Wyspa Mgieł - Maria Zdybska - ebook

Wyspa Mgieł ebook

Maria Zdybska

4,3

Opis

Czasami dwie dusze łączy więź silniejsza niż śmierć.

Ona – przybrana córka pirata, uratowana z morskiej kipieli. W jej przeszłości ukryty jest klucz do potężnej mocy, która może przynieść wybawienie lub zgubę.

On – potężny mag, wyrzutek, arogant i sybaryta. Od lat poszukuje, choć sam nie wie, czego i dlaczego.

Kiedy jednak ich drogi się spotykają, przejmują nad nimi kontrolę siły potężniejsze od nich samych. Bogowie i demony, nieumarli i czarnoksiężnicy, zapomniana magia i stracone życia – droga do ich poznania zaczyna się na tajemniczej Wyspie Mgieł.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 425

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




DlaM.

Prolog

Niebo miało kolor indygo. Delikatne prążki płynnego srebra raz po raz przebiegały po jego powierzchni, a czarne błyszczące kłęby chmur pęczniały i wybuchały, rozpadając się w miliony błyszczących pereł z narastającym szumem miażdżącej płuca wody. Zamrugała powoli, z trudem, walcząc ze słonym, piekącym uściskiem głębiny. Niebo zafalowało, szum żywiołów zaczął się niepokojąco wzmagać. Wyciągnęła przed siebie rękę, przyglądając się jej ze zdziwieniem. Była blada, szklista, jakby niewyraźna. Potrząsnęła głową, spróbowała rozejrzeć się dookoła i poczuła, jak pukle włosów unoszą się powoli coraz wyżej i wyżej wokół jej twarzy, zasłaniając oczy i oplątującusta.

Za sobą dostrzegła tylko czarną otchłań, unoszącą się nieśpiesznie w rytmie uśpionego oddechu jakieś mrocznej i niebezpiecznej istoty. Niebo nad głową kłębiło się, wirowało, huczało. Świat zadrżał, zakołysał się, indygo zmieniło się w błyszczący obsydian, srebrne pręgi spienionej wody przeistoczyły się w fale ciężkiego ołowiu, tchnienie wiatru stało się wściekłym, wilczym wyciem. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, krzyknąć, wezwać pomocy, ale głos uwiązł jej w gardle, zachłysnęła się coraz szybciej wibrującym płynnym srebrem, które bez ostrzeżenia wypełniło wszystkowokół.

Poczuła nagle ostry ból i brutalne szarpnięcie. Coś ciągnęło ją w górę, w stronę coraz głośniejszego huku, w stronę szaleńczo falującego nieba. Pierwszy gwałtowny oddech wdarł się w płuca z rozrywającym bólem. Lodowato zimne strugi wody bezlitośnie smagały twarz. Zacisnęła z całych sił powieki, starając się uspokoić, skupić się na czymkolwiek, ale w głowie miała tylkopustkę.

– Wyrzucić to diabelstwo z powrotem za burtę! – Głos był niski i chrapliwy, dochodził gdzieś z góry. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła kilka nachylających się nad nią w ciemności postaci. Ryczące morze wściekle kołatało o burtyżaglowca.

– To zły omen – warknął drugi głos, niższy, z dziwnym akcentem. Jego właściciel o ogorzałej od morskiego wiatru twarzy miał duży złoty kolczyk w nosie i tylko jedno ucho. Splunął zamaszyście i szturchnął dziewczynę z odrazą końcem mokrego buta. Wicher zawył i mocno szarpnął tkaninążagla.

– Przeklęty północny wiatr… – Trzecia postać, niższa i zakapturzona, wydawała się nie mieć twarzy, mdłe światło księżyca oświetlało tylko kościsty profil o wydatnym nosie. Wiatr targał napiętymi do granic możliwości linami. Zimny deszcz zacinał niemiłosiernie, niosąc ze sobą zapach jodu i wodorostów.

– Bzdura! – Ostatni głos był ostry jak brzytwa i dźwięczała w nim nuta niekwestionowanego autorytetu. – To tylko ledwie żywe dziecko! Jak nam tu umrze, bogowie z pewnością nie będą zadowoleni! – Zaklął w obcym języku i pociągnął łyk rumu z butelki. Łysa czaszka była pokryta misternie wykonanym tatuażem, wyobrażającym różę wiatrów. – Jorg! Zabierz ją do mojej kajuty i opatrzrany.

– Tak jest, kapitanie!

Jakieś szorstkie ręce bez ostrzeżenia podniosły dziewczynę brutalnie do góry. Jej ciało wydawało się dziwnie lekkie w swoim bezwładzie, a chłód morskiej wody, przenikający nadal do szpiku kości, sprawiał, że czuła się całkowicie obojętna na wszystko.

– Jak się nazywasz? – zapytał potem łagodnie Jorg, bandażując jejramię.

Pustka…

– Skąd się tu wzięłaś, w środkusztormu?

Skąd…?

Jorg musiał coś dostrzec w jejoczach.

– Morze jest bezlitosne, mała, ale ostatecznie nic w nim nie ginie. – Zaśmiał się ponuro, obnażając brak górnych jedynek. Na zewnątrz wiatr jęczał, uderzając w burty żaglowca potężnymi szkwałami, jakby chciał odzyskać to, co mu odebrano. – Wszystko sobie przypomnisz, jak tylko dojdziesz dosiebie.

Kłamca.

Rozdział 1

Myśliwy i kruk

„Jesteś martwy” – uświadomiła sobie z żalem, chociaż on najwyraźniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Jeszcze nieteraz.

Jeleń spokojnie skubał trawę na skraju lasu. Raz po raz powoli, z gracją podnosił głowę w oprawie majestatycznych rogów. Lirr wydawało się chwilami, że zwierzę patrzy wprost na nich, gdy jego błyszczące czarne oczy z namysłem, choć bez paniki rozglądały się po okolicy. To było jednak tylko złudzenie. Wybrali świetną kryjówkę wśród ogromnych paproci, a delikatne tchnienie wiatru na twarzy przekonywało dziewczynę, że stoją po zawietrznej i rogacz ich nie wyczuł. Nie miał najmniejszychszans.

„Jesteś martwy” – pomyślała znowu ze smutkiem, zaciskając nerwowo pięści. Nie chciała na to patrzeć. Już po raz setny tego ranka obiecała sobie w duchu nigdy więcej nie tknąć pieczeni z jelenia. Była tu tylko ze względu na Caela.

Spojrzała z ukosa na księcia, nerwowo przełykając ślinę. Głębiej schował głowę w ramiona i niżej przyklęknął w paprociach, szukając lepszego podparcia do strzału. W jego skupionym wzroku, w oszczędnych ruchach, w delikatnych poruszeniach kości zaciśniętej szczęki była jakaś ostateczność, zapowiedź tego, co miało się zarazwydarzyć.

Odkąd mieszkała na stałym lądzie, wielokrotnie wybierała się z Caelem na polowania. Nawet sama nauczyła się nieźle strzelać z łuku i kuszy, przyzwoicie władała mieczem, nie podzielała jednak jego myśliwskiej pasji. Broni powinno się używać w walce, powtarzał Hego. Wielogodzinne tropienie jelenia nie było w jejguście.

Zagryzła wargę, tłumiąc westchnienie, gdy promień słońca przebił się przez gęstwinę drzew i na moment rozświetlił ciemnozłote poroże. Jeleń wyglądał, jakby nosił koronę. Był zbyt wspaniały, zbyt niewinny, zbyt… myślący, by umrzeć. Potrząsnęła głową, oddalając od siebie te idiotyczne myśli. Przecież widziała przedtem śmierć człowieka więcej razy, niż mogła to zliczyć, dlaczego więc wizja umierającego jelenia rozdzierała teraz jejserce?

„Być może życie na lądzie mnie zmiękczyło” – pomyślała, zła na samą siebie. W końcu to tylko zwierzę. Źródło mięsa, trofeum, nic więcej. Mimo wszystko czuła się jakintruz.

Cael za to był w swoim żywiole. Bezszelestnie wyciągnął się w paprociach i przylgnął do ziemi, opierając twarz o pień zwalonego drzewa, pokryty miękkim mchem. Lirr kucała tak blisko, że czuła, jak on zastyga w bezruchu, skupiając się na celowniku kuszy. Las wstrzymał oddech, znieruchomiał. Dziewczyna bezwiednie pochyliła się nieco do przodu i delikatnie dotknęła ramieniamyśliwego.

„Uciekaj!” – pomyślała w duchu, zaciskając zęby, żeby się uspokoić. Rogacz spojrzał na nią, przysięgłaby, że dokładnie w tej chwili popatrzył jej prosto w oczy i nagle przerwał spokojne przeżuwanie trawy. Lirr oderwała w końcu od niego wzrok i spojrzała nerwowo na plecy Caela, zastanawiając, się, jak bardzo będzie się wściekał, jeżeli jeleń się spłoszy. „Łajno wieloryba...!” – zaklęła w myślach. – „No dalej, uciekaj!” – zaklinała gorączkoworogacza.

Jeleń lekko drgnął, jakby w reakcji na nagły hałas, chociaż w lesie panowała przytłaczająca cisza. Spojrzał bokiem w stronę ich kryjówki i zastrzygł uszami. Chłopak bezszelestnie poprawił podparcie i zastygł w pozie strzelca. Dziewczyna zagryzła wargi, krew zaczęła głośno tętnić jej w uszach. „Teraz albo nigdy!” – przemknęło jej przez myśl, wyciągnęła powoli dłoń, zamierzając klepnąć Caela w ramię, pchnąć go, szarpnąć, zrobić cokolwiek, żeby wytrącić go z tego stanu koncentracji, ale zanim zdążyła, usłyszała nieoczekiwaneporuszenie.

Zza pnia, na którym opierał się Cael, spomiędzy potężnych, cienistych paproci, wyłonił się ogromny kruk. Uderzenia rozłożystych skrzydeł szybko wzniosły go w górę z głośnym świstem poruszonego powietrza, rozchylając paprocie i mierzwiąc jasne, kręcone włosyksięcia.

Kruk wydał z siebie przeszywający dźwięk i zaczął przebijać się pomiędzy plątaniną sosnowych gałęzi ku koronie drzew. Przenikające gdzieniegdzie pomiędzy konarami poranne promienie słońca wydobywały dziwne, kobaltowe refleksy na jego błyszczących piórach. Jeleń tylko przez ułamek sekundy obserwował ptaka, by po chwili rzucić się do ucieczki. W potężnych skokach szybko zniknął w zieleni lasu, która skryła go jak opuszczona raptownie ciężka, aksamitnazasłona.

Cael poderwał się z miejsca i z niedowierzaniem popatrzył na kruka, który usadowił się na gałęzi parę metrów nad nimi i przekrzywiając głowę, patrzył na nich z pogardą. Był potężny, większy nawet od skalnego orła. Prawdziwa bestia o ostrych szponach, które mogły z powodzeniem rozerwać ofiarę, i o imponującym, masywnym dziobie. Jedno błyszczące czarne oko mrugnęło porozumiewawczo. Lirr nie mogła oprzeć się wrażeniu, że w tym spojrzeniu było cośzłowieszczego.

– Wstrętne ptaszysko! – rzucił Cael z furią przez zaciśniętezęby.

– To zbieg okoliczności. – Uśmiechnęła się pojednawczo Lirr, choć w rzeczywistości musiała bardzo się postarać, żeby nie wybuchnąć szalonymśmiechem.

Kruk w odpowiedzi ponownie głośnozakrakał:

– Arrr! – dodał jeszcze, szydząc.

Cael rzucił mu mordercze spojrzenie. Tylko przez chwilę wydawał się oszołomiony swoją nieoczekiwaną porażką, instynkt łowcy szybko przejął kontrolę nad umysłem. Znów zadarł głowę do góry i błyskawicznym ruchem podniósł kuszę, mrużąc jedno oko dostrzału.

Bełt wyleciał w górę tak szybko, że Lirr nawet nie zdążyła uświadomić sobie, co się dzieje. Z głuchym dźwiękiem wbił się głęboko w pień sosny, milimetry od kruka, muskając przedtem koniec jego skrzydła. Jedno połyskujące na kobaltowo pióro spadło po chwili, obracając się spiralnie, i wylądowało miękko w zmierzwionych włosachCaela.

– Krrrr...! – skomentował kpiąco kruk, przestępując powoli z łapki na łapkę na swojej gałęzi i przechylając głowę to w prawo, to w lewo.

Lirr mogłaby przysiąc, że w jego oczach było coś z ironicznego uśmieszku. Czy kruk w ogóle może się uśmiechać? Ten najwyraźniejpotrafił.

– Niech to szlag! – Caela ogarnęławściekłość.

– Daj spokój. – Lirr potrząsnęła energicznie głową, znów z całej siły starając się nie roześmiać. Jej niepokorne włosy szczęśliwie ukryłyrozbawienie.

– To był dziecinnie prosty strzał… – Nerwowo potarłczoło.

– To był wyjątkowy pech. – Lirr podeszła do niego bliżej. A raczej wyjątkowe szczęście, dodała wmyślach.

– Dawno nie widziałem takiego poroża – jęknął nieszczęśliwy Cael, westchnął i zrezygnowany opuściłkuszę.

– A ja takiego kruka! – Zaśmiała się i delikatnie wyciągnęła pióro, które zaplątało mu się we włosach tuż nad prawym uchem. Uniosła je tuż przed oczami chłopaka, obracając w palcach, i odważnie spojrzała mu prosto w oczy, rzucającwyzwanie.

Cael przyglądał mu się przez chwilę z grymasem, po czym szybkim ruchem złapał ją za nadgarstek, a drugą ręką wyciągnął pióro i niespodziewanie przesunął czarnym aksamitnym brzegiem po jej twarzy. Lirr poczuła skurcz w żołądku i ponowny przypływ adrenaliny. Stali teraz twarzą w twarz, zaledwie na odległość ramienia. Dziewczyna znieruchomiała, zupełnie jak jeleń przed chwilą, i zmrużyła oczy z lekkimniedowierzaniem.

„Odważ się” – zaklinała go w duchu. – „Pocałuj mniewreszcie!”.

Cael wydawał się poważny, ale w jego spojrzeniu jak zwykle tliło się coś na kształt stłumionego rozbawienia. Nienawidziła, gdy patrzył na nią w ten sposób, inaczej niż choćby na Annelli albo na niektóre damy dworu, gdy w kącikach jego oczu pojawiały się delikatne zmarszczki, zupełnie jakby nie brał jej na poważnie, jakby była dla niego tylko niesfornym dzieckiem, egzotyczną towarzyszką zabaw, w każdym razie nikim, kto potrafiłby wzburzyć w nimkrew.

– No co? – Nie wytrzymała napiętej ciszy między nimi. Jej głos był zbyt stłumiony i zbyt wysoki, żeby brzmiał naturalnie. Bliskość Caela wywoływała lekki zamęt w głowie.

– Nic takiego. – Oczy dalej starały się poskromić uśmiech. Nie mogła tylko rozstrzygnąć, czy jej zmieszanie go cieszy, czy raczejbawi.

Jak zahipnotyzowana pochyliła się lekko w jego kierunku, w stronę szafirowych tęczówek, zapraszających ust, opalonej twarzy i rozjaśnionych letnim słońcem włosów, które tak dobrze znała. „No dalej” – namawiała w duchu i jego, i siebie.

Cael jednak, zamiast pocałować, niespodziewanie końcem pióra połaskotał ją po czubkunosa.

– Aaaaapsik!!! – Kichnęła z takim impetem, że niemal straciła grunt podnogami.

– Na zdrowie. – Bezceremonialnie wetknął pióro we włosy tuż nad jej uchem. Podniósł kuszę i ruszył przed siebie, ku miastu. – Dobrze, że mamy chociaż kuropatwy – rzucił przez ramię. Z głosu znikł zupełnie uśmiech, który jeszcze przed chwilą tak jązirytował.

Lirr westchnęła w duchu i z pewnym ociąganiem ruszyła za nim. Znowu dała się podejść. Kopnęła najbliższy polny kamień, obiecując sobie po raz setny, że następnym razem sama go po prostu pocałuje, niech no tylko wszystko się uspokoi, niech on tylko przestanie być taki nieobecny, niech wszystko przestanie się kręcić wokółMaeve.

Przyjaźniła się z Caelem niemal od pierwszej chwili, gdy znalazła się w Ysborgu. To dzięki niemu zamek nie wydawał się jej więzieniem, oczywiście wyłączając chwile, gdy zachowanie matki księcia boleśnie przypominało o tym, że nie jest to jej prawdziwydom.

Cael nauczył ją życia na stałym lądzie, pokazał ulotne piękno budzącego się o świcie lasu, surowy majestat niedostępnych górskich grani, jeziora o wodzie mroźnej i przejrzystej, ukryte w zielonej gęstwinie, niektóre ciemne jak noc podczas nowiu, inne błękitne jak niebo, które się w nich przeglądało. To z nim pierwszy raz odważyła się wyruszyć tak daleko w głąb lądu, że straciła z oczu uspokajający widok morza na horyzoncie, to przy nim pierwszy raz spędziła noc w leśnejgłuszy.

Nie pamiętała nawet, kiedy zaczęła zasypiać z myślą o nim i wstawać z nadzieją na kolejne spotkanie, od jak dawna każda chwila sam na sam zaczęła w niej budzić nieznaną dotąd nieśmiałość, od kiedy nerwowo spuszczała wzrok i czerwieniła się za każdym razem, gdy byłblisko.

Uśmiechnęła się do siebie na myśl o jego intensywnym spojrzeniu, po chwili jednak westchnęła. Kolejny kamień, który napatoczył się pod nogi, pofrunął z imponującą prędkością w stronę ciemnej ściany lasu. Cael nie zareagował, krocząc miarowo niemal niewidoczną ścieżką wśród kwitnących łąk. Był tak blisko, a jednak nadal kompletnie poza zasięgiem. Nienawidziła tej bezsilności. Nie przywykła do trzepotania rzęsami i oblewania się rumieńcem. Czuła się idiotycznie. Wolała czasy, gdy kradli Rosmercie z kuchni jeszcze gorące miodowe ciastka i rzucali kamieniami w mewy, bujające się na masztach stojących w porcie statków. Wtedy wszystko byłoprostsze.

Cael wydawał się zupełnie nie zauważać uczuć, które powoli, coraz bardziej przejmowały nad nią kontrolę. Być może w końcu zdał sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy była tylko zakładniczką w zamku, gwarancją wzajemnych interesów jego matki – księżnej Ysborga − i jej przybranego ojca, wpływowego korsarza Hego. Zagryzła wargi w irytacji. Zamierzała w końcu zapytać o jego uczucia wprost, bez ogródek i uników. Może nawet wziąć nóż i zmusić, żeby ją pokochał. Czemu nie? Uśmiechnęła się do tej kuszącejwizji.

Na razie jednak zamiast tego szła za nim posłusznie, nie odzywając się nawet słowem, wściekła na swój los, wściekła na jelenia, na kruka, na Caela i na siebie. Czemu obecność księcia zawsze czyniła z niej taką nieśmiałą owieczkę? Hego miałby z niej niezły ubaw. Brakowało jej tylko jednej z tych idiotycznych kokard, jakie nosiłaAnnelli.

Lirr patrzyła w roztargnieniu na kołyszące się miarowo w rytm kroków kuropatwy, przerzucone przez plecy Caela. Gdy dostrzegła przed sobą kolejny potężny, błyszczący skalny odłamek, zamachnęła się na niego z pasją, wkładając w kopnięcie całą stłumioną agresję. Zielony kształt był dziwnie miękki, a przy zderzeniu zarechotał boleśnie. Ogromna ropucha poszybowała nad ścieżką, o włos mijając zamyślonego księcia. Nawet oburzony skrzek nie zwrócił jegouwagi.

„To zły omen!” – pomyślała, tłumiąc nerwowe drżenieserca.

Rozdział 2

Pragnienia i nadzieje

Po godzinnym milczącym marszu dotarli na rozległą polanę kwitnącą drobnymi, żółtymi kwiatami. Czasami zatrzymywali się tu na popas, bo koniom wydawały się one wyjątkowo smakować, dziś wybrali się jednak pieszo. Za plecami zostawili masywne szczyty Gór Srebrnych, a przed nimi roztaczał się wspaniały widok na Ysborg i połyskujące w dali morze. Kiedyś Lirr widziała tu tańczące w podnoszącej się porannej mgle zielonowłose driady. Zanim zdążyła wskazać je Caelowi, rozpłynęły się w promieniach wstającego słońca jak ulatujące senne wspomnienie. Rozejrzała się badawczo wokół. Tym razem byli na polanie zupełniesami.

Z tej perspektywy miasto widać było jak na dłoni. Budynki wzniesione ze srebrnobiałego kamienia mieniły się w słońcu, południowe mury, wielobarwnym pasmem okalały ciągle rozrastające się podzamcze. Od północy górował nad miastem zamek o czterech strzelistych wieżach. Sąsiadował z ruchliwym portem, który był głównym źródłem obecnej potęgi i bogactwa Ysborga. Jeszcze dalej, na wschodzie, wśród ciemnych fal migotały dziesiątki skalistych wysepek rozrzuconych u ujścia szeroko rozlanej rzekiYs.

Lirr sięgnęła po niewielką mosiężną lunetę, która dyndała dotąd bezpiecznie przytroczona do pasa. Wygrała ją kiedyś w kości od kwatermistrza Płonącej Wiedźmy. Luneta była stara, nieco krzywa i wyglądała, jakby uczestniczyła w niejednym krwawym abordażu, przypominając tym swojego poprzedniego właściciela, ale spełniała swoją funkcję. Przymglona soczewka pozwoliła Lirr dostrzec jedynie niewyraźne sylwetki statków wpływających i wypływających z portu. Nawet gdyby mogła rozpoznać kolor takielunku, nie spodziewałaby się purpurowych żagli Hego. Wiedziała, że o tej porze roku nigdy nie zawijał doYsborga.

– Usiądziemy? – Cael wykonał niedbały gest w kierunku samotnego starego dębu, pod którym zwykle spędzali czas na rozmowach, oprawianiu upolowanych zwierząt i obserwowaniu miasta w dali.

Lirr skinęła lekko głową i uśmiechnęła się, wracając myślą do tych wszystkich beztroskich chwil, z jakimi kojarzyło jej się to miejsce. Rzuciła na ziemię bukiet pomieszanych ziół, które z nudów pozbierała po drodze i zajęła swoje miejsce pod drzewem.

Odkąd zachorowała matka Caela, chłopak traktował polowania jak rodzaj uspokajającego rytuału, w którym Lirr solidarnie, choć bez entuzjazmu brała udział. Coś też zmieniło się między nimi; choć każdego dnia spędzali razem kilka godzin, rozmawiali mało, a książę nabrał nawyku nagłego przerywania rozmowy i pogrążania się we własnych myślach. Z dnia na dzień ich relacje stawały coraz mniej swobodne, a on coraz częściej zamykał się w sobie. Im dłużej milczał, tym bardziej stawał się dla niej obcy, tym bardziej ponury wydawał jej się zamek Ysborg i tym mocniej tęskniła za morzem.

Przez dłuższą chwilę po prostu patrzyli przed siebie. Dziewczyna objęła ramionami kolana i oparła na nich podbródek. Cael wziął do ust długie źdźbło trawy i żuł je, patrząc przed siebie nieobecnymwzrokiem.

– Dziś do matki przyjedzie medyk z Południa.

Lirr podniosła brwi w niemympytaniu.

– Nasi nie są w stanie jej pomóc, poza… uśmierzaniem bólu… – Wypowiedział te słowa niemal beznamiętnie, ale Lirr dostrzegła kątem oka nerwowy ruch jego dolnejszczęki.

– Posłuchaj, Cael… wiem, że… wiesz, ale pamiętaj, że jeżeli mogę cokolwiek dla ciebie… dla niej... zrobić, wystarczyżebyś…

Spuściła wzrok. Nie mogła teraz na niego patrzeć. Nie chciała kłamać, nie w ten sposób. Nigdy nie lubiła – ze zwielokrotnioną wzajemnością zresztą – księżnej Maeve, stąd obecny stan matki Caela zdrowia nie wzbudzał w niej większych emocji poza łagodnym współczuciem, jakie odczuwa się w stosunku do bliżej nieznanych nam osób, kiedy znajdują się w trudnej sytuacji. Zresztą, kogo ona oszukiwała. To, czy Maeve przeżyje, interesowało ją wyłącznie ze względu na Caela. Zrobiłaby wszystko, żeby przywrócić mu radość życia. Reszta nie miałaznaczenia.

– Nic nie możesz zrobić. Ani ja... To jest najgorsze w całej tej sytuacji. – Cael znów patrzył w dal, jakby obserwował jeden ze statków w porcie. Lirr mocniej ścisnęła kolana i pozwoliła swoim niesfornym włosom, pozaplatanym gdzieniegdzie w cienkie warkoczyki, opaść na twarz, chowając ją przed jego wzrokiem. Bezwiednie wzięła znów do ręki pióro kruka i obróciwszy je wielokrotnie w palcach, wpięła w koniec jednego ze swoich warkoczyków, w których były już białe muszle, turkusowe koraliki i kawałki wstążek. Odkąd przygarnęli ją piraci, właśnie w ten sposób ozdabiała swoje włosy i pomimo czteroletniego pobytu w zamku uparcie nie dostosowywała się do tutejszych kanonówmody.

– Co to za człowiek? – zapytała po chwili, bo coś nie dawało jej spokoju. Tajemnicze umiejętności medyków stawiały ich niebezpiecznie blisko magów, a Ysborg odrzucał dotąd wszystko, co choć trochę śmierdziało ciemnymimocami.

– Nazywa się Viorel, jest… czy raczej był zaufanym lekarzem króla Daxos, pochodzi z Ognistej Ziemi An-Nar. – Cael lekko się skrzywił przy ostatnichsłowach.

– I Maeve zgodziła się skorzystać z jego usług? – Lirr nie mogła w to uwierzyć. Księstwo Ysborg ze swoim potężnym portem i całą armią sprzymierzonych korsarzy od zawsze miało ambicje zdobycia hegemonii na północnych i zachodnich wybrzeżach Wielkiej Ziemi, a jego stosunki z potężnym Południem, choć dyplomatycznie poprawne, podszyte byłyniechęcią.

– Nie jest członkiem dworu, wywodzi się podobno z jednego z pustynnych plemion... No i jest do wynajęcia. – Cael obojętnie wzruszył ramionami i przesunął źdźbło trawy do drugiego kącikaust.

– Musisz zatem być dobrej myśli. Hego mówił mi kiedyś, że ci medycy z Południa potrafią zdziałać cuda. – Wbrew sobie uśmiechnęła się szeroko, starając się zagłuszyć wewnętrzny niepokój. Nie dodała jednak, że Hego mówił też o wysokiej cenie za ich usługi. Podobno rzadko jest wyrażona tylko w pieniądzu i bezpieczniej od razu obcinać tym szarlatanom języki, żeby nie dać się omamić ich plugawymsztuczkom.

Nie odpowiedział, nawet nie skinął głową, po prostu wpatrywał się uparcie w jakiś punkt w dali. Widoczna z bliska delikatna opuchlizna i drobne zmarszczki wokół oczu zdradzały dziesiątki nieprzespanych nocy. Zwykle wesoły i pełen energii, teraz w ogóle nie przypominał dawnego siebie. Przygarbiony, zmęczony, oddalał się od niej, odpychał ją, pogrążając się we własnym smutku. Lirr spojrzała w górę, powstrzymując mruganiem podejrzaną wilgoć na rzęsach. Po dłuższej chwili milczenia Cael powoli podniósł się z trawy.

– Czas wracać – stwierdził krótko. – Rosmerta nie dostanie jelenia, ale może pan medyk nie pogardzi kuropatwami – dodał z wymuszonymhumorem.

– Chodźmy. – Lirr wyprostowała się i przeciągnęła leniwie jak kot. – Oby tylko znów nie kazali mi się ubierać w jedną z tym okropnych sukni. – Rzuciła mu ironicznypółuśmiech.

Cael zaśmiał się kpiąco i szturchnął ją łokciem w bok. Lirr straciła równowagę i lekko zachwiała się na nogach, lecz on zdołał szybko złapać ją w talii.

– No wiesz, czasami mogłabyś wyglądać jak dziewczyna. – Zauważył, taksując ją śmiałym wzrokiem od znoszonych, sznurowanych myśliwskich butów po zmierzwione wiatrem czarnewłosy.

Nagle zrobiło się duszno, bardzo duszno, parno i gorąco, jakby ktoś podpalił las wokół nich. Dotyk jego dłoni na jej talii wyzwolił przyjemne drżenie, przechodzące gwałtownymi falami przez całe ciało. Lirr poczuła, jak oddech przyspiesza i przez chwilę patrzyła na Caela w niemym zdumieniu. Książę otworzył usta, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale w końcu rozmyślił się i przez chwilę po prostu milczał, przypatrując się jej pochmurnie spod na wpół przymkniętychpowiek.

– Ciekawe, jak miałabym dotrzymać ci kroku na polowaniu, biegając w atłasowych trzewikach! – Ocknęła się i szarpnęła się nerwowo, starając się wyzwolić z jego uścisku, uciekającwzrokiem.

Cael nadal trzymał ją jednak blisko przy sobie, zbyt blisko, żeby mogła odetchnąć, zbyt mocno, żeby mogła odzyskać jasnośćmyśli.

– Potrzebuję cię. – Jego szept był ledwie słyszalny, jego słowa tak ciche, że musiała sama się przekonywać, czy się nie przesłyszała. Tym razem na twarzy nie było nawet cienia lekceważącegouśmieszku.

– Bądź na dzisiejszej uczcie – dodał po chwili już głośniej, pewniej. – Chcę wiedzieć, co sądzisz o tymczłowieku.

Rozdział 3

Pióro i przeznaczenie

– Ptactwo? – Ochmistrzyni skrzywiła się na widok niezbyt tłustej zdobyczy, którą Lirr wręczyła jej z triumfalnymuśmiechem.

– Jeleniowi udało się uciec. – Wzruszyła ramionami i usiadła na potężnym stole, machając wesoło nogami. Nie mogła powstrzymać uśmiechuzadowolenia.

– Udało się? – Rosmerta jak zwykle była bardziej spostrzegawcza, niż mogłoby się wydawać. Z westchnieniem rzuciła kuropatwy na solidny dębowy blat i ruchem podbródka wskazała je jednej z kucharek, niemal natychmiast wracając wzrokiem do Lirr. Bystre szare oczy przyglądały się dziewczynie z niepokojącąwnikliwością.

– Chyba nie jesteś zbyt zmartwiona? – stwierdziła raczej, niż zapytała, krzyżując ramiona na piersi.

Lirr uśmiechnęła się szeroko w odpowiedzi i złapała zwinnie miskę z nasączonymi rumem rodzynkami. Rosmerta zmarszczyła groźnieczoło.

– No cóż, wygląda na to, że księżna nie dostanie swojej ulubionej pieczeni z jelenia. – Westchnęła, wciąż przypatrując się podejrzliwiedziewczynie.

– Będzie musiała jakoś to przeboleć. – Lirr starała się udać smutną minę, ale utrudniał jej to niebiański smak rumowych rodzynków. – Też uważam, że jeleń zachował się doprawdy bezczelnie, uciekając. Łajdak!

Rosmerta zamachnęła się na nią brudną kuchenną ścierką, ale nie zdołała ukryćrozbawienia.

– Cicho, bo napytasz sobie biedy – upomniała ją przyciszonym głosem, wskazując porozumiewawczo podbródkiem skubiącą kuropatwy kucharkę. – I lepiej zrób coś z tymi włosami, mamy dziś ważnegogościa.

Lirr z przekorą i dumą przesunęła palcami po splątanych puklach. W kwestii fryzury nie było mowy o kompromisach. Sabade, czarnoskóry bosman na Zielonej Harpii, wierzył, że to we włosach mieszkają wspomnienia człowieka i zawsze podejrzliwie patrzył na ogoloną czaszkę Hego. Nawet jeżeli przesadzał, mała piratka nauczyła się od niego traktować własne włosy jak świętość, osobisty zbiór pamiątek i kolekcję ważnych chwil.

– Nie może być szczególnie ważny, skoro Maeve nie obawia się, że ją ośmieszę w towarzystwie. – Zrobiła głupią minę, udając obrzydzenieksiężnej.

Rosmerta nie wydawała się ani odrobinęrozbawiona.

– Jest na tyle ważny, że księżna kazała mi dopilnować, byś pojawiła się na uczcie. – Ostrzegawczo wysunęła w jej stronę wskazujący palec. – Punktualnie – dodała z naciskiem i potrząsnęła ścierką dla lepszegoefektu.

– Co ona znowu knuje? – Lirr jęknęła, wyobrażając sobie natychmiast torturę jednej z tych nadętych kolacji. – Zamierza rzucić mnie na pożarcie temu medykowi? A może chce ze mnie zrobić egzotyczną atrakcjęwieczoru?

Ochmistrzyni spojrzała na nią z ukosa, biorąc się za sortowanie pomieszanych ziół. Wyraźnie zawahała się, zanimodpowiedziała.

– Podobno on sam o ciebie pytał – wyjaśniła przyciszonymgłosem.

Lirr podskoczyła w miejscu, tknięta nagłymniepokojem.

– Jak to… Już tu jest? – Miała zdecydowanie złe przeczucia. Dlaczego jakiś wynajęty szarlatan, do tego południowiec i bywalec dworu, miałby się niązainteresować?

Rosmerta nie odrywała wzroku od zielonego bukietu, rozdzielając wprawnie różne gatunki ziół od zupełnie bezużytecznych kwiatów, zebranych przez Lirr po drodze.

– Statek z Daxos o świcie zawinął do portu – bąknęła pod nosem.

Lirr pomyślała od razu, że jaśnie pan medyk pewnie nasłuchał się portowych opowieści o dziwnej dziewczynie wyłowionej z morza. „To zwykła ciekawość” – stwierdziła i odetchnęła, starając się uspokoić, ale niepotrafiła.

– Co dokładnie mówił? Czego chciał? – naciskała. Położyła dłoń na chudym, kościstym ramieniu Rosmerty, zmuszając ją, żeby popatrzyła jej w oczy.

– Nie wiem, dziecko. – Ochmistrzyni pokręciła z dezaprobatą głową, w jej spojrzeniu była troska. – Ale uważaj na niego.

Zanim Lirr zdążyła dopytać, co właściwie Rosmerta miała na myśli, kobieta wzięła do ręki jeden z jej warkoczyków i podniosła do oczu jego końcówkę z wetkniętym kruczym piórem. Jej wyraz twarzy zmienił się, zastygł w zamyśleniu, gdy, obracając pióro, dostrzegła kobaltowy połysk odbijający popołudniowesłońce.

– A co to takiego? – zapytała z niepokojem w głosie.

– Piękne, prawda? – Lirr uśmiechnęła się niepewnie, ale w duchu przeklęła spostrzegawczość ochmistrzyni i ze zniecierpliwieniem wyciągnęła warkoczyk z jej palców. Rosmerta zdecydowanie zbyt często ingerowała ostatnio w jejprywatność.

– Piękne… ale niebezpieczne. To rzadki ptak. Nie przynosi niczego dobrego. – Ochmistrzyni zamilkła i przez chwilę wydawała się błądzić myślami gdzieś daleko lub może raczej daleko w czasie. Przez moment wyglądała na starszą niż w rzeczywistości, na znieruchomiałej twarzy wyraźniej zarysowały się zmarszczki, a ciemnoszare oczy patrzyły w dal nieobecnym wzrokiem. Lirr odstawiła cicho miskę z rodzynkami. Nawet pulchna kucharka musiała poczuć nagłą zmianę atmosfery, bo zastygła i podniosła na nie pytający wzrok. Po chwili Rosmerta drgnęła lekko, jak wybudzona ze snu, i odruchowo poprawiła swoje srebrnoszare włosy upięte w wysoki kok spinką w kształciemuszli.

– Sama kiedyś mówiłaś, że nie można poddawać się strachowi i aby go pokonać, trzeba się z nim zaprzyjaźnić. – Lirr wzięła do ręki kosmyk z wetkniętym w niego piórem i obejrzała je z każdej strony. – A to tylko... pamiątka – uspokajała, ale Rosmerta nie przestawała kiwać głową. – Czy mam się go pozbyć? – zapytała w końcu cicho, szybko, sama zaskoczona nagłym impulsem. „To zły omen!” – Odezwało się w niej stare wspomnienie. Lodowaty dreszcz przebiegł jej po plecach jak wielki, niewidzialny pająk. – „Złyomen!”.

– Na to już za późno, moja droga. – Ochmistrzyni uśmiechnęła się blado i usiadła ciężko przy dębowym stole, na którym nadal w nieładzie leżała reszta zebranych w lesie ziół. – Zresztą, pewne rzeczy w naszym życiu sąnieuchronne.

– Nie wierzę w przeznaczenie, Ros. – Lirr wzięła gałązkę swojej ulubionej wonnej szałwii i przysunęła ją donosa.

Rosmerta zupełnie niespodziewanie wybuchnęła gorzkim, lekko skrzeczącymśmiechem.

– Akurat ty, moje dziecko, powinnaś być ostrożniejsza, jeżeli o niechodzi!

Rozdział 4

Piraci i perły

– Wolniej, trochę… odrobinę wolniej, proszę!

Lirr westchnęła i postanowiła w końcu się zatrzymać – widząc, jak Rosmerta trzyma się za serce, sapiąc i próbując złapać spokojniejszyoddech.

Białe kamienne stopnie wydawały się wić w nieskończoność wężowymi serpentynami. Zamek Ysborg połączony był z portem na kilka sposobów, służba jednak zwykle korzystała z tych właśnie krętych, wąskich schodów, zamykanych kilkoma potężnymi furtami, które prowadziły wprost do portowego targowiska, pełnego kupieckichstoisk.

– Ciągle gdzieś gnasz! – poskarżyła się Rosmerta, nadal lekko sapiąc. Jej wydatny biust falował miarowo pod szaroniebieskim gorsetem obszytym okrągłymi białymi muszelkami, które były niemal tak samo ważnym symbolem Ysborga jak srebrny gryf. – Gdzie ci się takspieszy?

Lirr tylko przewróciła oczami. Każda wizyta w porcie była dla niej ekscytująca, niezależnie od pogody, pory dnia i roku, nic dziwnego więc, że nie mogła się doczekać, kiedy znów się tam znajdzie. Zawsze mogła wtedy poczuć znajome zapachy morza, portu i cumujących statków, porozmawiać z żeglarzami, handlarzami, kupcami i piratami, być wreszcie, choćby przez krótki czas, sobą, być wreszcie… prawie w domu.

– Przepraszam, zamyśliłam się. – Uśmiechnęła się przepraszająco, puszczając oko. Wiedziała doskonale, że Rosmerta nigdy nie mogła się temu oprzeć. Pod całą tą maską nieznoszącego sprzeciwu i przypalonych garnków kuchennego autorytetu ostatecznie tkwiła troskliwa, serdecznakobieta.

– Ty mała szelmo! – Ochmistrzyni odwzajemniła uśmiech, nadal trzymając się, trochę przesadnie rzecz jasna, za serce. Jeden krnąbrny srebrnoszary kosmyk włosów wydostał się jakimś cudem z jej misternego koka i opadł na policzek. – Co ja mam z tobą zrobić? – Westchnęła. – No dobrze. – Machnęła w końcu ze zrezygnowaniem ręką w jej kierunku. – Biegnij, gdzie tam uważasz, ja i tak muszę najpierw spotkać się z Olmertem.

Lirr musiała wykorzystać całą siłę woli, żeby nie ruszyć natychmiast pędem przedsiebie.

– Potem pomogę ci z małżami i kałamarnicami. – Uśmiechnęła się przepraszająco do ochmistrzyni, przestępując z nogi na nogę i zerkając jednocześnie nerwowo w dół wibrujących w rozgrzanym słońcem powietrzustopni.

– Idź już, idź. – Rosmerta znów machnęła z rezygnacją ręką. – Odszukam cię, jak będziesz mi potrzebna – dodała jeszcze, ale Lirr raczej domyśliła się treści jej ostatnich słów, niż je dosłyszała, bo pędziła już w dół, przesadzając susami po kilka stopni naraz.

Z każdym kolejnym spiralnym zakrętem szmer morza stawał się wyraźniejszy, a powietrze nasycało się zapachem soli i schnących w słońcu alg. Lirr szybko zostawiła Rosmertę daleko za sobą i dotarła do ostatniej furty, którą można było otworzyć jedynie od środka, od strony zamku. Gdy zamknęła za sobą ciężkie, skrzypiące wrota, znalazła się w zarośniętym dzikim winem zaułku, który upodobały sobie z jakiegoś powodu portowe koty. Jeden z nich, weteran miejscowych walk, bez ogona i części prawego ucha, wylegiwał się ze stoickim spokojem w topniejącej plamie cienia, tuż pod ścianą. Uśmiechnęła się do siebie i bez zastanowienia nachyliła się, żeby go pogłaskać, ale gdy ręka była tuż, tuż nad jego głową, kot nagle zmrużył jadowicie zielone oczy, wypiął grzbiet w imponujący pałąk i z dzikim sykiem skoczył gdzieś poza pole widzenia. Ten nagły ruch tak ją zaskoczył, że na sekundę straciła równowagę i wpadła zadkiem prosto w winorośl.

– Chędożony, zawszony…! – zaczęła przeklinać pod nosem.

– Krrrrr…! – Przerwał jej zadowolony skrzekliwy głos nad głową. Nie do wiary. Podniosła wzrok i poczuła, że tym razem sama ma ochotę złapać się za serce jak Rosmerta. Ogromny, atramentowoczarny kruk kołował właśnie niebezpiecznie nisko nad jej głową. Przenikliwe obsydianowe spojrzenie miało dziwną głębię, zupełnie jakby w tym ptaku było coś nadnaturalnego. Liście dzikiego wina poruszały się delikatnie pod wpływem olbrzymich skrzydeł. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że ma przed sobą to samo pechowe ptaszysko, które tak zdenerwowałoCaela.

– Zgniłe kiszone śledzie… – szepnęła w rozpaczy i natychmiast sięgnęła ręką do wplecionego we włosy czarnego pióra. „Może to był jednak błąd…”. Skrzywiła się w duchu na myśl, że Ros mogła jednak mieć rację ze swoim zrzędzeniem o kuszeniulosu.

– Krrr…!!! – Kruk nie spuszczał jej z oka ani najwyraźniej nie zamierzał sięoddalać.

– Sio! – Oburzyła sięLirr.

Ptaszysko tylko zamrugało jednym okiem. Mogłaby przysiąc, że w jego spojrzeniu pojawiło się coś wrednego. „Tak...” – przyznała sama przed sobą w zdumieniu. – „On sobie ze mnie kpi!”. Zdenerwowała się już całkiem serio i schyliła się szybko, zbierając z bruku luźne kamienie. Kruk zatoczył jeszcze jeden krąg i gdy ruszył ponownie w jej kierunku, zaczęła ze wściekłym zapałem ciskać w niego odłamkami z zamkowychschodów.

– Arrrr…!!! – skomentował kruk, ewidentnie obrażony. Żaden z kamieni nie trafił. Lirr poczuła, jak czerwienieje ze wstydu i złości. Nie pozostało jej nic innego, jak zignorować ptaszysko. Przynajmniejchwilowo.

– Zostaw mnie w spokoju! – rzuciła w górę stłumionym głosem, obawiając się, że gdyby ktoś ją teraz zobaczył, doszedłby do wniosku, że jest obłąkana. Wygładziła nerwowo tunikę i poprawiła poplątane włosy, po czym wymknęła się z zaułka na kamienny deptak. Dopiero gdy znalazła się wśród portowego ruchu i gwaru, gdy otoczyli ją bezimienni podróżni, handlarze, gapie, przechodnie i zębata mątwa wie tylko kto jeszcze, poczuła ulgę. Wreszcie mogła odetchnąć, zapomnieć, że na co dzień żyje w pięknym, wytwornym więzieniu, gdzie setki oczu śledzą każdy jej krok, gdzie nawet słowa wypowiadane szeptem do Caela z całą pewnością dotrą następnego dnia do uszu księżnej, gdzie zamiast przyjaciół miała strażników, a zamiast przyszłości ciągłe czekanie na odwiedzinyHego.

Wzięła głęboki oddech i ruszyła swobodnym krokiem przed siebie. Dzień był bezchmurny i wyjątkowo upalny, wiatr delikatnie poruszał wantami stojących w porcie łodzi, a mewy unosiły się krzyczącymi chmarami, zataczając kręgi nad rybackimi barkami wyładowującymi towar na gwarnym nabrzeżu. Powietrze przesycały zapachy morza i aromaty przypraw: słodkie, gorzkie, palące, kwaśne, pobudzały zmysły i zamraczały umysł, przywodziły wspomnienia jej podróży na Harpii, setki portów, jakie widziała i kolejne, o których tylko słyszała. Mijane twarze, blade jak zimowy poranek, czarne jak najciemniejsza noc, złote jak miód, wytatuowane albo pokryte metalowymi ozdobami, pomalowane albo zasłonięte maskami patrzyły na nią z obojętnością albo z zainteresowaniem, nikt tu jednak nie wiedział, nie mógł wiedzieć, kim ona dokładnie jest, widzieli tylko ubraną w myśliwskie spodnie i prostą tunikę dziewczynę o czarnych posplatanych włosach i dziwnych oczach w kolorze morza; dziewczynę, która równie dobrze mogła być po prostu jedną z nich, podróżniczką odwiedzającą kolejny port, z tysiącem ojczyzn i bezdomnązarazem.

Lirr minęła szybko opasłe kupieckie koggi z ładunkiem miniaturowych czerwonych rybek używanych do produkcji wyjątkowo lubianego w Ysborgu ostrego sosu. Zarówno rybki, jak i sam sos odznaczały się niezwykle drażniącym aromatem, nic dziwnego zatem, że wokół ociekających słoną wodą skrzynek było niemal pusto. Nawet portowe dziewczyny reklamujące bezwstydnie swe nietanie usługi na całej długości portowego deptaka wyjątkowo od tej części nabrzeża trzymały się z daleka. Lirr wytrwale wstrzymywała oddech, mijając zacumowane statki, z których wyładowywano nieprzyjemnie woniejący towar. Przyspieszyła kroku i zwolniła, dopiero gdy znalazła się przy kwiatach i owocach. Tu również nie miała jednak potrzeby dłużej się zatrzymywać, mimo że wśród dziesiątek beczek wypchanych suszonymi płatkami niebieskich róż, skrzynkami konserwowanej cukrem delikatnej wodnej lilii i workami bulw krwistych górskich konwalii dostrzegła niezwykle rzadkie, żółte strzępiaste kwiaty, nazywane przez prostych zielarzy senną marą, które poza tym, że sprowadzały sen, były też cenionym środkiem na ataki wściekłości. Zawahała się przez chwilę, ale zaraz ruszyła dalej przed siebie. Rosmerta sama robiła zakupy, a na ziołach znała się jak nikt, jeżeli zatem potrzebuje tych kwiatów, to z pewnością kupi je na własnyrachunek.

W dalszej części portu Lirr nie spotkała niczego wyjątkowego. Wąskie, znane z szybkości łodzie handlarzy-wojowników z wysp rozsianych wokół Lodowego Przylądka załadowane były po brzegi futrami białych i błękitnych niedźwiedzi, fok i wilków. Szerokie, płaskopokładowe galery z leżącego obok Daxos niespokojnego Nakkan przywiozły milczących, rozrośniętych w barach najemników o pustych spojrzeniach, w skórzanych opaskach na czołach. Dalej cumowała cała kolekcja najróżniejszych prywatnych statków, którymi do Ysborga przypływali posłowie, znamienitsi kupcy z odleglejszych terytoriów, mniej znaczni możnowładcy zapomnianych ziem i najróżniejsi inni interesanci, którzy mieli w tutejszym porcie jakieś swoje sprawy do załatwienia. Żaden z nich nie wydawał się jej podejrzany; żaden nie budził strachu czy nawet większej ciekawości, jednak coś nie dawało jej spokoju. Nie mogła pozbyć się uczucia, że ktoś ją obserwuje, być może nawet podąża za nią niezauważony, śledząc każdy jej krok. Kilka razy zatrzymała się niespodziewanie, dwa razy zmieniła kierunek marszu, a nawet zawróciła, zataczając podwójny okrąg. Uczucie jednak jej nie opuszczało, mimo że wśród mijanych ludzi nie dostrzegła nikogo, kto by się niązainteresował.

Lirr wyminęła w końcu kupców, interesantów i najemników, zataczając przy okazji szeroki łuk i oglądając się na wszelki wypadek kilka razy za siebie. Wróciła na nabrzeże dopiero na drugim końcu portu, gdzie w pewnym odosobnieniu tuż przy wyjściu na redę cumowały statki nie do końca mile widziane. To tutaj zatrzymywali się z reguły piraci, banici i wszystkie inne podejrzane jednostki, które najłatwiej było tu kontrolować, a które zarazem miały w ten sposób możliwość szybkiego wyjścia na otwarte morze w razie nieprzewidzianych problemów na stałymlądzie.

Tłum rzedł stopniowo, aż w końcu zupełnie znikł. Lirr to jednak nie przeszkadzało. Sama poniekąd była kiedyś jednym z tych społecznych wyrzutków i gdyby nie upór Hego, zapewne nadal utrzymywałaby się z „bezkompromisowego spekulowania wartościowymi towarami w obrocie handlu morskiego” – jak czasami, po znacznej ilości rumu, przybrany ojciec nazywał swójfach.

– Perły, najpiękniejsze perły z głębin Złotego Morza! Białe jak twoje zęby w uśmiechu, różowe jak twoje lico, czarne jak twoje włosy, piękna, błękitne i zielone jak twoje spojrzenie – zaskoczył ją nagle melodyjnygłos.

Obok wysłużonego dwumasztowego żaglowca stał wysoki, przystojny mężczyzna o smagłej cerze i śmiejących się, bursztynowych oczach. Jego błyszczące czarne włosy były zaplecione w warkocz, sięgający aż dołopatek.

– … i złote jak twoja sakiewka? – odparła z kpiącymuśmiechem.

Sprzedawca natychmiast się rozpromienił, dostrzegającszansę.

– Moje perły świecą jak twoje oczy, a w dotyku są delikatne jak twoja skóra – wymruczał, zniżając zmysłowo głos. – Czy twoja szlachetna szyja, pani, nie zasługuje na sznur moich rzadkich, cudownych pereł? – Przechylił głowę i sugestywnie pogładził się po własnej opalonej szyi. Rozpięta biała koszula ukazywała gładką klatkę piersiową ozdobioną tatuażem dwugłowejsyreny.

Lirr musiała przyznać sama przed sobą, że był przystojny. Nie tak jak Cael, rzecz jasna, ale w jego miodowozłotych oczach i w przewrotnym, fałszywym uśmiechu handlarza było coś magnetycznego. Być może przyciągało ją po prostu przeczucieniebezpieczeństwa.

– Nie chcę twoich pereł. Szukam pewnego statku. – Uśmiechnęła się do niego szeroko, starając się nie dać omamić kłamliwemu bursztynowemuspojrzeniu.

Nieznajomy zaczął bawić się okrągłymi perłami, które wyłożył na otwartej dłoni. Połyskiwały w popołudniowym słońcu bielą przełamaną przez złotą poświatę. Lirr przyglądała się przez chwilę, jak obraca je zwinnymi palcami, przesuwa kolistym ruchem i miesza.

– Statku? Znajdziesz tu tylko smród, pijanych żeglarzy i łotrów – zadrwił. – Porozmawiaj lepiej ze mną, szacownym kupcem. Jutro odpływam, więc być może nawet sprzedam ci moje perły taniej. – Ściszył głos, jakby powierzał jej wielkątajemnicę.

Lirr westchnęła w duchu, zniechęcona. Nie mogła znieść, gdy ktoś traktował ją jakidiotkę.

– Nie chcę niczego kupić – odparła nieco ostrzej, niżzamierzała.

Handlarz spojrzał badawczo w jej oczy i uśmiechnął sięszelmowsko.

– A ja nie chcę sprzedać. Rozstanę się z moimi drogocennymi perłami z ogromnym bólem serca – dodał, głaszcząc się po delikatnej jedwabnej koszuli. – Na cóż mi jednak tak wyszukane klejnoty? Przystoją one bardziej twojej szlachetnej urodzie, pani.

Zanim się zorientowała, szybko chwycił jej dłoń i musnął ją delikatnie ustami. Tego było już za wiele. Lirr wzdrygnęła się i instynktownie napięła wszystkie mięśnie. Wydawało jej się, że słońce przesłonił przez chwilę jakiś ruchomy cień. Mewy podniosły się z masztu z krzykiem i, wściekle trzepocząc skrzydłami, przeniosły się na sąsiedniżaglowiec.

– Jak długo twój statek stoi w porcie? – zapytała, odsuwając się lekko od natarczywegohandlarza.

– Trzynaście dni. Jutro wychodzi w morze – mruczał jak kot, nie spuszczając jej z oka.

– Skąd tuprzypłynąłeś?

– Prosto z Ilandry nad Złotym Morzem, oczywiście. – Wyciągnął przed nią dłoń pełnąpereł.

– Szukam Zielonej Harpii – oznajmiła wprost, patrząc mu badawczo w oczy, szukając oznak wahania albokłamstwa.

– Doprawdy? – Uśmiechnął się, zaciskając lekko usta. – Szybki statek. Wyjątkowy.

– Widziałeś ją? – Starała się ukryć swojepodekscytowanie.

– A czy ty widziałaś już moje perły? – Był przebiegły jak każdy dobry handlarz w porcie Ysborg. Znów pokazał sugestywnie dłoń pełną opalizującychkulek.

– Dobrze, kupię jedną… – Poddała się. – No dobrze, kilka – dodała, widząc jak handlarz unosi brwi w wyczekiwaniu. – Ile za niechcesz?

– Jak dla ciebie… – Błysnął białymi zębami jak wygłodniały drapieżnik, który właśnie usidlił swoją ofiarę. – Sprzedam pięć za czterygoldeny.

– Cztery goldeny? I to ma być dobra cena? – Nie mogła wprost uwierzyć w jegobezczelność.

– To najrzadszy gatunek pereł, moja piękna, szlachetna pani – wyjaśnił cierpliwie jak dziecku, kładąc przy tym na jej dłoni największą z pereł.

– Najrzadszy? – spytała z powątpiewaniem. Perła była niemal idealnie okrągła, o złotym połysku z ledwie dostrzegalną różaną poświatą. Wzięła ją bardzo ostrożnie w dwa palce i wystawiła pod słoneczne światło. Przyjrzała się jej uważnie, zamykając jedno oko. – Ze Złotego Morza? – Upewniła się, nadal manipulując perłą. Kilka razy nacisnęła ją kciukiem i zbliżyła doust.

Handlarz najpierw przyglądał się jej podejrzliwie, ale gdy zobaczył, że zamierza nadgryźć jego skarb, podskoczył jakoparzony.

– Ostrożnie, są bardzo delikatne! – krzyknął zabawnym, cienkim od panikigłosem.

Lirr schowała perły za siebie w zamkniętej dłoni i zmierzyła handlarza badawczymspojrzeniem.

– Delikatne? Masz mnie za idiotkę? – Wściekłasię.

Handlarz uniósł brwi tak wysoko, że dosięgły linii jego błyszczącychwłosów.

– Przecież to pomalowane pestki lukuncji – krzyknęła mu prosto w twarz, potrząsając przy tym zamkniętymi w dłonikulkami.

Tamten znieruchomiał na moment, po czym schował szybkim ruchem resztę fałszywych pereł do kieszeni i stanął w rozkroku, jakby szykował się do bójki. Lirr nie zdążyła w żaden sposób się przygotować, bo niemal natychmiast zza pleców oszusta wyłonił się wysoki, wytatuowany, jednooki dryblas, który musiał zapewne być jego osobistym siepaczem. Jednym zamaszystym ruchem muskularnego ramienia odsunął handlarza z warkoczem za siebie.

– W czym problem? – spytał krótko, pochylając się, żeby spojrzeć Lirrian w oczy.

– Ta mała dziwka zniszczyła moje perły! – pisnął handlarz z dziecięcym grymasem wgłosie.

Lirr poczuła, że brakuje jejpowietrza.

– Dziwka? A gdzie się podziała „szlachetna pani”? – wrzasnęła, nie zważając na jednookiego tuż przed sobą. Warkoczyk najwyraźniej także nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy, bo wyślizgnął się sprawnie zza towarzysza i złapał ją mocno za nadgarstek.

– Oddaj to! – nakazał, wbijając paznokcie w jej rękę. Lirr próbowała ją wyszarpnąć, bezskutecznie. W drugiej dłoni nadal zaciskała rzekome perły, które miałakupić.

– Żebyś mógł jeszcze kogoś oszukać? Animyślę!

Handlarz rzucił nienawistne spojrzenie, podczas gdy jednooki bezradnie przyglądał się ich szarpaninie, zupełnie jakby nie mógł pojąć, co się właśnie rozgrywa przed jegooczami.

– Oddawaj! Już! – krzyczał coraz bardziej piskliwie Warkoczyk i coraz mocniej wbijał w żyły swoje ostrepaznokcie.

Po chwili poczuła rozlewającą się falę ciepła i zanim jeszcze dotarł do niej ból, dostrzegła ze zdziwieniem własną krew na portowym bruku, a potem paskudny uśmiech na twarzy oszusta. Niewiele myśląc, zamachnęła się drugą ręką i z całej siły rzuciła fałszywe perły jak najdalej do śmierdzącej portowejwody.

– Och… ojej… – Uśmiechnęła się przepraszająco. Warkoczyk patrzył przez chwilę w oszołomieniu na rozchodzące się na wodzie drobniutkiezmarszczki.

– Pożałujesz! – wycedził w końcu przez zęby i wykręcił jej boleśnierękę.

Czubki palców Lirr zaczęły powoli drętwieć. Handlarz skinął w milczeniu na jednookiego, a ten szybko złapał ją za włosy i objął ramieniem w talii. Zaczęła się szaleńczo szarpać i wierzgać, ale ból w zranionej i wykręconej ręce uniemożliwiał jakąkolwiek walkę. Raptem coś poruszyło się gwałtownie nad jej głową, poczuła uderzenie wiatru, nagły chłodny powiew. Usłyszała dziki krzyk, świst, furkot, wszystko na raz, a po ułamku sekundy jęk dryblasa, który z głuchym tąpnięciem upadł na zad, puszczając ją przy tymwolno.

– Co do… – pisnął handlarz z warkoczem, tracąc zupełnie koncentrację. Jednooki dryblas siedział zdezorientowany na bruku, a z paskudnie rozciętego łuku brwiowego tryskała krew, zalewając mu potokiem całątwarz.

– Krrr…!!! – wrzasnął triumfalnie kruk, rozkładając i składającskrzydła.

– Co to…? Co… jak…? – Warkoczyk zupełnie nie mógł się odnaleźć, a gdy ptaszysko przechyliło złośliwie głowę, łypiąc na niego błyszczącym okiem, całkiem gozatkało.

Lirr wykorzystała sytuację i z całym impetem wbiła kolano między rozszerzone nogi oszusta. Zamiast krzyku jęknął cicho, żałośnie, i łapiąc się za krocze osunął się majestatycznie na ziemię.

Gdy się odwróciła, kruka już nie było. Oszołomiony dryblas był chwilowo niemal zupełnie bezbronny, podeszła zatem do handlarza, który zwinął się na boku i bełkotał coś do siebie w nieznanym jej języku. Rozmasowała sobie delikatnie zakrwawiony nadgarstek i po krótkiej chwili wahania wyciągnęła resztę pereł z kieszenioszusta.

– A teraz – zwróciła się do niego szeptem, choć w rzeczywistości drżała jeszcze z emocji – zeżresz te swoje drogocenne perły, jedną po drugiej – syknęła i wpakowała pierwszą między jego imponująco białe zęby. Niezdarnie próbował ją wypluć, ale zamknęła mu szybko ręką usta i nos, zmuszając doprzełknięcia.

– Elirrianoi! – Podniesiony głos powstrzymał ją, właśnie gdy sięgała po drugą dorodną perłę. – Nie można nawet na chwilę spuścić cię z oka, żebyś nie wpakowała się w jakieśkłopoty!

– To nie tak, Ros, ja tylko… – Podniosła się z ziemi i otrzepała poszarpaneubranie.

– Natychmiast zostaw tego biednego człowieka w spokoju! – Rosmerta była tak roztrzęsiona, że zaczęła wymachiwać w jej kierunku koszem wypełnionym jakimiś słoiczkami i butelkami.

Dwa kroki za nią stał niski, otyły mężczyzna z długimi włosami i fantazyjnie zaplecionym wąsem, odziany w połyskliwą, spływającą aż do ziemi szatę w kolorze burgunda. Po jego twarzy błąkał się ni to uśmiech, ni to grymas obrzydzenia. Olmert, książęcy WielkiCelnik.

– To oszust! – wrzasnęła.

– A zatem zostaw tego biednego oszusta w spokoju! – Rosmerta była nieugięta. Zmierzyła ją piorunującymwzrokiem.

Lirr nie miała innego wyboru, jak tylko odsunąć się od kwiczącego coś do siebiehandlarza.

– Mam dowody… – wybąkała już mniejpewnie.

– Zostaw go albo przysięgam, że Maeve się o wszystkimdowie!

Na Rosmertę nie było rady. W takich chwilach nie zawahała się uciekać do szantażu i zwykle mówiła poważnie. Olmert zaniósł się cichym śmiechem, pochrząkując przy tym raz po raz jak świnia. Lirr podeszła do nich posłusznie, ale na odchodne odwróciła się jeszcze do swoichofiar.

– Pogadam sobie jeszcze z kapitanem portu. Oszustów i złodziei zwykle zakopuje aż po nos w piasku na płyciźnie za redą, tuż przed przypływem – rzuciła z jadowitymuśmiechem.

– Dość tego, Lirrian! Wracamy natychmiast! – Ros szarpnęła ją mocno zaramię.

Warkoczyk pozbierał się i zdołał usiąść na ziemi.

– Dopadnę cię jeszcze, zobaczysz, pożałujesz… – warknął, wbijając w nią morderczywzrok.

– Szukaj mnie na zamku, łgarzu. Znajdź mnie, jeśli starczy ci odwagi – odpyskowała natychmiast i już miała się wyrwać w jego stronę, ale przewidująca Ros przytrzymała ją mocno za rękaw, blokując jejruchy.

– Diabelskie nasienie… – Splunął krwią jednooki, który też zaczynał już wracać doprzytomności.

Olmert odchrząknął głośno i postanowił w końcuzareagować.

– Koniec, koniec, koniec… koniec, tak? – zaintonował swoim łagodnym, melodyjnym głosem z zabawnym wyspiarskim akcentem. Jako Wielki Celnik był jednym z najbardziej wpływowych ludzi w porcie, a nawet w całym Ysborgu. Rzadko mieszał się w sprawy piratów i oszustów, o ile nie szkodziły one interesom. Był przekupny i tolerował wiele, ale gdy ktoś nadepnął mu na odcisk, stawał się bardziej zajadły niż bagiennażmija.

– Córka Hego, tak? – zapytał uprzejmie, zatykając palce za szeroki, zdobiony kolorowymi szklanymi paciorkami pas. – Zdecydowanie widać tę pewnego rodzaju iskrę, tak, tak… – Ucieszył się, zaśmiał i chrząknął jak świnia. – Zdecydowanie. Pewien taki, jak by to można powiedzieć, błysk w oku, tak? – zwracał się do Rosmerty, ale nie spuszczał Lirrian z oka.

– To ma być ten twój przyjaciel, tak? – zapytała półgłosem ochmistrzynię, przedrzeźniając przy tym manieręOlmerta.

Rosmerta natychmiast zesztywniała zezdenerwowania.

– Lirrian, zachowuj się jak należy. – Zgromiła ją wzrokiem i szarpnęła mocno za rękaw.

– Wybacz… dziewczyna ma trudnycharakter.

Olmert przewrócił oczami, które były niepokojąco podobne do błyszczących niebieskich paciorków wokół jegopasa.

– Wybaczone. Oszustwo w handlu w Ysborgu karane jest lochem, tak? – zwrócił się tym razem ni to do handlarzy, ni to do mew przyglądających się wszystkiemu z masztów cumującego obokstatku.

– Nie jestem oszustem, to tylko… – zaczął jęczącym tonemWarkoczyk.

– Och, zamknij się! – Lirr nie wytrzymała, mimo że w odpowiedzi Rosmerta znów szarpnęła ją za tunikę.

– Koniec, koniec – poprosił dobrotliwie Olmert. Wydawał się co najmniej zażenowany całą tą sytuacją. – Doprawdy, czy muszę wzywać straż portową? – westchnął. – Myślę, że na was już pora, pogoda sprzyja wyjściu w morze – zwrócił się ze smutkiem dooszustów.

– Tak jest… – rzucił przez zęby Warkoczyk i zaczął zbierać z ziemi swojego zakrwawionegotowarzysza.

Gdy zniknęli na pokładzie swojej łajby, Olmert otworzył pulchne ramiona i uściskał serdecznie Lirr, całując ją przy tym z głośnym cmoknięciem w czoło. Wzdrygnęła się na ten dźwięk, ale musiała przed sobą przyznać, że mężczyzna być może nie jest tak bezużyteczny, za jakiego go miała. Było w nim coś wzbudzającegozaufanie.

– A teraz, moja droga, powiedz mi, skąd u ciebie tyle energii? – zapytał dobrotliwie, gładząc przy tym swoje absurdalne wąsy. – Gdyby nie twój status, poprosiłbym Rossie, żeby przysłała cię do mojego kantoru, przydałaby mi się taka bystra głowa – zaśmiał się, trzęsąc brzuchem i chrząkając corazgłośniej.

– Raczej uparta. – Rosmerta wyraźnie nadal była na nią wściekła. Lirr mogła mieć tylko nadzieję, że nie opowie o wszystkimMaeve.

– Upór bywa cnotą, zbyt często poddajemy się przed osiągnięciem celu – perorował melodyjnie celnik. – Nie rozumiem tylko, czemu zabrnęłaś do tej części portu, dziewczyno?

Lirr spuściła wzrok. Nie było już sensu kłamać. Celnik i tak zapewne wiedział więcej, niż to pokazywał posobie.

– Szukałam Zielonej Harpii… – wyznała skruszona – a raczej wieści o niej…

– Hego, tak? Tak, tak… – Uśmiechnął się znacznie mniej wesoło niż wcześniej. – Dawno nie zawijał do Ysborga… Mówi się, że… – uciął wpół słowa i rozejrzał się wokół swoimi paciorkowatymioczami.

– Co? Co „się mówi”? – ponagliła go Lirr, tknięta nagłym niepokojem. Coś było nie tak, coś wisiało w powietrzu. Poczuła mrowienie na karku. Olmert podrapał się w pulchny podwójny podbródek i wskazał jedną z wąskich uliczek, prowadzących do kupieckichkantorów.

– Chodźmy stąd, napijemy się miętowej herbaty z miodem, porozmawiamy. – Zabrzmiało to złowieszczo. Lirr popatrzyła pytająco na Rosmertę, ale tamta odwróciła niechętnie głowę, jakby unikała jejwzroku.

Kantor Olmerta, mimo że z zewnątrz niczym szczególnym się nie wyróżniał, w środku zadziwiał bogatym, wygodnym wystrojem z domieszką wyspiarskiej egzotyki. Ściany pokrywały misternie wyszywane draperie, podłogę wzorzyste, miękkie dywany i wygodne aksamitne poduszki. Powietrze przesycone było zapachem palonego karmelu, cynamonu i mięty. Olmert sam przygotował i przyniósł herbatę. W milczeniu nalał swoim gościom gorącego naparu do niskich szklanych czarek i podsunął szklaną tacę z karmelizowanymi orzechami oraz miseczki z trzema rodzajamimiodu.

– Hego… – zaczął, dopiero gdy pociągnął parę łyków swojej herbaty – podobno wyprawił się na zachód, najpierw do Ibelinu, a potem… jeszcze dalej… – Lirr poruszyła się nerwowo na swojej poduszce i rzuciła krótkie spojrzenie Rosmercie, szukając w niej oparcia. Ochmistrzyni słuchała słów Olmerta w skupieniu, popijając ze swojej czarki z zamkniętymioczami.

– Mówią, że miał zamiar dopłynąć do Wyspy Westchnień – ciągnął celnik – ale znowuż inni zarzekają się, że widzieli Zieloną Harpię w drodze do Kortonis albo w pobliżu MilczącegoWybrzeża.

Lirr poczuła, jak strach coraz mocniej zaciska jej gardło. Coraz bardziej obawiała się tego, co za chwilęusłyszy.

– Nie rozumiem, po co miałby wybierać się do Kortonis. – Nie wytrzymała w końcu i przerwała Olmertowi. – Zwłaszcza tuż przed sezonem burz… To pustkowie, statki handlowe rzadko wybierają tamten port, nie może tam liczyć na dobry… utarg.

Olmert podniósł twarz znad parującej miętą czarki i zmierzył Lirr długim, badawczym spojrzeniem. Gdy zaczął znów mówić, końcówki zaplecionych wąsów drżałylekko.

– Moja droga, ludzie morza rzadko mówią prawdę, tak? – Położył uspokajająco ciepłą, pulchną dłoń na jej dłoni. – Być może Hego sam rozsiewa kłamstwa na swój temat, być może ma po prostu powody, żeby sięukrywać.

Olmert mógł mieć rację. Hego robił już w życiu dziwniejsze rzeczy i nigdy nie przestawał jej zaskakiwać. Chociaż tym razem wszystko wskazywało na to, że po prostu przepadł. Zniknął bez śladu. „A być może zwyczajnie mnie porzucił…” – szepnął w głowie jakiś złośliwy głos. Skrzywiła się boleśnie i odruchowo zacisnęła dłoń na swoim talizmanie. Rosmerta wydawała się czytać w jejmyślach.

– Lirrian… Hego na pewno w końcu wróci do Ysborga, wszystko w swoim czasie. – Pogładziła delikatnie po plecach. Lirr pomyślała, że jak jeszcze dłużej będą ją tak pocieszać, w końcu coś w niej pęknie i wybuchnie płaczem. Wzięła głęboki oddech, odsuwając od siebie wszystkie te zdradliwie ckliwe uczucia. Nie zamierzała robić z siebie widowiska. Przełknęła supeł strachu, zaciskający dotąd jejgardło.

Olmert przegryzł kilka karmelizowanych orzechów i uśmiechnął się wesoło pod swoim zaplatanymwąsem.

– Skąd wiedziałaś, że perły są fałszywe? – zapytałmelodyjnie.

Lirr doszła do wniosku, że nie ma sensukłamać.

– Sama kiedyś robiłam podobne – odparła czując, że złe emocje zaczynają powoliopadać.

Celnik wybuchł głośnym świńskim śmiechem i chrząknął kilka razywesoło.

– Myślę, że ty i ja szybko się zaprzyjaźnimy, tak?

Wyspa Mgieł

Copyright © Maria Zdybska

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Copyright © for the cover art by Paweł Dobkowski

Copyright © for the cover photo© Marcus Ranum

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rightsreserved.

Wydanie drugie, Bydgoszcz 2019r.

druk ISBN 978-83-7995-407-0

epub ISBN 978-83-7995-408-7

mobi ISBN 978-83-7995-409-4

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Małgorzata Maksymowicz

Korekta: Marta Kładź-Kocot

Korekta techniczna: Ewelina Nawara, Beata Paździurkiewicz

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Ilustracja na okładce: Paweł Dobkowski

Zdjęcia referencyjne: Marcus Ranum, www.ranum.com

Skład i typografia: www.proAutor.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgodywydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-453 Bydgoszcz

sekretariat@inanna.pl

www.inanna.pl

Książka najtaniej dostępna w księgarniachwww.MadBooks.pl

www.eBook.MadBooks.pl