Wrota kłamstw - Małgorzata Mroczkowska - ebook + audiobook

Wrota kłamstw ebook i audiobook

Małgorzata Mroczkowska

3,8

Opis

Jennifer i Michał mieszkają w urokliwym domu przy plaży w Sandy Bay. Mimo poczucia, że jest szczęśliwa w związku, kobieta przeżywa wiele bolesnych chwil. Agresywne i prowokacyjne zachowanie nastoletniej córki, częste służbowe wyjazdy męża, który podróżuje między Anglią a Polską, a wreszcie powracające sprzed lat wspomnienia o śmierci syna sprawiają, że Jennifer cierpi. Nie wie, że podróże Michała nie są dyktowane tylko sprawami biznesowymi – mężczyzna ma przed rodziną wiele do ukrycia.

Obok wątku głównego w powieści występują rozbudowane historie poboczne, które pozwalają stworzyć panoramę ludzkich historii, marzeń i tęsknot.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 564

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 23 min

Lektor: Anna Ryźlak

Popularność




Małgorzata Mroczkowska

Wrota kłamstw

Życie tak wiele daje. I jeszcze więcej zabiera.

Saga

Wrota kłamstw

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Małgorzata Mroczkowska i SAGA Egmont

ISBN: 9788726813128

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

WSTĘP

Nie przypuszczała, że dom położony będzie tak blisko morza. Zatoka rozciągała się w dole wzgórza, na którym wznosiły się okoliczne domy. Wszystkie były piękne, okazałe i przyjazne tak bardzo, że chciało się w nich zamieszkać. Idealne miejsce dla każdej rodziny, pomyślała.

Pokonała ponad tysiąc kilometrów, by w końcu tu dotrzeć. Biła się w myślach, do końca nie była pewna, czy to wszystko ma sens. Co właściwie miałaby powiedzieć tej obcej kobiecie? Im obydwu załamał się właśnie cały świat. Obydwie go straciły.

Patrzyła w kierunku morza. Daleko, na horyzoncie pojawił się biały żagiel statku, który płynął samotnie przed siebie. Wszystko było takie odległe, i tak bardzo inne. Nawet powietrze pachniało inaczej.

Stała i patrzyła na ten dom, w którym przy rozpalonym kominku zapewne siedziała jego żona. Podeszła pod metalowe ogrodzenie, tak, żeby być bliżej. Zacisnęła dłoń wokół żeliwnych prętów. Były zimne, podszyte wiatrem, który wiał tego dnia mocno od morza. Przez szerokie okno w salonie zobaczyła ją. Nie siedziała co prawda przy kominku, ale stała w drzwiach wychodzących na ogródek. Firanki były rozsunięte, więc mogła obserwować ją bez najmniejszych przeszkód. Jego żona stała do niej tyłem, nie mogła jej widzieć.

Za chwilę wejdę tam, zapukam do drzwi tego domu i potem już nic nie będzie takie, jak wcześniej….

Tymczasem stała na ulicy delektując się ostatnią chwilą ciszy i spokoju. Nic już nie dało się zrobić, nie można było przecież cofnąć czasu, zapobiec temu, co stać się musiało.

CZĘŚĆ PIERWSZA: JENNIFER

Wszystko zaczynało się, i kończyło w zatoce wyścielanej niczym dywanem złotym piaskiem, tam gdzie morze uspokajało się u stóp wysokich po sam horyzont klifów. Skały w dole, o ostrych, niedostępnych brzegach wyglądały tak, jakby wiatr zrzucił je wieki temu ze szczytu wzgórza rozciągającego się łagodnym łukiem nad zatoką.

Zapach morza unosił się nad domami, które rozsiane były gęsto między wąskimi uliczkami miejscowości Sandy Bay, piaszczystej zatoki, która mieściła się na samym końcu cypla. W tej części wyspy, był to ostatni kawałek lądu wdzierającego się zachłannie w morze.

Tego roku lato zaczęło się wyjątkowo wcześnie. Już w maju gorące dni rozpieszczały mieszkańców Sandy Bay tak bardzo, że zachęceni promieniami słońca schodzili w dół klifów na plażę, która witała ich rozgrzanym, złotym piaskiem. Zazwyczaj o tej porze roku, wczesną wiosną panował w tym miejscu silny prąd, który budził morze. Fale sięgały wówczas połowy klifów, co przyciągało amatorów żeglarstwa przyjeżdżających tu nawet z odległego Londynu. Miejsce to było też bardzo popularne wśród studentów uniwersytetu znajdującego się w pobliskim mieście, którzy uwielbiali wpadać tu nie tylko po to, by szkicować klify i zachód słońca, ale także, by popływać. Najwięcej przybywało ich w weekendy. Pozostawiali po sobie puszki po coca-coli i piwie, które sprytnie powtykane były w szczeliny klifów. Miejscowi zdążyli się już przyzwyczaić do tego widoku i nikt nie robił im o to wyrzutów. Najważniejsze było, że plaża w tym sennym miasteczku przynajmniej od czasu do czasu tętniła życiem. Śmieci przez cały rok sprzątała ekipa przyjeżdżająca z miasta w każdy poniedziałek. W tygodniu plaża wyludniała się, na powrót stając się najspokojniejszym miejscem na ziemi, za co tak bardzo uwielbiali ją miejscowi.

Sandy Bay, która znajdowała się na wzgórzu nad zatoką składała się dosłownie z kilku uliczek, przy których rosły drzewa akacjowe rzucające głęboki cień na podjazdy okolicznych domów. W wiosce nie było ciasnych, typowo angielskich kamieniczek, no może poza dwoma położonymi przy lokalnym kościele. Były to jedyne budowle świadczące o tym, że dawniej była to wioska, w której mieszkało zaledwie kilku owczarzy i rybaków. Od lat w wiosce niewiele się nie zmieniało. Nadal był tu tylko jeden sklepik, w którym mieścił się oddział poczty i jedna kawiarnia usytuowana na wzgórzu z widokiem na latarnię morską. Zresztą nawet ta jedna, jedyna kawiarenka, która nazywała się Beach House zamykana była zimą, kiedy do Sandy Bay nikt nie zaglądał. Starzy mieszkańcu umierali, ich miejsce zajmowali nowi, którzy skuszeni ofertą agentów nieruchomości kupowali domy nad cichą zatoką. I tak, na przez lata toczyło się tu spokojne życie, bez sensacji i sztormów które pojawiały się tu tylko późną jesienią i odchodziły tak szybko, jak przyszły. Sandy Bay było cichym miejscem. I to właśnie najbardziej chwytało za serce zarówno mieszkańców tego urokliwego zakątku, jak i turystów, którzy przy odrobinie szczęścia tu trafiali przyciągnięci wyjątkowym położeniem wioski. Miejscowość bowiem położona była na samym końcu wysuniętego w morze cyplu. Jakby tego było mało, wokół jak okiem sięgnąć na lądzie rozciągały się łąki, na których nadal pasły się stada owiec. Niejednemu mieszczuchowi, zmęczonemu smogiem i nieustannym wyścigiem szczurów marzył się wiejski domek położony z dala od miejskiego zgiełku, jakby na uboczu. Sandy Bay spełniała wszystkie te wymagania. Nie było osoby, która przyjechawszy tu choćby przejazdem, nie straciła serca dla wzgórz ciągnących się nad zatoką, lub dla plaży położonej w podnóża kredowych klifów. I, choć od dawna nie było już wolnych terenów tuż nad zatoką, gdzie można by zbudować nowe domy, ludziom nie przeszkadzało zupełnie osiedlać się w głębi lądu. W końcu nie każdy może mieć dom z widokiem na morze. Ważne, by do morza było niedaleko.

- Wszystko zaczęło się nad tą zatoką. Pamiętasz?

Jennifer odgarnęła dłonią ciemne włosy opadające na jej czoło. Od strony morza zerwał się nagle wiatr, którego nikt się nie spodziewał. O tej porze dnia fale zwykle były spokojne i łagodnie kładły się do snu wtulone w objęcia bladych klifów wyrastających wprost z morza.

- Jak mógłbym zapomnieć, kochanie – odpowiedział dopiero po krótkiej chwili Michał.

Podszedł do niej bliżej i objął ją czule w pasie.

- To już dwadzieścia lat – Jennifer wtuliła się w jego ramiona, która tak dobrze znała, i którym ufała bezgranicznie.

- Jesteś szczęśliwa? – szepnął w jej włosy.

- Oczywiście – odpowiedziała natychmiast – A ty?

Nie odpowiadał, więc odwróciła się w jego stronę zaskoczona. I wtedy pocałował ją najczulej i najmocniej jak potrafił.

- Nie umiem znaleźć odpowiednich słów – powiedział między pocałunkami.

- Ciii… - dotknęła palcami jego ust, które nadal były gorące i wilgotne – Nic nie mówmy. Spójrz, jak tu pięknie. To nasze miejsce na ziemi, Michał. Jesteśmy wielkimi szczęściarzami.

Nad ich głowami przefrunęła właśnie ogromna, siwo-biała mewa z szeroko rozpostartymi skrzydłami śpiewając głośno swą morska pieśń, jakby chciała oznajmić całemu wybrzeżu jakąś nowinę niezwykłej wagi.

Stali w miejscu, gdzie morze wbijało się zachłannie w ląd. Na szczycie klifu, porośniętego soczystą trawą wiał lekki wiatr, który zimą potrafił przechylić ku ziemi nawet najsilniejsze drzewa. W tej części lądu, gdzie skały nie miały szans wyschnąć nawet na chwilę od słonej wody rządził nieokiełznany niczym żywioł, któremu wszyscy prędzej, czy później musieli się poddać. Każdy, kto mieszkał nad zatoką musiał się liczyć ze zdaniem morza, każdy miał szacunek do przyrody i wiedział, że lepiej z nią nie zadzierać. Miejscowi, mieszkający tu od pokoleń wiedzieli takie rzeczy od urodzenia. Przyjezdni, tacy jak Michał i Jennifer, którzy przeprowadzili się tu z miasta, kiedy ich rodzina powiększyła się musieli szybko nauczyć się obowiązujących tu zwyczajów. Nie przeszkadzało to im zresztą. Przeciwnie, niewielka nadmorska miejscowość, w której kupili dom szybko podbiła ich serca. Pokochali nie tylko morze, ale i wzgórza je okalające, a nade wszystko ludzi, którzy mieszkali w tym malowniczym zakątku. Miejsce to miało same zalety. Rzadko nie dochodziło tu kradzieży, wszyscy się znali, a do Londynu, w którym mieściła się główna siedziba firmy Michała było zaledwie godzina jazdy pociągiem. Jennifer, co prawda nie pracowała, i bywało, że w domu nad morzem czuła się jak w samotnej twierdzy, ale wystarczyło, że wyszła do ogrodu, by wypielić chwasty w swoim ukochanym różaneczniku, by cały smutek rozpłynął się w niebycie. To był jej dom, jej miejsce na ziemi, i teraz, po tych dwudziestu latach wiedziała, że nie zamieniłaby go na nic innego.

- Kochanie, ty płaczesz? – zapytał Michał zaniepokojony.

- Jeśli już, to ze szczęścia.

- Przestraszyłaś mnie.

- Takie chwile nie zdarzają się często – stwierdziła – Ciągle gdzieś gnamy, zresztą zmienne humory naszej Moniki absorbują nas tak bardzo, że nie mamy czasu, na takie chwile, jak ta.

- Takie jest życie – pocałował ją w policzek – Wszystko tak szybko ucieka…

- No właśnie. A ja chciałabym zatrzymać tę chwilę na zawsze.

- Zatrzymasz ją – powiedział.

- Jak?

- Będzie w naszej pamięci. Nigdy jej nie zapomnę, kochanie.

- I będziesz o mnie pamiętał podczas wyjazdu do Polski?

- Oczywiście.

- I będziesz tęsknił?

- Już tęsknię – podał jej rękę, kiedy schodzili w dół stromego zbocza.

Tuż za zagajnikiem porastającym najwyższą część wzgórza znajdował się ich rodzinny dom. Za każdym razem, kiedy Michał wyjeżdżał do Polski w interesach, szli nad zatokę w ich tajne miejsce, by w obecności ich ukochanego morza pożegnać się na kilka długich dni. To była ich tradycja, która miała przynieść szczęście w negocjacjach biznesowych Michała i dodatkowo zapewnić szczęśliwy powrót pana domu.

Jennifer nie lubiła, kiedy wyjeżdżał do tej swojej Polski, ale nie mówiła mu tego. Nie chciała, żeby było mu przykro. W końcu to była jego praca. Już kiedyś przerabiali temat zamknięcia oddziału firmy Michała w Polsce, ale nic z tego nie wyszło. Michał, co prawda zatrudnił wspólnika, który miał mu we wszystkim pomóc i odciążyć trochę obowiązków. Niestety, bardzo szybko okazało się, że Steven, owszem jest bardzo pracowity i oddany firmie, którą teraz tworzyli razem. Jednak jako urodzony Anglik najlepiej sprawdzał się w ich biurze w Londynie, a nie w oddziale znajdującym się w Krakowie. Nigdy też nie nauczył się języka polskiego, chociaż tak się umawiali podpisując umowę. Nie ma się zresztą co dziwić. Steven był Anglikiem i podobnie jak Jennifer nie widział sensu uczenia się języków obcych, w sytuacji, kiedy cały świat posługuje się ich mową. Gdziekolwiek nie pojechał, nawet na najdalszy koniec świata, wszędzie porozumiewał się po angielsku. Również w Polsce, którą odwiedził kilkakrotnie. Niestety kraj nad Wisłą nie zrobił na nim najlepszego wrażenia. Nawet wizyta w urokliwym Krakowie pozostawiła w jego pamięci raczej mgliste wrażenie. Z całego pobytu w dawnej stolicy Polski Steven zapamiętał jedynie to, że pub, do którego zabrali go polscy kontrahenci był położony w jakiejś piwnicy. Nic więcej nie pamiętał, nawet nie umiał powiedzieć, jak trafił na lotnisko i uznał to za prawdziwy cud.

- Mówiłem ci, żebyś nie dał się namówić na picie wódki! – skarcił go Michał po powrocie do Londynu.

- Nie pamiętam nawet, żebym to zamawiał!

- Ty zawsze się popisujesz. Polaka chciałeś przechytrzyć w piciu wódki? Chyba upadłeś na głowę, stary. Ty jesteś dobry w piciu piw. Picie wódki zostaw zawodowcom, dobrze ci radzę.

Od tamtej pory Steven unikał wyjazdów do Polski jak ognia i nie mógł się nadziwić, jak Michałowi udaje się w tym dziwnym kraju doprowadzić do finału umowy międzynarodowe, i to jeszcze z korzyścią dla ich firmy. Michał załatwiał sprawy w Polsce, a Steven był niezastąpionym partnerem w doprowadzaniu do najkorzystniejszych kontraktów w sercu Londynu.

Tym razem Michał szykował się na dłuższy, bo aż dwutygodniowy wyjazd do Krakowa, gdzie czekało na niego wiele spraw, których nie dało się załatwić przez telefon, czy maile.

Trzymając Jennifer mocno za rękę wspięli się na wzgórze, skąd do domu mieli już tylko dwa kroki. Raz jeszcze spojrzeli na morze w dole.

- Po tylu latach, nadal nie mogę uwierzyć, jak tu jest pięknie – powiedziała wtulając się w ramiona Michała – Smutno mi będzie bez ciebie.

- Niedługo wracam. Wszystko będzie dobrze.

- Czekasz na kogoś? – zapytała niespodziewanie.

Zamiast odpowiedzieć Michał odwrócił głowę w stronę ich domu. Już z daleka dostrzegł samochód Stevena. Nie dało się go zresztą nie zauważyć. Stylowy, czarny kabriolet ze skórzaną tapicerką w odcieniu lodów waniliowych stał zaparkowany na podjeździe do ich domu. W środku nie było jednak jego wspólnika.

- Po co tu przyjechał? – zdziwiła się Jennifer – Myślisz, że wszedł do środka?

- Mam nadzieję, że Monika go wpuściła.

- Byłeś z nim umówiony?

- Nie – chrząknął.

- Czy on naprawdę nie może dać ci spokoju nawet na kilka godzin przed wyjazdem? To miał być tylko nasz dzień, Michał.

- Nie mam pojęcia po co przyjechał, ale zapewniam cię, że załatwię z nim sprawy najszybciej, jak się da – pocałował ją w czoło nie odrywając wzroku od kabrioletu – Wracajmy już.

*

Wchodząc do kuchni, która znajdowała się naprzeciwko głównego wejścia do ich domu usłyszeli znajome głosy dochodzące z ogrodu.

Steven siedział na ławce i zabawiał rozmową Monikę, która uwielbiała jego poczucie humoru i uważała, że jak na swoje lata, jest bardzo cool. Jennifer nie lubiła, kiedy ich córka używała takich określeń, zwłaszcza w stosunku do ludzi, z którymi jej mąż prowadził firmę. Nie raz zwracała jej uwagę na to, że język angielski jest na tyle bogaty, że zawiera mnóstwo innych, bardziej odpowiednich określeń na to, by opisać charakter osób, zwłaszcza osób dużo starszych od niej samej.

- Rozmawiając ze Stevenem nie czuje się różnicy wieku – odpowiadała jej na to – W przeciwieństwie do ciebie, mamo.

- Mogłabyś sobie darować tę uwagę – upomniał ją głośno Michał.

- Nic na to nie poradzę, że mama jest taką sztywniarą, tato. Nie wiem, co ty w niej widziałeś…

- Monika!

- Żartowałam! – po czym dodawała – Ty też jesteś cool, tato.

- Ja za to jestem sztywniarą!

Po takich dyskusjach Jennifer zastanawiała się w myślach, kiedy skończy się wreszcie ten pełen nieoczekiwanych wyzwań czas nastoletniego buntu, przez który jej córka, a co za tym idzie również pozostali domownicy przechodziła dość intensywnie. Przeczytawszy wszystkie dostępne poradniki dowiedziała się, że nie ma na to lepszego sposobu, niż milczeć i przeczekać. Co też robiła, z coraz mniejszą cierpliwością na kąśliwe uwagi padające z ust jej córki, ale przynajmniej starała się nie denerwować i puszczała je koło uszu.

Tymczasem Michał podszedł do Stevena i przywitał się z nim serdecznie.

- Co cię sprowadza w nasze strony, wspólniku? – zapytał z lekkim niepokojem – Czyżbyś już się za mną tęsknił?

- Żyć bez ciebie po prostu nie mogę! – odpowiedział mu na to, czym wzbudził wręcz salwę śmiechu u Moniki siedzącej na ogrodowym fotelu.

- Może napijesz się czegoś? – zapytała Jennifer – bo jak widzę nasza córka niezbyt o to zadbała.

Spojrzała na Monikę, która tylko pokręciła na to głową, co stało się ostatnio jej zwyczajem.

- Masz ochotę na kawę, czy może coś zimnego?

- Nie zadawaj sobie trudu, Jen – odpowiedział szybko – Wpadłem tylko na chwilę.

- To żaden kłopot, naprawdę.

- W takim razie poproszę o szklankę wody z cytryną.

- Już się robi – odpowiedziała, po czym patrząc na Monikę dodała – A ty zdaje się, że miałaś kończyć esej na temat średniowiecznych krucjat, nie prawda?

- O, Jezu, znowu się zaczyna – odpowiedziała podnosząc się z krzesła, jakby przybyło jej nagle ze dwadzieścia dodatkowych kilogramów – A było tak miło, jak cię nie było…

- Monika, chyba powiedziałaś o jedno słowo za dużo – upomniał ją głośno Michał.

- Dobrze, już dobrze. Uciekam. Happy? – dodała wybiegając szybko z ogrodu.

- Ta dziewczyna jest coraz gorsza – westchnęła Jennifer – Ja nie wiem, co będzie dalej.

- Co chcesz, taki wiek! – odpowiedział z uśmiechem Steven – Za chwilę to się skończy i rzuci się w wyścig szczurów, jak my wszyscy. Przynajmniej jest jeszcze wolna.

- Ja już mam tej jej wolności po dziurki w nosie – powiedziała Jennifer wychodząc do kuchni.

Michał podszedł do krzesła, na którym wcześniej siedziała Monika i usiadł na nim powoli. Patrzył na pulower Stevena, blado niebieski z delikatne angory, który leżał przerzucony niedbale przez oparcie ławki.

- No więc, co cię do mnie sprowadza? – powtórzył pytanie.

- Przywiozłem dokumenty, które zostawiłeś w biurze – odpowiedział. Steven siadając na ławce – Zapomniałeś o nich.

- Tak? Jakie dokumenty? Nie zauważyłem nawet…

- No widzę przecież – chrząknął Steven – Aneks do umowy podpisany przez naszych prawników w sprawie kredytu bankowego. Musisz to podpisać jeszcze dzisiaj. Bez tego możemy zapomnieć o pożyczce. W końcu ćwierć miliona funtów piechotą nie chodzi. Jutro mija termin dostarczenia ostatecznych dokumentów do banku. No, chyba że chcesz się wycofać?

- Nic takiego nie powiedziałem.

Steven podsunął mu szybko wydrukowane dokumenty spięte spinaczem biurowym. Michał szybko na nie spojrzał, wyjął długopis z klapy marynarki i bez mrugnięcia okiem podpisał je, po czym oddał wspólnikowi. Steven widząc to nie mógł opanować radości, która aż iskrzyła się w jego oczach.

– Byłem pewien, że wszystko zapiąłem już na ostatni guzik w biurze – powiedział Michał biorąc głęboki oddech – Przepraszam cię stary, że musiałeś się aż tutaj fatygować. Nie wiem, jak to się mogło stać.

- No wiesz, jak się ma tyle rzeczy na głowie, to nie trudno w końcu zapomnieć. Ja sam na twoim miejscu już bym się w tym nieźle pogubił.

Słysząc jego słowa, Michał odruchowo spojrzał w kierunku drzwi do kuchni, jakby bał się zobaczyć w nich Jennifer.

Steven szybko zauważył jego wzrok.

- Ona oczywiście o niczym nie wie? – zapytał.

- Ciszej.

- Przecież mówię cicho.

- Gdzie są te papiery?

- Położyłem je na komodzie w przedpokoju. Są w ciemnoczerwonej teczce.

- To świetnie.

Michał unikał wzroku Stevena, który patrzył na niego z dziwnym niepokojem.

- Michał… - powiedział po dłuższej chwili milczenia, które niezręcznie zawisło między nimi – Znamy się od tylu lat…

- No właśnie.

- Mam nadzieję, że wiesz, że nie jestem tylko twoim wspólnikiem, ale także przyjacielem.

Nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Chciał powiedzieć to samo, ale zamiast tego tylko szybko skinął głową.

- Po prostu mam nadzieję, że wiesz, co robisz. Tylko tyle chciałem ci powiedzieć.

- Nie musisz się o mnie martwić.

- Jesteś pewien?

- Jestem pewien, że musisz już lecieć.

Steven wyprostował się słysząc te słowa, których szczerze mówiąc wcale się nie spodziewał. Na szczęście w drzwiach pojawiła się Jennifer ze szklanką wody w dłoni.

- Już wychodzisz? – zapytała – A woda? Nawet nie wypiłeś?

- Myślę, że szklanka zimnej wody przyda się teraz bardziej twojemu mężowi, niż mnie. Do widzenia, Jen.

- Do widzenia…

Odpowiedziała i zaskoczona spojrzała na Michała.

- A jemu co się stało? – postawiła szklankę na stole – Mam nadzieję, że nie pokłóciliście się znowu?

- Po prostu Steven ma jak zwykle inne zdanie w sprawie naszych planów dotyczących współpracy z Ukrainą.

- Może ma rację? – poprawiła poduszkę na krześle - Może powinieneś go posłuchać?

Spojrzał na nią z wyraźnym wyrzutem.

- Kochanie, czy kiedykolwiek podjąłem w tej firmie złą decyzję?

Trudno było nie zgodzić się z tym, co powiedział. Co jak co, ale w biznesie Michał miał niezwykłe wyczucie. Znany był też ze swojej intuicji, która nigdy go nie zawiodła. I w przeciwieństwie do Stevena, chętnie podejmował się nowych wyzwań, których nie bał się, a wręcz przeciwnie, potrafił okiełznać je niczym najlepszy jeździec, który jak nikt inny potrafił dosiąść najbardziej nawet dzikiego rumaka. Michał zresztą od zawsze powtarzał, że nie pieniądze są potrzebne do tego, by rozwinąć firmę, ale przede wszystkim odwaga i rozsądek. Jennifer wiedziała, że jej mąż należy do tego typu mężczyzn, którzy niczego nigdy się nie boją. I nie chodziło tu o strojenie chojraka. Michał po prostu był odważny, i nawet wtedy kiedy na ich drodze stawały przeszkody, nie bał się z nimi zmierzyć. Nigdy.

- O nic się nie martw – powiedział obejmując ją ramieniem – Pójdę jeszcze porozmawiać z Moniką, jeśli nie masz nic przeciwko temu.

- Nie boisz się? – uśmiechnęła się – Ja bym nie ryzykowała.

- Przejdzie jej. Zobaczysz, że jeszcze będziesz te dni wspominać z sentymentem.

- Kiedy? – zapytała – Kiedy to wreszcie nastąpi?

- Musimy być cierpliwi. Przecież ona za chwilę będzie dorosła.

- Myślisz, że wtedy przejdą jej te humory?

- Kochanie, my także nie jesteśmy idealni.

- Ale przynajmniej jesteśmy grzeczni – westchnęła – W przeciwieństwie do Moniki.

W przedpokoju szybko odnalazł teczkę z dokumentami, które podrzucił mu Steven i pobiegł schodami na górę, gdzie w ostatnim, południowym skrzydle domu znajdował się pokój ich córki.

Przechodząc obok ich sypialni, szybko rzucił teczkę na łóżko i przeszedł w stronę pokoju Moniki. Idąc wąskim korytarzem wyłożonym kremową wykładziną, która wyciszała kroki minął drewniane drzwi do pokoju znajdującego się po lewej stronie. Zatrzymał się przy nich na chwilę. Wyciągnął rękę i delikatnie dotknął metalowych liter, które były przybite na wysokości oczu. Litery układały się w imię, które zawsze wywoływało u niego falę wspomnień. Maks.

Dotykał palcami każdej z liter, ostrożnie, żeby nie uszkodzić żadnej z nich. Nie chciał wchodzić do środka. Jeszcze nie. Teraz chciał tam tylko stać przez chwilę i myśleć o swoim synu.

*

- Chyba oszalałeś! – Monika krzyknęła do słuchawki telefonu – Na dokończenie tego eseju mam jeszcze całe dwa dni. Musiałabym zwariować, żeby pisać go na trzy dni przed terminem. Przecież wiesz, że jestem wybitnie zdolna i poradzę sobie z tym w jedną noc!

Siedziała na łóżku z kolanami pod brodą i patrzyła za okno. Pomarańczowe słońce powoli zachodziło za horyzont morza. To właśnie z pokoju Moniki, podobnie jak z sypialni jej rodziców rozciągał się najlepszy widok na morze.

- Spotkamy się? – zapytała ściszając głos – Jak to kiedy?! Teraz, oczywiście.

Osoba z drugiej strony telefonu najwyraźniej nie była zainteresowana tym pomysłem, bo Monika zrobiła taką minę, jakby zobaczyła coś niezbyt miłego.

- Boisz się? – zapytała i szelmowski uśmiech natychmiast wrócił na jej twarz – Mój ojciec dzisiaj znowu wyjeżdża. Matka pewnie znowu zaszyje się w swojej sypialni z książką i lampką wina. Będzie doskonała okazja.

Zaczęła się głośno śmiać i odruchowo rozejrzała się po pokoju, jakby przestraszyła się, że ktoś może ją podsłuchiwać.

- Tak, jesteś moim Romeo. – szepnęła – To kiedy mnie porwiesz? Przecież wiesz, że nie miałabym nic przeciwko temu. Jak to się nie liczy? Dobrze, zatem będę się bronić, ale uprzedzam, że tylko trochę.

Zaczęła bawić się frędzlami indiańskiego koca, który ojciec przywiózł jej z ostatniej podróży do Teksasu. Koc był utkany z niezwykle delikatnej wełny i idealnie nadawał się jako narzuta na jej łóżko.

- Tom, nie żartuj sobie. Tęsknię za tobą jak głupia, a ty się ze mną drażnisz!

Przerwała nagle słysząc delikatne stukanie do drzwi jej pokoju.

- Zdzwonimy się. Pa!

Rozłączyła się szybko i schowała telefon pod poduszkę.

- Proszę… - powiedziała sięgając po notatki z rozpoczętym esejem, które zapobiegliwie już od tygodnia trzymała na szafce obok łóżka. Takie położenie materiałów pomocniczych miało po pierwsze telepatycznie wpłynąć na jej możliwości pisarskie, w co Monika głęboko wierzyła, a po drugie miało być tarczą obronną w razie niespodziewanej wizyty jednego z rodziców, co właśnie miało nastąpić za chwilę.

Kiedy Monika zobaczyła w drzwiach postać ojca, odetchnęła z ulgą i miała ochotę dać sobie w myślach medal za świetny pomysł z tymi notatkami.

- Piszesz esej? – zapytał Michał.

- Próbuję – skłamała gładko.

- Nie przeszkadzam?

- Troszeczkę – powiedziała odkładając notatki z powrotem na szafkę – Ale mogę to dokończyć jutro.

- Jesteś pewna?

- Chcesz, o czymś porozmawiać, tato?

- Skąd to pytanie? – zdziwił się.

- Nie często tu do mnie zaglądasz.

- Chciałem zamienić z tobą kilka słów przed wyjazdem – chrząknął.

- O Boże, mam się szykować na jakąś kolejną rodzicielską pogadankę?!

- A jak myślisz, kochanie?

- Tato!

Spojrzała na niego jak wtedy, kiedy była małą dziewczynką.

Ojciec zabierał ją do klubu jeździeckiego, w którym czekał na nią jej ukochany kucyk, prezent od rodziców na jej szóste urodziny. Uwielbiała go i zawsze z niecierpliwością czekała na sobotę, dzień, który w całości mogła poświęcić pielęgnacji swojego kucyka.

Michał, jakby czytając w jej myślach spojrzał na zdjęcie w srebrnych ramkach stojące na biurku. Miała na nim nie więcej niż osiem lat. W czarnym toczku na głowie wyglądała bardzo profesjonalnie. Siedziała na swoim kucyku, który miał pięknie wyczesaną, lśniącą bielą grzywą, na której Monika w wolnych chwilach uwielbiała pleść warkocze.

Podszedł i wziął do ręki ramkę.

- Tak szybko urosłaś – powiedział – To takie niesprawiedliwe, że dzieci tak szybko nam rosną.

- Przecież nadal jestem twoją słodką córeczką – odpowiedziała szybko.

- Jesteś pewna? – zapytał marszcząc brwi – Nawet do klubu jeździeckiego nie muszę cię już zawozić. Sama to robisz. Jesteś taka samodzielna, Moniko.

- To źle?

- Dobrze - odłożył ramkę na miejsce - Nie możesz jednak zapominać, że mimo wszystko nadal nas potrzebujesz.

- No przecież wiem!

- A skoro zakładasz, że nadal jeszcze przynajmniej przez kilka lat będziesz potrzebować naszej pomocy, i nie mam na myśli tylko wsparcia finansowego, żeby było jasne…

- Akurat na ten rodzaj wsparcia, tato mogę z waszej strony liczyć najrzadziej.

- Na szczęście pracujesz w weekendy, jak wszyscy twoi znajomi zresztą. My również będąc w twoim wieku pracowaliśmy, Moniko. Tak właśnie zaczyna się dorosłość…

Patrzyła na jego włosy, które ostatnio mocno posiwiały. A przecież jeszcze niedawno była taka dumna z tego, że są nadal takie ciemne i gęste. Nawet nie zauważyła, kiedy jej zawsze młody i wysportowany ojciec posunął się w latach. Nie wyglądał już jak dawniej. Jej koleżanki z całą pewnością nie mogłyby teraz wziąć go za jej starszego brata, jak to miało miejsce jeszcze kilka lat temu. Ze smutkiem pomyślała, że nie tylko dzieci za szybko dorastają. Nie miała jednak odwagi, by powiedzieć to głośno.

- Po co mi to wszystko mówisz? – zapytała.

- Bo wyjeżdżam, jak wiesz i nie chcę zostawiać was w takiej atmosferze.

- Nas…?! – powtórzyła.

- Ciebie i mamy. Nie powiesz mi chyba, że to jest normalny ton, jakim córka odzywa się do swojej matki?

- Normalny – stwierdziła wzruszając ramionami – Wszystkie moje koleżanki tak właśnie rozmawiają ze swoimi matkami.

- Jesteś pewna?

- Nie masz o tym pojęcia, tato, bo nigdy nie byłeś nastolatką.

- Całe szczęście. Ale byłem nastolatkiem i pamiętam moje rozmowy z rodzicami, kiedy jeszcze żyli. I jakoś nie przypominam sobie, żebym pyskował któremuś z nich.

- Bo masz słabą pamięć. Jak wszyscy w twoim wieku.

- Monika…

- Przepraszam – odpowiedziała szybko – Nie musisz mi truć. Już wystarczy mi to, co muszę wysłuchiwać od mamy. I to codziennie.

- Tak nie można, Moniko. Powinnaś znaleźć z mamą jakiś wspólny język. To nie jest takie trudne, jestem pewien, że dasz radę, tylko postaraj się.

- To może powinieneś porozmawiać o tym z nią, a nie ze mną, tato?

- Na razie rozmawiam z tobą.

- A więc obiecujesz, że jej powiesz to samo?

- Po pierwsze nie jej, tylko mamie.

- Niech ci będzie.

- Na miłość Boską, Monika, to jest twoja matka!

- Niestety wiem.

- O co ci chodzi? – usiadł ciężko na łóżku obok niej – To nie jest twoja macocha, tylko kobieta, która cię urodziła i oddała ci wszystko, co miała. Poświęciła ci czas, karierę, wszystko…

- Karierę… - parsknęła pod nosem.

- Słucham…?!

- Tato, jaką karierę? O czym ty mówisz? – jej cynizm stawał się dla Michała coraz bardziej irytujący. – Mama nie robiła żadnej kariery. Była jakąś małoważną sekretarką, jakich tysiące w firmie, w której razem pracowaliście.

- Nie sekretarką, tylko księgową. I zapewniam cię, że była w tym bardzo dobra. Nie możesz tak mówić o ludziach, Moniko. O nikim tak się nie mówi, a już na pewno nie o własnej matce.

Zacisnęła dłonie wokół poduszki, którą przycisnęła do piersi.

- Nic na to nie poradzę, że tak właśnie ją oceniam.

- Niesłusznie – odpowiedział – To bardzo krzywdzące, co właśnie powiedziałaś o mamie.

- Przykro mi, ale tak właśnie to widzę. Ty, to co innego, tato. – jej oczy zaświeciły się - Masz firmę, robisz fenomenalną karierę. A mama jest tylko kurą domową.

- I to mówi kobieta, która za kilka tygodni kończy osiemnaście lat?!

- Sam powiedziałeś, że nie jestem już dzieckiem.

- Posłuchaj – położył dłoń na jej ramieniu – Mama zrezygnowała z pracy, bo tak się składa, że ja byłem w stanie zapewnić nam wszystkim życie w dostatku. Nie znaczy to jednak, że masz jej nie szanować! Mama jest tak samo ważna, jak ja. Powiem więcej, mama jest w tym domu najważniejsza.

- Akurat!

- Poświęciła się, żeby wszystko dopilnować, żeby nikomu z nas niczego nie brakowało. Mogłabyś to docenić. To chyba nie tak dużo?

Patrzył w jej jasne, słowiańskie oczy, w których palił się żar złości, tak typowej dla jej wieku.

- Nigdy niczego ci nie brakowało – powiedział - Ani tobie, ani twojemu bratu. Zawsze mieliście obiad na stole o tej samej godzinie, mama codziennie zawoziła was do szkoły, i przywoziła. Na zbite kolana naklejała plastry i była pierwsza, kiedy potrzebowaliście pomocy. Przypominam ci, że była bardzo młoda, kiedy zaszła z wami w ciążę. Miała zaledwie dwa lata więcej niż ty teraz, Moniko. Pomyśl, czy byłabyś w stanie ogarnąć wszystko, gdyby tak jak jej trafiły ci się bliźnięta? Zastanów się tylko.

Zagryzła wargi.

Nie umiała znaleźć odpowiednich słów, nie wiedziała co odpowiedzieć ojcu, który miał rację. Przyznała w myślach, że nigdy nie pomyślała o swojej matce w tej sposób. Dopiero teraz dotarło do niej, że faktycznie była prawie w jej wieku, kiedy urodziła ją i Maksa. I, choć za chwilę miała skończyć osiemnaście lat, to nadal była dzieckiem. Rozkapryszonym i rozpieszczonym. Przez chwilę zrobiło się nawet wstyd za to, co powiedziała głośno o mamie. No cóż, nie da się teraz ich cofnąć, ale zawsze można zmienić to, co się ma zamiar zrobić następnego dnia. Wystarczy spróbować.

- Masz rację, tato – powiedziała przytakując – Będę dla mamy mniej ostra.

- To już coś!

- W końcu nie jest taka zła, zawsze mogłam trafić gorzej…

- Moniko, nie zaczynaj od początku.

- Dobrze. Obiecuję.

- I bądź dla niej bardziej wyrozumiała. Zwłaszcza teraz, kiedy nie będzie mnie przez dwa tygodnie. Obiecujesz, że będziesz się nią opiekować?

- Bez przesady!

- Taka jest kolej rzeczy, moja droga. Najpierw my zmieniamy pieluchy wam, a potem odwrotnie.

- Tato!

- Dobrze, ja też wolałbym uniknąć takich krępujących sytuacji – wstał – W razie czego zapłacę ci, żebyś kogoś wynajęła do tej roboty, dobrze?

- Jesteśmy umówieni.

- Śpij spokojnie, Moniko.

- Ty też, tato.

Już stał w drzwiach, kiedy usłyszał za plecami:

- Tato?

- Tak? – odwrócił się.

- Chciałam ci o czymś jeszcze powiedzieć.

- Słucham?

Siedziała na łóżku wbijając palce w koc i wyglądała, jakby się czegoś nagle przestraszyła.

- Stało się coś? – zapytał.

- Sama nie wiem.

- To coś ważnego?

- Tak jakby – powiedziała – Ale to może poczekać, jak wrócisz. Chciałam ci o kimś powiedzieć.

- Poznałaś kogoś, tak?

Skinęła głową.

- Mama już o nim wie?

- Nie.

- No widzisz. Dlaczego nie pójdziesz z tym do niej? Mama, na pewno byłaby zachwycona.

- Tak myślisz?

- Jestem pewien.

- Ale z tobą jakoś lepiej mi się zawsze rozmawiało.

- W takim razie masz okazję, żeby nauczyć się rozmawiać również z własną matką. Może już najwyższy czas?

I kiedy stał już w przedpokoju, coś podpowiedziało mu, że może powinien jej również o czymś powiedzieć, o czymś ważnym, może najważniejszym? Przecież kiedyś i tak będzie musiała się o wszystkim dowiedzieć.

- A wiesz – zaczął – Ja także mam ci coś do powiedzenia.

- Co takiego, tato?

- Coś bardzo ważnego.

- W takim razie słucham.

- Powiem ci o wszystkim po powrocie. Teraz nie mam na to już czasu.

- Skoro mam czekać, to mam nadzieję, że to coś naprawdę ważnego, a nie jakieś głupstwo.

- Zapewniam cię, że tak – westchnął – Słodkich słów, moja malutka.

Zamknął drzwi do jej pokoju.

Na drugim końcu ciemnego korytarza zobaczył Jennifer, która czekała na niego w jedwabnej koszulce sięgającej połowy jej ud. Wydawało mu się, że nie mogła słyszeć jego słów, choć nie mógł być tego do końca pewien.

Uśmiechała się do niego, niewinna i nieświadoma niczego.

Poszedł w jej stronę. Niczego nie pragnął w tamtej chwili tak bardzo, jak znaleźć się w jej bezpiecznych, czułych ramionach.

*

Tamtej nocy kochali się, jak nigdy wcześniej.

Jennifer obejmowała go ramionami, jakby nie chciała nigdy wypuścić go ze swoich objęć. Michał całował jej kark i ramiona, które były rozgrzane majową nocą. Uwielbiał jej ciało. Znał każdy zakamarek, wiedział jak smakuje jej skóra, znał czuły dotyk jej palców. Jennifer sprawiała, że czuł się przy niej bezpiecznie. Nigdy jej o tym zresztą nie powiedział uważając to za dziecinadę. Lecz prawda była taka, że kładąc dłoń na jej brzuchu czuł się jak marynarz, który wracał do tak dobrze znanej mu zatoki, gdzie znajdował się jego rodzinny dom. Jennifer rozumiała wszystko bez słów, niczego nie musiał jej tłumaczyć, i właśnie to podobało mu się w niej najbardziej.

Wciąż była piękna, a jej skóra pachniała tak samo, jak wtedy, kiedy pocałował ją pierwszy raz. Czasem, kiedy patrzył na nią przez okno, jak ścina róże w swoim ukochanym i wypielęgnowanym ogrodzie wydawało mu się, że patrzy na dwudziestoletnią dziewczynę, wysoką i smukłą, która nie wiadomo kiedy urodziła dziecko mające teraz prawie osiemnaście lat. Jennifer nic nie zmieniła się przez te wszystkie lata, a drobne zmarszczki, które pojawiły się pod jej oczami nie były dowodem na to, że czas leciał, ale że miała doskonałe poczucie humoru i po prostu lubiła się śmiać. I, choć ostatnio nie śmiała się już tak często, jak dawniej, to nadal była mu niezwykle bliska.

Rankiem Michał obudził się wcześniej, niż zwykle. Ostrożnie odchylił kołdrę tak, by nie zbudzić Jennifer i szybko wyłączył budzik, który nastawiony był na szóstą rano. Było niewiele po piątej, ale już od dłuższej chwili nie mógł spać.

Podszedł do drzwi prowadzących na balkon w ich sypialni i najciszej, jak potrafił otworzył je. Bosymi stopami stał na kamiennej posadzce w biało-granatową szachownicę. Jennifer prosiła go już zeszłego lata, by zmienili te kafelki na ceglaną terakotę, ale jakoś nigdy nie było czasu, żeby się tym zająć porządnie. Stare kafelki nie były zresztą takie złe, tylko wzór był już niemodny. Zastanawiał się, czy w tej sytuacji w ogóle znajdzie czas, by się tym zająć.

Podszedł do balustrady i objął dłońmi metalowe okucia, którym wykończony był balkon. W dole rozciągał się najpiękniejszy widok, jaki mogą zobaczyć ludzkie oczy. Słońce właśnie wschodziło nad horyzontem morza, które jak okiem sięgnąć ciągnęło się od prawej, aż do końca lewej strony wzgórza. Michał patrzył na dachy domów w okolicy pokrytych czerwoną dachówką. W oddali widać było siną, prostokątną wieżę ich miejscowego kościoła, który zbudowany był z surowych kamieni, podobnie zresztą jak szare wstążki miedzy, które ciągnęły się między okolicznymi polami. Wszystko to było jak obraz na płótnie, zawieszony w ciszy i bezruchu. Dzień miał się dopiero budzić, a świt jeszcze się nie skończył. W powietrzu czuć już było zbliżające się lato, gorące i słoneczne.

Michał zacisnął mocno wargi, jak ktoś, kto patrzy w oczy kochance po raz ostatni.

Wrócił do sypialni i uciekł do łazienki szykować się do wyjazdu. Za dwie godziny czekała go długa podróż na lotnisko.

Około siódmej usiedli razem z Jennifer do szybkiego śniadania.

- Przygotowałam ci twoje ulubione jajka na bekonie – postawiła na stole tuż przed nim duży, porcelanowy talerz – Nie słuchasz mnie?

- Przepraszam – powiedział – Zamyśliłem się.

- Widzę przecież. Źle spałeś?

- Nie, to nie to.

- A, co? Masz jakieś złe przeczucia?

Jej głos był pełen niepokoju, jaki zawsze pojawiał się tuż przed jego wyjazdem. I, choć Michał jeździł w tę i z powrotem od wielu lat, Jennifer nigdy nie umiała przestać się o niego bać. Zawsze drżała na samą myśl o jakimś niespodziewanym wypadku, który mógłby się wydarzyć. Przecież tyle się o podobnych sprawach czytało w gazetach. Na szczęście Michał zawsze wracał z podróży służbowych cały i zdrów.

- Przecież wiesz, że nie wierzę w takie rzeczy – sięgnął po kromkę chleba, która właśnie wyskoczyła z tostera stojącego na stole.

- A może chcesz, żebym pojechała tam z tobą?

- Przecież nie lubisz Polski.

- Raz mogę się poświęcić.

- To nie będzie potrzebne – wziął głęboki oddech – A gdzie Monika? Nie zje z nami?

- Budziłam ją, ale wiesz, jak nasza córka jest szybka do wstawania o tej porze.

- Dzień dobry – usłyszeli nad głowami jej głos.

Monika opierała się plecami o futrynę drzwi. Miała na sobie czerwoną piżamę w białe groszki, w której wyglądała jak mała dziewczynka. Rozczochrane, jasne włosy zasłaniały jej lekko zarumienione policzki.

- Usiądź, proszę – Jennifer szybko wstała i podała jej z lodówki jogurt jagodowy, który Monika uwielbiała.

- Nie będę jeść – powiedziała Monika – Przyszłam tylko pożegnać się z tatą.

- Ale ojcu będzie przykro – stwierdziła Jennifer – Usiądź z nami chociaż na chwilkę.

- Usiądę – ziewnęła głośno – Doceńcie to. Ale nic nie przełknę. W ogóle nie rozumiem, jak można jeść o tak wczesnej porze.

Do kuchni wolnym krokiem przyczłapała również Lizzi, ich pupilka rasy labrador, która podobnie jak Monika nie lubiła wstawać przed ósmą. Podeszła do stołu i ciężko opadła na podłogę ziewając głośno.

- Może napijesz się chociaż herbaty? – Jennifer zapytała Monikę.

- Mamo!

- No już dobrze, dobrze.

Michał skończył tymczasem śniadanie, wstał od stołu i zaczął poprawiać krawat.

- Poczekaj, tato, pomogę ci!

- O tej porze? – puścił do niej oko.

Monika udała, że tego nie słyszy.

- Przywieziesz mi z Krakowa ten ser? – zapytała ojca po krótkiej chwili.

- Jaki ser? – Jennifer wkładała puste talerze do zmywarki.

- Ten śmieszny, z wyciskanym wzorkiem. Koniecznie wędzony.

- Oscypek? – Michał uśmiechnął się.

- No, właśnie! Oscypek – jej jasne oczy zaświeciły się szybko.

- Przywiozę.

- Możesz nawet dwa, bo opowiadałam o nim ostatnio Kate i powiedziała, że chciałaby spróbować.

- No proszę, nasza córka robi najlepszą reklamę polskiego jedzenia! – powiedział Michał z nieukrywaną dumą w głosie – Przynajmniej w tej części Wielkiej Brytanii.

- Nie żartuj sobie, tato!

- Ja mówię całkiem poważnie! – zaoponował.

Za oknem usłyszeli krótki klakson samochodu.

- Twoja taksówka już jest – Jennifer wyjrzała za okno.

- Wybaczcie, ale chyba czas się zbierać.

- Tato, czy ty musisz ciągle jeździć w tę, i z powrotem?

- A wiesz, że mnie to też zaczyna męczyć – westchnął – Co myślicie, o tym, żeby przeprowadzić się do Polski na stałe?

- Tato, nie żartuj!

- Mówię całkiem poważnie.

- Moniko, nie męcz już ojca. Teraz nie ma czasu na takie dyskusje.

Jennifer podeszła do nich obydwojga i objęła wszystkich ramionami.

- Najważniejsze, że tworzymy rodzinę, prawda? – powiedziała głośno – Twój ojciec ma taką, a nie inną pracę i musimy to uszanować.

- Wiem. Wolałabym, żeby tata był w domu codziennie, jak ojciec Kate. On też nie pracuje na miejscu, tylko dojeżdża codziennie do Londynu, ale przynajmniej razem jedzą kolację. Każdego dnia.

- Wiem, kochanie – powiedział Michał – Nie myśl, że mnie samego ta sytuacja nie męczy…

- Najważniejsze, że masz dokąd wracać – Jennifer musnęła go ustami po policzku – Nie zapominaj o nas w tej twojej Polsce.

- Nie zapomnę.

- Obiecujesz, tato?

- Obiecuję. A teraz naprawdę muszę już jechać.

- Zadzwoń od razu, jak dolecisz. Kiedy masz samolot powrotny?

- Za dwa tygodnie.

Jennifer pokręciła głową z niesmakiem.

- Wykończysz się – podała mu małą teczkę z dokumentami – Zapracowujesz się na śmierć. Ciekawa jestem, co w tym czasie robi Steven, twój wspólnik?

- Zapewniam cię, że haruje w pocie czoła, podobnie zresztą jak ja.

- Obiecaj mi, Michał, że jak wrócisz, to pojedziemy gdzieś na odpoczynek. Tak dawno nie byliśmy we Włoszech. Pamiętasz? – uśmiechnęła się – Kiedyś jeździliśmy tam każdego lata.

- Pamiętam – pocałował ją w policzek – Obiecuję, że się nad tym zastanowię. Ale najpierw muszę dokończyć sprawy w Krakowie, i na Ukrainie.

- Na Ukrainę też będziesz jechał…?!

- Nie – odpowiedział wsiadając do taksówki, która czekała już na niego pod domem – Na szczęście przedstawiciele z Kijowa przyjadą na spotkanie do Krakowa. Widzisz, jakie to wszystko jest skomplikowane. Po prostu muszę tam być. Trzymajcie się.

- I ty się trzymaj, kochanie.

- Monika, a ty nie uganiaj się za chłopakami, tylko dokończ ten esej.

- Tato, przestań! – odfuknęła natychmiast.

- Kocham cię – powiedziała Jennifer.

- Ja także was kocham. Do zobaczenia za dwa tygodnie.

Kierowca schował walizki Michała do bagażnika samochodu i delikatnie zamknął za nim tylne drzwi. Michał uchylił okno i posłał żonie i córce całusa. Patrzył na Lizzi, która siedziała na chodniku obok nogi Moniki i merdała ogonem. Dawniej biegła za nim do końca ulicy, ale od kiedy dopadł ją psi artretyzm wolała rezygnować z podobnych eskapad. Czas tak szybko leciał, nie wiadomo kiedy z małego szczeniaka zrobiła się staruszką, którą wszyscy w tym domu kochali, i bez której nikt nie wyobrażał sobie już życia.

Kiedy taksówka dojechała do końca ulicy, Michał odwrócił się odruchowo w stronę domu. Zobaczył Jennifer, która nadal stała przy furtce i nie odrywając wzroku od taksówki czekała, aż zniknie, a zakrętem, co stało się dokładnie chwilę później.

*

Jennifer wróciła do domu i zaczęła krzątać się po kuchni. Trzeba było posprzątać po śniadaniu, powstawiać resztę naczyń do zmywarki i schować toster.

- Pomożesz mi? – zapytała Monikę, która leniwie weszła do przedpokoju.

- Chyba zwariowałaś!

- Monika!

- Ojej, sorry, ale o tej porze nie możesz wymagać ode mnie takich rzeczy, mamo…

- Dobrych manier wymagam bez względu na porę dnia – upomniała ją chowając masło do lodówki.

- Przepraszam.

- Podasz mi szynkę?

Monika z lekką niechęcią podała jej talerz z pokrojoną wędliną ułożoną w nienaganny okrąg.

- Że też chce ci się marnować czas na takie bzdety – parsknęła.

- To nie są bzdety. To się nazywa poczucie estetyki, o czym powinnaś już wiedzieć. Czy to źle, że chcę, żeby śniadanie było ładnie podane?

- Nie chce mi się z tobą o tym rozmawiać… - urwała w pół słowa widząc minę matki – Chodzi o porę dnia, mamo, nie o ciebie.

Jennifer puściła jej uwagę koło uszu. Nie miała ochoty zaczynać kolejnego dnia od kłótni z własną córką.

- Dlaczego on musi ciągle wyjeżdżać? – zapytała niespodziewanie.

- Bo taką ma pracę. Jeszcze się nie przyzwyczaiłaś?

- Nigdy się do tego nie przyzwyczaję. I nie rozumiem dlaczego nie zatrudni kogoś innego do wyjazdów? Przecież nie może do końca życia wszystkiego robić sam!

Jennifer przetarła blat stołu lnianą ściereczką w biało-granatową kratkę.

- To nie są twoje sprawy, Moniko. – stwierdziła - Zapewniam cię, że ojca te podróże też męczą, ale widocznie są niezbędne. Nie pomyślałaś, że może twój tata jest po prostu najlepszy w załatwianiu spraw w Polsce? Może Steven się do tego po prostu nie nadaje?

- To niech zatrudni kogoś innego.

- Kogoś, kto zna płynnie angielski i polski? Poczekaj, niech pomyślę. Już mam! Może ciebie powinien zatrudnić?

- Mnie…?!

- No przecież chciałaś go odciążyć. Znasz polski, mogłabyś w przyszłości zastąpić w tym swojego ojca.

- Ale ja się do tego nie nadaję… – odpowiedziała Monika szybko – Poza tym mój polski jest raczej kulawy, na pewno nie na poziomie takim, żeby podpisywać jakieś międzynarodowe umowy.

- No i sama masz odpowiedź na swoje pytanie – Jennifer zamknęła drzwi lodówki – Nie jest łatwo znaleźć fachowca, któremu ufa się tak bardzo, jak samemu sobie.

- Ale ja chciałam, że tata po prostu nie pracował tak dużo…

- To miło, że martwisz się o jego zdrowie, ale tak się składa, że ktoś musi zarobić na ten dom i na twoje kosztowne hobby, jakim z całą pewnością jest jazda konna.

- O, przepraszam, akurat na konie sama zarabiam, i to od dawna!

- A wcześniej? Te wszystkie lata opłacały się same? Moniko, nie masz pojęcia ile nas kosztuje miesięcznie utrzymanie tego wszystkiego na tak wysokim poziomie.

- I nie chcę wiedzieć – ziewnęła głośno – A teraz wybacz, ale muszę szykować się do szkoły. Pa!

- Pa.

Jennifer schowała lniane serwetki do szuflady pod stołem i stanęła przy oknie kuchennym. Patrzyła na swój ogród, który właśnie budził się do życia o poranku.

Pszczoły podfruwały pod krzewy lawendy, którymi wiele lat temu wysadziła alejkę prowadzącą do altanki mieszczącej się pod kasztanem rosnącym przy płocie graniczącym z działką sąsiada. Krzewy różane już dawno obudziły się po nocy chwytając na aksamitnych płatkach poranną rosę.

Jennifer, w przeciwieństwie do Moniki już dawno przebrała się z piżamy. Dzień był tak piękny, że postanowiła nie marnować go i zabrać się za poranne porządki w ogródku. Otworzyła drzwi kuchenne i wyszła na zewnątrz. Lizzi poczłapała za nią. W drewnianym domku odnalazła szybko słomkowy kapelusz i metalowe nożyce do cięcia niesfornych pędów. Zawsze zakładała kapelusz, kiedy szła do ogrodu, nawet wtedy, kiedy słońce nie świeciło zbyt mocno. To był po prostu jej styl, który nie opuszczał Jennifer nawet wtedy, gdy pracowała w pocie czoła.

Patrzyła na drzewa owocowe rosnące przy warzywniku, obok których rosły krzewy porzeczek. Michał zasadził je własnoręcznie pod płotem graniczącym z sąsiadami. To było zaraz po tym, jak kupili ten dom, jeszcze wtedy, kiedy miał czas, żeby od czasu do czasu coś zrobić w ogrodzie. Od tamtej pory tak wiele się zmieniło, że Jennifer z trudem wspominała tamte czasy. Michał był teraz tak bardzo pochłonięty pracą, że nie znajdował wolnej chwili, nawet na to, by w spokoju i w ciszy ogrodowej altanki wypić herbatę. Wszystko robił raczej w biegu i odruchowo. Do domu wracał późno, a w weekendy albo spał, albo oglądał mecz w telewizji. Jennifer rozumiała to i wiedziała, że przecież musi jakoś zrelaksować się po ciężkim tygodniu pracy.

W południowej części ich niewielkiego, lecz pełnego uroku ogrodu stał szklany domek, w który kiedyś był mini szklarnią, a teraz przerobili go na czytelnię, która pięknie wyglądała zwłaszcza latem w czasie deszczu. Wszystkie ściany domku, łącznie z dachem były ze szkła, co powodowało, że przez cały dzień było w nim niezwykle jasno. Na górze, przy szklanym suficie Jennifer zawiesiła kiedyś sznur bursztynów, który Michał przywiózł jej z Polski. Uznała, że naszyjnik jest zbyt piękny, by tak po prostu zamknąć go w szkatułce i sprawić, by czekał na swoją szczęśliwą chwilę, kiedy pani domu zechce go założyć. Chciała, żeby żył i każdego dnia cieszył jej oczy. Uwielbiała, kiedy promienie słońca przechodziły przez miodowe kamienie. Blask bursztynów był nie do opisania. W środku szklanego domku nie było wiele miejsca, ale swobodnie zmieściły się dwa wiklinowe fotele, na których zawsze leżały miękkie poduszki zachęcającego do tego by na nich usiąść. Obok nich stał mały, drewniany stolik pomalowany na miętowy kolor. Jennifer zawsze kładła na nim książki, które akurat czytała. Pod szklaną ścianą stały też drewniana skrzynka pociągnięta białą farbą, która służyła za półkę i wysoki dzban z terakoty, w którym zimą trzymano ususzone kwiaty z okolicznych łąk, które miały przypominać letnie dni. Podłoga w domku wyłożona była zresztą dużymi kaflami w tym samym kolorze, co ów dzban. Przy słonecznej, południowej ścianie domku Jennifer trzymała też kilka doniczek z kwitnącymi na pomarańczowo nasturcjami, które uwielbiały wygrzewać się w nagrzanym i mocno nasłonecznionym wnętrzu szklanego domku. W rogu zaś od strony północnej, tuż za wiklinowymi fotelami stała donica z azjatyckim fikusem, który przez lata tak się rozrósł, że właściwie powinno się wybić dziurę w szklanym dachu, by sprostać jego wybujałym potrzebom. Zamiast tego, Jennifer przycinała go regularnie pokazując mu w ten sposób, jak ma rosnąć.

Zimą, kiedy przebywanie w szklanym domu było kłopotliwe ze względu na panujący w nim chłód, stawał się przechowalnią letnich, drewnianych krzeseł, które późną jesienią razem z Michałem wkładali do domku na kilka miesięcy. Co roku na wiosnę krzesła odzyskiwały wolność, Jennifer wietrzyła domek po zimie i wszystko wracało do dawnego rytmu. Tuż za szklanym domkiem rosła figa, egzotyczne drzewo, które ku zdumieniu Jennifer przyjęło się idealnie w angielskim klimacie.

W południowej części ogrodu Jennifer miała kilka grządek warzywnych. Niejako na ich straży stał wysoki koper, który patrzył z góry na rzędy seledynowej sałaty i krzaczki pomidorów. Nie było tego dużo, ale na sałatkę do letniego obiadu w zupełności wystarczało. Jesienią Jennifer uwielbiała przesiadywać z kubkiem herbaty w dłoni pod drewnianą altanką, której ażurowy dach ledwie przepuszczał promyki słońca.

Chwyciła sekator i ostrożnie rozchyliła gałązki róż, tak by dostać się do zeschniętego, mocno pożółkłego już kłącza, o którym zapomniała wczesną wiosną. Teraz był ostatni moment, by go usunąć, zanim pojawią się młode łodygi. Jednym, zdecydowanym ruchem przecięła gałązkę i powoli wysunęła ją z krzaka. Kiedy rzucała ją do plastikowego worka, w którym znajdowały się już zgrabione wczoraj liście zauważyła rysę na granatowym oczku pierścionka. Odłożyła sekator na ławkę i zdjęła pierścionek. Na palcu została po nim blada obrączka wyraźnie różniąca się od reszty opalonej skóry. Nigdy go nie zdejmowała. Tamtego dnia, kiedy Michał założył go na jej palec postanowiła, że będzie nosić go, aż do śmierci.

Zastanawiała się, gdzie mogło dojść do zarysowania kamienia. Może stało się to podczas kąpieli w morzu kilka dni wcześniej? Zawsze uwielbiała pływać wczesną wiosną, kiedy plaże były jeszcze puste. Nie bała się zimnej wody i była pewna, że to właśnie dzięki tym kąpielom nigdy nie łapała grypy, ani poważniejszego przeziębienia. Zresztą nie była jedyną osobą w tej miejscowości, która regularnie zażywała morskich kąpieli już od końca marca. Zauważyła, że kilka starszych osób mieszkających w okolicy również regularnie pływa w zimnym morzu.

Kilka dni temu fala była dość wysoka i kilka razy wyrzuciła ją zdecydowanym ruchem na plażę, która pełna była ogromnych, białych kamieni. Jennifer, jak zawsze walczyła z siłą morza, nawet lubiła te ich niewidzialne zapasy, z których morze zawsze wychodziło zwycięską ręką. Wstając podpierała się o kamienie, które sięgały jej kolan. Może to właśnie wtedy zarysowała swój zaręczynowy pierścionek?

Rysa nie była duża, ale jednak wyraźna. Zwłaszcza, kiedy spojrzało się na pierścionek pod kątem. To i tak cud, że przez tyle lat nie zgubiła go i oczko nie wypadło. Nie był przecież jakiś specjalnie drogi. Michał kupił go dla niej w czasach, gdy był biedny i życie dopiero stało przed nim. Mimo to, Jennifer uwielbiała ten pierścionek i za żadne skarby nie chciała wymienić go na droższą, bardziej elegancką wersję. Tak czasem w życiu bywa, że nie diamenty stają się ludziom najdroższe, ale właśnie tanie błyskotki, które można dostać za niewielkie pieniądze.

- Jakie to zabawne – powiedziała pewnego wieczoru, kiedy siedzieli z Michałem przy kominku pijąc whisky – Tani pierścionek, stał się dla mnie najdroższą rzeczą pod słońcem.

- Proszę cię, nie zawstydzaj mnie.

- Nie ma się czego wstydzić, kochanie.

- Tyle razy mówiłem ci, że kupię ci coś ładniejszego. Masz zresztą ode mnie ten pierścionek z diamentami, który kupiłem ci na ostatnie święta.

- Ten w komplecie z bransoletką?

- Ten sam – chrząknął Michał – Czy nie możesz nosić tego droższego? Proszę…

- Głuptasie! Ja mam na palcu pierścionek najdroższy na świecie, a ty chcesz, żebym zamieniła go na jakieś diamenty?

- Kupiłem ci go, bo chciałem jak najszybciej ci się oświadczyć, żeby nie sprzątnął mi ciebie sprzed nosa ten cały, jak on się nazywał?

- Harold – podpowiedziała mu szybko – Dobrze wiesz, jak miał na imię mój chłopak.

- No, właśnie! Harold. Swoją drogą okropne imię, nie uważasz?

- Daj już spokój, dobrze?

- No więc kupiłem ci ten pierścionek w pośpiechu, zresztą jaki ja wtedy mogłem mieć gust?

- No chyba niezły, skoro mnie wybrałeś?

- Owszem. Ale w kwestii wybierania biżuterii, zawsze byłem kiepski. A zwłaszcza wtedy, kiedy byłem bez grosza przy duszy. A ten pierścionek wydał mi się taki uroczy, i jeszcze sprzedawczyni mnie namówiła…

- Ta sama, u której potem musieliśmy go zmniejszać, bo kupiłeś mi o dwa rozmiary za duży.

- No sama widzisz! – postawił pustą szklankę na stoliku – Nic nie wiedziałem wtedy o życiu, ale jednego byłem pewien.

- Czego?

Spojrzał jej w oczy głęboko. W ciemnych źrenicach Jennifer odbijały się płomienie z kominka, które teraz stały się rdzawo czerwone.

- Że chcę spędzić z tobą resztę swojego życia. I że nie pozwolę żadnemu Haroldowi sprzątnąć mi ciebie sprzed nosa.

- A może ja nie chciałam z tobą być? Nie pomyślałeś o tym?

- Pomyślałem. I miałem przygotowany plan „B”.

- Co takiego? – uniosła brwi ze zdziwienia – Pierwsze słyszę.

- Pomyślałem, że jeśli nie będziesz chciała być ze mną tak od razu, to zabiorę cię na przejażdżkę łodzią po rzece i cię przekonam.

- Wariacie! Przecież to był Londyn, a nie Wenecja! Skąd miałbyś wziąć łódkę?

- Mój kolega, z którym zresztą przyjechałem wtedy z Polski zarabiał sprzątaniem barek. Pełno ich pływa po kanale w Regent Park, i on obiecał mi załatwić takie cudeńko na kilka godzin. Oczywiście wysprzątane.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

- No wiesz! – oburzyła się Jennifer – Teraz żałuję, że się tak od razu zgodziłam i przyjęłam od ciebie ten pierścionek. Widzę, że straciłam niezłą przejażdżkę. Nigdy nie pływałam na barce.

- Straciłaś przejażdżkę – powiedział – …ale za to zyskałaś podróż życia. Nie sądzisz?

Jennifer zawsze uważała, że połączył ich przypadek. Po prostu pewnego dnia los rzucił ich ku sobie w objęcia i tak już pozostało. Żyć bez siebie nie umieli, odkąd się poznali.

Czasem zastanawiała się, co by było, gdyby wtedy, dwadzieścia jeden lat temu nie poszła pracować do firmy ojca, w której poznała Michała. Jak wyglądałoby teraz jej życie, gdyby związała się z kimś zupełnie innym?

*

Było upalne lato, co akurat w Londynie należało to do anomalii pogodowej. Bywały przecież lata bez słońca, zdarzały się też lata pochmurne i zimne. Jednak, najczęściej występowało lato deszczowe, i tak właśnie młoda Jennifer kojarzyła londyńskie lato najczęściej. Dlatego tym razem, kiedy bodaj pierwszy raz w jej młodzieńczym życiu pojawiło się w Londynie wyjątkowo upalne lato, nie mogła odmówić sobie uroków wiążących się z przeżywaniem takiego lata najlepiej, jak można. Przejażdżka samochodem z odkrywanym dachem, który należał do jej ojca była jednym z pierwszych punktów, które należało zaliczyć w upalny dzień.

Spotykała się wtedy z Haroldem, synem przyjaciół rodziny Jennifer. Mieszkali kilka przecznic dalej, w eleganckiej dzielnicy położonej na zachodnim krańcu miasta, który graniczył z Richmond Park, najpiękniej położonym zielonym skrawkiem stolicy Wielkiej Brytanii. Dom rodzinny Jennifer należał wcześniej do rodziców jej ojca, a jeszcze wcześniej do dziadków jego dziadków. Jednym słowem był w posiadaniu państwa Williams od czasów królowej Wiktorii. Jak można się domyślić, Jennifer mieszkała w tym domu od urodzenia, podobnie zresztą jak jej siostra. Obydwie dziewczynki chodziły do pobliskiej prywatnej szkoły, która tak się składa była najlepszą szkołą w tej części miasta. Chodziły do niej w przeważającej większości dzieci brytyjskich spadkobierców niemałych fortów, dzieci dyplomatów oddelegowanych do pracy na placówkach w Londynie oraz dzieci właścicieli banków i innych, dobrze prosperujących firm. Czesne w szkole było na tyle wysokie, że skutecznie odstraszało rodziny średniej klasy. Co prawda przy zapisywaniu drugiego dziecka do szkoły, dyrekcja oferowała dziesięcioprocentowy upust, ale i tak niewiele to zmieniało. Szkoła była dobra, ale i kosztowna. Jednak wysoki poziom nauczania nie był głównym motywem, dla którego rodzice posyłali tam swoje dzieci. Sam fakt ukończenia szkoły, który dawał niepisaną co prawda, ale zawsze gwarancję dostania się dziecka na dobrą uczelnię dla większości rodzin nie był wystarczający. Szkoła, bowiem poza nauką zapewniała swoim uczniom naukę doskonałych manier oraz przebywanie w „odpowiednim” towarzystwie. I ten atut zdawał się być najsilniejszym ogniwem placówki. Już na pierwszej wywiadówce rodzice Jennifer usłyszeli od dyrektorki, że przyjaźnie, które dzieci zawierają w murach szkoły pozostaną z nimi do końca życia, nawet po wielu latach, gdy szkoła się skończy.

A, że do szkoły uczęszczały wyłącznie dzieci z dobrze sytuowanych rodzin, nie trudno się domyślić, że w ten sposób ułatwiano rodzinom zapoznanie przyszłych zięciów i synowych. Ojciec Jennifer zażartował sobie nawet mówiąc do żony szeptem, że pewnie siedzi właśnie za ojcem ich przeszłego zięcia. Po wielu latach okazać się miało, że niewiele się pomylił.

Jennifer znała Harolda od pierwszej klasy, ale w oko wpadł jej dopiero jakieś dwa lata przed maturą. Był, podobnie jak ona z doskonałej rodziny, to znaczy z dobrze, a nawet bardzo dobrze sytuowanej. Jego ojciec był prezesem banku, a matka prowadziła najbardziej znaną w mieście organizację charytatywną, która na swój coroczny bal wśród zaproszonych gości miała nie tylko posiadaczy kont z sześciocyfrowymi numerami, ale jak głosiła plotka również członków brytyjskiej rodziny królewskiej. Harold oczywiście obiecał Jennifer, że wybiorą się na taki bal wspólnie, ale kiedy przyszło co do czego, okazało się, że wcale nie jest to takie proste, bo po pierwsze ilość miejsc jest ograniczona, a po drugie każdy zaproszony ma obowiązek zdeponować na cele organizacji odpowiedniej wysokości czek. Zarówno Jennifer, jak i Harold nie dysponowali żadnymi środkami poza kieszonkowym, które wcale nie w wysokiej liczbie otrzymywali od swoich rodziców. Wśród rodzin klasy wyższej panował bowiem stary zwyczaj, że dzieci nawet jeśli pochodzą z bogatych domów nie należy rozpieszczać finansowo, bo to może sprowadzić je niepotrzebnie na złą drogę. Z takiego samego założenia wychodziła zresztą szkoła, która uczyła rodziców, że ich dzieci, poza nauką doskonałych manier zasługują na takie samo wychowanie, jak wszystkie inne dzieci. Oznaczało to, że pomimo, iż nie mają takiej potrzeby, po ukończeniu szesnastego roku życia powinny pójść do pracy, choćby weekendowej. To doświadczenie miało ich nauczyć szacunku nie tylko do pieniędzy, ale przede wszystkim do pracy i współpracowników, z którymi musieli się w niedalekiej przyszłości zetknąć.

Jennifer, podobnie jak Harold otrzymali weekendową pracę w firmach swoich ojców. A, skoro w soboty musieli wykonywać za niewielkie pieniądze jakieś drobne prace biurowe, spotykać się mogli tylko w niedziele.

Tego dnia Jennifer pożyczyła od ojca samochód i pojechali razem z Haroldem na północ Londynu, w okolice Hampstead Heath. Malownicze wzgórza położone były wśród naturalnych niewielkich jeziorek od lat były ulubionym miejscem weekendowych wypadów bogatych Londyńczyków.

Zaparkowali samochód w zacienionej lipami uliczce i zabrawszy z bagażnika wiklinowy kosz z jedzeniem i koc, udali się na piknik pod rozłożystym dębem.

- Co chciałabyś robić w życiu? – zapytał Harold przechylając butelkę coli.

- Nie mam pojęcia – odpowiedziała.

- Jestem pewien, że twój ojciec ma już jakiś pomysł na ciebie.

- Rozumiem, że twój ojciec już opracował pomysł na twoją przyszłość. Chcesz pracować w banku? – zapytała.

- No wiesz, kto z nas nie lubi pieniędzy? – uśmiechnął się.

- Naprawdę dałbyś się zamknąć obok kasy pancernej, w której trzymają sztabki złota?

- Myślę, że to całkiem niezłe towarzystwo.

- Ja bym się tam chyba zanudziła na śmierć.

Siedzieli na wełnianym kocu w czerwono-granatową kratę, który rozłożyli wprost na trawie. Harold obracał w palcach pojedyncze źdźbło, które zerwał z dorodnej kępy. Pochylił się nad twarzą Jennifer i łaskotał ją trawą za jej uchem.

- Łaskoczesz mnie! – odsunęła od siebie zdecydowanym ruchem dłoń Harolda.

- Idziemy pływać? – zapytał niespodziewanie.

- Nie mam stroju.

- No przecież tutaj nikogo nie ma.

- Ale ty jesteś.

- Mnie nie będzie przeszkadzać, że wejdziesz do wody bez stroju. Przysięgam!

Jennifer popukała się w czoło.

Pogoda dopisywała. Było tak gorąco, że nie dało się siedzieć w słońcu. Przenieśli się, więc z kocem w cień. Harold oparł się o pień drzewa i patrzył na Jennifer nie odrywając od niej oczu.

- Nasi rodzice mają już na nas plan – powiedział Harold zdejmując koszulkę.

- Niestety – westchnęła Jennifer.

- Dlaczego niestety? – powtórzył – Ja uważam, że to bardzo wygodne. Przynajmniej nie trzeba się o nic starać. Nawet nie pamiętam, kiedy cię poznałem. Wszystko załatwili za nas nasi rodzice, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi.

- I tobie to się podoba?

- Wszystkie zasady są jasne i proste.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.