Wypożyczalnia Świętych Mikołajów - Agata Przybyłek - ebook + książka

Wypożyczalnia Świętych Mikołajów ebook

Agata Przybyłek

4,2

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Odkryj najskrytsze zakamarki pewnej niezwykłej wypożyczalni.

Dla Magdy i jej syna Kajtka to będą dziwne święta, ale kobieta jest gotowa na wiele, by uchwycić ich magię.

Grzegorz to pracoholik, który cały swój czas poświęca rozwojowi firmy. Czy zdarzy się grudniowy cud i mężczyzna postanowi zmienić coś w swoim życiu?

Justynę czeka kolejne Boże Narodzenie w towarzystwie przekomarzających się rodziców. Ale może i do niej uśmiechnie się w tym roku… mikołaj?

Amanda i Tomek kolejną Gwiazdkę planują spędzić jako mąż i żona. Teraz pochłaniają ich przygotowania do ślubu, a przyjaciółka panny młodej organizuje szalony wieczór panieński.

Bohaterów dzieli wiele, ale łączy jedno – wszyscy przygotowują się do świąt, które będą w tym roku inne niż dotychczas.

 

Agata Przybyłek otula nas historią, która jest jak koc utkany ze świątecznych życzeń i małych codziennych cudów. Czy i Ty odnajdziesz tę magię?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 317

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (210 ocen)
100
60
35
13
2
Sortuj według:
Kaganaabooklover

Dobrze spędzony czas

„Wypożyczalnia Świętych Mikołajów” Agaty Przybyłek to wielowątkowa opowieść, w której nasi bohaterowie przygotowują się do świąt. Nie znajdziecie tu jednej głównej postaci, losy wszystkich śledzimy naprzemiennie. Ich historie uzupełniają się, a w niektórych miejscach przeplatają ze sobą. Trochę bałam się, że ilość wątków i postaci będzie przytłaczająca, ale bez problemu się w nich odnalazłam. Sama historia toczy się wokół wypożyczalni świętych mikołajów, którą prowadzi Grzegorz, jeden z naszych bohaterów. To zabawna i ciepła opowieść, która pokazuje, że na zmiany w życiu nigdy nie jest za późno, a o miłość zawsze warto walczyć. Napisana prostym językiem, wywołuje uśmiech i pozwala się zrelaksować. "Wypożyczalnia Świętych Mikołajów" przyciągnęła mnie okładką, której faktura jest całkowicie inna, aż chce się jej dotykać. Jako sroka okładkowa jestem zauroczona. Zakończenie książki okazało się być zaskakujące. Przyznam, że liczyłam na zamkniętą historię, bo zimowo/świąteczne pozycje zde...
00
ag1ata

Nie oderwiesz się od lektury

Przyjemna książka 🤗
00
zakulturowana

Dobrze spędzony czas

Ciekawa książka. Pierwsza świąteczna, jaką przeczytałam, więc jestem zachwycona. Czytając opisy innych książek, mam jednak wrażenie, że fabuła jest typowa dla takich świątecznych opowieści. Najbardziej podobała mi się historia Amandy, Mikołaja, Magdy i Grześka. Historia niektórych postaci była moim zdaniem przewidywalna, bo zawsze dzieje się tak w książce lub filmie z takim typem osób. Mimo wszystko polecam!
00
kasiamiko13

Dobrze spędzony czas

Miła lektura na grudniowe oczekiwanie.
00
anetka357

Z braku laku…

Czyta się szybko, ale dialogi dość pretensjonalne, historie naiwne i jeszcze urwane w połowie. Nie lubię takich niedokończonych wątków.
00

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Agata Przybyłek-Sienkiewicz, 2022

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2022

 

Redaktorka prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Magdalena Owczarzak, Damian Pawłowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Elementy graficzne layoutu: Urszula Chylaszek

Projekt okładki i stron tytułowych: Urszula Chylaszek

Fotografia autorki na skrzydełku: Agnieszka Werecha-Osińska

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67461-39-9

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dedykuję tę powieść mojej siostrze,

która uparła się, żeby Grześka spotkało to, co go spotkało.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy istnieje ktoś, kto nie słyszał o Świętym Mikołaju? Uroczy pan z brodą, choć różnie nazywany i przedstawiany w poszczególnych krajach, w okresie świąt odwiedza niemal wszystkie dzieci oraz dorosłych. Chcesz, żeby zawitał również do ciebie? Jeśli tak, trafiłaś idealnie. Wypożyczalnia Świętych Mikołajów to firma, w której możesz wynająć profesjonalistę. Nasi mikołajowie odwiedzają domy, szkoły i przedszkola, galerie handlowe, a nawet bywają na imprezach dla pracowników organizowanych przez przedsiębiorstwa. Mikołaj chętnie rozdaje prezenty oraz uśmiechy, wysłuchuje kolęd i wierszyków, robi sobie zdjęcia.

Jak go wynająć? Nic prostszego. Wystarczy, że napiszesz do niego elektroniczny list i wyślesz go na nasz adres mailowy albo zadzwonisz pod numer zapisany na dole strony. Nasze elfy odezwą się do ciebie i omówią szczegóły wizyty. Mikołaj jest nowoczesny i może do was również zadzwonić albo połączyć się na czacie przez kamerę internetową. Pamiętaj jednak, że w okresie świąt Bożego Narodzenia nasi mikołajowie bywają bardzo zapracowani, więc nie zwlekaj zbyt długo z zarezerwowaniem terminu. Czekamy na kontakt i mamy nadzieję, że Święty Mikołaj nie będzie musiał obdarować cię rózgą.

 

 

 

 

 

Magda

 

 

Magda kolejny raz tego dnia przystawiła telefon do ucha i wysiliła się na uprzejmy ton głosu, choć była już zmęczona.

– Wypożyczalnia Świętych Mikołajów, w czym mogę pomóc? – spytała, stojąc za kontuarem.

Na linii odezwał się niski, męski głos.

– Dzień dobry. Już myślałem, że nigdy się do państwa nie dodzwonię. To moja piąta próba połączenia się, do tej pory ciągle było zajęte.

– No cóż, na pewno pan wie, że Święty Mikołaj bywa w grudniu bardzo zapracowany. Mamy ostatnio sporo telefonów.

– Ale to chyba dobrze, prawda?

– Nie mamy powodów, żeby narzekać.

– No tak, prezenty gwiazdkowe trzeba przecież za coś kupić.

Magda uśmiechnęła się lekko.

– Co mogę dla pana zrobić?

– Och, no tak. Przejdźmy do rzeczy. Jestem dyrektorem samorządowej szkoły numer siedem i chciałbym wynająć mikołaja na szkolne mikołajki. Czy są jeszcze wolne terminy?

Magda zerknęła w kalendarz.

– Do mikołajek zostało tylko pięć dni, ale tak, chyba jeszcze uda mi się pana wpisać na listę klientów.

– To świetnie. Dziękuję pani w imieniu swoim oraz dzieciaków, które na pewno ucieszą się na spotkanie ze świętym.

– Mam wolnego mikołaja o jedenastej. Czy pasuje panu taka godzina?

– Jak najbardziej.

– W takim razie ustalone. Mikołaj podjedzie kwadrans przed umówioną godziną. Byłoby dobrze, gdyby ktoś do niego wyszedł i przekazał mu worek z prezentami.

– Oczywiście, dogadam to z pracownikami. A jaki jest koszt tej usługi?

Magda z pamięci podała mu stawkę.

– Rozumiem, że interesuje pana wystawienie faktury?

– Tak, tak. Zdecydowanie.

– Woli pan dostać ją od nas mailowo czy mikołaj ma zabrać dokument ze sobą?

– Proszę ją przesłać na mój adres mailowy.

– Dobrze, w takim razie poproszę pana e-mail – odparła, po czym zanotowała.

Dokończyli formalności i Magda odłożyła telefon.

– Ciężki dzień? – spytała ją jedna z pracownic agencji, która przechodziła akurat obok jej biurka.

Magda westchnęła i odgarnęła włosy za ucho.

– Jak dobrze, że zaraz siedemnasta.

Dziewczyna posłała jej uśmiech, a potem odeszła w stronę pomieszczenia, w którym trzymali kostiumy. Magda usiad­ła na chwilę.

– Jaka błoga cisza… – szepnęła sama do siebie, patrząc na służbowy telefon.

Jej radość nie trwała jednak zbyt długo, ponieważ urządzenie zaraz rozdzwoniło się znowu i musiała porozmawiać z kolejnym klientem.

Gdyby nie to, że potrzebuję pieniędzy przed świętami, to już dawno rzuciłabym tę robotę w cholerę – pomyślała zmęczona, choć wiedziała, że w rzeczywistości wcale by tego nie zrobiła. Praca w firmie Grzesia, jej byłego szwagra, tak naprawdę należała do najlepszych rzeczy, które ją w życiu spotkały. Magda szczerze wątpiła, żeby jakikolwiek szef płacił sekretarce tyle, co on jej. I w ogóle nie przeszkadzało jej, że Grzesiek robił to z prywatnych pobudek. Po prostu szkoda mu jej było po tym, jak potraktował ją jego brat.

Święta to gorący okres, jeśli chodziło o wydatki, a ona i tak miała dziurę w budżecie po tym, jak zaledwie dwa tygodnie temu musiała kupić nową lodówkę, bo stara postanowiła na dobre się zepsuć.

Nie myśl teraz o tym – zganiła samą siebie. I jak postanowiła, tak też zrobiła. Skupiła się na pracy i jakoś dotrwała do siedemnastej, choć po drodze miała jeszcze kilka kryzysów.

Magda była trzydziestodwuletnią, zadbaną kobietą. Do niedawna również szczęśliwą żoną i matką, ale niestety jej mąż, Borys, po kilku latach małżeństwa stwierdził, że potrzebuje w życiu odmiany, zabrał swoje rzeczy i odszedł w ramiona nowej kobiety. Tak się składało, że o wiele bardziej atrakcyjnej fizycznie od żony. Magda nie miała wielu kompleksów, ale obiektywnie musiała przyznać, że należała do grona kobiet o raczej przeciętnej urodzie, a nowa wybranka Borysa była prawdziwą pięknością. Magda wyszukała jej konto na portalu społecznościowym. Zobaczyła na zdjęciu profilowym młodą, wysoką i szczupłą blondynkę o magnetycznym spojrzeniu. A ona… Nie to, że się zaniedbała, ale wiek powoli odciskał na niej piętno. W kącikach oczu miała już zmarszczki, na skroniach pojedyncze siwe włosy, a jej uda i brzuch zdobiły rozstępy – pamiątki po ciąży. I choć ubierała się chyba całkiem nieźle, prawie codziennie robiła sobie promienny makijaż, to pewnych rzeczy nie mogła już ukryć. Tylko czy to wygląd był rzeczywiście powodem, dla którego jej mąż odszedł do innej?

Magda znowu westchnęła. Tak naprawdę nie układało im się już od jakiegoś czasu – ale i o tym nie było sensu roz­myślać. Nie miała na to czasu, musiała odebrać syna ze szkolnej świetlicy. Przebywał tam dzisiaj od czternastej trzydzieści. Pewnie zdążył odrobić już wszystkie zadane lekcje i nawet się ponudzić.

Wyłączyła komputer, posprzątała na biurku, a potem zebrała pospiesznie swoje rzeczy i w rozpiętym płaszczu wypadła na parking. Pierwszy grudnia był szary, ponury i deszczowy. Magda starała się ominąć kałuże, gdy nagle tuż przed nią pojawił się Grzesiek. Omal na niego nie wpadła.

– Spokojnie. – Mężczyzna złapał ją za ramię, gdy się zachwiała. – Aż tak jestem straszny, gdy zapomnę się rano ogolić, że chcesz przede mną uciekać?

Magda poprawiła torebkę, która zsunęła jej się z ramienia, i uśmiechnęła się do Grześka.

– Aż tak to nie, ale faktycznie już nieco zarosłeś.

– Dzięki. Nie ma to jak opinia szczerej kobiety.

– Do usług.

– Gdybym był wredny, to powiedziałbym, że przypomnę ją sobie przy rozdzielaniu przedświątecznych premii pracownikom, ale jak wiemy, na szczęście taki nie jestem.

Magda pokręciła głową wyraźnie rozbawiona. Grzesiek był najmilszym i najporządniejszym facetem, jakiego kiedykolwiek poznała. Niekiedy żałowała, że Borys nie miał takiego charakteru jak jego starszy brat. Wtedy jej życie na pewno byłoby prostsze.

– Pewnie jedziesz po Kajtka? – spytał tymczasem Grzesiek.

– Tak. Kwitnie na świetlicy już od wpół do trzeciej.

– W takim razie leć, nie będę cię zatrzymywał.

– Dzięki. Złapiemy się jutro w pracy.

– Jasne.

– To do zobaczenia.

– Cześć. Tylko nie jedź za szybko! – zawołał za nią jeszcze.

Magda pokiwała mu ręką. Dotarła do auta i czym prędzej wsiadła za kierownicę. Odpaliwszy silnik, wycofała z parkingu, a potem zadzwoniła do Kajtka, żeby powiedzieć mu, że jest w drodze.

Tak jak przewidziała, syn wyglądał na znudzonego. Szczerze się ucieszył na wiadomość o powrocie do domu.

Ech, kiedy miałam męża, to wszystko było jakieś prostsze – pomyślała Magda, wzdychając. Nie to, że tęskniła za Borysem – okazał się świnią i kłamcą, wolała nie mieć z tym człowiekiem za wiele wspólnego, ale przynajmniej wtedy nie musiała sama martwić się o sprawy dnia codziennego. Kajtek nie przesiadywał godzinami w szkolnej świetlicy, ona nie musiała tkwić do późna w pracy, a zapanowanie nad domowym budżetem nie stanowiło większego problemu. A teraz? Nie dość, że ze świętami wiązało się wiele wydatków, to jeszcze niedawno musiała wydać wszystkie oszczędności na nową lodówkę. Wyglądało na to, że jej syn pierwszy raz w życiu nie dostanie na Gwiazdkę dużego prezentu, a do takich zdążył przywyknąć, lecz jakiś drobiazg. Magda wiedziała, że nie starczy jej na nic większego pieniędzy.

Ech. To miały być ich pierwsze święta od czasu rozwodu i inaczej wyobrażała sobie to wszystko. Miała nadzieję, że uda jej się jakoś wynagrodzić Kajtkowi brak ojca, i chciała, żeby spędzili razem naprawdę piękny czas.

Niestety, rzeczywistość ma to do siebie, że szybko weryfikuje ludzkie pragnienia i plany. Magda nie wiedziała nawet, czy da radę wnieść do domu dużą żywą choinkę, bo nagle się okazało, że i do tego przydałaby się pomoc faceta…

Oby to nie były takie złe święta, na jakie się zapowiadały.

 

 

 

 

 

Grzegorz

 

 

Grzegorz, właściciel Wypożyczalni Świętych Mikołajów, spędził pierwsze grudniowe popołudnie w rozjazdach. Najpierw musiał zawieźć dokumenty księgowej, a potem był umówiony na obiad z ważnym klientem. Zwykle negocjował takie większe kontrakty osobiście. Dopiero o siedemnastej wrócił do agencji. Gdy wszedł do budynku firmy, rozejrzał się po korytarzu, który o tej porze był już niemal pusty, choć w okresie świąt mężczyzna zatrudniał w swojej wypożyczalni niemal dwieście osób.

Grzegorz od zawsze kochał teatr. Co prawda sam nie miał talentu scenicznego i raczej marny byłby z niego aktor, ale od dzieciństwa wiedział, że chce być w przyszłości związany z tym środowiskiem. To właśnie dlatego skończył studia z zarządzania instytucjami kultury i tuż po egzaminie rozpoczął poszukiwania pracy w branży. Aplikował na wiele stanowisk i w różne miejsca, ale tylko jedna placówka zaprosiła go na rozmowę o pracę – mały dom kultury na południu Polski. Mimo zamiłowania do teatru Grzegorz nie czuł się wtedy gotowy, by z dnia na dzień zmienić całe swoje życie i przenieść się w tamte rejony, więc na chwilę zatrudnił się gdzie indziej – jako menedżer restauracji – jednak wcale nie był zadowolony z tej decyzji. Pewnego wieczoru zwierzył się przy piwie koledze, a ten podrzucił pomysł, żeby Grzesiek otworzył swoją firmę w jakiś sposób związaną z teatrem. Prowadzenie własnej działalności wydawało się wtedy młodemu chłopakowi niezwykle szalone, ale zapaliło w nim iskrę, i jakiś czas później Grzesiek wymyślił, że wypożyczalnia kostiumów oraz dekoracji scenicznych to całkiem niezły pomysł na biznes w dużym mieście. Nadal pracując w restauracji, zrobił rozeznanie rynku. Kilka miesięcy później wystartował z własną działalnością.

Początkowo wszystkim musiał zajmować się sam, czasem prosił brata o pomoc. Osobiście odbierał telefony od klientów, zawoził stroje w wyznaczone miejsca, a potem do pralni. Jego trud się opłacił – zaczął całkiem nieźle zarabiać i mógł zatrudnić pierwszą osobę. Do tego co rusz wpadał na nowe pomysły, jak udoskonalić swój biznes, a gdy kilka lat temu przed świętami wiele osób dzwoniło do niego z pytaniem o możliwość wypożyczenia stroju mikołaja, dostał olśnienia. Popijając wino w swoim mieszkaniu, wymyślił koncept Wypożyczalni Świętych Mikołajów. Poza strojami zaczął proponować klientom w świątecznym okresie również wynajmowanie aktorów, którzy wcielali się w rolę obdarowującego prezentami jowialnego starca z białą brodą, znanego na całym świecie. Zapotrzebowanie na ich usługi przerosło jego najśmielsze oczekiwania, więc w kolejnych latach, tuż przed Bożym Narodzeniem i mikołajkami, wypożyczalnia kostiumów stawała się jednym z najpopularniejszych miejsc w mieście. Klienci dzwonili od rana do wieczora, a czasem przyjeżdżali osobiście. Firma Grzegorza obsługiwała nie tylko prywatne osoby, ale także szkoły, przedszkola, galerie handlowe i inne instytucje, które chciały zaprosić mikołaja. Grzesiek musiał zatrudnić specjalistę od rekrutacji – tak wzrosła w jego firmie konieczność zatrudnienia wielu pracowników równocześ­nie, a sam nie miał czasu się tym zajmować. W listopadzie i grudniu w jego wypożyczalni panowało istne szaleństwo. Do tego stopnia, że Grzesiek sporo wówczas chudł i zaczęły mu doskwierać dolegliwości układu pokarmowego. W pewnej chwili przemknęło mu nawet przez myśl, że mogą być to pierwsze oznaki poważnej choroby, dlatego wybrał się do lekarza, ale ten, po zleceniu mu badań kontrolnych, zalecił tylko więcej odpoczynku.

– Łatwo powiedzieć – mruknął Grzesiek, gdy wychodził z przychodni.

Musiał jednak przyznać, że diagnoza lekarza bardzo go wtedy uspokoiła. Od tamtej pory faktycznie próbował nieco zwolnić, choć nie zawsze mu wychodziło.

– Ty chyba po prostu masz duszę pracoholika – zasugerowała mu kiedyś Magda, gdy zwierzył jej się ze swoich problemów.

Tak jak Grzesiek miał szczęście w rozwijaniu biznesu, tak nie miał go w miłości. A właściwie to nie wiedział, czy je ma, bo od czasów szkolnych nie związał się na dłużej z żadną kobietą. I nie, nie chodziło tutaj o to, że był wybredny i na żadną nie zwrócił nigdy uwagi. Jego licealna miłość, Justyna, wysoko zawiesiła poprzeczkę. Niestety ich związek nie przetrwał – z winy Grześka. Tuż przed pójściem na studia wymyślił sobie, że chce się jeszcze wyszaleć, i zerwał z nią, gdy spytała, jakie ma plany na przyszłość, i zasugerowała, że oczekuje od niego poważnej deklaracji. Grzesiek zaśmiał się wtedy jak ostatni kretyn i powiedział jej, że chyba nie chce go zmusić do kupna pierścionka. Justyna się rozpłakała, a kilka dni później oznajmiła mu, że ich relacja chyba nie ma już sensu. Grzesiek dopiero po pewnym czasie uświadomił sobie, że bardzo skrzywdził tę dziewczynę.

Zresztą nie tylko ją. Zrozumiał później, że siebie również. Okazało się, że to „korzystanie z życia”, którego tak bardzo pragnął, bez Justyny nie było wcale tak ekscytujące, jak sobie chłopak wyobrażał. Wszystko, co kiedyś lubił, przestało mu sprawiać przyjemność. Wcześniej uwielbiał podróżować, ale bez niej nie umiał już tak zachwycać się widokami i poznawaniem nowych miejsc oraz ludzi. Nawet chodzenie do ukochanego teatru bez Justyny u boku straciło blask. Jakby to ona sprawiała, że jego życie miało wiele kolorów. Gdy to zrozumiał, było już za późno – Justyna znalazła sobie nowego chłopaka i podobno mieli poważne plany na przyszłość.

Co więc mu pozostało? Usunął się w cień. Podczas studiów uciekał w naukę, a potem w pracę. Choć miał kilka okazji, z nikim nie związał się na dłużej. Pewnego dnia zdecydował się na szczeniaka. Rodzice jednej z pracownic wypożyczalni prowadzili hodowlę psów rasy golden retriever. Początkowo Grzesiek trochę się wahał, ponieważ posiadanie zwierzęcia wiązało się przecież z dużą odpowiedzialnością, ale w końcu uznał, że powinien dać radę. I tak w jego życiu pojawił się Arnold. Gdy piesek był mały, zabierał go ze sobą do firmy, żeby nie siedział przez całe dnie w mieszkaniu. Do tej pory, gdy nie miał zbyt wielu spotkań na mieście w czasie pracy, woził ze sobą do gabinetu dorosłego już i dużego psa. Po kilku latach spędzonych razem dorósł do tego, by mówić, że kocha tego futrzaka. Zresztą Arnold szybko zjednał sobie serca niemal wszystkich pracowników wypożyczalni, nawet tych, którzy początkowo mówili, że nie lubią zwierząt. Był niezwykle uroczy i rozkoszny, nawet gdy dorósł, a jego miny i zabawne zachowania nie raz przyprawiły kogoś o łzy śmiechu. Stał się poniekąd firmową maskotką i wiele osób twierdziło, że smutno by było w wypożyczalni bez Arnolda.

Po powrocie do firmy Grzesiek szybko pozałatwiał wszystko, co miał na dzisiaj pilnego do zrobienia, po czym ruszył do mieszkania, gdzie radośnie powitał go pies.

– Hej, kolego, wyluzuj, bo mnie przewrócisz! – Grzesiek ze śmiechem wygłaskał psiego przyjaciela i dał mu smakołyk. Potem, nie rozbierając się, zdjął z wieszaka smycz. – To co, spacer? Dawno nie wychodziłeś.

Arnold pochłonął smakołyk, a potem obrócił się radoś­nie dookoła. Grzesiek przypiął smycz do obroży i wyszli na klatkę. Grzegorz od pewnego czasu wynajmował mieszkanie w nowoczesnym budynku z windą. Jego pies był niespokojny, gdy wchodził do kabiny, więc zazwyczaj schodzili po schodach. Dziś też tak zrobili. Grzesiek po całym dniu pracy miał ochotę na dłuższą przechadzkę, więc po krótkim namyśle postanowił ruszyć w stronę rozkopanego placu, na którym miało powstać kolejne osiedle mieszkalne – około trzech kilometrów w jedną stronę. Uznał, że podczas tej przechadzki i on odetchnie, i Arnold, który przez większość dnia siedział samotnie w mieszkaniu.

Ruszyli chodnikiem. Pies wąchał zawzięcie i truchtał z nosem przy trawie na poboczu. Grzesiek myślał o pracy. Szczęśliwie udało mu się dzisiaj zadowolić właściciela galerii handlowej i gdyby nie był sam, to pewnie opiłby wieczorem z kimś ten sukces. Bycie starym kawalerem albo – jak mówili niektórzy – wyzwolonym singlem miało tyle samo zalet co wad. A jedną z tych ostatnich było bezsprzecznie to, że człowiek nie miał z kim się dzielić radością ze swoich sukcesów. Ach życie, życie…

Zamyślony dotarł do miejsca, w którym kończyły się przydrożne latarnie i zaczynała ciemność. Władze miasta miały oświetlić tę okolicę przed powstaniem nowych budynków, ale na razie nic się jeszcze w tej sprawie nie działo. Grzegorz włączył małą latarkę, którą na wszelki wypadek nosił w kieszeni kurtki, i udali się z Arnoldem na plac budowy. Byli tu już wcześniej. Prowadzono na tym terenie wykopy, przed wejściem stał znak z zakazem wstępu, ale Grzesiek mimo to czuł się pewnie. Jednak po kilku minutach przechadzki, stawiając kolejny krok na piaszczystym terenie, niespodziewanie stracił grunt pod nogami. Poczuł, że spada.

– Aaa! – Z jego gardła wyrwał się krzyk.

Zdążył wypuścić smycz z ręki. Upadł. Latarka wyleciała mu z dłoni. Dookoła zapanowały egipskie ciemności.

 

 

 

 

 

Justyna

 

 

Justyna siedziała na kanapie w swoim niedużym mieszkaniu, a obok niej leżał plik białych kartek. Już od czterdziestu minut wycinała z nich śnieżynki, które odkładała na stolik. Wcześ­niej planowała zrobić to w pracy, ale ani wczoraj, ani dziś nie znalazła na to czasu, więc przyniosła materiały do domu. Od kilku lat pracowała w szkole podstawowej jako nauczycielka klas od pierwszej do trzeciej. W sąsiednich salach w szkole gazetki, ściany oraz okna były już świątecznie udekorowane i Justyna nie chciała być gorsza. Zresztą i tak nie miała na to popołudnie ciekawszego zajęcia, a wycinanki zawsze ją relaksowały.

Justyna miała trzydzieści dziewięć lat, długie blond włosy i była dość szczupła. Może nie należała do klasycznych piękności, ale wiele osób określało ją jako ładną kobietę. Tuż po studiach rozpoczęła pracę w małej miejscowości nieopodal miasta, w którym mieszkała przez większą część życia. Żeby nie siedzieć na głowie rodzicom, po objęciu posady przenios­ła się na wieś do niedużego postpeerelowskiego mieszkanka znajdującego się w niewielkim bloku. Skromna pensja nauczycielki pozwalała jej na wynajem tego lokum.

Początkowo Justyna nie planowała zostać w nim dłużej, marzyła o domu z dużym ogrodem, jednak życie napisało dla niej inny scenariusz. Utknęła w tym bloku, w dodatku miała sąsiadów, którzy uwielbiali się kłócić, zwłaszcza wieczorami, a ona przez cienkie ściany wyraźnie słyszała ich podniesione głosy.

Zresztą poza spełnieniem swojego marzenia o drodze zawodowej Justynie nie udało się za wiele w życiu osiągnąć, zrealizować tego, czego pragnęła jako młoda dziewczyna. Gdy była nastolatką, sądziła, że w tym wieku, w którym jest teraz, będzie już miała męża, gromadkę dzieci, a może nawet i wnuka. A oto nadal żyła jako singielka i wyglądało na to, że już raczej nic się w tej kwestii nie zmieni. Jako kobieta, która zbliżała się do czterdziestki, coraz rzadziej przyciągała męskie spojrzenia i ostatnio właściwie nie chodziła na randki. Chyba nawet nie pamiętała, kiedy jakiś mężczyzna zaprosił ją ostatnimi czasy do kina albo do restauracji.

Mieszkanie Justyny nie było zbyt duże, ale dobrze rozplanowane. Z podłużnego korytarza można było pójść do kuchni, łazienki, salonu lub maleńkiej sypialni. To właśnie w saloniku, urządzonym w odcieniach bieli i beżu, siedziała teraz na kanapie i wycinała. Z ustawionego nieopodal laptopa płynęła spokojna, relaksująca muzyka. Nagle melodię zakłócił dźwięk dzwonka do drzwi.

– Kogo to diabli nadali? – mruknęła Justyna.

Nikogo się nie spodziewała. Odłożyła na bok niedokończoną śnieżynkę i wsunąwszy stopy w puszyste kapcie, poszła otworzyć. Po drodze kontrolnie przejrzała się w lustrze wiszącym w korytarzu, ale w domowym dresie i ze związanymi byle jak włosami nie spodziewała się oszałamiającego efektu. Gdy otworzyła drzwi, na progu ujrzała matkę.

– Mama? – zdziwiła się na jej widok.

Rodzice mieszkali czterdzieści minut drogi stąd. Janina Orłowska rzadko przyjeżdżała do córki, a już na pewno nie wpadała na niezapowiedziane wizyty. Justyna nie dostrzegła nigdzie ojca.

– A gdzie zgubiłaś tatę?

Janina machnęła ręką i popatrzyła na córkę.

– Przyjechałam dziś sama. Wpuścisz mnie czy będziemy tak stały?

– Oczywiście, wejdź, mamo. Zaraz zaparzę herbatę – zreflektowała się młoda kobieta. – Co cię sprowadza? – spytała, kiedy przeszły do kuchni. – Przyznam, że nieco zaskoczyłaś mnie swoją wizytą. Mogłaś mnie uprzedzić, to upiekłabym jakieś ciasto.

– Daj spokój, nie przyjechałam się tutaj obżerać. – Janina opadła z westchnieniem na krzesło. – Pokłóciłam się z twoim ojcem i potrzebowałam na chwilę wyrwać się z domu.

Justyna zmarszczyła brwi, sięgając po czajnik.

– Mocno się poprztykaliście?

– Nie tak, żeby się rozwieść, i pewnie niedługo mu wybaczę, ale wkurzył mnie, osioł jeden.

– Czym tak cię zdenerwował?

– Wyobraź sobie, że nie życzy sobie, żebym w tym roku zaprosiła babcię Helę na wigilię.

– Mówisz poważnie? Przecież ona spędza z nami wigilijny dzień i wieczór od lat. Może coś źle zrozumiałaś?

– Właśnie sęk w tym, że wcale się nie przesłyszałam. On naprawdę tak powiedział.

Justyna pokręciła głową z niedowierzaniem. Babcia ze strony matki była uroczą, choć nieco zwariowaną staruszką. Odkąd kilka lat temu jej mąż umarł na zawał, mieszkała sama w niedużym mieszkaniu nieopodal rodziców. Justynie się wydawało, że tę trójkę łączą dobre relacje. Mama często wpadała do babci na kawę albo żeby pomóc jej ze sprzątaniem czy zrobić zakupy, a ojciec woził ją na wizyty do specjalistów – starsza pani miała problemy z nogami i sercem. W dodatku to właśnie babcia Hela pomagała rodzicom zajmować się dzieckiem, gdy Justyna była mała. Co więc ugryzło ojca?

– Uargumentował to jakoś? – spytała, sięgając do szafki po szklanki.

– Och, oczywiście, że tak. Ale nie spodziewaj się, że powiedział cokolwiek mądrego.

– To znaczy?

– Wyobraź sobie, że twój ojciec jest zmęczony tradycyjnym obchodzeniem świąt i najchętniej nie zaprosiłby do nas w tym roku nikogo. Stwierdził, że zaraz po kolacji wigilijnej położyłby się przed telewizorem.

– A więc rozumiem, że ja też nie jestem w tym roku zaproszona do was na święta?

– Spytaj ojca. To jego wymysły.

Justyna przygotowała dwa kubki z herbatą, a potem postawiła je na stole i usiadła obok matki.

– Moim zdaniem nie powinnaś przejmować się tym gadaniem taty. Pewnie palnął coś bezmyślnie i gdy wrócisz do domu, to cię przeprosi.

– Nie mnie należą się przeprosiny, ale tobie i babci. A jak wkurzy mnie bardziej, to zorganizuję wieczerzę u babci i spędzimy sobie te święta we trzy, podczas gdy twój tatulek będzie mógł w spokoju leżeć na kanapie i oglądać filmy.

Justyna westchnęła. Rozumiała, że matka przyjechała do niej, by się wyżalić, ale od lat wyznawała zasadę, żeby nie mieszać się w konflikty rodziców. Z doświadczenia wiedziała, że to nigdy nie kończy się dobrze. A niestety kłótnie małżeńskie zdarzały się w jej domu rodzinnym przed świętami znacznie częściej niż zwykle. Zdaniem Justyny rodzice po prostu nie radzili sobie z presją, która wiązała się ze sprzątaniem, przygotowywaniem jedzenia i późniejszymi spotkaniami rodzinnymi. Jakby za dużo brali sobie na głowę i musieli się pozbyć napięcia.

Mimo wszystko spokojnie wysłuchała matkę. Jeszcze kilka razy zapewniła ją, że ojciec na pewno tak nie myśli i szybko się pogodzą. Janina co prawda nie wyglądała na przekonaną, ale gdy wyrzuciła z siebie wszystkie negatywne emocje, zmieniła temat i zapytała córkę, co u niej słychać.

– Och, właściwie nic takiego – odparła Justyna, po czym upiła łyk ciepłej herbaty. – Jak to u mnie: praca, dom, nic ciekawego.

– Mówisz teraz jak emerytka, wiesz? Chociaż nie. Babcia Hela ma zwykle więcej rzeczy do powiedzenia.

Justyna uśmiechnęła się i popatrzyła matce w oczy.

– Ale u mnie naprawdę nie wydarzyło się w ostatnich dniach nic niezwykłego, mamo. Mam zmyślać, żebyś była usatysfakcjonowana moją odpowiedzią?

– Wystarczyłoby mi, gdybyś dzieliła się ze mną swoim życiem.

Młoda kobieta znowu westchnęła.

– No dobrze, skoro chcesz więcej szczegółów, to słuchaj. W pracy przygotowuję dzieciaki do jasełek, ale marnie nam idzie. Zrobiłam wczoraj większe zakupy spożywcze, a dziś dla relaksu wycinam śnieżynki, żeby udekorować nimi klasę.

Janina nadal nie wyglądała na zadowoloną.

– Wiesz co? Nie obraź się, ale moim zdaniem powinnaś sobie kogoś znaleźć, bo inaczej zanudzisz się w tym swoim życiu na śmierć.

– Och, dziękuję ci bardzo, mamusiu. Nie ma to jak wsparcie najbliższych.

– Ależ ja cię wspieram! Kto był przy tobie, jak marudziłaś, że czujesz się tutaj samotna i nikogo nie znasz? Albo kiedy odszedł twój ukochany kot?

– To było lata temu. Mnie chodzi o to, że mogłabyś już przestać mówić, że powinnam znaleźć sobie jakiegoś faceta. Jak wiesz, próbowałam wiele razy i swego czasu naprawdę często chodziłam na randki, ale nigdy nie wyniknęło z tego nic więcej, więc po prostu dałam sobie z tym spokój. I wiesz co? Tobie też radzę oswoić się z myślą, że twoja córka została starą panną. Nie wszyscy muszą mieć mężów niczym z okładek gazet i gromadkę dzieci.

– Niby nie, ale moim zdaniem ty świetnie odnalazłabyś się w takim życiu.

– Mamo, proszę cię, zostaw ten temat. Porozmawiajmy o menu na święta. Chcesz, żebym w tym roku też przygotowała rybę po grecku, a na kolejne dni świąt upiekła kurczaka?

Janina skupiła się na świętach. W dodatku to chyba poprawiło jej humor, bo gdy godzinę później Justyna odprowadzała ją do drzwi, miała wrażenie, że matka jest w znacznie lepszym nastroju, niż była, gdy do niej przyjechała. Uściskały się na pożegnanie, a potem Justyna życzyła jej bezpiecznego powrotu do domu i odprowadziła do drzwi. Usiadła na kanapie, okryła się kocem i wzięła do ręki niedokończoną śnieżynkę oraz nożyczki. Chociaż starała się nie pokazać tego po sobie w rozmowie z matką, słowa Janiny o tym, że powinna znaleźć sobie faceta, nieco ją zabolały.

Och, nawet nie wiesz, jak ja też bym tego chciała, mamo – mruknęła w myślach. Niestety, ostatnio odnosiła wrażenie, że po tym świecie nie chodził mężczyzna, który byłby dla niej stworzony. No może poza Grześkiem, jej pierwszą prawdziwą miłością, do którego nadal w głębi serca żywiła sentyment, ale to były stare dzieje i on przecież jej nie chciał.

Nie ma sensu rozgrzebywać starych ran, w dodatku przed świętami – zganiła jednak samą siebie za myślenie o tym mężczyźnie i skupiła się na wycinaniu.

Zresztą samotne życie wcale nie było takie złe. Mogła robić to, na co miała ochotę, i nikt nie zawracał jej głowy. Czy powinna na to narzekać?

 

 

 

 

 

Grzegorz

 

 

– Hej, jest tam ktoś? – zawołał Grzegorz, patrząc w górę.

Kilka minut temu podniósł się z ziemi i choć bolała go noga, udało mu się stanąć, zlokalizować latarkę oraz rozeznać w swoim położeniu.

Niestety, nie było ono ciekawe. Wyglądało na to, że wpadł do głębokiego dołu będącego częścią większych wykopów i raczej nie miał szans na to, by samodzielnie wydostać się na zewnątrz. Z czterech stron miał bowiem skarpy, a ziemia i piasek osuwały się za każdym razem, gdy podjął próbę wspinaczki. Podskoczenie również nie wchodziło w grę, ponieważ zwyczajnie był za niski. Wyglądało na to, że utknął. O rety, jak on stąd wyjdzie?

Nie chcąc panikować, poświecił do góry i jeszcze raz zaczął wołać o pomoc. I tym razem odpowiedziała mu cisza, co mógł oczywiście przewidzieć. Gdy tu szedł, w okolicy nie było żywej duszy i nie sądził, by w najbliższym czasie się to zmieniło. W pewnej chwili jednak na górze coś się poruszyło, więc w jego sercu rozgorzała nadzieja. Ale to tylko Arnold przybiegł, zwabiony głosem pana. Niepewnie popatrzył na Grześka, pochylając się w dół. A kiedy odrobina ziemi osunęła mu się spod łap, przestraszony odskoczył.

– Spokojnie – powiedział do niego Grzegorz łagodnym tonem. Potem znowu poświecił dookoła latarką i rozejrzał się po wykopie. – Wygląda na to, że na jakiś czas tutaj utknąłem.

Arnold zaczął skakać i piszczeć. Grzegorz wyszeptał do niego jeszcze kilka słów, by go uspokoić, ale jego działania nie na wiele się zdały. Pies ewidentnie był przestraszony. Grzesiek mu się wcale nie dziwił – w końcu niecodziennie jego właściciel przez nieuwagę wpadał w jakieś wykopy.

– Tylko jak ja stąd wyjdę? – mruknął znów do siebie.

Po raz kolejny spróbował wspiąć się po ścianie ziemi, ale jego wysiłki i tym razem na nic się zdały. Cofnął się i z rezyg­nacją znowu poświecił latarką wokół siebie. Przez chwilę się łudził, że może znajdzie w wykopie coś, po czym mógłby się wspiąć, lecz nic takiego nie dostrzegł. Jak na złość, nie miał przy sobie komórki. To by było na tyle, jeśli chodziło o wzywanie pomocy.

Arnold niespokojnie kręcił się w górze. Grzesiek nigdy nie miał zbyt wiele czasu, żeby wyćwiczyć szczeniaka, i zwierzak rozumiał tylko kilka prostych pojęć. Pan nie mógł go więc wysłać po pomoc. Przybity zasunął suwak kurtki pod samą szyję i roztarł zziębnięte dłonie. Ostatnio nocami temperatura powietrza spadała poniżej zera i dzisiaj znowu szedł mróz.

– Świetny koniec roku. Nie ma to jak zamarznąć – mruknął sam do siebie, po czym wyłączył latarkę i schował ją do kieszeni. Na wszelki wypadek znowu zawołał o pomoc, lecz i tym razem nie nadeszła. Zrezygnowany oparł ciężar ciała na nodze, która nie bolała go po upadku, i westchnął.

Gdybym miał rodzinę, to przynajmniej ktoś zaniepokoiłby się moją nieobecnością i zaczął mnie szukać – pomyślał z goryczą. A tak? Wszystko wskazywało na to, że tej nocy tutaj zamarznie.

Ukucnął. Najchętniej by usiadł, lecz nie sądził, by był to dobry pomysł – od ziemi bił chłód. Czując się jak ostatni idiota, który znalazł się w sytuacji bez wyjścia tylko dlatego, że nie spojrzał pod nogi, przyciągnął kolana do klatki piersiowej i zaczął się lekko kołysać. Nasłuchiwał przy tym, czy z oddali nie dobiegają do niego jakiekolwiek odgłosy świadczące o obecności człowieka, lecz na budowie panowała cisza. Czy istniała szansa na to, że ktoś zjawi się tutaj przed świtem i udzieli mu pomocy, zanim zamarznie?

W końcu skupił myśli na pracy. Zastanawiał się nad tym, czy wywiązał się ze wszystkich zobowiązań i podomykał bieżące sprawy. Zdawało mu się, że tak, ale miał do obgadania z klientami jeszcze kilka większych zleceń. O tych akurat wiedziała też Magda, więc Grzesiek sądził, że w razie czego była szwagierka wszystkim się zajmie. Choć pracowała u niego w charakterze sekretarki, chyba nikt oprócz niego nie był tak dobrze zorientowany w sprawach firmy. To trochę go pocieszyło, ponieważ nie chciał, żeby po jego śmierci wypożyczalnia trafiła w złe ręce. Magda może nie miała doświadczenia w zarządzaniu, ale wierzył, że nieźle sobie z tym poradzi.

– Psiakrew! – zaklął nagle pod nosem.

Dlaczego nigdy nie wpadł na to, żeby spisać testament? Nagle uświadomił sobie, że poza nim raczej nikt nie wie o tym, że po swojej śmierci to właśnie Magdę widziałby na stanowisku kierowniczym w firmie. Ani brat Borys, ani jego ojciec czy matka nie mieli smykałki do interesów.

„O wiele łatwiej by było, gdybyś założył rodzinę” – jak bumerang powróciły do niego słowa mamy, które kierowała do niego, gdy w przeszłości zwierzał jej się z trudności oraz problemów. Wcześniej zawsze obracał to w żart i próbował się nawet z nią droczyć, ale teraz uświadomił sobie głęboki sens tego stwierdzenia. Dotarło bowiem do niego, że jeśli dzisiaj zamarznie, to jego firma i mieszkanie trafią do kogoś, kogo osobiście nie wybrał. I tak jak bez różnicy mu było, kto po jego odejściu zamieszka w należących do niego czterech kątach, tak autentycznie zrobiło mu się smutno, gdy wyobraził sobie, jak jakiś nieumiejętny zarządca doprowadza do ruiny firmę, którą on budował przez lata. Te myśli sprawiły, że wstał i znowu zaczął wołać o pomoc, lecz poza Arnoldem, który położył się na brzegu wykopu i smutno patrzył na pana, w okolicy nadal nie było żywego ducha.

Grzesiek znowu zamyślił się nad swoim życiem. Jeszcze kilka godzin temu nie przypuszczał, że znajdzie się na granicy życia i śmierci. Jak co rano wstał, zjadł śniadanie i pojechał do pracy, a jego myśli zaprzątało tylko to, jak wypadnie popołudniowa rozmowa z klientem, a także jakie będą zbliżające się święta. Ludzie chyba niezbyt często myśleli o śmierci. Owszem, może gdy ciężko chorowali, robili to częściej, lecz to nie był raczej zbyt popularny temat do codziennych rozważań i rozmów. Grzesiek również był takim człowiekiem i zamiast myśleć o swoim końcu, po prostu skupiał się na życiu, na sprawach dnia codziennego. I chyba właśnie dlatego nigdy na serio nie pomyślał o tym, żeby spisać ten testament, który teraz tak bardzo by mu się przydał. Przynajmniej odszedłby wtedy spokojnie, a nie w strachu o to, co się stanie z dorobkiem jego życia.

Temperatura spadała, albo to on był już tak wyziębiony, że coraz dotkliwiej odczuwał chłód. Wstał więc, by mimo bólu nogi trochę się poruszać. Zrobił kilka przysiadów i pomachał rękami.

– Beznadziejna sytuacja, co? – mruknął do Arnolda, jedynego towarzysza w swojej niedoli.

I nagle ogarnął go przeraźliwy smutek, że właściwie nie miał w życiu zbyt wiele bliskich osób, a najlepszym towarzyszem był pies. A potem zaczął wspominać swój związek z Justyną i to, jak skrzywdził tę cudowną dziewczynę.

Nie poznali się w jakiś wyjątkowy sposób. Byli w tym samym wieku, lecz nie chodzili do tej samej klasy, tylko równoległych. A ponieważ dziewczyna dobrze się uczyła, podobnie zresztą jak Grzesiek, to kojarzyli się ze szkolnych korytarzy i z akademii, w których często brali udział. Ich drogi krzyżowały się jednak dopiero, gdy byli w drugiej klasie liceum i przygotowywali się do olimpiady z biologii. Grześkowi zawsze dobrze szła nauka z przedmiotów przyrodniczych, więc gdy nauczycielka zaproponowała mu udział w tym konkursie, nie wahał się długo. Z chęcią wstąpił do grupy, która przez kilka tygodni miała zostawać po zajęciach i powtarzać materiał oraz rozwiązywać zadania. Tak się złożyło, że na te spotkania przychodziła również Justyna.

Oczywiście na początku nie zwracali na siebie większej uwagi, oboje koncentrowali się głównie na nauce. Pewnego razu Grzesiek spóźnił się na zajęcia i przesiadł się do niej, ponieważ siedziała samotnie w podwójnej ławce zaraz przy drzwiach. Od tego momentu zaczęli się przyjaźnić, a ta wzajemna sympatia powoli przeradzała się w coraz głębsze uczucie. Żadne z nich nie wygrało tej olimpiady ani nawet nie zajęło wysokiego miejsca w konkursie, ale potem oboje zgodnie twierdzili, że te zajęcia dały im znacznie więcej, niż mogli przypuszczać, idąc na nie po raz pierwszy. Po kilku tygodniach zostali bowiem parą i był taki czas, że nie widzieli poza sobą świata. Spotykali się niemal na każdej przerwie, a gdy kończyli lekcje o podobnej porze, Grzesiek zawsze odprowadzał ją do domu. Nie raz ani nie dwa poszli po szkole na spacer lub ciastko czy pizzę. Potem oczywiście Justyna zaprosiła go do domu i przedstawiła swoim rodzicom, a kilka dni później on zrobił to samo. Ich uczucie kwitło, pisali do siebie romantyczne liściki i całowali się tak żarliwie, jakby lada moment miał nastąpić koniec świata. Potem razem przygotowywali się do matury i po egzaminach pojechali wraz z grupką znajomych na biwak pod namiot, żeby odpocząć od nauki. Grzesiek potem nieraz tęsknił za pięknymi chwilami, które wtedy razem przeżyli.

Teraz za późno już było na naprawienie błędów młodości. Pozostały mu jedynie sentymentalne powroty do przeszłości.

Czas uciekał, robiło się coraz zimniej. Mężczyzna znowu trochę się poruszał. Od ziemi bił chłód, więc aż trząsł się z zimna. Ciekawe, po ilu godzinach na mrozie człowiek zamarza… Nie chciało mu się już nawet nic mówić do Arnolda. Chyba godził się z nieuniknionym – z tym, że niedługo odejdzie, pozostawiony tutaj na pastwę losu. Było to przykre, a do tego nie mógł się nawet z nikim pożegnać.

Powiedziałbym mamie, że bardzo ją kocham – pomyślał wzruszony. I jeszcze raz przeprosiłbym Magdę za głupotę brata, choć w przeszłości zrobił to już niejeden raz.

Grzesiek nie miał pojęcia, ile czasu spędził w dole, ale z chwili na chwilę ogarniały go coraz większa senność i znużenie. Palców u stóp właściwie nie czuł. Ostatni płomień nadziei, który tlił się w jego sercu, zgasł, tak jak w baśni zgasła ostatnia zapałka dziewczynce z zapałkami. Jego powieki zaczęły robić się coraz cięższe.

Właśnie wtedy, gdy ogarnęła go rezygnacja oraz poczucie bezsensu, Arnold niespodziewanie zerwał się na równe nogi i zaczął głośno szczekać. Grzesiek ostatkiem sił zadarł głowę i popatrzył na niego. W pierwszej chwili pomyślał, że pies zobaczył jakiegoś królika albo inne dzikie zwierzę, które przyszło tutaj z pobliskiego lasku, lecz niedługo później do jego uszu dobiegł męski głos. Poczuł, jak serce bije mu mocniej. Zgrabiałymi palcami wyciągnął z kieszeni latarkę i zapaliwszy ją, poświecił na psa. Arnold kręcił się niespokojnie i głośno ujadał. Chwilę później jego pan zobaczył obok zwierzaka jakiegoś mężczyznę. Ogarnęła go taka ulga i szczęście, że omal nie zemdlał z wrażenia. W krótkiej rozmowie wyjaśnił mężczyźnie, co go spotkało, i poprosił o pomoc.

– O rety! Ma pan szczęście, że zostawiłem dzisiaj portfel w koparce i musiałem po niego przyjechać – mruknął zszokowany jego historią mężczyzna.

Następnie wyciągnął z kieszeni komórkę i zadzwonił po pomoc. A potem wydarzenia potoczyły się tak szybko, że Grzesiek niewiele z nich pamiętał. Jak przez mgłę docierały do niego głosy strażaków, którzy przyjechali go wyciągnąć z dołu, a potem nagle znalazł się w karetce, która przetransportowała go do szpitala pomimo jego zapewnień, że nic mu nie dolega.

 

 

 

 

 

Magda

 

 

Gdy Magda przeczytała na stronie jednego z lokalnych portali informacyjnych o nocnej akcji ratunkowej na pobliskiej budowie i zobaczyła na zdjęciach swojego byłego szwagra, omal nie spadła z krzesła.

– Wszystko w porządku, mamo? – spytał ją Kajtek, który jadł właśnie płatki.

– Tak, tak – mruknęła do niego, po czym powiększyła zdjęcie, żeby się upewnić, że wzrok jej nie myli. Ale nie, mogłaby dać sobie rękę uciąć, że na fotografii był Grzesiek, w dodatku opatulony folią termiczną i prowadzony przez ratownika medycznego do rozświetlonej karetki. Nie mogąc wyjść z szoku, Magda jeszcze raz spojrzała na nagłówek artykułu.

Uratowany przed zamarznięciem – widniało na górze strony.

O rety! Nie mówiąc nic Kajtkowi, dokończyła śniadanie, a potem odwiozła syna i czym prędzej pojechała do pracy. Tak jak się spodziewała, wieść o nocnej przygodzie szefa rozniosła się już po firmie. Gdy Magda weszła do budynku, pracownicy nie rozmawiali właściwie o niczym innym. Ona jednak nie zamierzała plotkować. Minęła ludzi i poszła do pokoju socjalnego, żeby zostawić w nim wierzchnie rzeczy. Potem zajęła miejsce przy swoim biurku w oczekiwaniu na telefon od pierwszego klienta. No i na Grześka. Coś jej bowiem mówiło, że mimo nocnych wydarzeń były szwagier pojawi się w pracy. Znała go nie od dziś i wiedziała, że jest pracoholikiem.

Pierwszy z dzisiejszych klientów zadzwonił do agencji już sześć minut po ósmej. Chciał zamówić wizytę mikołaja na konkretną godzinę w