Wszyscy słyszeli jej krzyk - Ryszard Ćwirlej - ebook

Wszyscy słyszeli jej krzyk ebook

Ryszard Ćwirlej

5,0
31,90 zł

lub
Opis

Nowa powieść mistrza kryminału retro i trzykrotnego zdobywcy nagrody Wielkiego Kalibru

Jest rok 1929. W Poznaniu trwa Powszechna Wystawa Krajowa, prezentująca gospodarczy dorobek dziesięciu lat Niepodległej Polski. Ściągają na nią przybysze z całego kraju, nie tylko ci, których interesuje wielka ekspozycja, ale także tacy, dla których PeWuKa to możliwość szybkiego zarobku. Uroczysty nastrój psuje jedna seria napadów na targowych gości. Policja musi więc jak najszybciej ująć przestępców, by zapewnić spokój w mieście. Te wydarzenia relacjonuje otwarte niedawno poznańskie radio. Komisarz Antoni Fischer, zafascynowany nowym wynalazkiem, ma wygłosić przed mikrofonem odczyt o humanitarnej działalności radia. Jednak tuż przed jego wystąpieniem do studia wpada uzbrojony szaleniec, który otwiera ogień do zebranych tam ludzi. Antoni Fischer musi wziąć sprawy w swoje ręce.

Okazuje się, że to dopiero początek niecodziennych zajść, które rzucą poznańskiego śledczego w sam środek rwącej rzeki wydarzeń, w które zaangażowane są wywiady Niemiec i bolszewickiej Rosji. Na szczęście polski kontrwywiad, z którym współpracuje Fischer, nie zasypia gruszek w popiele. Kapitan Mikołajewski przygotowuje tajną akcję, w której prócz szpiegów wezmą udział poznańscy złodzieje z bandy Tolka Grubińskiego.

Trzy sprawy, pozornie w żaden sposób niepowiązane ze sobą, jednak nie da się ich przeprowadzić, bez udziału szefa poznańskiej, policyjnej grupy pościgowej komisarza Antoniego Fischera.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 531

Oceny
5,0 (5 ocen)
5
0
0
0
0

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Ryszard Ćwirlej, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Marketing i promocja: Anna Rychlicka-Karbowska

Redakcja: Beata Mes

Konsultacja historyczna: Marek Daroszewski

Korekta: Katarzyna Smardzewska, Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Katarzyna Borkowska

Fotografia na okładce: © Laurence Winram | Trevillion Images

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66657-91-5

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

Okolice Człuchowa, „Polski korytarz”

Droga kolejowa Berlin-Königsberg

Czwartek

18 lipca 1929 roku

 

Godzina 5.10 rano

 

Pierwsze promienie słońca powoli wypełzały zza zielonej linii horyzontu, który ostrym konturem kreśliła gruba kreska wierzb, olch, brzóz i wiklinowych chaszczy. U ich stóp rozpościerały się piaskowożółte połacie trzcin i kępy traw. Wszystko to przykrywał zwiewny woal porannej mgły, rozpostartej na roślinnych czapach niczym dym z cygar ponad karcianym suknem stołu do brydża.

Tak ta mgła skojarzyła się z kartami i cygarami kolejarzowi Euzebiuszowi Maciaszkowi, który wielkim koneserem osobliwości przyrodniczych bynajmniej nie był, za to kart jak najbardziej. Grał namiętnie, tracąc każdego tygodnia niemal całą swoją wypłatę, ale nie frasował się tym specjalnie, bo nie bardzo musiał. Mieszkał u starszej siostry, wdowy po sierżancie artylerii, zabitym w dwudziestym roku w czasie wojny bolszewickiej. Na szczęście zanim sierżant na tę wojnę poszedł, zdążył jeszcze przepracować piętnaście lat na kolei, więc kobieta, prócz synka, żywej pamiątki po mężu nieboraku, miała jeszcze tyle pieniędzy z wojskowo-kolejowej renty, że mogła wyżywić siebie, dzieciaka i brata utracjusza. Ten był cwaniakiem kutym na cztery nogi i wiedział dobrze, że nie może jednak siostry wykorzystywać do cna. Od czasu do czasu, wiedziony instynktem samozachowawczym, oddawał jej część swojej wypłaty, żeby nie gadała za dużo, i szedł ze spokojnym sumieniem grać. Liczył, jak każdy nałogowy hazardzista, na wielką wygraną, która pozwoli mu odmienić los i sprawi, że z pracownika technicznego stanie się niezależnym rentierem, żyjącym z kapitału. Ale jak na razie kapitał był daleko, a w kieszeni brzęczało zaledwie kilka groszy, w sam raz tyle, żeby kupić piwo na stacji w Człuchowie. Żałował, że nie w Niemczech, bo dziś akurat, jak to się często zdarzało, nie przekraczał granicy. Razem z kolegą Alfredem Golombkiem, kolejarzem utrzymania drogi żelaznej, jechali ręczną drezyną w przeciwnym kierunku. Obaj stali na niewielkiej platformie zwróceni twarzami do siebie. Każdy opierał się dłońmi o swoją część wajchy, którą naprzemiennie musieli wciskać w dół. W ten sposób ręczny napęd poruszał cztery koła drezyny, która przeznaczona była do codziennego patrolowania odcinka toru kolejowego pomiędzy Człuchowem a granicą państwową.

Takie patrole były ważnym elementem ruchu tranzytowego przechodzącego przez „polski korytarz” z Niemiec do Prus Wschodnich, a dokładniej pomiędzy Berlinem i Königsbergiem. Kolejarze przynajmniej raz w tygodniu o świcie wyruszali w drogę do granicy i z powrotem, by badać jakość szyn i nasypów. Pociągi tranzytowe z Niemiec jeździły tędy kilka razy dziennie bez przystanków, więc przemierzały ten szlak dość szybko. Stąd szczególnej uwagi wymagały tory, które musiały być najwyższej jakości, bo gdyby nie daj Boże doszło tu do wypadku z winy Polaków, to Niemcy zrobiliby z tego międzynarodowy skandal. W końcu za ów tranzyt codzienny płacili i to wcale niemało, więc mogli wymagać najwyższej jakości usług.

– A wiesz ty, Ebi… – Golombek i Maciaszek znali się od dziecka, więc byli po imieniu – …wiesz ty, że jak w Niemcach rewolucja wygra, to każdy będzie miał własny dom – stwierdził rozmarzony kolejarz, który gnieździł się z żoną i czwórką dzieci w dwóch pokojach na poddaszu.

– Jaka rewolucja? – zdziwił się Maciaszek, spoglądając uważnie na drzewa w lesie po niemieckiej stronie, tak jakby ta rewolucja naraz mogła wychylić swój obmierzły ryj spośród brązowych pni sosen. – Rewolucja to w Rosji. A w Niemczech to bolszewików wytłukli już dawno. Są tam, co prawda, komuniści, ale to przecie Niemcy, a bolszewicy to Ruscy…

Jego kolega pokręcił głową, uśmiechając się przy tym pod wąsem.

– Rewolucja, nie ta komunistyczna, bo ona nikomu nic nie daje, ino odbiera wszystko ludziom. Ja powiadam o tej innej, narodowosocjalistycznej.

Teraz Maciaszek się uśmiechnął, a właściwie to nawet roześmiał się w głos, bo też czytał gazety i umiał wyciągać wnioski z tego, co tam napisane.

– Głupiś, bracie. To ty nie wiesz, że w życiu jest tak, że jak sam czego nie zdobędziesz, to ci nikt niczego nie da. Albo se sam zarobisz, albo… wygrasz, to będziesz wtedy mieć. A jak nie umiesz o siebie zadbać, to na gruszki na wierzbie lepiej nie licz.

– Ja ino powiadam, że to w Niemczech ci narodowi socjaliści tak gadają.

– A ty skąd to niby wiesz?

– Czytam ich gazety. Oni tam mądre rzeczy piszą.

– Niby co takiego.

– Ano że trzeba Niemcom na wschód iść i bolszewikom dupę przetrzepać.

– My już im przetrzepali. A poza tym jak oni chcą na wschód iść, kiedy nie mają granicy z Rosją? Jakby chcieli bolszewię zaatakować, to musieliby przez nas przejść. Znaczy się chcą się z nami bić?

– Nie o to się rozchodzi. – Golombek najwyraźniej się ucieszył, że jego kolega zaczyna chwytać rzucone przez niego myśli i idee. – Oni nie na nas, ino na bolszewików, i jak już to razem z nami na nich ruszą. Tak mi powiadał ten zawiadowca Jurgen Kempke, co jest na stacji w Sznajdemilu. Ja jego znam już od dawna. To porządny chłop, a w partii to on nawet jest kimś ważnym. I on mi wszystko już w tej kwestii objaśnił. I nawet powiada, że jak u nich partia przejmie władzę, to kto wie, czy by u nas się nie przydało, żeby ktoś taki, jak ich führer Adolf Hitler, silną ręką przejął władzę…

– A co to nasz Piłsudski niby nie trzyma wszystkiego za mordę?

– Stary już jest…

– On stary, a ty głupi – zdenerwował się Maciaszek. – Piłsudski to nasz wódz, marszałek rodzony, co bolszewika pogonił jak nikt inny, a ten twój Hitler to co za jeden? Gołodupiec zwyczajny, co wygląda jak Chaplin. Pusty śmiech, jak się na niego popatrzy, nic więcej, nic więcej…

Zdenerwowany Maciaszek odwrócił głowę w prawo i z obrzydzeniem splunął pod nogi. Golombek też by splunął, ale zaschło mu w gębie od tego gadania. W dodatku uznał, że jego kolega jest za mało rozgarnięty, by rozmawiać z nim o poważnych tematach, i więcej na temat polityki nic mu nie powie, bo ten dureń i tak niczego nie rozumie. On za to rozumiał aż nadto. Wiedział, że jak kto nowe porządki silną ręką wprowadza, to na ludziach się musi oprzeć i tym, co go wybrali, po wyborach zapłacić. Więc tak jak mówił mu Kempke, ludzie dostaną w Niemczech robotę, mieszkania i nawet będą mieli fundowane przez rząd wakacje. A tu, w tej Polsce, to nic się nie zmieni nigdy i o większym mieszkaniu może sobie tylko pomarzyć, nie mówiąc już o wakacjach. No właśnie, trzeba by tego niemieckiego zawiadowcę wypytać, o co właściwie chodzi z tymi wakacjami, bo nie bardzo rozumiał. Podobno Hitler obiecywał, że każdy będzie sobie mógł z rodziną wyjechać w góry albo nad morze. I tego właśnie Golombek nie rozumiał, bo niby po co miałby jechać nad morze, jak on mieszkał tutaj, na pograniczu, i nad morzem żadnych interesów nie miał, a tym bardziej w górach.

– Patrz tam! – Z zamyślenia wyrwał go podekscytowany głos kolegi, który najwyraźniej już zapomniał o tym, że przed chwilą się pokłócili. Golombek spojrzał we wskazanym kierunku. Coś ciemnego mignęło mu pośród krzaków, jakieś pięć metrów od toru.

Chyba jednak mimo niepotrzebnej kłótni mieli dziś farta. Coś wypadło z pociągu, a wiadomo, że jak już wypadło, to nigdy nie wróci do właściciela, bo komu by się chciało szukać. Dlatego Maciaszek, niewiele się zastanawiając, złapał za wajchę ręcznego hamulca, który zazgrzytał piskliwie o piastę koła. Iskry poszły na boki, ale kto by się teraz tym przejmował. Trzeba było drezynę natychmiast zatrzymać, żeby przypadkiem nie odjechała zbyt daleko od znaleziska. Bo gdyby stracili je z oczu, musieliby wrócić i przejrzeć każdy kawałek pobocza.

Udało się. Drezyna stanęła. Doświadczeni kolejarze i poszukiwacze w jednym, wytężywszy wzrok, zaczęli powoli pompować wajchami, by cofnąć nieco stalowy wózek. Po chwili dojechali tam, skąd było widać tajemniczy przedmiot. Zatrzymali więc swój pojazd, wpatrując się weń z nadzieją, że okaże się czymś, co można sprzedać i na tej sprzedaży się wzbogacić.

– Wygląda jak neseser – ocenił Maciaszek, który wcale nie był pewny tego, co mówi, ale wypowiadając głośno zagraniczne słowo, zaklinał w ten sposób rzeczywistość.

– Albo jaki płaszcz – rzucił Golombek.

– Głupiś – zganił go kolega, wymachując przy tym ręką. – Kto płaszcz w lipcu nosi, jak takie upały.

– Jak kto w podróż daleką jedzie, to zapobiegliwy jest i zabrać ze sobą może płaszcz i nawet czapkę. – Golombek nie dawał za wygraną.

– Co tam będziemy gadać. – Maciaszek pochylił się, oparł dłoń na krawędzi drezyny i zeskoczył na ziemię. Drugi kolejarz podążył jego śladem. Od dawna mieli umowę, że to, co znajdą przy torach, sprzedają natychmiast, żeby śladu nie było, gdyby ktoś jednak szukał zguby, a pieniądze zdobyte z transakcji dzielą na pół. Obaj więc liczyli, że to duże i czarne, co wystaje z krzaków, to drogocenny bagaż. Jednak gdy podeszli bliżej, magia chwili rozpłynęła się w powietrzu jak ta poranna mgła, tyle że znacznie szybciej.

– Dupa – mruknął niezadowolony Golombek.

– A żeby jego pokręciło, gnoja jednego – zawtórował mu Maciaszek. – Że też pierdolony musiał właśnie tu wyskoczyć.

Pochylił się nad znaleziskiem, by mu się uważnie przyjrzeć. Nie był to ani neseser, ani płaszcz, ani nawet mała torebka podróżna. Niestety, u ich stóp leżał chudy mężczyzna, ubrany w sportową marynarkę z paskiem, spodnie knykry za kolana, brązowe kolanówki i jeden modny, brązowy trzewik. Drugiego buta nie było.

Głowa mężczyzny była odchylona pod nienaturalnym kątem wobec reszty ciała, co od razu powiedziało kolejarzom, że gość jest całkowicie i nieodwracalnie nieżywy. Ta przegięta głowa rozwiała też mogące się pojawić wątpliwości na temat przyczyn śmierci.

– Kark skręcił gnojek. – Golombek najwyraźniej nie mógł wybaczyć umarlakowi, że ten nie jest pękatą walizką, a jedynie właścicielem bagażu, który pojechał sobie zupełnie niepotrzebnie do Königsberga.

– Trzeba go zawieźć do nas, na stację. – Maciaszek podjął decyzję i od razu przystąpił do dzieła. Chwycił nieboszczyka za rękaw marynarki i pociągnął ku górze. Ciało nieco się przesunęło.

– Poczekaj – powstrzymał go kolega. – Marynarka porządna, można za nią i z dziesięć złotych dostać, a i jakby drugi trzewik się znalazł, to za buty też piątaka byśmy wyciągnęli. Przecież nieboszczyk do grobu ich nie zabierze.

– A jakby go tak rozebrać do gołej skóry?

– No coś ty, przecie nam nie uwierzą na policji, że goły wyskoczył z pociągu.

– No niby nie, ale przecież ktoś mógł go przed nami odzienia pozbawić. – Maciaszek zaczął rachować w myślach, ile dostaliby za całą garderobę, gdy naraz liczenie tej drobnicy przestało mieć jakikolwiek sens. Golombek bowiem zdjął ostrożnie marynarkę z nieboszczyka i jak każdy normalny człowiek włożył rękę do kieszeni, żeby sprawdzić, czy coś niepotrzebnego tam się nie kryje. Od razu jego dłoń natrafiła na pokaźnych rozmiarów przedmiot. Z trudem go wyciągnął, bo miał nieregularne kształty. Maciaszek patrzył, kręcąc z niedowierzaniem głową. Widział już takie jutowe pakunki z czerwonym paskiem pośrodku. By zajrzeć do środka i sprawdzić jego zawartość, trzeba było zerwać drut i plombę bankową. Obaj rozpoznali ją od razu, bo widzieli podobne, zakładane na przesyłki przewożone w wagonach pocztowych z jednej stacji na drugą. I dobrze wiedzieli, co się w nich przewozi. Służyły do bankowych przesyłek pieniężnych albo zawierających kosztowności.

– Herr Gott! – mruknął pod nosem Golombek. – To nie może być prawda…

– Ciężkie? – zapytał Maciaszek, żeby się upewnić, choć i tak już wiedział.

– Ciężkie jak cholera.

– Otwieraj!

Golombek skinął głową. Wydobył z kieszeni spodni scyzoryk, otworzył ostrze zębami i szybko przeciął drucik z plombą. Włożywszy dłoń do środka, jęknął, jakby przechodził mu po brzuchu dreszcz rozkoszy.

– Co tam masz? – Maciaszek nie mógł się doczekać i sam włożył rękę do zawiniątka. – Panienko Przenajświętsza, o ja żeż pierdolę… – Zamilkł wpatrzony w dłoń, a raczej w to, co na niej leżało. Kilka błyszczących w słońcu krążków. Obaj dobrze znali te złote dwudziestomarkówki, ale żaden z nich nigdy nie był właścicielem takiej monety. A tutaj w ich ręce wpadł cały worek.

Golombek wydobył inną, z samego spodu, żeby się przekonać, czy wszystkie wyglądają podobnie. Nie było wątpliwości, worek zawierał złote dwudziestki z wizerunkiem Wilhelma II, cesarza Niemiec i króla Prus.

– I co teraz? – zapytał Maciaszka, który ze wzruszenia nie mógł wydobyć z siebie słowa. W końcu się ocknął i ostrożnie, żeby czasami którejś nie upuścić, wsypał wszystkie marki z powrotem do woreczka.

– Zaciągnij ten drucik – rozkazał koledze.

– Ale…

– Złoto jest nasze i nikomu go nie oddamy. Jak ten tu – wskazał na nieboszczyka leżącego u jego stóp z szeroko otwartymi oczami i rozdziawioną gębą – był właścicielem, to jemu już nie są potrzebne. Ale coś mi się widzi, że to nie jego, ino pocztowe monety. Ten gość musiał je ukraść z wagonu pocztowego i wyskoczyć z pociągu. Znaczy się złodziej. A ukraść złodziejowi to nie kradzież, a zasługa.

– Prawda, ale gdzie to ukryjemy?

– Nic się nie martw. Jak będziemy wjeżdżać na stację, zeskoczę na chwilę z drezyny i pobiegnę do mnie na podwórko, i schowam w komórce. A ty w tym czasie już będziesz wzywał policję. A ja se wrócę, jakby się nic nie stało. Rozumiesz, nikt nie zauważy nawet. A jakby co, to o złocie my nic nie słyszeli. Jasne? Nawet księdzu na spowiedzi ani słowa, bo zaraz doniesie albo każe się dzielić.

– Jasne – zgodził się z kolegą Golombek. Zresztą, co miał się nie zgodzić. Każdy by się zgodził za takie pieniądze. W końcu obaj właśnie ze zwykłych, ledwo wiążących koniec z końcem kolejarzy stawali się bogaczami. Przyszło mu nawet do głowy, że nie potrzebuje już w kraju silnej władzy, od której dostanie mieszkanie i robotę, bo teraz będzie mógł zamieszkać nawet w trzech pokojach na parterze. Natomiast Maciaszek, dźwigając zwłoki, pomyślał sobie, że wreszcie karta się odwróciła i teraz to on zgarnął całą pulę. No może nie całą, bo musiał się przecież podzielić z tym głupim Golombkiem.

 

Wrzucili na drezynę swojego „dobroczyńcę” i zaraz obaj wskoczyli na górę. Bez słowa zabrali się do roboty, chwytając każdy za swoją dźwignię. Wóz szynowy zajęczał i koła zaczęły wolno toczyć się przed siebie. Do stacji, na której pełnili kolejarską służbę, było stąd całkiem niedaleko. Za dziesięć minut powinni być na miejscu. Może nawet dotrą tam szybciej, bo świadomość finansowego sukcesu dodawała im sił. Całkowicie zimną obojętność zachowywał tylko ten nieborak leżący na platformie, którego niewidzące oczy wpatrzone były wprost we wschodzące w całej swej krasie słońce.

Nowy dzień zapowiadał się całkiem pięknie.

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział I

 

 

Poznań

Piątek

19 lipca 1929 roku

 

Godzina 3.20 w nocy

 

Szczupły mężczyzna stał przy słupie ogłoszeniowym, jakby wpatrywał się w któryś z afiszy najprzeróżniejszych anonsów i informacji oblepiających tę wystawę. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, bo przecież od tego są słupy z ogłoszeniami, żeby przy nich się zatrzymywać i czytać, co tam obwieścili. Tyle że byłoby to całkiem normalne za dnia, albo nawet jeszcze pod wieczór, kiedy dziennego światła jest pod dostatkiem, ale na pewno nie o trzeciej nad ranem, kiedy miejskie ulice zasnuwały kompletne ciemności. Jeszcze pół godziny i zacznie budzić się lipcowy, letni dzień, gdy promienie słoneczne wsuną swoje jasne języki w uliczne wąwozy, prześlizgując się najpierw po czerwonych dachach, by zejść niżej i zagrać refleksami na szybach zamkniętych w przedzielone krzyżem, białe ramy, podążyć po ścianach do tych większych szklanych połaci wystaw składów i magazynów, a w końcu spłynąć na sam dół do wilgotnych od porannej rosy łbów kamieni brukowych. Wtedy będzie można wreszcie przeczytać wszystkie te ponalepiane grubą klejowo-papierową warstwą przesłania, prośby i polecenia, ale na razie wszędzie dookoła było ciemno i ponuro. Co prawda ulicę oświetlały lampy gazowe, lecz ich blask dawał tylko możliwość zorientowania się w kierunku spóźnionym wędrowcom, powracającym z nocnych eskapad po knajpach i dancingach. Nie były to wszakże lampy elektryczne, które instalowano od pewnego czasu na najważniejszych ulicach i placach miasta, wytwarzające za pomocą żarówek światło jasne jak w dzień. Te zwykłe, gazowe, tliły się ledwo, byleby tylko świecić, tak by idący pod nimi przechodzień nie stracił orientacji i nie połamał nóg.

Ów stojący przy słupie człowiek w ciemnym płaszczu i kapeluszu na głowie najwyraźniej nie zwracał uwagi ani na ogłoszenia, ani na lampy. On był zainteresowany zupełnie czym innym. Spoglądał na przeciwległą stronę ulicy. Tam, w odległości jakichś dwudziestu kroków od niego, stała dorożka. Siedzący na koźle dorożkarz wyglądał jak kamienny posąg z pochyloną głową. O tym, że jest żywą istotą, świadczyło jednak głośne pochrapywanie, przechodzące chwilami w gwizd. Jego koń widać przyzwyczajony był do takich nocnych postojów, bo stał spokojnie, prychając tylko co jakiś czas chrapami. On też zdawał się drzemać. Na szczęście śpiącym nie przeszkadzał żaden najdrobniejszy nawet szmer. Wielkie Garbary jeszcze spały, odpoczywając po ciężkiej nocy, wypełnionej po brzegi strumieniami wódki i piwa, przelewającymi się we wszystkich pobliskich szynkach i gospodach.

Naraz drzwi osadzone w solidnej, dębowej bramie otworzyły się, wypuszczając na ciemną ulicę odrobinę światła ze świecy. Gruby jak beczka piwa stróż wyszedł na zewnątrz, oświetlając przejście między bramą a dorożką.

– Ej ty, dryndziarz! – zawołał w kierunku pogrążonego we śnie dorożkarza. – Ej, drynda, do roboty! – krzyknął nieco głośniej, a śpiący poruszył się na koźle i zaraz potem przetarł kułakami zaspane oczy. Koń też się przebudził, bo zarżał, najwyraźniej zadowolony, że wreszcie kończy się to bezproduktywne oczekiwanie i być może ruszą niebawem do stajni.

– Szanowne panowie, poproszę bardzo. – Stróż odwrócił się i spojrzał za siebie.

Z bramy wyłoniło się dwóch mężczyzn. Jeden szedł pewnie, zdecydowanym krokiem, ale drugi podążał za swoim towarzyszem z wyraźną trudnością. Stróż natychmiast wyczuł okazję do zarobienia dodatkowego grosza. Niezwykle delikatnie, ale zdecydowanie ujął gościa pod ramię i podprowadził do dorożki, która właśnie zajechała pod sam krawężnik. Ten pierwszy wsiadł już do środka i teraz, widząc, że jego towarzyszowi potrzebna jest pomoc, wychylił się i podał mu rękę. Wspólnie z cieciem wwindowali go do góry, po czym mężczyzna opadł ciężko na siedzenie. Dorożka zajęczała, ale na szczęście była solidnie zbudowana i nie takie ciężary już zdarzało się jej przewozić. Bardziej trzeźwy z dwójki sięgnął do kieszeni i wyjął z niej pugilares. Wygrzebał jakąś monetę i podał stróżowi. Musiało to być przynajmniej pięć złotych, bo cieć, zadowolony, ukłonił się wpół, a potem klepnął woźnicę w kolano.

– No, jedźże, chłopie, i zawieź mi szanownych panów, dokąd tam chcą. Ino żebyś nie trząsł za bardzo tą dryndą.

– Trzym się swojej bramy, szuszwolu niemyty – burknął dorożkarz, którego najwyraźniej zirytowała nadgorliwość stróża. Strzelił batem nad końskim zadkiem i zwierzę wolno ruszyło przed siebie.

– A podjedź mi tu kiedy jeszcze, bambrze zdalasiały, pod moją bramę, to psem poszczuję.

– A podejdź mi ino tutej, ćwoku zasrany, to bacikiem przez ryło przeciągnę – odgryzł się dryndziarz. Nie było słychać w tej wymianie zdań specjalnej złości, która brałaby się z urażonej dumy. I jeden, i drugi nawarczeli na siebie ot tak, dla fasonu, żeby podkreślić, że mają swoją godność i nie wolno na nią nastawać. Bo wiadomo, że godność to rzecz święta, a im kto biedniejszy i gołą dupą świeci, tym bardziej z godnością się obnosi.

– To dokładnie niby gdzie mam jechać? – zapytał dryndziarz, odwracając się za siebie.

– Do domu proszę! Jedź pan prościutko do domu – zawołał bełkotliwie ten mocniej wstawiony.

– Znaczy się gdzie?

– Do salonu! Tylko nie do sypialni, bo moja żonka się obudzi i będzie awantura!

– Ale gdzie dokładnie?

– Połóżcie mnie na sofie. Tam umrę sobie cicho, nikomu nie wyrządzając krzywdy, jakem kupiec kolonialny Aron Dubeltowegibel z Łucka.

– Nie, nie, pan szanowny dorożkarz jego nie słucha. On do domu dziś nie pojedzie – odezwał się w końcu ten bardziej trzeźwy klient, który musiał najwyraźniej zapaść się w sobie, zasiadłszy na wygodnej, obitej pluszem dorożkarskiej kanapie, i teraz nagle wrócił do rzeczywistości. – Nam trzeba jechać do hotelu naszego, co się nazywa Polonia, co jest położony przy ulicy, tej, no, co to Polacy pokonali tam Krzyżaków…

– Grunwaldzka znaczy się – ucieszył się dryndziarz, bo do tego nowego hotelu było kawał drogi.

– Tak jest, bitwa pod Grunwaldem, co ją pan Matejko namalował w Krakowie.

– Do salonu i na sofę! – przypomniał sobie naraz Aron Dubeltowegibel z Łucka.

Stróż tymczasem chuchnął na monetę i schował ją do kieszeni. Nim dorożka zdołała zawrócić na pustej ulicy, by odjechać w kierunku placu Bernardyńskiego, zniknął za drzwiami w swojej bramie. Chwilę później powóz był już przy skrzyżowaniu z niewielką przecznicą Wszystkich Świętych, tam gdzie stał słup ogłoszeniowy. Naraz wyskoczyła zza niego postać w ciemnym płaszczu i jednym susem dopadła powozu. Mężczyzna wskoczył na stopień, a z drugiej strony ulicy podbiegł inny, blokując drugie wyjście. Obaj mieli na twarzach maski z chust, z dziurami wyciętymi na oczy, które lśniły teraz złowieszczo w księżycowej poświacie.

– Co jest, do cholery?! – zawołał dorożkarz, ale natychmiast przeszła mu ochota do zadawania kolejnych pytań, gdy poczuł, jak w kark wbija mu się coś twardego i zimnego.

– Jedź i zamknij ryło! – nakazał ten w kapeluszu.

Drugi, w kaszkiecie na głowie, wycelował pistolet w kierunku pasażerów.

– Dawać portfele, piniądze, pirścionki i co tam jeszcze mota – warknął groźnie do obu mężczyzn.

– Porcygary i dulary – zaśmiał się ten drugi, który nie musiał już pilnować woźnicy. Ten pilnował się sam, lekko poganiając konia. Bandyta zdjął kapelusz i odwrócił go do góry dnem.

– Ładować wszystko do środeczka. A jak który z szanownych panów coś zachowa dla siebie, to jak mi Bozia miła, łeb odstrzelę w trymiga.

– To oburzające! – wybełkotał z trudem Aron z Łucka, któremu naraz zaczęła wracać trzeźwość umysłu.

– Zamknij się pan, panie Żyd, bo jak dam w mordę, to szczęka z zawiasów wyleci. I na co to panu? O, patrz pan, jak szanowny kolega się ładnie sprawił i nie marudzi niepotrzebnie.

Rzeczywiście druh kupca kolonialnego nie miał żadnych kłopotów z przetrząśnięciem swoich kieszeni. Ich zawartość w błyskawicznym tempie znalazła się w kapeluszu. Widać musiał być dobrym przyjacielem, bo zaraz wziął się za kieszenie kolegi, pomagając mu pozbyć się niepotrzebnych rzeczy. Wyciągnął portfel i srebrną papierośnicę.

– No i jeszcze sikory! – przypomniał zbir z kapeluszem w dłoni.

– Jakie sikory? – zdziwił się ten bardziej trzeźwy.

– No cebulę dawaj! – Drugi bandzior pociągnął go za pejsy.

– Aj! Ja nie mam cebuli. Żadnych cebul nie noszę ze sobą, a Aron takoż samo. My nie jadamy na ulicy, ale w restouracji.

– Zegarki dawać, łachudry.

– Ach, zegarki! – ożywił się naraz Dubeltowegibel. – To nie możesz pan od razu po ludzku gadać, żeby do nieporozumienia nie dochodziło? Proszę bardzo, oto moja omega. Pierwsza klasa cebula, ha, ha, ha!

Oba zegarki powędrowały do kapelusza.

– To już wszystko? Nic żeśta nie schowali? – zapytał groźnie bandyta w kaszkiecie.

– Ja schowałem, owszem. – Aron Dubeltowegibel sięgnął do kieszeni marynarki i przez chwilę grzebał w niej wytrwale.

– Gdzieś tu była, o, proszę bardzo. Jest moja ulubiona butelczyna na czarną godzinę. – Wydobył posrebrzaną metalową piersiówkę i zadowolony już chciał odkręcić korek, by upić łyczek, ale nie zdążył. Bandyta w kaszkiecie wyrwał mu flaszkę.

– Taka butelczyna też nam się przyda! – stwierdził złodziej, uradowany z niecodziennego łupu, i zeskoczył ze schodka dorożki na brukowaną ulicę. Jego kompan zrobił to samo.

– Moja flaszeczka! Oddawać mi moją flaszeczkę! – krzyczał obrabowany kupiec kolonialny, do którego właśnie dotarła straszna myśl, że odebrano mu wszystkie jego dobra pod groźbą broni palnej i utraty życia. – Policja, ratunku! – wrzeszczał jak opętany.

– Policja, ratunku, mordują i rabują! – zaczął mu wtórować jego znajomy, gdy przekonał się, że napastnicy się oddalają.

Nim dorożka dojechała do placu Bernardyńskiego, dwaj zamożni pasażerowie już zrozumieli straszną prawdę, że stali się w jednej chwili byłymi zamożnymi pasażerami. Bandyci tymczasem pobiegli w głąb Wielkich Garbar. Po chwili stukot ich podkutych butów ucichł, a sylwetki zbiegów rozpłynęły się w szarości świtu.

– A ciekawe, kto mnie teraz za kurs zapłaci? – Dorożkarz odwrócił się i spojrzał na kanapę, na której siedzieli obrabowani nieszczęśnicy. – Bo jeśli rozchodzi się o dowóz szanownych panów na nocleg, to ani ja, ani moja kobyła bez zapłacenia nie jedziem nigdzie. – Dla potwierdzenia swojej groźby pociągnął za lejce i osadził szkapę w miejscu.

– A wy, panie dorożkarz, to se myślicie, że my co, sroce spod ogona wypadli? Że jak nas obrabowali na ulicy, to my są już całkiem biedne ludzie? – Kupiec kolonialny z Łucka poczuł się do żywego dotknięty.

– Jedź pan, panie woźnicowy, i nic się nie martw o zapłatę. – Drugi pasażer klepnął go w plecy. – Wszystko będziesz miał pan wyregulowane, jak dojedziemy do hotelu.

– No i Bogu dzięki! – Zadowolony dryndziarz cmoknął na klacz, która natychmiast posłusznie ruszyła. Ostatni dzisiejszy kurs zakończy się więc szczęśliwie i za chwilę będzie mógł jechać do domu. No może co najwyżej stanie jeszcze na chwilę w dorożkarskiej knajpie na Świętym Marcinie, żeby wypić ćwiarteczkę wódki i zagryźć ją sznytką chleba obłożoną pieczonym boczkiem. Taka uczta na koniec nocy byłaby doskonałym rozwiązaniem, pomyślał dorożkarz i aż oblizał się na myśl o piciu i jedzeniu. Ale naraz jego plany rozpadły się w drobny mak przez tego Żyda z pejsami…

– Ale zanim nas pan odwieziesz do hotelu, jedź pan najsampierw na policję. Ten bandycki napad trzeba przecież zgłosić.

– Oczywiście – poparł go kolega. – Zgłosić wszystko, co do grosza, żeby tych bandytów złapali i wtrącili do lochu albo rozstrzelali na miejscu.

– Teraz na policji to nikogo może nie być – spróbował nieśmiało dorożkarz.

– Coś pan oszalał? Na policji w stołecznym mieście Poznaniu w czasie PeWuKi[1] ma nie być policji? A to wyborny dowcip. Jedź pan i nie gadaj! Słyszał żeś, Aron, w Poznaniu nie ma policji w nocy.

– Oczywiście, że nie ma – stwierdził Dubeltowegibel. – Nie ma policji ani na lekarstwo. Bo jakby była, toby nas nikt nie obrabował. A tak moja piersióweczka przepadła i teraz moim koniakiem raczą się jakieś chamskie gardła. Dlatego jedziem na policję, panie sałata!

I próba wprowadzenia w błąd pijanych pasażerów się nie powiodła, więc ćwiartka wyborowej i pajda chleba oddaliły się i zniknęły w porannej mgle. Bo dorożkarz doskonale wiedział, co oznacza wizyta na posterunku. Obu tych delikwentów wezmą zaraz na spisanie zeznań, co potrwa jakieś dwie godziny, a on jako świadek też będzie musiał zeznawać i co najgorsze tracić czas. A to oznacza, że zapłatę za kurs dostanie dopiero, jak policjanci z nimi skończą.

Na szczęście do Prezydium Policji przy 27 Grudnia nie mieli stąd daleko. Przynajmniej tyle dobrego, pomyślał dryndziarz, wjeżdżając w ulicę Podgórną, skąd widać już było jasną poświatę placu Wolności, oświetlonego pięknymi, elektrycznymi lampami, a nawet sklepowymi neonami. W końcu była to najbardziej reprezentacyjna część Poznania. Dorożkarz poczuł się dumny, że mieszka w takim ładnym mieście.

 

 

Człuchów – pogranicze polsko-niemieckie

 

Godzina 8.40 rano

 

– Dokumentów żadnych to on nie miał? – zapytał podejrzliwie przodownik Ludwik Bielawski, zastępca komendanta posterunku Policji Państwowej na dworcu w Człuchowie. Przesłuchiwany Maciaszek pokręcił głową.

– A kto by tam, panie przodowniku, papierów jakichś szukał?

– To znaczy się, że żeście go przeszukiwali?

– My? Nigdy w życiu! – Kolejarz uderzył się otwartą dłonią w pierś, ale na Bielawskim nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Wiedział z doświadczenia, którego nabierał już ładnych parę lat, że w takich wypadkach ludzie kłamią jak najęci. Jeśli znaleźli trupa, to na pewno przetrząsnęli mu kieszenie. Taka była natura ludzka. Człowiek umarł, to już mu nic do szczęścia nie było potrzebne. A ci dwaj znaleźli zwłoki, więc musieli je ograbić ze wszystkiego, co cenne. Czyli truposz powinien być chociaż rozebrany, bo jego marynarka kosztowała nie mniej niż dziesięć złotych. Więc gdyby kolejarze mu ją zabrali, to mogliby sprzedać łup za co najmniej połowę jego wartości. Tymczasem facet był ubrany kompletnie, poza jednym trzewikiem, który pewnie leżał nadal przy torach. No i w kieszeniach nie było dosłownie nic. Wypadł z pociągu z pustymi kieszeniami? zastanawiał się przodownik Bielawski, spoglądając przez okno, z którego widok rozciągał się na główną miejską ulicę i na położoną dokładnie vis-à-vis restaurację Dworcową. Jak co dzień stało przy niej kilku wąsatych chłopów, ubranych w białe koszule, czarne kamizelki, nazywane tu westkami, i w czapkach hamburskich na głowie. Trzymali w dłoniach kufle pełne piwa, a w zębach fajki wiśniowe miejscowego wyrobu. Spotykali się tutaj, by przepłukać gardło i pogadać o polityce, mieszkańcy okolicznych wiosek, którzy do Człuchowa przyjeżdżali po sprawunki bryczkami albo na rowerach. Każdy chłop nosił w kieszonce westki niewielki pugilares na papierowe pieniądze, a w kieszeni portków chował drobne. A ten truposz nie miał ani drobnego grosika, ani portmonetki na pieniądze. Co ważne, nie miał również portfela na dokumenty, a przecież musiał mieć paszport, jeśli był Polakiem. Ale jeśli był Niemcem, to powinien mieć niemiecki ausweis. Ale za to miał elegancką marynarkę. Czyli nie był gołodupcem.

Popatrzył uważnie na siedzącego po drugiej stronie biurka, ubranego w służbową czarną marynarkę, kolejarza Maciaszka, który właśnie ocierał chusteczką pot z łysego czoła.

– Więc słuchajcie, Maciaszek, co ja se myślę – odezwał się przodownik, groźnie marszcząc brwi.

– Słucham, jak najbardziej.

– Ja was na razie do więzienia nie wsadzę…

– Jak do więzienia? – Maciaszek wyglądał na szczerze zdziwionego.

– Nie wsadzę was pod jednym tylko warunkiem. Że mi zaraz, jeszcze dziś, przyniesiecie jego dokumenty ze wszystkimi pieniędzmi, co żeście mu je rąbnęli.

– Ale… – jęknął Maciaszek.

– I żadne mi tu „ale”! – krzyknął policjant, podnosząc się zza biurka. – Bo ja was przejrzałem do cna. Patrz się, Marcel, jak się takich krętaczy obwija wokoło palca. – Zaciekawiony starszy posterunkowy, Marcel Gałązka, przerwał pisanie raportu i też wstał z krzesła przy drugim biurku, by dokładniej zobaczyć, jak szef „obwija” sobie tego nieboraka.

– Bo ja, panie kolejarz, już dziś, tu, natychmiastowo, bym mógł was wsadzić do kozy za okradanie zwłok. Bo nikt mi nie powie, że te zwłoki nie miały czegoś, co by się nie dało ukraść. Musiały mieć jakieś pieniądze albo coś tam jeszcze, co się nosi w kieszeniach, prawda, Marcel?

Marcel skinął głową, bo jak najbardziej zgadzał się z przełożonym.

– Scyzoryk – powiedział.

– Co? – Przodownik spojrzał na niego badawczo.

– Scyzoryk musiał mieć. Każdy chłop nosi scyzoryk w kieszeni i chusteczkę do smarkania, jak kto obyty.

– No właśnie. Masz całkowitą rację. Scyzoryk, sznurek, chusteczkę i drobne monety. A on nie miał nic.

– Może mu wypadło… Jak wyleciał z pociągu – próbował walczyć Maciaszek, choć nie było w jego głosie żarliwej pewności siebie. Bielawski od razu to wyczuł. I dlatego przypuścił frontalny atak. Walnął pięścią w stół, aż podskoczyło pióro do zapisywania zeznań.

– A gówno! – zawołał w świętym oburzeniu policjant. – Żeście go obskubali i wszystko żeście mu ukradli. To ja wam teraz powiadam, panie szanowny Maciaszek, że ja wam daję kwadrans. Wiecie, co to kwadrans?

Kolejarz wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Co to za pytanie do urzędnika kolejowego?”.

– Kolej na zegarach stoi, panie przodowniku – odparł głosem pełnym urażonej dumy.

– No to jak tak, to macie dokładnie cały kwadrans na przyniesienie mi tutaj, na to biurko, wszystkiego, co żeście temu nieszczęśnikowi zabrali – mówiąc to, Bielawski postukał palcem w mocno zużyty blat, który czasy swojej świetności przeżywał w czasach wojny prusko-francuskiej. – Rozumiemy się, czy też mam zarządzić u was w domu przeszukanie i zawiadomić jeszcze prokuratora?

Kolejarz spuścił wzrok. Nie miał wyjścia. Musiał zacząć współpracę z policją, bo inaczej mógł mieć poważne problemy. A tego właśnie chciał uniknąć. Dlatego, jeszcze zanim dojechali na stację drezyną z nieboszczykiem na pokładzie, powiedział Golombkowi, co powinni zrobić, żeby nikt nie pomyślał o szukaniu u nich tego zaginionego złota. Oczywiście, o ile ktoś wpadłby na to, że jakieś złoto w ogóle istnieje.

 

– Co do złota, to ja se myślę tak – tłumaczył koledze Maciaszek – że nikt nie będzie wiedział, że zginęło, bo jak na razie nie ma kradzieży. Zorientują się dopiero w Berlinie, jak zaczną pocztę wydawać. Wtedy im się nie będzie zgadzać i zaczną szukać, ale nie znajdą.

– A skąd niby to wiesz?

– Na zdrowy rozum to weź, ty mój drogi gołąbku.

– Czyli że jak?

– Widzisz tego tu? – Dotknął czubkiem buta nieboszczyka.

– No.

– Widział żeś jego paszport?

– No, widziałem. Polak z Polski.

– Właśnie. A bilet jego żeś widział? Miał bilet do Sznajdemila z Marienwerder. A to znaczy, że wsiadał w Niemczech i wysiadał w Niemczech, na ostatniej stacji w Prusach wsiadał, a na pierwszej w Niemczech wysiadał. Czyli zafundował sobie wycieczkę z Niemiec do Niemiec, ale nagle przed samą granicą zatęsknił za ojczyzną ukochaną i wyskoczył z pociągu, obciążony woreczkiem ze złotem. Trochę nieszczęśliwie wyskoczył i skręcił se kark. Więc co to wszystko znaczy?

– A skąd ja, do cholery, mam wiedzieć?

– Trzeba ruszyć mózgownicą. – Maciaszek postukał się w czoło. – Gość wyskoczył, bo okradł wagon pocztowy. Pusty, bez ludzi, bo wagon jest przed wjazdem do Polski plombowany, a jego załoga musi przejść do przedziału służbowego, do którego wchodzi polski celnik. I ten celnik jedzie z Niemiaszkami przez cały polski korytarz aż do pierwszej niemieckiej stacji. Tam cała załoga niemiecka razem z celnikiem idą do wagonu pocztowego, zdejmują plombę i jadą sobie dalej, a celnik wraca do Polski lokalnym pociągiem. Czyli nasz nieszczęśliwy złodziej jakoś się musiał dostać do wagonu pocztowego, jak on był już bez pocztowców. Tam sobie przez półtorej godziny, bo tyle jedzie pociąg przez Polskę, wybrał to, co mu się podobało, i przed samą granicą wyskoczył. Więc ci pocztowcy zorientują się, że coś im zginęło, pewnie dopiero w Berlinie. I nie będą wiedzieli, jak to się stało, że złoto zginęło. Tylko my to wiemy.

– I co nam z tego?

– Ano tyle, że szukać u nas nie będą. I dlatego na wszelki wypadek musimy go okraść.

Golombek spojrzał na kolegę, jakby ten całkowicie postradał rozum.

– No przecie my jego już okradli.

– Nie o to się rozchodzi.

– A o co?

– O to, że musimy jemu zabrać wszystko, co ma przy sobie, znaczy się portfel, dokumenty i wszystkie najdrobniejsze pierdoły.

– No ale po co, jak my już się tak obłowili, że do końca życia niczego ukraść nie musimy?

– O zmylenie policji się rozchodzi.

Golombek nadal niczego nie rozumiał, więc rozdziawił usta w niemym zdumieniu, czekając na szczegółowe wyjaśnienie.

– Policja, jak zobaczy, że on okradziony, zaraz na nas skieruje podejrzenia.

– Wsadzą do więzienia.

– Nie wsadzą. Bo każą nam oddać wszystko, co żeśmy ukradli.

– I oddamy im wszystko?

– Wszystko, nawet tą jego zasmarkaną chusteczkę.

– Ale że jak?

– Ano tak, że jak im wszystko oddamy i powiemy, że to już wszyściutko do końca oddane pod Bogiem, to oni już nie będą se myśleć, że gość miał co jeszcze schowane. Bo i skąd mieliby wiedzieć, że tam było jakieś złoto? A my o złocie ani słóweczka. Ani pary z gęby i przysięgamy, że nic więcej nie było.

– Ale ty masz łeb nie od parady – stwierdził Golombek z podziwem.

– Jak człowiek w karty gra, to umi strategicznie myśleć.

 

Maciaszek, zadowolony, uśmiechnął się pod wąsem. Miewał czasami dobre pomysły. I teraz jego strategia przynosiła właśnie efekt. Tak jak nakazał mu przodownik Bielawski, pobiegł do domu. Mieszkał niedaleko, w kolejarskim budynku z czerwonej cegły, stojącym zaraz przy kolejowym dworcu. To, co ukradli nieboszczykowi, włożył w puszkę po masce przeciwgazowej i schował w komórce do trzymania węgla i weków. Zabrał tę puszkę i wrócił z nią na komisariat. Gdy wszedł do środka, Bielawski siedział rozparty na służbowym krześle. Przed nim na blacie leżał zegarek. Policjant spojrzał na kolejarza, a potem wzrok przeniósł na cyferblat.

– No ładnie. Zdążyliście, Maciaszek. Została dokładnie jeszcze minuta. Czyli jesteście jak porządny pociąg, który czeka przed stacją na sygnał wjazdu, żeby zajechać punktualnie.

– A to jest właśnie to, co pan przodownik chciał zobaczyć. – Maciaszek otworzył wieko puszki i wysypał zawartość na blat. Bielawski pochylił się, by dokładnie wszystko sprawdzić.

– No proszę, ile dobra żeście zgarnęli. Niby tyle tego, a i tak niewiele, jeśli sobie pomyśleć, że to wszystko, co po człowieku zostało. – Bielawski najwyraźniej wpadł w nastrój refleksyjny, bo jako człowiek obyty czytał dużo gazet i słuchał radia, które podawało co dzień sporo ciekawych informacji o ludziach i całym świecie. Teraz też radio stojące na parapecie okiennym grało cicho muzykę fortepianową, bo przodownik lubił słuchać, a nawet bardzo lubił śpiewać, dlatego należał do kościelnego chóru. Podczas niedzielnych mszy, będąc najbliżej Stwórcy, jak to tylko możliwe, bo na kościelnym chórze, rozmyślał sobie nad sprawami ostatecznymi i sensem życia. I teraz naszła go jeszcze refleksja, że człowiek, który nie zostawi po sobie czegoś dla potomności, niewiele jest wart. Ale nie miał pojęcia, co on mógłby zostawić. Bo portfel, scyzoryk, sznurek i kilka monet to przecież było nic. Musi się nad tym poważnie zastanowić. Tymczasem przywołał swojego podwładnego.

– Bierz no, Marcel, kartkę i ołówek i chodź tutej do biurka. Spiszemy, co tam znaleziono przy nieboszczyku.

Starszy posterunkowy zabrał kartkę i ołówek, nogą podsunął sobie krzesło do przełożonego i zamarł w oczekiwaniu. Bielawski tymczasem chwycił do ręki pierwszy przedmiot.

– Przy nieboszczyku znaleziono, co następuje, dwukropek – zaczął dyktować powoli i wyraźnie, żeby Gałązka zdążył wszystko zapisać. – Punkt pierwszy, zegarek kieszonkowy Omega z posrebrzaną kopertą, punkt drugi, chusteczkę kraciastą, używaną, punkt trzeci, scyzoryk o dwóch ostrzach z oprawą kościaną, punkt czwarty, monety polskie na kwotę osiem złotych i czterdzieści groszy, piąty, portfel skórzany koloru brązowego, a wewnątrz paszport polski, niebieski, na nazwisko Jan Piórkowski, wystawiony w mieście Poznań… O, jest i zdjęcie eleganckie pana Piórkowskiego, rzeczywiście jest to nasz nieboszczyk ze skręconym łbem.

– Ze skręconym łbem… – powtórzył starszy posterunkowy.

– Tego nie pisz!

– Czego?

– O tym łbie, barani łbie!

– Nie? To jak mam pisać?

– Tylko to, co dyktuję, a nie to, co gadam tylko ot tak…

– Aha. Rozumiem, ale pan przodownik nie kazali kończyć.

– To teraz każę. Przepisać mi to piórem na protokóle.

– Tak jest! – Gałązka poderwał się z krzesła, by dokończyć robotę przy swoim biurku. Tymczasem Bielawski spojrzał na siedzącego naprzeciw kolejarza.

– I co, nie można było tak od razu?

– No można, ale człowiek głupi jest.

– Prawda, że wszelkie zło bierze się z głupoty. Ale po to jest policja, żeby z tym złem walczyć. Mam nadzieję, że nic żeście więcej nie ukryli?

– W życiu, panie przodowniku! – Maciaszek rąbnął się pięścią w pierś.

– I całe wasze szczęście, że żeście na mnie trafili. Bo inny by się z wami nie patyczkował.

– Święta racja.

– No masz już ten protokół? – Bielawski ponaglił podwładnego. Ten przyłożył bibularz do kratki i osuszoną w ten sposób z nadmiaru atramentu podał szefowi.

– Tu się podpiszcie. – Przodownik wskazał miejsce przesłuchiwanemu, a ten złożył zamaszysty podpis, po czym nasunął kolejarską rogatywkę na głowę, zasalutował i wyszedł z komisariatu. Bielawski tymczasem zebrał rzeczy, które pozostały po nieboszczyku Piórkowskim, wrzucił je do specjalnego woreczka na dowody rzeczowe i schował to wszystko do szuflady biurka.

Tak niewiele po człowieku zostaje, pomyślał. A po mnie tylko to, co zapisane w protokółach i kajetach. Może kiedyś ktoś do nich zajrzy i odtworzy z tych zapisków moją historię?[2]

 

 

Poznań

 

Godzina 9.20 rano

 

Zakratowane okno pokoju przesłuchań w Dyrekcji Policji, przy zbiegu Ratajczaka i 27 Grudnia, wychodziło na wewnętrzny dziedziniec. Dzięki temu uliczne hałasy nie rozpraszały policjantów, którzy prowadzili tu swoje codzienne badania zatrzymanych, a ludziom przesłuchiwanym urzędowa cisza zapewniała możliwość skupienia się na własnych myślach, które mogły swobodnie krążyć wokół przewin i niecnych postępków. Bo jak mawiali starzy policjanci, zatrzymanemu zawsze trzeba dać nieco czasu, żeby się nad sobą zastanowił, a dopiero potem lać po mordzie.

Pejsaty jegomość w czarnym kapeluszu na głowie nie musiał jednak robić rachunku sumienia. On bowiem domagał się sprawiedliwości i zadośćuczynienia od władzy, która powinna była go chronić, ale nie ochroniła. Siedzący naprzeciw niego młody policjant Walenty Oskierko przyglądał mu się z zaciekawieniem. Dawno nie widział ortodoksyjnego Żyda. Tam, skąd pochodził, czyli w Kongresówce, spotkać ich można było na każdym kroku. Jednak tu, w Poznańskiem, Żydzi nie wyróżniali się egzotycznym wyglądem. Ubierali się tak jak wszyscy miejscowi Polacy i Niemcy, więc za nic nie dawało się ich rozpoznać w tłumie. A ten siedzący naprzeciwko przypominał gościa z innego świata, w którym religia określała tożsamość i dzieliła ludzi na lepszych i gorszych. Tu, w Poznaniu, też były podziały, ale zdecydowanie prostsze. Poznaniacy dzielili ludzi na mądrych i głupich, pracowitych i nierobów, a w tym pokoju linia podziału była jeszcze prostsza – na winnych i niewinnych.

– Więc powiadacie, panie Libuber, że ów bandyta chciał was zastrzelić?

– A co on niby chciał ode mnie chcieć? On musiał chcieć mnie obrabować i zabić na śmierć. Jak pragnę zdrowia, panie aspirancie, na śmierć zabić, bo inaczej po co by wyciągał ten leworwer i celował we mnie, a ten drugi w mojego znajomka od interesów, tego chudego Arona Dubeltowegibela z Łucka, kupca kolonialnego? To przecież jasne jak słońce, że jak kto jest bandyta, to chce człowieka obrabować i zamordować. Bo jak on by nie chciał, toby miał inny zawód. Na ten przykład kupiec. Bo kupiec nikogo nie morduje.

– A pan Dubeltowegibel mówi, że on tylko machał tym pistoletem na postrach. Że jakby chciał was zabić, to już by było po was.

– Dubeltowegibel to on jest człowiek małej wiary. Co on może w ogóle wiedzieć, jak on był tak pijany, że ja jego prawie na własnych plecach musiałem wnieść do dorożki. On jak wypije, to całkowicie traci kontakt ze światem. Taki już z niego typ, że szkoda gadać.

– A Dubeltowegibel mówi, że to on pana prowadził. O, proszę, tak jest napisane w zeznaniu i zaprotokołowane:

 

Po wyjściu z kamienicy na trotuar uliczny musiałem wziąć pod ramię mojego znajomego Eliasza Libubera, kupca konfekcyjnego z Łucka, żeby się on gdzie nie zgubił albo nie przewrócił. I dzięki temu pijanego Libubera można było wsadzić do dorożki, co uczyniłem we współpracy ze stróżem kamienicy, co mi pomógł. I nakazaliśmy jechać do hotelu Polonia na ulicy Bitwy Grunwaldzkiej, gdzie stanęliśmy razem we dwóch w numerze osiemdziesiątym pierwszym, ale w jak najbardziej osobnych łóżkach. I podczas jazdy po mieście zostaliśmy napadnięci przez zamaskowanych bandytów, którzy chcieli odebrać nam wszystko, co się dało odebrać, nawet tak nic nieznaczący przedmiot jak moja posrebrzana i warta osiemdziesiąt sześć złotych piersiówka do koniaku…

 

Oskierko, szczupły brunet o piwnych oczach, przerwał czytanie i nonszalanckim ruchem sięgnął po paczkę papierosów Egipskich. Wydobył jednego, po czym spojrzawszy na poszkodowanego, wskazał ręką pudełko.

– Może się pan poczęstuje?

– Broń mnie panie Boże. Ja nie palę tytoniu wcale. Kto to widział, żeby bogobojny Żyd sam sobie wpuszczał dymy piekielne do własnego płuca i dymem przez nos dmuchał jak lokomotywa. Czy ja, panie aspirancie, wyglądam jak parowóz? Nigdy w życiu, niech mnie ręka boska broni.

Policjant uśmiechnął się pod skąpym wąsem. Niezbyt szczodrze obdarzyła go natura zarostem, bo wąsik był mizerny i za nic nie dało się go zapuścić na tyle, by potem podkręcać z fasonem. Oskierko, który z racji młodego wieku na porządne kawaleryjskie wąsiska musiał jeszcze cierpliwie poczekać, był jednak prawdziwym ułanem, który trafił do poznańskiej policji trzy lata temu wprost z Warszawy Wtedy, w dwudziestym szóstym roku, niewiele wiedział o pracy stróżów prawa, ale szybko jego bezpośredni przełożony, komisarz Antoni Fischer, musiał przyznać, że będą z niego ludzie. Bo Oskierko chętny był do pracy, nie lenił się i przede wszystkim w lot się uczył.

 

– I popatrz się pan, panie aspirancie, co ja mam za kolegę do interesów, jak on nawet nie potrafi prawdy Policji Państwowej powiedzieć. Ja jego ciągłem do dorożki, co może poświadczyć stróż, ten sam, co nam bramę za opłatą nocną otwierał i co on tę wypłatę zainkasował z mojej kieszeni. A jak już zainkasował, to wtedy te bandyty na nas wskoczyły i dalej wymachiwać leworwerami. No i jak on może powiadać, że oni nas chcieli tylko nastraszyć, jak jeden z nich pistolet mi do głowy przystawił i kazał wszystko, co mam w kieszeniach, oddawać, to ja jemu oddałem, jak przykazał, bo co mnie tam kosztowności wielkie, jak ja bym miał życie stracić. Bo przecież złoty łańcuch na rękę, złoty zegarek kieszonkowy na grubym łańcuchu, obrączkę takoż ze złota i do tego jeszcze porcygar złoty, a w portfelu to będzie dwa tysiące dolarów… Wszystko przepadło, wszystko przepadło, ale życie zostało. A póki życia starczy, to się to wszystko odrobi, a tego bandytę złapie i osądzi, a potem powiesi…

– Panie Libuber, niech pan poczeka z osądzaniem i skazywaniem na śmierć, aż my tych bandytów złapiemy – przerwał mu wreszcie aspirant Oskierko. – Sądy są u nas od skazywania, a my od łapania bandytów i właśnie…

– I całe szczęście, że to w sławnym mieście targowym Poznaniu się stało, a nie na ten przykład w naszym Łucku, gdzie policjanci myślą tylko o tym, żeby na piecu poleżeć i wódki się napić. Ale tu, w Europie, to się tych bandziorów raz-dwa złapie i znajdą się moje skradzione rzeczy…

– To ile tych dolarów było w portfelu?

– Trzy tysiące!

– Przed chwilą mówił pan, że dwa?

– Dwa? Niemożliwe. Były trzy tysiące. Przecież ja przyjechałem tu na zakupy, to wiem, ile gotówki było. Bo ja jestem, panie aspirancie, porządny kupiec konfekcyjny. Ja na cały Łuck i okolicę dostarczam najlepsze materiały do szycia ubrań, prosto z Paryża i Berlina, i nawet z miasta Łodzi. Mówię panu, niczego lepszego pan nigdzie nie znajdzie, jak u Eliasza Libubera. Jakby na ten przykład pan aspirant chciał sobie obstalować elegancki garnitur, to ja bym zaraz mógł panu przysłać sztukę najlepszej wełny garniturowej z Berlina. Powiadam panu, europejski szyk! A jaka cena? Darmo, prawie że darmo!

– Co mi pan tu gadasz o garniturach! O bandytach mów pan. Co się dało zapamiętać?

– Wszystko, co pan aspirant szanowny tylko chce, się dało spamiętać. Najbardziej to ten nos pod chustką, bo tak wyglądał dziwnie, jakby on tego nosa całkowicie nie miał, znaczy taki bardziej jakby rozdeptany…

– A niech mi pan jeszcze powie… – Oskierko przeszył kupca świdrującym spojrzeniem, by ten od razu wiedział, że nie warto go oszukiwać. – Powiadał żeś pan, że nie palisz papierosów.

– He, he, he! Pewnie, że nie, bo to i smród, i dym i jeszcze za tę śmierdzącą nieprzyjemność trzeba płacić. A ja na byle co pieniędzy wydawać nie myślę. Jak ja bym chciał dymu powdychać, tobym lepiej sobie głowę do komina wsadził. Dym to jest dym, panie aspirancie kochany.

– Tak, rozumiem. – Oskierko zgasił papierosa w popielniczce z grubego szkła. – Niepalący jest pan, a tu tymczasem zeznaje pan, że ukradli mu porcygar. To ja się pytam szanownego pana, po co mu porcygar, skoro pan nie palisz?

Oskierko spojrzał na Libubera spojrzeniem zwycięzcy. Bardzo lubił ten moment, kiedy w przesłuchaniach udawało mu się złapać zeznającą osobę na jakimś krętactwie. – No co, zaniemówiłeś pan?

– Ale skądże znowu. Skądże znowu.

– No to jak mam to rozumieć?

– Jak najnormalniej, panie aspirancie. Jak najnormalniej w świecie. Nie palić to jedno, ale złoty porcygar mieć trzeba, żeby się pokazać ze światowej strony.

– Nie rozumiem.

– A co tu jest rozumieć? Przecie to proste jak stół. Kupiec z klasą musi mieć porcygar, żeby mógł go wyciągnąć w restauracji albo podczas bridża, żeby pokazać, że ma. Bo gdyby na ten przykład ktoś poprosił o papieros, to co ja bym miał mu powiedzieć, że ja nie palę? Kogo obchodzi, że ja nie palę? Nikogo nie obchodzi Libuber, który w towarzystwie nie pali. Ale Libuber, co ma złotą papierośnicę i może poczęstować papierosem, to jest ktoś, to jest wielka fisza. I dlatego papierośnica jest potrzebna, nawet jak się nie pali papierosa.

Oskierko zrozumiał, że w kwestii tytoniowej nie znajdzie jednak niczego podejrzanego. Dlatego spróbował z innej beczki.

– A kogo żeście panowie tam po nocy odwiedzali na tej ulicy Garbary?

Libuber chrząknął i zaraz sięgnął do kieszeni marynarki, wydobywając z niej kraciastą chusteczkę. Najpierw przetarł nią oczy, a potem wydmuchał głośno nos.

– No w zasadzie to myśmy byli w odwiedzinach u pewnej bardzo eleganckiej i wykwintnej znajomej. Bardzo poważnej znajomej.

– Znajomej?

– To bardzo wielka dama. Mówi po francusku i w innych zagranicznych językach. Bo nasza znajoma prowadzi tam salon towarzyski. Sama elita, panie szanowny, tam przychodzi. Tacy goście, że wielki szacunek dla nich za sam wygląd. A jakie bogate towarzystwo… Miód-malina, panie szanowny. Po prostu cymes!

– Salon towarzyski?

– Jak najbardziej, jak najbardziej. Same towarzystwo.

– A, chodzi o panienki?

– Panienki, owszem. No przecież porządne państwo nie będą popijać szampona w towarzystwie innych panów. Muszą być przecież panienki.

– A czy wasza znajoma to czasami nie jest madame Cocot?

– Coś takiego? Pan aspirant też bywa u madame Cocot? Jakiż ten świat jest mały. Nieprawdopodobny przypadek. A wie pan, że jak na pana aspiranta się patrzę, to teraz sobie myślę, że taki dystyngowany młody człowiek to musi bywać w dobrym towarzystwie. Co tam dobrym, w najlepszym towarzystwie, u madame Cocot.

Teraz chrząknął Oskierko, któremu rzeczywiście jakiś czas temu zdarzyło się gościć w przybytku prowadzonym przez tę panią, ale był to epizod w jego życiu, o którym raczej wolałby zapomnieć.

– Nie bywa, ale zna. Z obowiązków policyjnych znam wszystkie burdele! – mruknął, ale bez specjalnego przekonania.

– No proszę, jak to można pracę połączyć z przyjemnością. Mało która praca daje służbową konieczność bywania w burdelach. Ja bywam, ale w wolnych chwilach tylko. Jak człowiek ma trochę wolnego czasu po załatwianiu interesów, to może sobie pozwolić na odrobinę luksusu. A policja, proszę bardzo, może służbowo. Zwykli ludzie muszą za takie przyjemności płacić…

– Co mi pan tu imputuje?

– Ja? Uchowaj Boże. A co ja mogę panu aspirantowi amputować? Ja tylko chcę odzyskać swoje pieniądze.

– To ile ich było?

– Kogo? Tych bandytów to było dwóch? Dwóch zamaskowanych bandytów, takich jak w filmach kombojskich.

– Pieniędzy. Ile było pieniędzy, co je pan stracił?

– Dwa tysiące dolarów amerykańskich z Ameryki.

– A mówił pan, że trzy.

– A może trzy. Madame Cocot będzie dokładnie wiedziała, ile myśmy tam u niej za gościnę i szampana zapłacili… Ale żeby tak dużo, to nie. Trzy, na pewno trzy tysiące. Trzeba by się jej spytać. Ale najlepiej to by było złapać tych bandziorów i odebrać im nasze piniądze. Wtedy jak już się je odbierze, to będzie wiadomo, ile dokładnie zrabowali. I jeszcze, żeby odebrać ten mój złoty porcygar i płaską flaszeczkę…

Oskierko zapisał coś w swoim notesie, a potem zamknął go, dając okradzionemu wyraźnie do zrozumienia, że to koniec przesłuchania.

– No dobrze, panie Libuber, mamy już w takim razie pańskie zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez nieznanych osobników.

– Tak jest, panie oficerze, nieznani oni mi są jak najbardziej.

– I pozostaną nieznani tak długo, aż ich się nie złapie, nie postawi przed sądem i nie skaże na więzienie.

– Słuszna racja, panie aspirancie kochany, ale ja jeszcze w jednej kwestii chciałem się zapytać.

– Niby co? – Oskierko sięgnął po kolejnego papierosa. Ale nie zapalił go, przypomniawszy sobie, co o dymie mówił ten siedzący naprzeciw niego Żyd.

– To co będzie z moimi piniędzmi? – zapytał kupiec konfekcyjny.

– Pieniądze? – zdziwił się policjant. – Jak się znajdą, to oczywiście oddamy, ale na to bym raczej nie liczył. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby policja odebrała bandytom pieniądze…

– To co ja mam teraz zrobić, panie szanowny?

– A bo ja wiem? Idź pan na wódkę albo co. Tylko nie noś pan przy sobie zbyt dużo gotówki, bo to nigdy się dobrze nie kończy. Aha, i jeszcze tak sobie myślę, że najlepiej to kupić sobie pistolet. Wie pan, w razie napadu trach i bandzior leży z kulką w głowie. Najlepsza metoda. Niezawodna.

 

 

Godzina 9.30 rano

 

– Kasa pancerna marki Wertheimer z Wiednia. Żeby dostać się do środka, odklucza się trzy zamki zewnętrzne i jeden wewnętrzny. Czyli razem cztery rygle.

– Znam te wertheimerki. Proste kasy, ale solidne. Jeden zamek, ten środkowy, to jest scyzorykowy, bo jego się nie przekręca tak jak tych trzech, ale wciska do środka.

– Da się otworzyć?

– Wszystko się da otworzyć, panie szanowny. Ale najlepiej kluczem.

– A czy jak ja bym miał klucze, to ja bym z panem rozmawiał?

Tolek Grubiński pokiwał głową. To oczywiste, że by nie rozmawiał. Sam by otworzył, zabrał, co się da, i zniknął z kieszenią pełną forsy, pomyślał. Znał doskonale ten typ ludzi, którzy przestają być lojalni wobec swoich pracodawców, kiedy dochodzą do wniosku, że najwyższy czas stać się człowiekiem zamożnym i żyć na własny rachunek. Oczywiście, żeby zacząć nowe życie, trzeba najpierw okraść swojego dobroczyńcę. Nie pierwszy to raz się zdarzało, że ktoś ze służby narajał mu robotę w domu, którego powinien pilnować.

– A kto to jest ten, co jego kasę mamy wyczyścić?

– Niemiec.

– Ale ma jakieś nazwisko?

– Siegfried Büllow.

– A czym się zajmuje ten wasz Zygfryd?

– Ma fabryczkę czekolady i cukierków oraz nalewek słodkich na Jeżycach.

– Znaczy się bogaty człowiek. – Tolek powoli zaczął wyobrażać sobie, co taka ogniotrwała kasa w domu fabrykanta mogła zawierać w swoim wnętrzu. Na pewno pieniądze i kosztowności. No ale chyba o tym, co jest w środku, wiedzieć powinien ten siedzący naprzeciw elegancko ubrany lokaj. Mężczyzna miał na sobie stalową marynarkę, a pod nią koszulę z kołnierzykiem, wcale nie takim przypinanym, jakie zwykł był nosić Tolek, którego na całym Chwaliszewie uważano za eleganta. On, jeśli wybierał się na jakieś bardzo ważne spotkanie, chodził w zwykłych sztuczkowych spodniach, koszuli białej albo niebieskiej. Do tego zakładał kołnierzyki bielone i krochmalone, bo wydawało mu się, że to jest najlepszy szyk modnego mężczyzny. Ale od jakiegoś czasu w modę wchodziły takie koszule, które miały kołnierzyk przyszyty. Dlatego Tolek zastanawiał się, czy nie zacząć takiej nosić, ale jakoś na razie nie wpadła mu w ręce. Bo on nie kupował garderoby. Chodził w rzeczach, które zdobywał podczas okradania zasobnych mieszkań. Był szefem złodziejskiej szajki, do której należało trzech braci Kaźmierczaków, podobnie jak on mieszkających na granicy Starego Miasta i Chwaliszewa, przy ulicy Mostowej. Najmłodszym członkiem grupy był Zenuś Brodziak, dziewiętnastoletni rudzielec, który teraz siedział trzy stoliki dalej i z pozorną obojętnością wpatrywał się w stojący przed nim kufel piwa. Na Tolka zerkał tylko kątem oka, ale ten kąt był na tyle czujny, że gdyby szefowi ktoś chciał zrobić krzywdę, Zenuś natychmiast by interweniował z pomocą niewielkiej, drewnianej pałki, którą zawsze nosił przy sobie, tak na wszelki wypadek, wsadzoną w specjalną kieszeń podszewki jego kraciastej marynarki.

Tolek Grubiński lubił spotykać się z interesantami w knajpie U Okonia, która mieściła się w kamienicy położonej dosłownie kilka kroków od jego mieszkania, naprzeciwko protestanckiego kościoła Świętego Krzyża. Ludzie wiedzieli, że tu go można najłatwiej zastać. Dlatego jeśli ktoś miał do niego sprawę, informował o tym właściciela baru, Edmunda Feliksiaka, który sam decydował, czy takiego interesanta umówić z Tolkiem. Jeśli ocena klienta wypadała pomyślnie, barman wyznaczał godzinę spotkania na następny dzień, zazwyczaj przed południem, bo wieczorami Tolek i jego ludzie albo pracowali, albo pili.

Kamerdyner, który przedstawił się jako Piotr Górka, dopił swoje piwo i odwrócił się w kierunku szynkwasu, za którym stał wielki jak kłoda Feliksiak, by pokazać, że chce następne. Barman zajęty był polerowaniem wymytych do czysta kufli z grubego szkła. Robił to powoli, za pomocą lnianej ściereczki, a wyglancowane w ten sposób naczynia stawiał do góry dnem na półce za swoimi plecami. Nie miał wiele roboty, bo gości było zaledwie kliku. O tej porze jeszcze się raczej nie piło. Piwna biesiada zaczynała się dopiero późnym popołudniem, a kończyła zazwyczaj nad ranem.

Barman, zauważywszy gest gościa, natychmiast przerwał swoją robotę i podszedł do kranu, by nalać piwo. Potem odwrócił się i z garnka stojącego na niewielkim westfalskim piecu wydobył dwie parówki, które nałożył na talerz. Nie miał pojęcia, czy ten elegancko ubrany gość ma ochotę na kiełbaski. Ale znał dobrze Tolka i wiedział, że ten przy drugim piwie lubił zjeść coś ciepłego. A dziś na ciepło były akurat parówki.

– Parówki dzisiaj na śniadanie – oznajmił barman, stawiając talerz przez Grubińskim. Ten skinął głową z aprobatą.

– A pan szanowny coś do zjedzenia se winszuje? – zapytał tonem kompletnie wypranym z emocji. Feliksiak nie nadskakiwał swoim klientom. Sprawiał wrażenie, jakby to on czynił im zaszczyt, że mogą u niego coś zjeść i wypić.

– A co pan masz prócz parówek?

– Prócz parówek jest chleb i musztarda.

– Ale względem dań się pytam.

– Nie ma dań. Są parówki. Może być jeszcze na zimno kotlet siekany i śledź w occie i galart świński.

– A jajecznica na boczku?

– Dziś nie ma jajek. Ale są parówki.

– A ryby pieczone?

– Ryby nie ma.

– Jak to nie ma? To po co jest ta ryba na patelni? – Gość wskazał na drzwi do lokalu. Na zewnątrz, od ulicy, były odrapane i od dawna domagały się interwencji malarza, bo niezbyt zachęcały przechodniów do wejścia. Szyld wiszący nad nimi, przedstawiający srebrną rybę na patelni i napis: „U Okonia”, a pod nim mniejszymi literami: „Wyszynk wódek i likierów”, sugerował, że można tu dobrze zjeść i wypić. Ale rzeczywistość nieco odbiegała od reklamowych zapowiedzi. Rzeczywistością był Feliksiak.

– Ryby to są w rzece. A ta na patelni to jest tu od stu lat, znaczy się niejadalna, he, he! – zażartował barman.

– Pan Feliksiak kupił ten bar od gościa, który wcale nie nazywał się Okoń. Nikt już nie pamięta tego Okonia, co tę knajpę założył – wyjaśnił Tolek.

– A może ta ryba na patelni to okoń? – stwierdził właściciel gospody i odwrócił się na pięcie. Nie miał zamiaru tracić czasu na marudnego klienta.

– To gdzie jest to mieszkanie? – Grubiński wrócił do tematu.

– Na ulicy Pocztowej, na drugim piętrze, wejście głównymi schodami.

– A stróż?

– Za dnia brama otwarta.

– To za dnia mamy robić chatę? – zdziwił się Tolek.

– Za dnia i dodatkowo jeszcze w nocy. Wejdzie pan po południu i wyjdzie następnego dnia rano, jak stróż otworzy bramę. Nie ma pośpiechu. Nikt nie będzie pana gonił.

– A kiedy by trzeba zrobić ten skok?

– Niestety już. To znaczy dzisiaj.

– Łe no dziś to nie dam rady. Dziś ja jestem umówiony – stwierdził Grubiński, zabierając się do krojenia parówki na drobne kawałki. – Taką robotę, panie szanowny, to trzeba obmyślić, wszystkie szczegóły sprawdzić i takie tam różne pierdoły.

– Najważniejsze to bezpieczeństwo i higiena pracy.

– W jakim sensie ta higiena?

– Ano w takim, żeby człowiek pracujący czuł się bezpiecznie.

– To prawda – zgodził się z nim Tolek, który jednak nigdy w pracy nie czuł się komfortowo i bezpiecznie. Może właśnie dlatego wybrał zawód złodzieja, który za każdym razem podczas wykonywania czynności zawodowych zapewniał wysoki poziom emocji. – Lepiej jak jest bezpiecznie niż niebezpiecznie.

– I dlatego, szanowny panie Anatolu, ja zapewniam panu sto procent bezpieczeństwa. Do mieszkania dostanie się pan za pomocą klucza, który otrzyma pan ode mnie. W mieszkaniu nie będzie nikogo, bo właściciel wraz ze mną wyjeżdża dziś do swojego majątku na wsi. W majątku będziemy przez najbliższe trzy dni. Więc nikt pana nie będzie niepokoił w tym czasie. Kucharka i sprzątaczka dostały wolne. A rodzina pana Büllowa przez całe wakacje siedzi na wsi. Tak więc wszystko w pana rękach. Myślę, oczywiście, o tej kasie ogniotrwałej. Mam nadzieję, że pan sobie poradzi?

– He, a co bym miał nie poradzić. Kasy są od tego, żeby je otwierać, to i tę wiedenkę się otworzy. Szkoda tylko, że nie ma pan kluczy do zamków.

– Jak ja bym miał kucze, tobym pana nie potrzebował do tej roboty.

– Ale mało czasu, cholera. Klucze uniwersalne trzeba dorobić. Może gdzieś mam takie w warsztacie. Ale nie wiem na pewno. Bo klucze to podstawa. Każdy jest inny i potem na miejscu trzeba je precyzyjnie dociąć…

– Będzie na to miał pan sporo czasu. To lekko licząc jakieś dwanaście godzin na miejscu. Przez dwanaście godzin nie da pan rady ich naszykować?

– Co mam nie dać rady? Oczywiście, że se poradzę. Jak pan powiadasz, że spokój będzie i można tam popracować…

– Bezwzględnie można.

– A co z innymi rzeczami?

– Jakimi rzeczami?

– No jak już będziemy w domu, to szkoda nie zabrać tego i owego?

– Jak to będziemy? To pan nie chce iść sam na taką prostą akcję?

– Sam to ja chodzę do spowiedzi. A na robotę z moimi ludźmi chodzę. Jak się idzie na krojenie kasy, to chatę też się juchci[3], bo nic się nie może zmarnować.

– Czyli że jak pan to widzi?

– Czyścimy chatę z tego, co w łapy wpadnie…

– No i dobrze, w takim razie niech pan robi tak, jak pan uważa. Pozostaje jednak jeszcze najważniejsza kwestia.

– Rozchodzi się o to, co w sejfie zamknięte?

– Sejf jest wypełniony pieniędzmi i dokumentami. Dokumenty nie mają dla was wartości. Ale pieniądze owszem. Szacuję, że jest tam jakieś dziesięć tysięcy złotych, może pięć tysięcy dolarów. Prawdziwy majątek.

Górka zamilkł, spoglądając uważnie w ciemne oczy Tolka. Ten przez chwilę analizował podane mu informacje, stukając palcem w blat stolika. Był tak zaaferowany tym, co usłyszał o zawartości sejfu, że zupełnie zapomniał o parówce, która niedojedzona spoczywała na talerzu. Ale czym była jedna parówka w porównaniu do majątku, którego właścicielem mógł się stać już za kilka godzin. Przyszły właściciel był jednak człowiekiem praktycznym, który lubił mieć dograne wszelkie szczegóły.

– Ile z tego dla pana?

Mężczyzna uśmiechnął się pod równo przyciętym wąsem à la Rudolf Valentino.

– Nic.

– Jak to?

– Mnie interesują tylko papiery.

Tolek przez chwilę w milczeniu rozważał propozycję. Zarobek był niezwykle kuszący, a do tego jeszcze miało dojść to, co uda im się wynieść z mieszkania.

Odwrócił głowę i spojrzał na stojącego za barem Feliksiaka, który jak zwykle polerował kufle białą ścierką.

– Panie ober, daj pan ćwiartkę białej i dwa kielonki. Musimy opić interes!

 

 

Godzina 9.50 rano

 

Komisarz Antoni Fischer ledwie zdążył przełknąć pierwszy kęs chleba z kiełbasą suchą krakowską, gdy rozległo się pukanie do drzwi jego gabinetu. Zaklął cicho pod nosem, upił łyk herbaty, odchrząknął, by przeczyścić gardło i uczynić je zdatnym do rozmowy, i w końcu zawołał gromkim głosem:

– Wejść!

Drzwi się otworzyły i do środka wmaszerował aspirant Oskierko, ubrany w dopasowany, jakby szyty na miarę, mundur. Podszedł do biurka i jak na placu apelowym zatrzymał się w przepisowej odległości dwóch i pół metra od pryncypała. Zasalutowawszy sprężyście, strzelił obcasami i zameldował:

– Aspirant Oskierko Walenty melduje się na służbie!

Fischer nic nie odpowiedział, tylko sięgnął do kieszeni kamizelki po zegarek. Wydobył srebrną omegę, otworzył kopertę, a potem ją zamknął.