Wrzeszcz! Mikołaj Trzaska autobiografia - Mikołaj Trzaska - ebook

Wrzeszcz! Mikołaj Trzaska autobiografia ebook

Mikołaj Trzaska

4,7

Opis

Wnikliwy portret jednego z najbardziej cenionych polskich improwizatorów na scenie światowej.

Niedoszły malarz, nieokiełznany improwizator, nagradzany autor muzyki do filmów Wojciecha Smarzowskiego, kochający mąż i ojciec, dyslektyk erudyta, człowiek próbujący nieustannie odnaleźć równowagę na szalonym rollercoasterze życia…

Autobiografia Mikołaja Trzaski to bezkompromisowe i szczere podsumowanie pierwszej pięćdziesiątki i ponad trzydziestu lat aktywności muzycznej. Muzyk opowiada o dramatycznych losach swojej rodziny z okresu wojny, o Żydach i folksdojczach, wreszcie o wieloletnim przepracowywaniu traum.

Razem z Mikołajem Trzaską przenosimy się w czasy jego młodości na wielobarwnych peryferiach tak zwanej PRL-owskiej szarzyzny, czytamy o ekscesach Totartu i sceny yassowej.

Trzaska odkrywa karty, zabierając nas w pełną zaskoczeń podróż po swoim życiu i, oczywiście, świecie muzyki improwizowanej. Błyskotliwie i bez ogródek zgłębia przed czytelnikiem tajniki procesu twórczego, opowiada o nietuzinkowych ludziach, jakich spotkał na swojej drodze – od Tymona Tymańskiego po Petera Brötzmanna – o podróżach i mozolnym procesie budowania twórczej pewności siebie.

Owszem, Wrzeszcz to historia życia wybitnego muzyka, ale przede wszystkim jest to kreślony wprawną ręką, czasem mroczny, czasem tchnący nadzieją autoportret człowieka, który nie chce siebie upiększać. Taki jest Trzaska.

Mikołaj Trzaska (ur. 1966) – saksofonista, improwizator, kompozytor. Współzałożyciel (wraz z Tymonem Tymańskim) legendarnej grupy Miłość, filar yassowej rewolucji. Współpracował z najwybitniejszymi muzykami z Polski, Europy i Stanów Zjednoczonych, m.in. Joe’m McPhee, Kenem Vandermarkiem, Peterem Brötzmannem oraz z pisarzami: Marcinem Świetlickim, Jurijem Andruchowyczem i Andrzejem Stasiukiem. Autor muzyki teatralnej i filmowej (Dom zły, Róża, Drogówka, Pod Mocnym Aniołem, Wołyń, Kler).

Janusz Jabłoński – dziennikarz muzyczny specjalizujący się w jazzie i muzyce improwizowanej, współautor (wraz z Tomaszem Gregorczykiem) kilkuset wywiadów z improwizatorami. Jego teksty ukazywały się m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Ruchu Muzycznym”, „Jazz Forum”, „Glissandzie” i „Muzyce w Mieście”. Od 2008 roku współpracuje z radiową Dwójką, gdzie prowadzi regularnie audycje muzyczne. Pracuje w Dziale Promocji i PR Wydawnictwa Literackiego.

Tomasz Gregorczyk – dziennikarz i krytyk muzyczny, wieloletni współpracownik radiowej Dwójki (m.in. program Rozmowy Improwizowane), zastępca redaktor naczelnej w kwartalniku kulturalnym „Fragile”. Przygotowana we współpracy z Januszem Jabłońskim audycja „Improwizator” została nominowana do radiowej nagrody Prix Italia w 2011 roku. Publikował m.in. w „Ruchu Muzycznym”, „Muzyce w Mieście”, „Diapazonie”, „Glissandzie” i „Jazz Forum”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 631

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Opieka redakcyjna: EWELINA KOROSTYŃSKA
Kalendarium, dyskografia: TOMASZ GREGORCZYK, JANUSZ JABŁOŃSKI
Redakcja: ANNA MILEWSKA
Korekta: JACEK BŁACH, AGNIESZKA STĘPLEWSKA, ANETA TKACZYK
Opracowanie graficzne wersji papierowej: KIRA PIETREK
Zdjęcie Mikołaja Trzaski na okładce: MAREK CIECHOWSKI
Przygotowanie ilustracji do druku: PIOTR KOŁODZIEJ
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Mikołaj Trzaska Opracowanie © Copyright by Wydawnictwo Literackie © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07201-1
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

1. SPLĄTANE KORZENIE

Kiedy się dowiedziałeś, że masz żydowskie pochodzenie?

Dopiero gdy miałem czternaście lat. Usłyszałem zza ściany kłótnię rodziców, ojciec mówił do mamy mniej więcej tak: „Wy, Żydzi, zawsze macie jakieś lęki! Jesteście tacy przewrażliwieni! Macie jakąś paranoję!”. Nie wiem, czy to podczas tamtej kłótni, czy później, ojciec stwierdził: „Wiesz, Mikołaj, chyba już czas, żebyśmy ci to powiedzieli – masz pochodzenie żydowskie”.

Zacząłem budować na tym tożsamość, która wydała mi się o wiele atrakcyjniejsza niż ta polska, bo była bardziej tajemnicza. A ponieważ przez wiele lat byłem zły na tatę i miałem do niego sporo młodzieńczych żalów, trudno mi było szukać tożsamości po stronie ojca. A strona mamy była taka niechciana, odrzucona, co mnie wybitnie musiało jarać. Byłem przyzwyczajony do tego, że sam stawiałem się w pozycji odrzuconego.

Potem się okazało, że moje pochodzenie jest bardziej różnorodne, że to wszystko jest jeszcze bardziej skomplikowane. Jeszcze bardziej powalone! I że już nic nie jest jasne! (śmiech)

Co zatem wiesz o najdawniejszych dziejach swojej rodziny?

Moja mama Krystyna urodziła się w niemiecko-żydowskiej rodzinie 1 kwietnia 1935 roku w Poznaniu. W drodze, bo dziadkowie pochodzili z Włocławka, ale dużo podróżowali. Jej matka, Miriam Majerowicz (urodzona 6 stycznia 1907 roku), pochodziła ze skromnej rodziny żydowskiej. Jej rodzicami byli Adam Majerowicz, urodzony w 1885 roku w Warszawie, i Dora Koenig, która urodziła się w tym samym roku we Włocławku, a zmarła rok przed wojną w Otwocku. Pradziadek Adam miał ciekawą funkcję. Otóż wtedy prawie każda duża rodzina żydowska – nawet taka haskaliczna, oświeceniowa, w której ktoś był na przykład nauczycielem fizyki – wybierała jednego Żyda, by chodził do synagogi, studiował Torę i się modlił. Adam był właśnie takim przedstawicielem rodziny.

Mama, Krysia Radatz, z rodzicami, ok. 1939

Religijny pełnomocnik.

Coś takiego. I wszyscy się na niego i jego rodzinę składali. (śmiech) To był niezły sposób na biznes.

Natomiast babcia Miriam zakochała się w mężczyźnie, który był rachmistrzem, zajmował się prowadzeniem księgowości w cukrowniach na Kujawach, a nazywał się Radatz. Wtedy – Adolf, bo po wojnie zmienił imię na Jan. I ten Adolf Radatz pochodził z rodziny pomorskich Niemców. W tej rodzinie zresztą bywało różnie: Karol, brat Jana vel Adolfa, służył w Wojsku Polskim i został zastrzelony w 1917 roku przez Sowietów w Lidzie. Drugi brat, Edward, był folksdojczem, ale zaraz po wojnie wstąpił do partii i jakoś sobie radził. Czwarty z braci, Hermann, przeżył wojnę i zamieszkał w RFN; później plotkowano, że prawdopodobnie był w Wehrmachcie albo nawet w SS.

Kiedy więc babcia Miriam – w domu mówiono na nią także Murie – zetknęła się z moim dziadkiem, oboje zostali oczywiście wyklęci przez swoje rodziny. Stąd się wzięła cała ta rodzinna tajemnica, bo późniejszy proces odbudowywania relacji rodzinnych był szalenie trudny. Dopiero pokolenie dziadków musiało umrzeć, żeby młodzież zaczęła ze sobą nawiązywać stosunki, na zasadzie: „jesteśmy jednak rodziną, zapomnijmy o starych historiach”. Ale dziadek Jan nie życzył sobie żadnych kontaktów z braćmi Niemcami. Żydowska rodzina babci niby podejmowała jakieś kroki, tylko że nieśmiało. A może to babcia się bała? W powojennej Polsce nikt nie chciał, aby dzieci wiedziały, że mają żydowskie korzenie.

Prababcia Dora z domu Koenig, ok. 1930

Na przedwojennych zdjęciach widać moją babcię z mamą i gojską służącą – czyli bardzo dobrze im się wiodło, skoro stać ich było na służbę. Losy wojenne moich dziadków nie są dokładnie znane. Dziadek Radatz miał taki pomysł, że kiedy wybuchnie wojna – a było już wtedy wiadomo, że Żydom nie będzie łatwo – przeniosą się do Warszawy. Ale kiedy się zorientowali, że w Warszawie będzie budowane getto, też długo nie wytrzymali i postanowili się schować. Nie wiem, dlaczego moja babcia i mama rozstały się z dziadkiem. On ukrywał się w zupełnie innym miejscu i to jest jego tajemnica. Czy ze względów bezpieczeństwa? Nikt nie puścił farby na ten temat. Moja mama też wymazała z pamięci to chowanie się, cholera jasna, w jakiejś piwnicy. Wiem tylko, że przez pierwszą część okupacji babcia Miriam ukrywała się z mamą w Warszawie po stronie aryjskiej, a jedno z tych mieszkań było na Pięknej.

Skąd w ogóle wiesz o tym wszystkim?

Częściowo od babci i od mamy, a częściowo od siostry. Moja siostra głęboko w tym grzebała, odwiedziła na przykład w Paryżu – bo część rodziny przetrwała we Francji – moją ciocię-babcię Reginę, czyli Ryfkę, siostrę babci Miriam. Ona sporo mojej siostrze opowiedziała. Ja długo żyłem w zupełnej nieświadomości. Ta wojenna historia babci i dziadka została wymazana, ponieważ ich związek był taki dziwny. Żeby Żydówka była z Niemcem... Z gojem, przede wszystkim! Potem dopiero, że z Niemcem. A i dla strony niemieckiej było nie do przyjęcia, że dziadek chciał żyć z Żydówką. Dla takich rodzin to piekło. Ale babcia z dziadkiem jakoś to wytrzymali, potem również w PRL-u, który przecież był przeciwko jednym i drugim. Że też nie wyjechali... W Europie Zachodniej pewnie by ich chciano. W 1968 roku babcia nie zdecydowała się też na emigrację do Izraela. Nie muszę wyjaśniać, dlaczego po wojnie posługiwała się imieniem Maria.

Moja siostra, będąc we Francji, napisała taki tekst:

„Rodzice babci prowadzili mały sklepik kolonialny, byli bardzo religijni. Losy ich dzieci były różne. Ryfka jak najszybciej chciała wyrwać się z domu. Była najmłodsza, zazdrosna o pozostałe siostry. Czuła się najmniej kochana, miała poczucie, że matka najmocniej kocha Miriam, i o nią była najbardziej zazdrosna. A potem o Gugę. W wieku dziewiętnastu lat wyszła za mąż za Leona Przedeckiego, również Żyda. [...] Ciężko pracując we Francji, dożyli emerytury. Paryż zamienili na malutkie mieszkanko w Cannes. Kupili też lokal użytkowy na wynajem, w którym była mała galeria: obrazki, biżuteria, ręcznie malowane apaszki. W czasie wojny Leon został złapany przez francuską policję współpracującą z Niemcami i wywieziony do Oświęcimia. [Popatrzcie – z Francji do Oświęcimia!] Przeżył dzięki temu, że był krawcem: szył mundury i garnitury. Ciotce udało się uniknąć wywózki, kiedy policjanci przyszli do ich mieszkania. W koszuli nocnej weszła na parapet okienny. Nie wiem, dlaczego nie zrobił tego również Leon, i co ciotka robiła potem.

Ciotka miała bardzo semickie rysy, duży nos, [była] zwarta i żylasta, twarda, ukrywająca uczucia. Nie ukrywała tylko nienawiści do Arabów! Jak spotykaliśmy jakiegoś Araba na ulicy, to mu pluła pod nogi. Pierwszy i ostatni raz widziałam coś takiego. Za to Żyda rozpoznawała na odległość kilometra. Kupowała tylko u Żydów, kontakty towarzyskie utrzymywała tylko z Żydami, wielu z nich ledwo mówiło po francusku. Na fotelach i kanapach mieli foliowe pokrowce... [Ja pierdolę! (śmiech)]

Mama, szczęśliwe chwile, ok. 1939

Guga jako jedyna miała wyższe wykształcenie, skończyła prawo. [...] Bardzo dobrze mówiła po angielsku. Uczyła Kicię [czyli moją mamę; w żydowskich domach mówiono do siebie: Kicia, Misiulka, Matulka...] i razem się ukrywały w Warszawie. Ponieważ Guga też miała zły wygląd, czyli bardzo semickie rysy, podjęły decyzję – nie wiem, czy wspólnie, czy babcia to w jakiś sposób na Gudze wymogła – żeby się rozdzielić i ukrywać osobno. Pewnie chodziło o bezpieczeństwo małej Kici. Guga zginęła jeszcze w czasie wojny w okolicach Bożego Narodzenia 1944 roku.

Starszy brat miał na imię Lulek (może to zdrobnienie od Szmul) i też szybko opuścił dom rodzinny, już w latach dwudziestych. Jako pionier ruchu syjonistycznego pojechał do Izraela, żeby wydzierać pustyni miejsce na osiedlanie się. W czasie pracy wszedł po drabinie na dach i gwałtownie z niego spadł. Dostał prawdopodobnie udaru albo pękł mu tętniak. [Po prostu mu serce pękło!] To było jeszcze przed wojną. Drugi brat babci, Abraham, ożenił się i mieszkał we Włocławku. Tam zastała go wojna. Razem z żoną i dwuletnią córką zostali z włocławskiego getta wywiezieni do Oświęcimia i tam zginęli. Kiedy wybuchła wojna, dziadkowie nie mieszkali w Warszawie, tylko w Brześciu Kujawskim. Dziadek jeszcze jakiś czas pracował w kartelu cukrowniczym pod nadzorem Niemców. Potem wyjechał do Limanowej, gdzie pracował dla AK – czy to jest prawda, nie wiadomo. Babcia z mamą nie były w getcie”.

W Koluszkach, na granicy między Rzeszą a Generalnym Gubernatorstwem, jak pisze siostra, „mama musiała stać za rozgrzanym piecem, bo co jakiś czas przechodził niemiecki patrol. Mama na doczepkę z rodziną posiadającą sporą gromadkę dzieci była przerzucana przez granicę. Babcia przekraczała tę granicę osobno z przewodnikiem, który ją bezpiecznie przeprowadził. Miała przekupioną wachtę, dzięki temu mogły się spotkać z dziadkiem w Limanowej”.

Gdzie zamieszkali po wojnie?

Najpierw na Ziemiach Odzyskanych. Potem dopiero w Oliwie. Po wojnie nikt nie chciał mieszkać w Warszawie, w tym spalonym mieście, które było straszne i dla polskiej strony rodziny, i dla żydowskiej oczywiście też. To właśnie na Ziemiach Odzyskanych poznali się moi rodzice, mieli wtedy po czternaście lat.

A jak wspominasz małżeństwo dziadków? Skoro pokonali takie przeciwności losu, musiała to być jakaś wielka miłość, prawda?

Pies i kot. Cały czas na noże. Ciągle się kłócili. Wiecie, to było jednak życie w ciągłym napięciu. Nie żywili specjalnie dużego szacunku do mojego taty, bo był artystą. A dziadek to matematyka, fizyka i umysł ścisły. W ogóle był strasznym twardzielem. Ćwiczył mózg do końca życia – a żył dziewięćdziesiąt cztery lata – rozwiązując dosyć skomplikowane zadania matematyczne. Gdy przyjechał po wojnie na Pomorze, najpierw do Pruszcza Gdańskiego, został dyrektorem ekonomicznym tamtejszej cukrowni. Nie chciał zapisać się do partii i wylądował jako główny księgowy w zakładach Elmor w Gdańsku, produkujących sprzęt elektryczny do maszyn okrętowych.

A babcia Miriam?

Babcia nie pracowała. Przed wojną była nauczycielką języka polskiego w oświeceniowym gimnazjum żydowskim we Włocławku. Miała totalnego bzika na punkcie literatury europejskiej, a głównie na punkcie żydowskich pisarzy i poetów piszących w języku polskim. Znała jidysz, co usłyszałem właściwie dopiero wtedy, gdy umierała i na łożu śmierci mówiła coś do mojej mamy. Podobno czasami, kiedy ktoś dzwonił z Izraela, babcia przechodziła na jidysz. W ogóle świetnie posługiwała się trzema czy czterema językami. Gdy rodzice zostawiali mnie u dziadków, a oni nie chcieli, żebym rozumiał, o czym rozmawiają, przechodzili na niemiecki. Kiedy z Francji dzwoniła Regina, babcia bez problemu mówiła po francusku.

Znalazłem świadectwo przechrzczenia mojego dziadka. W pewnym momencie zaczął pisać swoje nazwisko Radac i chyba bardzo chciał się spolszczyć. W 1947 roku zmienił wyznanie z ewangelickiego na katolickie. Ludzie dokonywali takich zabiegów, żeby jakoś żyć.

Dziadek Radatz mówił po polsku?

Oj! Pewnie, świetnie mówił! Czuł się Polakiem.

Nawiązałeś z nim jakieś bliższe relacje?

Dziadek Radatz był twardym robotem, dopiero przed śmiercią zrobił się łagodny i życzliwy. Był na mnie zły, że nie idę w jego ślady z matematyką i fizyką. Nie za bardzo zgadzał się ze sposobem wychowywania wnuków. Nie podobało mu się to, że nasi rodzice kształcą nas na humanistów. Moja siostra dużo czytała, była humanistką tak jak babcia. Ja stroniłem od matematyki i fizyki, dlatego mieliśmy z dziadkiem słaby kontakt, zresztą unikałem go. Akurat rodzice mojej mamy byli dość przemocowi – trzeba było robić wszystko tak jak oni, inaczej było źle.

Opiekunka (po lewej), mama i babcia Miriam z domu Majerowicz, ok. 1937

Śmierć moich dziadków nie była dla mnie zbyt istotnym wydarzeniem, obwiniałem się z tego powodu. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że to oni byli za to w dużej mierze odpowiedzialni. Jeśli chcesz mieć dobry kontakt z synem, wnukiem czy kimkolwiek, to przecież musisz mu poświęcić trochę czasu. Oni nie byli tym specjalnie zainteresowani. Myśmy się u nich trochę samopas ciągali.

Czy twoja mama była świadoma tego, co się działo w czasie wojny i co groziło Żydom?

To jest psychologia, za którą chyba nie jestem w stanie nadążyć. Mama twierdziła, że nie zdążyła zacząć się bać. Ale w takim razie dlaczego ja jestem taki pojebany!? Istnieje coś takiego jak zespół drugiego pokolenia ocalałych z Holokaustu. To, co ci ludzie przeżyli, zostało przekazane kolejnej generacji. Jest wśród nas cała grupa ludzi, którzy mają w sobie coś takiego – pewne syndromy lękowe, zespoły konkretnych zachowań.

Dziadek Jan-Adolf z mamą, ok. 1936

Mama musiała się ukrywać i na pewno nie żyła w jakichś cudownych warunkach. W tamtych czasach ludzie patrzyli sobie na ręce. A w związku z tym, że ukrywali się w jakiejś małej miejscowości, to... No, wiadomo co.

W końcu zacząłem kojarzyć, że babcia utrzymywała jakieś tajemnicze kontakty... W ogóle dopiero ostatnio zacząłem sobie uświadamiać, jak wielu Żydów miałem wśród bardzo bliskich znajomych, ilu Żydów mieszkało na osiedlu, ilu ocalało. Oni tu żyli, tylko nie wolno im było się przyznawać do pochodzenia.

Opowiedzmy teraz historię Andrzeja Trzaski, twojego ojca.

Dulowscy i Rosikoniowie, rodzina ze strony babci Gabrieli, mamy ojca, wywodzą się z jakichś warszawskich rodów. Może nie ziemiańskich, raczej z klasy średniej. Mówi się nawet, że Rosikoniowie mają przodków wśród francuskich żołnierzy napoleońskich – że niby na początku ich nazwisko pisało się Rossicogne. (śmiech) Mój pradziad Rosikoń miał warsztat krawiecki, w którym uczył się na czeladnika młody chłopak Władysław Reymont, tak głosi rodzinna legenda. Trudno mi powiedzieć, czy to prawda. Trochę chyba takie gadanie po ścianie.

Z kolei rodzina Trzasków – od strony taty mojego ojca – to Zagłębioki z Dąbrowy, Kazimierza Górniczego i Sosnowca, które zdecydowały się w pewnym momencie przyjechać do Warszawy. Mój pradziad Konstanty Trzaska był majstrem budowlanym, podróżował po świecie, budował między innymi dworzec w Buenos Aires, natomiast dziadek Antoni był kucharzem warszawskim, przed wojną pracował w Bristolu przy Krakowskim Przedmieściu.

W czasie okupacji rodzina Trzasków, wraz z moim tatą, musiała się przenieść z ulicy Grzybowskiej 47, róg Żelaznej – bo tam już budowano getto – na ulicę Barokową 4, do dawnego mieszkania żydowskiego. Ojciec twierdził, że nawet lepsze mieszkanie dostali. A Żydów z Barokowej przenieśli. Nie wiem, czy do mieszkania dziadków, w każdym razie na teren getta. Barokowa była ślepym zaułkiem odchodzącym od Długiej. Trzaskowie mieszkali na ostatnim, trzecim piętrze, z okien mieli widok na park Krasińskich i dalej na Świętojerską, tam było już getto. Ojciec opowiadał o jego likwidacji. Przychodzili do nich sąsiedzi z okolicy, mnóstwo ludzi, między innymi rodzina dozorcy tej kamienicy i rodzina granatowego policjanta. Wbijali się do ich mieszkania bez pardonu, nie pytając o pozwolenie. Przychodzili jak na trybunę czy do loży honorowej, żeby „popatrzeć, jak się Żydki smażą”. Dziadek nie pozwalał podchodzić ojcu do okna, tata musiał siedzieć pod stołem, ale słyszał krzyki ludzi skaczących z dachów kamienic. To wspomnienie mocno w ojcu utkwiło.

Ojciec chciał ci o tym opowiadać?

Tak! Bardzo! Jak miałem dziesięć lat, ojciec po raz pierwszy zabrał mnie do Warszawy, żeby mi pokazać swoje powstanie. Sam przeżył je jako dziesięcioletni chłopiec. I to mu wyrządziło... właśnie to, co mu wyrządziło. Przywykł do śmierci, opowiadał, że była na porządku dziennym: widać było krew po rozstrzelaniach, łapanki, samo powstanie...

Ale ojcu zależało na tym, żeby się tym wszystkim dzielić, a mama wszystko schowała w sobie. Wydobyć coś z mamy... „A, nie pamiętam. Pamiętam, jak żeśmy jakąś kapustę znaleźli, jakąś brukiew, i to było szczęście, bo mogliśmy ją ugotować”. Tyle. Życie mamy ograniczało się do jakichś przeżyć pociętych, a ojciec relacjonował wszystko fotograficznie. Gdzieś w internecie znalazłem jego wspomnienie z powstania, w którym faktograficznie opisał, co na jakiej ulicy się działo. To niemal jak zdjęcia – masz obraz jeden do jednego.

Która z opowiedzianych przez ojca historii zrobiła na tobie największe wrażenie, kiedy byłeś mały?

Była jedna niesamowita historia chłopca, który się z ojcem przyjaźnił. Wiecie, oni do tego powstania i tych śmigających kul tak przywykli, że w pewnym momencie przestali się przejmować. Kule latają, a ty na jakimś ogniu gotujesz zupę, ktoś coś do ciebie mówi, opowiadasz dowcip... Jeden chłopak, syn gospodarza kamienicy, akurat się bawił – zjeżdżał na zjeżdżalni z wysokości drugiego piętra. Był jakiś rykoszet i chłopiec zjechał na siedząco, ale już martwy. Bo dostał rykoszetem w głowę. A najbardziej wstrząsające jest to, że ojciec to opowiadał bez łez: „Aha, mówiłem ci? Tam rozstrzelali wtedy tych ludzi...”. Dziadek Antoni – który również pamiętał to bardzo dokładnie – mówił o tym z emocjami, ze wzruszeniem. A mój ojciec, który w tym wszystkim wyrósł, opowiadał o tym jak o rzeczy, no, takiej...

Oczywistej, zastanej.

Tak, i to było najbardziej wstrząsające. Oni w ogóle nie chcieli się tym zajmować. A ich rodzice na to zmarli – na to, co się działo w czasie wojny i po wojnie. Pamięć cały czas ich trzymała, lęk o dzieci, o to, jak będzie, że nie znają dnia ani godziny... I to odkładanie! Po śmierci dziadków w ich piwnicach to wszystko było widać: te przedmioty zupełnie niepotrzebnie gromadzone, bo kiedyś mogą się przydać. Gdy dziadkowie umierali, zobaczyłem, że to nasze polskie chowanie to jest coś zupełnie innego niż każde inne chowanie. To jakaś próba zatrzymania czasu, oczywiście, ale przede wszystkim jest to coś na wszelki wypadek.

Wracając do sytuacji mojej rodziny, to było jak w książce Moniki Sznajderman Fałszerze pieprzu, w której autorka pisze o dwóch stronach rodziny: żydowskiej oraz ziemiańskiej, endeckiej.

I pisze, że tych stron nie da się w sobie pogodzić.

Nie da się! Niepogodzenie tych światów istnieje cały czas. Ojciec na przykład nie narzekał na czas wojny. Bo jeszcze nie dodałem, że w czasie okupacji mój dziadek pracował w Café Clubie, czyli w knajpie nur für Deutsche. Podobno przychodził tam na kawkę Iwaszkiewicz, czego się mu nie wyciąga – choć może to i dobrze. Ojciec pamięta, jak dziadek wrócił kiedyś cały w tynku, ubrudzony, bo tego dnia polskie podziemie przeprowadziło ten słynny zamach odwetowy. Dziadek siedział za barem i akurat się schylił, kiedy nastąpił wybuch. No, ale jeśli tam pracował, to znaczy, że musieli się nieźle urządzić.

Wspominał o tym z jakimś wstydem?

Nie, zupełnie nie. Mówił o tym jak o rzeczy normalnej. Ja też przestałem to oceniać. W każdym razie czasem łapałem ojca na tym, jak mówił: „A, kaszanka to za okupacji miała smak! Albo pasztetowa”. Myślałem sobie wtedy: „O! Trzaski miały dobre życie!”.

Bo to dotyczyło jego dzieciństwa, które – nawet jeśli było straszne – zwykle się idealizuje. Zwłaszcza jeśli rodzice chronili go przed różnymi okropieństwami.

No tak. A bardzo go chronili! Zresztą, ja się urodziłem w głębokiej komunie, ale jeśli mi ktoś mówi, że moje dzieciństwo było szare, to każę mu się walić!

Ale dużo myślę o tym, jak człowiek może przywyknąć do przemocy albo do języka nienawiści. Ojciec przywoływał scenę, w której konia zabiło w pierwszym bombardowaniu Warszawy. To znaczy konia z kawalerzystą, tata pamiętał jego nazwisko: Sylwester Jakubowski. Kawalerzystę pochowano na rogu na skwerze, a ciało konia ludzie rozebrali. Potem były pyszne kotleciki. I tylko kościotrup tego konia leżał na ulicy.

Z dziadkiem Antonim, kucharzem, miałem znacznie lepszy kontakt niż z dziadkiem Radatzem. Antoni był bardzo delikatnym człowiekiem. Lubił ugotować, lubił zjeść.

Popisowe danie?

Pieczona kura z nadzieniem. A nadzienie to był majstersztyk. On właściwie zawsze robił święta. Przywoził jakieś zawinięte śledzie, rolmopsy, dużo rzeczy. Ojej, jakie robił serniki na zimno! Pamiętam, że gdy byłem mały, któregoś dnia dziadek przyniósł taką paterkę, zakrytą papierem. „A co tam masz, dziadku?” „Mam coś takiego, że jak to zobaczysz, to ci oczy na wierzch wyjdą!” I pamiętam, że przyglądałem się wszystkim zebranym, czy im te oczy wychodzą – a tu nic. To były śledzie zakręcone sznurkiem...

Kojarzyły mi się później te śledzie i te oczy z jakimś renesansowym obrazem, z martwą naturą, ze sceną uczty sprośno-brutalnej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

INFORMACJE O ZDJĘCIACHI PRACACH PLASTYCZNYCH

s. 7, 8, 11, 14, 16 – z archiwum rodzinnego autora