Wszystko się zaczyna - Joanna Kruszewska - ebook + książka

Wszystko się zaczyna ebook

Joanna Kruszewska

4,3

Opis

Za każdą przyjemność trzeba zapłacić i czasami lepiej dwa razy się zastanowić, czy chwila radości warta jest swojej ceny.

Seniorka rodu Bialickich oraz jej najmłodsza wnuczka mimo obaw związanych z przeprowadzką przekonują się, że trafiły w wyjątkowe i przyjazne miejsce, w którym areszcie mogą być po prostu sobą. Wydawać by się mogło – sielanka. Obie panie jednak doskonale wiedzą, że zostawiły za sobą mnóstwo nierozwiązanych problemów, które z czasem zdają się nawarstwiać. Między nimi a pozostałymi członkami rodziny padło wiele rzuconych pod wpływem emocji słów, wzajemnych oskarżeń i osobistych przytyków.

Czy powrót jest jedyną drogą do odbudowania więzi rodzinnych, czy może potrzeba im właśnie dystansu, odległości, aby lepiej zrozumieć zarówno siebie, jak i najbliższych?

Bohaterowie tej opowieści pojawili się także w książce Nic się nie kończy.

Powieść Joanny Kruszewskiej jest literackim studium współczesnej polskiej rodziny. Na pierwszy plan wysuwają się skrywane marzenia Haliny, seniorki rodu.

Powieść z wieloma zwrotami akcji, niejednokrotnie zaskakująca sposobami rozwiązania problemów przez bohaterów.

Andrzej Salnikow, poeta, dziennikarz

Nie zawsze to, co dla nas dobre, odpowiada innym. Nie zawsze udaje nam się to, co sobie zaplanujemy. A jakby tak żyć dniem dzisiejszym, nie planując jutra? Ten i inne dylematy zaprzątają głowy bohaterów powieści. Joanna Kruszewska stworzyła barwny portret wielopokoleniowej rodziny. Nigdy nie jest za późno, by wyrwać się schematom i podążyć za głosem serca. Polecam!

Ewa Bauer – autorka m.in. trylogii Kolory uczuć

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 347

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (45 ocen)
21
15
9
0
0

Popularność




Copyright © Joanna Kruszewska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Monika Orłowska

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Maciej Martin

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-05-8

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Trzydzieści osiem i trzy kreski.

Marta z westchnieniem odłożyła termometr na szafkę i sięgnęła po tabletkę. Kolejny dzień pod znakiem ibuprofenu. Zajrzała do kubka, poranna herbata zdążyła już wystygnąć i na ściankach naczynia pojawił się mało apetyczny, czarny osad. Trudno, nie będzie teraz wyłazić spod kołdry i stojąc na zimnej podłodze, czekać, aż się woda zagotuje. Spadnie gorączka, to uzupełni się zapasy świeżej herbaty, soku z malin i innych dobrodziejstw. Krzywiąc nos, połknęła tabletkę i zakopała się z powrotem w pościeli.

Niektórzy twierdzą, że los lubi robić na złość. Że za każdą przyjemność trzeba zapłacić z nawiązką i czasami lepiej dwa razy się zastanowić, czy rzeczywiście chwila radości jest warta haraczu. Nigdy i niczego nie dostanie się w prezencie, zupełnie za darmo. Każda drobnostka wiąże się ze zobowiązaniem, a przysługę trzeba okupić natychmiast rewanżem, nikomu też nie należy zalegać z wdzięcznością.

Marta słyszała o tym przy każdej nadarzającej się okazji, brała wciśniętą w dłoń bombonierkę i stawała przed okienkiem do rejestracji, by położyć przed pielęgniarką „podziękowanie” za błyskawiczną wizytę. Albo kupowała drogą kawę, umieszczała ją w gustownej torebce i wręczała sąsiadce, okazując swoją wdzięczność za załatwioną w urzędzie sprawę. Podobno miało to oczyścić sumienie i zagwarantować, że pchnięta raz maszyna dobrodziejstw na rzecz bliźnich nigdy się nie zatrzyma.

Tak twierdziła mama. Za wszystko masz podziękować, pamiętaj. Bez przekonania, ale dziękowała. Gdy natomiast sytuacje się odwracały i to ona przyczyniła się do czyjegoś sukcesu, nie potrafiła powstrzymać się od skrzywienia i głośnego protestu na widok choćby najmniejszego dowodu wdzięczności. Otrzymane czekoladki natychmiast przekazywała bratankom, kawę wciskała siostrze, a jeśli w torebce znajdowała się jakaś biżuteria, Marta bez chwili zastanowienia obdarowywała nią mamę.

Nie można dzisiaj zrobić czegoś tak zupełnie bezinteresownie? Chociażby dla własnego lepszego samopoczucia i świadomości, że oto człowiek uczynił coś dobrego? Zdaje się, że nie. A w związku z tym Marta miała ogromny kłopot. Nie wyobrażała sobie bowiem, jak ma się odwdzięczyć tym wszystkim, właściwie zupełnie obcym, ludziom za opiekę.

Już trzeci dzień leżała przykryta po uszy kołdrą, zbijając gorączkę i potulnie łykając przepisany przez lekarza antybiotyk, z nadzieją, że wreszcie zadziała. Trzeci dzień również patrzyła bezradnie na przewijający się przez mieszkanie korowód ofiarodawców, którzy z troską zapełniali jej lodówkę, grzali posiłki, podstawiali pod nos kubki ze świeżą herbatą i poprawiali poduszki.

Z samego rana zaglądał Jan, stróż zajmujący drugą część domu. Stawał zazwyczaj przy samym progu i pytał cicho, czy Marta niczego nie potrzebuje, bo on akurat jedzie do miasta, zdąży też jeszcze dołożyć do pieca, tak żeby lokatorka absolutnie nie marzła. Wskutek zaś jego działań temperatura w pomieszczeniach zajmowanych przez Martę przekraczała grubo dwadzieścia pięć stopni. Nie wiadomo było, co wywołuje rumieniec na twarzy chorej i bijące na nią siódme poty – gorączka czy raczej zbyt mocne ogrzewanie. Marta jednak nie miała sumienia niczego korygować, od czasu do czasu wyłaziła spod grubej kołdry, opatulała się szczelnie szlafrokiem, zakładała na stopy ciepłe kapcie i uchylała okno, próbując złapać chociaż odrobinę świeżego powietrza. Podczas jednego z takich „wietrzeń” przydybała ją Wiesia.

– Na litość boską, dziecko! – zakrzyknęła od razu gromko i rzuciła się do okna, po drodze wpychając Martę z powrotem do łóżka. – Czyś ty rozum postradała?

Docisnąwszy z impetem niewielki lufcik, stanęła przed winowajczynią w rozkroku, kładąc dłonie na biodrach.

– To według ciebie mądre? Spocona, rozgrzana, prosto z pościeli, z gorączką – zaczęła wyliczać – staje na mrozie i co? Zapalenia płuc chce się nabawić? Kto wie, tak oddychasz, że może już coś tam się dzieje.

– Ale ja tylko chciałam trochę przewietrzyć – burknęła Marta potulnie spod kołdry.

– Przewietrzyć to mogę ja, tylko wtedy, gdy ciebie tu nie będzie, później chwilę odczekamy, aż się temperatura unormuje, i dopiero możesz wracać do łóżka. – Wiesia pokręciła głową z politowaniem. – Bój się Boga, Martusiu, nie po to bierzesz lekarstwa, żeby się wietrzyć, nie wytrzymam… Stanęła prawie goła naprzeciwko okna otwartego na oścież. Żebyś tego więcej nie robiła, bo żadne rosołki ani antybiotyki ci nie pomogą. Pamiętaj.

No właśnie, tuż po siódmej, kolejna do odwiedzin u chorej, meldowała się właśnie Wiesia, niestrudzenie targając ze sobą słoiki z rosołem, pulpetami, gołąbkami… tym, co akurat poprzedniego dnia ugotowała i co podobno po prostu zostało z obiadu. Ciche i niemrawe protesty chorej zbywała niecierpliwym machnięciem ręki i zerkając kontrolnie na zegarek, szacowała, ile czasu może jeszcze poświęcić Marcie. Tak, aby zdążyć przed uczniami, być na swoim niebywale ważnym posterunku o należytej porze. Wiesia była sercem małej szkoły, teoretycznie woźną, w praktyce zaś osobą, która wiedziała o swojej małej społeczności o wiele więcej niż sam dyrektor. Do niej dzieci biegły z największymi problemami, u niej nauczycielki rozwiewały wątpliwości co do spraw zarówno zawodowych, jak i prywatnych. Wiesia bowiem potrafiła z perspektywy osoby postronnej i doskonale znającej życie każdemu właściwie doradzić. Umiała też słuchać i dla zbłąkanych zawsze miała czas. To dzięki niej Marta tutaj trafiła, starsza pani, widząc dziewczynę stojącą niepewnie przed furtką szkoły, bezceremonialnie zaciągnęła ją przed oblicze dyrektora. Wytyczając tym samym, zupełnie nieświadomie, dalszą ścieżkę życia Marty. Taką, której w ogóle nikt nie brał pod uwagę.

Nikomu nie przyszłoby do głowy, że zostawi zupełnie świeżego narzeczonego, rodzinę, odrzuci intratną propozycję pracy i wyjedzie na drugi koniec Polski do małej mieściny, żeby objąć średnio opłacalną posadę nauczycielki w niewielkiej szkole.

Bez perspektyw.

Bez możliwości awansu.

Bez sensu absolutnie.

Marta podniosła się z łóżka i sięgnęła po szlafrok. Naciągnęła skarpety i zawijając się szczelnie, ruszyła do kuchni.

Nikt tego nie podejrzewał, a stało się tak właśnie. Wstawiła wodę, nalała płynu do mycia naczyń na zmywak i wyszorowała kubek. Chwilami podejrzewała samą siebie o utratę przynajmniej cząstki rozumu, częściej jednak zdarzały się momenty, gdy oddychała pełną piersią, z ledwie skrywaną ulgą. Jakby do tej pory poruszała się skrępowana niewidzialnym gorsetem. Gorsetem utkanym misternie z żalów, pretensji, wymagań… którym najczęściej nie dawała rady sprostać. Teraz uciskające przez lata sznurki powoli się rozluźniały. Pociągnęła nosem i wrzuciła do kubka woreczek herbaty, z lodówki wyjęła korzeń imbiru i cytrynę, po chwili, gdy wszystko wylądowało w naczyniu, zalała je wrzątkiem, przykryła małym talerzykiem i wróciła do łóżka.

Niczego jej tu nie brakowało, wręcz przeciwnie, w tej swojej pustelni miała wszystko, czego dusza zapragnie. Przede wszystkim zaś święty spokój. Od czasu do czasu trzeba było tylko zajrzeć do babci, która wbrew oczekiwaniom pozostałej części rodziny radziła sobie w nowym miejscu nadspodziewanie dobrze.

Marta opatuliła się kołdrą i uśmiechnęła lekko. Gdyby nie babcia, jej też pewnie by tu nie było. Dziwnie się to wszystko plecie, tak jakby los ułożone miał już wszystko zawczasu, a później realizował to tylko jednym pstryknięciem palca. Tak jakby ludzkie dni ustawił sobie niczym kostki domina, później zaś wystarczył delikatny gest, czasami czyjaś ulotna myśl, żeby wprawić je w ruch.

Nieistotny wyjazd babci do sanatorium stanowił początek. Ten niepozorny krok zapoczątkował całą lawinę zdarzeń, których nikt nie brał w ogóle pod uwagę w najśmielej snutych scenariuszach.

Marta zdjęła talerzyk z kubka, herbata zdążyła się już zaparzyć, a imbir oddać to, co trzeba, z posiadanych właściwości herbacie. Łyknęła i skrzywiła się lekko. Dobrze byłoby dosłodzić to chociażby odrobiną miodu, nie uśmiechało jej się jednak przemierzanie znowu dystansu do kuchni, nie uśmiechało jej się na razie nigdzie, absolutnie donikąd wyłazić. Jeszcze nie, może za jakiś czas. Westchnęła i z rezygnacją odstawiła kubek.

Może to nie wyjazd babci był pierwszą kostką, tylko sprzedaż rodzinnego sadu? Kto wie… Tu od początku wszyscy wiedzieli, że konsekwencje będą brzemienne w różne, mniej lub bardziej przyjemne skutki. Możliwe, że to sad… Marta rozkaszlała się mocno, po czym opadła na poduszki i przymknęła oczy.

Możliwe, że sad.

Dom zajmowany przez rodzinę od pokoleń. Pozbycie się kilkudziesięcioletniej tradycji otworzyło drzwi do wszystkich szaf, powypuszczało z nich szkielety zalegające tam od niepamiętnych czasów. Stworzyło wszystkim członkom rodziny okazję do zmian. Zmian życia, charakteru.

Marta przekręciła się na bok i uśmiechnęła gorzko. Nagle okazało się, że uwielbiana przez nią i podziwiana od lat starsza siostra lubuje się w czymś, co przez Martę było traktowane wyjątkowo lekko. Był, to był, nie było go, to pewnie kiedyś będzie, pieniądz nie stanowił nigdy w jej życiu wyznacznika dnia, nadrzędnej wartości. Wydawało jej się do niedawna, że reszta licznego rodzeństwa również w podobny sposób postrzega gotówkę. A tu niespodzianka. Po sprzedaży rodzinnego majątku, do której wszyscy ochoczo namawiali schorowanego ojca, okazało się, że jedyny cel, jaki im przyświecał, to podreperowanie budżetu i realizacja własnych planów zawodowych. Niby niczego dziwnego w tym być nie powinno, bo przecież dziedziczyli majątek, ale nikt nie chciał czekać. Natychmiast zamierzali rozdysponować pozostałą po zakupie mieszkania dla rodziców część niczym kawałeczki tortu. Cóż, nie wzięli pod uwagę babci.

Babcia, która nie oglądając się na nikogo, nie licząc się chyba po raz pierwszy w życiu z niczyją opinią, zabrała swoją część… na którą przecież wszyscy bez wyjątku mieli chrapkę, i kupiła sobie połowę domu nad morzem.

Zgodnie z marzeniami, zgodnie z własną wolą. Aby żyć tak, jak zawsze chciała, przynajmniej przez ten krótki czas, który jej do przeżycia jeszcze został.

Marta za każdym razem wzdrygała się z obrzydzeniem na samo wspomnienie narady rodzinnej, podczas której każdy oburzał się i kwestionował stan umysłu ukochanej i cichej zazwyczaj babci. Ona jedna stawiła im czoła, zmarszczyła brwi i zdecydowanie opowiedziała się po stronie starszej pani.

I wtedy kochająca rodzina się skończyła.

Tak po prostu. Padło mnóstwo oskarżeń, paskudnych słów, których Marta nie chciała pamiętać. Najbliżsi. Jedynym, który później nieco się otrząsnął i zmienił zdanie, był tata. Reszta w dalszym ciągu tkwiła w swoim oburzeniu i świadomości, że oto sprzed nosa umknęła im całkiem niezła okazja szybkiego ustawienia się przynajmniej na jakiś czas.

Marta przestała rozumieć swoje rodzeństwo, a im więcej czasu miała tutaj na myślenie, tym częściej dochodziła do wniosku, że chyba nigdy ich tak naprawdę nie rozumiała. Stworzyła sobie idealny obraz każdego z nich, polubiła go i uwierzyła, że tacy są faktycznie. Tym bardziej bolesne było uświadomienie sobie tego, że rzeczywistość ma się zupełnie nijak do jej wyobrażeń.

Podniosła się i znowu sięgnęła po kubek. Trudno, będzie bez miodu… Napad kaszlu uniemożliwił jej jednak chwilowo przekonanie się, czy napój jest tak samo mało strawny jak jeszcze przed chwilą.

Cicho stuknęły drzwi wejściowe.

– Nie pytam, czy śpisz, bo twój kaszel słychać nawet podczas przerwy w szkole. – Najpierw do pokoju zajrzała głowa, a później długa reszta dyrektorskiego ciała.

– Przesadzasz. Cześć. – Marta podciągnęła kołdrę pod szyję. O ile do wizyt Jana czy Wiesi nie miała absolutnie żadnych zastrzeżeń, o tyle w obecności Mateusza, dyrektora, bądź co bądź, czuła się lekko niezręcznie.

– Nie przesadzam. – Przysunął sobie krzesło, usiadł i pochylił się w stronę Marty, lustrując ją uważnie. – Kaszlesz paskudnie, kiedy wizyta?

– Za dwa dni.

– Antybiotyk powinien już zacząć działać.

– Od kiedy to jesteś ekspertem w dziedzinie medycyny?

– Ekspertem może nie jestem, ale znam podstawowe zasady, to trzecia doba już, zgadza się?

– Yhm – przytaknęła.

– A gorączkę cały czas masz?

– Ale jakby mniejszą.

– Dobrze. – Zerknął na zegarek. – Jutro podjedziemy.

– Mateusz, dam radę…

– Marta, przecież wiem, że dasz radę. – Przegarnął przydługie włosy. – Wiem, ale po pierwsze, gdybym cię nie zawiózł, do końca życia nie miałbym spokoju, Wiesia wieszałaby na mnie psy dzień w dzień, po drugie, moje sumienie by mi nie darowało, że własnego pracownika zostawiłem na pastwę losu. Więc nie protestuj. Wpadłem tylko na chwilę, bo zaraz mam konferencję. Trzeba ci czegoś? Kupić, coś szybko zrobić?

– Nic. Wszystko mam.

– Na pewno? Herbatę zdążę ci zaparzyć, świeżą, bo ta już pewnie zdębiała, a może podgrzać zupę? – dobiegło ją z kuchni do wtóru stukających energicznie szafek.

– Herbata będzie OK, ale miód przynieś, bo potem się tego nie da pić. Jeśli mogę prosić.

Odpowiedział jej głośny śmiech.

– Możesz, możesz.

Po chwili Mateusz postawił na stoliku obok łóżka kubek z herbatą.

– Masz tu jak w piekarniku – stęknął, przesuwając książkę na bezpieczną odległość od naczynia, i ściągnął sweter. – Zdążę jeszcze wprowadzić trochę ładu w kuchni, a ty może namyślisz się w tym czasie co do zupy.

– Daj spokój – jęknęła słabo Marta. Samo to, że obcy mężczyzna krzątał jej się po domu, pomijając fakt, że przecież pracodawca, już uwierało ją dość mocno. Zupełnie zaś nie mieściło jej się w głowie, aby ten mężczyzna szorował pozostawione przez nią naczynia i zbierał po kątach zasmarkane chusteczki. Podniosła się lekko i wysunęła stopy spod kołdry.

– Gdzie? – zapytał krótko, kładąc sweter na poręczy krzesła.

– Pomogę ci.

– Żarty sobie, Marta, robisz.

– Nie, ja nie robię sobie żartów – zaprotestowała wreszcie. – Jakoś mi to strasznie nie pasuje, że będziesz mi się, za przeproszeniem, szwendał po kuchni.

– Nie widzę w tym niczego złego. – Wzruszył ramionami.

– Złego może i nie, ale niestosownego na pewno.

– Marta… – westchnął i kategorycznie wskazał łóżko. – Wracaj pod kołdrę. Chory pracownik do niczego mi nie jest potrzebny, tym bardziej pracownik z przewlekłym zapaleniem płuc i cholera wie jakimi powikłaniami po chorobie. Więc daj sobie spokój z bezsensownymi skrupułami i po prostu pozwól sobie pomóc. To normalne.

– No nie wiem – mruknęła.

– Ale ja wiem. Wracaj do łóżka. Mam czas, więc ci pomogę. Ach… zapomniałbym. – Sięgnął do rzuconej na podłogę torby i wyciągnął z niej plik kolorowych kartek, związanych wściekle różową wstążką. – Twoja klasa bardzo mnie prosiła, żeby ci przekazać. Wybierali się w odwiedziny, ale przekonałem ich, że to jeszcze niekoniecznie dobry pomysł.

– Co to?

– Książka. – Uśmiechnął się szeroko. – Ma ci pomóc w cudownym ozdrowieniu i szybkim powrocie do szkoły. Podobno mają już serdecznie dość Reginy, która na każdej lekcji uparła się robić im powtórki z katechizmu.

No tak, jej klasa została teraz oddana pod opiekę katechetki. Przez tych kilka miesięcy pracy Marta zdążyła poznać nauczycieli na tyle, by wyrobić sobie o nich lepsze lub nieco gorsze zdanie. Szczupła i zaciskająca wiecznie wąskie usta Regina wytwarzała naokoło siebie mroźną aurę nieprzystępności. Rzadko kiedy widziano ją uśmiechniętą. Wiesia, zagadnięta raz i drugi o powody, dla których katechetka wyraźnie izolowała się od reszty ciała pedagogicznego, odparła wymijająco:

– Ty mnie, Martusiu, nie pytaj, bo nie orientuję się zbyt dokładnie. – Wzruszyła ramionami. – Każdy ma jakiś swój krzyż do niesienia, myślę, że Regina też. Może nawet nieco większy niż my… Ale czy trzeba się ze swoim nieszczęściem obnosić? Tego też ci nie powiem, wiem tylko, że każdego życie dźgnęło w bok, jednych mocniej, innych troszkę lżej. Ale nie ma wyjątku. Dobrze jest, jak człowiek między kolcami widzi płatki, jaśniejsze punkty swojego dnia powszedniego. Bo nawet jak tych płatków malutko, to już jest gdzie choć na chwilę stopę zmęczoną postawić i cieszyć się, że chociaż taki drobiazg był nam dany.

– A jej nie był dany? – zainteresowała się Marta.

– Każdemu jest, mówię ci, ja tam w sprawiedliwość wierzę, wierzę też w ludzką ślepotę i chęć bycia nieszczęśliwym. Coś mi się zdaje, że nasza Reginka należy właśnie do takich osób. Nie zdziwiłabym się – Wiesia nachyliła się ku Marcie i zniżyła głos do szeptu – gdyby się nawet umartwiała do tego swego nieszczęścia.

– Znaczy co? Pości…? No w sumie, taka chuda jest…

– Gdzie tam pości. – Wiesia machnęła ręką. – Ludzie umartwiają się na inne jeszcze sposoby, ale… to takie moje tam niezbyt mądre przemyślenia, więc plotek rozsiewać nie będziemy.

Marta oparła się wygodniej. Nie wiedziała, co mogła mieć na myśli Wiesia, biorąc jednak pod uwagę przedmiot, którego nauczała Regina, oraz jej niewątpliwe przywiązanie do Słowa Bożego, trudno było uwierzyć, że korzystała ze średniowiecznych metod, dość szybko uznanych przecież przez Kościół za pogańskie.

Mniejsza jednak o Reginę.

Marta otworzyła barwną książkę i już po chwili wycierała łzy wzruszenia, zaczytana w bogato ilustrowanej historii o księżniczce Chorybździe, która bez przerwy chorowała i nie mogła z tych chorób wyjść. Podobno jedynym, który mógł ją uratować przed nawracającymi infekcjami, był Książę. Autor nie sprecyzował, jaki to konkretnie książę miał być, natomiast ostateczne antidotum to tradycyjnie pocałunek prawdziwej miłości. Księżniczka w swoim krótkim życiu nacałowała się tylu „księciów”, że jej reputacja powinna być już w stanie iście opłakanym, wreszcie jednak przybył ten właściwy…

– Martuś! – Od lektury oderwał ją znajomy głos. Podniosła głowę.

– Krzysztof, co… skąd…?

– No przecież chorujesz. – Rzucił kurtkę i w jednej chwili znalazł się obok niej. – Czekaj, mam paskudnie zimne ręce, coś się z ogrzewaniem porobiło. Do połowy trasy nie miałem najmniejszych problemów, a później tylko… – Spojrzenie Krzyśka zatrzymało się na poręczy krzesła, gdzie rzucony niedbale wisiał ni mniej, ni więcej, tylko gustowny, niebieski, męski sweter. Po chwili zaś z kuchni wyłonił się jego właściciel ubrany w jasny T-shirt. Marta sama przed sobą musiała przyznać, że Mateusz wygląda jak mieszkaniec tego domu – wycierał dłonie w pasiastą ścierkę i zmierzał prosto w stronę Krzysztofa, uśmiechając się uprzejmie. Wyciągnął rękę w kierunku przybyłego.

– Cześć. Mateusz.

– To właśnie mój narzeczony – mruknęła Marta, gubiąc się kompletnie w zasadach savoir-vivre’u, głoszących, kogo i komu powinna przedstawiać.

– Krzysztof. – Narzeczony wyprostował się nieznacznie.

– Marta, ja się zbieram. – Mateusz sięgnął po sweter, a wręczając wilgotną ścierkę Krzyśkowi, zwrócił się do niego: – Zupa w lodówce, pewnie jesteś głodny. Zagrzejesz, to sobie razem zjecie, bo Marta – kiwnął głową w stronę łóżka – jedzie od rana na samych herbatach. A bierze antybiotyk, więc powinna co nieco w siebie jednak wcisnąć, może tobie uda się przemówić jej do rozumu. Aha, na jutro planowaliśmy wizytę lekarską, bo przepisane leki chyba niekoniecznie działają jak trzeba. Jakby co, jestem do dyspozycji. Lecę. Wiesia po południu ma przynieść jakieś kotlety czy inne zrazy, więc obiad będziecie mieli. Na razie. – Spojrzał na Martę i rzucił jeszcze: – Nie wyłaź spod kołdry. Pamiętaj, że chory…

– ...pracownik do niczego ci nie jest potrzebny. Jasne. – Uśmiechnęła się słabo. – Dzięki, Mateusz.

– Nie ma sprawy. – Podał dłoń osłupiałemu Krzyśkowi. – Trzymajcie się.

*

Cisza, jaka zapadła po wyjściu Mateusza, zdawała się wręcz uwierać. Marta zakręciła się niepewnie i wsunęła głębiej pod kołdrę. Przyglądała się Krzysztofowi, który przez chwilę przerzucał spojrzenie z drzwi na trzymaną w dłoni ścierkę i z powrotem. Wreszcie wydusił z siebie:

– Marta… o co chodzi?

– O nic.

– No jak o nic, może mi wyjaśnisz… to całe zajście. – Wyciągnął w jej kierunku pasiasty, lekko wilgotny dowód wspomnianego zajścia.

– Mateusz mi pomaga, jak oni wszyscy zresztą. Zobaczysz, za chwilę zamelduje się Wiesia z torbą zapasów, które będę musiała natychmiast zjeść. Nie wyobrażasz sobie, jaką opieką jestem tu otoczona.

– Widzę właśnie. – Zmarszczył brwi. – Lecę na złamanie karku i przepisów, ale najpierw oszukuję wszystkich w banku, że jestem obłożnie chory, jeżeli wyślą za mną kontrolę, to wcale się nie zdziwię, bo nikt nie dawał wiary moim argumentom. – Potarł czoło. – Pędzę w przekonaniu, że leżysz tu sama, bez lekarstw, bez ciepłych posiłków, z gorączką… i… no i nie ma komu się tobą zająć, tymczasem… co zastaję? – Odetchnął głębiej. – Na wpół gołego gościa, który ze ścierą robi porządki w kuchni.

– Nie na wpół gołego, nie przesadzaj.

– Daje mi ten gość zupełnie bezczelnie tę mokrą ścierę – Krzysztof zdawał się nie słyszeć jej cichego sprostowania – czuje się wyraźnie prawie gospodarzem, proponuje mi zupę. Marta, on mi zaproponował zupę, rozumiesz?

– Rozumiem. I co z tego? – Wzruszyła ramionami.

– Jak to co z tego? – Spojrzał na nią ze złością. – Naprawdę nie widzisz w tym niczego dziwnego?

– Nie.

– Ludzie, trzymajcie mnie. – Wstał i zaczął energicznie przechadzać się po pokoju. – A ja widzę. Spróbuj więc z łaski swojej spojrzeć na to wszystko z mojej perspektywy. To twój dyrektor i kto jeszcze? Słucham, mów. Zagrzeję się trochę, możliwe, że zjem ciepły posiłek, który mi został zaproponowany, i zabiorę się stąd w cholerę. Bo już chyba widzę wyraźnie powód twojej przeprowadzki. Jezu, ale ze mnie idiota…

– Krzysztof…

– Żeby dać się tak wkręcić, dlaczego nie powiedziałaś od razu, o co chodzi? Chciałaś mieć dwóch mężczyzn jednocześnie? Po co? Jednego tutaj, a dla bezpieczeństwa drugiego nieco dalej, jakby ten pierwszy się rozmyślił.

– Krzysiek… – zaczęła znowu, nieco głośniej tym razem, ale nie dawał jej dojść do słowa, rozpędził się w swoim żalu i podejrzeniach tak dalece, że nie słyszał zupełnie niczego, co dochodziło z zewnątrz.

– Bardzo wygodnie. Tylko pomyśl może też czasami o mnie, co? Przecież ja tam też mógłbym sobie kogoś znaleźć i udawać przed tobą…

– Krzysztof! – wrzasnęła w końcu, co przypłaciła ostrym atakiem kaszlu, ale za to doczekała się uwagi narzeczonego.

– Dać ci coś do picia? – zapytał niepewnie.

– Zamknij się na chwilę po prostu. – Odetchnęła głębiej. – Gadasz bzdury, których już nie daję rady słuchać. Więc się zamknij.

– Ja tylko…

– Krzysiek! – krzyknęła znowu. – Możliwe, że cała sytuacja w twoich oczach wygląda nieco dziwnie, szczerze?

– No myślę – burknął.

– W moich też. Jakoś nie mieści mi się w głowie, żeby obcy ludzie skakali nade mną jak nad najbliższą rodziną. Wszyscy bez wyjątku, jego to też dotyczy. – Wzruszyła ramionami. – Przychodzi tutaj, robi mi zakupy, parzy herbatę i cały czas zasłania się dobrem pracownika i zwykłym ludzkim odruchem. Nie wiem, o co chodzi.

Zadumała się na chwilę.

– Codziennie mam wszystko podane pod nos, mieszkanie wygrzane do granic możliwości, ciepłe posiłki, każdego dnia inne, jak w najlepszej restauracji. Czasami nie brakuje listka sałaty i kilku plasterków ogórka do dekoracji talerza. – Uśmiechnęła się lekko. – Wiesia przychodzi tu dwa albo trzy razy w ciągu dnia. Oferuje trzepanie i zmianę pościeli, podtyka mi swoje świeże wypieki, traktuje mnie jak córkę.

– A Mateusz? – zapytał z przekąsem Krzysiek. – Jak cię traktuje Mateusz?

– Przestań. Nie wiem, jak mnie traktuje, jak obłożnie chorą, której po prostu pomaga.

– Marta, co ty bredzisz? Obcy człowiek nie pakuje się drugiemu człowiekowi do mieszkania i nie łazi po jego kuchni jak po swojej.

– Kiedy to…

– Co? Widziałem. – Rąbnął pięścią w udo.

– Przestań. To tak jakby też trochę jego kuchnia, kiedyś tu mieszkał, i to przez dłuższy czas.

– To nie tłumaczy ogromnego zainteresowania twoją osobą.

– Nie jest ogromne. Głupio mi czasami, ale w tym zainteresowaniu nie ma żadnego… – Marta zmarszczyła brwi, szukając odpowiedniego słowa. – Nie wiem… wyrachowania? Nie, źle. Po prostu przychodzi tu jak do… potrzebującego człowieka, nie oczekując w zamian niczego.

– Żartujesz, prawda? – prychnął Krzysztof, podnosząc się z krzesła i rozpoczynając na nowo wędrówkę po pokoju. – Dni miłosiernych Samarytan już dawno, zdaje się, minęły. W obecnych czasach jeżeli tylko oferujesz komuś pomoc, natychmiast zastanawiasz się, jak będzie później mógł wykorzystać swój dług wdzięczności. I nie łudź się, Marta, że jest inaczej. Ideały na bok, rzeczywistość niestety nie jest taka idealna, a ty powinnaś już chyba o tym wiedzieć. – Stanął pod oknem i zapatrzył się w budynek szkoły.

– A jaki interes ma Wiesia? Oświeć mnie, bo nie mam pojęcia. A dziewczyny ze szkoły, które też przecież gnają do swoich rodzin, ale jednak znajdują czas, żeby tu zajrzeć i zapytać, czy czegoś nie potrzebuję?

– Babska solidarność. – Wzruszył ramionami.

– Hmmm, pewnie – mruknęła Marta. – Czyli bezinteresowność dotyczy wyłącznie kobiet, interesowność jest zaś domeną mężczyzn. Ciekawe.

– Nie upraszczaj, Marta.

– Nie upraszczam, tylko wyciągam wnioski z twojej wypowiedzi. Poza tym wiesz co? – Zamilkła na moment, zastanawiając się, czy jest w ogóle sens rozpowszechniać panującą wśród żeńskiej części ciała pedagogicznego opinię. Przyjrzała się nadętemu Krzyśkowi i stwierdziła, że sens jednak jest, bo niczym innym nie będzie go w stanie przekonać. – Mateusza nie interesują kobiety.

– Jak to?

– Jest gejem.

– Naprawdę? Żartujesz? Marta… – Odwrócił się od okna i usiadł na łóżku. – To nie mogłaś tak od razu?

– Nie mogłam. Naskoczyłeś na mnie, nie dając mi dojść do głosu.

– Przepraszam… – mruknął. – Szaleję tam bez ciebie, ale… Naprawdę?

Gdy kolejny mężczyzna objął w posiadanie jej kuchnię, Marta trochę wbrew sobie odpłynęła. Sen zmorzył ją zupełnie nie wiadomo kiedy, może w tym czasie, gdy zastanawiała się nad krążącą po szkole informacją? Kto jej powiedział… Nie pamiętała, w trakcie jakiejś luźnej rozmowy podczas przerwy… a może kiedy indziej. W każdym razie wszystkie nauczycielki zgodnie uważały, że niemożliwa jest obojętność mężczyzny na wdzięki otaczających go ścisłym wianuszkiem kobiet. Nigdy z żadną nie próbował flirtować, żarty nie przekraczały tej cieniutkiej granicy w relacjach damsko-męskich, żadnej z nauczycielek też nie obdarzał specjalnymi względami. Traktował wszystkie jak koleżanki, potrafił zrugać, jeśli był na coś wściekły, przy czym jedno mu trzeba oddać – nigdy nie bywał wściekły bez powodu, potrafił również pochwalić i dać jasno do zrozumienia, że ktoś zrobił coś bez zarzutu.

Ale żadnej nie bajerował.

Znaczy gej. Doszły, chyba wspólnie, do takiego wniosku, żałując niezmiernie odmiennej orientacji dyrektora, zwłaszcza niezamężna część nauczycielek. Zgodnie stwierdzały, że przystojna część męskiej populacji to albo zakochani mężowie… oczywiście nieliczni, albo homoseksualiści, których wyjątkowe geny po prostu się marnują. Pozostałą część populacji stanowili mężczyźni łysiejący, lekko grubawi, z absolutnym poczuciem własnej doskonałości. I jak tu żyć?

Marta nie wiedziała, słuchała czasami tych utyskiwań nowych koleżanek, stwierdzając z uśmiechem, że w ich narzekaniach tkwi całkiem spore ziarno prawdy.

Dobrze, że ona miała swojego Krzysia. Ziewnęła.

Dobrze, że Krzyś zrozumiał, o co tutaj chodzi…

Ona jednak też bardzo chciałaby się dowiedzieć…

Dalsze rozważania rozmyły się pod chmurą nadchodzącego snu.

*

Wiesia odstawiła wiadro na bok i zerknęła przez okno. Zacmokała z niesmakiem. Po co to odśnieżać, jak ciemna noc już idzie? Poza tym, czy ten bankowy fircyk czasami nie zmoczy sobie zanadto lekkich, skórzanych pantofelków? Wzruszyła ramionami. Nie masz, człowieku, sposobu na głupotę ludzką. Przyjechał taki z miasta, złapał za łopatę i w leciutkiej kurtce zmaga się ze śniegiem, jakby co najmniej od tego jego życie zależało… A może jadą gdzieś? Nie. Niemożliwe, Martusia nie da rady wyjść z łóżka, więc pewnie nigdzie się nie da wyciągnąć, do lekarza dopiero jutro. To po kiego grzyba on odśnieża?

Nie podobał się Wiesi ten cały Krzysztof. Zupełnie. Jakiś taki za bardzo elegancki, wypachniony, a jak ją dzisiaj złapał za rękę, a jak chciał całować! Dobrze, że mu się w porę wyrwała. No bo jakże to tak, ona niedawno wykręcała ścierki, a ten do całowania. Niby chodzi naokoło Marty, zagląda jej w oczy, a jakiś taki, jakby go kto złapał za przyrodzenie. Miejsca sobie nie może znaleźć. Kręci się bez przerwy, łazi z kąta w kąt i w ten swój telefon patrzy.

Ech. Wiesia westchnęła, przyglądając się przemoczonym butom młodego człowieka, jutro on będzie leżał pod pierzyną i kazał naokoło siebie skakać. A Marta gotowa wstawać i kochanemu usługiwać. Wiadomo, jak to z chorym mężczyzną jest, aby kichnął, już obłożnie chory, już mówić nie da rady, a co dopiero zrobić sobie herbatę. Szkoda gadać.

Odwróciła się od okna i krytycznie przyjrzała korytarzowi. Miał lśnić, przygotowany na kilkadziesiąt par zaśnieżonych butów, które znowu jutro zostawią tu pobojowisko. Co zrobić. Taka praca. Nikt nie mówił, że w życiu będzie łatwo, nikt nie obiecywał gruszek na wierzbie. Wzrok Wiesi powędrował znów za okno.

A może to i dobrze, że przyjechał? Przecież oni wszyscy tutaj, choćby nie wiadomo jak się starali, to przecież obcy dla Marty. Zupełnie. A dziewczyna musiała chociaż raz na jakiś czas mieć obok siebie kogoś bliskiego. Czy ten cały Krzysztof był bliski, tego Wiesia nie wiedziała, wiedziała natomiast doskonale, że do mieszkania Marty parę razy zajrzała tylko jej babcia, która też niedawno się tu sprowadziła.

A gdzie reszta rodziny?

Scenariusze, które w głowie Wiesi kiełkowały jeden za drugim, przyprawiłyby Martę albo o wybuch gromkiego śmiechu, albo o płacz. Bo za ucieczką… jak to inaczej nazwać? Za ucieczką na drugi koniec Polski… Za tym musiało stać coś wielkiego. Ktoś musiał dziewczynę bardzo skrzywdzić, a Wiesia obstawiała najbliższą rodzinę. Matkę albo ojca. A może ojczyma? Kto wie, tyle się teraz słyszy o różnych zwyrodnialcach, co to dzieciom spokoju nie dają.

Dlatego też już kilka dni po przyjeździe nowej nauczycielki Wiesia przypuściła szturm na resztę kadry. Niby mimochodem, zupełnie przez przypadek, rzuciła jedno siejące wątpliwość zdanie, słowo dające do myślenia i stawiające nowo przybyłą na pozycji pokrzywdzonej przez los. I chociaż Marta absolutnie takiego wrażenia nie sprawiała, szybko udało się nad nią roztoczyć opiekuńczy parasol, pod który wszyscy pchali się z miłym słowem i uczynkiem.

Wiesia podeszła do kolorowych szafek i skrzywiła nos. Ot i wymyślili. Udogodnienia. Kto to widział, żeby dzieciaki pakowały śmierdzące kapcie i buciory do tych blaszanych pudeł? Odór był nie do wytrzymania, a ona dałaby sobie rękę uciąć, że oprócz butów i książek przechowują tam stare kanapki. No, może nie wszyscy, ale sporo by się znalazło. Pociągnęła nosem i wzniosła oczy do nieba. Można wylewać litrami pachnące płyny do podłóg, można szorować te szafki różnymi specyfikami, ale przecież w środku, człowieku, nie umyjesz.

Zanotowała sobie w pamięci, żeby jutro z samego rana powiedzieć o tym Krótkiemu, dyrektor co prawda twierdził, że to wspaniałe rozwiązanie, bo każdy z uczniów będzie miał własną szafkę, buty nareszcie nie będą się walać po całej podłodze, przestaną ginąć. Nie będzie tyle piachu i brudu, a tym samym zaoszczędzi to pracy woźnym.

Pracy może i zaoszczędziło.

Smrodu niekoniecznie.

Jutro rano wszystkie szafki mają być otwarte, najlepiej jeśli ona osobiście skontroluje ich zawartość. I niech tylko ktoś spróbuje wyjechać z prawem do prywatności, to przez przypadek Wiesia może nie zdzierżyć, ot po prostu i zwyczajnie nie ręczy za siebie.

Przetarła szmatką szafki po wierzchu, obiecując im jutrzejsze starcie, z którego na pewno wyjdzie zwycięsko, już można szykować sześćdziesięciolitrowy worek na śmieci. I to pewnie niejeden. A jak się dyrekcji nie spodoba grzebanie w cudzej prywatności, to już ona znajdzie argumenty „za”.

Po pierwsze, niedługo ferie, a przez smród, jak się rozpleni, to po powrocie będzie sobie można na nos klamerki zakładać.

Po drugie... Uśmiechnęła się lekko. Starsi już się przyzwyczaili do tej swojej prywatności. Może nawet za bardzo. Marta nie raz i nie dwa wspominała, co z jej okien widać.

Nałóg widać. Kiełkujący. A gdzie oni chowali te swoje papierosy? Wiadomo, w swojej prywatności. I to będzie koronny argument. Co jeszcze mogli chować…? A kto to wiedział, młodzież teraz o wiele bardziej wyedukowana, w tym złym znaczeniu oczywiście, niż kiedyś.

No nic. Jutro się tym zajmie. Osobiście. Nie pozwoli, żeby w jej szkole miały miejsce jakieś paskudne i ciemne sprawki.

Wylała wodę z wiadra, wypłukała je i odstawiła do wysuszenia. Używane szmatki dokładnie przemyła i odwiesiła na grzejnik. Zgasiła światło. Drzwi już Janek posprawdza i okna, czy domknięte. Piecem też nie ma się co przejmować. Dobrze, że Janek jest. Dużo obowiązków jej zabrał.

Ciąg dalszy w wersji pełnej