowaną, cycatą nastolatkę atakującą podstarzałych tatuśków lalką i z trudem powstrzymał się od śmiechu. — Pogadam z ciotką i zadzwonię do senatora. Nie będę jednak odwalał za ciebie roboty!

Ferrel skinął mu na do widzenia, a gdy lekarz zamknął za sobą drzwi, westchnął ciężko.

Zajmowanie się voodoo było w jego mniemaniu ciężkim grzechem. Chciał jak najszybciej zamknąć tę sprawę, a potem lecieć do spowiedzi i wrócić do wypisywania mandatów i łapania kieszonkowców.

* * *

Zaparkował pick-upa w miejscu, w którym droga z utwardzonego, żwirowego traktu zmieniała się w trzęsawisko. Gdyby nie wiedział, że za ścianą splątanych cyprysów i pokracznie powykręcanych dębów, z gałęzi których zwieszały się poszarzałe girlandy mchów, znajduje się jakieś domostwo, uznałby, że to koniec świata. A dalej jest już tylko bagno prowadzące do samego piekła. Nigdy nie wyobrażał sobie piekła jako gorącego, strzelającego płomieniami i ziejącego siarką miejsca. Dla niego od zawsze było oślizgłym, pełnym glonów trzęsawiskiem.

Gdy woda się podnosiła, nie było sposobu na to, by dostać się do chaty Mamy Vande. Co ona wtedy jadła? Jajka od swoich wyliniałych kur, hodowanych tylko po to, by zostać rytualnymi ofiarami, piła mleko tej parchatej kozy przywiązanej do palika za chałupą? A może polowała na aligatory? W ciągu ostatnich kilku lat domostwo podupadło, tak jak podupadła na zdrowiu jego mieszkanka. Jej twarz przypominała zgniłek jabłka, jakie się czasem znajdowało pod drzewami, gdy owoce dopadała choroba. Tylko czarne, na wpół ślepe oczy nadal pozostawały bystre. Abel wiedział, że namawianie ciotki do zmiany miejsca zamieszkania nie miało najmniejszego sensu. Urodziła się w tej chałupie jako dziecko kapłanki Candomble i jako wiedźma zamierzała w tym samym miejscu z tego świata zejść. Papa Legba już na nią czekał.

Gdy wchodziło się między cyprysy, nagle robiło się ciemno. Nad głową zamykała się kopuła ze splątanych gałęzi; wokół butów zapadających się w błocie przemykały żaby, pełzały niezdarne ropuchy i pijawki. Nie cierpiał tego, zawsze zakładał na te odwiedziny wędkarskie kalosze. Zewsząd rozlegały się jakby szepty, posapywania, jakieś syki i wrzaski ptaków. Te ptaszyska głosy miały takie, że wolał sobie nawet nie wyobrażać, jak wyglądają… 

Był jednak uodporniony na pozatykane na żerdziach czaszki i maski, na wiszące na gałęziach amulety z piór i zwierzęcych łapek. Dorastał wśród tego obrzydlistwa i to, co innych miało odstraszać i budzić respekt, na niego zupełnie już nie działało.

Wielki, czarny kundel, który jak piekielny ogar wył całymi nocami, urozmaicając ścieżkę dźwiękową koszmarów małego Abla, teraz tylko leniwie zamachał ogonem na jego widok. Ten pies był chyba nieśmiertelny, Abel nie pamiętał, żeby kiedykolwiek był młody. Zawsze wyglądał jak wywleczony z gardła Lucyfera. Tak też miał na imię.

— Ciociu Vande, jesteś w domu? — zapytał retorycznie, bo staruszka nigdzie już nie wychodziła. Niby dokąd miała się udać? Mieszkała w kompletnej głuszy. — Przywiozłem ci zakupy!

Przynajmniej miał pretekst, żeby ją odwiedzić i porozmawiać na temat niedorzecznych podejrzeń Ferrela.

W domu śmierdziało świeżą krwią, muchy krążyły pod nigdy niezapalaną lampą w głównej izbie. Ta rudera do złudzenia przypominała mu dawne kwatery niewolnicze.

Przeszedł przez pokój do kuchni i wyszedł na tylny ganek. Na podwórzu woniało mdło gotowanym mięsem, a ciotka, niby Baba Jaga, mieszała coś w wielkim kotle nad zaimprowizowanym z kilku cegieł paleniskiem, pomrukując skrzekliwym głosem jakieś inkantacje. Nieopodal, na ubitej na kamień ziemi pokrytej skomplikowanym deseniem wyrysowanych kredą symboli, leżały w kałuży krwi resztki piór i kurza głowa.

— Myślałem, że już się tym nie zajmujesz… — rzekł Abel, podchodząc bliżej i całując zawój kolorowego turbanu na głowie zasuszonej kobieciny.

— Czym? — zapytała niewinnie, a jej twarz jeszcze bardziej się zmarszczyła, przypominała teraz suszoną śliwkę, tak była czarna w półmroku.

Abel zacmokał z dezaprobatą, wskazując głową na klepisko i sklecony przy nim, oblepiony woskiem ołtarzyk.

Mama Vande zaśmiała się i pomieszała w kotle, wydobywając wielką chochlą niechlujnie oskubane kurze truchło.

— Lucyferowi kolację gotuję!

Doktor zaśmiał się i podążył za staruszką do domu. Pogmerała w torbach, obmacując przyniesione przez niego produkty, po czym zasiadła za stołem w głównej izbie.

— To o co chcesz zapytać? Bo przecież nie przyjechałeś tylko po to, żeby mi przywieźć papaje!

Nie dało się jej oszukać.

Abel spojrzał w stronę ołtarzyka w kącie, gdzie wśród pleśniejących owoców, jakiegoś ochłapu, tuż przy brudnej od odcisków palców szklaneczce rumu leżała głowa lalki. Poczuł ten sam dreszcz, który zmroził mu krew w prosektorium.

— Dzisiaj rano znaleziono Lowella martwego — zagaił bez zbędnych wstępów. — Udusił się głową lalki Barbie. — Spojrzał dyskretnie w stronę ołtarzyka. — Wiesz coś o tym, ciociu?

Nie lubił, gdy przyglądała mu się tak wnikliwie, siedząc nieruchomo jak posąg. Muchy zdawały się ją omijać, choć cała była przesiąknięta smrodem gotowanej na podwórzu padliny. A nawet jeśli rzucała jakieś klątwy? Przecież tak naprawdę nie wierzył w ich działanie.

— Wyciągnięto mu z gardła głowę lalki, taką samą, jaka leży przy ołtarzu.

Mama Vande westchnęła, oklapła. 

— Lowell był u mnie niedawno. Po zaklęcie ochronne. Jak widać, nie zadziałało. Duchy nie są mi już posłuszne.

— Jakie duchy, ciociu? Czego bał się Lowell?

Kobiecina pokiwała głową, poprzewalała rupiecie na stoliku, odnalazła płócienny woreczek, z którego wysypała szczyptę na dłoń mamrocząc coś pod nosem.

— Lowell bał się dawnych grzechów, synu… Ale najwidoczniej jego przewiny były cięższe od mojej ochronnej magii.

Abel zacisnął usta. Wcale nie chciał przeprowadzać tej rozmowy. 

— Jakich dawnych grzechów? — zapytał, licząc na to, że jednak nie uzyska odpowiedzi.

— Śmierć zmazała te grzechy. Zapytaj tych, którzy jeszcze żyją.

I to był koniec audiencji. Ciotka wstała, podreptała na podwórze i za moment usłyszał, jak chlupocze chochlą w kotle i woła psa. Zwierz jak wielki cień przemknął obok doktora.

Zanim Abel doszedł do samochodu, zrobiło się prawie zupełnie ciemno. To miejsce połykało czas: za każdym razem zdawało mu się, że wizyta trwała kwadrans. I za każdym razem, gdy wyjeżdżał z bagien na główną drogę, zmierzchało. Miał wrażenie, że Mama Vande w ten sposób kradnie czas, pobiera opłatę od swoich interesantów. Wysysa z nich energię, na oparach której turla się w stronę nieuniknionego.

Wybrał numer Ferrela, lawirując między samochodami. Z głośnika w podsufitce dobiegło go zniekształcone irlandzkim akcentem „Szarrif Paddy Forrol, halou?”

— Ciotka nie wie za wiele. Lowell był u niej po ochronne zaklęcie, które najwidoczniej nie zadziałało. Więc może jednak sam tej głowy nie połknął, skoro był tak wysrany, że poszedł po ochronę do wiedźmy.

— Kurwa… Tak bardzo nie chciałbym, żeby to było morderstwo… — wycharczał głośnik.

— Twoje chęci nic tu nie znaczą. Jutro rano umówię się z senatorem. Ale o to, czy jemu też ktoś groził, to ty masz zapytać! — Abel udawał obojętność, ale był całą sprawą coraz bardziej zaintrygowany. — Na tym koniec. Ja nawet nie jestem patologiem, a robię robotę za policję!

— Jestem naprawdę zobowią…

— Ta, jasne! — Doktor wszedł mu w słowo i się rozłączył.

Nie był patologiem, choć w czasie studiów rozważał taką ścieżkę kariery. Do czasu, gdy na zajęciach w prosektorium rzucili im na stół zwłoki ślicznej, nastoletniej Mulatki, zmasakrowanej na śmierć, a przed tym wielokrotnie zgwałconej. Po tej akcji profesor stracił miejsce na uczelni, a okręgowemu patomorfologowi wymówiono współpracę. Studenci mogli oglądać zmiany w płucach palaczy i starcze plamy, ale nic bardziej drastycznego.

Mulatka miesiącami pojawiała się w snach Abla: wyciągała do niego dłonie o połamanych palcach, uśmiechała się opuchniętymi wargami, oczu prawie nie było widać w poczerniałej od sińców twarzy. Pocięte brzytwą uda pokrywała zaschnięta posoka.

* * *

Twarz senatora naprzemiennie purpurowiała i robiła się trupio blada. Odłożył telefon na stolik drżącą dłonią. Przechadzał się po mięsistym dywanie ze szklaneczką bourbona, wciąż wzburzony propozycją spotkania z lekarzem. W eleganckich słowach kazał mu spierdalać. Cholerny czarnuch! Jak on śmiał w ogóle do niego dzwonić i sugerować jakieś dodatkowe badania? Nic mu już nie dolegało, a każde wspomnienie niefortunnej historii z lalką sprawiało, że senatorowi robiło się jednocześnie zimno i gorąco: pot perlił się na jego nalanej gębie, po plecach przebiegały lodowate dreszcze, dłonie zaczynały drżeć i wilgotnieć. Chlapnięcie podwójnego bourbona pomagało tylko na chwilę.

Tak samo, jak teraz. Mężczyzna usiadł na pokrytej wzorzystym adamaszkiem sofie, wychylił duszkiem drinka i trzęsącymi się rękami dopełnił szklankę. Na próżno usiłował przegnać niechciane wspomnienie, które przenosiło go z ociekającego złotem kolonialnego domu do jakiegoś mrocznego miejsca zawieszonego w nieokreślonym czasie i przestrzeni.

Idzie mrocznym korytarzem.

Jego obcasy miarowo stukają o wyślizgane tysiącem stóp linoleum, które zupełnie straciło kolor od codziennego przecierania wybielaczem. Ma wrażenie, że gdzieś w oddali klekocze wózek woźnego.

I wtedy do jego uszu dobiega śpiew:

„I’m a Barbie girl

in the Barbie world

life in plastic, it’s fantastic…”

Głos jest piskliwy, płaczliwy, śpiew przerywany pochlipywaniem, ale to tylko wzmaga jego podniecenie. Idzie za tym głosem jak za nawoływaniem syreny, zaczyna szurać nogami, czuje, że do ust napływa mu ślina, a w rozporku coś zaczyna żyć własnym życiem. Wkłada rękę za pasek, z trudem wciskając ją pod brzuszysko, gmera niezdarnie, jakby nie do końca wiedział, czego tam właściwie szuka.

Śpiew jest coraz głośniejszy, już nie płaczliwy, a namiętny, głos podbity echem, jak z tunelu:

…you can brush my hair

undress me everywhere…

Ooo, tak! Zaraz dobierze się do tej laleczki! 

Drzwi do jednej z klas są uchylone. Zagląda do środka i widzi ją; naprawdę wygląda jak gigantyczna lalka: długie, gładkie nogi, kusa spódniczka, nieproporcjonalnie wielkie piersi i wąziutka talia. Gęste, złote włosy zebrane w kucyk na czubku głowy. Błękitny, rozmazany cień na powiekach, czarne smugi spłukanego łzami tuszu, do policzków poprzyklejane zmyte z powiek sztuczne rzęsy. Ale uśmiecha się, wyciągając ręce o szczuplutkich nadgarstkach w jego stronę.

Podchodzi do niej, widzi swoje dłonie o paluchach jak serdelki sięgające w stronę uśmiechniętej niewinnie twarzyczki. Dotyka jej, rozmazuje czarną smugę po policzku, prowadzi dłoń niżej, aż na napompowaną nienaturalnie pierś.

Ma już potężną erekcję, która uwiera go w brzuszną fałdę. Nie pamięta, kiedy ostatnio tak się podniecił, w końcu ostatnimi czasy miał problemy ze wzwodem. Ale zaraz, pamięta, przecież pamięta! Wspomina młódkę klęczącą między jego potężnymi udami, słyszy, jak się krztusi, jak płacze. Przytrzymuje jej głowę, każe połknąć. Gdy dziewczyna, słaniając się, wychodzi z gabinetu, jeszcze raz rzuca jej jak zapłatę obietnicę, której oczywiście nigdy nie zamierzał dotrzymać.

To wspomnienie nie jest jednak teraz istotne. Teraz liczy się to, by ta cudna nimfetka również padła na kolana i ulżyła mu. Ten pokój, jakaś klasa o pokrytych liszajami ścianach, zawalona połamanymi krzesłami i ławkami, jest obskurna; czuje smród pleśni i jakiś słodkawy odór, ale o dziwo tylko jeszcze bardziej go to podnieca. Pomrukując i posapując, chwyta uczennicę za włosy, wplata paluchy w gęsty, koński ogon i popycha ją w dół. Niech klęka, kurwiszonek, i robi co do niej należy! Wolną ręką unosi brzuszysko, opiera się o ławkę, odchylając, by w ogóle była w stanie odnaleźć to, co ma wziąć do ust. 

Wielkie, okrągłe oczy wypełniają się łzami i nagle coś się zmienia, na smutnej, niewinnej twarzyczce pojawia się obrzydliwy, deformujący grymas, dziewczyna obnaża zęby, które okazują się zaostrzonymi, pokrytymi spienioną śliną zwierzęcymi kłami i z całej siły wgryza się w to, co miała wziąć do ust.

To właśnie w tym momencie wizji senator ocknął się z wetkniętą w tyłek lalką. W pierwszym odruchu szarpnął, z trudem dosięgając do niej pod swoim zwalistym cielskiem. Ból był nie do zniesienia. 

Leżał na łóżku córki, na patchworkowej kołderce, w pokoiku, który porzuciła kilka miesięcy wcześniej, wyjeżdżając do college’u. Cierpiąca na syndrom pustego gniazda małżonka nie pozwalała nikomu innemu tam wchodzić, zamykała się w pokoju i godzinami rozmawiała z córką przez telefon, lecz ta ostatnimi czasy przestała odbierać telefony od matki. Zostało tylko to przykurzone sanktuarium, pełne falbanek, plakatów z młodocianymi celebrytkami i zdjęć z czasów niewinności. 

I lalek.

Po kiego chuja on w ogóle wchodził do tego pokoju? Dlaczego? 

Zdawało mu się, że słyszy jakieś szepty, nawoływania, jakiś płacz. A może jęki? Może śpiew? Uchylił drzwi i jego wzrok padł na siedzącą na półce lalkę Barbie. Wziął ją do ręki i wówczas pojawiła się ta cholerna wizja. A przecież tamtego dnia był po zaledwie trzech bourbonach! Podwójnych…

I teraz ten pieprzony doktor czarnuch chciał go wypytywać o tamto niefortunne zdarzenie! Jakie badania, do cholery? Okrężnica się zagoiła, szwy rozpuściły, mógł się normalnie wysrać. Nic mu nie dolegało. Nie zamierzał z niczego więcej się spowiadać, a już na pewno nie z tej cholernej wizji! Ludzie z jego pozycją nie miewali zaburzeń natury psychicznej!

Senator dolał sobie bourbona i wychylił zawartość szklanki duszkiem. Czuł, jak powoli schodzi z niego napięcie. Wiatrak nad jego głową kręcił się leniwie, przez otwarte balkonowe okno wpadało balsamiczne powietrze przesycone pieśnią cykad. Poczuł, że robi się senny…

* * *

Abel przeglądał archiwum na stronie internetowej lokalnej społeczności. 

Faktycznie, córki wszystkich poszkodowanych brały udział w wyborach Miss Nastolatek. Patrzył na ich uśmiechnięte twarze, pokryte makijażem dodającym dziesięć lat, na piękne, młode ciała, obnażone niemal do granicy przyzwoitości. Zdjęcia w sukniach, zdjęcia w kostiumach kąpielowych, zdjęcia z pokazu talentów, na których dziewczątka wyginały się z przyrządami gimnastycznymi czy machały pomponami albo laskami. Zdjęcia epatowały tanią wulgarnością, choć te spektakle odbywały się z błogosławieństwem pastora i notabli.

Na kilku zdjęciach widniała dziewczyna, której uroda dość znacząco odbiegała od pozostałych: niższa, krągława, o ciemniejszej cerze, choć wciąż mogąca uchodzić za białą. W jej uśmiechu było coś desperackiego. No i zawsze stała gdzieś z boku albo z tyłu, nie zgarnęła ani jednej szarfy.

Abel wybrał numer Ferrela, a gdy po kilku sygnałach usłyszał nosowe „Halou?”, zapytał bez wstępów:

— Paddy, jestem właśnie na stronie konkursów, odpal no komputer.

Głos w słuchawce pochrząkał, policjant zaklął kilkakrotnie, bąknął coś o wolnym łączu, zawieszaniu się strony. W końcu odezwał się:

— No jestem. Co tam przeglądasz?

— Archiwum. Wejdź do galerii zdjęć i powiedz mi, kim jest ta śniada dziewczyna, taka z dziwnym, wymuszonym uśmiechem. Na zdjęciu finałowym z zeszłego roku stoi z tyłu po prawej.

Znowu chwila komputerowej krzątaniny, gadanie do siebie, klikanie w klawiaturę.

— To córka Lowella.

— Kurwa! — Abel żachnął się. — Przesłuchałeś ją? — zapytał o coś, co wydało mu się oczywiste.

— No… — Paddy zawiesił głos. — Nie.

— Dlaczego nie, do cholery? Przecież to córka ofiary!

— Czy ofiary, to nie wiemy…

— Paddy, nie pieprz bzdur! A z córkami senatora i Comptona rozmawiałeś?

— Tak. Senatorówna jest na studiach w Los Angeles, a córka Comptona wyjechała liczyć karibu na Alasce.

— Co robić? — Abel czuł, jak brwi podjeżdżają mu na czoło. — Na Alaskę?

— Taaa. Obie nie chciały ze mną gadać, a ja za bardzo nie mogłem im powiedzieć o co chodzi. Nie utrzymują kontaktów z rodziną. Spierdoliły jak najdalej się dało. I mnie również kazały spierdalać. W grzecznych słowach, oczywiście. Ale jest jeszcze inna prawidłowość.

— Jaka?

— Wszyscy poszkodowani tatuśkowie w jakiś sposób przyczyniali się do organizacji tych konkursów. Byli sponsorami, jakimiś tam honorowymi członkami komisji. Oczywiście, nie mogli bezpośrednio brać udziału w przyznawaniu nagród, ale zakulisowo działali.

Abel zaklął pod nosem.

— Lowell też był takim honorowym członkiem?

Paddy milczał przez chwilę.

— Nie. Ale jego córka przez kilka lat starała się dostać na wyższe szczeble tych konkursów i z oczywistych względów jej się nie udawało. No i nigdy nie dostała żadnej nagrody. Czekaj chwilę… — Odgłos klikania. — Zobacz, ona jest na zdjęciach tylko sprzed dwóch i trzech lat. W zeszłym sezonie już nie brała udziału. Do tegorocznego też się nie zgłosiła, z tego co wiem. Nabór rusza niedługo, ale rozważają zawieszenie wyborów Miss Okręgu.

W głowie doktora zaczął się klarować jakiś mglisty obraz.

— Musisz ją przesłuchać, może powie, jak wyglądała ta rekrutacja, skoro pozostałe dziewczyny są nieosiągalne. Może wyjawi, co łączyło tych wszystkich facetów… — Abel zaczynał się domyślać, co ich łączyło i jak mogła wyglądać taka rekrutacja, ale nie chciał tego powiedzieć głośno. Rzucanie oskarżeń na prominentów nie było bezpieczne.

— No właśnie chodzi o to, że ona jest najbardziej nieosiągalna.

— Jak to nieosiągalna…?

— Nie mogę jej zlokalizować. Przepadła jak kamień w wodę.

Abel podrapał się po kędzierzawej czuprynie. Z jej ojca raczej już nie wycisną żadnych informacji.

— A jej matka? — zapytał niepewnie. — Nic nie wie?

— Gadałem z nią wczoraj. Zgłosiła oficjalne zaginięcie córki. Wczoraj! A nie widziała jej od ponad miesiąca!

Abel potarł twarz dłonią.

— Wiesz co, Paddy, jakoś mi to wszystko relacjonujesz od dupy strony! Zaginęła uczestniczka konkursów piękności. Tymczasem faceci, którzy najprawdopodobniej obracali uczestniczki, dostali wpierdol za pomocą lalek Barbie. Nie widzisz tu oczywistej zależności?

Paddy chrząknął.

— Że niby co… Że córka Lowella im to zrobiła? A potem zaciukała własnego ojca, który nawet nie był w komisji? Przecież to bez sensu!

Abel odetchnął głęboko. Paddy był tak nieogarnięty, że aż dziw brał, iż wciąż utrzymywał pozycję śledczego. Najwidoczniej to, że był białym katolikiem wystarczało, nie musiał być ani rzutki, ani skuteczny.

— Lowell był ambitny. Chciał wejść do elity. Zarabiał krocie w klubie, lecz mimo to chlał, bo wciąż odbijał się od ściany przez swoje pochodzenie. Jak myślisz, ile był w stanie zrobić, by chociaż wepchnąć swoją córkę do prestiżowego konkursu?

— Dobra, nie dorabiaj teorii, dopóki nie znajdziemy dziewczyny. Kończymy sprawdzać wszystkie tropy, jakie podała nam matka. W południe nadamy jej status zaginionej i rozpoczniemy oficjalne poszukiwania.

— Zadzwoń do mnie, jeśli coś znajdziecie. Oczywiście nieoficjalnie.

— Oczywiście!

Patrick się rozłączył.

Abel przez dłuższą chwilę siedział przed monitorem, wpatrując się w powiększenie zdjęcia. Lowellówna stała z tyłu, oczy miała wielkie, przestraszone i wypełnione łzami, usta, naturalnie duże i zmysłowe, pokryte rozmazaną szminką.

Doktor nie mógł zasnąć, bo jej twarz uporczywie pojawiała się w jego myślach, naprzemiennie z twarzą tamtej zamordowanej Mulatki sprzed lat.

* * *

Dzwonek telefonu wyrwał go z niespokojnego, koszmarnego snu, w którym znowu pojawiała się tamta dziewczyna i Lowellówna. Obie wyglądały na pobite, sponiewierane, ale uśmiechały się, przywołując go.

— Halo? — odebrał, ścierając resztki snu z zamkniętych jeszcze powiek.

— Lowell z córką cztery tygodnie temu przekroczyli granicę z Meksykiem. Kilka dni później wrócili.

Abel przeciągnął się, słowa jeszcze nie penetrowały.

— I co z tego wynika? Że pojechali na Halloween do Meksyku?

Cisza.

— Halo? Paddy?

— Pogranicznik mówi, że dziewczyna bardzo źle wyglądała. Wiesz, przy powrocie zatrzymują auta, no chyba, że za kierownicą siedzi białas w gajerze. Sprawdzają z psami, czy nie ma dragów i takie tam.

— No i? Co to znaczy, że źle wyglądała?

— No, kurwa źle, tak źle, że zasugerowali szpital. Dziewczyna z gorączką, na twarzy jakiś opatrunek, zakutana w szmaty nieadekwatne do pogody.

— I puścili ich ot tak?

— A co mieli, kurwa, robić? Za nimi sznur aut, psy niczego nie wywęszyły, pouczyli i puścili! I co mam niby teraz zrobić? Lowell nie żyje, dziewczyna zniknęła!

— Żonę przesłuchaj jeszcze raz! — Abel już siedział na łóżku. — Ja pierdolę, Paddy, czy ja mam cię uczyć twojej roboty? I ludzi na bagna wyślij, niech szukają trupa!

— Kurwa… — mruknął policjant i się rozłączył.

Były tylko dwie opcje: Lowell zabił córkę, zeżarły go wyrzuty sumienia i popełnił samobójstwo. Albo żona się o tym dowiedziała, lub jeszcze gorzej, maczała w tym palce. Tak czy inaczej, Lowellówna najprawdopodobniej już od dawna nie żyła, pozostawało tylko znaleźć jej ciało.

* * *

Sedra, do niedawna Lowell, która po rozwodzie wróciła do panieńskiego nazwiska Feyers, chlipała w chusteczkę podaną jej przez policjanta – kolegę ze szkolnej ławki. To znaczy, nie z ławki, bo ryżawy Paddy był popychadłem i kolegował się tylko z Ablem. Skrycie jednak kochał się w pięknej, czystej rasowo koleżance. Wyrosła na Miss Okręgu, a potem Miss Stanu. Niestety, mezalians z nieco zbyt czarniawym jazzmanem sprawił, że ich córka, Indra, była tylko o ton jaśniejsza od kwarteronek.

— Czy pan naprawdę myśli, szeryfie, że Lowell zabił naszą córeczkę…? — Siorbnęła nosem, unosząc na niego jasne oczy o naciągniętych powiekach.

Ferrel pluł sobie w brodę, że wygadał się o tym, iż podejrzewa, że dziewczyna została skrzywdzona przez ojca. Abel miał rację, nie nadawał się do tej roboty. Trzeba było zostać pastorem!

— Dwa dni temu pochowałam byłego męża, a teraz tooo! — Kobieta rozpłakała się na dobre, makijaż spływał jej po twarzy, ale nawet to nie odebrało jej urody.

— Pani Lowe… eee… Feyers, czy mąż, to znaczy były mąż był kiedykolwiek agresywny wobec waszej córki?

Spojrzała na niego z niesmakiem.

— No co też pan sugeruje? Samuel kochał ją jak żaden inny ojciec swoją córkę! Chciał dla niej jak najlepiej!

— Najlepiej, czyli jak? — drążył policjant.

Przez wygładzoną chirurgicznie twarz kobiety przebiegł niewyraźny grymas.

Komórka Patricka leżąca na biurku zawibrowała kilkakrotnie, ale ją zignorował.

— Co Samuel robił z córką w Meksyku?

Broda kobiety zadrżała i ponownie wybuchła płaczem, ukrywając twarz w dłoniach.

Telefon znowu zawibrował, przesuwając się po blacie.

— Co jest, do cholery? — rzucił do aparatu, ale wysłuchawszy kilku słów skamieniał i spojrzał jakby z przestrachem na siedzącą przed nim kobietę. — Znaleźli Indrę na bagnach… — zaczął niepewnie. — …martwą…

Przez moment panowała niezręczna cisza, po czym Sedra Feyers wybuchła płaczem raz jeszcze i tym razem był to występ godny Oscara, z wyrzucaniem w górę rąk i omdlewaniem. 

Policjant polecił objąć ją obserwacją i udał się na miejsce… no właśnie, zbrodni? Samobójstwa? Zabójstwa?

Klął pod nosem i modlił się naprzemiennie, ubolewając nad tym, że jego rewir nie był już sielskim miejscem.

* * *

— A czy to jest sprawa priorytetowa? — spytał Abel, patrząc wymownie na Burgha.

Miał wrażenie, że oczy patologa rozbłysły, gdy otworzył czarny worek. 

Słyszeli, jak Ferrel rzyga do zlewu w sąsiednim pomieszczeniu.

Paddy wtoczył się w pobliże stołu, wciąż zielonkawy na twarzy. 

— Co się z nią stało, do diabła…? — zapytał słabo, osłaniając usta.

— Umarła na skutek ogólnego wstrząsu toksycznego. Była naszprycowana chyba wszystkim, tu macie listę, bo nie chce mi się wymieniać. — Burgh podał świstek papieru Ablowi. — Ale panowie, to, co wyprawiano z jej ciałem przez ostatnie miesiące to jest dopiero lista! Liposukcje, implanty w piersiach, botoks, podciągnięcie powiek, usunięcie dolnych żeber, plastyka pośladków… Mam wymieniać dalej?

Ferrel pokręcił przecząco głową.

— Nikt by nie zniósł tego wszystkiego naraz, a już szczególnie nie wtedy, gdy zabiegi przeprowadzono w jakiejś szemranej, meksykańskiej klinice. Większość substancji, które jej wstrzyknięto, jest toksyczna. Implant w lewej piersi się rozlał, dlatego jest taka spuchnięta… Szeryfie…?

Ferrel wybiegł i jeszcze raz się wyrzygał.

— Co tu się odpierdoliło, Burgh? — spytał McLane, również nieco pobladły, ignorując odgłosy dobiegające z sąsiedniego pomieszczenia.

— Jeśli już mnie pytasz — patolog wzruszył ramionami — to powiem, że ktoś próbował zrobić z niej Barbie w kilka godzin. Strasznie niechlujna robota. Wdały się stany zapalne, próbowali to zwalczać jakimiś nierejestrowanymi u nas, meksykańskimi gównami.

— Jezu, Burgh…

— Jezusa bym w to nie mieszał. Choć dość ciężko było mi to stwierdzić, ale nie ma śladów żadnej fizycznej przemocy oprócz ingerencji chirurgicznych. Całkiem niedawnych, ale odkryłem też sporo starych zrostów i blizn, pod piersiami na przykład. Te rzeźnickie zabiegi musiały trwać kilka miesięcy, może rok. Po prostu wielki finał się nie udał, dziewczyna tego nie zniosła i kopnęła w kalendarz.

— Dzięki, stary… — Abel po raz ostatni spojrzał na zdeformowaną, spuchniętą twarz dziewczyny. W niczym nie przypominała tamtej dziwacznie uśmiechniętej nastolatki ze zdjęć. Wyglądała jak upiorna, wielka, rozpływająca się po stalowym stole lalka Barbie. — Zabieram stąd oficera mięczaka, odezwij się jak skończysz.

— Jasne! — patolog wrócił do obmacywania trupa, a jego gesty były delikatne, niemal pieszczotliwe.

Abel wolał nie zastanawiać się nad tym, co ten zboczony olbrzym z nią zrobi, gdy już zostaną sami.

* * *

Mama Vande podśpiewywała pod nosem, głaszcząc ściskaną w dłoni główkę lalki Barbie.

Abel patrzył na nią z mieszaniną niepokoju i czułości.

— Ciociu… — zaczął niepewnie, głaszcząc Lucyfera, który złożył mu na udzie wyliniały łeb. Śmierdział śmiercią. — Ty wiesz, kto zabił Indrę Lowell, prawda? 

Kobiecina smutno pokiwała głową.

— Powiesz mi? To ważne.

Mama Vande westchnęła i ucałowała główkę lalki.

— Możesz już odejść, dziecino, oni żadnej z was więcej nie skrzywdzą… — szepnęła, wstając z wysiłkiem; odłożyła główkę na ołtarzyk, skropiła ją mlekiem ze stojącej na ołtarzu szklanki, wyszeptała jakieś zaklęcie i wróciła do stołu.

— Zabiły ją próżność jej matki i ambicje ojca. Samuel Lowell nie znał swojego miejsca. A jego żona nie mogła pogodzić się z tym, że utraciła własne. Oboje próbowali użyć córki do tego, by dostać się tam, gdzie nie powinni się znajdować.

Kobieta zamilkła, wyjrzała przez okno.

— Idź już, ściemnia się… — szepnęła suchym głosem. — Jestem ostatnia — dodała, a Abel początkowo nie bardzo wiedział, o czym mówi. — Gdy umrę, zamilkną duchy. Chociaż tego jednego doprowadziłam do bramy i oddałam pod opiekę Papy Legby.

Bredziła? Patrzył na nią i wiedział, że trzymała się przy życiu już tylko siłą woli. Może czekała, aż umrą wszystkie te ledwie żywe zwierzęta, którymi po jej śmierci nie miałby się kto zająć?

Zanim doszedł do auta, zrobiło się prawie zupełnie ciemno. Ile czasu tym razem ukradła mu Mama Vande…?

* * *

— Sedra nie przyznała się do zabicia męża. — Paddy pogryzał wykałaczkę. — Oskarżymy ją tylko o spowodowanie uszkodzenia ciała i doprowadzenie do śmierci. — rzucił do telefonu. — Ze współudziału w procederze wielomiesięcznego narażania zdrowia córki się nie wywinie. Miała nieposzlakowaną opinię, adwokat pewnie będzie szedł w jakąś niepoczytalność. Posiedzi pół roku w luksusowym, zamkniętym ośrodku dla czubków i wyjdzie.

Abel westchnął. Dzianym białasom wszystko uchodziło na sucho, nawet nieintencjonalne zabicie własnego dziecka. 

— Myślisz, że mówi prawdę?

Usłyszał, jak Patrick coś mruczy po drugiej stronie.

— Najważniejsze jest to, co mówią dowody. A one mówią, że Indra Lowell umarła na skutek pooperacyjnych urazów i zakażeń, zaś jej ojciec, podjudzany przez żonę, porzucił ciało na bagnach, po czym nie zniósł wyrzutów sumienia i popełnił samobójstwo. To on zabrał ją na te ostatnie feralne operacje, chciał się wkupić we względy byłej już żony. Gdyby Indra zdobyła w końcu koronę, być może ta frustratka przyjęłaby męża z powrotem.

— To jest pojebane… — szepnął Abel do telefonu.

— Jak wszyscy zadufani w sobie, próżni białasi.

— Ty też jesteś biały, Paddy! — zauważył lekarz.

— Stary, w Luizjanie Irlandczyk jest bardziej czarny od Mulata!

Abel prawie się zaśmiał, przerywając połączenie. 

Długo nie mógł zasnąć.

Wróciły obie, ale nie wyglądały już upiornie. Każda była piękna swoim naturalnym pięknem: anonimowa Mulatka uśmiechała się nieznacznie, a Indra Lowell patrzyła na niego pustym wzrokiem, zmęczona życiem i zmęczona śmiercią.

* * *

Sedra po raz kolejny obudziła się z krzykiem.

Dyżurujący lekarz westchnął zrezygnowany, podając jej maleńki plastikowy kubeczek. Kobieta była przerażona, trzęsła się ze strachu i powtarzała te same bzdury, co noc, nieodmiennie od czasu, gdy tu trafiła. Bełkotała o córce, która wraca, by się mścić, która nawiedzą ją w snach, pokiereszowana, spuchnięta, zalana krwią.

To miała być bezproblemowa pacjentka, a tymczasem okazała się prawdziwą wariatką. Dostała pierdolca z powodu wyrzutów sumienia. Widział takich wiele, ale nie w tej klinice. Tutaj trafiali tylko bogacze skazani za prowadzenie pod wpływem kokainy, a nie takie przypadki. 

Uśmiechnął się nieszczerze, odbierając od niej pusty kubeczek.

— Proszę spróbować zasnąć, pani Feyers. Zajrzę z samego rana, jak będę kończyć dyżur. 

Usiłowała pochwycić go za rękę, ale wymknął się, nim zdążyła zacisnąć drżące palce wokół jego nadgarstka. Brzydził się ich, tych cholernych, białych burżujów! Nie musieli wiedzieć, że tylko uchodził za jednego z nich, a jego babka była czarna jak heban.

Bełkotała jeszcze, gdy wychodził, ale nie zwracał uwagi na błagania i szloch. Przekręcił klucz w zamku.

— Zajebałaś swoje dziecko, durna suko, gdyby to ode mnie zależało, pozwoliłbym ci tu zgnić!

Splunął przez ramię i odszedł.

Słyszał jeszcze, jak zawodzi jękliwym głosem:

I’m a Barbie giiiirl

In a Barbie woooorld…

Life in plaaasiiic is fantaaa…

Anna Musiałowicz

Niegrzeczna

Głowa potoczyła się po podłodze.

— Nieee! — Dalila krzyczała, aż zachrypła. Mężczyzna chwycił ją za ramię i siłą wypchnął z pomieszczenia. Uderzyła się o framugę, odbiła od ściany. Złapała go za koszulę, szarpała się. Nie mogła tak po prostu odejść. Przez zasłonę łez widziała korpus w poszarpanej sukience z koronki. Nogi rozrzucone szeroko. Wygięte ręce. Coś kazało jej walczyć, by znaleźć się w pokoju, by ostatni raz utulić tę, którą kochała. To, co z niej zostało. Znów znalazła się w kleszczach rąk mężczyzny. Złość wykrzywiła jego twarz. Zdecydowanie wyprowadził ją z pomieszczenia, nie bacząc na próby wyrwania się. Nie uderzył jej. Mimo to na skórze Dalili wykwitł siniak wielkości dłoni.

— Tak się kończy zabawa, gdy dziewczynki są niegrzeczne — skomentował.

* * *

Pamiętasz, jak mnie tobie odebrał i było nic? Tylko strach. Mój zezwłok w dwóch częściach. Włosy wyrwane, twarz poraniona, tułów zesztywniały, tylko ręka dyndała, wyrwana ze stawu. Błękitna sukienka z falbankami rozdarła się na plecach, tam gdzie zszywałaś ją już kilka razy. Nie czułam bólu, bo i jak miałam go czuć?

A teraz jest ciemność. Widzę ją i nawet słyszeć zaczynam. Ciemność brzmi jak szum wiatru za oknem, jak skrobanie korników w drewnianej podłodze, jak skrzypienie belek pod sufitem. Czy głowa pozbawiona ciała może słyszeć?

* * *

— Jak mogłeś?! — Rzuciła się na niego z pięściami. — Jak mogłeś mi to zrobić?!

Odepchnął ją, aż wylądowała na łóżku. Twarz ukryła w dłoniach. Pomiędzy palcami przeciekały łzy. Ramię paliło żywym ogniem.

Mężczyzna milczał, świdrując ją spojrzeniem, które nie wyrażało niczego. Był obojętny na płacz. Zbyt często go słyszał. Lubiła histeryzować, czego nie znosił. Wytrącało go to z równowagi, pobudzało krew w żyłach, która płynęła wartkim strumieniem aż do policzków, nadając im kolor gorącej lawy. Atakowało oczy, pokrywając białka siatką czerwonych nici. Uderzało w mózg, a tam zaczynało się spustoszenie. Był szał i brak kontroli. Więc dopóki mógł, oddychał głęboko, starając się zachować spokój. Wolał milczeć. Wolał stać bez ruchu i obserwować wijącą się w spazmach Dalilę. Nie czuł litości. Nie wiedział, co to żal. Nie zamierzał jej zranić.

— Jak mogłeś?! — Dalila rzucała się na łóżku, tłukła pięściami w poduszkę, płacz zamienił się w ryk zranionego zwierzęcia. — Kochałam ją. Jest najważniejsza! Dlaczego to zrobiłeś?! Gdzie ją zabrałeś? — Pytania pozostawały bez odpowiedzi. Mężczyzna obserwował w milczeniu. W takich chwilach żałował, że Dalila istniała.

Wyszedł, przekręcając klucz w zamku.

* * *

Pamiętasz, jak wziął to, co ze mnie zostało, w swoje silne dłonie i zaniósł tutaj? Byłam bezwolna w jego rękach, cicha i martwa. Słyszałam płacz za ścianą, lecz nie mogłam ukoić twej rozpaczy. Ciężko stąpał po schodach, a ja wiedziałam, że czeka mnie nic.

Nic było ciemnością na strychu, mrokiem, który kołysał mnie do snu.

Położył moją głowę w fałdach sukienki, szorstkie palce zmyły kolor z moich oczu. Nie zamknął mi ich. Pozwolił, bym widziała ciemność.

A ta z każdym dniem, który, rozczłonkowana, spędzałam z dala od ciebie, nabierała kształtów. Nie miała już barwy czerni, lecz wiła się w smugach błękitu i zieleni. Była jak dym z papierosa, jak plama, którą niegdyś sprałaś z falbanki mojej koronkowej sukienki. Była ostrymi liniami, rozmywającymi się i skocznie tańczącymi w rytm odgłosu kroków słyszanych pode mną. Falą wypełniającą pustkę.

Patrzyłam na nią, a ona tworzyła przed moimi niewidzącymi oczami obrazy, których nie dostrzegłby nikt żywy.

Kurz otulał mnie jak koc.

* * *

Nie liczyła dni, a każdy zdawał się wiecznością. Mężczyzna przychodził i odchodził. Dawał jej ubrania, jedzenie. Uczył ją, jak żyć. Patrzyła w jego oczy, wiedząc, że i one wpatrują się w nią. Kochał ją na swój sposób, miłością może i zbyt szorstką, zbyt wymagającą, lecz nie miała wątpliwości, że darzy ją głębokim uczuciem. Troszczył się. Spełniał zachcianki. Dawał prezenty. Nie dotykał, gdy tego nie chciała. Lecz gdy się bała, tylko w jego ramionach mogła poczuć się bezpiecznie.

Mimo to nienawidziła go. Odebrał jej ukochaną. Zabrał, wyrzucił jak śmieć. Pozwolił, by jej ciało sczezło w samotności. Nie mogła mu tego wybaczyć.

Nienawiść nabierała mocy.

* * *

Pamiętasz, jak krzyczałaś, by mnie tobie nie odbierał, a ja, bezgłowa, bez czucia, bez własnej woli mogłam tylko pozwolić mu się wziąć? Jego dłoń zgniatała mi brzuch, lecz ból nie był tym, czego mogłam doświadczać. Tęsknota za tobą, mimo że chwilę wcześniej to ty mnie tuliłaś, rozrywała me serce. Wiedziałam bowiem, że twa zapłakana twarz to ostatni obraz przed moimi oczami, nim ujrzę ciemność.

I gdy mnie tu zostawił, a twój krzyk odbijał się echem od ścian, wpadłam w otchłań rozpaczy.

Karmi mnie ciemność, jest wszystkim, co mam. Ma zbutwiały smak.

* * *

Dalila rosła w siłę. Ramiona i biodra zwiększyły swą objętość, piersi najpierw stwardniały, potem rozkwitły, ich widok peszył mężczyznę. Nogi wydłużyły się, dłonie zaciskały się w coraz mocniejsze pięści. Brzuch spłaszczył, plecy wyprostowały, głowa uniosła, a wzrok coraz częściej spoglądał z góry. Łagodne linie ciała pozwalały ulec złudzeniu, że delikatność jest cechą Dalili. Jednak w niej kryła się złość. Nienawiść do mężczyzny, który pozbawił ją ukochanej.

Tamten dzień był żywy w jej pamięci, jakby zdarzył się wczoraj. Ciekawość okazała się silniejsza niż rozsądek. Odkrywanie tajemnicy kusiło. Nie wie, skąd w jej rękach wziął się nóż, lecz ukochana nie protestowała. Dalila eksperymentowała. Zaschło jej w gardle, lecz wilgotny język błądził po spierzchniętych wargach. Źrenice poszerzyły się z podniecenia. Zbyt niecierpliwa, rozdarła sukienkę ukochanej. Wodziła ostrzem po gładkim, różowym ciele. Palce wplotła w jej płowe włosy. To było ekscytujące i straszne zarazem. Jak daleko się posunie? Przytknęła nóż do jej szyi.

Ukochana wpatrywała się w nią swymi ogromnymi oczami. Delikatny uśmiech nie schodził z ust. Pozwalała robić ze sobą wszystko.

* * *

Pamiętasz, jak łkałaś dzień i noc, gdy zabrał mnie tobie? Woda w rurach niosła twój szloch przez dom, a ja leżałam bezczynnie, jak i leżę dziś. Z każdym dniem twój płacz stawał się cichszy, aż wreszcie zamilkłaś.

Ciemność koiła tęsknotę, tuliła mnie, jak ty niegdyś. Stawała się bliższa, a i ja bałam się mniej, jak wtedy, gdy twój dotyk odpędzał strach.

Jest inna niż ty, bardziej lepka, zachłanna. Należę do niej, sprawia, że staję się jej częścią. Ciemność zawłaszczyła mnie, jest zazdrosna i nie chce mnie oddać. Pokrywa mnie, by nikt mnie nie dostrzegł. Jest wszystkim, co teraz mam.

* * *

Stół nie był długi, jednak Dalilę i mężczyznę dzieliła odległość nie do pokonania. Dziewczyna z obrzydzeniem spoglądała na siorbiące zupę usta. Wygięte, jakby wciąż niezadowolone, gdy je otwierał, stawały się plugawą studnią bez dna. Każde słowo, które z nich padło, było robakiem. Dalili zbierało się na wymioty.

Gdy sięgnął po drugie danie, w jego dłoniach znalazł się nóż. Błysnął stalą wprost w oczy Dalili. Chce mnie oślepić — pomyślała. — Chce mnie oślepić, zaślepić, zaczarować, zamglić mi wzrok.

Z każdym dniem nienawidziła mężczyzny coraz bardziej.

— Gdzie ona jest? — zapytała na głos.

— Kto? — Nie zrozumiał.

* * *

Pamiętam, jak patrzyłaś na mnie, gdy oddawałam ci się całą sobą. Pamiętam twój dotyk, twój zapach i tę radość w oczach, gdy mogłaś ze mną robić wszystko, czego zapragnęłaś. Kochałam cię uszczęśliwiać, a twój uśmiech był wszystkim, czego potrzebowałam, by żyć.

Dziś ciemność pragnie mnie dla siebie, a ja oddaję się jej. Nie ma we mnie radości, kolory zblakły, a głowa na błękitnej, zbutwiałej sukience, toczy myśli, których nie wypowiedzą spękane usta, od lat pozbawione czerwieni.

Gdy ciemność pochyla się nade mną, oddycham nią. Ma zapach zgnilizny.

* * *

Tak się kończy zabawa, gdy dziewczynki są niegrzeczne – te słowa powracały do niej każdego dnia. Ukarał ją wtedy za ciekawość, za entuzjazm, za szczęście, które dawała jej ukochana. Czy był zazdrosny? Nigdy nie była niegrzeczną dziewczynką. Starała się, jak mogła. Chciała spełniać jego oczekiwania, lecz nie podołała. Pozbawiona wyrazu twarz, ironiczny uśmiech, pogarda – to wszystko co potrafiła w nim dostrzec. Źle okazywana troska skrzywdziła ją. To nie ona była niegrzeczna, to on był winien.

Podeszła do mężczyzny. Zaskoczyła go. Uśmiechnął się, wydawało jej się, że zobaczyła nadzieję w jego oczach.

— Gdzie ona jest? — powtórzyła.

Czule dotknęła jego dłoni, wyciągnęła z niej nóż. Rosła w siłę, tak jak nienawiść do niego zwiększała się z każdym dniem.

— Kogo szukasz? — zapytał, niemal rozpływając się pod jej dotykiem. Poczuł falę miłości. A później zalała go krew.

Grzechów przeszłości się nie zapomina. Niektórych nie da się wybaczyć.

* * *

Z odmętów pamięci wyłowiła wspomnienie odgłosu kroków mężczyzny. Spokojne, miarowe. I oddech, krótki, urywany, w którym czaiła się złość. Wiedziała dokąd poszedł, dzierżąc głowę jej ukochanej w jednej ręce, korpus trzymał pod pachą. Podążyła jego śladem, po latach stawiając kroki, tam gdzie on je stawiał, a rozmiar jej stóp niemal pokrywał się z rozmiarem widmowych śladów. Otworzyła klapę. Musiała podskoczyć, by dosięgnąć drabinki.

Weszła na strych. Ciemność próbowała ją zagarnąć, lecz Dalila była przygotowana. Światło latarki rozproszyło mrok. Mężczyzna cierpliwie czekał na dole. Przygotowała mu posłanie. Zeszła do kuchni, gdzie leżał. Z mozołem wciągnęła jego ciało na poddasze, potem wróciła po głowę. Pozwoliła, by ciemność go pochłonęła.

Wtedy dojrzała ją.

— Moja piękna, moja najdroższa — szepnęła, ścierając kurz z jej martwych warg. Włosy rozsypały się w pył w dłoniach Dalili.

Ciemność oddała jej ukochaną i pozwoliła odejść.

* * *

Pamiętasz, córeczko, jak zaciągnęłaś mnie tutaj? I było nic, tylko strach.

Dziś widzę ciemność, kroczę wśród niej, wzrokiem przenikam ściany.

Patrzę, jak w rękach trzymasz zepsutą lalkę z dzieciństwa i bawisz się nią.

Bawisz się tak, jak robią to niegrzeczne dziewczynki.

Agnieszka Kwiatkowska

Chodź ze mną

Come little children, I’ll take thee away,

into a land of Enchantment.

Come little children, the time’s come to play, 

here in my garden of Shadows

„Come Little Children”, autor nieznany

1.

Siedziała od ponad pół godziny w pokoju nauczycielskim, ze swetrem narzuconym na ramiona, wyglądając przez okno i marząc tylko o tym, aby wreszcie przyszła wiosna. Wiedziała, że dopóki nie zmieni się pogoda, będzie ciągle marzła, traciła apetyt, a jej skóra nie odzyska blasku. Pierwsze dni kwietnia powitały Górną Adygę ciepłymi promieniami słońca, któremu towarzyszył wiatr, zimny i przenikliwy. Claudia dobrze znała pogodę na przełęczy – na tym płaskim terenie zawsze wiało, przez co często budziła się w nocy i słyszała w uszach poświst. Coraz częściej zatapiała się w marzeniach o podróży w ciepłe kraje. Wystawiła nawet walizkę, niespakowaną, po to, aby mieć poczucie, że czeka ją egzotyczna podróż.

W maju pojadę na Barbados, myślała, patrząc na ogródek, biegnącą niżej drogę, a potem uniosła wzrok wyżej, na górskie szczyty, niknące w skłębionych chmurach. Z korytarza dobiegły nieco podniesione głosy. Claudia niechętnie wyrwała się z zadumy i wróciła do rzeczywistości. Głosy przybliżały się i wiedziała już, że jej przerwa, święta chwila spokoju dobiegła końca. Jak zwykle jedna z niezliczonych sprzeczek pomiędzy dwiema przedszkolankami, Marcellą i Beatą. Te dwie działały na siebie jak płachta na byka i tak, jak oddzielnie każda z nich była świetną opiekunką i fajną osobą, tak razem prowokowały wieczne kłótnie.

— Co znowu? — spytała, starając się nie okazywać irytacji, gdy pracownice weszły do środka. — Jeśli to znowu sprzeczka o to, co jedna drugiej powiedziała, to zaczynam mieć ser…

— Nie o to chodzi — przerwała Marcella. — Nie możemy znaleźć Pietra.

Claudia osłupiała.

— Jak to nie możecie go znaleźć? — Podniosła dłonie, palcami rozmasowała głowę w miejscu, w którym poczuła pierwsze ukłucia bólu pod czaszką. — Przecież miał teraz leżakować?

— Leżakował! — podniosła głos Marcella. — Spał spokojnie i na pewno nigdzie nie wyszedł! Przecież byśmy widziały, gdyby wychodził! A teraz go nie ma, no mówię, przeszukałyśmy cały pokój…

— Spokojnie. — Claudia powstrzymała potok słów ruchem ręki. — Może poszedł do łazienki?

— Nigdzie go nie ma — zaprzeczyła drżącym głosem Beata. — Żadna z nas nie widziała, aby wychodził. Leżał, spał spokojnie ze swoją pluszową owieczką. Cały czas byłyśmy w pokoju. Potem nagle zorientowałyśmy się, że zniknął.

— Nie gadaj głupstw — powiedziała ostro Claudia i zapięła sweter. — Musiał się jakoś wymknąć. Trzeba go poszukać.

Mały Pietro był jej ulubieńcem, choć jako właścicielka przedszkola nie mogła się do tego przyznać. Ale jako jedyne z dzieci lubił wdrapywać się jej na kolana i nieco sepleniąc, opowiadać niesamowite przygody, w jakich brał udział wraz ze swoim pluszakiem. Był też na tyle lękliwy, że nie wyszedłby nigdzie w poszukiwaniu wrażeń. Zimny dreszcz przebiegł Claudii po karku, gdy otwierała drzwi sypialni dzieci. Błyskawicznie omiotła wzrokiem całe pomieszczenie. Maluchy smacznie spały, po lewej stronie, tuż obok okna, stało puste łóżeczko. Odrzucona na bok kołdra, pod nią na wpół zakopany pluszowy tygrys.

— Znalazłyście go?

Najmłodsza z opiekunek, Giuseppina, podniosła się z krzesła i spojrzała na Claudię wzrokiem pełnym przerażenia. Claudia poczuła znajomą falę niechęci. Ten przepraszający wzrok, cichy głos i zupełny brak pewności siebie Giuseppiny od zawsze działały jej na nerwy.

— Nie — odparła szorstko. — Po prostu gdzieś się schował i musimy go poszukać.

Giuseppina wzięła głęboki oddech.

— Ja… Nie wiem, jak to się stało, ale nie mogę znaleźć Lucii.

— Cosa?!

Za plecami Claudii ktoś głośno jęknął. Dopiero teraz dyrektorka uświadomiła sobie, czego jej zabrakło w pierwszych, pobieżnych oględzinach sypialni. Na siedem łóżeczek, bo tyle obecnie dzieci było w placówce, puste były dwa. Powoli przeniosła wzrok na Giuseppinę.

— Wyszłaś z sypialni i zostawiłaś dzieci same? Nie, przestań kłamać. Poszłaś szukać Pietrego, mimo że zostałaś z dziećmi i nie miałaś prawa opuścić tego pokoju? — Giuseppina tylko potrząsała głową, co jeszcze bardziej ją rozwścieczyło. Co za idiotka. — Nie pieprz bzdur, dziecko nie mogło wyjść niezauważalnie!

— Ale w tym rzecz — wtrąciła się Marcella. — Myśmy tu były we trzy. Pietro spał jak inne dzieci. A potem nagle Beata zorientowała się, że jego łóżeczko jest puste. On nie mógł wyjść, oknem czy drzwiami.

— I ta zabawka… — odezwała się Beata cicho.

— Co z nią?

— To nie jest jego pluszak. On nie miał tygryska. Miał tylko fokę. Żadne z dzieci nie miało tygryska. Ja nie wiem, czyja to jest zabawka. Jej tu wcześniej nie było.

2.

— Bzdura! — powiedziała Claudia, czując na sobie wystraszony wzrok trzech par oczu. — Na pewno któreś miało tygrysa. Przestańcie panikować i opowiadać głupoty. Musimy poszukać naszych uciekinierów.

Wzdrygnęła się. Przez moment wydawało jej się, że przez pokój przeleciał chłodny powiew. Roztarła dłonie, pokręciła głową, czując lekki ucisk pod czaszką. Teraz jednak nie mogła sobie pozwolić na słabość.

Popłakująca Giuseppina została wysłana do sprawdzenia ogrodu. Beata zeszła do piwnicy. Gdy Claudia zamykała za sobą drzwi sypialni, dostrzegła skamieniałą twarz pozostawionej z dziećmi Marcelli. Miała ochotę krzyknąć, że nic złego się nie stało i że nie ma powodów do paniki, ale wtedy ujawniłaby, jak bardzo sama się boi. Tego, że dzieciom coś mogło się stać. Że zamkną przedszkole. Że pójdzie do więzienia. Że… Przycisnęła palce do skroni. Było coś jeszcze, co natychmiast umknęło, pozostawiając po sobie ściśnięty ze strachu żołądek, wysuszone usta i zimno, pełznące po karku i wzdłuż kręgosłupa.

— Dosyć — szepnęła i omal nie podskoczyła, bo jej szept zabrzmiał w pustym korytarzu dziwnie głośno, niczym wystrzał. Zagryzła wargi i zdecydowanym krokiem ruszyła do kuchni.

Było to jej ulubione miejsce w całym przedszkolu. Zapach jedzenia, ziół i przypraw połączony z odgłosami gotowania i szczękaniem garnkami budził w niej zawsze przyjemne skojarzenia. Lubiła przychodzić tu wieczorami, gdy przedszkole było już puste. Siadała w rogu i wyglądała przez okno, układała plany na kolejne dni, czasami rozmawiała na Skypie z kimś ze znajomych. Samotność, której tak wiele osób nie byłoby w stanie długo znieść, jej jawiła się jako spokój i poczucie, że jest wreszcie w tym miejscu, które sobie przez lata wypracowała. Tyle że teraz nagle ten spokój prysnął, a bezpieczna przystań nie była już taka bezpieczna.

— Roso — powiedziała pospiesznie — widziałaś może Pietra i Lucię?

Kucharka uniosła brwi, więc Claudia dodała pospiesznie, nie chcąc wywoływać paniki:

— To nic wielkiego, ale zdaje się, że przerwali leżakowanie i poszli sobie na spacer.

— Non li ho visti — odparła przecząco Rosa, ponownie skupiając się na garnku z zupą. — Mali wędrowcy, co? Chyba nie wyszli sobie na ulicę?

— Furtka jest zawsze zamykana — odparła Claudia, ale serce podskoczyło jej do gardła na myśl o dwojgu maluchów wędrujących szosą. Lucia była ciekawska, a jeśli ktoś nie domknął furtki… Wybiegła z kuchni i wypadła do ogródka. Gdy upewniła się, że furtka jest zaryglowana, poczuła, że zaczynają się pod nią uginać nogi. Oparła się o furtkę, wpatrując się bezmyślnie w trawnik, na którym kilka metrów od niej leżało coś niebieskiego.

Gdzie do licha była Giuseppina? Powinna była już dziesięć razy sprawdzić ogródek. Claudia nie chciała jej wołać, aby nie robić zamieszania, ruszyła więc na obchód domu. Wszędzie było pusto. Wróciła przed furtkę i rozejrzała się jeszcze, ale jak okiem sięgnąć, ani śladu Giuseppiny.

— Jeśli ta idiotka poszła sobie do domu… — zaczęła, mając w pamięci wystraszoną twarz dziewczyny, i nagle urwała. Niebieski przedmiot na trawie przyciągnął jej wzrok i nagle go rozpoznała. Znów zrobiło jej się zimno. Podeszła bliżej, ostrożnie, jak do śpiącego węża, przykucnęła, opierając kolano o korzeń ogromnego dębu. Nie myliła się. Przed nią leżał błękitny but Giuseppiny, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Jej upodobanie do tego koloru znali chyba wszyscy.

— Pina? Pina?! — zawołała Claudia i odruchowo spojrzała w górę, jakby spodziewała się, że przedszkolanka unosi się nad jej głową, ale zobaczyła tylko łyse gałęzie rozłożystego drzewa, a za nimi skłębione siwe chmury. Sunęły po niebie obojętnie, niosąc złudną obietnicę lepszej pogody. Claudia wpatrywała się bezmyślnie w niebo, aż zakręciło jej się w głowie. Usiadła w zimnej trawie, nadal ściskając porzucony but. Głos w jej głowie szeptał: „Nie patrz w górę. Nie patrz”. Bo może Pina jest tam, w górze, wisi na gałęzi z jedną stopą bosą i rękami wzdłuż ciała? Ostatkiem sił wbiła paznokcie w dłoń i ból przywrócił jej zdrowy rozsądek.

— Pina, vaffanculo, gdzieś ty poszła?