Wysłannik - Paulina Hendel - ebook

Wysłannik ebook

Paulina Hendel

4,5

Opis

Nowy tom bestsellerowej serii „Zapomniana Księga” zmieni Wasze spojrzenie na świat ludzi i demonów! Ta opowieść nie mogła być tylko trylogią!

Hubert wyrusza w daleką i niebezpieczną podróż w poszukiwaniu sprzymierzeńców. Wkrótce przekona się, jak niewiele wiedział o otaczającym go świecie oraz ludzkiej naturze. Komu może zaufać, a kogo powinien się wystrzegać? Zdaje się, że każdy napotkany człowiek ukrywa jakiś mroczny sekret, a na granicy nocy wciąż czają się demony żądne krwi.

Czy odbudowa dawnego ładu jest możliwa? Bardzo szybko okaże się, że sprawa nie jest wcale prosta. Łowca demonów ma wrażenie, że wystarczy jedno małe niepowodzenie, a wszystko, na co pracował do tej pory, legnie w gruzach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 562

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Paulina Hendel, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Marketing i promocja: Łukasz Chmara

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: FecitStudio

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-05-7

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

www.weneedya.pl

Mojej przyjaciółce Eli

Rozdział I

– Uciekaj!

Hubert Sierpień obejrzał się za siebie, ale nikogo nie dostrzegł. Huczące wokół płomienie rozświetlały bezgwiezdną noc, buchało od nich gorącem, czarny dym gryzł w gardło. Naraz ktoś wyskoczył z ognia niczym sam diabeł, wymachując ostrzem wykutym z kawałka blachy. Sierpień wycelował i nacisnął spust pepeszy, ale magazynek był już przecież pusty. W ostatniej sekundzie zerwał pasek z ramienia i uderzył przeciwnika kolbą w szczękę. Ten padł nieprzytomny na ziemię, a płomienie już zaczęły wspinać się po jego ciele. Hubert przeskoczył nad nim i popędził dalej. W pobliżu huknęło. Mimowolnie osłonił głowę, nie przerywając biegu. A więc mieli też granaty.

Po lewej ktoś wrzasnął rozdzierająco. Krzyk, przepełniony przerażeniem i bólem, zdawał się ciągnąć w nieskończoność, ale nagle zamarł, pozostawiając po sobie nienaturalną pustkę. Hubert miał nadzieję, że to był wróg. Stracił już zbyt wielu bliskich, żeby móc pogodzić się z kolejną śmiercią. Jak to się stało, że się tutaj znalazł? Zupełnie sam w ogarniętym pożogą obcym mieście? Sam nie był tego pewien.

Nagle nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Zahaczył butem o jakieś żelastwo i runął wprost na popękany beton pokryty gruzami. Skulił się, przetoczył przez ramię i wylądował na plecach. Nad nim rozciągało się niebo pomarańczowe od łuny ognia. Drobne iskierki pędziły w górę, żeby za chwilę tam zgasnąć.

Sierpień pozbierał się z ziemi i stanął wyprostowany. Nie czuł bólu, ale wiedział, że następnego dnia przyjdzie mu zapłacić obitymi kolanami, zdartą skórą i wyczerpanymi mięśniami. O ile w ogóle przeżyje. Powiódł wzrokiem dookoła. Miał wrażenie, jakby cały świat trawiła kolejna apokalipsa. Nie było stąd ucieczki. Otaczały go żar i zrujnowane budynki będące reliktem zamierzchłych czasów. A na granicy, niczym sępy żądne padliny, krążył wróg – ludzie oraz demony.

Nagle płomienie rozstąpiły się, tworząc wąską ścieżkę. Kroczyła nią ciemna, potężna postać, której ogień się nie imał. Biły od niej moc i władza. To był ktoś, kto żelazną ręką rządził setkami ludzi, porywał tłumy do walki za swoje przekonania i szedł przez życie, miażdżąc pod butami czaszki przeciwników oraz przyjaciół.

Hubert czuł, jak pot leje mu się po twarzy, wiedział, że niedługo pochłoną go płomienie, że zginie w męczarniach zupełnie tak, jak niegdyś konali heretycy. Wszystko wokół stało się tak jasne, aż rozbolały go oczy. I jedyne, czego nie mógł dostrzec, to ukryta w mroku twarz niszczyciela. Zacisnął zdrętwiałe pięści. Bez broni zdawały się takie puste. Strzelił spojrzeniem w bok. Pepesza leżała dwa metry dalej; musiał upuścić ją podczas upadku. Na cóż jednak mogła mu się zdać, skoro nie miał już amunicji?

– Nie pokonasz nas! – wrzasnął, unosząc wysoko czoło.

Nieprzyjaciel się roześmiał. Na ułamek sekundy płomienie za jego plecami wystrzeliły, tworząc kształt skrzydeł. Zaskoczony Hubert zamrugał, ale zniknęły.

Mężczyzna uniósł dłoń. Był zbyt daleko, żeby chociaż dotknąć chłopaka, jednak Sierpień poczuł uderzenie w splot słoneczny. Rozbłysnął w nim ból, a on sam poleciał na plecy, szykując się na bolesne zderzenie z gruzami, które nigdy nie nastąpiło.

– Jęczysz jak zarzynane prosię – usłyszał.

Poderwał się gwałtownie do pozycji siedzącej. Zatęchły koc zsunął się z jego klatki piersiowej. Tuż obok znajdował się wojskowy but, którym przed chwilą dostał w brzuch. W okopconym kominku dopalał się ogień.

Hubert opuścił stopy na zimne kafelki i przeczesał palcami włosy. Kawałek dalej z zamkniętymi oczami leżał na materacu Ernest Brzeski.

– Nie udawaj, że śpisz – burknął Sierpień.

– Przy tobie nie da się spać – stwierdził przyjaciel, unosząc powieki.

Hubert strącił jego but na podłogę.

– Nie moja wina, że mam koszmary.

– Znowu Poznań?

Kumpel był jedyną osobą, której powiedział, co dręczy go nocami. Zresztą prawie co noc spali w jednym pomieszczeniu, więc nie dałby rady tego przed nim zataić, nawet gdyby bardzo chciał.

– Nie wiem – westchnął. – To chyba już nie był Poznań. Ale ten facet…

– Zrozumiałbym jeszcze, jakby ci się ładne dziewczyny śniły, ale ty po prostu masz obsesję na punkcie jakiegoś kolesia.

– Głupi jesteś – warknął Hubert.

Wstał z wersalki do wtóru głośnego skrzypnięcia starych sprężyn, zarzucił na plecy bluzę mundurową, a przez ramię przewiesił karabin.

– Zaraz wracam.

Kumpel bez słowa odwrócił się na drugi bok.

Na zewnątrz panował nieprzyjemny chłód. Noce powoli stawały się coraz zimniejsze, a przecież dopiero zaczął się sierpień. Hubert ruszył przez wysoką, wilgotną od rosy trawę ku tyłom ogródka. Usłyszał ciche rżenie Mokki. Odruchowo podszedł do niej i pogłaskał ją po miękkich chrapach. Inka i Malibu, który pełnił funkcję luzaka, w międzyczasie zaczęli dobierać mu się do kieszeni, sprawdzając, czy nie ma tam czegoś do jedzenia. Świeże powietrze wywiało mu z głowy większość koszmaru, choć obraz wysokiego mężczyzny z ognistymi skrzydłami będzie go prześladował do rana za każdym razem, kiedy tylko zamknie oczy. Stanął pod płotem i załatwił to, co miał do załatwienia.

Noc była jeszcze wczesna, ale on wcale nie miał ochoty spać. Ciągnęło go do domu, najchętniej już teraz wsiadłby na konia i popędził do Dąbrówki. W ostatnich tygodniach wciąż byli w podróży. Za każdym razem, kiedy opuszczał rodzinę, martwił się o nią, a do tego wszystkiego doszła jeszcze ciągła obawa o Izę, która wróciła do Święcina.

Hubert zatrzymał się na środku ogrodu i wsłuchał w odgłosy nocy, lecz wkrótce jego myśli pognały chaotycznie ku wspomnieniom z minionej wiosny. Z odmętów pamięci wyłoniła się wielka postać strzygonia, który niemalże zabił łowcę i jego przyjaciół. Demon ten kojarzył mu się niezmiennie z tym, co najgorsze – śmiercią Michała oraz upadkiem marzeń o odbudowie dawnego świata. Sierpień potrząsnął głową, a wizja potwora rozwiała się jak dym na wietrze. Znacznie lepiej było wspominać słowa sołtysa Święcina, który przekonywał, że dzięki ich demonologii zdołają zjednoczyć wszystkie znane im osady.

Nagle spokojną, opuszczoną wsią wstrząsnął huk. Hubert odruchowo przypadł do ściany budynku i odbezpieczył karabin. Jednak strzały padły gdzieś daleko w lesie. Z pobliskiego drzewa zerwała się przestraszona sowa.

Wyszedł na drogę, gdy skrzypnęły otwierane drzwi od domu. Na progu stanął Ernest z bronią w rękach.

– Słabo czuję jakiegoś demona – rzucił Sierpień.

Brzeski skinął głową, po czym podał mu maczetę, którą Hubert wsunął za pasek. Razem w ciszy opuścili wieś.

Nie mieli pojęcia, kto ani dlaczego strzelał. Znali jednak wszystkich ludzi mieszkających w promieniu stu kilometrów i istniała spora szansa, że to właśnie ktoś z nich potrzebował pomocy. A jeśli miał okazać się obcym, to zawsze warto wiedzieć, kto i w jakim celu kręci się po okolicy.

Kolejne dwa wystrzały pozwoliły im skorygować kierunek na rozstaju. Wkrótce rozdzielili się i każdy ruszył lasem wzdłuż drogi.

Hubert setki razy już skradał się do innych ludzi czy zwierzyny na polowaniu, a noc była wyjątkowo jasna, więc pewnie stawiał kolejne kroki na ściółce leśnej. Czasem tylko suchy liść zaszeleścił pod jego butem. Im bardziej oddalał się od wsi, tym wyraźniejszy stawał się zapach demona. Stwór był przestraszony i głodny, a to nigdy nie jest dobrym połączeniem.

Sierpień zatrzymał się przy grubym pniu sosny i rozejrzał wokół. Nie dostrzegł nic podejrzanego. Ale Ernesta skradającego się po drugiej stronie asfaltu również nie widział, więc to nic nie znaczyło. Korony drzew poruszyły się nieznacznie, szumiąc cicho. Wtem owionął go delikatny, obcy zapach. Usłyszał trzask odciąganego zamka w pistolecie, jednak było już za późno na jakąkolwiek inną reakcję niż zachowanie spokoju.

– Nawet nie drgnij. – Głos był zdecydowanie kobiecy, celowo modulowany na niższy niż w rzeczywistości.

Szkoda, że ludzi nie wyczuwam tak skutecznie jak demonów – pomyślał z pewnym żalem Hubert.

– Nie lepiej celować w demona niż drugiego człowieka? – zagadnął lekko. – Nie zabiłaś jeszcze tego wija.

Dziewczyna sapnęła cicho.

– Przyszedłem ci pomóc, ale jak chcesz, zostawię cię w spokoju. – Powoli odwrócił się w jej stronę.

– Mówiłam: nie rusz się!

W ciemnościach dostrzegł bladą twarz, jasne, związane włosy, ciemny zarys szczupłej sylwetki i lufę starego policyjnego pistoletu P-83.

– Jesteś sama w nocy, w lesie – zaczął wymieniać. – A tuż obok czai się wij. No i nie masz już amunicji.

Z tym ostatnim to tak naprawdę zgadywał. P-83 miał wyłącznie osiem naboi, a Hubert do tej pory usłyszał tylko cztery strzały, ale dziewczyna niepewnie przestąpiła z nogi na nogę i lekko opuściła pistolet, co było dla niego wystarczającą odpowiedzią.

– Odłóż broń. – Zza pobliskiego drzewa bezgłośnie wychyliła się potężna sylwetka Ernesta. Sierpień zawsze podziwiał kumpla, że pomimo swoich rozmiarów potrafi być aż tak cichy.

Przeciwniczka zamarła, a Hubert wykorzystał tę chwilę, żeby odebrać jej pistolet, który zabezpieczył i wsunął z tyłu za pasek.

– Nic ci nie zrobimy, tylko najpierw trzeba… – zaczął, gdy usłyszał szelest. Z ciemności wystrzelił trójkątny gadzi łeb.

Demon rzucił się na dopiero co rozbrojoną dziewczynę. Był zbyt szybki, żeby miała choćby szansę przed nim uskoczyć. Wybił się i uderzył ją prosto w brzuch. Poleciała do tyłu i z głuchym stęknięciem wylądowała na plecach. Wij potężną łapą przycisnął jej ramię do ziemi i rozwarł szeroką paszczę, gotów do rozszarpania swojej ofiary. Jego długi ogon wił się na wszystkie strony, wzbijając w powietrze fontannę suchych liści.

Hubert doskonale wiedział, że jakakolwiek próba zastrzelenia go skończyłaby się podziurawieniem zarówno stwora, jak i dziewczyny. Złapał więc swój karabin za lufę, wziął zamach i uderzył w wielki łeb, aż trzasnęło. Miał tylko nadzieję, że to kości czaszki, a nie jego broń.

Demon na chwilę stracił orientację. Dziewczyna, krzycząc głośno, usiłowała go z siebie zrzucić, jednak był zbyt ciężki. Ernestowi udało się pochwycić bijący na boki ogon i nim szarpnąć. Niestety wij nie zamierzał tak łatwo zrezygnować ze swojej ofiary. Jedną łapę owinął wokół jej lewego uda, drugą wbił w ziemię. Dziewczyna kopała go prawą nogą, próbując się uwolnić. Ernest zaparł się mocno, nie wypuszczając końcówki ogona z obu rąk.

Hubert odrzucił karabin i wyjął zza paska maczetę. Wziął zamach, wycelował i opuścił ostrze wprost na łapę wbitą w ziemię. Z gardła wija dobył się głośny skrzek. Sierpień chciał poprawić cięcie i odrąbać kończynę, która trzymała się już tylko na kawałku mięśni i skóry, jednak demon zwolnił chwyt i puścił udo niedoszłej ofiary.

Maczeta opadła w pustkę, po czym wbiła się w ziemię. Dziewczyna kopnęła gadzi pysk, odsuwając się jak najdalej od niego. Ernest zaś, który wciąż trzymał ogon, poleciał prosto w gęste maliny.

Łowca miał nadzieję, że ranny demon odpuści. Mimo to potwór zdawał się jeszcze bardziej rozjuszony. Zwrócił ślepia w stronę Brzeskiego, który wyplątywał się z kłujących krzewów, po czym opierając się na zdrowej łapie i krwawiącym kikucie, ruszył wprost na niego. Ernest sięgnął po leżącą obok broń, lecz nie zdążył wycelować, kiedy wij na niego wpadł. Chłopak zasłonił się karabinem, blokując paszczę demona.

Hubert upuścił maczetę, sięgnął po nóż i doskoczył do szarpiącego się potwora. Oparł lewą dłoń o grube cielsko, a następnie wbił ostrze u podstawy czaszki, sięgając mózgu. Długi ogon uderzył jeszcze kilka razy w ziemię, paszcza zamknęła się ze zgrzytem na karabinie, po czym powoli rozwarła, a wij opadł na Ernesta.

Sierpień pochylił się, chcąc odzyskać nóż, kiedy poczuł nagłe szarpnięcie. To dziewczyna, o której zdążył już zapomnieć, wyrwała zza jego paska pistolet. Nie zdążył nawet zakląć, kiedy usłyszał strzał, a tuż po nim następny.

Odwrócił się z niepewną miną i ujrzał wijącego się w konwulsjach kolejnego demona. Z niejaką ulgą, że to nie do niego strzelała, schylił się po maczetę i dobił stwora. W międzyczasie Ernest zepchnął z siebie tłuste cielsko i stanął u boku kumpla. Nastąpiła chwila nienaturalnej ciszy, lecz w ich uszach rozbrzmiewało jeszcze echo wystrzałów.

– Hm – odezwał się Hubert. – Czyli jednak miałaś jeszcze amunicję.

– Zawsze byłeś dupa z matematyki – stwierdził Ernest.

Dziewczyna wciąż mierzyła ich podejrzliwym wzrokiem. W końcu najwyraźniej podjęła decyzję, co robić dalej.

– Maja jestem – powiedziała.

– Hubert i Ernest. – Sierpień wyciągnął w jej stronę rękę, ale ją zignorowała.

– Zatrzymaliśmy się w pobliskiej wsi – dodał Brzeski. – A ty? Jesteś sama? Ktoś ci towarzyszy?

Dziewczyna się zawahała. W tych czasach trudno było zaufać obcym, a jednocześnie ludzie częstokroć okazywali sobie nawzajem znacznie więcej życzliwości i pomocy niż przed ostatnią wojną.

– Jestem sama.

Musiała ich uznać za porządnych ludzi i postanowiła być szczera.

– To zapraszamy do nas – powiedział Ernest. – Znajdzie się coś do zjedzenia i wypicia.

Maja skinęła głową. W pobliskich krzakach odszukała plecak, który musiała porzucić przed atakiem wijów, i pozwoliła się poprowadzić ku opuszczonej wsi. W pewnej chwili Hubert usłyszał za nimi jakiś szelest. Przystanął, nasłuchując, ale nie wyczuwał już żadnego demona.

– Co jest? – Ernest zatrzymał się kilka kroków dalej.

– Wydawało mi się. – Sierpień machnął ręką. Pewnie jakieś zwierzę wylazło z ukrycia po tym, jak zabili wije.

Pół godziny później siedzieli w nieco zatęchłym salonie. W kominku palił się ogień, a nad nim wisiał garnek z wodą. Maja właśnie znacząco uszczuplała resztkę zapasów, które zostały im na koniec podróży. Sama w opuszczonym świecie po wojnie, daleko od zamieszkałych osad, z niewielkim plecakiem jako całym dobytkiem… Diabli wiedzą, kiedy ostatni raz jadła coś pożywnego.

– Skąd jesteś? – zagadnął Hubert, z niejakim żalem patrząc na ostatni kęs suszonej wołowiny, który zniknął w drobnych ustach.

Ernest zdjął z ognia garnek z wrzącą wodą, wrzucił do środka garstkę suszonych ziół, które zapakowała im Zuza, a po chwili napełnił naparem trzy kubki.

– My mieszkamy w Dąbrówce, dwa dni drogi na północny wschód – wyjaśnił, podając napój gościowi.

Maja podziękowała skinieniem głowy i przez chwilę wpatrywała się w parującą herbatę.

– Jestem sama – powtórzyła, a w tych dwóch słowach zawarła cały ogrom cierpienia i strachu, jakiego musiała doświadczyć. W obecnych czasach samotność była bardzo niebezpieczna i częstokroć kończyła się śmiercią. Hubert i Ernest wiele razy już podróżowali w pojedynkę. Zawsze jednak wiedzieli, że mają bezpieczny dom, do którego mogą wrócić na zimę, albo przyjazną osadę, w której miejscowi zapewnią im opiekę podczas choroby czy zwykłego zmęczenia.

– Jeżeli chcesz, możesz jechać z nami do Dąbrówki – zaproponował Sierpień. Zbyt dobrze pamiętał, jak ponad rok wcześniej trafił ranny do Święcina i wydawało mu się, że jest zupełnie sam na świecie. To było paskudne uczucie. – Zatrzymać się tam choć na kilka dni. A jak nie tam, to w okolicy jest kilka normalnych wsi, które przyjmą do siebie młodego człowieka niebojącego się ciężkiej pracy.

– Dzięki – rzuciła, nie odrywając spojrzenia od kubka.

Do wschodu słońca pozostało zbyt mało czasu, żeby kłaść się spać, dlatego gdy tylko wypili herbatę, spakowali się i ruszyli w drogę. Maja dosiadła luzaka, który w tę stronę nie niósł już żadnego bagażu.

Zapowiadał się kolejny ciepły dzień. Zresztą lato tego roku było bardzo łaskawe – słoneczne i z wystarczającą ilością deszczu, żeby wszystko pięknie rosło. Plony zebrane do tej pory w Dąbrówce były najobfitszymi od wojny. Zupełnie jakby nawet natura poparła pomysł urządzenia wiecu.

– Skąd jedziecie? – zagadnęła podczas drogi Maja. Gdy wstało słońce, odzyskała dobry humor. Okazało się też, że była nieco starsza, niż na początku podejrzewał Hubert. Przypuszczał, że mogła mieć około dwudziestu lat. Była też trochę wychudzona, pewnie długo błąkała się po lasach, ale przy każdym jej ruchu pod opaloną skórą grały mięśnie.

– Z Duszników – wyjaśnił Ernest. – Całkiem spora wioska kilka dni na południowy zachód.

– To wywiało was daleko od domu.

– Interesy. – Hubert wzruszył ramionami.

Niezbyt mile wspominał tę wizytę. Owszem, pani Ciesielska, była matematyczka, ucieszyła się na ich widok, ale wójt wsi i pozostali mieszkańcy już niekoniecznie. Najchętniej pogoniliby ich widłami, zanim przyjezdni zdążyli im wytłumaczyć, z jakich powodów zawitali do Duszników.

Hubert chłonął wzrokiem znajome widoki. Uznał, że chyba nigdy go nie znużą. Kochał ten stary las otaczający Dąbrówkę, pola falującego złota, nawet niesiony wiatrem od gospodarstw zapach obornika. Im częściej i na dłużej stąd wybywał, tym bardziej cieszył się na powrót.

– Robi wrażenie, co? – zagadnął Maję wpatrującą się w pobielałą od słońca czaszkę wiszącą na płocie przy wjeździe do wsi.

Dziewczyna skinęła głową.

– Imponująca.

– Ten bies zakradał się zimą do gospodarstw. Pożerał bydło, zamordował jednego człowieka, młodego chłopaka ranił… Jego mama – Sierpień wskazał brodą Ernesta – zabiła go sama, uzbrojona zaledwie w dzidę.

– Jeżeli wzrost odziedziczył po mamie, to wcale mnie to nie dziwi. – Maja się uśmiechnęła.

Na spotkanie wybiegł im Blues, pies, którym zaopiekowały się Sylwia i Ada. Duży, bury wilczur z radością obszczekał przybyłych; urażona Mokka prychnęła na niego i tupnęła kopytem, wesoły burek zaś pobiegł gdzieś dalej z wywalonym ozorem.

Emil Górski stanął na progu domu i pomachał im na powitanie.

– Wreszcie wróciły te obiboki – zażartował, nie odrywając wzroku od Mai.

– Nie tak powinno się zwracać do posłów! – oburzył się Hubert.

– Z ciebie taki poseł jak z koziej dupy trąba – usłyszeli.

To Albert szedł ku nim drogą. W kościstej ręce trzymał hak, na którym wisiało kilka dorodnych węgorzy. Dziadek Brzeski został okrzyknięty we wsi mistrzem wędzenia i od tej pory nad jego małą przydomową wędzarnią prawie bez przerwy unosił się dym.

– Nowa znajda? – zagadnął, zerkając na Maję.

Dziewczyna odpowiedziała mu urażonym spojrzeniem. Potrzeba było czasu, żeby przyzwyczaić się do sposobu bycia oraz tekstów Alberta. Ona zdecydowanie nie była jeszcze na nie gotowa, jak ocenił w duchu Sierpień.

Bagaże zrzucili na środku podwórka, zadbali o konie i puścili je luzem na pastwisku. Z ogródka warzywnego wyszła Natalia, wyściskała swojego prawdziwego i przyszywanego syna, po czym to samo zrobiła z Mają. Pani Brzeska również bardzo dobrze pamiętała, jak to jest podróżować samotnie.

– Chodźcie do domu, mam cały gar zupy z wczoraj, a jak znam życie, to jesteście potwornie głodni – powiedziała.

Ernest zamiast obiadu wolał jednak iść przywitać się z Sylwią. Hubert nie ubolewał nad tym, uznając, że to jemu w takim razie przypadnie większa porcja, a trzeba przyznać, że odkąd Natalia zamieszkała z rodziną i przejęła obowiązki kuchenne, obiady stały się o wiele smaczniejsze.

– Co działo się w domu? – zagadnął Sierpień podczas jedzenia.

– Nic szczególnego. – Natalia wzruszyła ramionami.

– Jakieś wiadomości ze Święcina? – zapytał bez większych nadziei.

Kobieta pokręciła głową. Zresztą nikt i tak nie spodziewał się gości z południa wcześniej niż za kilka dni. Hubert doskonale wiedział, że Izabela Kościuszko potrafi poradzić sobie w nawet bardzo niebezpiecznych sytuacjach, ale poczucie strachu o nią nie opuszczało go ani na chwilę. Zerknął tęsknie za okno. Ernest miał szczęście, że jego dziewczyna mieszkała w tej samej wsi, co on.

– Musisz robić to w domu?! – wybuchnęła Natalia, kiedy Albert zabrał się do patroszenia węgorzy. – Tylko nasyfisz!

– Zawsze robię to w domu – obruszył się staruszek.

– Szczególnie jak się boisz, że ominą cię jakieś plotki.

– Co prawda, to prawda – przyznał bez cienia zażenowania. – To mów, chłopaku, co tam w tych Dusznikach wyszło.

– Nie byli zachwyceni na nasz widok…

– A dziwisz im się? – Do kuchni wmaszerował Ernest, tuż za nim dreptała Sylwia. – Po naszej ostatniej wizycie demony naprawdę nie dawały im spokoju. Zabiły dwóch ludzi, kilkoro raniły, doszło do tego, że przez bardzo długi czas bali się wyściubiać nos z osady.

– A nie mówiłem, że wypuszczenie tych wszystkich demonów odbije się wam jeszcze czkawką? – Albert wycelował zakrwawiony nóż w Huberta.

– Nic takiego nie mówiłeś! – oburzył się młody Brzeski.

Sierpień zerknął na Maję, która znieruchomiała z pełną łyżką w połowie drogi do ust i przysłuchiwała się im w zaciekawieniu.

– Rok temu kręcący się po okolicy żołnierze porwali siostrę Ernesta – wyjaśnił pokrótce. – Żeby ją odbić, musieliśmy wypuścić z klatek wszystkie demony, które tam kolekcjonowali.

Dziewczyna z niedowierzaniem pokręciła głową.

– No i te same demony tudzież kilkoro dezerterów gnębiło pobliską wieś, więc teraz nie mamy tam wielu przyjaciół – dodał Ernest.

– No ale przyjadą czy nie przyjadą? – dopytywał Albert.

– Nie byli zbyt chętni, ale obiecali kogoś przysłać.

Staruszek z zadowoleniem pokiwał głową.

To, co jeszcze kilka miesięcy temu zdawało się zaledwie nierealnym marzeniem, powoli stawało się rzeczywistością. Wiec odbędzie się już za tydzień. Przyjadą na niego wysłannicy wszystkich znanych Hubertowi osad, a także, jak mieli nadzieję, kilku tych zaprzyjaźnionych ze Święcinem.

Dwóch łowców demonów stało się przedstawicielami idei nowego świata, w którym ludzie na powrót zaczynają ze sobą współpracować, handlują na większą skalę, wymieniają się pomysłami, a może nawet specjalistami takimi jak lekarze, dentyści czy kowale. Atutem mieszkańców Dąbrówki była nowa demonologia. Każda miejscowość, która przyśle kogoś na wiec, miała dostać książkę o wszystkich istotach, które znali Hubert i Ernest, o ich zwyczajach i o tym, jak sobie z nimi radzić. Sołtys Święcina, Marian Kościuszko, miał rację: dla niej ludzie byli gotowi opuścić bezpieczne wsie i wyjechać znacznie dalej niż kiedykolwiek od czasu wojny.

W ciągu ostatnich kilkunastu tygodni dwaj przyjaciele odwiedzili wiele osad, przeprowadzili mnóstwo rozmów i udało im się namówić wszystkich, aby przybyli na wiec w pobliże Dąbrówki. Czas ich naglił, więc już wczesną wiosną rozdzielili się z Izą i Henrykiem, żeby dwójka święcinian przeprowadziła podobną akcję wśród swoich znajomych.

Nagle łyżka z brzękiem uderzyła o talerz, a zupa rozprysnęła się po stole. Do kuchni wmaszerował dostojnym krokiem Klakier. Zmierzył czerwonymi ślepiami wszystkich zebranych przy stole, po czym wskoczył na blat koło zlewu.

– Poszedł won! – Albert zepchnął go, kiedy ten spróbował dobrać się do węgorzy w misce.

Kot wylądował miękko na podłodze i prychnął ze złością; biło od niego nienaturalnym ciepłem. Zawsze gdy poczuł się urażony, podnosił temperaturę ciała. Hubert nieraz się zastanawiał, czy mógłby stać się tak gorący, by zaprószyć wokół siebie ogień. Pewnego dnia wpadł nawet na pomysł, żeby posadzić go na małym stosie drewna i nadepnąć mu na ogon – może byłby skuteczniejszy niż krzesiwo. Zuza Brzeska jednak skutecznie wybiła mu to z głowy.

– Czy to jest…? – odezwała się Maja, kiedy wreszcie przestała krztusić się zupą.

– Tak, demon, ale domowy – zapewnił Ernest.

– Aha… – Na wszelki wypadek odsunęła krzesło od rozzłoszczonego owinnika.

Chwilę po kocie do kuchni weszła Zuza. Z radością rzuciła się w ramiona brata oraz Huberta; Maję zmierzyła co najmniej podejrzliwym spojrzeniem.

Albert skończył właśnie patroszyć węgorze, po czym je zasolił. Teraz używał znacznie mniej soli niż kiedyś. Praktycznie wszystkie okoliczne sklepy i domy już dawno temu zostały z niej ogołocone. A żeby zdobyć nowe zapasy, trzeba było zapuszczać się coraz dalej. I nawet nie chodziło tu o walory smakowe – sól jako naturalny konserwant była bardzo przydatna, a wręcz niezbędna w każdym gospodarstwie, które od kilku już lat musiało się obyć bez lodówki.

Całe popołudnie minęło pod znakiem witania się z bliskimi. Bianka i Hans nie mogli wręcz oderwać się od swoich przyszywanych braci i jedno przez drugie opowiadali im, co działo się w osadzie podczas ich nieobecności. Ojciec Huberta, niezbyt wylewny w takich chwilach, po prostu pochwalił się synowi nowymi egzemplarzami demonologii, które udało mu się ukończyć. A pracował przy nich niemal bez przerwy, żeby wyrobić się na czas. Dobrze, że chociaż przy składaniu stron i zszywaniu grzbietów pomagała mu Dorota Borowska.

Wieczorem zaś odbyło się zebranie w świetlicy wiejskiej, na które przyszli wszyscy pełnoletni mieszkańcy. Natalia zaproponowała Mai, żeby dziewczyna wzięła kąpiel, położyła się spać i wypoczęła, ale ta poprosiła o zgodę na uczestnictwo w spotkaniu.

– A daj spokój, dziewczyno. – Albert machnął ręką. – Nic ciekawego się tam nie będzie działo. Stare dziadki tylko będą pierniczyć o głupotach. Lepiej się porządnie wyśpij!

– Trochę dziwne, że tak jej zależało na tym, żeby tu przyjść – stwierdził Hubert, siadając okrakiem na krześle w świetlicy.

– Pewnie chciała zobaczyć wszystkich mieszkańców. – Ernest wzruszył ramionami. – Ty też byś się na coś takiego pchał, a potem narzekał, jakie to nudne.

Sierpień w duchu przyznał mu rację.

Podczas zebrania przyjaciele opowiedzieli o swojej wizycie w Dusznikach, ostatecznie podliczono, ilu gości się spodziewają, przydzielono ostatnie obowiązki. Wiec przedstawicieli miejscowości rozsianych na północy Polski miał być pierwszą tego typu imprezą na taką skalę po ostatniej wojnie, co nastręczało wielu problemów organizacyjnych. Poza tym mieszkańcy Dąbrówki planowali pokazać się z jak najlepszej strony i odegrać rolę wspaniałych gospodarzy. A rąk do pracy wcale nie było tak dużo.

Już następnego dnia Hubert i Ernest wyjechali do Piaseczna pomóc w przygotowaniach.

– Odwaliliście tu kawał dobrej roboty – ocenił Sierpień, spacerując po opuszczonej wsi.

Kajetan z zapałem pokiwał głową. Czasem Hubert nie mógł się nadziwić, jak bardzo chłopak wydoroślał, odkąd pierwszy raz spotkali się w zrujnowanym Gdańsku. Wydarzenia na Górze Gradowej oraz pospieszna ucieczka ze Starego Miasta zaatakowanego przez wroga odcisnęły na nim swoje piętno.

– Pracowaliśmy dniami i nocami – powiedział. – Choć nadal nie rozumiem, dlaczego to wszystko nie mogło się odbyć w Dąbrówce. Byłoby łatwiej i wygodniej…

– Przecież już ci mówiliśmy, że to musiał być neutralny grunt – odparł Ernest. – Najbliższe osady nas znają i nam ufają, ale te dalsze już niekoniecznie. Jestem pewien, że niektórzy nawet obawiają się zamachu stanu.

– Bez przesady, mamy wystarczająco dużo roboty we własnej wsi, po cholerę nam kolejne? – stwierdził Kajetan.

– No i w razie jakiegokolwiek incydentu Dąbrówka będzie bezpieczna – dodał niezrażony Hubert.

Wybór Piaseczna był dość trudną decyzją, poprzedzoną wieloma dyskusjami, a nawet kłótniami. Miejsce spotkania musiało być ulokowane dość blisko Dąbrówki, mieć dużą salę odpowiednią na wiec, w razie niepogody, i wystarczającą liczbę domów w dobrym stanie, aby ulokować w nich gości. Z początku szukano wsi opuszczonych od razu po ostatniej wojnie, ale większość z nich była zbyt zrujnowana.

– A Piaseczno? – zapytał Albert podczas jednego ze spotkań w świetlicy wiejskiej. – Po zamachu wszystkie budynki zabezpieczyliśmy, są w dobrym stanie, no i jest tam ten… ten dom…

– Dom Hadama? – podpowiedział Hubert.

– No właśnie! – Staruszek uderzył dłonią w stół.

Na sali zapadła cisza. Wszyscy spoglądali na siebie z niepewnymi minami.

– Dziadku, ja nie wiem, czy to dobry pomysł – odezwał się cicho Ernest.

Hubert odszukał wzrokiem Martynę, kowala; pochodziła z Piaseczna i tak jak zaledwie garstka innych osób cudem uniknęła śmierci, kiedy banda dezerterów napadła na jej osadę poprzedniej jesieni. Zrobiła się teraz nienaturalnie blada i wyglądała, jakby połknęła wielką kluchę.

Jej babcia podniosła się z miejsca i skinęła głową.

– Albert ma rację. Po co szukać opuszczonej osady w dobrym stanie, jeśli mamy taką pod samym nosem? Dziesiątego sierpnia nastąpi historyczny dzień. Będę zaszczycona, jeśli moja rodzinna wieś posłuży nam jako pierwsze miejsce na wiec.

Przetarła lekko zaszklone oczy i już chciała usiąść, kiedy ponownie się wyprostowała.

– A jeśli ktoś z byłych mieszkańców Piaseczna będzie miał coś przeciwko temu, wyślijcie go do mnie. Już ja sobie z nim porozmawiam.

Martyna z czułością poklepała ją po dłoni, a atmosfera w sali się rozluźniła.

Od tygodnia zatem mała grupka mieszkańców Dąbrówki pracowała w pocie czoła, aby przygotować Piaseczno na wielkie wydarzenie. Trzeba było uprzątnąć drogi, aby były przejezdne, ogarnąć budynki gościnne, dom Hadama, a nawet stajnię.

– A demony? – zapytał Hubert, wracając myślą do tu i teraz. – Były jakieś incydenty?

– Pięć dni temu coś tam wyło w lesie, ale nadal się kłócimy, co to mogło być, zwierzę czy demon.

– Głupio by było, jakby coś zaatakowało podczas wiecu – stwierdził Ernest.

– Mamy na stanie najlepszy radar i najlepszego łowcę demonów w kraju, nie ma więc obaw… – zapewnił Kajetan.

– Już mówiłem, że Zuzy tu nie będzie…

Hubert roześmiał się i poklepał kumpla po łopatce.

– Jakby ona cię jeszcze słuchała. Jeśli będzie chciała, to przyjedzie. A ty zachowaj resztki godności i nie baw się w odpowiedzialnego starszego braciszka, który jest ignorowany na każdym kroku.

Ernest sapnął gniewnie, ale musiał zdawać sobie sprawę, że nie miał już na siostrę takiego wpływu, jakiego by sobie życzył.

– A tak na poważnie – odezwał się po chwili Hubert. – Może to brzmi trochę górnolotnie, ale tak jak mówiła babcia Martyny, będziemy tworzyć historię. Nie chcemy, żeby podczas takiego wydarzenia nastąpił zmasowany atak demonów, a ja poczuję się znacznie lepiej, jeśli granic osady będzie pilnowała Zuza.

Przyjaciel mruknął tylko coś niezrozumiałego pod nosem. Chwilę później szturchnął Sierpnia po żebrach, wskazując smużkę dymu wznoszącą się nad kuźnią.

– Patrz.

– Pójdę z nią pogadać – westchnął Hubert i skierował się do niskiego budynku na obrzeżach wsi.

Drzwi skrzypnęły cicho, ze środka powiało przyjemnym ciepłem. Na palenisku płonął niewielki ogień. Martyna siedziała ze zwieszoną głową w kącie na starym pniaku, na którym kiedyś stało kowadło. Po przeprowadzce jej dawna kuźnia została praktycznie ogołocona, nie było sensu zostawiać tu jakichkolwiek sprzętów.

– Znowu dali ci coś do roboty? – zagadnął Sierpień.

– Nie, tylko… jakoś tak…

W końcu wzruszyła ramionami i podrzuciła lekko młotek, najwyraźniej zabrany z Dąbrówki. Miała wielkie dłonie i żylaste ramiona, a Hubert na własne oczy widział, z jaką lekkością przenosiła swoje kowadło. Nigdy nawet nie chciał spróbować siłować się z nią na rękę. Bał się, że mógłby przegrać.

– Jeżeli chcesz, możemy oddelegować do pracy w Piasecznie kogoś innego – zaproponował.

– Nie. – Stanowczo pokręciła głową. – Jakoś tak wzięło mnie na wspominki. Zaraz się ogarnę. Poza tym powinien być tu ktoś miejscowy.

Hubert nie naciskał. Nawet nie wyobrażał sobie, co mógłby czuć, gdyby ktoś wymordował prawie wszystkich mieszkańców Dąbrówki.

– Węgiel – usłyszał.

– Co?

– Mieliście rozejrzeć się za węglem po drodze do tych Duszników.

Przejechał dłonią po krótko ostrzyżonych włosach.

– Znaleźliśmy jedną taką piwnicę, było tam może z pół tony. Ale to kawał drogi. Przywieźliśmy ci jeden worek…

Martyna przeszyła go spojrzeniem, więc zamilkł.

– Hubert. – Wycelowała w niego młotek. – Jeżeli nie będę miała węgla, to ty zostaniesz naszym kowalem i zobaczymy, jak ci pójdzie kucie na drewnie.

– No ja wiem, ale była też sól i znaleźliśmy dwie bele bawełny – zaczął się tłumaczyć.

Za każdym razem, gdy gdzieś wyjeżdżali z Ernestem, wszyscy robili wielką listę surowców i przedmiotów brakujących w osadzie. Każdy uważał, że jego potrzeby są najważniejsze. I do nikogo nie docierało, że miejsce na wozie jest ograniczone, a jeśli jedzie się tylko z jednym luzakiem, to jest jeszcze gorzej. A później Hubert musiał się grubo tłumaczyć, dlaczego nie przywiózł tego, co mu kazano. Czasem miał wrażenie, że są wraz z Ernestem niedoceniani, a ich wyprawy traktuje się jak zwykłe wycieczki.

– Trzeba będzie wyczyścić komin w domu Hadama – odezwała się Martyna, wygaszając palenisko.

– Jak znajdziesz mi sprzęt, to mogę się tym zająć – obiecał, żeby ją udobruchać.

Wieczór nastał bardzo szybko. Świat spowiła szarówka, kiedy Hubert w samych bokserkach wyskoczył z parującego jeziora, wziął ubrania pod pachę i truchtem wrócił do wsi. W kominku w domu Hadama płonął ogień, a na ruszcie leżało kilka kawałków soczystego mięsa, które pachniały tak apetycznie, że chłopakowi od razu zaczęło burczeć w brzuchu.

– Nie domyłeś się – skwitował Ernest, kiedy jego przyjaciel pospiesznie się ubierał.

Hubert spojrzał na swoje ramiona i dłonie poznaczone czarnymi smugami pozostałymi po czyszczeniu komina.

– Jak jest ciemno, to nie widać. – Machnął ręką. Rozsiadł się na krześle i wyciągnął przed siebie nogi.

Kajetan przewrócił piekące się mięso na drugą stronę, Agata drzemała w kącie, a Martyna ostrzyła nóż. Cała trójka pracowała w Piasecznie już od tygodnia, ale Hubert dostrzegł w nich pewną nerwowość. Kajetan podskoczył na krześle, kiedy gdzieś w pobliżu zagwizdał leszy, Martyna wzdrygnęła się, gdy Ernest ze zgrzytem przesunął krzesło po ceglanej podłodze. Agata zaś co chwilę upewniała się, że jej karabin jest tuż obok. I tylko Woźnica jak gdyby nigdy nic piekł na patyku nad ogniem jabłko. Zresztą myśliwy był przyzwyczajony do spędzania czasu samotnie poza Dąbrówką i nieraz musiał stawiać czoła demonom.

Kiedyś ludzie przestaną bać się ciemności i opuszczania własnej osady – pomyślał Hubert, wychodząc na zewnątrz. Przynajmniej mam taką nadzieję, bo inaczej chyba wyginiemy.

Zagwizdał cicho. Zza najbliższego domu odpowiedział mu identyczny gwizd. Sierpień w milczeniu podszedł do drewnianej ławki i położył na niej kawałek mięsa. Czasem Ernest wkurzał się na niego, że marnuje jedzenie, a leszy przecież sam zdobywa pożywienie, ale Platon zawsze trzymał się w pobliżu i należała mu się drobna nagroda chociażby za taką wierność.

Rozdział II

Na pięć dni przed wiecem przyjechało kilka kolejnych osób z Dąbrówki. Przywieźli wędzone mięso i ryby, trochę przetworów, siano i owies dla koni, zapasowe koce oraz wszystko to, co nie psuło się za szybko, a mogło się przydać podczas spotkania.

– Ciebie też puścili? – zdziwił się Hubert na widok Mai.

– Każdy ma robotę we własnym domu. – Wzruszyła ramionami. – Nie chciałam wchodzić im w paradę, no i uważam, że bardziej przydam się wam tutaj.

– I dobrze. – Ernest skinął głową. – My idziemy dziś na patrol do lasu, ale przydałby się ktoś, kto posprawdza, czy Kajetan wysprzątał domy gościnne tak dobrze, jak twierdzi.

– Mogę się tym zająć. – Uśmiechnęła się, być może wdzięczna za normalne traktowanie.

Kilka minut później dwaj przyjaciele, uzbrojeni w karabiny i noże, opuścili wieś. Zatoczyli wokół niej wielki okrąg, sprawdzając wszelkie ślady i nasłuchując czegokolwiek podejrzanego. Hubert przystawał co kilkadziesiąt metrów, zamykał oczy i brał głęboki wdech, starając się wyczuć demony. Zdawało się jednak, że jeśli nie liczyć Platona, okolica była pusta.

– Pokażę ci coś – powiedział, zatrzymując się w pewnej chwili.

Zadarł głowę i zagwizdał w charakterystyczny sposób. Wysoko w koronach drzew przemknął niewielki cień. Sierpień wyjął z kieszeni kawałek placka, jednego z tych, które jedli na śniadanie. Ernest odchrząknął znacząco.

Hubert ponownie zagwizdał, a gdy usłyszał odpowiedź, wyrzucił wysoko placek, po czym rozłożył szeroko ręce i uśmiechnął się z satysfakcją. Liście w górze zaszeleściły, kilka z nich opadło na ziemię.

– No i? – zapytał Brzeski.

– No i placek nie spadł – odparł tamten, szczerząc zęby. – Skubany jest naprawdę szybki i zwinny.

– Już ci mówiłem, co o tym sądzę. – Przyjaciel niestety nie wykazywał należnego entuzjazmu.

– A znasz kogokolwiek, kto wyszkoliłby tak sobie demona?

– Na przykład moja siostra Klakiera.

Hubert sapnął poirytowany.

– A poza nią?

– Masz rację, jesteś genialnym treserem demonów.

– Zobaczysz, będą jeszcze o mnie książki historyczne pisać.

Ernest nie wytrzymał i parsknął śmiechem, kręcąc głową.

– Ponadto… – zaczął Hubert, lecz nagle poczuł coś podejrzanego.

Uniósł rękę, żeby uciszyć ewentualne komentarze z ust kumpla, i zamknął oczy. Dotarła do niego bardzo słaba woń, zaledwie jej sugestia. Mimo to już wiedział, że coś grasuje w okolicy.

– Tam. – Wskazał kierunek, otworzywszy oczy.

– Wiesz, co to? – zapytał szeptem Brzeski.

– Jeszcze nie. – Pokręcił głową. – Musimy się do niego zbliżyć.

Odbezpieczyli karabiny i ruszyli bezgłośnie przez las. Z każdym krokiem serce Huberta biło coraz szybciej, adrenalina krążyła w jego ciele. Czuł ukłucie strachu, a jednocześnie za nic by się teraz nie wycofał. Zupełnie jakby był stworzony do polowania na demony.

Byli coraz bliżej; zmartwiło go, że jeszcze nie rozpoznał tej bestii i nie miał pojęcia, z czym przyjdzie mu się mierzyć. Kiedyś pewnie rzuciłby się na stwora bez zastanowienia, ale teraz wolał być ostrożniejszy. Zbyt wielu ludzi na nim polegało, zbyt wiele zależało od wiecu, żeby teraz dał się zabić albo chociaż ranić.

Nagle Ernest położył dłoń na jego ramieniu, po czym wskazał coś na ziemi.

Hubert przymrużył powieki, wpatrując się w ślady na wąskiej, zwierzęcej ścieżce. Racice saren, drobne łapki kuny leśnej i coś jeszcze, odcisk, jakiego jeszcze nigdy żaden z nich nie widział.

– Nie gadaj, że będzie trzeba na nowo przepisywać tę demonologię – zażartował, choć wcale nie było mu do śmiechu.

– Wracamy po Woźnicę? – zapytał Ernest.

Sierpień zastanowił się. Przydałby się dodatkowy karabin, skoro jeszcze nie wiedzieli, z czym będą mieli do czynienia.

– Daj mi jeszcze chwilę – poprosił.

Ruszyli wzdłuż ścieżki, jednak w pewnej chwili ślady demona się urwały. Ten najwyraźniej skręcił gdzieś w las.

– Cholera – burknął Hubert. – Nie czuję już go. Musiał odejść.

– Wracajmy do wsi, trzeba ostrzec innych, żeby nigdzie nie chodzili w pojedynkę. A w nocy wystawimy warty.

Do wieczora Hubert tylko udawał, że ciężko pracuje, a tak naprawdę co chwilę zerkał ku lasom otaczającym Piaseczno i usiłował wyczuć czającego się w okolicy demona.

Maja znalazła go w stajni.

– Domy gościnne czyste, kominy drożne – zakomunikowała. – Tylko przed samym wiecem trzeba będzie wywietrzyć.

– Po co? – Zmarszczył brwi, opierając się o widły.

– Żeby nie było czuć stęchlizną? – Powiodła wzrokiem po boksach, a Hubert poczuł się głupio, że był tu już od ponad godziny, a jeszcze nic nie ogarnął.

– Bardzo dobry pomysł, a będziesz o tym pamiętała?

Pokiwała głową.

– Tak sobie też myślałam, że warto byłoby przywieźć wapno do zasypania wychodków po całej tej imprezie… – Lekko się zarumieniła.

– Ktoś na pewno będzie jeszcze jechał do Dąbrówki – powiedział. – Dopiszemy wapno do listy. A poza tym dlaczego w ogóle przyszłaś tu sama? Przecież mówiliśmy, że nikt nie ma chodzić w pojedynkę, nawet po wsi.

– Przecież to tylko kawałek od domu Hadama…

Hubert wzniósł oczy ku sufitowi pokrytemu pajęczynami.

– Zawsze byłem przeciwny panicznemu strachowi przed demonami, ale bagatelizowanie ich też nie jest dobrym wyjściem.

– Słyszałam, że jesteś radarem na demony i od razu wyczujesz, jak jakiś zbliży się do wsi.

Sierpień westchnął ciężko. Owszem, połechtała jego ego, czasem jednak przerażało go, że ludzie aż tak mu ufali. On sam miał trochę mniej wiary we własne zdolności.

– Ale nie dam rady być wszędzie i mógłbym nie zdążyć, gdyby coś się wydarzyło.

– Jak to w ogóle jest? – Maja przysiadła na snopku siana, oparła brodę na dłoniach i wpatrzyła się w niego. – Wyczuwać demony?

– To trochę jak uczucie przed burzą – odparł, stukając lekko palcami w trzonek od wideł. – Po prostu wiem mniej więcej, gdzie jest demon i jaki to gatunek.

Tylko najbliżsi wiedzieli, że potrafił również rozpoznać u stworów strach, głód i inne podstawowe odczucia.

– Przydałby się ktoś taki kiedyś u nas… – zaczęła, ale szybko uciekła wzrokiem.

Hubert pokiwał głową. Nie musiał o nic pytać, wiedział, jak takie historie brzmiały – okrutna i niespodziewana śmierć w samym środku bezpiecznej osady albo atak w nocy na grupkę podróżników. Przepełniający serce strach, że potwory czają się tuż obok, paraliż na widok bestii żądnej krwi, ciała ludzi rozdarte na strzępy, ciemnoczerwone plamy na trawie czy śniegu. Słyszał to już wiele razy, sam doświadczył utraty bliskich.

– Ale jestem pod wrażeniem, jak wychowaliście sobie tego owinnika – zmieniła temat Maja.

– Rozpuszczony jak dziadowski bicz – zacytował Alberta Hubert.

– Wcale że nie. Przychodzi na zawołanie…

– Tylko gdy mu się chce.

– Reaguje na swoje imię…

– Kiedy masz w kieszeni kiełbasę.

– Nawet podaje łapę.

– Chyba tylko po to, żeby człowieka podrapać.

– Jesteś niesprawiedliwy – zaprotestowała.

– No dobra, czasem się przydaje. Raz nawet uratował mnie przed trojanem. Ale poza takimi wyjątkami to jeden wielki darmozjad.

– Słyszałam też coś o jakimś leszym?

– Ty to chyba przeprowadziłaś dokładny wywiad środowiskowy po naszym wyjeździe.

Maja się zmieszała.

– Po prostu byłam ciekawa… – Zaczęła skubać nitkę wystającą ze spodni.

– Chodź, coś ci pokażę. – Odstawił widły i wyszedł ze stajni.

Wystarczyło kilka sekund, żeby zorientował się, gdzie ukrywa się Platon. Zagwizdał krótką melodyjkę, a spomiędzy gęstych gałęzi pobliskiego świerka odpowiedział mu podobny gwizd.

– I on tu siedział cały czas? – Dziewczyna się wzdrygnęła.

Hubert skinął głową. Ludzie częstokroć nie mieli nawet pojęcia, że tuż obok czaił się demon, przechodzili obok niego wiele razy i nikt go nie zauważał. Można było nie mieć nic przeciwko w miarę udomowionemu leszemu, ale w takich chwilach człowiek zaczynał się zastanawiać, ile razy ledwo uszedł z życiem, mimo że niczego nieświadomy za bardzo zbliżył się do jakiegoś innego demona.

Sierpień znów zagwizdał, a Platon odpowiedział.

– Mogę spróbować? – poprosiła Maja.

Gdy tylko gwizdnęła, leszy zamilkł. Nie chciał nawet zacząć z powrotem naśladować Huberta.

– Chyba się obraził – skwitował chłopak. – Przejdzie mu, kiedy dostanie coś do jedzenia. – Machnął ręką. – Zaraz się ściemni, pora na kolację.

Razem ruszyli do domu Hadama, a gdy tylko otworzyli duże drzwi, powiało w ich stronę zapachem pysznego gulaszu.

– Stajnia ogarnięta? – zagadnął Ernest.

– Oczywiście – skłamał Hubert bez najmniejszego zająknięcia. – Jutro tylko będę musiał tam jeszcze na chwilę wpaść.

Po posiłku Woźnica pochwalił się, że znalazł miejsce, gdzie często żerują dziki. Kilka dni przed wiecem planował je podejść i ustrzelić jednego na uroczystą kolację. Na szczęście w domu Hadama był wystarczająco duży piec chlebowy.

– Uda się jakoś sensownie zgrać to czasowo? – zastanowił się Ernest.

– Po polowaniu mięso musi ostygnąć przez dobę, później dwa dni na marynowanie, kilka godzin na pieczenie… – Myśliwy podrapał się po zarośniętej brodzie. – Nie mogę ruszyć na tego dzika za szybko, żeby się nie popsuł, ale jakiś zapas czasowy też powinienem mieć.

– Dasz radę – zapewnił Sierpień, któremu aż ślinka pociekła na samą myśl o dziku faszerowanym kaszą gryczaną. Poza tym uważał, że takie danie będzie odpowiednim ukoronowaniem oficjalnej kolacji rozpoczynającej wiec.

Hubert zamknął drzwi na zasuwę i wrócił do kominka.

– Cisza i spokój na zewnątrz – powiedział.

Maja skinęła głową. Pozostali już dawno posnęli na antresoli. Do tej pory Martyna spała w swoim dawnym domu, Kajetan i Agata zaś w jednym z gościnnych. Tej nocy jednak Hubert naciskał, żeby wszyscy zatrzymali się w domu Hadama. Zaniepokoił go ten nowy demon. Możliwe, że już dawno temu odszedł z okolicy, ale chłopak wolał dmuchać na zimne. Ich nowa znajoma uparła się, że na równi z innymi chce pełnić wartę. Tak więc dostała pierwszą, a Sierpień nie mógł zasnąć, więc postanowił jej towarzyszyć. Zresztą on i Brzeski nie do końca byli pewni, czy mogą na niej w stu procentach polegać.

– Teraz uważaj, bo będę miał na ciebie haka – rzucił Ernest, zanim udał się do łóżka.

– Że co? – zdziwił się Hubert.

– Jak mnie wkurzysz, to powiem Izie o tym, że wartujesz sobie z obcymi dziewczynami.

– Po pierwsze, Iza wcale taka nie jest, po drugie…

– Nikt jeszcze nie wie, czy jesteście ze sobą, czy nie, bo żadne z was nie umie się określić – wpadł mu w słowo kumpel. – A po trzecie za bardzo się jej boisz, żeby jej podpaść.

– Idź spać, bo gadasz już głupoty – burknął Hubert.

Przyjaciel mógł sobie stroić z niego żarty, ale był jeszcze jeden powód, dla którego Sierpień chciał wartować z Mają. Liczył, że wyciągnie z niej co nieco o jej przeszłości. Rozumiał, że mogła mieć traumę, być jeszcze w żałobie, ale skoro zaprosili ją do własnej osady, powinni coś o niej wiedzieć. A noc przy kominku sprzyjała zwierzeniom. Poza tym Hubert doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ludzie chętnie mu ufali i zdradzali swoje sekrety. Dla większości był prostym, zabawnym, trochę nieodpowiedzialnym chłopakiem, który chyba nigdy nie wydorośleje. Sam siebie przekonywał, że właśnie taki wizerunek utrzymywał celowo.

– Mam nadzieję, że z tym wiecem wszystko wypali – odezwał się. – Tyle tygodni przygotowań…

– Myślę, że to fajna inicjatywa – przytaknęła Maja.

– Zeszłej jesieni, kiedy banda dezerterów, która wymordowała Piaseczno, kierowała się na Dąbrówkę, udało nam się skrzyknąć sąsiadów, żeby nam pomogli. Dobrze jest mieć na kogo liczyć. A jak będzie nas jeszcze więcej…

– Nas nie było.

W domu pachniało dymem, żywicą sosnową i sianem. Ogień rzucał fantastyczne cienie na drewniane ściany. Hubert zapatrzył się na nie, oczekując dalszej części odpowiedzi. Maja jednak milczała.

– Co się stało? – zapytał w końcu.

– Było nas zaledwie ośmioro – odparła po dłuższym czasie. – Nie znaliśmy żadnej innej zamieszkanej osady. Nie mieliśmy łatwo, ale jakoś dawaliśmy radę. Ostatniej zimy… niedrożny komin…

Dziewczyna otarła wilgotne oczy.

– Trzy dorosłe osoby i jedno dziecko… Dziwiłam się, dlaczego nie zdążyli uciec, ale moja ciotka powiedziała, że czad to cichy zabójca… A zaprószony ogień… – Pociągnęła nosem. – Spłonęło wtedy wiele naszych zapasów, przez resztę zimy głodowaliśmy. Wiosną chcieliśmy odejść, szukać innych ludzi, ale ciocia tak źle się czuła, że nie była w stanie opuścić domu. Karol, starszy brat mojej przyjaciółki, podejrzewał, że to rak.

Hubert pamiętał, że ludzie kiedyś panicznie bali się tej choroby. A przecież mieli tyle sprzętu i lekarstw do walki z nią. Teraz nawet nie potrafili jej zdiagnozować, samo zaś słowo „rak” oznaczało wyrok śmierci.

– Przykro mi. – Niezgrabnie położył rękę na dłoni dziewczyny i lekko ścisnął jej palce. Zatopiona we wspomnieniach zdawała się nawet tego nie zauważyć.

– Pochowaliśmy ją w maju – podjęła opowieść. – Dzień później spakowaliśmy się i we trójkę wyruszyliśmy w drogę.

Hubert cofnął rękę. Maja znów zaczęła skubać nitkę wystającą ze spodni.

– Szliśmy wzdłuż szczytu małego wąwozu. Nawet nie było stromo. Ale wcześniej padał deszcz, ziemia rozmiękła, zrobiło się błoto… Karol się poślizgnął i pokoziołkował w dół. W pierwszej chwili śmiałyśmy się z Kingą. Wyglądał komicznie, ale kiedy się nie podniósł… Zbiegłyśmy na dół. Złamał nogę, a jego okrwawiony piszczel rozerwał nogawkę i wystawał na zewnątrz.

Na kilka sekund zamknęła oczy, po czym potrząsnęła głową, żeby odpędzić od siebie tę makabryczną wizję.

– Próbowałyśmy mu pomóc, jak umiałyśmy. Ale utknęliśmy w środku lasu, nasze bagaże były naprawdę skromne, nie mieliśmy żadnych leków. W ciągu kilku dni Karol dostał wysokiej gorączki, rana zaczęła się jątrzyć, tak bardzo śmierdziała ropą… Jednej nocy, może zwabiony właśnie tym zapachem, zaatakował nas demon. Był wielki, włochaty. Rzucił się na Kingę, usłyszałam trzask łamanych żeber. Chciała krzyczeć, ale chyba miała przebite płuca, bo z ust wydostała się jedynie krwawa piana. Później demon ruszył na Karola. Wiedziałam, że go nie uratuję. Wykorzystałam ten moment na ucieczkę.

W domu nastała zupełna cisza, przerywana jedynie trzaskiem ognia w kominku. Sierpień nie słyszał nawet pochrapywania Ernesta. Podejrzewał, że kumpel również słucha opowieści Mai.

Dziewczyna uniosła głowę i spojrzała wprost na Huberta.

– Czasem w nocy słyszę jęki ciotki w agonii, krzyk Karola ogarniętego gorączką albo trzask kości Kingi. Zastanawiam się, czy mogłam zrobić coś więcej; może trzeba było namówić ich, żebyśmy ten jeden dżdżysty dzień przesiedzieli w obozowisku, żebyśmy wybrali inną drogę. Gdybym nie spanikowała, może udałoby mi się zastrzelić tego demona, zanim zmiażdżył moją przyjaciółkę.

Hubert doskonale ją rozumiał. Tyle razy przecież sam się zastanawiał, czy mógłby ocalić bliskich, gdyby cokolwiek zrobił inaczej.

– Przeszłości już nie zmienisz – powiedział powoli. – Ale znalazłaś nowy dom i teraz możesz zadbać o bezpieczeństwo ludzi, których, kto wie, pewnego dnia może nazwiesz swoją rodziną.

– Może… – westchnęła.

Na drabince wiodącej do antresoli rozległy się ciche kroki. Skrzypnęły szczebelki.

– Dlaczego mnie nie budzicie? – odezwała się Agata. – Trzeba było mówić wcześniej, że chcecie siedzieć też na mojej warcie.

– Jak już wstałaś, to nie będziemy się fatygować. – Hubert podniósł się z krzesła. – Dobranoc.

Wspiął się na pięterko i ułożył na swoim sienniku. Przez chwilę nasłuchiwał, jak Agata dokładała do ognia, Maja szykowała się do snu na swoim łóżku, a Ernie znowu zaczął chrapać. Sam też szybko odpłynął.

Wszędzie wokół huczały płomienie. Rozległ się stukot kopyt na asfalcie i zza zakrętu wypadł przerażony koń. Języki ognia pożerały jego ciało, grzywa i ogon niemal zupełnie się stopiły. W oczach zwierzęcia dostrzec można było strach i ból. Z pyska sfrunęły płaty pożółkłej piany. Koń zarżał rozdzierająco i wbiegł w ścianę płomieni, jakby chciał zakończyć swoją agonię. Nagle z boku rozległ się trzask pękającego drewna, a chwilę po nim huk walących się cegieł. Sierpień spojrzał w tamtym kierunku i wśród pożogi szalejącej w poczerniałych zgliszczach rozpoznał dom Alberta. Poczuł się, jak gdyby szpony demona rozdarły jego serce na dwoje. Przez ostatnie osiem lat ten budynek był dla niego bezpieczną przystanią w mrocznym świecie pełnym potworów. Wszystko wokół mogło się walić i palić, ale tutaj zawsze miał swój dom. A teraz wszystko legło w gruzach.

Osunął się na kolana, poczuł, jak kawałki szkła rozrywają jego spodnie i wbijają się w ciało. Chciał płakać, wyć z rozpaczy, ale jego oczy pozostały suche, zupełnie jakby już dawno stracił prawo do żałoby.

Nagle wszystko wokół ucichło. Uniósł głowę i dostrzegł mężczyznę kroczącego w jego stronę. Jego twarz była skryta w cieniu, a może w ogóle był jej pozbawiony? Za nim zaś rozpostarły się skrzydła z płomieni.

– Kim jesteś?! – wrzasnął Hubert, wstając.

Postać nie odpowiedziała.

– Czego chcesz?!

Wtem ogień zniknął, pozostawiając za sobą czarną pustkę. Przez sekundę jeszcze Sierpień widział tajemniczego mężczyznę, a potem i jego pochłonął mrok. Chłopaka ogarnęło zaś uczucie niepokoju. Otworzył oczy i dostrzegł nad sobą ciemne belki, pod dłońmi wyczuł szorstki materiał pachnącego kurzem siennika. Tuż obok wielki cień pochylał się nad Ernestem. Sierpień gwałtownie usiadł i przywalił czołem w skośny sufit.

– Cholera – warknął.

Dopiero po chwili zorientował się, że tym cieniem był Kajetan.

– Coś dzieje się na zewnątrz – szepnął chłopak.

Ernest już wstał i ruszył ku drabince. Hubert, nie tracąc czasu, przeszedł nad barierką zabezpieczającą antresolę, zsunął się niżej, zawisnął na samych rękach i głośniej, niż by sobie tego życzył, wylądował piętro niżej.

Jego przyjaciel już sięgał po karabiny. Chwilę później dołączyli do nich Kajetan, Woźnica, Agata i Martyna. Maja wygrzebała z plecaka swój pistolet i zeszła na dół ostatnia. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale Ernest uciszył ją ruchem dłoni.

Hubert stanął przed drzwiami, oparł o nie obie ręce i przymknął powieki. Coś kręciło się w pobliżu domu Hadama. Oczyma wyobraźni zobaczył wielkie łapy ostrożnie stąpające po miękkiej trawie. Niemal usłyszał świst powietrza wciąganego nozdrzami. Wszędzie wokół pachniało ludźmi, a tam, gdzie byli ludzie, zawsze można znaleźć łatwą zdobycz. Zamknięte w zagrodach zwierzęta, które nie potrafiły uciekać ani się bronić. Miękkie, soczyste, tłuściutkie mięso… Oraz to ludzkie, najsłodsze z nich wszystkich.

Demon był głody, nic nie potrafiło go nasycić. Okropne łaknienie nie opuszczało go nigdy. Pożerał wszystko, co spotkał na swojej drodze, nawet swoje młode, i wciąż był głodny.

Hubert otworzył oczy i spojrzał po bladych twarzach przyjaciół.

– Musimy zabić to coś – szepnął.

– Ale co to… – zaczął Kajetan.

– Nieważne co – przerwał mu Ernest. – Ważne, że musimy to wykończyć.

Sierpień skinął głową z wdzięcznością. Przyjaciel potrafił niemal czytać mu w myślach.

– Ktoś powinien zostać i pilnować domu. – Woźnica dyskretnie wskazał wzrokiem Maję.

– A nie będę bardziej potrzebna na zewnątrz? – Dziewczyna odbezpieczyła swój pistolet. – Nieraz stawiałam czoła demonom.

– Jeżeli ten demon nie znajdzie ludzi, zadowoli się końmi – odezwał się Hubert. – Maja, Martyna, Agata i Kajetan, przejdziecie do stajni i obstawicie okna i drzwi. My – skinął w stronę myśliwego i Ernesta – wywabimy go i zabijemy. Jeżeli się nie uda, to wtedy go wam wystawimy. Gotowi?

Pokiwali głowami.

– Będziemy was osłaniać – powiedział Ernest, kładąc rękę na metalowej zasuwie.

Gdy drzwi się otworzyły, Hubert poczuł na twarzy powiew chłodnego powietrza, który przyniósł ze sobą zapach obcego demona. Wyszedł z budynku jako pierwszy i zlustrował otoczenie. Noc była dość jasna, jednak wszędzie wokół powstawały cienie, w których mogła ukrywać się bestia. U boku Sierpnia stanęli Brzeski i Woźnica.

Poczekali, aż pozostała czwórka przemknie do stajni, po czym Hubert wskazał kierunek, skąd dochodził zapach stwora. Ruszyli jeden za drugim w tamtą stronę. Myśliwy osłaniał ich plecy.

Nocą wymarła wieś sprawiała upiorne wrażenie. W murach domów wciąż widniały ślady po kulach karabinu maszynowego, niczym niezagojone rany. W tym miejscu wybito jak w rzeźni niemal wszystkich mieszkańców: mężczyzn, kobiety i dzieci, nie dając im nawet szans na obronę. Niejeden twierdził, że słyszał tu po zmroku krzyki i zawodzenie umierających, a echo wystrzałów wciąż niosło się po okolicznych lasach. Hubert raczej nie wierzył w takie rzeczy. Kto umarł, nie wraca zza grobu, żeby jęczeć jak potępiona dusza – skwitował kiedyś w myślach. Jednak w świecie pełnym demonów, gdy noc skrywała zbyt wiele cieni, łatwo było zwątpić we własne przekonania.

Sierpień wskazał lufą karabinu dom, za którym powinien znajdować się demon. Gestami wytłumaczył towarzyszom, że powinni się rozdzielić. Ernest wyglądał na dość niezadowolonego z faktu, że jego przyjaciel zamierzał okrążyć budynek w pojedynkę, jednak Hubert nie dał mu czasu na spieranie się i po prostu ruszył w swoją stronę.

Kiedy znalazł się sam, poczuł, że woń demona stała się jeszcze bardziej wyraźna, zupełnie jakby obecność innych ludzi ją blokowała. Uspokoił oddech, jego dłonie pewnie trzymały odbezpieczony karabin. Wiedział, że się nie zawaha, a jego ręka nie zadrży, gdy przyjdzie mu zmierzyć się z bestią.

Szedł bezgłośnie wzdłuż ściany z popękanym tynkiem. Żałował, że nie słyszał kroków towarzyszy i nie wiedział, gdzie są.

Tuż przed nim znajdował się ostatni załom. Ostrożnie wychylił się zza niego, gotów na wszystko. Demon buszował w wysokiej trawie tuż przy zwalonym pniu starego klonu. Hubert miał ochotę zakląć. Zupełnie zapomniał o drzewie leżącym prostopadle do ściany budynku. Gdy Ernest i Woźnica wyjdą z drugiej strony, i tak nie dostrzegą stwora.

Stanął na prostych nogach, celując w demona węszącego nisko przy ziemi. Położył palec na spuście i nacisnął. Noc rozświetlił błysk wystrzału, okolicą wstrząsnął huk, łuska poszybowała w powietrze. Stwór zawył i padł.

Nie tracąc czujności, łowca podszedł bliżej. Powiał delikatny wiatr i wysoka trawa ugięła się z szelestem. Ernest wspiął się na przewrócony pień i od razu wycelował w tym samym kierunku, co jego przyjaciel.

Nagle serce Huberta podeszło do gardła. Stanął w miejscu, gdzie powinien leżeć martwy demon – ale tu go nie było.

– Zwiał – sapnął, od razu unosząc lufę i nerwowo rozglądając się wokół.

– Gdzie?

– Nie wiem, postrzeliłem go…

– Tam! – krzyknął Woźnica.

Kilka metrów dalej duży, ciemny kształt wystrzelił z zarośli i zgrabnie wskoczył na pień blisko korony pokrytej uschniętymi liśćmi. Myśliwy wystrzelił, lecz bestia szybko zniknęła między gałęziami klonu. Hubert ruszył pędem za nią. Ernest biegł po pniu, a Woźnica po drugiej jego stronie.

Sierpień dotarł do samego końca korony przewróconego drzewa, lecz po demonie nie było żadnego śladu. Między gałęziami rozległo się kilka trzasków i spomiędzy nich wychylił się Ernest.

– Gdzie on jest? – zapytał.

– Nie wiem, powinien przecież gdzieś zleźć z tego drzewa!

Po chwili dołączył do nich Woźnica.

– Jakby rozpłynął się w powietrzu.

– Demony nie rozpływają się w powietrzu – mruknął Hubert, wściekły, że spudłował i przez niego polowanie skończyło się fiaskiem.

Nagle Ernest odtrącił go na bok i wystrzelił. Hubert gwałtownie się odwrócił i kilka metrów dalej ujrzał uciekającego stwora. Już chciał zerwać się do biegu, jednak wiedział, że nie ma nawet najmniejszych szans go dogonić.

– Malaria – burknął Woźnica. – I zwiał w las.

– Wróci? – Brzeski zerknął na przyjaciela.

– Tej nocy raczej nie. Wracajmy po tamtych ze stajni.

Nikt nie miał ochoty ponownie kłaść się spać. Chłodne, nocne powietrze oraz solidna dawka adrenaliny nie szły w parze z sennością.

– Ale jak wyglądał? – Po raz wtóry dopytywał Kajetan.

– Był wilkowaty – odparł Woźnica.

– Jak dla mnie wyglądał jak olbrzymi zmutowany szczur – dodał Ernest.

– A więc miał łysy ogon? Ale był mniej więcej taki czy taki? – Chłopak wyciągnął przed siebie dłoń.

– Było naprawdę ciemno – przypomniał myśliwy.

– Był zaskakująco zwinny jak na swoje rozmiary. – Ernest wlepił spojrzenie w sufit, prawdopodobnie wertując w głowie kartki starej demonologii.

– Czyli możemy spokojnie założyć, że to nowy gatunek? – Ekscytował się dalej Kajetan. – Szkoda, że sami nie nadajemy nazw nowo odkrytym demonom…

Zamyślony Hubert przestał go słuchać. Nie mógł pozwolić, żeby ta wygłodniała bestia czaiła się w okolicy, kiedy lada dzień mieli zjechać się tu goście. Bał się, że gdyby ktokolwiek został zaatakowany – lub co gorsza zginął – ludzie tylko utwierdziliby się w przekonaniu, że opuszczanie własnych osad jest nad wyraz niebezpieczne. Co z tego, że nawet u siebie byli mordowani. Wtedy umierali przynajmniej na swoim terenie.

– Najważniejsze, że przepędziliście go z osady – podkreśliła Maja, dosiadając się do niego.

– On tu wróci. – Pokręcił głową. – Jest zbyt wygłodniały, żeby odejść.

– Skąd wiesz?

– Po prostu wiem. – Wzruszył ramionami, po czym wstał. – Pora iść spać, jutro czeka nas polowanie.

Pozostali pokiwali głowami i wkrótce wszyscy udali się na pięterko.

Niestety Hubert nie spał spokojnie. Tym razem, zamiast ognia i zgliszczy, wciąż śnił mu się wielki, szczuropodobny demon, atakujący w mroku.

– Tutaj ślad się urywa. – Ernest pozbierał się z klęczek i odwiązał Inkę od krzaka.

– Jesteś pewien? – dopytywał Hubert, wpatrując się w malutką plamkę krwi na suchym bukowym liściu.

– Jak chcesz, to zleź z konia i sam sobie zobacz.

– Dobra, wierzę ci. A może wspiął się na drzewo? – Powiódł wzrokiem po zielonych koronach.

– Coś tak wielkiego na pewno zostawiłoby ślady na pniach. – Brzeski obejrzał dokładnie korę najbliższego drzewa. – A ty nic nie czujesz?

– Woźnica miał rację, jakby rozpłynął się w powietrzu. – Hubert się skrzywił.

– Pokręćmy się jeszcze po lesie, a jeśli nic nie zauważymy, to będzie trzeba zastawić na niego pułapkę we wsi. Skoro na pewno wróci nocą…

– Obawiam się, że tylko żywa przynęta skusi go do wejścia w pułapkę.

– A ten znowu swoje. – Ernest wzniósł oczy do nieba. – Skąd niby możesz to wiedzieć?

– A stąd, że ten przeklęty demon udawał martwego, jak go postrzeliłem, poczekał chwilę w trawie i zaczął się czołgać dopiero wtedy, kiedy ta zafalowała na wietrze. Mało który człowiek byłby na tyle cwany.

– To co, zamierzasz wystawić na przynętę któregoś konia?

Hubert pokręcił głową.

– Jak sobie chcesz – westchnął Ernest, najwyraźniej już dawno pogodzony z faktem, że jego przyjaciel uwielbiał ryzykować własne życie.

Wsiadł na klacz i powoli ruszyli przed siebie, wypatrując jakichkolwiek śladów.

– Nie spinaj się tak – odezwał się po jakimś kilometrze Ernest. – Wyglądasz, jakby czaszka miała ci zaraz wybuchnąć.

– Nie mogę namierzyć tej cholernej szkarady! – zezłościł się Hubert.

– Może już odeszła i nie wróci, a jak nie, to zabijemy ją w nocy, i tyle.

– A jeśli nie?

– Od kiedy aż tak się przejmujesz takimi rzeczami?

– Odkąd to właśnie od nas zależy tak wiele.

Brzeski westchnął.

– Słuchaj, ludzie, przyjeżdżając tutaj, pokonają wiele kilometrów. Nie zrazi ich jeden demon.

– Powinniśmy zapewnić im bezpieczeństwo!

– Chodzi o te twoje koszmary? – zapytał znienacka Ernest.

Hubert się nie odezwał.

– Kurde, gdyby nie koniec świata, to zrobiłbym karierę jako psycholog.

– Od czubków chyba – burknął Sierpień.

– Ty to powiedziałeś. Poza tym nie ten wiec, to inny.

Jednak jego przyjaciel pokręcił głową.

– Nie, to właśnie ten wiec jest bardzo ważny. Za kilka dni stworzymy podwaliny nowego świata albo… wszystko się posypie, osady nadal będą żyły osobno i w końcu demony wybiją nas wszystkich. Staniemy się wymarłym gatunkiem, jak dinozaury.

Ernest parsknął śmiechem.

– A nie mam racji? – oburzył się Hubert.

– Pewnie, że masz. Przypomniały mi się tylko te wszystkie akcje ekologów sprzed wojny. Ciągłe trąbienie na alarm, że niszczymy planetę, że ją zabijamy.

– A tak naprawdę zabijaliśmy samych siebie.

– Bez nas ziemia radzi sobie całkiem nieźle, co? – Ernest powiódł wzrokiem po otaczającym ich lesie. – Daję głowę, że pewnego dnia zobaczymy nowe gatunki nie tylko demonów, ale też zwierząt i roślin.

Nagle po lesie poniósł się huk wystrzału.

Hubert zerknął na przyjaciela, chcąc się upewnić, że mu się nie wydawało. Sekundę później usłyszeli kolejny strzał. Równocześnie popędzili konie do galopu.

– Ktoś od nas?! – zawołał Ernest, pomimo wiatru szumiącego w uszach i uderzeń kopyt w miękką ziemię.

– Nie! Reszta jest w osadzie, a kolejna wycieczka z Dąbrówki ma przyjechać dopiero pojutrze!

Wkrótce wypadli na szeroką drogę częściowo pokrytą łachami piachu i zeszłorocznymi liśćmi. Przez chwilę kopyta Mokki ślizgały się na kawałku odkrytego asfaltu, ale klacz odzyskała równowagę i pogalopowała dalej.

W końcu usłyszeli ludzkie głosy, a gdy wyjechali zza zakrętu, ujrzeli trójkę podróżników. Hubert odetchnął z ulgą na widok znajomych twarzy. Iza, Henryk i Mateusz stali na środku drogi i przyglądali się czemuś leżącemu przed nimi, co wyglądało jak truchło boruty. Tuż obok ich konie skubały trawę z pobocza.

– Nie spodziewaliśmy się was tak szybko – odezwał się Ernest.

Sierpień nie mógł powstrzymać uśmiechu. Nie przeszkadzał mu nawet smród martwego demona. Tyle tygodni zamartwiania się, ciągłych obaw i tęsknoty, a teraz widział ich całych i zdrowych. Ściągnął wodze Mokki i zanim jeszcze się zatrzymała, zeskoczył z siodła. Podszedł do Izy. Miał już dość czekania.

Zanim powiedziała cokolwiek, jedną ręką objął ją w pasie, drugą położył na jej karku i pocałował dziewczynę prosto w usta. Z początku zupełnie zesztywniała, jakby zaraz miała go odepchnąć, ale właśnie wtedy oddała pocałunek. Hubert miał wrażenie, jakby krew w nim zawrzała. A gdy Iza położyła dłoń na jego piersi, poczuł w tym miejscu płomień. Żar ogarnął całe jego ciało, aż zaczął się dziwić, że ten ogień nie rozprzestrzenił się na wszystko wokół.

Już nigdy nie zamierzał wypuścić jej z ramion. Ale płomień nagle zgasł, jakby ktoś chlusnął na nich wiadrem wody. Hubert odepchnął Izę na bok i sięgnął po karabin wiszący na pasku na jego ramieniu.

Demon większy niż wilk i bardziej zwinny niż lis wystrzelił spomiędzy drzew. Wskoczył wprost na jednego z jucznych koni, wbił pazury w jego grzbiet i zatopił zęby w karku. Zwierzę zakwiczało żałośnie, zaczęło brykać, usiłując strącić z siebie przeciwnika.

Sierpień oddał dwa strzały, lecz nie zdołał trafić tak ruchliwego celu. Bestia odbiła się od końskiego zadu i skoczyła między pozostałe konie, wywołując u nich napad paniki.

Demon zgrabnie przemykał między końskimi nogami, zupełnie jakby pilnował, żeby żaden z ludzi nie miał czystego strzału. Wierzchowce się rozbiegły, jeden z nich prawie wpadł na Mateusza. Strażnik odskoczył w ostatniej chwili, cudem unikając stratowania. Pokraczny stwór zaś przyczaił się tuż przy ziemi, po czym wyskoczył wprost na niego.

Mateusz nie miał nawet czasu, aby wykonać strzał. Zasłonił się strzelbą i zaczął cofać, próbując uniknąć wściekłego ataku.

– Uważaj! – krzyknął Henryk, kiedy Ernest przyłożył broń do ramienia. Niestety ryzyko postrzelenia przyjaciela było zbyt wysokie.

Hubert z kolei stał jak sparaliżowany. Wpatrywał się w bestię, którą w całej okazałości widział po raz pierwszy w życiu. Była inna niż pozostałe demony. Szaleństwem i wściekłością przypominała może borutę, ale było w niej coś… coś przerażającego. I wcale nie chodziło o wielką paszczę pełną zębów czy ostre pazury. Bure futro było wyleniałe, miejscami mógł dostrzec skórę i jątrzące się rany. Tuż pod skórą grały zaś same kości i