Za zakrętem - Anna Kasiuk - ebook + książka

Za zakrętem ebook

Anna Kasiuk

4,1

Opis

Opowieść o miłości, która ocala

Trzydziestodwuletnia Agnieszka żyje w błogim przekonaniu, że świat stoi przed nią otworem. Mieszkając z rodzicami, na których wsparcie i zrozumienie zawsze może liczyć, nie musi się troszczyć o codzienne potrzeby powszedniego życia. Jej świat wali się w gruzy, gdy rodzice giną w wypadku samochodowym. Agnieszka jest przekonana, że śmierć rodziców ma związek z przestępstwem, którego ona i jej matka były mimowolnymi świadkami. Czuje, że jej własne życie oraz życie jej pięcioletniego brata również jest zagrożone. Jedynym wyjściem wydaje się być wyjazd z rodzinnego miasta. Czy Agnieszka zdoła uciec przed zagrażającymi jej bandytami i własnym obezwładniającym lękiem?

"Obudziłam się przerażona. Otarłam dłońmi wilgotną twarz, upewniając się przy tym, że to, co mnie otaczało, nie było realne. To był tylko sen. Kolejny zły sen. Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Podniosłam się i zerknęłam do tyłu na Dawida. Spał i śnił spokojne sny. „Chociaż on” – pomyślałam gorzko, przełykając łzy cisnące mi się do gardła. Odgarnęłam z twarzy mokre włosy, wciąż rozglądając się niepewnie wokół. Boże, jak długo jeszcze to potrwa? Ile ja jeszcze mam to znosić, zanim oszaleję? Westchnęłam, tłumiąc strach, i wymknęłam się cicho z pokoju. Małą nocną lampkę pozostawiłam zapaloną. To już ostatnia noc w tym domu."

Anna Kasiuk po raz kolejny udowadnia, że w swoich dłoniach posiada mistrzowskie pióro.
Stworzyła niebanalną opowieść, którą czytelnik pochłania z wypiekami na twarzy. Takich historii nie spotyka się codziennie.


Patrycja Łazowska, molinkaksiazkowa.blogspot.com/

,,Za zakrętem” to wspaniała książka, która na długo zapada człowiekowi w pamięci. Wzrusza, chwyta za serce, skłania do refleksji. Bohaterowie są żywi, prawdziwi, z bagażem doświadczeń, z którymi czytelnik bez problemu się utożsami.

Magda Zimna, czytamybokochamy.blogspot.com

Trzymająca w napięciu i szalenie wzruszająca. „Za zakrętem” wciąga do ostatnich stron i nie pozwala o sobie zapomnieć. Polecam!

Agnieszka Zabawa, posredniczka-ksiazek.pl

Za zakrętem” polecam wszystkim tym, którzy chcą przeczytać książkę wciągającą od pierwszej strony – to przez nią przejechałam stację w drodze do pracy! Anna Kasiuk po raz kolejny napisała książkę, w której ludzkie dramaty i tragedie osobiste przeplatają się z miłością i szczęściem. Czytając tą książkę czułam, że ta historia mogła wydarzyć się naprawdę.

Anna Mazurek, ksiazkimojaodskocznia.blogspot.com

Anna Kasiuk kusi wykreowanym światem, w którym dobro miesza się ze złem, gdzie łatwo zapaść się w otchłań strachu, lęków i niepewnej przyszłości czyhającej Za zakrętem życia. Na jednym biegunie samotność i nieufność, na drugim siła rodziny i miłość. A Ty - skręcisz czy pojedziesz dalej?

Izabela Wyszomirska, sza-terazczytam.blogspot.com

Choć nie jest to klasyczny thriller, a bardziej powieść psychologiczna z wątkiem sensacyjnym, to jednak wciąga bardziej niż niejeden kryminalny bestseller. A Anna Kasiuk udowadnia, że jest jedną z najbardziej zdolnych pisarek swojego pokolenia. Serdecznie polecam i z niecierpliwością oczekiwać będę na kolejne powieści, które wyjdą spod pióra autorki!

Aleksander Rogoziński, pisarz

Anna Kasiuk

Urodziła się i mieszka pod Warszawą. Na co dzień planistka w międzynarodowym koncernie. Swoją przygodę z pisarstwem rozpoczęła w 2014 roku, debiutując powieścią "Piąte nie zabijaj", która zajęła III miejsce w konkursie czasopisma Fanbook na najlepszą książkę.
Autorka bloga "Świat równoległy", gdzie zamieszcza swoje opowiadania, recenzje oraz relacje ze spotkań z autorami. Dotąd na rynku ukazały się cztery jej powieści:
„Piąte nie zabijaj” (2014)
„Lewy brzeg” (2015)
„Mroki Łowisk” (2016)
„Jagoda” (2017).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 472

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




PROLOG

Przez całe popołudnie odnosiłam wrażenie, że coś się wydarzy. Dziwne uczucie podpowiadało mi, że powinnam się spieszyć, próbować powiedzieć to, czego dotąd nie miałam okazji powiedzieć, zrobić rzeczy, na które do tej pory nie miałam czasu. Istne szaleństwo. A do tego pogoda za oknem wcale nie napawała optymizmem. Dobrze, że nie musiałam tego dnia nigdzie wychodzić. Otuliłam się szczelnie kocem, wpatrując się w ponurą aurę za oknem. Strasznie smutny jest ten świat, kiedy jesień przybiera surowy, chłoszczący deszczem nastrój.

– Mamo? – zawołałam i wychyliłam głowę zza oparcia kanapy. Do tego jeszcze to przekonanie, że bierze mnie grypa. Na przemian targały mną dreszcze i rozpływające się po chwili po moim ciele fale gorąca. – A może nie wychodźcie? Jest tak paskudnie. W domu zrobimy wam taką kolację, o jakiej nawet nie marzyłaś. Ja przygotuję wam kanapki, albo nie, coś grillowanego, jak w paryskim Flam’sie. Dawid będzie waszym kelnerem. Co ty na to?

– Dziecko… – dobiegł z łazienki przytłumiony głos mamy. Odniosłam wrażenie, że była nieco znudzona moimi utyskiwaniami. – Ale ja chcę dziś wyjść. To nasza trzydziesta trzecia rocznica ślubu. Taki wyjątkowy dzień.

Niespodziewanie stanęła w progu. Wyglądała pięknie. Szczupła, zwiewna jak baletnica, raczej wpłynęła do pokoju z gracją, lekkim krokiem i zatoczyła przede mną niewielkie koło. Jej dłonie, jak w tańcu, wirowały w powietrzu niczym liście delikatnej topoli drżące na wietrze. Uśmiechnęłam się do niej szeroko, kołysząc głową w rytm jej kroków.

– Mamo, wyglądasz olśniewająco! Tata spuchnie z dumy.

– Ach, córciu – westchnęła. – Minęło już tyle czasu, myślisz, że wciąż widzi we mnie tę samą dziewczynę?

– Jestem pewna, że tak. Ty naprawdę niewiele się zmieniłaś! – Podniosłam się z kanapy i podeszłam do niej. – Wciąż jesteś piękna… – Zaczerpnęłam powietrza, chcąc zapewnić ją o wrażeniu, jakie zrobiła na mnie ubrana w tę zwiewną sukienkę, ale mi przerwała.

– Agniesiu, chyba będziesz chora. – Położyła delikatną dłoń na moim czole. – Połóż się, dziecko. Weź aspirynę i poleż. Dawid już śpi. – Zza okna dobiegł nas odgłos pracującego silnika samochodu. – Tato podjechał pod dom. Muszę już iść. Zaopiekuj się Dawidem, gdyby się obudził. Pamiętaj, żeby go przykryć. Dasz radę? – Uniosła nieznacznie moją brodę i zajrzała mi z troską w oczy. Wydała mi się taka szczęśliwa, taka piękna, a chwila, kiedy stała, wpatrując się w moją twarz z niekończącą się miłością, miała się okazać bezcenną ostatnią pamiątką. Zsunęła w końcu dłonie i ścisnęła lekko moje ramiona. – Lecę. Pa, kochanie. – Cmoknęła mój rozpalony policzek chłodnymi, muśniętymi błyszczykiem ustami i wybiegła z domu.

– Bawcie się dobrze, mamo. Wyglądasz pięknie!

Posłałam jej całusa, przyglądając się, jak zbiegała ze schodów przed domem. Zaraz potem kiwnęłam głową tacie czekającemu przy jej drzwiach z wyrazem podziwu na twarzy i odprowadziłam światła ich samochodu aż do zakrętu na główną ulicę. Chciałabym kiedyś być tak szczęśliwą żoną. Przez moment próbowałam wyobrazić sobie siebie na miejscu mamy, w otoczeniu mojej rodziny, męża i dzieci. I przez ten krótki czas, kiedy wpatrywałam się w opustoszałą ulicę i pogrążałam w obezwładniającym mnie przyjemnym niemal uczuciu błogości, spłynęło na mnie ciepło. Oparłam głowę o futrynę okna i uśmiechnęłam się do moich marzeń, gotowa tańczyć ze szczęścia, zupełnie jak moja mama. Kobiety w naszej rodzinie zawsze cechowała bogata wyobraźnia.

Szybko jednak wróciłam do rzeczywistości, czując kolejną falę dreszczy wstrząsających moimi ramionami. Dołożyłam do kominka i bez zastanowienia wskoczyłam pod koc. Przenikało mnie zimno, zaciśnięte mocno pięści wsunęłam między uda i zasnęłam, a właściwie się zdrzemnęłam. Co chwilę otwierałam bowiem oczy, nasłuchując, czy śpiący na piętrze Dawid nie płacze. Zapowiada się długi wieczór – narzekałam w duchu. Mój półsen wypełniały dziwne obrazy, zupełnie jakbym oglądała je, jadąc rozpędzonym pociągiem. Krajobraz za oknem zmieniał się jak w kalejdoskopie, co budziło wkręcający się w mój żołądek niepokój. Na domiar złego czułam za plecami gorący oddech postępującego w krok za mną intruza, jego buty bez przerwy ocierały nagie kostki moich stóp. Czułam się wyjątkowo nieswojo, jak osaczone zwierzę, które nie może znaleźć miejsca, by skryć się przed podążającym w ślad za nim prześladowcą. Tym wszystkim lękom towarzyszyła jeszcze przygnębiająca świadomość wszechobecnej samotności. W końcu jednak obraz jadącego pociągu zniknął, zniknął również drażniący oddech natarczywego osobnika stojącego za moimi plecami. Wokół zapanował absolutny mrok i zrobiło się jeszcze zimniej…

Z tego letargu wyrwało mnie w końcu pukanie do drzwi. Zerwałam się z kanapy i przez pierwsze sekundy stałam bez ruchu, wpatrując się w ciężkie dębowe drzwi frontowe naszego domu. Dotknęłam drżącą dłonią swojego czoła, było rozpalone. Chcąc zyskać na czasie, zupełnie jakbym świadomie próbowała odwlec moment, kiedy będę musiała podejść i otworzyć drzwi, zerknęłam na zegarek na kuchence. Wskazywał godzinę drugą. Czyżby zapomnieli kluczy? Podeszłam i drżącą ręką chwyciłam zimną klamkę. Nieprzyjemne uczucie nakłuwania przez tysiące małych szpileczek wspinało się po palcach i przemykało zdecydowanie w górę ramienia, podczas gdy moją świadomość przeniknął niepokój. Za drzwiami stała bowiem wysoka kobieta w mundurze policjantki. Koc spadł mi z ramion, a ja oparłam się bezwładnie o futrynę drzwi.

– Czy pani Agnieszka… – Nie słyszałam ostatnich słów, które wypowiadała. Przyglądałam się jej spokojnej, jakby pozbawionej wyrazu twarzy i czekałam na informacje, które przyniosła, zupełnie świadoma, że nie będą to dobre wiadomości. Któż bowiem przynosi takie o drugiej w nocy, ubrany w policyjny mundur? Przytaknęłam kilkakrotnie, potwierdzając swoje nazwisko i imię. Jedyne, co jeszcze zapamiętałam z tamtej wizyty, to obraz powoli się kurczący i oddalający ode mnie. Osunęłam się na podłogę…

I.

Znowu zbierało się na deszcz. Ostatnio często padało. A ja tak nie lubiłam deszczu. Zawsze kiedy za oknem lało, odnosiłam wrażenie, jakby ktoś wołał moje imię. Krzyczał przeraźliwie za każdym razem, kiedy szaleńczy wiatr przemykał pomiędzy gałęziami drzew otaczających nasz ogród. Niemal fizycznie odczuwałam żal, z jakim wypowiadał moje imię. Czy to możliwe, by głosy, które słyszałam za oknem, należały do zbłąkanych dusz przemierzających ziemię? Tych, które nie zdołały odejść i w rozpaczy snuły się bez celu, nawołując z utęsknieniem bezpowrotnie utraconych bliskich? To zabawne, zaczęłam myśleć zupełnie jak Dawid… Może nie było w tym nic złego, podobno to właśnie dzieci są łącznikami pomiędzy naszym światem a tym mistycznym i to właśnie one dzięki swojej czystości spotykają tych, których już między nami nie ma. Choć z drugiej strony kiedy w moim stanie odrętwienia dostępowałam chwilowego przebłysku niezmąconej świadomości, docierało do mnie, że sama pogrążałam się w destrukcyjnych myślach. Zupełnie jakby dźwignięcie się z dołu rozpaczy, w jaki wpadłam, nie było moim zamierzeniem.

– Dawid, chodź, zrobię ci kolację. Zjemy i położymy się do łóżka.

Wyciągnęłam szyję, stojąc przy schodach prowadzących na piętro i do jego pokoju. Było już późno, a to przecież pięcioletni chłopiec. Ileż ja jeszcze rzeczy powinnam się nauczyć, bym mogła mu godnie zastąpić matkę i ojca… Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, nawet w najśmielszych przypuszczeniach, że los zdecyduje rzucić mnie w objęcia takiego wyzwania, tym bardziej w momencie, kiedy sama jeszcze tak potrzebowałam wsparcia i obecności rodziców… Proste rzeczy stanowiły dla mnie ogromną zagadkę. Nigdy nie zastanawiałam się przecież, co je pięciolatek, o której godzinie chodzi spać. Zawsze widziałam go, kiedy jadł kolację albo spał, bądź się kąpał. To był dla mnie stan oczywisty. A teraz? Teraz musiałam nauczyć się rozpoznawać jego nastroje i potrzeby, tłumaczyć niewiadome, które w przypadku takiego malucha potrafiły urosnąć do rangi poważnych problemów! Musiałam odstawić na bok swoje potrzeby i zainteresowania, a zająć się nim. Nie byłam jednak zrozpaczona takim obrotem sprawy. Nie, to był mój braciszek i kochałam go nad życie… Ja… Ja po prostu bałam się dojrzałości. Ona mnie przerażała, bo wydawało mi się, że zdziera ze mnie płaszcz niewidzialności, jaki nosiłam, mając u boku rodziców. A jej obciążającą obecność odczułam najmocniej, kiedy dotarła do mnie świadomość, że sprawiedliwość w naszym kraju jest aż tak ślepa. Dopiero kiedy stawiłam czoło rzeczywistości, zmuszona skorzystać z pomocy organów prawa, przeżyłam prawdziwe rozczarowanie, ale o tym później.

Miałam trzydzieści dwa lata. Do niedawna żyłam w błogim przekonaniu, że świat wciąż stoi przede mną otworem, że wystarczy, bym pchnęła drzwi skrywające nieopisane tajemnice, które chciałabym zgłębić. A byłam otwarta, chciałam poznawać, odwiedzać, podziwiać. Byłam gotowa bez najmniejszej obawy otworzyć każde drzwi, które pojawiały się przede mną. Jednak po tym, co się stało, nabrałam dużych wątpliwości, czy jeszcze będzie mi dane cokolwiek otworzyć, obawiałam się bowiem, że moje życie, serwując mi przyspieszony kurs dojrzewania, zatrzasnęło przede mną wiele możliwości, a wszystko, czego nie udało mi się poznać do tej pory, pozostanie już dla mnie niepoznane. O zgrozo! Kiedy o tym myślałam, czułam się tak, jakbym nagle zestarzała się o kilkadziesiąt lat, a całe dobro, którego do tej pory doświadczyłam, stanowiło dla mnie jedynie mgliste wspomnienie.

Weszłam do łazienki i spojrzałam w wielkie lustro wiszące na ścianie pomiędzy kabiną prysznicową a toaletą. Mama zawsze uważała, że w łazience powinno być duże lustro, by kobieta mogła widzieć całe swoje odbicie. Twierdziła bowiem, że podstawą dobrego samopoczucia jest zadowolenie ze swojego wyglądu, a w myśl zasady, że wszyscy jesteśmy piękni na swój sposób, wystarczy pielęgnować szczegóły, które mają decydujący wpływ na postrzeganie całości naszego wizerunku… Rzuciłam więc krytycznym okiem na swój wizerunek. No cóż, mama nie byłaby zadowolona, widząc mnie ostatnimi czasy… Z całą pewnością potrząsałaby z politowaniem burzą swoich ciemnych loków i zatrzasnąwszy za nami drzwi do łazienki, wykładałaby swoje racje w tym nietypowym, aczkolwiek ustronnym, miejscu. Moją twarz wykrzywił uśmiech na samo wspomnienie jej dydaktycznych metod. Odzwyczaiłam się już od widoku uśmiechu na swojej twarzy. Wyglądałam z nim trochę obco. Pochyliłam się, by zawęzić nieco pole widzenia, i skupiłam uwagę jedynie na twarzy i sterczących pod swetrem ramionach. Bardzo często zdarzało mi się postępować w podobny sposób po wypadku: próbowałam na chwilę wyrzucić z pamięci przeżycia sprzed sześciu miesięcy i przywołać obraz siebie wcześniejszej, kiedy zadowolona, szczęśliwa chłonęłam każdy dzień jak największy dar. Boże, moja blada cera wygląda upiornie – stwierdziłam. W pośpiechu starałam się wygrzebać z pamięci znajome zapachy i dźwięki przepełniające kiedyś ten dom… Może tym razem mi się uda, może usłyszę jej głos? Wciąż wydawało mi się, że pamiętam jego brzmienie i drżące sylaby porywające go wysoko. Spojrzałam sobie głęboko w oczy, otwierając je przy tym szerzej, i szukałam jakiegoś znajomego promyka. Nic z tego. Nie potrafiłam wykrzesać z siebie wspomnień, które jednocześnie nie raniłyby mnie głęboko.

Podciągnęłam rękawy luźnego czarnego swetra, który miałam na sobie. Może nie wyglądałam w czerni najlepiej, ale to właśnie ten kolor odpowiadał mi najbardziej. Oczywiście nie nosiłam czerni z powodu żałoby, w moim domu panowały raczej radykalne zasady, zgodnie z którymi żal po stracie kogoś bliskiego powinno się nosić w sercu, nie zaś na sobie. Przyjmijmy jednak, że czerń najlepiej odzwierciedlała mój nastrój. Przechyliłam głowę na bok, w dalszym ciągu zerkając na swoje odbicie, choć już mniej przychylnym okiem. Wydarzenia ostatnich kilku miesięcy odcisnęły na mnie swoje piętno. Moje długie ciemne włosy, byle jak upięte w kok, jakby straciły blask. Nawet one wyglądały na pozbawione życia. Twarz bez makijażu wydała się blada, jakby marmurowa, z zastygłym grymasem bólu wykutym przez czas. Jedynie moje oczy, rozbuchane soczystą zielenią, lśniły jak zwykle. Przechyliłam głowę na drugie ramię i wysiliłam się w nadziei, że obudzę na twarzy uśmiech.

– Nie jest jeszcze tak źle – rzuciłam mało entuzjastycznie i ześliznęłam się spojrzeniem w dół. W sumie zawsze chciałam zrzucić kilka kilogramów, więc nie powinnam narzekać na to, że moja sylwetka nabrała nieco chłopięcych kształtów. Jedynie piersi wymykały się ogólnemu marazmowi, który widziałam w lustrze. Absolutnie niekompatybilne z resztą ciała, z opuszczonymi ramionami, które wyglądały tak, jakby ktoś przytroczył do nich ciężkie odważniki, sylwetką pochyloną do przodu, jakby spoczywający na moich ramionach ciężar dojrzałości i rodzicielstwa przygniatał mnie, zamykał w geście rezygnacji. Moje piersi sterczały bezwstydnie; bez względu na to, czy było mnie więcej, czy mniej, one pozostawały zawsze w niezmiennym rozmiarze. Małe B sterczące jak skocznia narciarska… Westchnęłam do swoich myśli i gdzieś po drodze uśmiech zniknął mi z twarzy. Ramiona zdały się opadać jeszcze niżej, a całość wyglądała tak, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze.

Choć nie mogłam powiedzieć, że popadłam w tak beznadziejny stan odrętwienia bez walki. Czasem pojawiały się u mnie przebłyski świadomości i wtedy zastanawiałam się, czy może po prostu nie rozczulam się nad sobą. Dotąd miałam w końcu wszystko, czego tylko mogłam zapragnąć, co chciałam poznawać. Zwiedziłam pół świata, widziałam śmierć i narodziny. Nie były mi obce: ludzka tragedia, bieda i rozpacz. Widziałam szczęście tych, którzy odbili się od dna bądź dostali od życia coś, na co nie liczyli. Może właśnie teraz przyszedł czas na mnie? I powinnam oddać losowi to, co od niego dostałam? To taka indywidualna forma spłaty długu, jaki zaciągnęłam, a swoją postawą powinnam udowodnić w obliczu klęski, że wyciągnęłam naukę z tego, co świat mi pokazał. A może okazałam się córką marnotrawną i muszę pozostać z niczym? Mam na myśli sytuację, w której się znalazłam. Zanim ponownie zaczęłam rozpamiętywać trudną rolę, którą przyszło mi odgrywać, z zadumy wyrwał mnie Dawid.

– Aga, gdzie jesteś? Boję się… – usłyszałam jego smutny głosik, co natychmiast wróciło mi świadomość. Zgasiłam światło i po raz ostatni zerknęłam kątem oka w lustro, gdzie w łamiącym się słabym blasku sączącym się z kuchni uchwyciłam spojrzenie wykrzywione grymasem przerażenia, w niegdyś pogodnej twarzy. Siadłam z Dawidem przy stole, za wszelką cenę starając się ukryć czarne myśli i trawiący mnie od tamtego wieczora strach. Z głową opartą na dłoni przyglądałam się, jak pałaszował parówkę z keczupem i zagryzał ją bułką.

– Czego się boisz, kochanie? – spytałam. Wzruszył zaledwie ramionami, zatrzymując wzrok na mojej twarzy i szukając we mnie sprzymierzeńca.

– A ty się nie boisz, że mama i tata przyjdą do nas? Ja się tego boję. Widziałem taki film…

– Dawid, mama i tata odeszli. Są już daleko i są bardzo szczęśliwi. Nawet gdyby mieli do nas przyjść, co się jednak nie stanie, jestem pewna, że nie chcieliby nas skrzywdzić. Przecież nas kochali.

Łzy same cisnęły mi się do oczu, kiedy słuchałam, jak on, pięciolatek, szuka wytłumaczenia faktu, że rodziców nie ma już obok niego. Zupełnie jakby to szukanie dawało mu jeszcze nadzieję. Zastanowiłam się nad tym, co mówił, i z żalem przyznałam, że tak naprawdę ja również chciałam, żeby oni do nas wrócili. Czasem tak bardzo potrzebowałam, by ktoś mi powiedział, co mam zrobić, jak powinnam postąpić. Samotność ciążyła mi ogromnie, choć zawsze wydawało mi się, że do niej przywykłam. Jednak inaczej mają się sprawy, jeśli brakuje nam kogoś, kto chwilową obecnością pobudza ospałe endorfiny do pracy. Kiedy jednak samotność jest skutkiem utraty tych, którzy stanowili naszą codzienność, byli nierozerwalnym elementem, idealnie dopasowanym do życia, problem urasta do rangi dramatu. Przynajmniej w moim przypadku. Ja potrzebowałam do życia moich bliskich! Uświadomiłam sobie stratę, dopiero kiedy obudziłam się nazajutrz po pogrzebie. Nagle mój świat zrobił się ciasny, wszystko przytłaczało mnie swoim ciężarem, a bezradność czaiła się za każdym rogiem, gotowa mnie dosiąść, by zgniatać poczucie wartości i wiarę w zbawienną moc upływającego czasu. Zapadłam się w sobie, przyznając jednocześnie, że obecność w moim życiu rodziców była dla mnie fragmentem mnie samej.

Każdego dnia byłyśmy z mamą w stałym kontakcie. To z nią jeździłam do kina, na zakupy. Oczywiście miałam koleżanki, jednak nie było między nami takiej więzi, jaką stworzyłyśmy z mamą. Potem, kiedy budziłam się rano, nie czułam już zapachu świeżo mielonej kawy, który ściągał mnie z łóżka. Wszystko zatrzymało się w miejscu, czas również. Tęskniłam do porannych ploteczek i wieczornych dyskusji… Ten brak był tak przenikliwy jak jesienny wiatr, wdzierający się mimo ciepłego swetra, którym byłam szczelnie otulona, i mrożący jeszcze rozgrzane latem ciało. Byłam samotna, byłam jak to martwe ciało z przeczytanej kiedyś książki Isaaca Mariona Wiecznie żywy. Snułam się po domu bez celu, bezmyślnie, jałowo, a każdy dzień wydawał się taki jak poprzedni. Brak mi ich towarzystwa, życia i kolorów w tym domu. Ja i dom moich rodziców byliśmy jak wyblakła fotografia, która zbyt długo stała wystawiona na działanie promieni słonecznych.

– Chodź, Dawid, pójdziemy się wykąpać. Napuszczę ci wody do wanny, zrobię pianę i będziesz mógł posiedzieć chwilę i się pobawić. Hm, chcesz?

Uśmiechnęłam się do niego szelmowsko i pobiegłam do łazienki. Dawid z piskiem zeskoczył z krzesła i puścił się w pogoń za mną. Mimo wszystko wesoły. A ja dopiero po wypadku zaczęłam go poznawać, uczyć się jego zachowań, zapamiętywać to, co lubił, a czego się bał. Chyba starałam się za wszelką cenę, by nie cierpiał takiej samej udręki, jaka towarzyszyła mnie. Bardzo wiele czasu spędzaliśmy, rozmawiając, co nie było proste, ponieważ sposób myślenia malucha jest inny niż dorosłego człowieka, a ja nie miałam właściwie doświadczenia w obcowaniu z dziećmi. Ale nie mogłam i nie zamierzałam się poddać. Wierzyłam, że było tak dlatego, że to oni nauczyli mnie dzielić się wszystkim. Zawsze mogłam liczyć na ich pomoc, zrozumienie i rozmowę. To z domu wyniosłam przekonanie, że problemy lepiej rozwiązuje się razem. Kiedy można usiąść i poruszyć temat, który jest bolesną drzazgą w jątrzącej się ranie codziennego życia.

Napuściliśmy do wanny wody i wzbiliśmy ogromną pianę. Dawid miał na włosach pieniącą się czapę, a śmiał się przy tym tak głośno, że słychać go było chyba na całej ulicy. Zostawiłam go na chwilę samego i wyszłam na taras. Poczułam nieodpartą potrzebę zapalenia papierosa. Okręciłam się swetrem, który zostawiłam na poręczy krzesła, idąc z bratem do łazienki, i przysiadłam na drewnianym balkonowym krześle. Zaciągnęłam się papierosem mocno, aż poczułam chłód wdzierający się do moich płuc razem z dymem. Chciałabym z kimś po prostu pogadać…

Paradoks mojej sytuacji tkwił jednak w tym, że nie miałam już z kim rozmawiać, a już na pewno dyskutować. Chcąc chronić siebie i brata, a tym samym nie narażać rodziny i moich znajomych, skazałam się na samotność i pustkę, które coraz bardziej mi dokuczały. Nie mogłam się zdradzić ze swoimi planami, podzielić wątpliwościami, bo tym samym ściągnęłabym na innych podobny los. Zmuszona zostałam w ten sposób do samodzielnego analizowania po kilka razy każdego kroku, który zamierzałam podjąć. Sama brnęłam, o marny żywocie, przez niekończący się korytarz z obskurnymi ścianami, wśród setek otaczających mnie drzwi, za którymi kryły się wciąż nowe niespodzianki i pytania, a cel mojej egzystencji wciąż pozostawał niejasny. Pytania, wątpliwości, niepewność…

Czy podjęłam słuszną decyzję, sprzedając dom, który był życiem i miłością moich rodziców? Przecież mama kochała każdy kawałek swojego ogrodu, znała nazwy wszystkich krzewów, pielęgnowała je z taką miłością i oddaniem, jakby to byli członkowie rodziny. Nie odziedziczyłam po niej takiego zapału do pielęgnacji roślin… Od ich śmierci minęło zaledwie pół roku, a ogród wyglądał tak, jakby nikt tu nie zaglądał od lat… Nawet rośliny umierały bez jej miłości, a ja przyglądałam się temu, zastanawiając się, czy tak samo nie jest ze mną. Czy nie umierałam powoli, bo nie było obok mnie tych, którzy byli dla mnie oparciem? Wyrzuciłam niedopałek i weszłam do domu. Zrzuciłam sweter i dołożyłam kolejne polano do kominka. Nasłuchiwałam przez chwilę, ale z łazienki dobiegały wciąż wesołe okrzyki Dawida, dlatego zatrzymałam się oparta o zlew w kuchni i patrzyłam w okno, ogarniając wzrokiem jej ogród. A raczej to, co z niego pozostało. Nieokiełznana zieleń zdawała się wspinać po niewidzialnym murze z zaniedbania, tak by przesłonić okno i zabrać nam wpadające do wnętrza światło. Przez chwilę odnosiłam nawet wrażenie, że ten dom już nas tu nie chce, nikt nas tu nie chce. Byliśmy nikomu niepotrzebnym obciążeniem, które przywodzi na myśl to, co się stało z moimi rodzicami. Budziliśmy współczucie i żal, a traktowano nas jak dwoje potworków, z którymi należy rozmawiać i obchodzić się w szczególny sposób. Takich reakcji nikt nie lubi i nie potrzebuje. Za każdym razem, kiedy to sobie uświadamiałam, narastały we mnie gniew i potrzeba przeciwstawienia się temu. Nie byliśmy martwi tak jak moi rodzice! My wciąż żyliśmy!

– Dawid! Wszystko w porządku? Już mam iść cię szorować? – krzyknęłam do niego z kuchni, próbując powstrzymać napływające do oczu łzy.

– Jeszcze chwilkę, Aga, chwileczkę. Muszę tylko zatopić statek tych piratów!

– Dawid, mówiłam ci już, nie możesz zatapiać niewinnych ludzi. Wyślij im na pomoc tratwę ratunkową i odeślij ich na bezludną wyspę!

– No dobra… – odpowiedział zrezygnowanym tonem.

W sumie, wróciłam do przerwanej myśli, powinnam już mieć swoją rodzinę. W moim wieku byłoby to zupełnie naturalne. Z pewnością również byłoby mi łatwiej w sytuacji, w jakiej się znalazłam… Moje koleżanki dawno cieszyły się swoimi mężami i dziećmi. A ja? Nigdy nie czułam parcia na związki, na wiązanie się z kimkolwiek. Cóż dopiero mówić o instynkcie macierzyńskim. Lubiłam dzieci, ale nie aż tak, żeby od razu zakładać rodzinę. I póki nie straciłam swojej, nie przeszło mi przez myśl, że zaprzepaściłam tak wiele, oddając się pracy, podróżom, poznawaniu nowych kultur i ludzi. W gruncie rzeczy przecież nie byłam sama, miałam rodzinę, która absolutnie mi wystarczała, zaspokajała wszystkie moje potrzeby. Moi rodzice nigdy mnie nie zawiedli, zawsze byli blisko, gdy ich potrzebowałam. Więc korzystałam z dobrodziejstw, jakie niósł taki stan, chciałam zajrzeć wszędzie, gdzie kryły się zagadki, musiałam pooddychać innym powietrzem, zachłysnąć się innymi smakami, zanim zamknęłabym mój świat w ramionach małego dziecka. Na to nie byłam po prostu jeszcze gotowa. Takie właśnie było moje życie! Takie życie bardzo mi odpowiadało, nie czułam upływającego czasu, zdradliwości przemijania, które pod przykrywką zaspokajania ciekawości świata nadgryzało mnie coraz głębiej. Miałam oparcie w tych, którzy mnie otaczali, dlaczego zatem miałabym nie sięgać po wciąż nowe doznania, skoro rodzice pochwalali moje wybory? Dzięki temu, jak żyłam, byłam szczęśliwa!

Do dnia, w którym odeszli…

Wracali z kolacji, to była ich rocznica ślubu. Padał deszcz, podobno samochód wpadł w poślizg i wypadł z drogi. Tak głosił raport policji. Rodzice zginęli na miejscu. Zostałam sama z Dawidem. Moim małym bratem. I zamknęłam mój świat w ramionach tego kochanego pięciolatka. Nie znaczy to jednak, że ogarnęła mnie czarna rozpacz z powodu takiego zwrotu w moim życiu. Tragedia, która nas spotkała, owszem, pchnęła moje życie na krawędź, jednak to właśnie Dawid stał się strumieniem zimnej wody, który kierował mnie na właściwe tory za każdym razem, kiedy moja świadomość dobrowolnie zmierzała nad przepaść, gotowa się pogrążyć w jej zbawiennej toni. Był jedynym towarzystwem, jakiego pragnęłam. Stanęłam w drzwiach łazienki i przyglądałam się, jak mały zatapiał piracki statek. Zerknął na mnie swoimi równie zielonymi jak moje oczami i szeroko ziewnął.

– Myjemy się, bąblu, i kładziemy się spać. Jutro czeka nas długa podróż.

– Poleżysz ze mną, Aga? Dopóki nie usnę? Bo ja się boję, że przyjdą do mnie złe duchy. Te z filmu, wiesz?

– Maluchu. Nie ma czego się bać. Duchy nie istnieją… Ale poleżę z tobą. Tylko chwilkę.

Poczochrałam jego ciemne włoski ręcznikiem i wyciągnęłam go z wanny. Kiedy kładliśmy się do łóżka, pachniał jak niemowlę. Niewinny, delikatny i taki bezbronny. Objął mnie swoimi małymi łapkami i przycisnął policzek do mojej piersi. Czułam, jak jego ramiona wiotczeją i przygniatają mnie swoim ciężarem. Dawid zasnął. Jego ciepły, spokojny oddech masował powieki, dlatego i moje ciało stawało się coraz cięższe, a przyjemne mrowienie zwiastujące nadchodzące rozluźnienie wspinało się po łydkach. Byłam taka zmęczona…

Znowu pada deszcz. Jejku, czy to nigdy nie przeminie? Deszcz dodatkowo wpływa na mnie deprymująco. Nie potrafię odbić się od dna, a ospałość i zniechęcenie osaczają mnie. Przeziębienie zwyciężyło jednak nade mną. Coś puka w okno. Otwieram niechętnie oczy i zwracam twarz w kierunku dobiegającego dźwięku. Jestem tak zrezygnowana, że nie czuję nawet lęku. To z pewnością gałąź sąsiadującego z oknem drzewa uderza rytmicznie, popychana podmuchami przejmującego późnojesiennego wiatru. Wstaję jednak, nie chcę, by Dawid się obudził. Jak bardzo nie lubię deszczu… Wydaje mi się, że wraz z tą myślą w domu robi się jeszcze bardziej zimno. Okręcam się szczelnie swetrem. Nawet go nie zdjęłam… Stał się właściwie moją drugą skórą, oddzielającą mnie od macek świata na zewnątrz. Dopiero kiedy siadam na kanapie, zauważam, że okno jest otwarte, a deszcz spływa po firance na podłogę. Mama nie będzie zadowolona, muszę to posprzątać przed ich powrotem do domu. Zamykam okno, unoszę spływającą wodą firankę i przerzucam ją bez zastanowienia przez poręcz krzesła. Bez przerwy jednak frapuje mnie dziwne pukanie. Przykładam policzek do wilgotnej i zimnej szyby, wpatrując się w drzewo za oknem. Jego gałęzie podrygują paralitycznie na wietrze, choć nie dość silnie, by uderzać w okno. Co to więc puka? Natarczywy dźwięk dobiega z pokoju rodziców, przebiega mi przez myśl. Więc już wrócili! Musiałam nie zwrócić na to uwagi. Czymże jest jednak to dziwne pukanie…? Powoli kieruję się na schody i wspinam do ich sypialni. Drewniana podłoga skrzypi pod moimi stopami tym bardziej, im delikatniej staram się stąpać.

Otwieram drzwi, a widok, który ukazuje się moim oczom, paraliżuje. Z trudem łapię powietrze. Jedynie ból, który sobie zadaję, wbijając paznokcie w dłonie, pozwala mi zachować świadomość.

– Mamo, co ty robisz? – Wyciskam z siebie słowa.

– No popatrz, Aguś, tata uderzył się w głowę i nie mogę go podnieść.

Dźwigam przerażony wzrok na łóżko i wpatruję się w leżące na nim ciało taty. Jest pięknie ubrany w nowy garnitur, który kupiła mu mama na tę okazję… Leży z rozrzuconymi szeroko ramionami, a jego głowa zwisa nienaturalnie nad podłogą, rytmicznie uderzając o nogę łóżka. Wpatruje się we mnie martwym wzrokiem, podczas gdy jego sine usta szepczą „Uciekaj stąd!”. Nie muszę się upewniać co do treści wypowiadanych słów. Narastające przerażenie samo wprawia moje nogi w ruch, a strach wyrywa się głośnym krzykiem z zaciśniętego gardła. Natychmiast się odwracam i zbiegam po schodach, choć nogi wydają się jak z ołowiu. Czy tak się czują bohaterowie horrorów, którzy zdają się uciekać, a wciąż stoją w miejscu? Boże, pomóż mi…

 

 

Obudziłam się przerażona. Otarłam dłońmi wilgotną twarz, upewniając się przy tym, że to, co mnie otaczało, nie było realne. To był tylko sen. Kolejny zły sen. Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Podniosłam się i zerknęłam do tyłu na Dawida. Spał i śnił spokojne sny. Chociaż on – pomyślałam gorzko, przełykając łzy cisnące mi się do gardła. Odgarnęłam z twarzy mokre włosy, wciąż rozglądając się niepewnie wokół. Boże, jak długo jeszcze to potrwa? Ile ja jeszcze mam to znosić, zanim oszaleję? Westchnęłam, tłumiąc strach, i wymknęłam się cicho z pokoju. Małą nocną lampkę pozostawiłam zapaloną. To już ostatnia noc w tym domu. Ostatnia noc w tym mieście. Miałam nadzieję, że mój koszmar się skończy, kiedy ucieknę od tego miejsca tak daleko, jak to możliwe. Idąc do łazienki, zdjęłam ciężki sweter i cisnęłam go w kąt. Podkoszulek przykleił mi się do pleców. Zrzuciłam wilgotne ubrania na podłogę i wsłuchując się w dźwięki, jakie wydają stare rury, weszłam pod prysznic. Gorąca woda spływała leniwie i obmywała moje blade ciało, a przyjemne ciepło zmywało ze mnie wspomnienie koszmaru.

Resztki nędznego snu rozproszyły się gdzieś po kątach ciemnych pokoi. Dziwne, nie czułam żadnej obecności rodziców, jakby wcale ich tu nie było… A może to jakaś moja wewnętrzna siła popychała mnie, bym tak sądziła? Gdybym nie skupiała się na tym, co się stało, i przestała w końcu opłakiwać tych, których już nie ma, wtedy byłabym zdolna do wydobycia z siebie nowych pokładów wiary, że uda mi się ten koszmar zakończyć. Skoro prawo okazało się bezradne jak dziecko, gotowa byłam sama spróbować rozwiązać nasz problem. W końcu salwowanie się ucieczką nie jest niczym niechlubnym. Przyjmując, że celem było ratowanie siebie i dziecka, które w życiu nie zrobiło nikomu nic złego.

Zajęta myślami zaglądałam w każdy kąt naszego domu. Okryta kocem otwierałam kolejno drzwi do wszystkich pokoi. Przeglądałam po raz ostatni szafki, odsuwałam szuflady, wiedząc, że sen nie pojawi się zbyt szybko. Wszystko już spakowałam. Meble i rzeczy, których nie mogłam zabrać ze sobą, sprzedałam wraz z domem. Mój dobytek, a zarazem cały majątek, stanowił bagaż, który już zamknęłam w samochodzie. O ironio, tyle lat pracy rodziców, tyle wspomnień, a wystarczył jeden chevrolet, by to pomieścić.

I tyle z nas pozostaje… Goniąc przez całe życie, składamy bardziej bądź mniej świadomie drobiazgi, pamiątki, by na koniec, kiedy staniemy przed koniecznością wyboru właściwej drogi, zamknąć dotychczasowe życie w kartonowych pudełkach naszej doczesności. Takie to banalne, a mimo to uparcie kolekcjonujemy pamiątki i wspomnienia, kultywujemy pamięć o tym, co po wszystkim jedynie zadręcza najbliższych. Wciągnęłam luźny podkoszulek, a mokre włosy rozsypały mi się na plecach. Powinnam była je wysuszyć, jest jeszcze zbyt wcześnie, by się położyć z mokrymi.

W końcu dotarłam do drzwi ich sypialni. W środku wszystkie rzeczy pozostały na tych samych miejscach, w których pozostawili je rodzice, wychodząc na kolację. Na łóżku nie było śladu po leżącym na nim ciele taty. Ich ubrania oddałam Caritasowi, biżuterię spieniężyłam, a zdjęcia i pamiątki wcisnęłam do jednego z kartonów. Przykryte łóżko przywoływało na myśl te poranki, kiedy wsuwałam się pomiędzy rodziców i pełna entuzjazmu opowiadałam o swoich marzeniach… Siłą wyrywałam ich z objęć snu mocą wiary w to, co chcę w życiu osiągnąć. Zawsze wiedziałam, czego chcę. Siedziałam między nimi rumiana jak bułeczka i trajkotałam jak katarynka.

Dlaczego zostawiliście mnie samą z tym wszystkim? Ja nie dam sobie rady, nie potrafię być taka jak wy! Gorące łzy po raz kolejny tamtego wieczoru zalały moje policzki, nie potrafiłam się bronić przed strachem o nasz kolejny dzień. Wcisnęłam twarz w poduszkę i krzyczałam tak długo, aż zabrakło mi oddechu. Tak bardzo chciałam to z siebie wyrzucić. Dobrze, że Dawid nie widział mnie w takim stanie. Marny ze mnie autorytet. Ściągnęłam koc i przykryłam się nim, zachłannie wciągając woń poduszki w nadziei, że poczuję zapach jej włosów, a może jego płynu po goleniu? Niestety, zabrali mi nawet to…

II.

Wstaliśmy wcześnie rano. Czytałam gdzieś, że najgorzej jest wracać do domu wtedy, kiedy na ulicach panoszą się jeszcze niedobitki tych, których niesie już alkohol, ale których głód imprezowania jest jeszcze na tyle silny, by szukali innego miejsca swojego upadku. Wtedy budzi się w ludziach agresja i poczucie wielkich możliwości. Dlatego cierpliwie siedziałam przy oknie w kuchni i z głową wspartą na dłoniach doszukiwałam się pierwszych oznak budzącego się za oknem życia. Leniwe mgliste nici umykającej nocy napawały mnie bladym optymizmem. Podniosłam się w końcu i obudziłam Dawida. Kiedy sąsiednie domy pozostawały wciąż w uśpieniu, w żadnym z okien nie rozbłysły jeszcze światła zwiastujące rychły poranek, nawet psy drzemały niewzruszone, my wsiedliśmy do samochodu i nie odwracając się za siebie, opuściliśmy miejsce, w którym byliśmy naprawdę szczęśliwi, gdzie pierwsze kroki stawiał Dawid. Opuściliśmy miejsce, które było naszym azylem, ale do którego przed sześcioma miesiącami wkradła się śmierć i pozbawiła nas nieodzownego elementu – poczucia bezpieczeństwa. Byłam dziwnie spokojna, jakby ten wciąż panujący półmrok dawał mi jakąś osłonę przed wścibskimi oczami tych, przed którymi staraliśmy się ukryć. Ubrałam Dawida ciepło. Był dopiero marzec, a z niego przecież taki delikatny chłopiec. Zaspany, z roztrzepaną grzywą nieco przydługich włosów, bez słowa niezadowolenia poddawał się moim zabiegom i w końcu posłusznie włożył sweter, a potem kurtkę. Na głowę naciągnął swoją ulubioną bejsbolówkę ze SpongeBobem. Zabrał zabawki, które stanowiły jego najbliższą świtę, i prędko wtuliwszy się w fotelik umocowany na tylnym siedzeniu, zasnął.

Ja zaś zamknęłam po raz ostatni drzwi domu moich rodziców. Przed oczami stanęły mi chwile, kiedy po wielekroć powtarzałam tę czynność. W liceum, na studiach, a potem już pracując. Wcisnęłam guziki alarmu, przekręciłam klucz w zamku, a każde jego rdzawe skrzypnięcie budziło we mnie dreszcze i grozę przed niewiadomą, która była wciąż przede mną. Rozejrzałam się wokół i włożyłam klucz pod wielką donicę z ukochanymi przez mamę hostami. Zatrzymałam się na wysokości furtki i po raz ostatni obróciłam głowę w stronę pustych i ciemnych okien domu. Dopiero kiedy poczułam, że zaczynają mnie piec powieki, wcisnęłam ręce głęboko w kieszenie dżinsów i ruszyłam do samochodu, pewna, że już nigdy więcej nie ujrzę tego widoku. Nie będę szukała w oknach odbicia mamy, która macha mi ręką na pożegnanie, kiedy spieszę się do pracy, nie otworzy mi furtki tata, bo właśnie szedł po świeże bułki do kolacji, kiedy wypompowana wracałam z podróży. Sięgnęłam po chusteczkę do nosa i otarłam łzy. Dobrze, że nie zrobiłam makijażu, znowu by popłynął… Zamykana furtka skrzypiała niemiłosiernie. Nienaoliwione kute zawiasy zdążyły już przerdzewieć. Nowi właściciele będą musieli włożyć trochę pracy w takie szczegóły. Dla mnie pozostały one bardzo ważną pamiątką, która z chwilą przekroczenia progu posesji zaczęła stanowić nieodzowny element tej karty wspomnień w mojej głowie. Wsiadłam do samochodu i wsłuchując się jeszcze przez chwilę w równą pracę zapalonego wcześniej silnika, zbierałam siły, by ruszyć z miejsca. Jakbym miała jakieś wątpliwości, a może nadzieję, że ktoś wybiegnie za mną z domu i krzyknie co najmniej „Niespodzianka!”. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Ruszyłam w zamyśleniu i skierowałam się po raz ostatni na cmentarz. Zerknęłam we wsteczne lusterko, Dawid spał, nieprzyzwyczajony do takich porannych podróży. W aucie panowała zupełna cisza, jeśli nie liczyć dźwięku wentylacji pompującej do środka ciepłe powietrze, co uspokajało i dawało mi chwiejne poczucie bezpieczeństwa, jakbyśmy wciąż byli w domu. Podjechałam pod bramę cmentarza, przez chwilę wpatrywałam się w uśpione, ukryte w porannej mgle nagrobki. Widok nieco przerażający, jednak strząsnęłam z siebie tę myśl. Przecież szłam do moich rodziców. Zgasiłam samochód i zamknęłam Dawida wewnątrz. Sunęłam ospale piaskową aleją, wdychając silny zapach wilgoci i zgniłych liści mieszający się z wonią śmierci i wosku z wypalonych świec. Rodzice leżeli w starej części tego liczącego kilkaset lat cmentarza, którego większą część ocieniały rozrośnięte topole i strzeliste modrzewie. Drżenie ich nagich witek wprawiało w niesamowity nastrój oczyszczenia i skłaniało do bezwolnego pogodzenia się z losem. Siadłam na nagrobku i zasłuchana w szept olbrzymich drzew wpatrywałam się bezmyślnie w wykute w marmurze podobizny uśmiechających się i wpatrzonych w siebie ludzi, moich rodziców. Przełknęłam głośno ślinę w obawie, że moje emocje za chwilę wydostaną się na zewnątrz i znowu się rozpłaczę. Zrobiłam się bardzo wrażliwa, płakałam niemal na każdym kroku, choć naprawdę robiłam, co mogłam, próbując panować nad emocjami.

– Wyjeżdżam – powiedziałam do nich głośno i zerknęłam w stronę samochodu. Uspokojona bezdźwiękiem zaczęłam snuć swoją opowieść, tłumacząc się z podjętych decyzji w nadziei, że może teraz, kiedy wszystko zostało postanowione, uzyskam od nich jakiś znak. Jakąś wskazówkę. Naiwne. Siedziałam tak z nimi przez godzinę, wspominałam, rozmawiałam. Opowiadałam o wydarzeniach ostatnich dni, nawet chwilami zapominałam, że jestem na cmentarzu. Kiedy jednak uświadomiłam sobie ten przygnębiający fakt, ponownie otarłam łzy z twarzy i w pośpiechu, jakby zawstydzona, odeszłam. Pożegnałam się z rodzicami. Już nigdy tu nie wrócę, by spojrzeć na ich uśmiechnięte, patrzące na siebie z marmurowymi rumieńcami ich wiecznej miłości twarze. To był koniec tego rozdziału.

W miarę jak oddalaliśmy się od domu, jak mijane drzewa, domy i miasta stawały się coraz bardziej obce, odnosiłam wrażenie, że pozostawiam za sobą wszystko, co mnie przerażało i czemu nie potrafiłam tak naprawdę stawić czoła. Nabierałam przekonania i wiary w to, że zdołam udźwignąć ciężar, jakim jest budowanie życia od nowa, z dala jednak od miejsca, które wyrzuciło mnie poza nawias żyjącej tam społeczności. Wystarczyło tylko obudzić się z letargu i stanąć ponownie naprzeciw tego, co niosło mi życie. Z radia cicho płynęła muzyka… Zbieg okoliczności, a może tlące się i dla mnie blade światełko w tunelu?

My spirit’s sleeping somewhere cold. Until you find it there and lead it back home*.

Może naiwnie, ale w tamtym momencie odbierałam ten kawałek jak zielone światło. Dobrze postąpiłam, sprzedając dom, już nigdy nie odwrócę głowy w kierunku miejsca, w którym spotkała mnie moja tragedia. Człowiek jest w końcu stworzeniem zdolnym do wielu poświęceń, ale też potrafi się posunąć do najgorszych zbrodni. Potrzeba mu tylko jakiegoś bodźca, może w imię religii, przekonań albo przynajmniej zaspokojenia swoich żądz, którymi usprawiedliwiłby swoje nawet najgorsze posunięcia. Choć brak wzniosłego bodźca, który popycha do działania, też stanowi swego rodzaju motywującą siłę. Jeśli miałabym popaść w depresję z powodu przebywania nadal w tym domu, wolałam podjąć ryzyko i przeciwstawić się powolnej agonii naszego istnienia. A chcąc ratować życie, przejawiałam przecież zapał do stawiania czoła przeciwnościom. Trzymałam się tego przekonania jak ćma uderzająca uparcie w abażur zapalonej lampy. Podjęłam słuszną decyzję. Co prawda nie miałam zamiaru popadać w skrajności i sprawdzać, jak daleko byłabym gotowa się posunąć, jednak nie mogłam też się poddać i biernie czekać, aż pojawią się moi oprawcy, by zakończyć to, co zapowiedzieli, że zrobią. Byłam trochę jak zaszczute zwierzę, jednak im dalej od miejsca, w którym wciąż tkwiły nasze rozpacz i ból, tym większej siły i chęci do życia nabierałam. Jeszcze tliły się we mnie poczucie godności i duch walki, co odkrywałam nie bez radości. Nie zamierzałam się poddać tak łatwo. Nie mogłam. Podbudowana tyradą własnych przekonań, które sama na potrzeby nadchodzących zmian w sobie kształtowałam, spojrzałam we wsteczne lusterko. Moje oczy, choć smutne, lśniły nowym blaskiem. Jechałam na południe, od wschodu powoli unosił się jeszcze blady, choć już rumieniący się na krawędziach, przedświt dnia. Na twarz padały mi jasne smugi światła. Skinęłam do siebie głową i unosząc brwi, westchnęłam.

– Dobrze będzie, Aga. – Liczyłam chyba na to, że dodam sobie otuchy, mamrocząc pod nosem.

Zwróciłam wzrok w stronę fotelika. Dawid patrzył na mnie zaspanymi oczami.

– Hej, zaskoczyłeś mnie, mój mały podróżniczku! – powitałam go zadowolona.

– Aga, dokąd my jedziemy?

Rozbudzony, z niepokojem rozglądał się wokół. Byliśmy już daleko, z pewnością dlatego poczuł się zdezorientowany. Wyglądając przez okno, szukał jakiegoś punktu, który wydałby mu się znajomy i umiejscowił jego emocje na stabilnym poziomie. Ustawiłam wsteczne lusterko tak, bym mogła widzieć jego różową buźkę, musiałam mu wytłumaczyć po raz kolejny nieuniknione zmiany w naszym życiu, tak by go nie przestraszyć. Doszłam do tej prostej konkluzji po kilku porażkach, kiedy mój mały brat wpadał w czarną rozpacz, a ja, zamiast użyć oczywistego wytłumaczenia, posługiwałam się utartymi sloganami typu: spokojnie, wszystko będzie dobrze.

– Rozmawialiśmy już na ten temat, pamiętasz? Teraz będziemy mieszkali w innym miejscu. Będziesz miał nowych kolegów, pójdziesz do nowego przedszkola. Zobaczysz, znajdziemy dla ciebie nowy plac zabaw. W twoim starym przedszkolu nie było takiego – snułam fantazje na temat naszego nowego domu. Moja twarz i gesty przybierały różne formy, by go zainteresować i obudzić w nim chęć poznania tego nowego, trochę wyidealizowanego miejsca.

– A czy ciocia Ewa z Kacprusiem nas odwiedzą? Czy powiedziałaś im, dokąd jedziemy?

Westchnęłam zaskoczona. Czasami jego spostrzegawczość i uwagi zdumiewały mnie tak, że nawet najsilniejsze postanowienia, by traktować go jak dziecko, zdawały się z góry nietrafione i nieuczciwe. Prawda była taka, że wszystko we mnie krzyczało, żeby powiedzieć komukolwiek o decyzji opuszczenia naszego domu, ale nie mogłam tego zrobić! Nie mogłam lekkomyślnie dzielić się z kimkolwiek swoimi planami. Wiedziałam, że nie było to uczciwe wobec bliskich. Ewa bowiem zasługiwała na to, by poznać prawdę. Jednak uznałam, że byłoby to, najkrócej mówiąc, balansowanie nad przepaścią i szafowanie ich życiem. Dlatego zrezygnowałam. Pozostawiłam jedynie w jej skrzynce krótką wiadomość o naszym wyjeździe. Chyba tylko ze względu na dobre relacje z moją kuzynką pozostawiłam ślad naszego istnienia. Ewa z pewnością będzie chowała urazę, ale trudno, tę ofiarę byłam gotowa ponieść. Tylko ona jeszcze była dla mnie ważnym członkiem rodziny, choć tej dalszej. Ponownie się rozmarzyłam… Myśląc o nich, czułam się dobrze, ich wspomnienie docierało do tej sfery, w której zamknęłam poczucie bezpieczeństwa i szczęścia, bo byliśmy ze sobą naprawdę blisko. Nasze relacje mogły uchodzić nawet za nieco śmieszne. Potrafiliśmy kontaktować się ze sobą kilka razy w ciągu dnia. Chociażby po to, by zapytać, jak mija dzień, albo by się upewnić, że wszystko jest w porządku. Wciąż pojawiały się nowe tematy, które chcieliśmy omówić. Dyskusjom w naszym domu nie było końca.

Może dlatego tak wierzyłam w moc słowa? Zawsze uważałam, że jedyną drogą do porozumienia jest rozmowa. To ona zbliża ludzi do siebie, łagodzi waśnie i umożliwia spojrzenie na tę samą sprawę, a nawet osobę, w zupełnie inny sposób. Szkoda tylko, że dar, jakim są słowa, często wykorzystujemy jako swoją broń. Coś, co jest darem, staje się przekleństwem w ustach naszych wrogów. Na moim niebie ponownie zagościł obraz przeszłości, tym razem tej bolesnej. Wpatrywałam się skupiona w drogę przed nami i usilnie próbowałam skierować myśli w nieco bardziej optymistyczne rejony.

– Aga? Ciocia przyjedzie do nas? – wyrwał mnie z zamyślenia głos Dawida. Ile jeszcze razy ten maluch zaskoczy mnie swoją dojrzałością? – pomyślałam.

– Ciocia, kochanie, nie wie, dokąd wyjechaliśmy. Ale powiem jej o tym, kiedy już znajdziemy sobie nowy domek. I jestem pewna, że nas odwiedzi. Ale my teraz mamy ważne rzeczy do zrobienia, prawda? Musimy znaleźć sobie dom, z nowymi zabawkami i dużym telewizorem. Co ty na to? Chciałbyś mieć duży telewizor?

– Tak. I dużo zabawek. Chciałbym moje zabawki. Zabrałaś moje zabawki, Aga?

– Zabrałam, Dawid. Wszystko zabrałam.

– A gdzie będzie nasz nowy dom?

Gdzie będzie nasz nowy dom? To pytanie powtarzałam jak mantrę przez ostatnich kilka tygodni. Dokąd się przenieść, gdzie będzie nam dobrze, bezpiecznie? Gdzie będziemy mogli żyć tak, by zapomnieć o tej jednej chwili, która pchnęła nas w najciemniejszy róg ludzkiej podłości, znieczulicy naszego prawa tworzonego przez takich samych oprawców jak ci, przed którymi to prawo powinno nas chronić?

Czułam się oszukana, okradziona z tego, co w moim życiu było najcenniejsze, pozostawiona sama sobie z burzą gniewu i lęku na samą myśl o tym, co nas spotkało. Ile człowiek jest w stanie znieść, jak wiele wycierpieć, by nie stracić wiary w ludzi? To mnie zastanawiało. Kiedy przeglądałam wydarzenia minionych miesięcy, coraz częściej rodziła się w moich myślach wątpliwość, czy uda mi się zaufać po raz kolejny.

– Jedziemy w góry, Dawid. Tam będziemy mieszkali. Wysoko, daleko. Blisko słońca, mamy i taty. Wiesz, nim pójdziemy rano do przedszkola, zaraz po śniadaniu będziemy stawali w oknie i spoglądali w niebo. Tam, gdzie będzie nasz dom, nikt już nie zrobi nam krzywdy, a mama i tata będą bardzo blisko nas.

– Bo my będziemy wysoko?

– Tak, właśnie tak.

Uśmiechnęłam się do swoich myśli. Gdyby wszystko było tak nieskomplikowane, jak jego spojrzenie. Gdyby każdy z nas krył w sobie choć cząstkę Małego Księcia, na pewno potrafilibyśmy dostrzec, że kapelusz wcale nie jest kapeluszem. Jednak my z upływem czasu gotowi jesteśmy szukać wytłumaczenia każdej, nawet oczywistej, prawdy.

Prawda–Fałsz, Nagroda–Kara, Życie–Śmierć. Niewykluczone, że dorastając, z wiekiem sami spłycamy naszą percepcję i ograniczamy spojrzenie tylko do tych spraw, które potrafimy pojąć i wytłumaczyć. A szkoda…

Mądry dzieciak z tego mojego brata.

Droga zatem upływała pod żaglami rozwiewania jego wątpliwości na temat zabawek, przedszkola i kosmitów, bo skoro niebo miało się znajdować tak blisko nas, to kosmici również mogli nas odwiedzać, rozumował Dawid.

W gruncie rzeczy to my mieliśmy być jak kosmici w obcym miejscu, puentowałam jego myśl.

Powoli ogarniało mnie zmęczenie. Podróż z małym dzieckiem to prawdziwe wyzwanie, zatrzymywaliśmy się na śniadanie, obiad i jeszcze kilka małych przystanków, kiedy mojemu Dawidowi zachciało się siku. Na koniec zatrzymałam się w McDonaldzie, gdzie Dawid spałaszował kolację. Zapomniałam zrobić mu kanapki na drogę i zabrać jakieś przekąski, by skupić jego uwagę jeśli nie na zabawie, to na jedzeniu, dlatego chyba był już znudzony naszą podróżą. Ja zamówiłam tylko kawę. Wyszłam przed budynek zapalić. Wokół kręciło się sporo dzieci z rodzicami. Rozwrzeszczane maluchy skupiały moją uwagę, więc przynajmniej przez chwilę nie grzebałam w pamięci. Dawid wyszedł w końcu i pobiegł na plac zabaw przy restauracji. Nie zatrzymywałam go świadoma, że musi się zmęczyć, spalić skupioną przez tak długą podróż energię. Cały dzień spędzony w samochodzie musiał być dla takiego malucha udręką. Przyglądałam mu się, kiedy biegał zadowolony z innymi dziećmi. Był zupełnie jak one, trochę dojrzalszy, może tylko momentami patrzący na życie zupełnie jak człowiek dorosły. Ale takim bagażem został obarczony.

Kiedy po kolejnej godzinie ponownie wsiedliśmy do samochodu, nie potrzebował wiele czasu, by najedzony i zmęczony zabawą usnął w swoim fotelu. Włączyłam cicho radio, nie chcąc dłużej zgłębiać wciąż dręczących mnie pytań o słuszność decyzji, które notabene były przecież nieodwołalne. Chciałam już tylko odpocząć, a wciąż pozostawało nam kilkadziesiąt kilometrów, by dojechać na miejsce. Krajobraz za oknem nabierał zupełnie innych kształtów, bryły domów stawały się stopniowo coraz ostrzejsze i bardziej rozłożyste, wyglądały dostojniej niż te, do których przywykłam w moich stronach. Kolory przykuwały uwagę swoją intensywnością. Pola uprawne przeplatane łąkami tworzyły niezwykły wzór przypominający patchwork na kanapie mojej babci. Jesienią ten pejzaż z pewnością zapierał dech w piersiach. Zapadał zmrok, wciąż jednak widziałam rysujące się w oddali pierwsze zamglone, coraz wyższe wzgórza i góry. Byłam bardzo podekscytowana. Uwielbiałam góry. Kiedy jeździliśmy do rodziny na południe i moim oczom ukazywały się w końcu wyczekiwane szczyty otulone mgłą, zawsze krzyczałam do rodziców „Patrzcie, patrzcie, zabite góry!”. Zerknęłam do tyłu, chcąc pokazać Dawidowi ten oszałamiający widok, ale maluch wciąż smacznie spał. Postanowiłam wykorzystać ten moment i zatrzymałam samochód na stacji benzynowej po raz ostatni. Zmęczenie dawało mi się we znaki, nieprzespana noc i dręczące mnie przygnębienie potęgowały uczucie znużenia. Jechaliśmy już niemal trzynaście godzin. Cóż, wciąż wielu rzeczy musiałam się nauczyć: gdybym pomyślała o kanapkach, z pewnością nie musiałabym zatrzymywać się tak często. Matkowanie młodszemu bratu w moim wykonaniu wciąż pozostawiało wiele do życzenia, jednak moje niedoskonałości nie pozbawiały mnie chęci sprostania temu wyzwaniu. A poza tym nie zastanawiałam się nad upływającym czasem, zatrzymując się tyle razy w ciągu dnia. Właściwie dlaczego miałabym brać to pod uwagę? Nikt nigdzie na nas nie czekał, nie mieliśmy do czego się spieszyć. Kiedy jednak zapadł zmrok, inaczej odbierałam już tę kwestię. Wszyscy udali się do swoich domów, mijane okna zaczynały kolejno rozbłyskiwać światłami, podczas gdy my, jak dwie bezdomne, niechciane istoty, wciąż przemierzaliśmy naszą drogę donikąd. Kupiłam kawę i mocno zaciągnęłam się papierosem. Mimo wiosny wciąż było chłodno. Wpatrzona w zawartość piankowego kubka przyglądałam się pierścieniom napoju uderzającym o jego ścianki. Ręce mi drżały, dlatego zapięłam kurtkę i postawiłam jej kołnierz, otulając się szczelnie. Moją uwagę zwróciło kilkoro dość głośno zachowujących się dzieciaków w przeciwległym rogu, gdzie stało kilka zdezelowanych ławek i powyginana nienaturalnie karuzela. Dla nich przesiadywanie na stacji paliw było jedyną rozrywką w okolicy. Pomyślałam o nas, o mnie i moim życiu, które jedna nieprzemyślana decyzja pozbawiła zupełnie kolorów. Czy i my z Dawidem staniemy się teraz częścią takiej bezimiennej masy, wtopimy się w pejzaż miejsca, w którym się zatrzymamy? Wsiąkniemy gdzieś, głęboko ukryci, drżący na dźwięk wypowiadanego imienia w obawie, że nasz czas już się skończył? W moim sercu na powrót zagościł znajomy lęk. Byliśmy już tak daleko… Nie znałam tu nikogo, a gdyby okazało się nagle, że potrzebujemy pomocy, ja bądź Dawid, bylibyśmy zdani tylko na siebie. Nie było opcji powrotu, bo nie mieliśmy już dokąd wracać. Zacisnęłam zęby na miękkiej bibułce papierosa i pociągnęłam mocno. Oczy zaszły mi mgłą, przez moment wydawało mi się, że to nie strach. Przepełniła mnie złość, zupełnie nowe uczucie, które tchnęło na krótką chwilę dziwne pobudzenie w moje członki. Przestąpiłam kilkakrotnie z nogi na nogę, by potem obrócić się wokół. Ścisnęłam niedopałek w palcach i strzeliłam nim w trawę tuż naprzeciwko. Sprzedałam dom, pochowałam rodziców i uciekłam! Musi mi się udać, bo nie mam już dokąd uciekać! Mój umysł cedził złowieszcze myśli, a usta szeptały słowa niczym groźbę przeciw krzywdzie, która nas dotknęła. Głośny śmiech jednego z dzieciaków wyrwał mnie z tego nowo poznanego stanu buntu. Oparłam się o drzwi samochodu i zamrugałam kilkakrotnie powiekami.

– Weź się w garść, dziewczyno! – powtórzyłam pod nosem i wsiadłam pospiesznie do samochodu.

Dochodziła dwudziesta. Zaparkowałam auto na krawężniku pod latarnią w małej turystycznej dolinie. Nie zauważyłam jej nazwy, nagle zrobiło się ciemno, a ja naprawdę nie miałam już siły walczyć ze snem. Dotarcie do tego miejsca zajęło nam przecież tyle czasu. Tata parsknąłby śmiechem, gdyby to usłyszał. Był dobrym kierowcą i wciąż powtarzał, że brakuje mi determinacji do prowadzenia auta. Miałby powód do żartów. Rozglądając się wokół, zastanawiałam się, czy odległość, którą pokonaliśmy, wystarczy, by nasza dalsza egzystencja pozostała niezauważona. Pochyliłam się nad fotelem pasażera, chcąc zajrzeć w okna stojącego po drugiej stronie domu, i poddałam się ogromnej samotności ściskającej moje piersi. Wszędzie panowała cisza. Wszyscy zamknęli się już w bezpiecznych domach, gdzieniegdzie tylko dało się słyszeć szczekającego psa. Rzuciłam okiem na tarczę zegara, mieliśmy jeszcze jakieś dziesięć godzin, nim pojawią się pierwsi przechodnie, dla których wydałabym się raczej patologicznym przypadkiem, śpiąc z dzieckiem w samochodzie. Dlatego nastawiłam budzik w telefonie i przeszłam na tylny fotel do Dawida. Okryłam go szczelnie kocem i sama wtuliłam się w jego ciepłe ciałko. Otworzył na moment oczka i zaspanym głosem mruknął mi prosto w twarz:

– Czy już jesteśmy w tych górach? Dojechaliśmy, Aga?

Przygładziłam jego miękkie włoski i potarłam nosem o jego policzek, w dalszym ciągu wpatrując się w okno przed sobą. Tuż przed naszym samochodem mrugała popsuta latarnia. Sceneria jak z horroru. Zdjęłam gumkę z włosów i pozwoliłam im opaść swobodnie na ramiona.

– Jesteśmy, kochanie. Dojechaliśmy…

Zasnęłam, słuchając jego spokojnego oddechu.

 

 

– Mamo, dlaczego siedzisz w tym samochodzie?

Łykam powietrze, zupełnie jakby coś starało się pozbawić mnie oddechu. Wszędzie unoszą się ciemne kłęby dymu. Oczy zaczynają mi obficie łzawić, a skóra na twarzy piecze, kiedy podchodzę niebezpiecznie blisko do ich samochodu.

– Nie mogę otworzyć drzwi. Córciu, zajmij się Dawidem. Nie wiem, dokąd poszedł tata, ale poczekam na niego tutaj. Ty idź do brata. Musisz dbać o niego…

– Mamo, ten samochód się pali! Wysiądź z niego, proszę cię. Pójdziemy obie poszukać taty, tylko wysiądź! – W narastającej panice nie zwracam uwagi na palący moje dłonie ból. Szarpię za klamkę, czując opór w ramionach.

– Idź już, córciu, idź.

Kopię w drzwi i w popłochu szukam jakiegoś kamienia, czegokolwiek, co pozwoliłoby mi wybić szybę dzielącą mnie od mamy. Wpadam w panikę. Jeśli ich nie otworzę, mama spłonie wewnątrz. Zaczynam krzyczeć, uderzam w szybę ciężkim kamieniem. Bezskutecznie. Boże, pomóż mi…

 

 

Strach poderwał mnie w fotelu. Natychmiast dotarła do mnie beznadzieja mojego położenia. Zupełnie jakby ktoś zdarł ze mnie ubranie i wystawił na widok publiczny. Zdezorientowana rozglądałam się wokół, dysząc ciężko. Podkoszulek przykleił się do moich pleców, a paznokcie zaciśniętych dłoni wpijały się w miękką skórę. Czy to się, kurwa, nigdy nie skończy? Zgniotłam przekleństwo w niemym krzyku. Te płytkie koszmarne sny wykończą mnie prędzej, niż mi się wydaje…

Jakby mało było mojego upokorzenia i rozpaczy, ujrzałam stojącą przy drzwiach samochodu kobietę. Skóra ścierpła mi na karku i gotowa byłam przysiąc, że włosy uniosły mi się na głowie. Starsza pani, widząc, że się obudziłam, pochyliła się jeszcze niżej i z szerokim uśmiechem pukała w okno, zachęcając mnie do uchylenia szyby. Mierzyłyśmy się wyczekującymi spojrzeniami. Niezupełnie potrafiłam ocenić zaistniałą sytuację. Właściwie miałam dziwne przeczucie, że z chwilą otwarcia dzielących nas drzwi wydarzy się coś nieoczekiwanego, choć nie miałam pewności, czy koniecznie coś złego. Może to jedna z tych pobożnych staruszek, która widząc mnie z dzieckiem w samochodzie, zawiadomiła już policję i starała się zająć mnie czymś do czasu jej przyjazdu? Boże – pomyślałam – zabiorą mi Dawida… Chcąc pobudzić się do działania, poprawiłam włosy drżącymi rękami i zerknęłam ukradkiem na zegarek na desce. Było pół do szóstej.

– Czy mogę pani w czymś pomóc?

Skóra na karku ścierpła mi ponownie ku mojemu nieskrywanemu niezadowoleniu, a moim ciałem wstrząsały dreszcze. W samochodzie było zimno, choć tak naprawdę nie miałam pewności, czy to nie był strach. Wpatrzona w twarz kobiety zastanawiałam się, jaki kolejny krok wykona. Czy zrobiła cokolwiek, zanim zapukała w szybę samochodu? Wyobraziłam sobie całą niezręczność sytuacji, gdyby pojawiły się tu: radiowóz, opieka społeczna albo jeszcze inny organ chętny układać życie mojemu bratu. I cała nasza wyprawa, nasze nowe życie zakończyłoby się szybciej, niż gotowa byłam pomyśleć. W końcu jednak, widząc, że kobieta nie zamierza reagować na moje pytanie, otworzyłam drzwi i stanęłam naprzeciw niej.

– Czy coś zrobiłam nie tak? Stoję na pani miejscu?

Litości, ale argument – skarciłam się w myślach.

– Pani śpi w samochodzie? Z małym dzieckiem?

Odwróciłam się w stronę Dawida i chcąc ukryć drżenie ciała, splotłam ręce na piersi. Przesłoniłam widok śpiącego dziecka swoim ciałem i przestępując z nogi na nogę, wlepiłam w nią przestraszone spojrzenie. Nie chciałabym widzieć swojego wyrazu twarzy. Z pewnością wyglądałam okropnie, co mogłam wywnioskować, patrząc w twarz tej niskiej, właściwie bardzo poczciwie wyglądającej kobiety, która pobłażliwie pochylała głowę na boki i składała dłonie, zupełnie jakby zamierzała się modlić.

– Nie bardzo miałam dokąd pójść. Dojechaliśmy późno, kiedy wszyscy już byli w domach. Tak naprawdę nie mam nawet pewności, gdzie jesteśmy, bo nie zauważyłam po drodze znaku i nie zarezerwowałam nigdzie miejsca, więc to było jedyne wyjście z sytuacji. Przepraszam, ale to tylko tak źle wygląda…

Widok tej kobiety ubranej w kolorową spódnicę i białą bluzkę, z włosami ukrytymi pod haftowaną chustą, przywiódł nagle wspomnienie bajki o Pyzie, którą oglądałam jako dziecko. Nie poprawiło to wcale mojego nastroju, wręcz przeciwnie – poczułam się jeszcze bardziej sponiewierana przez los. Powieki zaczęły mnie piec, a głos ugrzązł w gardle. Powoli zaczynały mi przeszkadzać te nawracające coraz częściej stany histeryczne. Nie potrafiłam zachować nawet pozornej obojętności, mając przed oczami to, co mogło lada chwila się stać.

– Nie masz za co przepraszać, dziecko. Chodzę tu po zakupy, a dziś wyszłam trochę wcześniej, bo mój syn wyjeżdża. Muszę mu kupić świeże pieczywo. I odnoszę wrażenie, że dobrze się stało, że przechodziłam właśnie tędy.

Wystarczyło kilka chwil, by poznać historię rodzinną kobiety. Zabawne. Stałam przed nią, drżąc na samą myśl o dramacie tej sytuacji, a ona ni stąd, ni zowąd opowiedziała mi o swoim życiu. Niektórzy ludzie są wyjątkowo wylewni.

– Jeśli szukasz pokoju, to zapraszam do mnie. To jeszcze kawałek drogi stąd, w górę za lasem, ale znajdziesz tam spokój i ciszę. A wy, turyści, po to do nas jedziecie, nie tak? – Uśmiechała się ciepło, poklepując mnie przyjacielsko po ramieniu. – A poza tym nie jest bezpieczne w tych czasach, nawet tu u nas, tak spać w samochodzie – dodała, pochylając ponownie głowę.

Znowu zapadła cisza, ale nie zauważyłam w jej oczach ani odrobiny niezadowolenia czy pogardy. To chyba pierwsza osoba od tragicznych zdarzeń, która potraktowała mnie jak normalnego człowieka.

– Chętnie skorzystam ze spokoju i ciszy. – Odwzajemniłam niepewnie uśmiech, bo nie byłam w stanie wykrzesać z siebie nic bardziej twórczego czy miłego. Próbując ukryć coraz silniejsze drżenie ramion, zwróciłam się w stronę samochodu. Za obietnicę ciepłego łóżka pojechałabym za tą kobietą bez słowa. Ucięłam ciskające się w mojej głowie myśli.

– Proszę bardzo. Zabiorę tylko samochód i możemy ruszać. – Odwróciła się i kołysząc zamaszyście biodrami ukrytymi pod kwiaciastą spódnicą, wskazała ręką samochód stojący po przeciwnej stronie ulicy. Wsiadłam pospiesznie do auta, odkręciłam ogrzewanie i ruszyłam za moją wybawicielką pod wskazany adres.

Droga pięła się pośród drzew. Krajobraz zmienił się całkowicie zaledwie w ciągu jednego dnia. Była to dla nas wielka odmiana. Nizinne połacie łąk zamieniliśmy na pagórki i ogromne szczyty niemal cały rok pokryte śniegiem. Nawet lasy wyglądały tu zupełnie inaczej. Drzewa porastające zbocza wzgórz z powyginanymi pniami, tak by zachować pion i niewzruszoną postawę, wyglądały bardzo dostojnie. Uchyliłam okno i wciągnęłam w płuca rześkie powietrze. Jego świeżość i chłód wniknęły we mnie mocno i zdecydowanie. Czułam ogarniające mnie orzeźwienie, a impulsy rozkoszy, które rozpierzchały się po ciele, powodowały dodatkowo dreszcze przebiegające pod swetrem. Dostałam gęsiej skórki i przez moment czułam się jak dziewczynka, której udało się wymknąć z domu mimo zakazu rodziców. Taka wolna i niezależna. Niczym nieskalana przyroda pobudzała moją wyobraźnię. Nabrałam dziwnego przekonania, że znalazłam się w miejscu, gdzie nic, co ludzkie, co do tej pory stanowiło moją codzienność, nie znajdzie mnie pośród tych olbrzymich, leniwie szumiących drzew i między tymi górami. Zupełnie jakbym się znalazła w innym świecie, lepszym, bezpieczniejszym i wolnym od zmartwień. Po prawej stronie snuł się żwawo wśród drzew mały strumyk. Jego szum gwałtem wdzierał się pomiędzy ptasie trele, od których las zdawał się aż kipieć. Tak dźwięczy życie – pomyślałam podekscytowana. Niewyobrażalne kontrasty cieni i światła przedzierającego się przez korony wielkich buków rozkochiwały mnie w sobie natychmiast z każdym kolejnym oddechem rozpływającym się po moim ciele. Obraz jak z książek do religii. W samochodzie zrobiło się chłodno, moje ciało się prężyło, sutki stwardniały. Ten widok pobudzał mnie niemal fizycznie… Ciekawe, czy są tu niedźwiedzie.

Przede mną powoli sunęła swoim małym jimnym moja gospodyni. Ale siedziała obok kierowcy, ktoś inny prowadził auto. Może jej syn? Może mąż. Bardzo sprawnie omijał wystające z ziemi korzenie. Czego nie można było powiedzieć o mnie, choć mój van dzielnie znosił wszystkie nierówności nawierzchni.

– Będziesz musiał się do tego przyzwyczaić, mój drogi samochodziku – szepnęłam w euforii. I zupełnie nagle w mojej głowie wybuchła niebanalna myśl, że chciałabym tu zostać. Właśnie tu. Właściwie zdecydowanie byłam zwolenniczką gór. Bałam się wody. Zawsze wydawała mi się taka nieokiełznana i bezwzględna. Zanim jednak poniosła mnie fantazja, szybko strząsnęłam z siebie ten pomysł. Natychmiast również zgromiłam się za lekkomyślność. Wystarczyło, że zaryzykowałam spanie w samochodzie pod oknami mieszkańców. Tak nieprzemyślane idee mogły chodzić po mojej głowie jakiś czas temu. Teraz powinnam się kierować innymi względami niż pobłażanie moim nietrafionym pomysłom, miałam przecież Dawida. Nie potrafiłam jednak zignorować tej niewinnie lśniącej lampki w mojej głowie i wciąż obracałam myśl, że to jest właśnie to miejsce. Dawid obudził się tymczasem i rozglądał się wokół zaspanymi oczkami.

– Gdzie jesteśmy? Jestem głodny i chce mi się siku…

– Już jesteśmy na miejscu, kochany… Za chwilkę zjemy śniadanko. Jeszcze odrobina cierpliwości.

Eksplozja wrażeń i emocji, które aż podrywały mnie na fotelu, udzieliły się Dawidowi. Rozglądał się z zainteresowaniem. Moja gospodyni odwróciła się do tyłu i pomachała do nas zadowolona. Ile mogła mieć lat? Około sześćdziesięciu? Wydawała się bardzo energiczna. Chyba rozmawiali na nasz temat, kierowca rzucał co jakiś czas okiem we wsteczne lusterko i przyglądał się nam.

– Popatrz, Dawid, sarna stoi między drzewami! – niemal krzyknęłam podekscytowana. Pochłonięta bez pamięci rejestrowaniem tego, co widziałam, zapomniałam o domu i rozterkach, które jeszcze kilka godzin temu trawiły moje serce. Ewoluowałam.

– A gdzie? Pokaż! Ojej, widzę…

Dojechaliśmy na miejsce. Naszym oczom ukazał się piękny drewniany dom o często spotykanym w tej okolicy stromym dachu. Był duży i rozłożysty. Ludzki twór wpasowany zgrabnie w tę głuszę. Prezentował się dosyć okazale, choć otoczony lasem, leniwie rozpostartymi górami w tle, wyglądał jak niepozorny drobiazg wpisany w naturalny krajobraz. Zupełnie jak nasza dwójka poszarpanych przez los ludzi w tym niebanalnym, harmonijnym krajobrazie – zawyrokowałam. Byliśmy urzeczeni. Niby góry nie były dla nas czymś, co widzieliśmy po raz pierwszy, lecz ich fenomen polega według mnie na niepowtarzalności. Mówiąc: góry, miałam na myśli te domy, lasy, życie toczące się w sobie tylko właściwym rytmie. Sposób, w jaki żyje się w górach, znaliśmy co prawda zaledwie z kilkutygodniowych wakacji, które spędzaliśmy tu z rodzicami, ale to wystarczyło, by wiedzieć, że był on zupełnie inny niż rytm życia, do którego przywykliśmy. Nikt tu nie pracował w takim pędzie, nikt nie deptał innych, by osiągnąć postawiony sobie cel. Tu wszystko biegło spokojniej, wolniej. Zawsze odbierałam to bytowanie tak, jakby ktoś odtwarzał czarno-biały film w zwolnionym tempie. Niesamowite.

Co wcale nie stawiało górali w gorszym świetle. O nie, nie to miałam ma myśli. W górach ludzie również pracowali, i to ciężko, również zarabiali i mieli swoje potrzeby. Może po prostu kierowało nimi zdrowsze podejście do życia i sposobu korzystania z tego, co zostało nam dane?

W mojej głowie następowała istna eksplozja myśli. Obawiałam się, że emocje, które obudziło we mnie to miejsce, były wprost wymalowane na mojej twarzy. Zerknęłam w lusterko. Oczy mi płonęły dawno niewidzianym żarem, a na moich policzkach zagościł różowy pąs. To jest dopiero efekt WOW – pomyślałam i roześmiałam się sama do siebie.

Dojechaliśmy w końcu na miejsce, wysiadałam z samochodu, starając się zachowywać powściągliwie. Obrzuciłam wzrokiem okolicę i otworzyłam drzwi Dawidowi. Wyskoczył rozentuzjazmowany z auta i stanął obok mnie. Wsunął swoją małą rączkę w moją dłoń i oparł się o mnie, skrywając się lekko pod moim ramieniem. Przyciągnęłam go do siebie i głaskałam po włosach. Sprawiał wrażenie nieco oszołomionego tak nagłymi zmianami, a może również nieufnego? Nasza gospodyni wydawała tymczasem komendy kierowcy. Jeszcze siedząc w samochodzie, oddała mu zakupy, i poprawiając fałdy spódnicy, podeszła do nas. Widząc, że obserwuję mężczyznę, spojrzała w ślad za moim spojrzeniem.

– To mój syn Bartek. Pomaga mi w pensjonacie. Później wam go przedstawię. Pewnie jesteście głodni? Wejdźmy do środka. – Kobieta przyglądała mi się badawczym wzrokiem, a wskazawszy kierunek, zatrzymała wzrok na Dawidzie. – A jak ty masz na imię? – Pochyliła się lekko nad nim.

– Jestem Dawid. Proszę pani, my będziemy mieszkali w górach. Aga powiedziała, że tu jest wielki plac zabaw. Widziała go pani?

No tak, małe dzieci są czarująco wylewne. Po raz kolejny poczułam, że płonę.