Wymazani z pamięci - Piotr Borlik - ebook + audiobook + książka

Wymazani z pamięci ebook i audiobook

Piotr Borlik

4,3

Opis

Gdańska policja otrzymuje zgłoszenie o grupie błąkających się po ulicy dzieci w identycznych ubraniach. Okazuje się, że wszystkie były od dawna poszukiwane, ale poza tym nic ich nie łączy – są w różnym wieku, zaginęły w różnym czasie, w różnych miejscach i w różnych okolicznościach, które wciąż pozostają dla policji nierozwiązaną zagadką. Dzieci zgodnie twierdzą, że od czasu porwania nic nie pamiętają. Początkowa euforia rodziców powoli zmienia się w podejrzliwość i nieufność wobec odzyskanych dzieci – zmienionych, zupełnie nieprzypominających niewinnych pociech sprzed lat. Wkrótce wyłania się kolejna okoliczność: wszystkie panicznie boją się ciemności.

Piotr Borlik, rocznik 1986, inżynier po Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym. Mistrz Holandii, a także laureat trzeciego miejsca w otwartych mistrzostwach Czech w grach logicznych. Otrzymał stypendium prezydenta Bydgoszczy dla osób zajmujących się twórczością artystyczną oraz upowszechnianiem kultury. Autor kryminałów Boska proporcja, Materiał ludzki, Białe kłamstwa i Zapłacz dla mnie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 357

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 57 min

Lektor: Marcin Popczyński

Oceny
4,3 (114 oceny)
58
38
12
6
0
Sortuj według:
Aniapie

Nie oderwiesz się od lektury

Super!
00
BabciaBasia699

Nie oderwiesz się od lektury

Super. Polecam.
00

Popularność




 

 

Copyright © Piotr Borlik, 2020

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

 

Zdjęcie na okładce

© Aimee Marie Lewis/Arcangel Images;

luizclas/Pexels

 

Zrealizowano ze wsparciem finansowym

miasta Bydgoszczy.

 

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

 

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

 

Korekta

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8234-562-9

 

Warszawa 2020

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla M.

 

Rozdział I

Miał przyjazny wyraz twarzy. Zmarszczki mimiczne świadczyły o tym, że często się uśmiechał, a ciepłe i zarazem inteligentne spojrzenie pomagało mu błyskawicznie przełamywać bariery w kontaktach z ludźmi. Nie wyróżniał się fryzurą ani strojem – miał na sobie granatowe dżinsy, nieco ciemniejszą sportową kurtkę i adidasy. To właśnie takie osoby wyławiamy z tłumu turystów, by poprosić o zrobienie zdjęcia, z marszu obdarzamy zaufaniem, a miły ton ich głosu utwierdza nas w przekonaniu, że dobrze wybraliśmy.

Karolina też uległa pierwszemu wrażeniu, gdy zobaczyła tego bawiącego się z psem mężczyznę. Gdyby nie nawyk, by nie spuszczać z oczu nieznajomych w okolicach placów zabaw, pewnie uznałaby go za nieszkodliwego. Przeuroczy spaniel cavalier king charles hasał wokół niego, aportował i radośnie poszczekiwał, dopełniając wizerunku. Nawet zatwardziały miłośnik kotów nie powstrzymałby się od uśmiechu na widok tego rasowego psiaka, a co dopiero dzieciaki, którym do szczęścia wystarczał zwykły jamnik czy pudel.

Mężczyzna na pozór zachowywał się normalnie. Rzucał patykiem, głaskał zwierzę po każdym aporcie, a co kilka prób dodatkowo nagradzał przysmakiem. Pies był wniebowzięty. Postronny obserwator pewnie zwróciłby uwagę na radosne merdanie ogonem czy więź łączącą pupila z właścicielem, Karolina jednak dostrzegła coś jeszcze. Patyk z każdym kolejnym rzutem lądował coraz bliżej huśtawek, na których bawiła się dwójka chłopców, aż wreszcie wylądował tuż obok nich. Na reakcję nie trzeba było długo czekać.

– Mój! – krzyknął jeden z chłopców, zeskakując z rozbujanej huśtawki.

Wyglądał na ucznia pierwszej, może drugiej klasy podstawówki. Jak na słoneczne majowe przedpołudnie miał na sobie zbyt ciepłą kurtkę i zimowe buty. Nic dziwnego, że po żywiołowej zabawie twarz oblewał mu rumieniec, a z krótko przystrzyżonych blond włosów skapywały kropelki potu. Obecność spaniela jeszcze bardziej go rozochociła.

Zwierzak, jakby wręcz wytresowany do zaczepiania małych dzieci, zamiast chwycić patyk w zęby i wrócić do właściciela, radośnie szczeknął do chłopca i stanął u jego stóp. Ten nie wiedział, jak zareagować. Oczy zdradzały, że aż pali się do zabawy, ale na podwórko wyszedł z mamą, która wielokrotnie zabraniała mu kontaktu z obcymi. Ta zasada dotyczyła też zwierząt.

– Śmiało! – powiedział mężczyzna, z uśmiechem podchodząc do huśtawki. – Nie zrobi ci krzywdy. Możesz rzucić mu patyk.

Chłopiec spojrzał w stronę ławki, na której jeszcze przed chwilą siedziała mama. Teraz nie było tam nikogo.

– Dajesz, Patryk! – ponaglił kolega.

– Jak się wabi? – spytał chłopiec, kątem oka wciąż rozglądając się za mamą.

– Piorun. Ale nie dlatego, że ma wybuchowy charakter. Znalazłem go podczas burzy, siedział skulony przy śmietniku. Był wtedy zupełnie malutki.

– Biedactwo…

Krótka rozmowa wystarczyła, by kilkulatek zapomniał o matce i wpajanych przez nią zasadach. Nie potrafił powstrzymać się od pogłaskania włochatego łebka, a pies jakby tylko na to czekał – radośnie polizał mu dłoń.

– Co tam, Piorun? Chcesz kijek? – zawołał rozpromieniony Patryk.

Mężczyzna rozejrzał się wokół. Zrobił to jakby mimochodem. Wcale nie wyglądał na desperata sprawdzającego, czy w pobliżu nie ma opiekunów dzieci; wyraz twarzy mu się nie zmienił – wciąż był uśmiechnięty i pogodny, jakby po prostu miał dobry humor i postanowił podzielić się nim ze światem.

– No, rzucaj! – ponaglił Patryka drugi z chłopców.

Ten był ubrany w lekką kurtkę przeciwdeszczową, teraz rozpiętą i trzepoczącą pod wpływem podmuchów powietrza wywołanych ruchem huśtawki. Wyraźnie zniecierp­liwiony, sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał zeskoczyć i wyrwać koledze patyk. Mogli być w tym samym wieku, ale wyglądał dojrzalej. Wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, kto w tej dwójce rozdawał karty.

Patryk zrobił mocny zamach. Rzut może nie był imponujący, ale Piorun radośnie ruszył po upragniony kawałek kijka.

– Zna jakieś inne sztuczki? – Drugi z chłopców zeskoczył na ziemię. – Mój umie siadać i się turlać.

– Wcale nie – skomentował Patryk. – Trzeba mu mówić tysiąc razy, a i tak nie rozumie, o co chodzi. – Spojrzał na mężczyznę, po czym dodał: – Kuba nigdy się nie przyzna, ale jego pies to najchętniej by tylko spał. Jest stary i puszcza śmierdzące bąki.

– Po prostu zazdrościsz – odciął się Kuba.

Piorun wrócił ze zdobyczą w pysku, co uciszyło obu chłopców. Niczym wprawiony rozjemca łasił się do nich i domagał się pieszczot.

Karolina żałowała, że nie słyszy przebiegu rozmowy, ale z coraz większą uwagą przyglądała się nieznajomemu. Intuicja jeszcze nigdy jej nie zawiodła, było jednak za wcześnie, by wkroczyć do akcji.

– Teraz ja! – krzyknął Kuba, ciskając patyk w powietrze.

Pies od razu ruszył do biegu, a na twarzy Patryka pojawił się grymas złości.

– Jeśli chcecie, mogę pokazać wam inne sztuczki – dodał mężczyzna.

– Jasne! – odpowiedzieli chłopcy niemal równocześnie.

– Najbardziej lubi zabawy z gumowym kółkiem, ale to byśmy musieli podejść do mojego samochodu. Mam tam więcej jego ulubionych przysmaków – będziecie mogli go poczęstować, po prostu za nimi szaleje.

Patryk dostał silniejszych wypieków na twarzy. Najchętniej od razu pobiegłby do auta, ale wiedział, że może mieć z tego powodu kłopoty. Mama gdzieś zniknęła, mogła jednak wrócić w każdej chwili. Gdyby zobaczyła go w towarzystwie obcego mężczyzny, z pewnością by się zdenerwowała.

– A może pan przyniesie to kółko tutaj? – spytał niepewnie.

– A co, boisz się mamusi? – zadrwił Kuba. – Nie dygaj, chodź.

Piorun wrócił z patykiem w pysku. Mężczyzna wyciągnął z kieszeni kurtki niewielką saszetkę z nadrukiem uśmiechniętego psa o sterczących uszach i wyjął z niej dwa małe kwadraciki, po czym podał chłopcom.

– To ostatnie – powiedział. – Sami zobaczcie, jak je uwielbia.

Ponownie rozejrzał się po placyku. Tym razem zrobił to gwałtowniej, jakby bliskość upragnionego celu pozbawiła go zimnej krwi. Dla Karoliny to wciąż było jednak za mało. Równie dobrze mógł być ojcem któregoś z chłopców. Przedwczesna interwencja mogłaby zostać odebrana jako dowód jej niepoczytalności, policja od razu wykorzystałaby to przeciwko niej.

Chłopcy kucnęli i wyciągnęli dłonie w kierunku Pioruna. Pies łapczywie rzucił się na przysmaki.

– Ale ma mokry język – zachichotał Patryk, wycierając rękę o spodnie.

– Ma ochotę na więcej – dodał mężczyzna.

– Idziemy! – odparł błyskawicznie Kuba. Wyprostował nogi. Pełen entuzjazmu pociągnął Patryka za sobą. Ten jednak wciąż się wahał. Miesiąc wcześniej zniknął mamie z oczu dosłownie na chwilę, co skończyło się ogromną awanturą i szlabanem na tablet. Wtedy też prowodyrem był Kuba, któremu jak zawsze się upiekło. Jego rodziców nie interesowało, gdzie chodzi ani o której wraca do domu. Czasem ojciec zerkał na nich z balkonu, kiedy wychodził zapalić, ale nigdy nie robił mu wstydu przy kolegach – nie wołał na obiad ani nie pytał, czy lekcje odrobione. Patryk zazdrościł koledze luzu. Wielokrotnie prosił mamę, by nie traktowała go jak małego dziecka, ona jednak zawsze wiedziała swoje.

A może to próba?, pomyślał, kolejny raz szukając jej wzrokiem. Może poprosiła kolegę z pracy, żeby mnie zagadał i sprawdził, czy dam się odciągnąć z placu zabaw?

– No chodź! – ponaglił go Kuba. – Piorun jest głodny.

– Idźcie beze mnie – odpowiedział, spuszczając wzrok i szurając butem po ziemi.

Wizja wspólnej zabawy z psem była kusząca, ale ryzyko szlabanu na Minecrafta zbyt duże, a przecież w sobotę miał z kolegami z klasy zbudować w grze szkołę, by potem oddać się radosnej demolce.

Dostrzegł grymas na twarzy Kuby. Co gorsza, wiedział, że chłopak nie omieszka wspomnieć wszystkim o jego tchórzostwie. Znów nazwie go maminsynkiem, a chłopcy z klasy będą mu wtórować, choć większość z nich na miejscu Patryka zachowałaby się identycznie.

– Zaraz wrócimy – odparł mężczyzna, ruszając w kierunku ulicy, po czym zachęcająco położył dłoń na ramieniu Kuby i spytał: – A twój pies jak się wabi?

– Gaweł. – Chłopiec wzruszył ramionami. – Wiem, że głupio, ale nie było mnie na świecie, jak rodzice nadawali mu imię. Ja na niego wołam Gawi.

– Też ma jakieś ulubione przysmaki?

– Gawi wszystko zeżre. Muszę chować przed nim zabawki, taki z niego łakomczuch. Kiedyś zjadł nawet słownik.

Patryk odprowadzał ich wzrokiem. Zacisnął pięści, z trudem powstrzymując łzy. Jak on w tej chwili nienawidził mamy. Wszędzie doszukiwała się zagrożenia, przez co przepadła mu zabawa z Piorunem. Nie pozwalała mu przygarnąć żadnego pieska ani kotka. Zgodziła się tylko na zakup rybek, ale one były strasznie nudne i nie znały żadnych sztuczek.

– Kochanie? – usłyszał za plecami głos matki.

Zmusił się do uśmiechu. O wilku mowa. Całe szczęście, że wystarczyło mu silnej woli, bo teraz byłby w nie lada tarapatach.

– Gdzie idzie Kubuś? – spytała kobieta, poprawiając mu rozczochrane włosy.

– No bo… – Chłopiec odchrząknął. Nie chciał wydać kolegi, ale żadne kłamstwo nie przychodziło mu do głowy.

Matka Patryka spojrzała badawczo na syna, po czym wróciła wzrokiem do oddalającej się dwójki.

– Znasz tego pana? – dopytała.

– Tak jakby. Ma psa, Pioruna. Biegnie tam przed nimi, widzisz? – Wskazał cavaliera palcem.

– Poczekaj tutaj. Nie ruszaj się nigdzie.

Kobieta szybkim krokiem ruszyła w stronę nieznajomego i idącego obok niego chłopca. Nie chciała krzyczeć, by nie zwracać na siebie uwagi pozostałych osób na podwórku, ale czuła, że coś jest nie tak. Podobnie jak syn miała na sobie ciepły płaszcz i momentalnie zrobiło jej się gorąco. Już w poprzedni weekend planowała schować puchówki do szafy i wymienić na lżejsze kurtki, ale ciągle brakowało jej czasu.

– Halo, proszę pana! – zawołała, zbliżając się na odleg­łość kilku kroków.

Mężczyzna odwrócił się i obdarzył ją uśmiechem. Nie wyglądał na przestraszonego ani nawet zdziwionego. Nieco ją to uspokoiło.

– Tak? – spytał łagodnym głosem.

– Dzień dobry – powiedział Kuba.

– Dzień dobry – odpowiedziała, wpatrując się we właściciela psa. – Przepraszam, może to niegrzeczne, ale muszę spytać. Kim pan jest? Nigdy wcześniej pana tu nie widziałam.

Siedząca niedaleko Karolina z uznaniem pokiwała głową. Gdyby tak zachowywały się wszystkie matki, nie dochodziłoby do tylu porwań. Co prawda kobieta utrudniła jej pracę, ale ważniejsze, że zachowała czujność.

– Leon Kołyński, dzień dobry – odparł mężczyzna, wyciągając dłoń. – Wczoraj wprowadziłem się do tego bloku. – Skinął głową w kierunku budynku po drugiej stronie ulicy.

– A Kubuś? – dopytywała kobieta, ignorując gest nieznajomego. – Zna go pan? Jesteście rodziną?

– Nie, nie. Chciał porzucać psu patykiem, więc się zgodziłem. To chyba żadna zbrodnia?

Mama Patryka instynktownie chwyciła chłopca za ramię i przyciągnęła go do siebie. Wprawdzie z rodzicami Kubusia nie żyła w wielkiej przyjaźni, ale wierzyła, że na jej miejscu zrobiliby to samo i nawet jeśli jej interwencja okaże się to nieporozumieniem, to w najgorszym wypadku wyjdzie na panikarę.

– Dokąd szliście? – spytała.

– Donikąd – odparł mężczyzna, schylając się i biorąc psa na ręce.

– Piorun miał pokazać mi sztuczki – dodał Kuba.

Kobieta zmrużyła podejrzliwie oczy. Jeśli wcześniej miała wątpliwości, to teraz się rozwiały. Do tej pory nigdy nie była w takiej sytuacji, więc nie wiedziała, jak się zachować. Dzwonić na policję? Zawołać kogoś do pomocy?

Spojrzała przez ramię na Patryka. Chłopiec grzecznie stał przy huśtawce i przyglądał się rozwojowi sytuacji. Była z niego dumna. Emocje nie pozwalały jej zebrać myśli, ale tego jednego była pewna.

Mężczyzna tymczasem bez słowa odwrócił się i szybkim krokiem ruszył przed siebie. Trzymany przez niego pies wciąż radośnie merdał ogonem, nawet nie próbując się wyrywać.

– Halo! – krzyknęła matka Patryka, rozglądając się wokół w poszukiwaniu wsparcia. – Proszę poczekać!

Jak na złość, w pobliżu nie było żadnego innego mężczyzny, a na placu zabaw, prócz dzieci, znajdowały się tylko dwie młode matki i staruszka. Mama Patryka nie chciała się przepychać z nieznajomym, poza tym przy huśtawkach czekał na nią syn, postanowiła więc, że odprowadzi obu chłopców do domu, a potem pojedzie na komendę i złoży powiadomienie. Mężczyzna z psem zdążył już się oddalić na kilka metrów, mimo to wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie jego pleców.

– Chodź, Kubuś – powiedziała. – Odprowadzę cię do domu i porozmawiam z twoimi rodzicami.

Karolina z chęcią podbiegłaby do nieznajomej, by jej pogratulować, nie mogła jednak spuścić mężczyzny z oka. Ciekawa, czy pomimo zdemaskowania podejmie kolejną próbę, ruszyła za nim, zachowując bezpieczną odległość.

Po chwili zadzwonił jej telefon. Jeszcze niedawno przejęłaby się połączeniem z numeru, który wyświetlił się na komórce, ale teraz go zignorowała, musiała skupić się na zadaniu.

***

W piątkowy wieczór trudno było znaleźć spokojny lokal. Wszędzie zalegali studenci korzystający z ostatnich dni wolności przed sesją, nieco starsze grupki odreagowujące ciężki tydzień w pracy, małolaty, stali bywalcy, dla których już samo to, że dzień był dłuższy o kilkanaście sekund od poprzedniego, wystarczyło, by wznieść toast. W innych warunkach Arek odnalazłby się w każdej z tych grup – nigdy nie miał problemów z nawiązywaniem znajomości, dobrze czuł się w praktycznie każdym towarzystwie – teraz jednak potrzebował tylko drinka i spokoju. Wielu drinków i dużo spokoju.

– Wódkę – rzucił do barmana przygotowującego akurat kamikaze dla patrzących mu na ręce dwóch dziewczyn.

Były całkiem ładne. Wesołe, lekko już wstawione i ewidentnie mające ochotę na więcej – łatwy cel dla barowych podrywaczy. Gdyby miał zgadywać, obstawiłby, że studiują pedagogikę, socjologię lub inny przyjemny do studiowania, choć niepraktyczny kierunek, po którym pracę znajdowali wyłącznie absolwenci z odpowiednimi koneksjami lub masą szczęścia.

Gdyby nie okoliczności, dosiadłby się do nich i zagadał. Brunetka w krótkiej spódniczce i białej bluzeczce wpadła mu w oko. Była zgrabna, ładnie się uśmiechała, a przy tym nie chichrała się głupkowato jak jej blondwłosa koleżanka.

– Wódkę – powtórzyła po nim dziewczyna, sztucznie obniżając głos. – Jestem samcem i chcę wódki.

Obie wybuchnęły śmiechem. Nawet w tym widać było różnice między nimi. Brunetka przysłoniła usta dłonią, zachowując klasę, podczas gdy blondynka z grzywką opadającą na czoło rechotała niczym stara baba ze straganu, trzymając się za brzuch i głośno łapiąc oddech.

Arkowi na usta cisnęły się same złośliwości, postanowił więc nie reagować na zaczepkę. Tego wieczoru nie zamierzał z nikim rozmawiać, chyba że z barmanem rodem z romantycznych komedii, co to umie słuchać i zawsze ma na podorędziu dobrą radę.

Mężczyzna nalewający niebieskiego drinka do kieliszków nie wyglądał na tego typu człowieka. Miał około trzydziestu lat, tunele w uszach i hipsterską brodę. Dziewczynom najwyraźniej ten styl przypadł do gustu, bo nieustannie się do niego uśmiechały. Albo po prostu liczyły na darmową kolejkę.

– Zdrowie smutasów – rzuciła blondynka.

Arek uśmiechnął się, po czym skinął na barmana. Miał nadzieję, że damskie towarzystwo przestanie się nim interesować. Po drodze wpadł do kilku innych pubów; wszystkie były zatłoczone i głośne, a nie uśmiechało mu się dalsze poszukiwanie odpowiedniego miejsca.

Po chwili miał przed sobą kieliszek schłodzonej finlandii. Panny przy barze zdążyły już wypić serię kamikaze, cały czas coś do siebie szepcząc. Działały mu na nerwy. Nie pozwalały zebrać myśli. Gdyby tylko mógł, kupiłby pół litra i wypił w samotności, lecz na samą myśl o powrocie do domu robiło mu się niedobrze.

– Jeszcze raz – powiedział, opróżniwszy kieliszek.

– Jeszcze raz – powtórzyła brunetka, znów go prze­drzeź­niając. – Wódkę.

Już miał odpowiedzieć, gdy zadzwonił jego telefon. Nie musiał spoglądać na wyświetlacz, by wiedzieć, kto się do niego dobija. Do tej pory zignorował co najmniej dziesięć połączeń od Moniki. Zdawał sobie sprawę, że to egoistyczne; że dziewczyna potrzebuje jego wsparcia, a on zachowuje się jak skończony dupek, ale nic nie mógł na to poradzić. Lepiej, żeby nie odebrał, niż powiedział o kilka słów za dużo. Sytuacja po prostu go przerosła.

Wypił drugi kieliszek. W portfelu miał tylko pięćdziesiąt złotych, więc nie mógł sobie pozwolić na wiele. Co prawda miał przy sobie kartę, ale wolał nie zwiększać debetu. I tak ściągnął na siebie zbyt wiele kłopotów.

– Powtórka? – spytał barman, widząc niezdecydowanie na jego twarzy. – Zaraz będę zajęty zaspokajaniem tych dwóch uroczych dam, więc się decyduj.

– Spasuję – odpowiedział.

– Spoko. – Brodacz kiwnął głową, po czym zwrócił się w stronę studentek: – A dla was co tym razem? Proponuję moją wersję piña colady.

Blondynka przyklasnęła na ten pomysł. Arek miał nadzieję, że dziewczyny skupią uwagę na barmanie. W innych okolicznościach zjadłby hipstera w przedbiegach i zaprosił obie na długi spacer wzdłuż Brdy, gdzie mogliby się bliżej poznać, ale dwie godziny wcześniej zakończył ten swawolny etap swojego życia.

Ponownie zadzwonił telefon. Muzyka w tle akurat przycichła, dlatego słychać było melodię. Tym razem na wyświetlaczu nie pojawił się numer Moniki, lecz nieznany mu ciąg cyfr.

***

Wystarczyła jej chwila, by ocenić, w której kolejce powinna się ustawić. Kluczowa była nie liczba oczekujących, lecz ocena ich doświadczenia w podróży. Tak jak w sklepie przegrywa ten, kto stanie za starszą kobietą wykłócającą się o cenę każdego produktu i pakującą zakupy dopiero po zapłaceniu, tak na lotnisku można stracić co najmniej kwadrans w oczekiwaniu, aż niedzielni podróżni wyjmą z bagaży podręcznych płyny i elektronikę, nie mówiąc nawet o nagminnym przechodzeniu przez bramkę bez zdjęcia paska od spodni czy z pełnymi kieszeniami.

Teraz Marlena Sochacka miała do wyboru trzy kolejki. Pierwsza odpadła w przedbiegach za sprawą grupki nastolatków o ciemniejszej karnacji. Zajęci rozmową, zupełnie nie myśleli o kontroli bezpieczeństwa, a jeden z chłopców na jej oczach chował do plecaka butelkę z wodą. W drugiej problemem mogło być małżeństwo Azjatów. Wbrew powszechnej opinii nie byli tacy znowu uporządkowani, sprawę często komplikowała też nieznajomość angielskiego. Ostatecznie jednak zdecydowała się stanąć za nimi. Trzecią kolejkę mogło bowiem opóźnić małżeństwo z małym dzieckiem. Zbyt wiele razy widziała, jak młode matki awanturowały się, że koniecznie muszą wziąć na pokład zapas pokarmu dla pociechy, choć nie miały ku temu racjonalnych argumentów. Gdyby Marlena miała tu coś do powiedzenia, zakazałaby wsiadania do samolotu z tak małymi dziećmi.

Spojrzała na zegarek. W Malezji dochodziła szesnasta, biuro w Gdańsku powinno więc już być otwarte. Przez ostatni tydzień różnice czasowe znacznie utrudniały jej pracę, dlatego większość spraw załatwiała mailowo zamiast przez telefon, a to w oczywisty sposób przekładało się na mniejszą wydajność.

Od taśmociągu, na którym należało zostawić bagaż podręczny, dzieliło ją pięć osób, wyjęła więc telefon i wybrała numer swojego asystenta.

– Cześć, szefowa. – Marek odebrał po drugim sygnale. – Już na lotnisku?

– Tak. Mam wylot za godzinę. Powiedz szybko, jak wygląda status reklamacji Rosjan.

– No właśnie miałem w tej sprawie do ciebie dzwonić. Facet znów robi problemy. Dopiero co obaliliśmy jego tezę o zamontowaniu niewłaściwych uszczelek, a już wczoraj wymyślił sobie, że chce, byśmy mu dostarczyli wszystkie instrukcje montażowe, jakby miało to jakiś wpływ na tę cholerną nieszczelność.

Westchnęła głośno. Jeszcze przed wylotem do Malezji tłumaczyła Fiodorowi, że nic nie ugra. Nieszczelność, z której powodu robił aferę, wynikała z nieprawidłowego użytkowania urządzenia, czego dowiódł wysłany na miejsce serwisant. Zamówiony przez nich sprzęt był tańszy od pozostałych modeli, bo jego komponenty nie nadawały się do pracy w wysokich temperaturach. Już na etapie zamówienia podejrzewała jednak, że pomimo zapewnień Rosjan, iż ta konkretna aparatura nie będzie narażona na trudne warunki, zamontują ją tam, gdzie całą resztę.

– I co zamierzasz? – spytała.

– Przekazałem temat Januszowi.

– Że co? – Zacisnęła mocniej palce na telefonie. Tylko niechęć do wzbudzenia zainteresowania ochrony powstrzymała ją przed podniesieniem głosu.

– No przecież on się zajmuje dokumentacją techniczną – odpowiedział Marek.

Swoje rzeczy na taśmociąg wykładali już Azjaci. Do plastikowych kuwet odłożyli telefony, tablet i dwa komputery. Dopiero na prośbę pracownika ochrony mężczyzna zdjął zegarek i pasek od spodni. Wyglądało na to, że przejdą przez kontrolę całkiem sprawnie.

– Masz jeszcze dziś zamknąć ten temat – powiedziała, układając sobie telefon między ramieniem a głową. Wolnymi dłońmi odpięła zegarek z nadgarstka i wyciągnęła laptop z torby podróżnej. – Zadzwonisz teraz do Fiodora i zaproponujesz mu dwudziestoprocentowy rabat na kolejne zamówienie, pod warunkiem że zarówno na montaż, jak i coroczny przegląd przez następne trzy lata będą zamawiać kogoś od nas. Oczywiście odpłatnie.

– Ale…

– Żadnych ale. Zadzwonię do ciebie za pięć minut, do tego czasu sprawa ma być już załatwiona. Cześć.

Uśmiechnęła się do mężczyzny w mundurze i odłożyła telefon wraz z pozostałą elektroniką do kuwety. Służby w Malezji nie były tak restrykcyjne jak w Europie czy USA, ale z przyzwyczajenia zdjęła żakiet i buty i położyła na taśmociągu.

Na sąsiednim stanowisku akurat odprawiane było młode małżeństwo. Tak jak przewidziała, celnik wyjął z ich bagażu dwie buteleczki z płynem i bez ceregieli wyrzucił do kosza na śmieci. Przyjęli to ze spokojem, ale większym problemem okazał się wózek, który nawet po złożeniu nie mieścił się w tunelu nad taśmociągiem.

Sochacka skwitowała to uśmiechem. Dawno już nie zdarzyło jej się wybrać niewłaściwej kolejki przed kontrolą bezpieczeństwa. Żałowała tylko, że nie istniała żadna reguła dotycząca wyboru miejsc w samolocie, by nie siedzieć obok rozwrzeszczanych niemowląt. Logiczne wydawało jej się, że młodzi rodzice wybiorą lokalizację blisko toalet, by w razie potrzeby szybko zareagować, ci jednak beztrosko podchodzili do kwestii komfortu podróży i w ogóle nie brali tego pod uwagę.

Przeszła przez bramkę, poczekała, aż pracownik lotniska skinie głową, by ją przepuścić, po czym włożyła buty oraz żakiet i schowała komputer. Następnie od razu wybrała numer Marka.

Tym razem odebrał po pierwszym sygnale.

– Załatwione – oznajmił z dumą.

– Dobrze. Przejdźmy więc do Norwegów. Wczoraj rozmawiałam z prezesem N-Oil i ustaliłam spotkanie. Załatw mi bilety i hotel. Przylot we wtorek, wylot w środę, też wieczorem.

Nie odpowiedział. Zgadywała, że oczekiwał gratulacji za zamknięcie sprawy z Rosjanami, ale tak naprawdę powinien się cieszyć, że nie wyciągnęła konsekwencji z jego wcześniejszego zachowania. Nie mógł zasłaniać się brakiem doświadczenia. Pracowali razem od trzech lat i miał wystarczająco dużo czasu, by poznać jej oczekiwania. Poza tym, jeśli zarabia się dziewięć tysięcy złotych miesięcznie, nie wypada wręcz „przekazywać sprawy” technikowi, tym samym zdejmując z siebie odpowiedzialność.

– Marek? – spytała, powoli tracąc cierpliwość.

– Tak, tak, jestem – odpowiedział błyskawicznie. – Sprawdzałem twój kalendarz. Dzień wcześniej masz spotkanie w Hamburgu z tym profesorem. Wyszukam połączenia.

– Tylko bez przesiadek. Za niecałą godzinę wsiadam do samolotu. Jeśli masz do mnie jeszcze jakąś sprawę, to działaj szybko.

– W zasadzie to jest jedna rzecz, ale w sumie może poczekać do twojego powrotu.

– OK. W takim razie miłego dnia. Zamówię sobie kawę i wyślę ci listę materiałów potrzebnych na spotkanie z Norwegami. Zarezerwuj też czas któremuś z serwisantów. Z N-Oil nigdy nic nie wiadomo, być może trzeba będzie podjechać do rafinerii.

– Załatwione. Spokojnej podróży.

– Dzięki. Trzymaj się.

Rozejrzała się po hali odlotów. Po tygodniu spędzonym w Malezji przywykła do panującego wszędzie zgiełku, ale widok koczujących na podłodze podróżnych wprawił ją w osłupienie. Marlena nie znała norm regulujących dozwoloną liczbę osób na metr kwadratowy na powierzchni zamkniętej, była jednak pewna, że tu przekroczono ją co najmniej dwukrotnie. Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie stali, siedzieli bądź leżeli ludzie. Niektórzy przykryci kurtkami lub śpiworami, wyglądali wręcz, jakby koczowali tu od kilku dni.

Spojrzała na tablicę odlotów. Nie rzuciły jej się w oczy długie opóźnienia ani informacje o odwołanych połączeniach. Większość z nich stanowiły krótkie loty. Singapur, Indonezja, Filipiny, Wietnam. Domyślała się, że są to lokalne tanie linie, co wyjaśniało brak troski o komfort oczekiwania na lot. Gorzej, że z tego samego terminala korzystali pozostali podróżni, którzy za bilet często płacili kilkanaście tysięcy złotych.

Ruszyła w kierunku strefy VIP, gdy zadzwonił telefon. Nigdy nie odbierała połączeń z nieznanych numerów, dlatego rozłączyła je i schowała komórkę do torebki.

***

Mężczyzna tylko dwukrotnie obejrzał się za siebie. Szedł szybko, ale nie biegł, jakby był pewien, że nikt go nie śledzi. Karolina dotrzymywała mu kroku, idąc za nim w bezpiecznej odległości. Jego wygląd i zachowanie zdradzały dużą pewność siebie, wątpiła jednak, by od razu zaryzykował zaczepienie kolejnego dziecka. Bardziej interesowało ją miejsce jego zamieszkania lub samochód, którym przyjechał. Z policją wprawdzie miała na pieńku, ale wciąż było tam kilka życzliwych osób, gotowych, by nagiąć regulamin i poszperać dla niej w bazie danych.

Z doświadczenia wiedziała, że tego typu ludzie polowali z dala od swoich domów w obawie przed wykryciem. Zazwyczaj podjeżdżali pod wcześniej wybrany plac zabaw, gdzie mamili naiwne dzieci i zaciągali do aut. Nieznajomy pokonał już jednak na piechotę dwa osiedla, nie zwalniając kroku. Jeśli planował porwać tamtego chłopca, to ciąganie go taki kawał drogi wydawało się skrajną głupotą.

– Chyba że jednak nie dał za wygraną – mruknęła do siebie, gdy mężczyzna zatrzymał się i odstawił psa na ziemię.

Kilka metrów dalej znajdował się kolejny plac zabaw. Władze Gdańska zadbały, by dzieci były tam bezpieczne. Nawierzchnia wykonana z mieszanki poliuretanu i gumy amortyzowała upadki maluchów. Kolorowa, przedstawiająca połączone fragmenty puzzli, zachęcała wręcz do bezpiecznej zabawy, nie była jednak w stanie ochronić najmłodszych przed większym niebezpieczeństwem – w postaci przyglądającego się im mężczyzny.

Karolina usiadła na ławce z boku, mając nadzieję, że nie rzuciła się w oczy nieznajomemu. Nigdy nie przykładała dużej wagi do wyglądu i niespecjalnie wyróżniała się z tłumu. Makijażu nakładała tyle co nic, nie miała też w zwyczaju układać swoich krótko obciętych włosów, ich stylizację ograniczała do wytarcia ręcznikiem. Od sukienek wolała luźne dresy, dzięki temu wyglądała jak biegaczka, która akurat zrobiła sobie przerwę w treningu.

Nieznajomy powtórzył ten sam scenariusz. Znów w roli głównej wystąpił uroczy piesek, dumnie przynoszący patyk swojemu panu. Tym razem mężczyzna nie musiał rzucać wiele razy, bo kilkuletnia dziewczynka z daleka wypatrzyła aportującego spaniela i ile sił w krótkich nóżkach podbiegła do zwierzaka.

– Ale słodki! – powiedziała, wyciągając do niego rączki.

Wyglądała na młodszą od chłopców, z którymi wcześ­niej rozmawiał mężczyzna. Jej piegowatą twarzyczkę zdobił szeroki uśmiech, pełen wiary i ufności, a zielone oczy, częściowo przykryte rudą grzywką, kipiały energią. Była ubrana w grube rajstopy, dżinsową spódniczkę i białą kurteczkę.

Piorun od razu stracił zainteresowanie patykiem, jakby specjalnie tresowano go do zabawy z dziećmi. Dawał się głaskać i czochrać, radośnie merdając ogonem.

– Chyba cię polubił – stwierdził mężczyzna. Jego twarz wciąż była pogodna, a w spojrzeniu nie było widać żadnych negatywnych emocji.

– Mama mówi, że zwierzątka wyczuwają dobrych ludzi – odpowiedziała dziewczynka, nie spuszczając wzroku z psiaka.

– I ma rację. Rozumiem, że jest gdzieś tutaj?

– Aha. – Wyprostowała plecy i wskazała palcem siedzącą przy piaskownicy kobietę.

Karolina z politowaniem spojrzała na młodą matkę pochłoniętą rozmową z koleżanką. Nawet nie zauważyła, że córeczka sama pchała się w ramiona porywacza. Raz na jakiś czas zerkała na chłopca budującego coś w piasku nieopodal, ale tylko dlatego, że ten co rusz prosił o uwagę.

– A jak masz na imię? – spytał mężczyzna.

– Paulina. Mama mówi na mnie Pola.

– Śliczne imię. Chcesz zobaczyć sztuczkę?

– Aha! – Skinęła głową z entuzjazmem.

Nieznajomy chwycił patyk i rzucił w kierunku przeciwnym do placu zabaw. Piorun nawet na niego nie spojrzał, w dalszym ciągu łasząc się do Pauliny.

– A to urwis jeden! – zganił go mężczyzna łagodnym głosem. – Tak długo go uczyłem, a on mi teraz narobił wstydu.

Dziewczynka nie zwracała na niego uwagi. Jej świat kręcił się teraz wyłącznie wokół Pioruna, który wydawał się z tego powodu bardzo zadowolony. Patrząc z boku na tę dwójkę, można było odnieść wrażenie, że znali się od lat i większość czasu poświęcali na wspólną zabawę.

– Widzę, że przypadliście sobie do gustu – skwitował mężczyzna. – Może rzucisz mu tamtym patykiem? Jak przyniesie go z powrotem, będziesz mogła dać mu jego ulubiony przysmak.

Powiedzieć, że dziewczynka zapaliła się do tego pomysłu, to jakby nic nie powiedzieć. Z energią, jaką mają tylko dzieci, popędziła w kierunku, gdzie wcześniej wylądował patyk. Piorun podniósł łebek i spojrzał na właściciela, jakby pytając, czy dobrze wywiązał się z zadania, po czym pognał za rudowłosą towarzyszką zabaw.

Karolina zacisnęła pięści. Najchętniej podeszłaby do kobiety niezainteresowanej losem córki i wygarnęła, co myśli o tak nieodpowiedzialnym zachowaniu. Nie mogła jednak spuścić małej z oczu. Po cichu wierzyła, że dziewczynka krzyknie coś do mamy, żeby ta zwróciła na nią uwagę, lub chociaż rzuci kijkiem w kierunku placu zabaw, mała jednak zupełnie straciła głowę.

– Leć, Piorun! – krzyknęła, rzucając patykiem.

Tym razem psu nie trzeba było powtarzać. Od razu wykonał polecenie i odniósł dziewczynce obślinioną zdobycz.

– Pora na nagrodę! – Paulina aż podskakiwała z radości.

– Oczywiście. – Mężczyzna sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął puste opakowanie, po czym dodał: – O kurczaki, przysmaki się skończyły. Ale dałem plamę.

Pola zrobiła smutną minę, jakby zaraz miała się rozpłakać.

– Ale obiecał pan – powiedziała z wyrzutem w głosie. – Nie wolno kłamać. Mama mówi, że od kłamania może urosnąć nos.

Wspomnienie słów matki mogło być dla niej ratunkiem, jednak mężczyzna przezornie stanął tak, by zasłaniać dziewczynce widok na plac zabaw. Karolina widziała tylko jego plecy. Wcześniej wyciągnął coś z kieszeni kurtki, więc uznała, że najwyższy czas wkroczyć do akcji.

– W samochodzie mam cały zapas przysmaków – odpowiedział nieznajomy. – W ramach przeprosin możesz dać mu całe pięć sztuk. Co ty na to?

– Sześć – odparła pewnie dziewczynka.

– Niech będzie sześć. Chodź, bo zaraz Piorun zupełnie się na mnie obrazi.

Ruszyli w stronę ulicy. Pewność siebie mężczyzny w tym wypadku podziałała na jego niekorzyść. Ani razu nie zerk­nął przez ramię i nie zauważył zbliżającej się do niego kobiety ubranej w czarne dresowe spodnie i bluzę z kapturem, wyglądającej, jakby właśnie wchodziła na ring. Wyraz jej twarzy nie pozostawiał złudzeń co do intencji. Karolina wprawdzie zaliczyła kurs samoobrony i przez kilka miesięcy uczęszczała na zajęcia z krav magi, ale od wymyślnych ciosów wolała prostszą i niezawodną technikę.

– Proszę pana! – zawołała, podchodząc do niedoszłego porywacza.

– Tak? – spytał mężczyzna, odwracając się w jej kierunku. Nie widać było po nim zdziwienia czy zdenerwowania, jakby próba porwania dziecka była dla niego czymś zupełnie normalnym.

Po chwili nie mógł już jednak ukrywać prawdziwych emocji. Zaskoczony nie zdążył zareagować, gdy kolano Karoliny uderzyło go w krocze. Poczuł żar płynący z jąder. Miał wrażenie, jakby ktoś poraził go prądem. Promieniujący ból odebrał mu dech w piersiach, piął się po kręgosłupie, ściskając go i wyżymając niczym mokry ręcznik. Mrowienie poczuł nawet w opuszkach palców.

Kobiecie to nie wystarczyło. Chwyciła zgiętego wpół mężczyznę, podstawiła mu nogę i szybkim ruchem obaliła go na ziemię. Stojąca obok dziewczynka krzyknęła przestraszona. Dopiero to zaalarmowało matkę, która z przerażeniem w oczach poderwała się z ławki i ruszyła do córeczki, zostawiwszy młodszego syna bez opieki. Jej krzyk zlewał się z płaczem dziecka i szczekaniem psa. Karolina ignorowała wszystkie te dźwięki. Tak jak mała Paulina dopiero co była skupiona na Piorunie, tak ona poświęciła całą uwagę jego właścicielowi.

Leżał skulony na ziemi, obrócony do niej plecami, więc wymierzyła mu kopniaka w nerki. Jęk zwyrodnialca podziałał na nią motywująco. Klęknęła na chodniku, po czym odwróciła mężczyznę na plecy. Teraz nie był już taki uśmiechnięty i pewny siebie. Wykrzywiony z bólu, wyglądał dokładnie tak samo jak jego poprzednicy. Żałośni zboczeńcy, którzy zamiast gnić w więzieniu, w biały dzień polowali na dzieci. Państwo z klucza powinno kastrować wszystkich podejrzanych, ale najczęściej dostawali symboliczne wyroki i skierowanie na leczenie. Skoro system nie potrafił zagwarantować dzieciom bezpieczeństwa, to ona postanowiła go wyręczyć.

– Popatrz na mnie – syknęła przez zaciśnięte zęby.

Chwyciła go za oba nadgarstki i przycisnęła mu ręce do ziemi. Pochylona, patrzyła mężczyźnie prosto w oczy. Nienawidziła go. Najchętniej na miejscu skręciłaby mu kark, ale wtedy trafiłaby do więzienia, skąd nie byłaby w stanie kontynuować swojej misji. Mogła tylko sprać zboczeńca, żeby zapamiętał ją sobie do końca życia.

– Powiedziałam: patrz na mnie! – krzyknęła, wymierzając mu kolejny cios kolanem.

Tym razem nie miał jak się osłonić. Wykorzystując ciężar ciała, przyciskała go do ziemi, a jej kolano raz za razem uderzało w krocze krzyczącego głośno mężczyzny.

– Kochanie! – doszedł ją z tyłu głos kobiety, która odciągnęła córeczkę na bok.

Mała odpowiedziała coś przez łzy, ale Karolina słyszała już tylko swoje tętno. Powoli opadała z sił. Codzienny trening na siłowni dużo dawał, ale starcie z silniejszym mężczyzną momentalnie wypruło z niej energię. Mimo to konsekwentnie uderzała w sflaczałe przyrodzenie, jakby chciała wkopać je głęboko w jamę brzuszną.

– Co pani?! – krzyknął ktoś.

Doskonale wiedziała, co zaraz się wydarzy. Ludzie, zamiast pomóc, uznają zwyrodnialca za ofiarę. Nic, tylko czekać, aż znajdzie się jakiś bohater i stanie w obronie pokrzywdzonego. Nikt nie będzie jej słuchał. Ograniczeni banałami o państwie prawa i niezawisłych sądach, źle rozumiejący etykę i moralność, staną w obronie człowieka, który dopiero co chciał porwać niewinną dziewczynkę.

Nim to się jednak stanie, miała jeszcze chwilę dla siebie.

Po kolejnym uderzeniu poczuła, że mężczyzna nie stawia już oporu. Puściła jego nadgarstki i się wyprostowała. Dopiero teraz zobaczyła mokrą plamę na spodniach nieznajomego. Pan przyjazny i opanowany najwyraźniej zlał się w gacie.

Dysząc, wstała i rzuciła mu pełne pogardy spojrzenie. Żal jej było jedynie biegającego wokół psa, który rozpaczliwie szczekał. Zwierzak w niczym nie zawinił. W jego oczach zboczeniec był wzorowym właścicielem, chodzącym na długie spacery, chętnie dającym przysmaki i pozwalającym na zabawę z dziećmi.

Karolina dostrzegła innego mężczyznę, który biegł ku niej, najwyraźniej zaalarmowany krzykiem młodej matki. Miała mniej czasu, niż zakładała.

Tak to zwykle bywa, pomyślała. Gdy trzeba ochronić bezbronne dziecko, wszyscy są zajęci swoimi sprawami, a kiedy zwyrodnialec dostaje to, na co zasłużył, obrońcy pokrzywdzonych wyrastają jak grzyby po deszczu.

Wykorzystując ostatnie sekundy, wzięła zamach i jeszcze raz z całej siły kopnęła nieprzytomnego mężczyznę w krocze. Skoro system nie potrafi zapewnić pedofilom chemicznej kastracji, to ktoś musi zagwarantować im alternatywną metodę terapii. W tym wypadku wystarczyła jedna sesja, po której wprawdzie pacjent będzie miał przez dłuższy czas problemy w toalecie, ale jego popęd do nieletnich zostanie zredukowany do zera.

Zdążyła wymierzyć jeszcze dwa kopniaki, zanim samozwańczy bohater odciągnął ją na bok. Nie stawiała oporu. Pozwoliła, by młody chłopak objął ją w pasie, choć zrobił to na tyle nieudolnie, że mogła uwolnić się jednym ruchem. Powoli zaczęły do niej docierać dźwięki z otoczenia. Dziewczynka wciąż łkała, pies ujadał, a nieodpowiedzialna matka rozmawiała z kimś przez telefon.

– On jest nieprzytomny! – krzyczała do słuchawki, najpewniej wzywając pomoc.

– Chciał porwać twoją córkę – odpowiedziała zdyszana Karolina.

Jej słowa i tak nie miały teraz żadnego znaczenia. Identyczny scenariusz przerabiała już pięć razy. Najpierw przyjedzie pogotowie, potem para policjantów, którzy dla świętego spokoju zakują ją w kajdanki i zamkną w radiowozie. Świadkowie opowiedzą o jej brutalnej napaści. Nikt nie wpadnie na pomysł, by przepytać małą Paulinę. Jej matka nie powiąże faktów, być może nawet zezna, że cały czas miała dziewczynkę na oku. Co gorsza, sama będzie w to wierzyć. Dopiero następnego dnia policja złoży jej wizytę i zada odpowiednie pytania. Zadba o to adwokat Karoliny, który po wszystkim nie skomentuje sprawy, tylko bez słowa odwiezie ją do domu.

W kieszeni poczuła wibracje telefonu.

– Mogę odebrać? – spytała spokojnym głosem, nie­pasującym do panującej wokół histerii. – Proszę mnie puś­cić. Spokojnie, nigdzie nie ucieknę.

– Ale… – Trzymający ją chłopak spojrzał niepewnie na stojącą obok kobietę, jakby oczekując od niej rady.

Karolina nie czekała na odpowiedź. Ostrożnie, by jej zachowania nie odczytano jako kolejnego ataku, odgięła kciuk chłopaka i odsunęła jego rękę. Mogłaby teraz założyć mu dźwignię na łokieć i obalić go na ziemię, poprzestała jednak na odzyskaniu swobody ruchów.

– Spokojnie – powtórzyła. – Tylko odbiorę telefon. Cały czas tu będę.

Wyjęła z kieszeni komórkę. Wyświetlone nazwisko wywołało uśmiech na jej twarzy. Zazwyczaj to ona dzwoniła do komisarza Krzysztofa Jacha z pytaniem o postępy w śledztwie lub z informacją o kolejnym podejrzanym zboczeńcu, ale tym razem to on dzwonił, i to po raz drugi. Był dla niej życzliwy, nigdy jednak nie traktował jej poważnie. Gdyby nie wyrzuty sumienia z powodu nierozwiązanej niegdyś sprawy, pewnie dawno by już ją spławił.

– Wybrał pan sobie doskonały moment – powiedziała, odebrawszy połączenie.

– Pani Kijowska, proszę natychmiast przyjechać na komendę – odpowiedział. W głosie słychać było zdenerwowanie.

– Obawiam się, że to chwilowo niemożliwe, chyba że przekaże pan swoim kolegom, by mnie tam zawieźli.

W odpowiedzi usłyszała głośne westchnienie.

– Nie chce chyba pani powiedzieć, że znowu wyręcza pani policję.

– Spontaniczna akcja.

– Dobrze, zaraz się tym zajmę. Mamy teraz ważniejszą sprawę. Chodzi o pani córkę.

***

– David Guetta? – spytała brunetka, kiedy rozległa się melodia w jego telefonie.

Spojrzał na jej uśmiechniętą buzię. Dziewczyna była teraz dla niego niczym zakazany owoc, o którym mógł co najwyżej pofantazjować wieczorem. Koniec przypadkowych znajomości. Koniec zarywanych nocek. Teraz czekały go tylko pieluchy, płacz i obowiązki.

– This One’s For You – odparł, zamiast wstać i wyjść na ulicę, jak podpowiadał mu zdrowy rozsądek.

– Czyli jednak umiesz mówić? – zaśmiała się. – Już się bałam, że jesteś tylko przystojny.

Klepnęła koleżankę w udo i wstała od baru. Była niższa, niż zakładał. W butach na obcasach sięgała mu najwyżej do brody. Nie potrafił powstrzymać uśmiechu, gdy dostrzegł zawiedzioną minę barmana, który wciąż męczył się z drinkiem. Zawsze tak było. Inni starali się, kombinowali, prawili dziewczynom komplementy i bajerowali je na wszystkie możliwe sposoby, a jemu wystarczyło, że się uśmiechnął, spojrzał zalotnie i laski jadły mu z ręki.

– Anka jestem – powiedziała, zajmując miejsce obok niego. – Nie reaguj na głupie miny Izki.

– Arek – odparł. – Widzę, że dobrze się bawicie.

– Nie narzekamy. A ty? Coś taki markotny? Ukochana cię rzuciła?

– Wręcz przeciwnie.

Spojrzał na pusty kieliszek. Zdawał sobie sprawę, że jeśli wypije więcej, powiększy debet na karcie, a na dodatek straci nad sobą panowanie i zacznie flirtować ze śliczną studentką, zamiast zachować się jak na mężczyznę przystało i wrócić do Moniki.

– To znaczy? – dopytywała. – Rzuciłeś ją i męczą cię wyrzuty sumienia?

– Będę ojcem – odpowiedział, tym samym przekreślając swoje szanse na odreagowanie stresu. – Dowiedziałem się dwie godziny temu.

Dziewczyna pokiwała głową.

– Po twojej minie wnioskuję, że tego nie planowaliście?

– Delikatnie mówiąc.

Wbrew wcześniejszemu postanowieniu wskazał barmanowi pusty kieliszek. Ten akurat kończył przygotowywanie dwóch drinków. Nie bez powodu napój blondynki przyozdobił świeżym ananasem i kandyzowaną wisienką, a brzegi szklanki oszronił kryształkami cukru. Drink pierwotnie miał trafić do Anny, ale teraz barman przekierował swoje uczucia do drugiej z dziewczyn.

– To nie koniec świata – odparła brunetka, odchylając seksownie głowę.

Arek nie wierzył własnym oczom. Spodziewał się rozczarowania w jej oczach albo krótkiego wykładu o tym, że zamiast pić wódkę w barze, powinien trwać przy swojej dziewczynie, tymczasem Anki zupełnie to nie obeszło.

– Sorry, ale nie jestem dzisiaj dobrym towarzyszem do rozmów – powiedział, ponaglając wzrokiem barmana. – Chcę się napić, przemyśleć kilka spraw i podsumować swoje życie. Sama słyszysz, jak to brzmi. Twoja koleżanka lepiej wybrała.

Oboje spojrzeli na flirtującą z barmanem Izkę. Mężczyzna pochylał się nad barem, gdy szeptała mu coś na ucho. Arek zbyt wiele razy widział podobne sceny, by robiły na nim wrażenie. Darmowe drinki, słodkie słówka, wzajemne uśmiechy, a wszystko po to, by na szybko zaliczyć panienkę na zapleczu. Jeszcze wczoraj kibicowałby barmanowi, ale teraz wydawało mu się to puste i żałosne.

– Chyba nie doczekam się swojego drinka – stwierdziła Anka.

– Było się do mnie nie dosiadać, miałabyś teraz otwarty bar.

– Jakoś nie żałuję. Od początku koleś wpadł w oko Izce, nie zamierzałam z nią konkurować. Wolę spokojniejszych facetów. Powiedz mi lepiej, czym się zajmujesz, kiedy nie zalewasz smutków w barze.

– Studiuję informatykę. Drugi rok. Wiem, nie wyglądam na typowego programistę. Zawsze to słyszę.

– A twoja dziewczyna? Studiujecie razem?

Mógłby po prostu zaprzeczyć, ale pytanie Anki coś mu uświadomiło. Monika studiowała psychologię – jego zdaniem kolejny kierunek bez przyszłości. Sęk w tym, że nigdy nie myślał o niej jak o swojej dziewczynie. Owszem, lubił spędzać z nią czas, mieli sporo wspólnych tematów, ale nigdy nie było mowy o byciu razem. Nie planowali wspólnych wakacji, nie chodzili za rączkę po parku. Znali się zaledwie od siedmiu miesięcy.

Pstryknął palcami, by przywołać barmana. Nigdy nie wykonywał tego gestu, uważał, że jest prostacki i obraża pracowników obsługi, ale nie mógł dłużej czekać na wódkę. Pal sześć debet. Udzieli kilku korepetycji więcej i wyjdzie na prostą. Musiał się napić.

– Kolego! – zawołał zniecierpliwiony. – Mam cię wyręczyć? Pani czeka na drinka, a ja mam pusty kieliszek.

Mężczyzna spojrzał na niego z drwiącym uśmiechem. Siedząca po przeciwnej stronie baru blondynka szepnęła mu coś na ucho. Jego twarz mogłaby posłużyć za wzorzec do opisania w pracy naukowej o negatywnych emocjach okazywanych przez uśmiech – od drwiny przez lubieżne myśli po wyniosłość.

– Klientom awanturującym się alkoholu nie sprzedajemy – odpowiedział. – Masz minutę, żeby uregulować rachunek i opuścić lokal, w przeciwnym razie wezwę ochronę.

Arek parsknął.

– Nie przesadzasz? Fakt, że trafiła ci się brzydsza i głupsza dziewczyna, nie znaczy, że od razu musisz być chamski.

Zauważył uśmiech na twarzy Anki – przeciwieństwo sygnałów wysyłanych przez hipsterskiego barmana. Był łagodny i pozytywny. Nawet jeśli Arkowi przeszło przez myśl, by wyrzucić z siebie nadmiar negatywnej energii, to ten uśmiech zupełnie go uspokoił.

Wyjął z portfela pięćdziesięciozłotowy banknot i nonszalancko rzucił na blat.

– Miło było poznać – powiedział do Anki, wstając od baru. – Szkoda, że w takich okolicznościach.

– Ja też wychodzę – odpowiedziała. – Może się gdzieś przejdziemy, co? Wieczór jest ciepły, godzina młoda. Aż żal wracać do domu.

Z tym ostatnim zgadzał się w stu procentach. W mieszkaniu czekali na niego wiecznie pijany, awanturujący się ojciec i jeszcze bardziej pijana matka. Z doświadczenia wiedział, że powrót przed północą doprowadzi do kolejnej kłótni. Wolał poczekać, aż oboje pogrążą się w alkoholowym śnie.

– Uwierz mi, naprawdę nie jestem dzisiaj dobrym partnerem do rozmowy – stwierdził.

– Może ja będę mówić, a ty słuchać. Taka miła odmiana. Zazwyczaj to faceci nieustannie gadają o sobie.

– W takim razie zapraszam. – Wzruszył ramionami.

Wyszli na ulicę Długą. W innej sytuacji opowiedziałby dziewczynie o otaczających ich kamienicach – surowych, pozbawionych krzykliwych zdobień, lecz z dostrzegalnymi dla wprawnego oka ornamentami, płaskorzeźbami i sterczynami. Jego ulubiona, zbudowana pod koniec dziewiętnastego wieku, była zdobiona mocno już zaniedbanymi kolumnami doryckimi, a na szczycie wieńczyła ją rzeźba główki dziecka.

Początkowo czytał o bydgoskich zabytkach, żeby móc zaimponować podrywanym dziewczynom, szybko jednak złapał bakcyla i zaczął robić to również dla własnej przyjemności. Oczywiście wciąż wykorzystywał zdobytą wiedzę, by grać romantyka i dzięki temu zaciągać dziewczyny do łóżka. Tak właśnie poderwał Monikę. Ładna buźka, całkiem znośna gadka, ciekawy kierunek studiów sugerujący ambicję i pracowitość, a do tego nietypowe zainteresowania i umiejętność opowiadania o nich – jednym słowem ideał wyróżniający się na tle gadających wyłącznie o sporcie rówieśników.

– Więc będziesz tatusiem – powiedziała Anka po kilku minutach spaceru w ciszy. – Boisz się?

– I to jak.

– Moja koleżanka zaciążyła w klasie maturalnej. Też początkowo robiła z tego tragedię, ale teraz sprawia wrażenie szczęśliwej. Wiadomo, nie może chodzić z nami na miasto, ale coraz częściej słyszę od znajomych, że trochę jej zazdroszczą.

– Niby czego? Zmarnowanego życia czy rozstępów?

Zaśmiała się. W białym płaszczyku do kolan wyglądała lepiej niż w klubie. Krótka spódniczka też miała swój urok, ale skoro ciało było zakryte, to większą uwagę zwracał teraz na twarz dziewczyny. A było na co zwracać uwagę. Prócz słodkiego uśmiechu, o którego mocy zdążył już się przekonać, miała apetycznie zarysowane kości policzkowe, a brunatne oczy zdradzały inteligencję.

– Przesadzasz – odparła.

– Łatwo ci mówić. Nie zrozum mnie źle, nie jestem skończonym dupkiem, ale po prostu życie na pieluchach nie jest dla mnie. My z Moniką nawet nie jesteśmy parą.

– To usuńcie – odpowiedziała zupełnie naturalnie, jakby mówiła o rozwiązywaniu sznurowadła.

– Udam, że tego nie słyszałem.

Zbliżali się do Wyspy Młyńskiej – ulubionego miejsca Arka, po którym oprowadzał wieczorową porą dziesiątki dziewczyn. Było tam wszystko, czego podrywacz potrzebował. Szum rzeki, dużo zieleni, bulwary, kaskady, a także – lub przede wszystkim – bydgoska Wenecja. O ile kamienice przy Długiej przemawiały do niego surowym klimatem, o tyle pierzeja, wyrastająca niemalże wprost z wody, chwytała go za serce.

– Dlaczego? – spytała Anna. – Przecież nie chcesz tego dziecka. Może jeszcze ożenisz się z dziewczyną, której nie kochasz? Wiesz, jak kończą się takie związki?

– To jest zwykłe morderstwo. – Zatrzymał się. Żałował, że przystał na propozycję wspólnego spaceru. Wolałby sam włóczyć się po okolicy, słuchać szumu wody i pozbierać myśli. Mimo to nie potrafił tak po prostu przegonić Anki.

– Głupoty gadasz – odpowiedziała. – Gdybym to ja zaciążyła, od razu bym usunęła. Wolałabym to niż wychowanie dziecka, którego nie chcę. Ono by to czuło.

– Zawsze można oddać do adopcji.

– Jeszcze czego. Żeby trafiło do jakichś zwyroli? Według mnie to kwestia odpowiedzialności.

– Nic nie rozumiesz… – Urwał, gdy zadzwonił jego telefon. Wyciągnął komórkę i spojrzał na wyświetlacz, na którym widniał ten sam nieznany mu numer co poprzednio.

– Nie odbierzesz? – spytała.

Wzruszył ramionami.

– Jest po dziesiątej, więc zapewne ktoś chce wyciągnąć mnie na imprezę.

– Albo twoja dziewczyna dzwoni z innego numeru, żebyś łaskawie odebrał. A może to przyszła teściowa?

– Tym bardziej wolę nie ryzykować. Nie mam ochoty na rozmowę. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to odprowadzę cię na postój taksówek albo do jakiegoś klubu.

– Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. – Chwyciła go pod ramię i ruszyła przed siebie.

Nie zaprotestował. Sam nie wiedział dlaczego. Nie chodziło o jej urodę, mimo że była zniewalająca. Choć nie zgadzał się z Anką na temat aborcji, to czuł się przy niej dobrze. Po raz pierwszy w trakcie wieczornego spaceru z nowo poznaną dziewczyną nie musiał bajerować i opowiadać o zabytkowych kamienicach w nadziei na romantyczne zakończenie wieczoru.

– Wiesz, że nigdy nie byłam w operze? – powiedziała, gdy między drzewami dostrzegli jej budynek.

Po zmierzchu oświetlony gmach zachwycał. Swego czasu był dla Arka ostatnią deską ratunku. Jeśli bydgoska Wenecja nie robiła wrażenia na dziewczynach, zabierał je na mostek Jana Kiepury, skąd opera wyglądała najdostojniej, a chłód bijący od Brdy dawał nadzieję na przytulenie opornej piękności.

– Mnie się raz zdarzyło, jeszcze w liceum – odparł. – Chodziło o jakiś koncert charytatywny czy coś takiego. Nie polecam, straszne nudy.

– I tak pójdę. Wszystkiego w życiu trzeba spróbować. Chciałabym też skoczyć na spadochronie. Bungee już zaliczyłam. A ty? Masz coś takiego, co chciałbyś zrobić?

– Zniknąć? Zapaść się pod ziemię? Wyjechać na koniec świata i zająć się hodowlą owiec?

– A poważnie?

– Nie wiem, nigdy o tym nie myślałem. Szczerze mówiąc, to średnio mam czas na jakieś ekstremalne rozrywki. Może nie wyglądam na takiego, ale naprawdę przykładam się do nauki. W wakacje spróbuję załapać się na staż jako młodszy programista i mam nadzieję, że w trzy miesiące udowodnię swoją wartość. Wtedy myk, na pełen etat, studia dokończę w trybie niestacjonarnym i wyrwę się z tego bagna. Mam już dość udzielania korepetycji. Niby spoko kasa, ale ludzie są skończonymi idiotami.

Kończąc zdanie, zdał sobie sprawę, jak szybko otworzył się przed praktycznie obcą dziewczyną. Powinien skończyć odpowiedź na „nigdy o tym nie myślałem” albo rzucić jakimś banałem w stylu wycieczka samochodem po USA. Z jakiegoś powodu chciał być jednak z nią szczery.

– Brzmi dobrze. – Kiwnęła głową. – Ja nie mam tak sprecyzowanych planów. Zastanawiam się nad przerwaniem nauki.

– Dlaczego? Tak w ogóle to co studiujesz?

– Dziennikarstwo.

– Ha, byłem blisko. – Uśmiechnął się do własnych myśli. Szybko jednak zrzedła mu mina, kiedy – jak na przyszłą reporterkę przystało – obrzuciła go badawczym spojrzeniem. Nie chciał długo patrzeć jej w oczy. Nie z powodu strachu, po prostu znał siebie i wiedział, że w każdej chwili może mu przyjść do głowy głupia myśl, by zwykłą rozmowę przeistoczyć we flirt.

– Jak cię zobaczyłem w pubie, to pomyślałem, że wyglądasz na humanistkę – odpowiedział na niewypowiedziane pytanie, uciekając wzrokiem w stronę rzeki.

– To coś złego? – Zmarszczyła brwi.

– Nie. Chodzi o to, że jesteś ładna. Zapraszam na moją uczelnię, to przekonasz się na własne oczy, że niewiele tam atrakcyjnych dziewczyn.

Nieświadomie przyspieszył kroku. Czuł się dziwnie zakłopotany, jakby wrócił do czasów liceum, gdy za punkt honoru postawił sobie poderwanie studentki. Dwie pierwsze próby zakończyły się spektakularnymi wpadkami, ale nie dał za wygraną i w efekcie spędził gorącą noc w akademiku Akademii Medycznej. Od tamtej pory wpadał tam regularnie, niekoniecznie do tych samych studentek.

– Wybrnąłeś – odpowiedziała po chwili. – Tak czy siak potrzebuję przerwy. Mój ojciec mówi, że to fanaberia, ale on jest za stary, żeby to zrozumieć. Na zajęciach brakuje mi praktyki. Owszem, analizujemy fajne teksty, czasem odwiedzamy redakcję gazety czy telewizji regionalnej, ale to wszystko jest takie powolne. Ja potrzebuję akcji. Chcę gdzieś wyjechać, poznać życie, innych ludzi, ich zwyczaje, kłopoty i radości.

– Czyli kręci cię reportaż? Coś w stylu Martyny Wojciechowskiej?

– Raczej Waldemara Milewicza.

– Chcesz jechać na wojnę?

Wzruszyła ramionami. Zamierzał dopytać o szczegóły, ale znów zadzwonił jego telefon.

– Może to coś ważnego? – spytała.

– Wątpię.

– To już wiem, że nie powinnam brać twojego numeru, bo i tak nie odbierzesz.

Arek wyjął komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Ktokolwiek próbował się z nim skontaktować, robił to z numeru stacjonarnego. Poprzedzał go kierunkowy pięćdziesiąt osiem, nic mu to nie mówiło.

– Pewnie jakiś telemarketer – uznał, po czym schował telefon z powrotem do kieszeni.

– O tej porze?

– Mniejsza o to. Mówiłaś, że chcesz jechać na wojnę.

– Nie przekręcaj moich słów. – Lekko zmarszczyła czoło, co dodało jej powagi. – Miałam na myśli tylko to, że bardziej niż egzotyczne podróże interesują mnie problemy ludzi. Równie dobrze mogę napisać coś o Bydgoszczy.

– Przecież tu nic się nie dzieje.

– Jesteś w błędzie. – Uśmiechnęła się. – Nawet twoja historia jest warta opowiedzenia. Po co szukać wyimaginowanych problemów, skoro prawdziwe są na wyciągnięcie ręki? Chcę pisać o emocjach, o sprawach nieoczywistych. Ktoś mógłby powiedzieć, że jesteś zwykłym dzieciakiem, który będzie musiał błyskawicznie wydorośleć – w sumie historia stara jak świat – ja jednak pokazałabym to z drugiej strony. W imię czego masz poświęcać swoje życie, swoje plany, marzenia? Rodzicielstwo ma być czymś wspaniałym, a nie katorgą i serią wyrzeczeń.

– Jeśli chcesz pisać o mnie, to mam ciekawszy temat. Chyba że nie interesuje cię dziennikarstwo śledcze.

Sam nie wierzył, że to powiedział. Od trzech lat z nikim o tym nie rozmawiał. Nawet Monikę zbył kilkoma suchymi faktami, które cztery lata wcześniej trafiły do mediów. Nigdy nie mówił o towarzyszących mu emocjach, o tym, jak został sam, gdy wszystkim naokoło znudził się temat jego rodziny. O tym, jak zżerany wyrzutami sumienia przez pół roku dzień w dzień upijał się do nieprzytomności i niemal podzielił los swoich rodziców.

– Zamieniam się w słuch – odpowiedziała.

Prychnął.

– To tak nie działa. Dziennikarz chyba powinien podejść rozmówcę, a nie niczym ksiądz na spowiedzi oczekiwać wyznań.

– Dobrze, przyjmuję wyzwanie. – Wyskoczyła do przodu i zaszła mu drogę. Uśmiechnięta, udała, że jej dłoń jest mikrofonem, i przystawiła ją sobie do ust. – W takim razie powiedz mi, kim jest ten nietuzinkowy student informatyki, przyszły ojciec i piekielnie przystojny facet? – Wyciąg­nęła dłoń w jego kierunku.

– Piekielnie przystojny, powiadasz? – rzucił, patrząc jej prosto w oczy.

– Laski lecą na tę pewność siebie w spojrzeniu, co? Do tego szarmancki uśmiech, fajna fryzura, no i najważniejsze – skrywana głęboko tajemnica.

– Nie musisz brać mnie pod włos. Wygoogluj sobie Pawła Pietrzaka, a poznasz moją tajemnicę.

Skończywszy zdanie, ponownie usłyszał dzwonek telefonu. Zirytowany wyciągnął komórkę.

– Znów ten sam numer – stwierdził, spoglądając na wyświetlacz.

– To odbierz. Telemarketerzy raczej nie są tacy zdeterminowani.

– Jeśli to Monika, to stawiasz mi kolejkę – odparł, po czym wcisnął na telefonie zieloną słuchawkę i powiedział: – Tak, słucham?

Początkowo usłyszał jedynie ciche szmery w tle, jakby ktoś omyłkowo wybrał jego numer, trzymając telefon w kieszeni. Szybko jednak zdał sobie sprawę z absurdalności tej myśli, w końcu dzwoniono do niego z numeru stacjonarnego.

– Halo?! – powiedział głośniej, gotowy się rozłączyć.

– Panie komisarzu! – usłyszał wreszcie. – Pietrzak odebrał!

Arek nie wiedział, co odpowiedzieć. Spodziewał się usłyszeć pretensje ze strony Moniki albo jeszcze większe pretensje ze strony jej matki, podczas gdy zupełnie obca kobieta krzyczała mu do ucha coś o komisarzu.

– Jeśli to głupi żart… – zaczął.

– Dobry wieczór, komisarz Krzysztof Jach, Komenda Wojewódzka Policji w Gdańsku. Przepraszam za późną porę, ale od kilku godzin próbujemy skontaktować się z kimś z rodziny – usłyszał tym razem męski głos.

– W Gdańsku? – powtórzył Arek zdziwiony. Spojrzał na Ankę, ale ta była wpatrzona w ekran swojego telefonu. Na jej twarzy zauważył skupienie, co utwierdziło go w przekonaniu, że w przyszłości będzie z niej dobra dziennikarka.

– Tak – potwierdził mężczyzna. – Nie dzwoniłbym, gdyby sprawa nie była pilna. Chcemy mieć pewność, nim media zwęszą temat. Chodzi o pana młodszego brata.

***

Ledwo odłożyła telefon, a ten znów zadzwonił. Wyświetlone nazwisko Arnaud Benoit nie wywołało uśmiechu na jej twarzy. Nie to, że go nie lubiła. Uważała, że jest całkiem sympatyczny, a nawet – w odróżnieniu od większości Francuzów – kompetentny i pracowity. Sęk w tym, że wątpiła, by czyjekolwiek nazwisko było w stanie wprawić ją teraz w dobry humor.

– Hello, Arnaud – przywitała się, odebrawszy połączenie.

– Witaj, Marlene – odpowiedział po angielsku, z wyraźnie słyszalnym francuskim akcentem. – Jak się masz?

– Dobrze, dziękuję. A ty? Jak tam twoje biodro?

– Lepiej, lepiej, dziękuję. Lekarz każe mi dużo się ruszać, ale sama wiesz, jak to jest. Samolot – hotel, hotel – samolot. Ciężko znaleźć czas na długie spacery.

– Odpoczniemy na emeryturze. Jak ci mogę pomóc? – W jej głosie słychać było energię. W stosunku do klientów zawsze była cierpliwa i uśmiechnięta. Tak właśnie rozumiała profesjonalizm. Nieważne, że głupi Chińczyk nie rozumie, czym są strefy czasowe, i dzwoni do ciebie o trzeciej w nocy. I tak musisz powitać go radosnym Ní hǎo i spytać o samopoczucie.

– Strasznie tam u ciebie głośno – odpowiedział. – Może zadzwonię później?

– Wybrałeś idealny moment. Jestem na lotnisku w Kuala Lumpur. Zadzwoniłbyś godzinę później i trafiłbyś na pocztę głosową.

– A, to rzeczywiście mam szczęście. Nie pytam, czy to wyjazd prywatny, czy służbowy. Prywatne w naszej branży praktycznie nie istnieją. Kiedyś, jak byłem znacznie młodszy, kombinowałem, żeby przedłużać podróże służbowe o dwa dni i przy okazji zwiedzić okolicę. Dziś nawet nie chce mi się wyściubiać nosa z hotelu.

„Do rzeczy, Arnaud” – ponagliła go w myślach, słuchając wywodu.

Ostrożnie stąpając, by nikogo nie nadepnąć, doszła do strefy VIP. Z ulgą przyjęła widok kilku pustych stolików. Nie potrzebowała wiele. Wystarczyło jej miejsce na laptop, ciepła kawa, działające wi-fi i względna cisza. O tę ostatnią było coraz trudniej. Jak rosnąca liczba samochodów na ulicach nie przekładała się na większą liczbę pasów jezdni i ogarniający to wszystko system świateł, tak lotniska jakby nie zauważały coraz większego tłoku i nie rozbudowywały hal odlotów. A jeśli dodać do tego wzmożone kontrole bezpieczeństwa w USA i Europie, podróże służbowe stawały się dla niej coraz bardziej frustrujące.

Uśmiechnęła się do kobiety stojącej za ladą i podała bilet. Drugi raz tego dnia użyła wewnętrznego skanera, tym razem aby znaleźć najlepszy z możliwych stolików. Nie miała dużego wyboru. Większość wolnych miejsc znajdowała się blisko baru, co z miejsca je wykluczało. W grę nie wchodził również długi stół mający tyle wspólnego ze strefą VIP, co leżące na nim gąbczaste kanapki, których nie zaserwowałaby największemu wrogowi.

Zdawała sobie sprawę, że momentami przesadza, że w oczach innych ludzi uchodzi za snobkę, ale jeśli ktoś większość czasu spędza na walizkach, zaczyna przywiązywać wagę do detali, przez które podróż może stać się jeszcze bardziej wyczerpująca.

– A tu cię zdziwię, Arnaud – powiedziała, odbierając swój bilet. – Ja nawet dwa razy poszłam na spacer po plaży. Co prawda nie miałam odwagi, by spróbować ulicznego jedzenia, ale i tak skosztowałam kilku lokalnych potraw w hotelowej restauracji.

– W hotelu to się nie liczy – odpowiedział rozbawiony. – Nie chcę ci zabierać za dużo czasu, więc przejdę do konkretów.

„Wreszcie!” – skomentowała w myślach.

Wybrała narożny stolik. Wprawdzie znajdowały się na nim puste filiżanki i niedojedzona kanapka, ale lepsze to niż miejsce obok grubego Amerykanina śmiejącego się do telefonu czy dwóch rozmawiających zbyt głośno Niemek.

– To w zasadzie bardziej sprawa do ciebie niż do twojej firmy.

– Intrygujesz mnie. Zamieniam się w słuch.

– Wiesz, jak to jest z klientami. Nie wszyscy są tacy fajni jak my. – Zaśmiał się z własnego żartu. Sochackiej wcale nie było jednak do śmiechu. Zapowiadał się kolejny przydługawy monolog. – Chodzi o to, że cisną nas o kolejne certyfikaty bezpieczeństwa. Do niczego nie jest to potrzebne, ale pan audytor uparł się, że jak nie zdobędziemy atestu, to nie podpiszą z nami umowy.

– Biurokracja. Wy też tego od nas wymagacie.

– Gdyby to ode mnie zależało, nie tracilibyśmy pieniędzy na takie głupoty. Ale co ja mam do gadania? Widzisz, chodzi o to, że potrzebujemy fachowca, który poukłada nam istniejące procedury, żeby zadowolić upierdliwych klientów. W papierach mamy porządek, więc nie powinno kosztować cię to dużo pracy, a na stole leży całkiem pokaźna sumka.

„Zapewne chciałbyś, żebym się nią z tobą podzieliła” – odpowiedziała w myślach.

– Przepraszam, Arnaud, ale to nie wchodzi w grę – skomentowała na głos, starając się go nie urazić. – Doceniam propozycję, ale zwyczajnie nie mam czasu. Mogę ci polecić kilku specjalistów. Z pewnością przystaną na twoją ofertę.

– Jesteś tego pewna? Nawet nie powiedziałem, jaki mamy budżet.

– Tak, jestem pewna. Doceniam propozycję. Gdybym tylko mogła, z chęcią bym ją przyjęła.

– Hmm, no cóż. – W jego głosie słyszała rozczarowanie. – Przemyśl to jeszcze. Szkoda rezygnować z naprawdę dobrej oferty. Odezwę się do ciebie w poniedziałek. Przyjemnego lotu!

– Dzięki. Pa.

Z ulgą odłożyła telefon.

Do stolika podeszła drobna Azjatka w zielonym fartuchu roboczym i sprzątnęła śmieci po poprzednim podróżnym. Kobieta unikała wzroku Marleny. Przygarbiona, ustawiła się do niej bokiem, jakby chciała ukryć twarz. Latając po świecie, Sochacka widziała dziesiątki tak reagujących na nią kobiet. Zdążyła już przywyknąć, że wywoływała silne emocje. Wzbudzała podziw, zazdrość lub wstyd, jak zapewne było w tym wypadku. Początkowo próbowała o tym rozmawiać, tłumaczyć, że tak naprawdę niczym się od nich nie różni; że wystarczy zebrać się w sobie, określić priorytety i zdecydowanie wejść w męski świat, zamiast tkwić w wyznaczonym przez samców miejscu i zbierać po nich resztki. Szybko jednak zrozumiała, że to nie ma sensu. I tak nikt jej nie wierzył. Na widok kobiety sukcesu w eleganckiej garsonce, wydającej polecenia mężczyznom, na ogół myślano, że odziedziczyła firmę po ojcu albo wspięła się po szczeblach kariery, klękając przed wpływowymi przełożonymi płci męskiej.

Uważała, że wszystkiemu winna była niska samoocena kobiet. Sama siedem lat temu była zaledwie specjalistką do spraw sprzedaży i zarabiała połowę tego, co mężczyźni na takich samych stanowiskach. Nikomu nie życzyła podobnej motywacji do działania, jaką miała ona, ale nie mogła zaprzeczyć, że to traumatyczne przeżycia popchnęły ją do przodu.

Nigdy nie zapomni dnia, kiedy wyrwano jej serce. To było jak wyrok śmierci. Wyszła do pracy jako szczęśliwa matka na etacie gwarantującym godne życie i wspaniałe perspektywy na przyszłość, lecz w kilka godzin jej świat runął w przepaść.

Od złych wspomnień odciągnął ją dzwonek telefonu. Marek.

– Zaraz ci wszystko wyślę – powiedziała, odebrawszy połączenie. – Od kiedy to jesteś taki niecierpliwy?

– Nie o to chodzi, szefowo. Rosjanie zmienili zdanie. Upierają się przy swoim. Chcą wszystkich instrukcji montażowych.

– Powiedz im, że są w języku polskim i jeśli tak im zależy, to muszą opłacić tłumaczy.

– Tylko że Fiodor nie chce już ze mną rozmawiać. Prosił o telefon od ciebie.

– Marek… – Zagryzła wargę, powstrzymując się od podniesienia głosu. W zasadzie nie potrzebowała już kawy. Niekompetentny asystent do spółki z chciwymi Rosjanami wystarczająco podnieśli jej ciśnienie. Być może to skutek zawstydzonej sprzątaczki i wspomnień, które przywołała, ale Marlena postanowiła nie wyręczać pracownika. Niech zapracuje na swoją pensję, niech udowodni, że nie powinna zacząć szukać na jego miejsce rezolutnej kobiety, która będzie potrafiła przejąć inicjatywę, zamiast ciągle zawracać głowę przełożonej.

– Załatw to – dodała.

– Ale szefowo…

– Żadnych „ale”. Tyle razy mówiłeś mi o swoich ambicjach, więc pokaż, że coś potrafisz. Muszę kończyć, cześć.

Nigdy tego nie robiła, ale potrzebowała chwili dla siebie, więc wyłączyła telefon. Żadnych rozmów z klientami, żadnych negocjacji, żadnego użerania się z podwładnymi. Świat się nie zawali, jeśli ona zrobi sobie krótką przerwę.

Już od dawna nie piła kawy z taką przyjemnością. Nie była to zasługa ekspresu czy wysokiej jakości ziaren. Sochacka nie miała złudzeń, że nawet rozpuszczalna lura smakowałaby tego dnia niczym słynna kopi luwak – rarytas dla kawoszy, wytwarzana z nadtrawionych owoców kawowca zbieranych z odchodów zwierząt – miała okazję raz jej skosztować.

Pochłonięta rozmyślaniami, o mały włos a spóźniłaby się na samolot. Nietypowa dla niej beztroska wprawiła ją w jeszcze bardziej nietypowy dla niej dobry humor. Wiedziała, że ten stan nie będzie trwał wiecznie, dlatego pozostawiła telefon wyłączony, by nie psuć sobie nastroju liczbą pozostawionych na poczcie głosowej wiadomości. Co więcej, postanowiła, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów, zamiast pracować w trakcie lotu, zamówi sobie drinka, obejrzy film lub dwa, a potem spróbuje się zdrzemnąć.

Humoru nie popsuła jej nawet kolejka przed bramką do samolotu. Jako podróżującej klasą biznes przysługiwało jej pierwszeństwo wejścia na pokład, ale przegapiła swój moment. W innych okolicznościach i tak podeszłaby do pracownicy linii lotniczych, by wymusić wpuszczenie przed resztą pasażerów, lecz tym razem nie przeszkadzało jej oczekiwanie. Nie zamierzała spieszyć się do samolotu, w którym miała spędzić najbliższe dwanaście godzin.

Przez ostatnie siedem lat zdążyła już zapomnieć, jak to jest żyć bez ciągłego pośpiechu. Owszem, po wylądowaniu w Warszawie czekało ją nudne spotkanie z potencjalnym dostawcą, a niedługo potem, po zaledwie dwóch dniach spędzonych w domu, znów wylot, ale teraz w ogóle o tym nie myślała. Można by odnieść wrażenie, że Marlena nie lubi swojej pracy, lecz to nieprawda. Nie zamieniłaby jej na żadną inną. Początkowo traktowała ją jak lekarstwo na depresję: zarywała noce, byle tylko nie myśleć o tym, co utraciła. Szybko jednak nowy rytm zaczął na nią działać jak narkotyk. A gdy pierwszy raz zasmakowała władzy i zwolniła cały oddział firmy we Wrocławiu, poczuła, że chce więcej. Lubiła mieć wpływ na otaczający świat. Czuć, że jej zdanie jest ważne, że sama określa swoje priorytety. I choć czasem musiała użerać się z głupimi klientami, szukającymi oszczędności w niewłaściwych miejscach, to po dwóch dniach odcięcia od pracy zaczęłaby wariować. Nawet w trakcie sporadycznych urlopów nie była w stanie powstrzymać się od czytania maili i wykonywania telefonów.

Odprawa przebiegła bez większych problemów. Tylko jeden pasażer zajął trzy razy więcej czasu, niż powinien, bo nie mógł znaleźć paszportu, pozostali natomiast sprawnie przeszli do autokaru czekającego na płycie lotniska. Na zewnątrz było słonecznie, a delikatne podmuchy wiatru łagodziły odczucie gorąca. W takich warunkach aż przyjemnie było przepuszczać wszystkich przodem, by gnieździli się w korytarzu samolotu w oczekiwaniu, aż pozostali poupychają w schowkach swoje bagaże podręczne.

Dobry humor Marleny został poddany pierwszej próbie po wejściu na pokład. Nie chodziło nawet o gwar rozmów czy nieprzyjemną woń. Od hałasu mogła odciąć się stoperami lub słuchawkami, a nadmuch powietrza włączany po starcie zazwyczaj radził sobie z zaduchem powstałym w trakcie zajmowania miejsc przez pasażerów. Niestety, nie mogła tak łatwo pozbyć się siedzącej tuż za nią młodej matki, trzymającej na kolanach małe dziecko.

Od dzieci kopiących fotel gorsze są tylko dzieci siedzące obok i wiercące się przez cały lot, pomyślała, rozglądając się po pozostałych miejscach. Jak na złość, wszystkie były zajęte. Nie została jednak dyrektorem międzynarodowego koncernu z siedzibami na wszystkich kontynentach – poza Antarktydą – żeby godzić się na niekorzystne warunki. Marlena ponownie włączyła swój nieomylny skaner i wybrała odpowiednie miejsce oraz – co ważniejsze – odpowiedniego kandydata, który nie powinien robić problemu ze zmianą miejsca.

– Przepraszam. – Położyła dłoń na ramieniu mężczyzny siedzącego po drugiej stronie korytarza. Delikatny gest miał na celu przełamanie bariery i stworzenie iluzji intymności. – Mówi pan po angielsku?

– Oczywiście – odpowiedział. – Coś się stało?

Wyglądał na Malezyjczyka, lecz nie słyszała u niego lokalnego akcentu. Mówił raczej jak mieszkaniec Europy Wschodniej. Wprawdzie nie uśmiechnął się, lecz sprawiał wrażenie sympatycznego i pomocnego. Przypominał typowego przedstawiciela klasy średniej – zbyt mało zdecydowanego, by zrobić większą karierę. Jego lniana koszula była lekko przepocona i przylegała do ciała.

– Widzi pan, wczoraj mocno uderzyłam się w nogę. – Westchnęła. – Przez chwilę nawet bałam się, że jest skręcona, ale lekarz powiedział, że raczej nie. Sęk w tym, że muszę siedzieć przy korytarzu, by móc rozprostować obolałe kolano, w przeciwnym razie błyskawicznie mi spuchnie.

Wychylił się, by spojrzeć na puste miejsce. Dobrze wiedziała, co zaraz powie. Na jego miejscu zadałaby to samo pytanie.

– Nie może pani poprosić jego? – Wskazał mężczyznę siedzącego tuż obok jej miejsca.

„Pewnie, że nie mogę, bo głupi dzieciak będzie kopał w oba fotele” – odpowiedziała w myślach.

– Niby tak, ale to lewa noga, więc w tym wypadku nic to nie da. – Zrobiła błagalną minę. – Bardzo pana proszę. Postawię panu drinka.

Gotowa była dalej negocjować, ale mężczyzna okazał się mało asertywny. Mruknął coś pod nosem w swoim języku, po czym ciężko westchnął i wstał, by wpuścić Marlenę na swoje miejsce. Opadła na fotel z udawaną ulgą, z trudem kryjąc triumfalny uśmiech.

Gdy tylko nieznajomy zajął jej poprzednie miejsce, siedzący z tyłu dzieciak radośnie kopnął w jego fotel. Matka oczywiście skarciła malucha, ale Marlena zbyt wiele razy przerabiała podobny scenariusz, by łudzić się, że ktokolwiek zapanuje nad pełnym energii brzdącem. Kobieta kilka razy zwróci mu uwagę, potem będzie robić to coraz rzadziej, aż wreszcie zupełnie zignoruje zachowanie dziecka, w nadziei, że wreszcie się zmęczy i uśnie.

W oczekiwaniu na start i możliwość zamówienia drinka Sochacka sięgnęła po „New York Timesa”. Kolejna nowość, której nigdy nie robiła w samolocie. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziła, że nie pamięta nawet, kiedy ostatni raz czytała gazetę. Nie interesowały jej wydarzenia na świecie, o polityce wiedziała niezbędne minimum, by w rozmowie nie wyjść na totalną ignorantkę, a sport, modę czy plotki z życia gwiazd uważała za zupełną stratę czasu. Gazety kojarzyły jej się z widokiem ojca czytającego poranną prasę, wzdychającego i kręcącego głową z niezadowoleniem. Dla niej był to atrybut mężczyzn z poprzedniej epoki. Oto pan domu siada i czyta najświeższe doniesienia z kraju, podczas gdy posłuszna żona podaje mu pod nos kawę i śniadanie.

Spojrzała na pierwszą stronę gazety. Fotografia Donalda Trumpa przemawiającego przed przedstawicielami ONZ wzbudziła w niej niesmak. Nie zamierzała czytać o kolejnych skandalach wywołanych przez prezydenta USA. Już miała przerzucić stronę, gdy jej uwagę przykuł tytuł innego artykułu.

Szesnaścioro dzieci porwanych przed laty odnaleziono w polskim mieście Gdańsku – przeczytała zaciekawiona. – Grupę dzieci w wieku od ośmiu do siedemnastu lat znaleziono wczoraj…

Przestała czytać i spojrzała na załączone do artykułu zdjęcie. Fotografia przedstawiała grupę trzymających się za ręce dzieci, pozujących na tle podniszczonego budynku z cegły. Wszystkie miały na sobie identyczne granatowe kurtki przeciwdeszczowe i czarne dżinsy. Nawet buty były takie same. Nie ich strój jednak sprawił, że Marlenie zaczęło szybciej bić serce. Minęło siedem lat, więc nie mogła mieć pewności, ale w stojącym na samym środku chłopcu rozpoznała Kamila. Był tak podobny do swojego ojca…

– Witamy na pokładzie linii lotniczych Qatar Airways – z głośników rozbrzmiał głos pilota. – Dziękujemy za skorzystanie z naszych usług. Lot do Warszawy potrwa dwanaście godzin i piętnaście minut. Pogoda jest…

Dwanaście godzin, pomyślała, nie odrywając wzroku od zdjęcia. To będzie najdłuższa podróż mojego życia.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI