Wyspa i inni ludzie - Maciej Piotr Prus - ebook

Wyspa i inni ludzie ebook

Maciej Piotr Prus

4,4

Opis


Kiedy na pewnej śródziemnomorskiej wyspie nagle pojawia się niezidentyfikowane stworzenie, które zaczyna niszczyć uprawy, w mieszkańcach tej zamkniętej enklawy odzywają się tłumione dotąd lęki, pragnienia i przyzwyczajenia. Wyspa jako miejsce akcji jest tu tylko pretekstem, aby oddać skomplikowane relacje międzyludzkie, specyficzną atmosferę zamknięcia i ograniczenia, ale także przyjrzeć się społeczeństwu jak w soczewce.

To historia brutalnie realistyczna i do bólu rzeczywista, choć zanurzona w pozornie łagodnym śródziemnomorskim klimacie i owiana łagodną bryzą od morza.

 


Czytałam książkę Macieja Piotra Prusa w czasie pandemii, oczarowana pierwszymi stronami, które koiły moją tęsknotę za Dalmacją i jeszcze bardziej zachwycona, kiedy ten sielski obraz ulegał postępującej dezintegracji. Prusowi udała się rzecz niezwykła – stworzył powieść utrzymaną w klimacie nieznanej w Polsce prozy insularnej. Autor zamknął na tytułowej wyspie rzadko spotykaną w polskiej prozie galerię postaci – jednocześnie wyjątkowych i głęboko zwyczajnych, targanych przedziwnymi porywami i spokojnych w swoim szaleństwie. Prus – podobnie jak Tomasz More, Wiliam Golding czy islandzka autorka Sigríður Hagalín Björnsdóttir wybiera wyspę, aby przeprowadzić na jej mieszkańcach swoisty eksperyment. To opowieść o specyficznej przestrzeni, ale przede wszystkim sposobie, w jaki wpływa na ludzi.

Aleksandra Wojtaszek

***

Kanwą tej książki jest prawdziwa historia, która wydarzyła się na adriatyckiej wyspie Molat w Północnej Dalmacji. Usłyszałem ją bawiąc tam kiedyś, a później na półwyspie Pelješac w Dalmacji Południowej opowiedziałem ją autorowi niniejszego dzieła. Nie mogło stać się lepiej. Była opowieść, a teraz, dzięki Maćkowi Prusowi, jest znakomita literatura.

Robert Makłowicz

 

 

Fragment

- Może też wejść w krowę – mówił Bojan – Właściwie - w każde zwierzę. Najczęściej wchodzi jednak w wilka i lisa. Nie zawsze jest groźne, można nawet powiedzieć, że najgroźniejsze to jest w człowieku. Tak, że jak wejdzie w człowieka, to najstraszniejsze. To diabeł, zły duch - ale można go powstrzymać. Tego jednak nie może zrobić byle kto, to musi być albo dziewica, albo fachowiec…

 

Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Maciej Piotr Prus, Wyspa i inni ludzie, Kraków 2020
Copyright © by the Author, 2020 Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2020
Redakcja serii Piotr Marecki
RedakcjaMarta Syrwid
Projekt okładki Bolesław Chromry
Projekt typograficzny, skład i łamanie, korekta By Mouse | www.bymouse.pl
Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków
Wydanie I
ISBN 978-83-66571-22-8
Korporacja Ha!art ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków tel. 698 656 756korporacja@ha.art.plwww.ha.art.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek, Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu. Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

• Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR

• Jakub Michalczenia, Gigusie

• Anna Mazurek, Dziwka

• Natalka Suszczyńska, Dropie

• Antonina Kardaś, Czernucha

• Aleksandra Wstecz, Kwiaty rozłączki

• Jarek Skurzyński, Zrolowany wrześniowy Vogue

• Zenon Sakson, Zaczarowany uber

• Sławomir Shuty, Historie o ludziach z wolnego wybiegu. Pasty i skity

• Maciej Topolski, Niż

• Jakub Michalczenia, Korszakowo [wyd. II popr. i uzupeł.]

• Maciej Piotr Prus, Wyspa i inni ludzie

I

Jego uszy nie były nastawione na odbieranie słów, starał się nie słyszeć ich zbyt wiele. Nie był głuchy, potrafił rozróżnić głosy ptaków, słyszał trzeszczenie desek w podłodze, drapanie myszy za lodówką, deszcz stukający o dach. Petr najsłabiej słyszał ludzi. Często nie odpowiadał na pytania albo odpowiadał od rzeczy. Ludzie ciągle mówili – potoki, morza, oceany słów. Włączała mu się wtedy blokada. Czasami miał trudności w sklepie, gdy zapatrzył się na usta sprzedawczyni, na jej przednie zęby, na koniuszek języka wyskakujący z gracją na wargę i nie słyszał pytania, kiwał tylko głową, a wszyscy się śmiali. „Oj, jaki głupi ten nasz Petr, bo co on zrobi z tą całą gęsią, na dodatek nieoskubaną, kiedy przyszedł tutaj tylko po kawałek kiełbasy?” Ale Petr brał gęś pod pachę i zamyślony wychodził ze sklepu. Gęś zanosił sąsiadce zza wzgórza i dawał w prezencie. Sąsiadka Marta bardzo go lubiła. Zresztą jemu przy niej blokada się wyłączała i Petr słyszał doskonale. Najczęściej siadali na ławce przed domem i patrzyli na zatokę, na zamglony pas stałego lądu. Potem Petr wstawał, kłaniał się i wracał do domu.

Marta miała męża Borysa, który wolałby, żeby Petr nie przychodził, kiedy on pływa i próbuje wyłowić z morza resztki pozostałych jeszcze ryb. Petr chodził jednak do Marty, kiedy miał ochotę, a zazwyczaj miał ją, kiedy męża sąsiadki nie było w domu.

Petr był nieśmiały. Przerażało go proszenie ludzi o powtórzenie pytania, bo wiedział, że prawdopodobnie i tak nie usłyszy. Kiedyś, gdy był młodszy, jeszcze w szkole, ludzi słyszał doskonale, zawsze jednak wymagało to od niego koncentracji. Z czasem słowa wypowiedziane przez innych coraz rzadziej wzbogacały go, częściej natomiast wprowadzały chaos. Kiedy szedł z kimś na wzgórze albo do lasu, zamiast posłuchać ciszy, ten ktoś łapał go za rękaw i mówił: „O Boże, jak tu cicho!”, a potem jeszcze: „Nieprawdopodobnie!”, a potem jeszcze raz: „O Jezu, jak tu cicho!”. I Petr nie mógł już tego wytrzymać.

Ludzie najczęściej rozmawiali o telewizyjnych serialach. Na wyspie nikt nie miał telewizji satelitarnej, wszyscy wystawiali zwykłe anteny, a sygnał był bardzo słaby. Petr kupił jednak telewizor, który również źle odbierał i prawie zawsze był bez fonii. Petr patrzył na migające, rozmazane głowy wymawiające setki słów na minutę i nie słyszał ani jednego. Przez pewien czas nawet go to bawiło, ale w końcu stracił zainteresowanie telewizją. Włączał ją rzadko i najczęściej w nocy, bo w nocy odbiornik lepiej odbierał i udawało mu się zobaczyć dłuższe fragmenty.

Czuł, że coraz bardziej się wyróżnia, bał się tego, prześladowała go myśl o społecznym odrzuceniu i którejś nocy postanowił, że zacznie udawać głupka. Rozważył wszystkie „za” i „przeciw” i z pełną odpowiedzialnością podjął decyzję. Zadecydowało poczucie bezpieczeństwa.

Od tamtego czasu nie martwił się tym, że nie wszystkich słyszał. Jednym odpowiadał bez sensu, innym logicznie i wyczerpująco. Rola wiejskiego głupka okazała się świetnym pomysłem. Przestał być konkurentem, kimś, kto może okazać się lepszy w pracy, w miłości, w rachunkach... Wiadomo było, że nie będzie już politykiem, adwokatem, urzędnikiem podatkowym, policjantem, nie poderwie innemu Hany, Nadii, Steli – nawet świadkiem przestępstwa zostanie niewiarygodnym.

Petr w swojej roli czuł się znakomicie. Często chodził po łąkach i zbierał zioła. Potem je suszył, palił albo robił z nich napary. Kiedy nie był pewien, do czego może ziele wykorzystać, szedł do starego Bojana. Wszyscy wiedzieli, że Bojan zna się na ziołach. Kiedyś Bojan leczył mieszkańców wyspy. Potem na wyspie powstała szkoła i nauczyciel przestrzegał przed piciem gorzkich wywarów Bojana. Uważał to za zabobony, średniowieczną ciemnotę. Raz na pół roku przyjeżdżał na wyspę lekarz i wszystkim dzieciom w szkole wkładał patyki do gardła i wbijał igły w przedramiona. Szkołę zamknięto jednak kilka lat temu, nauczyciel wyjechał, a do lekarza trzeba było płynąć na ląd. Rzadko jednak ktoś korzystał z tej sposobności, szczególnie że Adam zaczął sprowadzać do swojego sklepu białe pastylki z narysowanym krzyżykiem, które leczyły wszystkie dolegliwości. Jednak Petr chodził do starego Bojana. Przynosił grzyby, korzenie, korę, liście i rosnące dziko konopie. Czasami siedzieli długo w nocy, palili zioła i milczeli.

Na wyspie był kościół, ale od lat nie odbywały się w nim nabożeństwa. Stał na skraju wsi i nawet nie wiadomo było, kto ma klucze do wiszącej na drzwiach dużej kłódki. Kiedyś mieszkał na wyspie ksiądz, ale to było tak dawno, że nawet Bojan słabo go pamiętał. Potem, co niedzielę, przypływał z lądu młody wikary i odprawiał msze, ale podobno zakochał się w jednej parafiance, zrzucił sutannę i od tamtego czasu kościół stał pusty. Jeszcze kilka lat temu rano w niedzielę zbierali się przed nim ludzie i modlili się, śpiewali pieśni, ale po śmierci żony Bojana przestali przychodzić. Mówili, że modlą się w domu, ale jak było naprawdę, tego nikt nie wiedział.

Jako dziecko Petr był z rodzicami kilka razy na mszy. Pamiętał, że ściany pokryte były wyblakłymi freskami przedstawiającymi świętych ze złocistymi aureolami. Petr myślał, że to hełmy, w których święci przybyli z kosmosu na ziemię. Później w domu rysował rakiety, w których siedzieli święci i wyglądali przez okrągłe okienka.

Petr uwielbiał rysować. Kiedyś szkicował ołówkiem i węglem, potem kupił kredki. Później zaczął malować farbami wodnymi i temperą. Mieszał kolory i sam dziwił się, że zamiast spokojnego morza, nieba i krążących mew malował ciemne nierealne światy, ulice pełne zjaw, tylko pozornie przypominających ludzi. Zamalowane kartony upychał za szafą. Wolał, żeby nikt ich nie oglądał.

Petrowi doskwierał brak seksu. Dziewczyny, które zostały na wyspie, wstydziły się z nim romansować. Raz na miesiąc Petr zakładał swoje lniane spodnie, czarne półbuty, wsiadał na prom i odpływał na ląd.

Z prostytutkami zadawał się, póki nie spotkał Zo. Tak się przedstawiła i pewnie tak do niej wszyscy mówili. Może była Sofiją, a może zwierzęciem zamkniętym w klatce. Petr słyszał ją doskonale. Łapał się nawet na tym, że zaczyna ją słyszeć, zanim ona otworzy usta. Znał już całe zdanie, tymczasem Zo wymawiała dopiero pierwsze słowo.

Poznali się jakoś banalnie, na ulicy, Zo coś do niego powiedziała, on to usłyszał i odpowiedział. Potem stali tak przez godzinę i nie mogli się rozstać. Jak w starych filmach ona odprowadzała go do promu, on nie wsiadał i odprowadzał ją pod dom, potem ona jego, ale już tylko do połowy drogi.

Od tamtego czasu Petr pływał na ląd tylko dla niej. Nie wyobrażał sobie, żeby Zo przypłynęła kiedyś na wyspę, nie wyobrażał sobie, żeby odkryła, że jest tylko wiejskim głupkiem. Jedynie raz, podczas pierwszej rozmowy zapytała, co robi. Odpowiedział, że patrzy w niebo, wsłuchuje się w ciszę i próbuje dowiedzieć się, kim jest. Że jeszcze się nie dowiedział.

Potem już nie pytała, wolała zapach jego skóry, ciepło nabrzmiałego penisa, wolała smak papierosa, kiedy spocona siedziała na brzegu łóżka i słuchała dźwięku mocnego, równego strumienia moczu uderzającego o klozetową muszlę. Petr mógł więc być dla niej każdym: artystą, sklepikarzem, farmaceutą, pasterzem, medytującym mędrcem, listonoszem, hodowcą kwiatów, nawet księdzem.

Zo nie chciała jechać na wyspę, a przynajmniej nigdy o tym nie mówiła. Tajemniczość Petra stawała się coraz przyjemniejsza. Mogła żyć bez konsekwencji, iść z Petrem na kawę, do kina, pogapić się w niebo, posiedzieć na plaży... A najbardziej lubiła chodzić z Petrem do łóżka.

Potem Petr wracał na wyspę. Ludzie na przystani pokrzykiwali do niego: „Co, znowu żony pojechałeś szukać? Może on nie żony, a męża szuka?”. Petr jednak nie słyszał, uśmiechał się do nich i machał ręką. Oni odmachiwali mu i się śmiali. Petr znowu był głupkiem, wracał do siebie. W domu parzył zioła, zapalał papierosa i siadał na werandzie. Z oddali dochodziły dźwięk syreny statku wpływającego na redę, szum fal, pokrzykiwanie nocnego ptaka.

Tego ranka obudził się później niż zwykle. Zaparzył kawę i z gorącym kubkiem wyszedł przed dom. Było ciepło, zapowiadał się upał, choć był już wrzesień. Petr obok domu miał małe pole. Jak mu się chciało, sadził tam kukurydzę. Nie lubił jednak kukurydzy, więc nie zawsze ją zbierał, gdy dojrzała. Czasami ją zbierał i sprzedawał, a czasami zapominał i kiedy przychodziły chłodne noce, przejrzałe kolby pokrywał szron.

Petr stał, patrzył na pole i próbował zrozumieć, co się stało. Poletko kukurydzy wyglądało, jakby przeszedł przez nie huragan. Łodygi były połamane, część roślin wyrwana z korzeniami, wszędzie walały się poodrywane kolby. Kiedy wszedł w pole i zaczął je zbierać, zobaczył, że większość z nich była obgryziona. Okrążył cały teren, wreszcie wsiadł na rower i pojechał w stronę wioski.

Na wyspie był jeden policjant. Kiedyś Jovanowi zginęła koza. Jovan oskarżył o kradzież sąsiada. Zrobiła się awantura i choć nigdy tego wcześniej nie robiono, wezwano policję z lądu. Na wyspę przyjechał wtedy Tomas. Chodził po domach, rozmawiał i wszędzie częstowali go rakiją, ludzie wyciągali zapasy trzymane na specjalne okazje. Tomas przedłużał śledztwo, mimo że koza znalazła się w krzakach w wąwozie. Twierdził, że jeżeli zostało zgłoszone przestępstwo, to on – reprezentant prawa zdecyduje, kto ponosi winę i kogo należy obciążyć kosztami, które policja poniosła w związku z prowadzonym dochodzeniem. Im dłużej badał sprawę, tym wyraźniej wychodziło, że koszty te powinna ponieść koza. Nie mógł jednak tego napisać w raporcie, więc pisał, że sprawy się komplikują, bo odkrył gang złodziei kóz i że śledztwo może się przeciągnąć. I śledztwo się przeciągało.

Tomas pisał raporty i chodził na ryby. Często siadał na niskiej skale łagodnie wchodzącej w morze, zarzucał wędkę i patrzył na odległy stały ląd, na zmierzające do portu statki i pierwszy raz od wielu lat czuł się szczęśliwy. Przyszły jednak chłodniejsze dni, Tomas spakował torbę, wsadził do niej kopie napisanych raportów, poszedł na przystań i wsiadł na prom.

Nieobecność nie trwała jednak długo. Z pierwszymi dniami wiosny pojawił się znowu. Przypłynął obładowany walizkami, przywiózł też ciężki kufer. Pracujący na przystani mężczyźni musieli mu pomóc wytaszczyć go na ląd. Starym samochodem przyjechał po Tomasa Adam, bo na wyspie tylko on miał samochód, którym dostarczał towar do swojego sklepu. Zapakowali się i pojechali do małego domku na skraju wsi, w którym kiedyś mieszkała rodzina Maliczów. Starzy zmarli kilka lat temu, a ich dzieci, jak większość młodych, wyjechały z wyspy. Tomas otworzył kluczem dużą wiszącą na drzwiach kłódkę i razem z Adamem wnieśli cały bagaż.

Po kilku dniach na ścianie domu pojawiła się drewniana tabliczka z napisem „Policja”. Nie wyglądała profesjonalnie, litery były trochę krzywe i wszyscy dziwili się, czemu Tomas nie przywiózł z sobą metalowej, wzbudzającej respekt tablicy, jakie zwykle widniały przed wejściem do państwowych urzędów na lądzie.

Wieczorem, przy szklaneczce wina, Adam wygadał się, że Tomas kupił ten domek za niewielkie pieniądze i że tak naprawdę jest już na emeryturze. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, uznano, że nawet lepiej, bo, jak w większości społeczności, nie darzono tu policji miłością. Również to, że Tomas, mimo że posiadał mundur, nigdy go nie zakładał i chodził w podkoszulku i w znoszonych zielonych spodniach, a w chłodniejsze dni zakładał flanelową koszulę w kratę, spodobało się mieszkańcom wyspy i szybko zaczęli traktować go jak swego.

To właśnie do Tomasa na swym starym rowerze podążał Petr. Podjechał pod dom z drewnianą tabliczką z napisem „Policja”, ale drzwi były zamknięte. Wiedział jednak, że jeżeli Tomasa nie ma w domu, siedzi na skale i łowi ryby. Tak było i teraz. Wpatrując się w rozhuśtany na falach spławik, Tomas zastanawiał się, czy nie jest jeszcze za późno, żeby nauczyć się pływać. Wody bał się od trzeciego roku życia, kiedy ojciec wrzucił go do rzeki, a on zamiast oprzeć się na pamięci gatunku oraz pierwotnych instynktach i wypłynąć poszedł od razu na dno. Ojciec go wyciągnął, ale Tomas wciąż czuł to przerażenie, całkowitą bezradność i poczucie zdrady, której dopuściła się osoba darzona wcześniej bezgranicznym zaufaniem.

Nauka, jaką wyniósł z tego zdarzenia, decydowała o całym jego życiu. Przez nią rozpadały się, co prawda, jego małżeństwa, ale dzięki niej właśnie zaczął pracować w policji i szybko został najlepszym śledczym w mieście. Może odszedłby na emeryturę w należnej mu chwale, gdyby, również przez chorobliwą podejrzliwość, kompletnie nie spaprał ostatniej sprawy. Odkrył jakieś malwersacje w komendzie, w której pracował, i tak pokierował śledztwem, że sam stał się głównym podejrzanym. Musiał się potem długo tłumaczyć, ale i tak wiadomo było, że jego kariera dobiegła końca. Mógł już tylko szukać zaginionych kóz. I tak miał szczęście, że pozwolono mu przepracować jeszcze te sześć miesięcy, by dotrwać do emerytury.

Kiedy tak siedział, rozważając możliwość rozpoczęcia nauki pływania, usłyszał skrzypienie roweru. Tomas zdziwił się, bo odkąd prawie sześć lat temu przeniósł się na wyspę, nikt jeszcze ani razu nie przeszkodził mu w łapaniu ryb.

Zza krawędzi wyjrzała głowa Petra.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale ktoś zniszczył mi uprawę kukurydzy. Całe pole jest zryte, łodygi połamane, kolby objedzone.

Petr powiedział to całkiem spokojnie, choć bał się, że nie usłyszy odpowiedzi.

– Kiedy to się stało? – zapytał Tomas, a Petr usłyszał i odpowiedział, że dzisiaj w nocy.

Tomas znowu poczuł się stróżem prawa, złożył wędki i kiwnął na Petra, żeby prowadził.

Podczas drogi Petr opowiedział, że wieczorem wydawało mu się, że słyszy jakieś dziwne dźwięki: szuranie, pochrapywanie, trzask łamanych łodyg, ale pomyślał, że może jakiś pies wszedł w pole kukurydzy. No bo co mogło tam wejść? Pies albo koza. Innych zwierząt na wyspie nie było. Może jeszcze króliki i myszy. Kiedyś żyły na wyspie szakale, ale od lat już ich nie słychać. Było za to dużo ptaków, ale ptak nie robiłby tyle hałasu.

Pole przedstawiało sobą okropny widok. Jeszcze gorszy, niż wydało się to Petrowi rano. Tomas patrzył równie przerażony. Zaczął przechadzać się między pogniecionymi roślinami, podnosić kolby, przyglądać się im, sprawdzać, na jakiej wysokości zostały połamane łodygi.

– To musiało być jakieś zwierzę – stwierdził po chwili. – Wygląda mi na robotę dzika.

– Ale na wyspie nie ma dzików – odparł Petr. – Są króliki, ale króliki by tego nie zrobiły.

– Króliki nie – zgodził się Tomas. – To musiało być coś większego, chyba jednak dzik.

– Ale na wyspie nie ma dzików – powtórzył Petr.

– No, ale co, jak nie dzik?

– Nie wiem. Może człowiek.

– Po cholerę człowiek ma niszczyć pole kukurydzy? – zastanowił się Tomas, chociaż po latach pracy w policji wiedział, że czasami człowiek może wiele, że gorszy jest niż dzik.

– Masz jakichś wrogów? – zapytał.

Petr zamyślił się. Nie sądził, żeby ktoś specjalnie go nienawidził, uważał, że wszyscy, może oprócz sąsiadki Marty, tak samo go nie lubili.

– Szczególnych nie – odpowiedział i przestał słyszeć. Tomas poruszał ustami, ale do Petra nie docierały już żadne dźwięki.

Być może nikt by nie zawracał sobie głowy zniszczonym polem Petra, gdyby kilka dni później coś nie rozkopało poletka ziemniaków starego Bojana i nie wyżarło wszystkich bulw. Zniszczenie ziemniaków Bojana było już poważniejszą sprawą.

Stary Bojan przyszedł wieczorem do sklepu. Sklep, prócz tego, że można było w nim kupić wiele potrzebnych rzeczy, był również miejscową kawiarnią. Adam wystawił na zewnątrz plastikowe fotele i trzy okrągłe stoliki. Chciał jeszcze dostawić parasol, ale jakoś tego nie zrobił. Zresztą wszyscy się przyzwyczaili, że u Adama nie ma parasola.

Wieczorem stoliki były zajęte. Niektórzy pili wino, inni piwo. Piliby też rakiję, ale Adam zabronił.

– Rakiję to se możecie w domu pić – krzyknął i pogonił Karla i Jovana, gdy przynieśli kiedyś butelkę i poprosili o kieliszki. Potem już nikt nie odważył się przyjść ze swoim alkoholem, a Adam rakiją nie handlował. Miał za to w sklepie automat do robienia kawy. Mimo że kolorowa skrzynka nie wzbudzała zaufania, robiła całkiem dobrą kawę. Wystarczyło wrzucić pieniądz i wybrać odpowiedni guzik.

Bojan jednak brzydziłby się napić kawy z maszyny. Jeśli już ją pił, to przygotowaną przez siebie w domu, w małym kociołku. Bardzo uważał, żeby nie zdążyła się zagotować. Wcześniej wsypywał kilka ziarenek cukru. Kawę jednak pił rzadko, często zaś kieliszek białego wina przed snem.

Nikt nie wiedział, ile Bojan ma lat, ale odkąd wszyscy pamiętali, Bojan zawsze był stary. Niektórzy mówili, że ma dziewięćdziesiąt lat, jeszcze inni, że sto dwadzieścia.

Nie ulega wątpliwości, że Bojan cieszył się na wyspie ogólnym szacunkiem i zniszczone pole ziemniaków wzbudziło zdziwienie i zaniepokojenie. Nikt tu przecież nie chciałby mu sprawić takiej przykrości. Zaczynało się dziać coś, na co mieszańcy wyspy nie byli przygotowani. A gdy ktoś jeszcze wspomniał o polu Petra, to naprawdę zrobiło się nieprzyjemnie.

– Jakby u nas były dziki, to pomyślałbym, że dzik, ale u nas nie ma dzików – stwierdził Młody.

– Przecież nikt z nas nie zżerałby na surowo kukurydzy, a tym bardziej ziemniaków – powiedział Tomas i przez chwilę pomyślał, że być może jest jedynym podejrzanym. Był w końcu na wyspie najkrócej, a poza tym to stróżów prawa, a szczególnie tych na emeryturze, oskarża się o największe perwersje.

Nikt jednak Tomasa o nic nie oskarżał. Wszyscy siedzieli, patrzyli na szklanki z alkoholem i milczeli. Nie mieli pomysłu, bo jak nie dzik, to co?

– Mnie to wygląda jednak na dzika. Ale skąd dzik na wyspie? – Bojan powiedział po chwili.

– Może przypłynął z lądu. – Młody zawsze uważał, że wie wszystko najlepiej. – Widziałem kiedyś taki film przyrodniczy o hipopotamach...

– Co ty pieprzysz? – przerwał mu Jovan.

– Nie pieprzę, tylko tam było również o dzikach, że potrafią przepłynąć rzekę.

– Rzekę może tak – zgodził się Viktor – ale tu jest morze. Kuter do lądu płynie prawie godzinę.

Viktor wiedział, co mówi. Sam był rybakiem i nieraz płynął na ląd. Kiedyś przepłynął tę trasę nawet w czterdzieści minut, bo na pokładzie wiózł żonę, która zaczynała rodzić.

– Może jednak, kurde, udało się jakiemuś przepłynąć. Dziwne rzeczy dzieją się w przyrodzie – stwierdził Adam.

Potem już nikt niczego nie powiedział. Dopili swoje wino, skończyli piwo i rozeszli się do domów. Zostali tylko Karlo i Jovan, ale oni zawsze zostawali, bo nie mogli się pogodzić z tym, że „ostatnia kolejka” nie jest tylko trwałym związkiem frazeologicznym.

Przez następne dni niewiele się wydarzyło. Petr pojechał na ląd spotkać się z Zo. Jak zawsze wynajęli pokój w tanim hoteliku przy plaży. Zo nie zapraszała Petra do siebie. Dzwonił do niej z przystani na wyspie na kilka dni przed przyjazdem, a ona czekała na niego w porcie. Zakładała zieloną sukienkę, malowała usta i patrzyła na przybijający prom.

– W zielonej wyglądasz najpiękniej – powiedział kiedyś Petr, a ona obiecała mu, że zawsze, kiedy będą się spotykać, będzie miała na sobie zieloną sukienkę.

Petr przywoził dla niej z wyspy różne zioła. Mówił, że jedno wywołuje ogień w brzuchu, że drugie oziębia, uczył, że jedne liście się pali, inne można żuć. Zo siedziała na brudnym hotelowym dywanie, patrzyła na rozłożone przed nią dary natury i myślała, że gdyby umiała kochać, pokochałaby Petra i wszystko byłoby inaczej.

Potem całowali się, dotykali swojej skóry, płakali i krzyczeli, leżeli na wznak wsłuchani w ciszę, palili papierosy, znowu się kochali, próbowali zasnąć. Petrowi to się jednak nie udawało – rybacy szli na połów, śmieciarka wywoziła śmieci, wrony krakały, sklepikarz podnosił metalowe żaluzje. Potem słońce oświetliło pokój, w powietrzu wirował kurz, a wytarty fotel, biureczko przy ścianie, szafka z łuszczącą się farbą przy łóżku nabierały swego pozbawionego miłości hotelowego życia.

Petr wstał, poszedł do łazienki. Zo jeszcze spała. Spojrzał na jej wąskie opalone plecy, na pieprzyki tworzące trójkąt równoboczny i miał ochotę ją obudzić, powiedzieć „dziękuję”, pocałować na pożegnanie. Nie zrobił tego jednak. Wyciągnął ołówek i na skrawku papieru napisał: „Jesteś najpiękniejsza”. Papier wetknął w ramę lustra i wyszedł.

Morze było spokojne, na plaży spóźnieni rybacy suszyli sieci. Petr postanowił wstąpić do sklepu papierniczego, kupić trochę zeszytów, bloków malarskich, farby. Na głównej ulicy był spory ruch, samochody trąbiły, ludzie się potrącali. Przed sklepem z artykułami metalowymi Petr zobaczył Adama. Ładował do samochodu jakieś żelazne sprzęty. Petr stał po przeciwnej stronie ulicy, zamachał nawet do Adama, ale tamten go nie zauważył.

Po powrocie na wyspę już na przystani Petr usłyszał, że ostatniej nocy coś zniszczyło pole Młodego. Młody strasznie rozpaczał, bo właśnie dzisiaj miał zbierać kukurydzę, a prawie wszystko zostało pogryzione. Podobno ktoś zawalił również starą szopę za cyplem. Karlo twierdził, że zawaliła się sama, ze starości.

– Może sama, a może nie sama. Może właśnie to dzikie zwierzę, ten dzik ją wywalił. – Jovan zawsze wietrzył jakiś podstęp i zakładał najgorsze. Tym razem jednak pozostali mieszkańcy wyspy myśleli podobnie.

Wieczorem przed sklepem było tłoczniej niż zwykle. Adam jednak jakby to przewidział, bo kupił dodatkową skrzynkę piwa.

Przyszedł kulawy Jan z nowiną, że coś rozszarpało mu królika. Karlo sugerował, że to mogła być łasica, ale niepokój pozostał.

Pili wino i piwo, a ich umysły otwierały się, by wkrótce wypełnić się chęcią działania. Dosiadł się Adam, otworzył piwo i powiedział, że ma do sprzedania pułapki, które przywiózł z lądu.

– Jakie pułapki? Poważnie, masz pułapki? – Jovan zapytał z niedowierzaniem.

– A pewnie, myślę o was, sąsiedzi. Ktoś tu musi myśleć – odrzekł Adam, wchodząc do sklepu. Chwilę później wyniósł z niego jakieś żelastwo.

– To chyba nie jest na dzika? – kulawy Jan zapytał z niedowierzaniem.

– No, może być na dzika, ale i niedźwiedź się złapie. Tu jest zapadnia, a to są szczęki, trzeba je dobrze naciągnąć – tłumaczył. – Nie wiemy, co u nas grasuje, więc z facetem, który robił te pułapki, wymyśliliśmy coś takiego. Jest bardzo czuła, tak że cokolwiek to jest, powinno się złapać.

Wszyscy z podziwem popatrzyli na Adama, ale podniosły nastrój zepsuł Jovan, mrucząc do siebie: „Pułapki..., pułapki... dziwne, że zamówił pułapki”.

– Po ile je masz? – zapytał Borys.

– Tanie nie są – zaczął Adam – jak mówiłem, nie robi się takich pułapek, są specjalnie wymyślone... Tak że tanie nie są, ale przy stratach, jakie ponosimy, i tak będzie się nam opłacać.

– Kiedy zamawiałeś te pułapki? – wtrącił się Jovan. – Skąd wiedziałeś, że ktoś będzie pola rył?

– Oj, Jovan, Jovan, ty zawsze myślisz, że ja interes na was chcę robić? Oczywiście, prowadzę sklep i czasami może zbyt dużo biorę za piwo, przyznaję, ale żebym w chwili zagrożenia interes na was miał robić? Nieee, taki to już nie jestem. Pomyślałem po prostu, że mogą się przydać.

Kiedy Adam wymienił wreszcie cenę, Karlo zrobił obrażoną minę i stwierdził, że to więcej, niż warta jest cała kukurydza z jego pola.

– Ty małe pole masz, ale gdyby tak zniszczył pole Grommów, albo jeszcze lepiej, pole Poleczków? Poza tym może też o względy bezpieczeństwa chodzić, nie wiemy przecież, co za bestia to robi.

– Dobrze mówi – wtrącił się Tomas. – Trzeba dobrze rozstawić pułapki i musi się złapać. To nie jest kłusownictwo, tylko obrona.

Nikt jednak nie mógł się zdecydować na wydanie pieniędzy. Jak zwykle przeważyło przekonanie, że wszystko naprawi się samo, że wyreguluje się jak pogoda.

Pierwszą pułapkę Adam sprzedał Borysowi, po tym jak Marta słyszała w nocy dziwne hałasy. Potem coś rozorało pole Poleczków i Adam wyprzedał całe zamówienie.

– To zrób następne – poradził Viktor.

– Co, żeby ludzie mówili, że interesy na nich robię?

– Kolego, jest zapotrzebowanie, czyli popyt, to zgodnie z prawami rynku musi też być podaż.

Adam zamówił następną partię, ale zanim zaczął ją wyprzedawać, zdarzył się wypadek. W pułapkę wpadł ukochany pies Wójta. Tak do niego wszyscy mówili, chociaż nie był wójtem już od wielu lat. Pies został prawie przecięty na pół. Potem pijany Jovan wszedł w krzaki, żeby się wysikać, i o mały włos nie odcięło mu nogi. Adam nie sprzedał już ani jednej pułapki, nawet kiedy coś rozbiło ule Bruna zza góry i zniszczyło poletko kapusty. Ludzie przestali wychodzić z domów po zmroku. Szczególnie, że coraz częściej szeptano, że to nie żaden dzik, tylko coś groźniejszego.

Tomas postanowił działać. Był niby na emeryturze, ale jednak cały czas czuł się stróżem prawa. Wiedział, że będzie dzisiaj miał nocną służbę i odczuwał podniecenie i radość. Przypomniały mu się czasy, kiedy drugą z kolei noc obserwował dom, w którym mieszkał seryjny morderca kobiet. Złapał go wtedy na gorącym uczynku i aresztował. Ale to było dawno. Dzisiaj Tomas był dużo starszy. Kiedyś wydawało mu się, że zanikającą energię równoważy jakaś nabywana z wiekiem mądrość, ale nic takiego nie następowało. Zaczynało brakować mu sił i nie czuł, że jednocześnie staje się mądrzejszy. Powoli tracił pamięć, a to, co kiedyś miało głębię, ulegało spłyceniu, traciło perspektywę jak średniowieczne malarstwo.

Założył buty na grubych podeszwach, wziął ciepłą kurtkę, latarkę i nóż do patroszenia ryb. Nie miał innej broni – służbowy pistolet zdał, kiedy odchodził na emeryturę. Zatrzymał tylko, bo taki był zwyczaj, swój galowy mundur. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie założyć go pod kurtkę, bo gdyby natrafił na przestępcę, mundur zawsze wzbudzi respekt i odbierze chęć stawiania oporu. Zrezygnował jednak, bo przecież miało chodzić o zwierzę.

Zabrał jeszcze kij, który miał spełniać funkcję laski, ale w razie czego mógł też służyć do obrony.

Ruszył w kierunku odwrotnym, niż chodził zazwyczaj: nie nad morze, ale w głąb wyspy, w stronę wzgórza. Na początku szło mu się łatwo, była pełnia i bez problemu trzymał się ścieżki. Kiedy doszedł do połowy wzniesienia, nadciągnęły chmury i zrobiło się zupełnie ciemno. Włączył latarkę, ale wąski snop światła oświetlił tylko mały odcinek drogi pełnej nierówności i wystających korzeni. Krzaki czepiały się ubrania, a ostre kolce raniły skórę. Wpadł na spory kopiec kamieni. W końcu zorientował się, że zgubił ścieżkę, że szamoce się w jakichś zaroślach i nie ma pojęcia, w którą stronę iść. Postanowił odpocząć i zebrać myśli. Zapalił papierosa. Od dziesięciu lat rzucał palenie. Kiedyś udało mu się nie palić prawie cztery miesiące. Po przejściu na emeryturę ustalił sobie limit sześciu papierosów dziennie, ale coraz częściej przekraczał normę, co wpędzało go w poczucie winy.

Z dala dobiegał delikatny szum morza. Tam, gdzie według niego powinny być światła wioski, była czerń. Spróbował zorientować się, gdzie jest, i wyszedł na małą polanę. Po prawej stronie w dole zobaczył pojedyncze światło. Pomyślał, że to może być najbardziej oddalony od centrum wioski dom Petra. Postanowił ruszyć w dół, na skróty. Miał nadzieję, że jakoś uda mu się dotrzeć do drogi.

Chciał być pewien, że jeżeli zdarzy się coś złego, on nie będzie miał sobie nic do zarzucenia. Lata pracy w policji wytworzyły w nim poczucie obowiązku i odpowiedzialności. Przedzierał się więc przez ostre zarośla, traktując każde zadrapanie jak odznakę za nienaganną służbę. Zawsze wydawało mu się, że jeżeli jest przestępstwo, to istnieje również przestępca. W tym wypadku jednak przestępcą miało być dzikie zwierzę, którego nie obowiązuje kodeks karny.

Zszedł niżej. Tu zaczynała się łąka, ale Tomas nie rozpoznawał terenu i wciąż nie wiedział, gdzie jest. Stanął i ciężko oddychał. Odwykł od wysiłku fizycznego i łażenie po wertepach zmęczyło go bardziej, niż mógł przypuszczać.

W ciszy, jaka panowała dookoła, słychać było tylko jego oddech. Zdziwiło go to. Na wyspie zawsze było słychać jakieś dźwięki – cykady, szum morza. Teraz nie słyszał niczego. Ani krzyku ptaka, ani owadów, panowała absolutna cisza. Na dodatek chmury znowu zasłoniły księżyc i zrobiło się ciemno. Nagle w odległości koło trzystu metrów zobaczył migające światło. Przesuwało się, pojawiało i znikało, jakby ktoś szedł z latarką. Po chwili zgasło. Tomas chciał ruszyć w tamtą stronę, ale poczuł szarpnięcie za prawą nogę i upadł. Spróbował wstać, ale coś go trzymało i zdawało się zaciskać wokół kostki tym mocniej, im gwałtowniej szarpał nogę, by się uwolnić. Bolało coraz bardziej. Poświecił latarką i zobaczył, że stopę oplata drut na tyle już zaciśnięty, że w kilku miejscach przeciął skórę.

„No, widzę, że mieszkańcy bronią się sami” – pomyślał, wyswabadzając nogę z wnyków. – „Samoobrona może i jest wskazana, ale zorganizowane służby z zagrożeniem poradzą sobie lepiej. Zbieranina zawsze ucieka przed regularnym wojskiem”.

Wreszcie