Wyrok diabła - Adrian Bednarek - ebook + książka

Wyrok diabła ebook

Bednarek Adrian

4,6

Opis

Nigdy nie możesz być pewien, czy sprawujesz władzę nad swoim demonem, czy może to on kontroluje ciebie.


Wyrok diabła” to czwarta część bestsellerowego cyklu powieści o Kubie Sobańskim, wziętym krakowskim adwokacie, jednocześnie seryjnym mordercy, który właśnie dochował się następczyni. Czy Sonia Wodzińska, osiemnastoletnia uczennica liceum, jest godna swojego mentora? Jak wiele będą w stanie wzajemnie dla siebie poświęcić, z czego potrafią zrezygnować i czy jest coś, co stanowi dla nich wartość większą od życia w raju?

Kiedyś przerażały mnie książki Kinga, Stokera czy Koontza. Adrian Bednarek zdetronizował ich wszystkich, tworząc postać Kuby Sobańskiego – uroczego młodego prawnika, który po godzinach para się morderstwami młodych, pięknych dziewcząt. Przeraża mnie najbardziej to, że wszyscy czytelnicy doskonale wiedzą, jakim potworem jest Sobański, ale i tak wszyscy go kochają.
Agata Kot, naczytane.blogspot.com

Rzeźnik Niewiniątek powrócił, a wraz z nim mnóstwo emocji i przeświadczenie o tym, że Kuba może stać się kultowym, literackim bohaterem budzącym lęk, podziw i... sympatię. Ukazane w książce fascynujące widowisko walki między dobrem a złem, to istny majstersztyk literacki, od którego nie potrafiłam się oderwać.
Wioleta Sadowska, subiektywnieoksiazkach.pl

Ostatni tom serii o Kubie Sobańskim zwieńcza historię Rzeźnika Niewiniątek w najbardziej nieoczekiwany i wstrząsający sposób! Finał powieści wbija w fotel i nie pozwala długo dojść do siebie! Spodziewajcie się niespodziewanego!
Klaudia Pankowska-Bianek, porozmawiajmy-o-ksiazkach.blogspot.com

Adrian Bednarek – urodzony w 1984 w Częstochowie. Zapalony fan sportu żużlowego. Uwielbia tworzyć historie, w których głównymi bohaterami są skomplikowane czarne charaktery. Autor docenionych przez czytelników thrillerów ( „Pamiętnik Diabła”, „Proces Diabła”, „Spowiedź Diabła”) o Kubie Sobańskim, prawniku i seryjnym mordercy z Krakowa. Pisanie uważa za swój największy nałóg – w kolejce do publikacji czeka już dziesięć jego kolejnych powieści.

W serii ukazały się:
Pamiętnik diabła
Proces diabła
Spowiedź diabła
Wyrok diabła

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 525

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

1.

Kraków, pięć dni wcześniej…

Obserwuję jej wyróżniające się na tle pozostałych, zgrabne do granic przyzwoitości ciało. Wygina się prowokująco w rytm ostrej muzyki techno. Kasztanowe włosy mienią się w palecie kolorowych świateł padających ze stroboskopu. Ma na sobie obcisłe czarne spodnie, granatowe buty na niewielkim obcasie i fioletową koszulkę podkreślającą wszystkie, wciąż dojrzewające atuty. Tańczy przed napalonym dwudziestolatkiem, któremu wkrótce zacznie cieknąć ślina. Pewnie czuje się niczym wybraniec losu, bo właśnie jemu, spośród wielu innych, postanowiła podarować kilka chwil swojego życia na wspólny taniec. Uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Ma osiemnaście lat, jest piękna, wolna, pochodzi z obrzydliwie bogatej rodziny i może mieć każdego, kogo zapragnie. Wystarczy, że kiwnie palcem, puści oko lub stanie w miejscu i będzie czekać. Faceci lgną do niej jak uchodźcy do socjalu i nie przeszkadza im jej nieco zadarty nos, chude kości policzkowe, kwaśny uśmiech ani krwiste rany na obgryzionych skórkach przy paznokciach, które rażą w oczy. Wszyscy, bez wyjątku, uważają ją za piękność w najczystszej postaci. Odkąd godzinę temu zapłaciłem za wstęp i przekroczyłem progi zdecydowanie zbyt drogiej dyskoteki Frantic na Szewskiej, naliczyłem siedemnastu naiwnych próbujących postawić jej drinka, zaprosić do tańca lub choćby zostawić wizytówkę, żeby pochwalić się swoim statusem materialnym. Nie podjęła zbędnego wysiłku i z żadnym z nich nie zamieniła nawet słowa.

Stoję oparty o podświetlaną ladę barową. Mam na sobie jasne dżinsy, szare trampki, niebieską koszulkę podkreślającą mięśnie i obowiązkową grafitową marynarkę, bez której niezbyt rozgarnięty ochroniarz prawdopodobnie nie wpuściłby mnie do środka. Piję za drogą i za ciepłą dietetyczną colę, w duchu śmiejąc się z tych wszystkich naiwniaków zgrywających przed nią macho. Są głupi. Nie mają pojęcia, że ta przyciągająca wzrok nastolatka przez znaczną część swojego życia przeżywała koszmar, będąc seksualną niewolnicą demonów mieszkających we wnętrzu brata bliźniaka. Nie wiedzą, że z czasem narodził się w niej potężniejszy demon, który w chłodną majową noc kazał zepchnąć brata z tarasu rodzinnej willi na przedmieściach. Nie wiedzą, że ta uśmiechnięta dziewczyna, stanowiąca urzeczywistnienie męskich fantazji, rok temu, podczas wizyty w Sopocie, z zimną krwią zamordowała młodego chłopaka tylko po to, żeby znaleźć ukojenie dla pustki w miejscu, w którym zwykli ludzie mają duszę. Nie mogą tego wiedzieć, podobnie jak nie mogą wiedzieć, że Sonia Wodzińska od pewnego czasu każdej nocy śni dawny koszmar, budzi się z przerażeniem i nie potrafi zasnąć. Nie widać tego po niej. Tańczy, jakby była królową balu pragnącą, żeby wszyscy ją podziwiali. Jest wspaniałą aktorką. Tylko ja znam prawdę. Tylko ja dostrzegam, że podczas tańca cały czas kątem oka spogląda w prawo, w głąb parkietu. Robi to niezwykle dyskretnie. Wyróżnia się z tłumu i jednocześnie jest duchem. Dokładnie tak, jak ją nauczyłem.

– Robisz za opiekunkę do dzieci? – Łagodny głos przebija się przez nawałnicę basów i bitów, docierając do mojego ucha.

Głos należy do wysokiej, szczupłej blondynki, która staje obok mnie. Automatycznie lustruję ją wzrokiem. Ma około dwudziestu sześciu, może siedmiu lat. W ręce trzyma drinka o barwie moczu. Prawdopodobnie wódka z red bullem albo żółta tequila ze sprite’ em. Dziewczyna ma długie, proste blond włosy, płaską twarz, małe usta i nieco za duży nos. Jej ubiór podpowiada, że zanim trafiła na dyskotekę, prawdopodobnie planowała odwiedzić klub country. Biała koszulka bez rękawów, szare zamszowe buty za kostki, a przede wszystkim dżinsowe krótkie spodenki kończące się przed wyjątkowo chudymi udami kojarzą mi się z ujeżdżaniem elektrycznego byka na imitacji rodeo. Mimo wad nie mogę jej odmówić atrakcyjności.

– Co? – pytam, rżnąc głupa.

Chyba każdy, kto przebywa w lokalu dłużej niż kwadrans, wie, że przyszedłem z pożądaną przez większość nastolatką, choć nikt nie bierze nas za parę. Sonia ani razu mnie nie pocałowała, nie przytuliła, nawet nie złapała za rękę. Zresztą nie ma ku temu powodów. Przekroczyliśmy wspólnie próg Frantica i co jakiś czas zamieniamy kilka zdań przy barze. Nic więcej.

– Przecież widzę, cały czas pilnujesz małolaty, którą większość facetów zdążyła przelecieć wzrokiem. – Blondynka próbuje nawiązać rozmowę.

– Tak, pilnuję małolaty – odpowiadam zdawkowo.

Sonia cały czas tańczy przed tym samym chłopakiem. Koleś robi minę, jakby zamierzał dojść równo z końcem piosenki. Przestaję skupiać wzrok na Soni i zerkam w głąb parkietu.

– Interesujące zajęcie. – Blondynka upija łyk drinka i zbliża się do mnie na dystans mniejszy niż długość wyprostowanej dłoni. Z bliska wyczuwam, co pije. Wódka z red bullem, kiedyś jeden z moich ulubionych trunków. – Mogę ci potowarzyszyć, a tak w ogóle – Ewelina. – Podaje dłoń przyozdobioną w tandetną czerwoną bransoletkę.

– Kuba. – Dotykam jej dłoni. Jest lodowata. – Jeśli chcesz…

Choć mnie na swój sposób pociąga, a rozmowę z nią bez wysiłku mógłbym zamienić w kilka drinków, tańce-przytulanki i seks doprawiony butelką szampana w moim apartamencie, staram się dać jej do zrozumienia, że nie ma na co liczyć. DJ z niewiadomych przyczyn wpada na pomysł pokrycia parkietu gęstą parą, czym wywołuje pisk radości wśród tańczących, a mnie zawęża pole widzenia. Ledwie dostrzegam Sonię, a tego, co dzieje się w dalszej części parkietu, w ogóle nie mogę dojrzeć.

– Twoja siostra? Znajoma? A może jej tatuś płaci ci za ochronę? Nie wyglądasz na takiego, co lubi ugryźć niedojrzałe mięsko.

Piosenka dobiega końca, ale DJ nie zamierza zrobić przerwy na odpoczynek dla moich cierpiących uszu. Natychmiast puszcza kolejną, podkręcając bit. Właściwie z głośników nie wydobywa się nic poza bitem. Dym gęstnieje, nie widzę już Soni.

– Wyjątkowo bliska osoba – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– Dobrze jest mieć wyjątkowo bliskie osoby, zwłaszcza te, o które warto się troszczyć. – Blondynka jeszcze bardziej skraca dzielący nas dystans, ciągnąc drinka przez słomkę. – Może zostawmy już temat dziecka, które niańczysz.

Nie odpowiadam. Kiwam twierdząco głową w nadziei, że blondynka zrozumie aluzję i w końcu się odczepi.

– Często tu bywasz? – Nie zrozumiała albo łatwo się nie poddaje. – Ja trzeci raz. W ogóle mieszkam w Krakowie od miesiąca. Dostałam pracę w centrum logistycznym w Business Parku. Przyjechałam z Kielc i dopiero poznaję miasto. Jesteś tutejszy?

Blondynka nie brzmi jak pracownik centrum logistycznego. Jej niezamykające się usta, wrodzona ciekawość i uprzejmy ton głosu przypominają mi przedstawiciela handlowego jakiegoś banku lub konsultantkę firmy kosmetycznej. Widocznie niedawno awansowała w korporacyjnym łańcuchu pokarmowym.

– Mieszkam w Krakowie od lat – wyjaśniam.

– Pozazdrościć. – Znów upija łyk drinka. – Czym się zajmujesz?

– Prowadzę kancelarię adwokacką. – Dym wciąż pokrywa parkiet, nie widzę Soni ani nikogo innego, jedynie gęsty, biały dym jak po odpaleniu rac przez ultrasów podczas meczu piłkarskiego. W oczekiwaniu, aż DJ skończy swoje zabawy, dla zabicia czasu postanawiam nawiązać krótką rozmowę z blondynką.

– Rozwody? Przejęcia majątkowe? Odszkodowania?

– Prawo karne. Gwałty, morderstwa, ten deseń. – Mówiąc, szczerzę zęby w szerokim, dumnym uśmiechu.

– Nieźle. Z tego, co się orientuję, w Krakowie jest spory popyt na takie usługi.

Od czasów ataków Rzeźnika Niewiniątek i Rozpruwacza z Krakowa miasto, oprócz Smoka Wawelskiego, niekończących się imprez i walk pseudokibiców, zaczęło się kojarzyć z brutalnymi morderstwami.

– Nie narzekam – kłamię.

W ostatnim czasie mam masę powodów do narzekań, jeśli chodzi o pracę, ale nigdy nie przyznałbym tego otwarcie przed atrakcyjną blondynką. DJ kończy bitową piosenkę, przechodzi na nieco spokojniejsze rytmy i w końcu postanawia wyłączyć parę.

– Świetnie, ja się tu dopiero organizuję. Co byś powiedział, gdybym zaprosiła cię na drinka? Oczywiście jak już odstawisz wyjątkowo bliską ci osobę do domu. Mógłbyś przy okazji pokazać mi trochę miasta.

Dotyka otwartą dłonią mojej klatki piersiowej. W jej oczach dostrzegam pożądanie. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem tak dojrzałe, wyrafinowane i niepozostawiające wątpliwości co do zamiarów kobiece spojrzenie. Przez krótką chwilę naprawdę mam ochotę zostawić Sonię, wziąć blondynkę do domu, otworzyć szampana, przelecieć ją i rano powtórzyć wszystko. Ochota mija równie szybko, jak przyszła. Zdrowy rozsądek podpowiada, że muszę się skupić na szaleństwie nastolatki, które, pozbawione odpowiedniej kontroli, w każdej chwili może mnie wpakować w poważne kłopoty.

– Do tej pory nie znalazłaś nikogo, kto chciałby cię oprowadzić? – Wrodzona ciekawość nie pozwala mi nie sprawdzić, czy przyszła do lokalu sama.

Dym całkowicie opada. Znów widzę Sonię. Wciąż tańczy przed dwudziestolatkiem, który w żałosny sposób próbuje się do niej zbliżyć. Dyskretnie obserwując jej niedojrzałe cycki, stara się powstrzymać ślinotok. Sonia całkowicie go ignoruje. Spogląda w głąb parkietu. Próbuje zobaczyć, czy jeden z nielicznych, którzy nie zwracają na nią uwagi, wciąż tańczy z towarzyszącą mu partnerką.

– Przyszłam z kilkoma znajomymi z pracy. Większość to palanty! Poznawanie miasta w ich towarzystwie ogranicza się do kilku sklepów, jednej, może dwóch, średniej jakości pizzerii i tego lokalu. – Blondynka dostaje kolejnego słowotoku, ale już jej nie słucham.

Uważnie przyglądam się Soni. Dwudziestolatek robi krok do przodu, jakby chciał ją objąć. Sonia wyciąga szyję, szukając swojego obiektu pożądania. Rozgląda się po całym parkiecie. Robi to zbyt nerwowo. Nie widzi go, ja też nie.

– Chciałabym zobaczyć Wawel, Kazimierz, kopiec Kościuszki. Pewnie uznasz to za coś abstrakcyjnego, ale choć do tej pory mieszkałam w niedalekich Kielcach i pracowałam jako przedstawiciel handlowy, nigdy wcześniej nie przyjeżdżałam do Krakowa! – krzyczy z taką ekscytacją, jakby przekazywała największą plotkarską sensację tygodnia. – Cały czas się tu gubię, jeżdżę na nawigacji, a ona ciągle pakuje mnie w korki. Kto inny mógłby lepiej pokazać mi miasto niż wieloletni mieszkaniec?

Blondynka wciąż coś trajkocze. Jej słowa wpadają mi jednym uchem, a drugim wypadają. Upijam łyk coli, obserwując Sonię. Niecierpliwie kręci głową w poszukiwaniu swojej zguby. Nie powinna tego robić. Dwudziestolatek niemal zderza się z nią ciałem. Sonia ignoruje go i kieruje wzrok w moją stronę.

– To jak? Bycie przewodnikiem to chyba ciekawsza zabawa niż rola niańki? – Blondynka znów kładzie mi dłoń na klatce piersiowej, jakby był to jej standardowy trik stosowany podczas każdego podrywu.

Spojrzenia moje i Soni natrafiają na siebie. Z oddali, na tle świateł stroboskopu szaleństwo jej ciemnych oczu sprawia, że czuję przyjemne dreszcze przechodzące po plecach. Sonia, podobnie jak ja, jest kimś więcej. Możliwość dzielenia z nią przekleństwa jest najbardziej niesamowitą rzeczą, jaka mnie spotkała. Gdy tylko zauważa blondynkę trzymającą dłoń na moim ciele, olewa dwudziestolatka, jakby w ogóle nie istniał, przeciska się przez tłum ludzi z drinkami w rękach i zmierza do nas szybkim krokiem. Blondynka też ją zauważa i niepewnie cofa swoją dłoń. Pociąga łyk drinka. Sonia zatrzymuje się przed nami, z bliska wygląda jeszcze młodziej i niewinniej niż z daleka. Fioletowe lampy przy barze dodają jej tajemniczości. Wciąż się nie odzywam, obserwuję Sonię. Zauważam, jak delikatnie marszczy brwi. Przez ostatni rok zdążyłem poznać znaczenie tego niewinnego, ledwie zauważalnego gestu. Sonia Wodzińska jest wściekła i robi wszystko, żeby nie eksplodować na oczach kilkuset osób. Przykleja wyćwiczony uśmiech do twarzy.

– Posłuchaj, blond zdziro… – Nachyla się i mówi z pełnym przekonaniem w głosie. – Albo natychmiast zmienisz lokal, albo poczekam, aż skończysz się tu bawić, później pójdę za tobą, siłą wepchnę cię do mieszkania, własnoręcznie wydłubię ci gałki oczne, a potem wcisnę je do ust. Drugą ręką ścisnę przełyk na tym chudziutkim gardziołku i sprawdzę, czy szybciej się udusisz, czy może jednak wykrwawisz. Bez względu na wynik gwarantuję, że będzie bolało.

Zabroniłem jej publicznie okazywać emocje. Stara się, jak może, ale pewnych wybuchów nie potrafi kontrolować. Blondynka słucha jej z otwartymi ustami. Chce posłać ripostę, ale nie może. Gdzieś głęboko w podświadomości dostrzega drzemiące w Soni szaleństwo. Przeczuwa, że słodka nastolatka może nie żartować.

– Jednak lubisz niedojrzałe mięsko – zwraca się do mnie. Nie ma odwagi odpowiedzieć bezpośrednio Soni. – Jak spotkasz mnie na ulicy, udawaj, że nigdy się nie poznaliśmy.

Odstawia drinka na bar i odchodzi szybkim krokiem. Przyglądam się jej szczupłym pośladkom. Idzie w kierunku wyjścia. Sonia mocno ją przestraszyła, obawiam się, czy nie za mocno. Ale Sonia zdaje się mieć to gdzieś. Wybucha szczerym, niewymuszonym śmiechem. Prawdziwy uśmiech gości na jej twarzy tak rzadko, że przymykam oko na niekontrolowane zachowanie.

– Niedojrzałe mięsko? – pyta nieco rozbawiona.

– Wydłubię ci gałki oczne? – odpowiadam pytaniem.

Sonia śmieje się jeszcze głośniej. Nagły przypływ radości nie trwa długo. Szybko sobie przypomina, po co przyszliśmy do Frantica. Staje na miejscu blondynki.

– Kiedy puścili parę, nie widziałam pół metra przed sobą. Jak skończyli, już go nie było.

Nachylam ucho nad usta Soni. Muzyka sprawia, że ledwie ją słyszę, poza tym nie chcę, żeby ktoś podsłuchał, o czym rozmawiamy.

– Ja też nic nie widziałem – odpowiadam.

– To akurat zauważyłam, byłeś kurewsko zajęty. – Nawet nie próbuje kryć uszczypliwości. – Idziemy sprawdzić lożę?

Jest uparta. Ma swój cel i nie zamierza odpuścić.

– Ja lożę, ty damską toaletę. Może jego lalunia poszła na stronę.

– Dobra. Za trzy minuty spotykamy się w sali dla palących?

Nie odpowiadam, tylko odchodzę od baru i kieruję się do oddzielnego pomieszczenia, w którym usytuowane są loże VIP. Sytuacja, w jakiej się znajduję, nie podoba mi się ani trochę, ale nic nie mogę na nią poradzić. Demon Soni dojrzewa, daje o sobie znać podczas nocnych koszmarów. Nie pozwala jej spać, przywołując przed zamknięte oczy obrazy z przeszłości. Sprawia, że cierpi, a cierpienie pobudza nieodpartą potrzebę. Potrzebę, która wraz ze spełnieniem przynosi prawdziwą ulgę. Potrzebę przeżycia wszystkiego od nowa.

Przeczuwałem, że ten moment prędzej czy później nadejdzie. Sonia stała się częścią mnie. Jesteśmy niczym bliźnięta syjamskie złączone ze sobą brakiem duszy. Dlatego tak dobrze ją rozumiem. Chce odzyskać zachwianą równowagę. Jest zdesperowana, zrobi to bez względu na koszty. Tej potrzeby nie da się ot tak wyłączyć, wmówić sobie, że nie istnieje. Muszę zrobić, co w mojej mocy, żeby utrzymać demona Soni pod kontrolą. Jej wolność oznacza moją wolność. Jej błąd oznacza dożywotnie więzienie dla nas obojga. Od roku byłem na to przygotowany. Liczyłem się z tym, że prędzej czy później jej dojrzewający demon upomni się o swoją przyjemność. Jedyną przyjemność, która może zapewnić spokojny sen w raju.

2.

Wchodzę na salę dla VIP-ów. Rozglądam się. Wypatruję przystojnego, dobrze ubranego, choć nieco za chudego osiemnastolatka, który cały wieczór bawi się z dwudziestodwuletnią zdobyczą schwytaną w sieć podczas jednego z wielu polowań na erotycznym czacie. Możliwe, że płaci jej za spotkanie. Chłopak nie wie, że od pewnego czasu jesteśmy niewidzialnymi towarzyszami jego życia. Nie zdaje też sobie sprawy, jak wielkiego ma pecha. Spośród tysięcy młodych napaleńców, spędzających sporą część swojego życia na masturbacji i szukaniu szczęścia na erotycznych czatach, właśnie on, użytkownik o nicku Pozbawiony_zahamowań18, postanowił rozpocząć prywatną rozmowę z użytkowniczką Chętna_na rozkosz, opowiedzieć o swoich fantazjach i tym samym sprawić, że zapragnęła go w sposób absolutnie wyjątkowy. Chłopak w niczym nie przypomina klasycznego użytkownika czatów, zakompleksionego fajtłapy próbującego w żałosny sposób urzeczywistnić swoje wirtualne fantazje podczas nieudanych randek w rzeczywistości. Jest prawdopodobnie jedynym nastoletnim facetem, którego ochrona wpuszcza do Frantica, w dodatku w białych sportowych butach. Udaje mu się to dzięki dwustu złotym łapówki. Oprócz kasy na wejście w lokalu wydaje dodatkowe cztery setki, a później płaci jeszcze za pokoje hotelowe. Mniej lub bardziej ekskluzywne, w zależności od upodobań swoich, a także partnerek. Mimo oczywistych atutów woli zdobyć panienkę z czatu lub ewentualnie jej zapłacić niż zaprosić do Frantica, a później do Sheratona najładniejszą dziewczynę w szkole. W przeciwieństwie do poprzedniego czatowego maniaka, którego śmierć oglądałem z bliska, ten w zdobywaniu czatowych miłostek jest zabójczo skuteczny. Wyszukuje partnerki w sieci, bo spełniają seksualne fantazje, których z pewnością nie zaakceptowałaby najładniejsza dziewczyna w szkole.

Sonia wypatrzyła go w tajemnicy przede mną. Po trzech dniach rozmów poprosił ją o randkę lub spotkanie w hotelu. Dla zwiększenia wiarygodności, a także pokazania zasobów swojego portfela, od razu zaproponował hotel Radisson w Krakowie. Dopiero wtedy Sonia mi powiedziała. Odmówiła randki, ale zgodziła się na hotel. Poszedłem razem z nią. Czekaliśmy w hotelowym lobby, żeby sprawdzić, kto odbierze kartę do pokoju sto dziesięć. Gdy zobaczyła go na żywo, jej oczy zapłonęły żywym ogniem. Powiedziała mi wtedy: „To musi być on, jest doskonały”. Chłopak przeżył duże rozczarowanie, czekając w hotelowym pokoju na kobietę, która nigdy się nie pojawiła. Po godzinie wrócił do domu. Dwa wieczory później znalazł kolejną dziewczynę.

Obchodzę całą salę dla VIP-ów i nigdzie nie widzę obiektu pożądania Soni. Przy zarezerwowanym wcześniej stoliku stoi szklanka z resztką piwa. Chłopak z reguły nie pije. Alkohol może należeć do jego panienki, ale równie dobrze do kogoś innego. Sprawdzam czas na moim rado. Minęły dwie i pół minuty. Idę do sali dla palących. Po drodze mijam szatnię. Blondynka, z którą wcześniej rozmawiałem, odbiera cienką dżinsową kurtkę. Zauważa mnie, rzuca mi wypełnione jadem spojrzenie. Wzruszam ramionami i puszczam jej mój ulubiony uśmiech, któremu większość wychudzonych blondynek uważających się za niezwykle atrakcyjne nie potrafi się oprzeć. Ona pewnie też by nie umiała, gdyby nie moja urocza syjamska bliźniaczka chcąca wydłubać jej oczy. Sonia czeka przy samym wejściu do sali dla palących. Trzyma w ręce dwa odpalone papierosy. Jednego dla mnie. Mocno zaciąga się swoim i rozgląda po pomieszczeniu zadymionym skuteczniej niż stadion piłkarski przed rozpoczęciem derbów Krakowa.

– Loża jest pusta, stoi niedopite piwo, mogli się szybko zmyć – dzielę się z nią swoimi spostrzeżeniami.

Sonia wciąż rozgląda się po ciasnym wnętrzu. Mruży przy tym oczy. Mieszanina perfum, potu, dymu i ultrafioletu jest uciążliwa dla wzroku.

– Nie zmyli się – odpowiada, podając mi odpalonego papierosa. – Przemek jest w kiblu, widziałam go na korytarzu. Szukam tylko tej cizi.

Pozbawiony_zahamowań18 w rzeczywistości ma na imię Piotr, ale Sonia cały czas nazywa go imieniem swojego nieżyjącego brata. Już podczas pierwszego kontaktu z tym chłopakiem pomysł śledzenia go wydał mi się zły. Im głębiej brniemy w jego życie, tym bardziej mi się on nie podoba. Jest całkowicie nieprzewidywalny. Pierwszy raz trafiliśmy za nim Szewską. Spędził we Franticu dwie godziny, później pojechał do jakiegoś obskurnego hostelu na Podgórzu. Za drugim razem zabrał swoją kolejną partnerkę na zakupy do galerii Bonarka. Noc spędzili w Radissonie. Trzeci raz był najdziwniejszy. Zaprosił nieładną trzydziestolatkę do aquaparku, potem na kolację w Da Pietro, poszli na zakupy do sex-shopu i skończyli w dyskretnym motelu pod miastem. Chłopak za każdym razem był świetnie przygotowany. Wydaje mi się, że ma całą listę pokoi i miejscówek na różne okazje. W zależności od potrzeb. Mimo młodego wieku jest ostrożny, inteligentny i wie, co należy robić, żeby dostać to, czego się chce.

– Wreszcie ją znalazłam – mówi z dumą Sonia, wskazując brodą szatnie znajdujące się za moimi plecami. – Odbiera ich ciuchy, faktycznie zaraz się zmyją. – Mówiąc, mocniej pociąga papierosa, chce szybciej skończyć i być gotowa do wyjścia.

– Ciekawe podejście, on poszedł się wylać, a ona odbiera ciuchy z szatni – zauważam. – Jak myślisz, w co dzisiaj będzie chciał się bawić? Pan i służąca?

Sonia marszczy brwi.

– Nic mnie to nie obchodzi. – Pali tak szybko i zaciąga się tak długo, że jej papieros zaczyna przypominać klasyczną szkolną rakietę, popiół twardnieje i nie daje się strząsnąć. – Chcę tylko zobaczyć, dokąd jadą.

– Gdzieś, gdzie z pewnością znajduje się łóżko. – Nawet nie próbuję kryć ironii.

Dopadnięcie go w hotelu i tak nie miałoby sensu, ale Sonia delektuje się każdym, nawet najdrobniejszym aspektem polowania. Liczy, że w końcu natrafimy na przełom. Nie ma pojęcia, jak bardzo jest mi to nie na rękę.

– Muszę mieć listę tych miejsc. – Dogasza papierosa. – Wiem, wiem. Powiesz, że najbezpieczniej jest w domu, ale cały czas myślę, że on ma jakąś całkowicie odosobnioną dodatkową miejscówkę, o której jeszcze nie wiemy.

Natychmiast szturcham ją łokciem. W sali dla palących muzyka jest znacznie cichsza niż w pozostałych. Choć ludzie i tak są zajęci własnymi pijackimi rozmowami, wolę nie ryzykować. Sonia podnosi dłoń w geście obronnym, pokazując, że zrozumiała.

– Idzie – mówi z powracającą ekscytacją.

Przed szatnią pojawia się chłopak, który mógłby pracować jako sobowtór jej brata. Poprzedniemu dużo brakowało do oryginału. Pochodził z klasy średniej, umawiał się tylko z dziewczynami z czatów i żadnej nie potrafił nawet pocałować, a co dopiero zaciągnąć do łóżka. Mieszkał w Sopocie. Miał siedemnaście lat. Był rok młodszy niż Piotr Małkowski alias Pozbawiony_zahamowań18. Patrząc na niego, Sonia widzi brata. Znam uczucie spotkania ideału. Gdy patrzyłem na Adę Remiszewską, zawsze widziałem w niej Klarę. Dokładnie wiem, co czuje. Wiem też, jaką pustkę poczuje, jeśli odbierze mu życie…

Małkowski, podobnie jak jej brat, wywodzi się z klasy zajebiście wyższej. Wakacyjne wieczory spędza na urzeczywistnianiu swoich chorych fantazji. Jest przystojny. Jego ciemne włosy są tak gęste, że mógłby zawodowo reklamować lakier lub szampon. Nosi kilkudniowy zarost, żeby wyglądać na starszego. Prawie zawsze chodzi ubrany w jasne, obcisłe koszule karykaturalnie podkreślające przewagę kości nad mięśniami, ciemne dżinsy i jasne sportowe buty. Sonia wpatruje się w niego spojrzeniem wypełnionym nienawistnym pożądaniem. Pragnie jego śmierci.

– Za pół minuty spadamy – mówię do niej, kiedy chłopak odbiera dżinsową kurtkę, żegna się z ochroniarzami i wychodzi, dyskretnie podszczypując swoją partnerkę w tyłek.

Wiemy, gdzie zaparkował. Pół minuty wystarczy, żeby dotrzeć do naszego auta i zacząć go śledzić. Sonia koniecznie chce sprawdzić każde miejsce, z którego on korzysta. Dotychczas nie znaleźliśmy żadnego w pełni bezpiecznego. Wypalam papierosa, Sonia niecierpliwie zerka na zegarek w telefonie. Omijamy kolejkę do szatni, nie przynieśliśmy ze sobą żadnych okryć wierzchnich. Po odczekaniu równych trzydziestu sekund wychodzimy na tętniące życiem ulice raju.

***

Śledzenie Małkowskiego jest w miarę proste. Chłopak, choć ostrożny, nie ma pojęcia, że ktoś go może obserwować. W ogóle nie przejmuje się możliwością bycia śledzonym. Zawsze parkuje na najdroższym parkingu nad Wisłą, niemal pod samym Wawelem. My zostawiamy samochód na podziemnym parkingu Na Groblach. Z obu jest tylko jedna bliska droga wyjazdowa prowadząca poza ścisłe centrum. Stajemy trzy auta za nim na światłach, na skrzyżowaniu Powiśla ze Zwierzyniecką. Świeżo zdany egzamin na prawo jazdy z pewnością pomaga mu w zaspokajaniu potrzeb. Jeździmy za nim moim nowym bmw 640i, które kupiłem z części pieniędzy otrzymanych jako zapłata od matki Soni za wywalczenie wolności dla córki. Do śledzenia Małkowskiego nie muszę używać niewidzialnej w tłumie, odrażającej, rezerwowej škody octavii. Małkowski nie zwraca uwagi na auta gorsze od swojego, a jeździ białym porsche 911 carrera 4S, które wcześniej należało do jego ojca.

– Ta laska wygląda mi na tanią damulkę z niespełnionymi ambicjami, stawiam piwo, że pojadą do lansiarskiego hotelu. – Soni zbiera się na zakłady. Za każdym razem obstawia, jakie miejsce zabawy wybierze towarzyszka chłopaka. Rozmawiała z nim na czacie godzinami, zna jego sposób gry. – Zanim powiesz, żebym nie zajmowała się bzdurami i była skupiona, mówię, że jestem skupiona. Wiem, cały czas szukamy słabego punktu.

Nie mogę nie przyznać jej racji. Wszystko, czego jej uczę, traktuje poważnie, choć czasami mam wrażenie, że w ogóle mnie nie słucha.

– Na razie nie mamy żadnego – przypominam. – Ale uważam, że skoro olali Sheratona, a wiedza tej niuni na temat luksusu kończy się na programach rodem z MTV, prawdopodobnie jadą do Hiltona, czyli kolejnego królestwa monitoringu.

Małkowski, jak każdy ideał, stanowi niewygodny cel. Podobnie do brata Soni korzysta z olbrzymiego rodzinnego majątku. Jego matka odziedziczyła po swoim ojcu udziały w Zakładach Przemysłu Tytoniowego. Bogactwo okazało się przekleństwem Małkowskich. Rok temu zginęli wraz z jego młodszą siostrą w wypadku podczas letniej wycieczki prywatną awionetką po Małopolsce.

– Masz rację, z tą lalunią nie pobawi się w tanim hostelu. – Sonia zdejmuje buty, podkurcza kolana i obejmuje je dłońmi. Zaczyna obgryzać skórkę przy paznokciu. Wypluwa kawałek na dywanik, czym bardzo mnie denerwuje. – Ale oprócz tego, co zobaczy w MTV, suczka wie, co jest modne w Krakowie. Stawiam jakiś skośnooki hotel na Kazimierzu.

Gazety pisały, że chłopak nie poleciał z rodziną tylko dlatego, że złapał przeziębienie. Sonia uparcie twierdzi, że symulował chorobę, aby móc swobodnie, w pustym domu, rozmawiać na czacie. Sama swego czasu też uwielbiała symulować różne dolegliwości, bóle brzucha czy konieczność nauki, byleby móc w spokoju czatować. Po śmierci rodziców chłopak znalazł się w nietypowym położeniu. Łatwo znalazłem informację, że według testamentu staruszków w razie śmierci rodziców pełną władzę nad majątkiem syn może przejąć dopiero po pójściu na studia i zaliczeniu pierwszego roku. Do tego czasu musi mieszkać z bratem ojca i jego żoną, którzy żyją na zupełnie innym poziomie. Mają niewielki, przeciętny dom, małą firmę i dwa samochody kupione na kredyt. Według testamentu dostaną dziesięć procent z wciąż spływających na konto chłopaka potężnych pieniędzy w ramach podziękowania od martwego brata za opiekę. Porsche jest jednym z niewielu dóbr należących do ojca, których już może używać. Przynajmniej takie plotki krążą po mieście.

– Na pewno nie jedzie gdzieś, gdzie będziemy go mogli dalej śledzić. Oglądanie tych samych rytuałów Małkowskiego jest bez sensu.

– Zawsze możemy spróbować ryzykownego sposobu. – Sonia usiłuje podnieść mi ciśnienie.

– Zwariowałaś?! Nie pozwól żądzom przejąć kontroli nad rozumem! – Udaje się jej. Zły podnoszę na nią głos. Skręcamy ze Zwierzynieckiej w Krasińskiego. Białe porsche szykuje się do przekroczenia Wisły przez most Dębnicki. – Nie będzie żadnych ryzykownych sposobów! Muszę ci przypominać, że byłaś oskarżona o morderstwo drugiego stopnia? Fakt, że dzięki mnie zostałaś uniewinniona, nie spowodował automatycznego wykasowania twoich odcisków palców z policyjnych baz danych. Całe życie musisz być podwójnie ostrożna.

W samochodzie przez chwilę panuje cisza. Przekraczamy Wisłę i wjeżdżamy na Konopnickiej.

– Więc co robimy? To się staje nie do zniesienia. Kuba, on do mnie przychodzi praktycznie każdej nocy… – mówi smutnym głosem. Sonia jest twarda, ale jej wewnętrzne szaleństwo ostro daje popalić.

– Czekamy. – Jej młody wiek nie uznaje czegoś takiego jak cierpliwość. Dojrzewające demony dodatkowo nakręcają ją do działania. – Musisz nauczyć się z tym sobie radzić. To ty kontrolujesz demona, nie on ciebie. Ty dawkujesz mu przyjemność, a nie on ciebie zmusza do ciągłego zaznawania przyjemności. Tylko wtedy możesz z nim wygrać i cieszyć się wolnością. Poza tym każdy ma słaby punkt, ten chłopak też.

– W takim razie powiedz mi: jak się ten słaby punkt nazywa?

– Jego drogie, wychowujące go i blokujące mu kasę wujostwo – odpowiadam, kiedy carrera skręca z Konopnickiej w Barską. – Miałem rację, Hilton. Wisisz mi piwo – mówię radosnym tonem, próbując rozweselić Sonię.

– Niech ci będzie, mnie też na dzisiaj starczy śledzenia. Walić go. – Chyba mi się udaje, Sonia brzmi ni to grymaśnie, ni to radośnie, czyli jak na nastolatkę całkiem w porządku. Nie zjeżdżam za porsche, tylko jadę dalej Konopnickiej, kierując się na obrzeża miasta, gdzie mieszka Sonia. – Następny raz we wtorek?

Pomijając randkową nieprzewidywalność, Małkowski jest niezwykle regularny. W poniedziałki, środy i niedziele czatuje. We wtorki, czwartki i soboty spełnia fantazje z czatów. W piątki spędza czas ze znajomymi ze szkoły lub z eleganckiej dzielnicy, w której jeszcze niedawno mieszkał.

– Następnym razem, kiedy on będzie się zabawiał z cizią na mieście, pojedziemy pod dom jego wujków.

– To dopiero będzie bezproduktywna noc – wzdycha Sonia. – Wszystko jedno, stań na stacji. Skoro dziś znów ma mnie nawiedzić, kupię flaszkę. Przynajmniej ona pomoże mi zasnąć.

Najskuteczniejszym lekarstwem Soni, uciszającym demona, jest alkohol. Mimo to usilnie stara się go nie nadużywać. Wie, że jeśli chce zaspokoić demony, musi być w formie. Praktycznie codziennie ćwiczy, odżywia się niezwykle rygorystycznie, wódka w sobotnią noc stanowi desperacką ucieczkę od problemów. Sonia jest niczym wampir złakniony krwi. Cokolwiek zrobi, i tak będzie cierpieć, dopóki nie skosztuje upragnionej mikstury. Jeszcze zanim odwożę ją do olbrzymiej willi rodziców, wypija jedno piwo jako podkład przed samotną, nocną butelką.

– Wejdziesz? W końcu wiszę ci browara, a chętnie podzielę się baterią – pyta, gdy parkuję na podjeździe bezpośrednio pod drzwiami prowadzącymi do posiadłości Wodzińskich.

Sonia jest młoda, piękna, pewna swoich atutów i odbiega standardem od przeciętnej atrakcyjnej nastolatki. W dodatku ma ochotę wypić ze mną butelkę wódki. Trudno znaleźć racjonalny powód odmówienia jej propozycji.

– Następnym razem. Dzisiaj naprawdę chcę posiedzieć w samotności. – Choć mówię prawdę, nie brzmię zbyt wiarygodnie. Nie dbam o to. – Potrzebuję odpoczynku.

Sonia łatwo się nie poddaje i prowokacyjnie oblizuje korek od butelki z wódką.

– A co, jeśli będę nachalna? – pyta kokieteryjnym tonem.

– W tej chwili byłbym dla ciebie tylko zastępstwem Przemka. – Celowo nazywam Małkowskiego imieniem jej brata. Chcę w ten sposób sprawić, żeby odechciało jej się seksu. Im szybciej przejdzie jej chcica, tym szybciej wysiądzie z samochodu. – A ja nigdy nie bywam niczyim zastępstwem.

– Jakiś ty wrażliwy… – mówi uszczypliwie. – Wobec tego życzę spokojnych snów. – Zniesmaczona wysiada. – Przynajmniej ty możesz na takie liczyć. Zdzwonimy się, pa. – Trzaska drzwiami.

Odjeżdżam. Czwarty raz z rzędu nie udaje mi się z nią pożegnać w przyjazny lub choćby neutralny sposób.

***

Otworzyła drzwi, rozbroiła alarm i weszła do przedpokoju. Butelka wódki, którą trzymała za wciąż mokrą od własnej śliny zakrętkę, przypominała, że przed chwilą zrobiła z siebie idiotkę. Była na siebie wściekła. Znów pokazała, jak desperacko potrzebuje jego towarzystwa. Gdyby chciała, mogłaby wyjść z każdym, kogo spotkała we Franticu, ale dobrze wiedziała, że tylko on potrafi wypełnić pustkę i odepchnąć nawiedzającego ją każdej nocy potwora.

Zapaliła światło w kuchni i postawiła butelkę na blacie. Westchnęła z rezygnacją. Znów będzie musiała spędzić samotną noc w tym domu. Domu, w którym przeżywała ciągnący się latami największy koszmar swojego życia. Zawsze gdy do niego wracała, marzyła, żeby w końcu móc się z niego wynieść. Większość czasu mieszkała sama. Po śmierci Przemka jej rodzice wyjeżdżali jeszcze częściej niż za jego życia. Mimowolnie obarczali ją winą za śmierć syna, ale nie potrafili powiedzieć tego wprost. Choć dzięki Kubie sąd oficjalnie ją uniewinnił, oni gdzieś głęboko w podświadomości czuli, że go zabiła. Zwłaszcza matka patrzyła na nią ze specyficznym dystansem. Ojciec ciągle krzyczał, jakby się bał, że może stracić nad nią kontrolę. Byli słabi, ale cały czas mieli przewagę. Posiadali gigantyczne zasoby forsy, z których za nic nie chciała rezygnować. Gdy wracali z kolejnych służbowych lub prywatnych wyjazdów, natychmiast próbowała podjąć dyskusję o kupnie mieszkania. Było ich na to stać, mieli miliony zarabiane dzięki ciepłej posadce ojca w zarządzie państwowej spółki paliwowej. Wystarczyło, żeby w końcu zechcieli się jej pozbyć. Tak jak rodzice Kuby pozbyli się jego…

Niestety, uparcie twierdzili, że dopóki nie skończy liceum i nie odbuduje się psychicznie, musi mieszkać „z nimi”. Na nic zdały się tłumaczenia, że czuje się znakomicie, nie pomogły wybitne oceny na świadectwie, wzorowe zachowanie w szkole i perspektywa studiów medycznych. Dla większości była słodką i niewinną dziewczynką, która przeżyła pechową noc. Prawie każdy ją tak postrzegał. Nikt poza Kubą nie traktował jej poważnie. Rodzice stanowili wyjątek. Wciąż chcieli się upewnić, czy zepchnęła swojego brata z balkonu. Miała zostać w rodzinnym domu i nie podlegało to żadnej dyskusji. W praktyce oznaczało to minimum rok samotnej męczarni wypełnionej wspomnieniami. Rodzice udawali rodzinę średnio przez tydzień w ciągu miesiąca, potem się tym nudzili lub uciekali od problemu. Luksusowy przybytek kojarzył jej się z więzieniem, w którym wszystkie cele są otwarte, bo więzień i tak nie ma dokąd uciec. Nienawidziła tego miejsca.

Z lodówki wyjęła bidon z przygotowanym wcześniej koktajlem proteinowym. Zawsze starała się wypić jeden przed snem. Uzupełniał jej rygorystyczną dietę, dzięki której cały czas była w znakomitej formie. Trenowała praktycznie codziennie. Biegała, robiła brzuszki, skakała na skakance, od stycznia uprawiała jogę, w przyszłym miesiącu miała zacząć na poważnie ćwiczyć sztuki walki. Robiła to wszystko, bo on jej kazał. Twierdził, że sprawność fizyczna jest niezbędna do bycia kimś więcej i zwiększa szansę nieponoszenia konsekwencji swojego przeznaczenia.

Odkręciła butelkę wódki. Zakrętka w końcu wyschła. Jej nienawiść do tego alkoholu była równie silna, co nienawiść do rodziców, i prawie tak samo silna jak tęsknota za Kubą. Wciąż nie mogła się pogodzić z faktem, że nigdy nie będzie mieć go tylko dla siebie. W przeciwieństwie do niej on wcale nie pragnął towarzystwa. Był samotnym myśliwym i nie chciał dzielić się sobą. Gdyby nie przypadek, gdyby nie zobaczyła, jak pozbawia życia pisarkę, swoją dawną miłość, nigdy nie miałaby szansy otrzymania jego pomocy. Zawdzięczała mu nie tylko uniewinnienie w sądzie. Wyłącznie dzięki niemu wiedziała, co należy zrobić, żeby nocne tańce demonów ustały.

Otworzyła bidon i postawiła obok wódki. Zastanawiała się przez chwilę. Jeśli zrezygnuje z alkoholu i wypije jedynie koktajl, będzie to dobre dla jej formy. Ale wtedy znów czeka ją noc wypełniona wspomnieniami dramatów, które miały już nigdy nie wrócić. Od osiągnięcia chwilowego spokoju dzieliło ją niewiele. Wystarczyło, żeby on nabrał na nią ochoty i dał się zaprosić do środka, wówczas nie stałaby przed takim dylematem. Jego ciepło, zrównoważone szaleństwo tlące się w jego oczach, jego zrozumienie i akceptacja swojej prawdziwej natury podniecały ją, wywołując przerażenie jej demonów. Gdy w niej był, siedziały cichutko niczym posłuszny pies podkulający ogon przed silniejszym rywalem.

– Niestety Kuba zadowala się tanimi wymówkami, żeby trzymać nas na dystans – wypowiedziała swoje myśli bezradnym głosem. – Pierdol się, panie Sobański.

Mogła go obrażać, gdy nie słyszał, ale i tak dobrze wiedziała: tęskni za nim prawie tak bardzo, jak za magiczną nocą w Sopocie, która zmieniła ją na zawsze. Często wracała do niej myślami. Była czymś niezwykłym, prawdziwym namaszczeniem, wlała w jej duszę kroplę spokoju. Wtedy, w Sopocie, przekonała się, że istnieje prawdziwe szczęście. Moment odebrania życia, niezwykła ekstaza towarzysząca krótkiej eksplozji ulgi i długiemu orgazmowi demonów uczyniły ją kimś więcej. Przez dłuższy czas potrafiła utrzymywać odpowiednią równowagę. Zwłaszcza gdy z nim sypiała, ale wraz z nadejściem wiosny nawet on nie mógł jej pomóc. Demony znów jej zapragnęły. Tańczyły w jej głowie, siejąc spustoszenie. Zachwiały całkowicie równowagę, przypominając, że dawny ból nie umarł.

Przelała połowę zawartości butelki do bidonu. Mieszanie odżywek z alkoholem nie było najlepszym pomysłem, ale przynajmniej ścinało z nóg, a o to jej chodziło. Wzięła pierwszy, niepewny łyk. Odżywka o smaku wanilii, otręby, jogurt naturalny i wódka w połączeniu ze sobą smakowały jak słodko-gorzkie piekło. Piła swoją nasenną miksturę trzeci dzień z rzędu i choć nie potrafiła, bardzo chciała przestać. Z butelką i bidonem w rękach poszła na górę, wprost do swojego pokoju. Po drodze zastanawiała się, czy gdyby Kuba wiedział, że się tak katuje, coś by to zmieniło. Czy częściej by u niej zostawał? Czy uprawialiby seks we wszystkich zakamarkach tego przeklętego domu, jak robili to jeszcze pół roku temu? Czy po powrocie z krainy wspólnej rozkoszy drapałby ją po udzie, wąchał jej włosy, zamykał w swoim bezpiecznym objęciu i godzinami odpowiadał na jej pytania dotyczące Rzeźnika Niewiniątek? Tęskniła za wspólnymi chwilami, które zniknęły jak kurz zdmuchnięty przez wiatr w chwili, gdy powiedziała mu, że potrzeba wróciła i jest silniejsza niż wcześniej. Stwierdziła, że jeśli tego nie zrobi, to najprawdopodobniej zwariuje.

Dobrze pamiętała ten dzień. Trzy tygodnie temu pochwaliła się nowym potencjalnym obiektem spełnienia. Siedzieli u Kuby, wciągali kokainę, w kuchence mikrofalowej prażył się popcorn. To był jeden z tych dni, kiedy nie liczyła kalorii. Mieli w planach obejrzenie taniego horroru z dużą ilością krwi, a później ewentualny wypad na rynek, żeby przepłacić w knajpce za butelkę średniej jakości czerwonego wina. Z planów nic nie wyszło. Gdy mówiła, on w milczeniu wypalił papierosa. Kazał jej przysiąc, że nie zrobi nic bez jego zgody. Przysięgła. Wiedziała, że tylko dzięki niemu pozostaje wolna. Od tamtej pory nie był już taki jak wcześniej. Tamtego dnia spał z nią ostatni raz.

Położyła się na łóżku i pociągnęła kolejny łyk usypiacza. Tym razem mikstura źle weszła. Zakrztusiła się, splunęła na podłogę. Łóżko, które jeszcze sekundę wcześniej kojarzyło jej się z namiętnymi chwilami z Kubą, nagle przypomniało o Przemku. Znów się zaczynało. Bieg myśli, którego nie była w stanie zatrzymać. Jego twarz znów wpisała się w jej podświadomość. Gdziekolwiek spojrzała, cały czas go widziała. Na łóżku, na podłodze, na fotelu. Kiedy zamknęła oczy, on pojawiał się pod powiekami, nie pozwalając zapomnieć o piętnie, jakie w niej zostawił. Znów była małą dziewczynką niepotrafiącą się obronić przed dzikością, szaleństwem i pożądaniem skumulowanymi we wnętrzu jednego szalonego człowieka. Nie potrafiła powstrzymać łez. Choć była niezwykle silna, często nie wytrzymywała, a po wypiciu wódki płakała za każdym razem. Samotność zżerała ją niczym ciężka choroba. Przed Kubą musiała być twarda, przed światem – słodka. Przed swoimi demonami nie miała już sił udawać. Gardło zapiekło, jakby ktoś wsadził jej do ust kawałek zardzewiałej stali. Poczuła krótki, acz intensywny, odruch wymiotny. Po chwili zakręciło jej się w głowie. Twarz Przemka zaczęła przesłaniać lekka mgła. Znów się napiła, łzy ustały. Spojrzała na bidon i na butelkę. Dolała wódki. Napiła się. Poczuła odwagę, demony nie wydawały się już takie groźne. Z każdym kolejnym łykiem mgła zasłaniająca twarz Przemka gęstniała, w końcu miała całkowicie go zakryć, a wtedy Sonia Wodzińska będzie mogła zasnąć z nadzieją na imitację spokojnego snu, za którym tak bardzo tęskniła.

***

W pośpiechu wracam pustymi ulicami do domu. Jadąc, wypalam papierosa. Próbuję się uspokoić przy klasycznym rocku płynącym z głośników bmw. Łatwo zapominam o problemach Soni Wodzińskiej. Jest kimś więcej, musi sama nauczyć się walczyć z własnym szaleństwem. Do swojego apartamentu na Salwatorze docieram około północy. Po intensywnym wieczorze powinienem padać ze zmęczenia. Tak jest podczas krótkiego spaceru z garażu do windy i podróży na ostatnie, dziesiąte piętro. Kiedy otwieram drzwi, wyłączam alarm i zapalam światło w mieszkaniu, zimne dreszcze rozpoczynają przyjemny masaż mojego ciała. Znów jestem sam w miejscu, które kocham najbardziej.

Wchodzę do salonu. Ściągam marynarkę i rzucam ją na kanapę. Włączam laptopa, wpisuję hasło zabezpieczające. Czekając, aż system operacyjny się załaduje, idę do kuchni. Wyciągam piwo z lodówki. Wracam do salonu. Obok laptopa leży biały proszek rozsypany na szklanym spodku od filiżanki. Wciągam jedną kreskę. Delektując się rozkoszą chemicznego pobudzenia komórek mózgowych, odpalam papierosa. Wącham dym mieszający się z zapachami dzisiejszego obiadu i otwieram folder ukryty głęboko w zakamarkach twardego dysku. Folder zawiera zdjęcia i informacje. Całe mnóstwo zdjęć i informacji. Przeglądam je, przypominając sobie pewne sobotnie popołudnie. Czynności tej towarzyszy niepowtarzalna ulga. Jest doskonała niczym dwoje partnerów osiągających orgazm w tym samym momencie.

Ostatni raz czułem coś takiego tuż przed zabiciem Ady Remiszewskiej. Jej śmierć miała przynieść ukojenie i zabrać moje przekleństwo. Myślałem, że tak się stało. Niestety Julia i moja wspólniczka Sandra, które usiłowały wpakować mnie w pułapkę, niechcący zmusiły mnie do odebrania im życia. Nie sprawiło mi to przyjemności, demony wciąż były nieobecne. Sonia Wodzińska, zarażona tą samą chorobą, też ich nie ożywiła. Gdy patrzę na nią, czasami mam wrażenie, jakbym się przeglądał w lustrze przeszłości. Ożywienie mojego przekleństwa przyszło znienacka. Wtedy wbrew temu, co przez lata myślałem, pojąłem, że jest moim wiecznym nałogiem, a zabicie Ady w celu wyleczenia stanowiło jedynie chorą intrygę wymyśloną przez demony. Teraz jestem świadom, że ono jest częścią mnie, zupełnie jak papierosy, kokaina i alkohol. I że będę w ten sposób płacił za swoje szczęście w raju.

3.

Podniecony wpatruję się w ekran laptopa. Pokaz slajdów przerzuca zdjęcia młodej kobiety, boczne uliczki opodal rynku, krakowskie drogi, las i niewielki dom na obrzeżach miasta. Oglądam to trzeci raz z rzędu i wciąż nie chcę przestać. Siedzę w ciemności rozświetlanej tylko przez ekran laptopa. Zapalam papierosa w chwili, gdy pokaz zatrzymuje się na zdjęciu ściągniętym z Internetu. Widząc oszkloną wystawę sklepową, mimowolnie wracam myślami do niedalekiej, przełomowej przeszłości.

***

Kula przeznaczona specjalnie dla mnie, z wygrawerowanym imieniem „Kuba”, trafiła mnie w głowę równe trzy tygodnie temu, z miejsca ożywiając demony. Było to wczesne czerwcowe popołudnie, spacerowałem po centrum. Od pewnego czasu często wychodziłem na spacery, robiłem to w nadziei, że tętniący życiem Rynek Główny pomoże mi znaleźć pomysł na uratowanie mojej kancelarii od finansowej zapaści po śmierci Sandry. Wieczorem miałem zaplanowane spotkanie z Sonią. Często spędzaliśmy sobotnie wieczory razem. Polegały one głównie na wciąganiu koksu, piciu alkoholu, oglądaniu krwawych filmów, czasem na seksie i często na rozmowach. Sonia uwielbia rozmawiać. Wypytywała mnie o niemal każdy szczegół zbrodni Rzeźnika Niewiniątek. Czytała archiwalne artykuły w prasie, a potem prosiła, żebym opowiedział, jak dokonywałem poszczególnych zabójstw. Z czasem wiedziała o moich zbrodniach prawie tyle, ile ja sam.

Rozmawialiśmy jednak tylko o tych opisanych w prasie. Nie poruszałem tematu Ady. Nie wiem, czy fakt, że regularnie wracałem do wspomnień moich morderstw, miał wpływ na przebudzenie demonów, i pewnie nigdy się nie dowiem. Tamten wieczór był dla Soni szczególny. Dzień wcześniej skończyła rok szkolny i zaczęła wakacje. Rodzice pogratulowali jej świadectwa z paskiem, stwierdzili, że zrobiła kolejny kroczek ku normalności, zostawili gotówkę „na przetrwanie” i wyjechali do Brazylii, uprzedzając, że przez dwa tygodnie nie będzie z nimi kontaktu. Mieli wrócić tylko na tydzień, poudawać opiekę nad córką i znów wyjechać, tym razem chyba do Azji.

Po części dlatego, że dzięki niej naprawdę zapomniałem o Adzie, po części dlatego, że była jedyną żywą osobą, która wiedziała, kim jestem, a poza tym z nikim innym nie spędzałem sobotnich wieczorów, zdecydowałem się kupić jej prezent. Wszedłem do pierwszego napotkanego sklepu jubilerskiego na parterze jakiejś kamienicy przy ulicy Pijarskiej. W środku zacząłem oglądać kolczyki za szybą wystawy. Zastanawiałem się, czy do Soni lepiej pasuje białe złoto, czy srebro ozdobione diamentem.

– Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? – Usłyszałem niezwykle gładki i czysty damski głos dobiegający zza pleców. Był tak delikatny, że nawet najprostsze, nic nieznaczące, zawodowo uprzejme słowa zabrzmiały jak najpiękniejsza ballada rockowa.

Krew odpłynęła mi z twarzy. Poczułem, że robię się blady jak trup. Głos brzmiał przerażająco znajomo. Doskonale wiedziałem, kto miał podobny. Bałem się spojrzeć na jego właścicielkę. Przez moją głowę przebiegł krótki gwizd, jakbym na sekundę znalazł się pod wodą na głębokości kilku metrów i nie mógł pokonać ciśnienia. Na równi z gwizdem przez moje ciało przemaszerowała cała armia dreszczy. Znałem to uczucie, pogrzebane wraz z ciałem Ady Remiszewskiej. Poczułem, jak coś cudownego wypełnia moją wewnętrzną pustkę. Zdałem sobie sprawę, że bardzo tęskniłem za tym uczuciem.

– Jeśli szuka pan kolczyków na prezent, mamy bardzo ciekawą letnią kolekcję. – Ballada rockowa rozbrzmiała ponowie.

Przełamałem się i spojrzałem za siebie. Wygląd miała piękniejszy od głosu. Jej zgrabna, lekko wysportowana figura, kusząco podkreślona przez obcisłą spódniczkę i śnieżnobiałą koszulę, sprawiła, że zakręciło mi się w głowie. Długie czarne włosy, zielone oczy, wąskie usta, zgrabny nos i kilka dodających urody piegów na policzkach przywodziły na myśl mojego martwego anioła spełnienia. Gdy spojrzałem w jej kocie oczy, kula z wygrawerowanym imieniem zderzyła się z moją czaszką. Zakotwiczyła w samym środku głowy. Nie zabiła mnie, przeciwnie. Ożywiła to, co miało umrzeć wraz z Adą. Uwolniła, niczym łaskawy sędzia, potwora przykutego łańcuchami do ścian celi znajdującej się głęboko w mojej głowie. Albo – jak Aladyn – jednym potarciem lampy wyzwoliła dżina gotowego spełnić każde jej życzenie. Wiedziałem, że ta piękna kobieta nie dorasta do pięt Adzie ani tym bardziej Klarze. Wiedziałem, że nie jest bezwzględną morderczynią, a jedynie zwykłą, bezwartościową, choć bardzo seksowną, istotą. To już nie miało znaczenia. W jednej sekundzie zrozumiałem, że chcę ją zabić…

– Może powie mi pan, na jaką okazję szuka prezentu, a ja będę mogła doradzić coś konkretnego? – Kolejna zwrotka ballady przywołała moje myśli do porządku. – To dla narzeczonej czy członka rodziny?

Doznałem nieodpartej chęci zaciśnięcia palców na jej szyi. Wtedy, w tamtym momencie. Na samym środku sklepu jubilerskiego. Poczułem nawet swędzenie w dłoniach. Na szczęście mój mózg robił wszystko, żeby utrzymać ożywionego demona w ryzach. Instynkt podpowiedział mi, że muszę jak najszybciej opuścić sklep. Wcześniej zdążyłem przeczytać jej imię i nazwisko umieszczone na plakietce firmowej.

– Właściwie, patrząc na ceny, chyba zdecyduję się na bieliznę. Tańsze to i przyjemność większa – zakomunikowałem najbardziej ordynarnym głosem, na jaki było mnie w tamtym momencie stać.

– Nie wyglądasz na takiego, co się martwi cenami. – W bezczelny sposób przeszła na ty, czym narobiła mi jeszcze większej ochoty. Ballada rockowa brzmiała jeszcze wyraźniej. – Życie na kredyt nie jest łatwe, co? – Ostatni wers zadźwięczał jak najgorsza muzyczna obelga śpiewana przez wokalistę na pożegnanie puszczalskiej kochanki.

– Są gorsze rzeczy. – Opuściłem sklep z bijącym jak oszalałe sercem.

Jeden moment, ułamek sekundy zmienił wszystko. Nie próbowałem zaprzeczać ani szukać wymówek. Niemal z miejsca zaakceptowałem to, za czym tęskniłem. W głębi siebie czułem, że jeśli ta młoda dziewczyna straci życie, w moim znów wszystko się ułoży, ze sprawami zawodowymi włącznie. Byłem tak pochłonięty własnymi myślami, że ostatecznie nie kupiłem Soni żadnego prezentu. Tego samego dnia wieczorem powiedziała mi o własnych morderczych potrzebach, czym bardzo skomplikowała moje życie.

***

Od dnia, w którym na nowo pogodziłem się ze swoim przekleństwem, Sonia myśli, że oboje podporządkowujemy się wyłącznie jej potrzebie obudzonej z zimowego snu. Dbam, żeby nie wyprowadzać jej z błędu. Nieproszona weszła wystarczająco głęboko w moje życie. Obarczyła mnie swoim szaleństwem. W żadnym wypadku nie zamierzam dzielić się z nią swoim. I tak wie o mnie zdecydowanie za dużo. Sobotnia noc po uciążliwym śledzeniu zboczonego dzieciaka jest idealnym czasem na oddanie się zaspokojeniu własnych potrzeb. Po raz kolejny dokładnie przeglądam zdjęcia i wszelkie zebrane informacje na temat kobiety, której głos sprawił, że martwa część mnie niespodziewanie ożyła. Wiem o niej wystarczająco dużo. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy to zrobię. Czuję się jak kiedyś, gdy miałem dwadzieścia jeden lat i myśl o pierwszym zabójstwie doprowadzała mnie do ekstazy.

Od kiedy pogodziłem się z moim przeznaczeniem, cały wolny czas poświęcam obserwacji i gromadzeniu niezbędnych danych. Sprzedawczyni biżuterii nazywa się Sara Piotrowska, ma dwadzieścia trzy lata. Jak większość atrakcyjnych młodych kobiet jest wielką fanką portali społecznościowych. Szybko się dowiedziałem, że sklep jubilerski należy do jej rodziny od trzech pokoleń. Dziewczyna rzuciła mało ambitne, prywatne studia hotelarskie i nie widząc dla siebie lepszych perspektyw, postanowiła poświęcić się pracy w rodzinnym biznesie. Mimo niezwykłej, nawet dla wymagającego męskiego oka, urody prowadzi monotonne, samotne życie. Każdego dnia wraca po pracy do domu i zostaje w nim do rana. Jej samotność od razu przykuła moją uwagę. Piękne kobiety zwykle nie mieszkają same w niewielkich domach na obrzeżach, chyba że mają coś do ukrycia. Szybko znalazłem odpowiedź na nurtujące mnie pytanie.

Jeden ze starych wpisów na jej Facebooku zawierał jakiś durny cytat mówiący coś o dwójce ludzi, zaufaniu, życiu pod jednym dachem i opiece. Pod tekstem umieściła zdjęcie zakrwawionego serca, a pod sercem znajdowała się cała masa komentarzy przechodzących najpierw w dyskusję, a potem w siarczystą kłótnię pomiędzy dwiema osobami. Serce Sary Piotrowskiej zostało połamane na kawałki przez starszego o trzy lata przedstawiciela jakiejś firmy leasingowej. Gość najpierw się tłumaczył, a potem atakował ją o ciągłe zaangażowanie we wszystko, tylko nie w związek. Narzekał na jej niegotowość do mieszkania z nim pod jednym dachem. Oboje prowadzili zażartą walkę, nic nie robiąc sobie z faktu, że ich prywatne awantury może przeczytać każdy mieszkaniec kuli ziemskiej z dostępem do sieci. Po rozstaniu Sara Piotrowska spędza samotne wieczory, bo wciąż tęskni, nie umie się pogodzić z rzeczywistością, a nie jest typem kobiety szukającej pocieszenia u pierwszego napotkanego mężczyzny. Zakładam, że potrzeby seksualne może zaspokajać jedynie w weekendy. Te zwykle spędzam z Sonią i nie mam czasu na obserwację, ale do niczego nie jest mi ona potrzebna. Planuję odwiedzić Sarę w najbliższą środę. Ona, w przeciwieństwie do ideału Soni, ma całą masę słabych punktów. Jest nieostrożna, stale zamyślona, nie skupia się na własnym bezpieczeństwie. Nawet nie musiałem wchodzić do jej domu, żeby znaleźć odpowiedni sposób. Wiem, że nie może się równać z Adą Remiszewską. Doskonałość jest nie do podrobienia, ale wystarczy, że zamknę oczy i w myślach odtworzę ten wspaniały głos… Niemal natychmiast pojawia się mój demon. Ciemność zamkniętych powiek zostaje rozjaśniona przez jej twarz. Najpiękniejszą, zabójczą, obrzydliwą w swoim ideale. Znów się uśmiecha, stara się ze mnie drwić. Próbuje mi przypomnieć, że zabiłem Adę na marne, tylko dlatego, że ona tak chciała. Klara wciąż żyje w mojej głowie, ale już mi nie przeszkadza. Zmieniły mnie lata doświadczeń. Zdałem sobie sprawę, że nigdy za niczym tak nie tęskniłem jak za jej przekleństwem.

***

Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy w otwartym oknie czatowej rozmowy użytkownik Pozbawiony_zahamowań18 napisał do użytkownika Bestyjeczka: „To było doskonałe. Dziękuję, siostrzyczko :)”.

Za pomocą pikantnych dialogów sprawiła mu wirtualną rozkosz, której długo nie zapomni. Skończyła pisać dwugodzinną scenę będącą spełnieniem jego najskrytszych, najbardziej wyuzdanych marzeń. Wcieliła się w młodszą siostrę uwodzącą starszego brata. Wedle jego życzenia robili to podczas jej piętnastych urodzin, kiedy cała rodzina siedziała w pokoju obok, zajadając się tortem. Chciał, żeby udawała, że z trudem powstrzymuje się przed wydawaniem głośnych jęków rozkoszy. Sonia czuła obrzydzenie. W głowie Pozbawionego_zahamowań18 kłębiły się iście chore myśli. Pożądał zmarłej siostry. Opisywał ją, jakby była ideałem, grecką boginią przeznaczoną tylko jemu. Nie wspominał o niej, kiedy z nim rozmawiała, używając poprzedniego nicka. Wtedy chciał, żeby była jego niewolnicą, opiekunką do dziecka i uwodzicielską sprzedawczynią w butiku z luksusową bielizną. Nic nadzwyczajnego. Dopiero kiedy założyła sobie nowe konto i jako całkiem inna rozmówczyni wspomniała mimochodem, że jej brat zmarł tragicznie w zeszłym roku, natychmiast poszerzył swój repertuar.

Od sobotniego wieczoru była szczerze zła na Kubę. Całkowicie ją ignorował. Minęły dwa dni, a on nie wysłał nawet głupiego SMS-a z pytaniem „jak się czujesz?”. Wiedział, że jest z nią źle, a i tak miał to gdzieś. Jej demon wciąż powracał. Nie chciała ponownie zatapiać go w gęstym morzu wódki. W niedzielę oddała się dwudziestokilometrowemu biegowi. Liczyła, że pomoże. Dał w kość, ale nie pomógł. Wieczorem znów posiłkowała się alkoholem zmieszanym z proteinami. W poniedziałek miała dosyć. Postanowiła złamać zakaz Kuby i na własną rękę poszukać słabego punktu swojego ideału. Wcześniej Kuba zabronił jej ponownego kontaktu na czacie z Piotrkiem Małkowskim. Twierdził, że to za duże ryzyko, bo choć wszyscy wiedzą, że czat, jak żadna inna forma komunikacji internetowej, zapewnia anonimowość, to nie ma pewności, czy takie rozmowy można później gdzieś wyśledzić.

Nie obchodziło jej to. Pozbawiony_zahamowań18 zaczynał ją coraz bardziej fascynować. Wcześniej zdążyła go całkiem nieźle poznać. Już po południu zalogowała się na czacie pod zupełnie nowym, kuszącym w jej mniemaniu, nickiem. Nie chciała zagadać pierwsza, to byłoby zbyt podejrzane. Dziewczyny rzadko same rozpoczynały czatowe pogawędki. Jako stała bywalczyni doskonale o tym wiedziała. Czekała. Liczyła, że on spróbuje nawiązać rozmowę. Przez pierwsze trzy godziny odrzuciła zaproszenia do prywatnej rozmowy od ponad stu dwudziestu napaleńców. Dopiero w okolicach dziewiętnastej, gdy już zaczynała wątpić, a myśli krążyły wokół butelki przeźroczystego szaleństwa, Pozbawiony_zahamowań18 rozpoczął rozmowę. Miała wystarczającą wiedzę i umiejętności, żeby rozgrzać do czerwoności jego penisa i pobudzić myśli do tego stopnia, że zapragnie spotkać się z nią na żywo. Najpierw nakręciła jego serce opowieścią o zmarłym bracie, nieakceptujących jej rodzicach i samotności doskwierającej każdego dnia. Pisała o rzeczach, o jakich nie wspomniała, rozmawiając pod poprzednim nickiem. Dopiero gdy go odpowiednio nastroiła, przeszli do konkretów. Po doprowadzeniu go do orgazmu z napięciem czekała, co do niej napisze. Minęła chwila. „Pewnie wyrzuca do kosza chusteczki lub czyści klawiaturę” – pomyślała. Sonia uczyła się cierpliwości. Czekała popołudnie i większość wieczoru. Mogła poczekać jeszcze trochę. W końcu Pozbawiony_zahamowań18 wysiadł z rollercoastera wirtualnej rozkoszy. Na ekranie wyświetliła się kolejna wiadomość.

Pozbawiony_zahamowań18: To było… Wow, po prostu brak mi słów! Prawdziwa z Ciebie bestia :)

Sonia doskonale zdawała sobie z tego sprawę, chłopak jedynie utwierdził ją w przekonaniu, że to, co robi, jest właściwe. Nie spiesząc się, zapaliła papierosa i odpowiedziała.

Bestyjeczka:Powiedz mi coś, czego nie wiem…

Na kolejną odpowiedź nie musiała długo czekać. Jej rozmówca zdawał się całkowicie dojść do siebie po orgazmie.

Pozbawiony_zahamowań18: Chętnie odegrałbym z Tobą tę scenę na żywo. Masz na tyle odwagi? A może się wstydzisz?

Towarzyszyła jej niezwykła mieszanka strachu i podniecenia. Prawą ręką uniosła koszulę nocną i dotknęła uda. Oblizała wargi, poczuła suchość w ustach. Po części było to spowodowane kacem, po części realizacją planów. Miała to, czego chciała, chłopak połknął haczyk. Sięgnęła dłońmi do klawiatury.

Bestyjeczka: Na razie to ty mi coś wisisz w rewanżu… :)

Oczami wyobraźni widziała, jak podniecony do granic możliwości Piotr Małkowski siedzi przed komputerem z opuszczonymi spodniami i wariuje ze szczęścia. Natychmiast odpowiedział.

Pozbawiony_zahamowań18: Co tylko zechcesz, ale na żywo ;)

Bestyjeczka: Hmmm…

Udała, że się zastanawia.

Bestyjeczka: Chciałabym, ale żeby zrobić to, o czym fantazjuję, musielibyśmy sobie w pełni zaufać. A ja w ogóle cię nie znam.

Każdy inny chłopak w tym wypadku zaproponowałby wymianę zdjęć, włączenie kamerki, podał swój numer telefonu lub coś w tym rodzaju, ale nie on. On starannie selekcjonował uczestniczki swoich realnych zabaw.

Pozbawiony_zahamowań18: Ja ciebie też. Mamy remis. Wiesz, czasami trzeba w życiu ryzykować. Możemy poznać się w jakimś publicznym miejscu, wtedy ocenisz, czy wyglądam na godnego zaufania i czy Ci się podobam. A uwierz mi, będziesz miała na co patrzeć. Jesteś może z Krakowa? Jeśli nie, powiedz skąd. Mogę dojechać nawet na drugi koniec Polski. No i najważniejsze pytanie: jaka jest Twoja fantazja? Zanim odpowiesz, chcę, żebyś wiedziała, że moja siostra zginęła w wypadku samochodowym. Wiem, że to chore, że o niej fantazjuję, ale skoro Twój brat też zginął, a nie przeszkadzała Ci moja fabułka…

Sonia powinna się poczuć zmieszana, ale tak nie było, choć Małkowski całkowicie ją zaskoczył szczerością swojej odpowiedzi. Wiedziała, że Kubie nie spodoba się jej postępowanie, jednak miała dosyć czekania i powolnej obserwacji. Pisząc następną wiadomość, podjęła decyzję. Zrobi, co zamierza, i postawi Kubę przed faktem dokonanym. Wiele razy mówił jej, że jest kimś więcej, teraz miała szansę udowodnić to przed samą sobą.

Bestyjeczka: Nieprawda. Jesteś mężczyzną, co czyni Cię silniejszym, masz nade mną dużą przewagę. Kraków. W końcu pokój, w którym siedzimy, jest przeznaczony dla mieszkańców Małopolski… Wcale nie jest chore, poza tym w pewnym sensie myślę o tym samym… No właśnie, żeby spełnić moją fantazję, nie mogę cię wcześniej widzieć. Tylko wtedy ma ona sens. Chodzi o ten niezwykle podniecający element zaskoczenia.

Była pewna, że zaintryguje go do tego stopnia, że sama stanie się jego słabym punktem.

Pozbawiony_zahamowań18: Aż tak Cię kręci seks z nieznajomym? Ja jestem za, powiedz, co mam zrobić, żebyś mi mogła zaufać.

Zaśmiała się na głos. Chłopak nieświadomie wpadał w jej sidła, odczuwając przy tym złudną przyjemność.

Bestyjeczka: Nie chodzi mi tylko o zabawę z nieznajomym. Lokalizacja też jest ważna :) Musi być cholernie nietypowa.

Czekała na odpowiedź ponad pół minuty. Chłopak musiał się zastanawiać, o co jej dokładnie chodzi. Rozważał w myślach, jak daleko leży jej fantazja od jego fantazji. Spotykał się na żywo tylko z wybranymi. Podobnie jak Sonia.

Pozbawiony_zahamowań18: Niegrzeczna dziewczynka :) Słuchaj, mogę wynająć jakiś pokój w hotelu. W recepcji weźmiesz do niego kartę, a ja wejdę po piętnastu minutach. Pominę zbędne gadanie i od razu zdejmę z Ciebie ubranie, wcześniej nazwę Cię siostrzyczką :) W hotelu nic Ci nie grozi. Na wszystkich korytarzach są kamery. Wynajmę też pokój na swoje nazwisko, tak dla bezpieczeństwa.

Wiedział, jak wzbudzać w dziewczynach zaufanie. Jego pomysł przeciętnej, napalonej użytkowniczce czatu mógł się wydawać całkowicie bezpieczny. Jeśli dodatkowo proponował pieniądze, trudno było mu odmówić.

Bestyjeczka: Punkt dla ciebie! Przekonałeś mnie do podjęcia ryzyka. Skoro już mam je podjąć, chcę, żeby było idealnie. Żaden hotel nie wchodzi w grę!

W głowie Soni krystalizował się plan.

Pozbawiony_zahamowań18: Mogę wynająć coś innego. Co tylko zechcesz. Mój budżet jest praktycznie nieograniczony :)

Nie mógł odpuścić sobie choćby zahaczenia o temat pieniędzy. Tu wychodził z niego typowy facet z rozdmuchanym ego.

Bestyjeczka: Nie obchodzi mnie twój budżet. Chcę, żeby było realnie, do tego nie trzeba dużych pieniędzy. Podstawowy warunek: żaden hotel, hostel ani inny publiczny przybytek nie wchodzi w grę. Daj spokój, braciszku, to cholernie nuuudnee :)

Pozbawiony_zahamowań18: Co proponujesz?

Sonia zgasiła papierosa i dotknęła swojej piersi. Poczuła, jak twardnieją jej sutki, po czym mu odpowiedziała.

Bestyjeczka: Pokaż, że twoja wyobraźnia jest równie nieograniczona jak budżet. Znajdź jakiś opuszczony domek, chatkę lub coś w tym stylu. Byle na odludziu. Spotkajmy się w nim, będzie przerażająco i… podniecająco :)

Kiedy przeczytała odpowiedź, oblizała wargi.

Pozbawiony_zahamowań18: Myślałem, że to ja mam perwersyjne fantazje… :) Zgoda! Poszukam czegoś ekstra i dam Ci znać! Będę na czacie w środę, to postaram Ci się coś wstępnie zaproponować.

Szybko odpowiedziała na wiadomość.

Bestyjeczka: Nie postarasz, tylko zaproponujesz. Jeśli nie chcesz, żebym się rozmyśliła, musimy to zrobić w czwartek w nocy. Śpiesz się, póki szaleństwo mojego własnego podniecenia jeszcze mnie nie opuściło :)

Pozbawiony_zahamowań18: Dobra, znajdę coś na bank! Spotykamy się w tym pokoju w środę o dwudziestej. Ustalimy szczegóły.

Sonia z radości uderzyła pięścią w biurko. Intuicja od samego początku podpowiadała jej, że znajdzie słaby punkt swojej wymarzonej ofiary.

Bestyjeczka: Jasne, bądź pod tym samym nickiem.

Pozbawiony_zahamowań18: Zawsze jestem pod tym samym nickiem :) A, jeszcze jedno…

Bestyjeczka: Co?

Pozbawiony_zahamowań18: Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś stukilową matroną z wielkim nosem i odstającymi zębami? :) Albo, co gorsza, facetem?! Tacy też się trafiają. Mogłabyś mi wysłać choćby zdjęcie swojej talii, ud, brzucha, czegokolwiek…

– Naiwny idiota – powiedziała na głos i zaczęła stukać palcami w klawiaturę komputera.

Bestyjeczka: To bez sensu, przecież mogę Ci wysłać pierwsze lepsze zdjęcie ściągnięte z netu :) Spróbuj postawić na zaufanie i element niepewności… Tak będzie pikantniej, a kiedy już mnie zobaczysz, podziękujesz samemu Panu Bogu za tę noc :)

Odpowiedział natychmiast.

Pozbawiony_zahamowań18: Skoro tak to przedstawiasz… podejmę ryzyko :) Jakieś dodatkowe wymogi, Siostrzyczko?

Sonia skrzywiła się, czytając jego ostatnie słowa. Szybko przeanalizowała w głowie, jakie miejsce zbrodni będzie najbezpieczniejsze, i przesłała szczegóły.

Bestyjeczka: Miejsce ma być na uboczu. Najlepiej gdzieś w lesie, ma być opuszczone. Ja wejdę pierwsza, ty po mnie i od razu zrobisz coś, co sprawi mi czysto zwierzęcą rozkosz. Szczegóły dogramy, jak znajdziesz odpowiednią miejscówkę.

Pozbawiony_zahamowań18 nie odpowiadał przez kilka minut. Czytał jej słowa, delektował się nimi. Wiedziała o tym i sprawiało jej to przyjemność. W końcu się odezwał.

Pozbawiony_zahamowań18: Na samą myśl robię się coraz twardszy.

Był dla niej idealny. Nie potrafił utrzymać swojego chorego penisa na wodzy. Zupełnie jak Przemek.

Bestyjeczka: Oszczędzaj się, nie lubię krótkodystansowców. A, zapomniałabym o najważniejszym – będę cały czas grać twoją siostrę. Spotkamy się w odludnym miejscu po raz pierwszy po latach rozłąki przez bolesny rozwód rodziców w dzieciństwie i w nienaturalny sposób zapragniemy się nawzajem.

Przed oczami Sonia widziała scenę, o jakiej nawet nie śmiała marzyć. Była na wyciągnięcie ręki. Dzięki Małkowskiemu będzie mogła przeżyć zabójstwo Przemka na nowo, ze wszystkimi odpowiadającymi jej szczegółami. Pomimo dzielącego ich dystansu czuła, że ma nad nim pełną władzę.

Pozbawiony_zahamowań18: Nie wiem, dziewczyno, skąd Ci takie rzeczy przychodzą do głowy, ale czuję, że zaspokojenie Cię będzie dla mnie wielką przyjemnością i zaszczytem! To do środy?

Bestyjeczka: Do środy. Oby z dobrą wiadomością.

Pozbawiony_zahamowań18: Masz jak w banku, że znajdę tę miejscówkę.

Bestyjeczka: Liczę na ciebie. Pa.

Pozbawiony_zahamowań18: Pa, Siostrzyczko. I dziękuję za dzisiaj ;)

Opuścił pokój czatu. Sonia rozluźniła się i zapaliła kolejnego papierosa. Wyszła na balkon. Oparła się o poręcz, przez którą rok temu wypchnęła Przemka, zmieniając na zawsze swoje życie. Kiedy paliła, myślami była daleko od tamtej nocy. Wpatrywała się w mrok czarnego nieba rozświetlanego jedynie przez gwiazdy i dążący do ukazania pełni księżyc. Pozwalała odpocząć głowie po wyczerpującym wieczorze. Chłonęła noc każdym fragmentem siebie. Przepełniała ją duma, wreszcie dostanie to, czego chciała. Skończyła palić i zeszła na dół po swój koktajl. Dziś nie potrzebowała mieszać go z wódką.

Wróciła do komputera. Kolejni czatowi amanci zapraszali ją do prywatnej rozmowy. Zignorowała ich. Spuściła czat na pasek, otworzyła jeden z podfolderów folderu „download”. Zawierał fotografie okładek albumów różnych zespołów popowych, rockowych i house’owych oraz tytuły filmów będących obecnie na topie. Wśród nich znajdowało się jedno zdjęcie, zupełnie niezwiązane z muzyką. Odnalezienie go w sieci zajęło Soni mnóstwo czasu. Wiedziała tylko, jak się nazywa i mniej więcej skąd pochodzi. Kuba rzadko o niej mówił, trzymał ją w tajemnicy przed światem. Jedyne wiarygodne informacje zdobyła, podsłuchując jego rozmowę z pisarką w górskiej chatce. Opowiedział swojej dawnej miłości o własnym przekleństwie, a potem ją zabił, pozorując samobójstwo. Na portalach społecznościowych roiło się od Klar Sobańskich, jednak wszystkie były żywe i żadna nie pochodziła z okolic Łodzi. Znalazła ją dopiero na klasowym zdjęciu w archiwum łódzkiego liceum. Wycięła jej twarz i obrobiła za pomocą różnych programów graficznych. Otworzyła zdjęcie. Przyjrzała się czarnowłosej piękności, której spojrzenie zielonych oczu ozdobionych delikatnymi piegami sprawiało, że przechodziły ją dreszcze. Na zdjęciu była w jej wieku, może nawet młodsza. Wyglądała jak zmaterializowana niewinność. Sonia wpatrywała się w fotografię, próbując zrozumieć…

– Naprawdę mogłaś go tak zmienić? – spytała w nadziei, że zdjęcie da jej jakąś odpowiedź.

Nie dało.

Znów pomyślała o swoim bracie. Obiecała sobie, że dzisiaj, kiedy zamknie oczy, a on postanowi ukraść jej sen, nie będzie się go bać.

– Szkoda, że nigdy cię nie poznam, może lepiej byś mnie zrozumiała niż Kuba – powiedziała do fotografii i nacisnęła biały krzyżyk w prawym górnym rogu ekranu.

Powiększyła okienko czatu. Niemal natychmiast wyskoczyło zaproszenie do prywatnej rozmowy. Pochodziło od użytkownika Chętny-ZadziornyXX. Cyfry obok zaproszenia pokazywały, że jest on jednym z czternastu chętnych czekających w kolejce do nawiązania rozmowy z Bestyjeczką. Sonia przyjęła zaproszenie. Natychmiast wyświetlił się komunikat:

Chętny-ZadziornyXX: Cześć, Skarbie, bestialsko prowokujący nick… :) Masz ochotę poświntuszyć?

Na twarzy Soni znów zagościł uśmiech. Nie był to uśmiech oznaczający zwykłą radość, czuła, że z każdą chwilą narasta w niej podniecenie. Dzisiejsza noc pobudziła jej zmysły. Jeszcze nie chciała iść spać. Odpowiedziała:

Bestyjeczka: Cześć :* Oczywiście! Nawet nie wiesz, jak wielką… Jakieś propozycje?

Otrzymała wiadomość zwrotną. Czytając, delikatnie gładziła swoje udo opuszką palca wskazującego. Po chwili nowy rozmówca wysłał kolejną wiadomość. Palec Soni powędrował w górę. Rozkoszna noc nie musiała zmierzać ku końcowi. Sonia wreszcie przypomniała sobie, kim naprawdę jest. Prasa nazwała mordercę nastolatka z Sopotu bestią. Trafili w dziesiątkę. Tym właśnie była. Bestią, której powinien bać się każdy demon próbujący zakłócić jej spokojny sen w raju.

4.

Gorąca letnia ulewa uderza o karoserię samochodu, wygrywając monotonną melodię. Towarzyszy nam od półtorej godziny. Zaczyna zapadać zmrok. Wnętrze czarnej škody octavii oświetlają jedynie dwa ekrany telefonów komórkowych. Dziś zrezygnowałem z bmw. Do długiego stania w jednym miejscu potrzebowałem auta-kameleona, które potrafi być anonimowe we wszystkich warunkach. Mimo deszczu nie muszę włączać wycieraczek, żeby widzieć, co się dzieje na zewnątrz. A nie dzieje się praktycznie nic. Stoimy sto metrów od bramy wjazdowej do średniej wielkości piętrowego domku w spokojnej części dzielnicy Bronowice. Pozbawiony_zahamowań18 zawsze parkuje swoje porsche przed bramą. Na terenie posesji swoje przeciętne samochody zostawiają jego wujkowie. Chłopaka musi to doprowadzać do szału.

Pogoda sprzyja długiej obserwacji. Deszcz odstrasza mieszkańców podmiejskiej arkadii od wychodzenia na zewnątrz. W taką pogodę tylko naprawdę spragnieni wrażeń opuszczają domy. Nikt nie zapamiętuje samochodów stojących pod płotami. Wtopieni w otoczenie czekamy. Wciąż nie mamy pewności, czy chłopak wybiegnie przez furtkę, trzymając nad głową coś chroniącego fryzurę, wsiądzie do samochodu i pojedzie rozegrać kolejną wyuzdaną gierkę.

Zabijamy czas w milczeniu. Sonia jest dziś niepokojąco cicha. Odkąd po nią przyjechałem, powiedziała raptem kilka zdań. Przez cały wieczór tylko raz się uśmiechnęła. Zrobiła to, gdy wsiadała do auta, a ja kazałem jej wrócić i na dzisiejsze wyjście zabrać plecak z nożami i maską. Radość szybko minęła. Od początku obserwacji bez przerwy obgryza skórki i wypluwa je na dywaniki lub uderza palcami w ekran swojego telefonu. Trzyma go tak, żebym nie mógł zobaczyć, co dokładnie robi.

Dla spożytkowania czasu przeglądam stronę sklepu jubilerskiego zlokalizowanego przy ulicy Pijarskiej. W zakładce Nasz zespół jest zdjęcie pełniącej funkcję wiceprezesa Sary Piotrowskiej. Zrobiono je dawno. Wygląda o wiele niewinniej niż w rzeczywistości. Jej rysy nie są takie ostre, piegi straciły wyrazistość, a oczy mają o wiele intensywniejszy odcień zieleni. Photoshop czyni cuda, ale nie wszystko jest w stanie zamaskować. Sara wygląda na szczęśliwą. W momencie robienia zdjęcia jej serce pewnie nie było jeszcze złamane. Sama myśl o jutrzejszym wieczorze automatycznie sprawia, że chcę ją zobaczyć. Mam dosyć marnowania czasu na niedostępnego dzieciaka Soni. Można go odłożyć na później. Zniechęcenie jej do czegoś, co sobie ubzdurała, jest niemal niewykonalne, ale zawsze warto spróbować.

– Wejdź na czat. – Blokuję telefon i zwracam się do Soni. – Jeśli jest dostępny, to prawdopodobnie napisał panience, że przez pogodę odwołuje randkę.

Sonia kręci głową, blokuje telefon i upija łyk dziwnego koktajlu proteinowego z bidonu. Na jej górnej wardze osiada biała pianka, którą szybko zlizuje. Długie kasztanowe włosy spięte w koński ogon, czarna luźna bluza i czarne obcisłe spodnie sprawiają, że wygląda jak niewinna, choć intrygująca, gotka.

– Nie ma sensu. – Pociąga kolejny łyk i zakręca bidon. – Ten koleś jest niewyżyty, pójdzie na randkę, nawet jeśli spadnie deszcz meteorytów. – Dziś ani razu nie nazwała go imieniem brata. – Będzie się świetnie bawił, może zdradzi nam jakąś nową miejscówkę.

Ona cały czas wierzy, że znajdzie jakiś słaby punkt chłopaka, śledząc go. Jest w błędzie. Jego największe słabości są ukryte w domu wujka i ciotki.

– Jesteś pewna, że wyjdzie?

– Kuba, ja to wiem – odpowiada nieco obrażonym tonem. – Nie chcesz go śledzić, trudno. Sam zaproponowałeś, że dzisiaj obserwujemy dom. Nie zrezygnuję dlatego, że jest chujowa pogoda, a tobie się nie chce. Chcesz, to sprawdzę ci ten czat, ale nigdzie nie jedziemy, dobrze?

Szczerość Soni jasno pokazuje, że mogę zapomnieć o odwiedzeniu okolic równie małego domku Sary Piotrowskiej, a jestem ciekaw, co ona robi w ulewną noc. W ciemności puste spojrzenie oczu Soni przypomina mi moje własne.

– Zgoda, olej czat i wracaj do zabawy telefonem – mówię spokojnym głosem.

Sonia, wyjęta spod mojej kontroli, może być nieobliczalna. I tak jej nie powstrzymam.

– Posłuchaj, Kuba – odpowiada poważnie. Odkłada telefon na welurową tapicerkę. – Skoro ciągle nie mamy słabego punktu, mogłabym się gdzieś z nim spróbować przez czata umówić. Ale tak na serio. Wiesz, w jakimś dyskretnym miejscu na odlu…

– Oszalałaś! – Krew przyspieszająca w żyłach z każdym wypowiedzianym przez nią słowem każe mi przerwać jej wywód, zanim na dobre się zacznie. – Nie robi się takich rzeczy w umówionych miejscach!

– Dlaczego? – pyta zdziwiona. Mój atak nerwów nie zrobił na niej wrażenia.

– Pierwsze pytanie, jakie postawi policja na miejscu zbrodni, zabrzmi: skąd on się tam wziął? Będą tropić, zadawać pytania. Atak w domu jest najbezpieczniejszy. Każdy inny to duże ryzyko wpadki. Uwierz mi, wiem coś o tym.

– W tym domu raczej się nie uda, chyba że najpierw zamordujemy jego wujka i ciotkę. To byłoby bezpieczne, co? – odpowiada wyraźnie rozczarowana.

Jest niecierpliwa. Nie dziwię się jej. Nastoletnia natura w połączeniu z codziennymi koszmarami potrafią uśpić cierpliwość. Chce znów poczuć się wolna. Podobnie jak ja chcę poczuć niepowtarzalną ulgę.

Sonia zsuwa się nieco w dół fotela. Ma obrażoną minę. Chciała dobrze, myśli, że ją uraziłem.

– Opowiedz mi coś o nim.

Próbuję zająć jej myśli, jednocześnie odganiając swoje od Sary Piotrowskiej.

– Co proszę?