Wróć do Triory - Jolanta Kosowska - ebook + książka

Wróć do Triory ebook

Jolanta Kosowska

4,3

Opis

Przeszłość, która dzieje się dziś

Są takie miejsca, w których czas zatacza koło – miejsca jakby nierzeczywiste, pełne niedopowiedzeń i tajemnic, zamieszkane przez wyłaniające się zewsząd duchy przeszłości. Taka właśnie jest Triora, leżąca na uboczu mała wioseczka w Alpach Liguryjskich. W szesnastym wieku doszło tu do pogromu rzekomych czarownic, na stosach spłonęło kilkadziesiąt niewinnych kobiet. Dzisiaj widma sprzed wieków mieszają się z rzeczywistością, tworząc aurę, która potrafi przyciągać, zaskakiwać i przerażać.

To właśnie tutaj przetną się drogi czworga młodych ludzi: skonfliktowanego ze szkołą nauczyciela, cierpiącego na chorobę nowotworową muzyka, byłego narkomana i dziewczyny o tajemniczej przeszłości. Czy duchy Triory okażą się im przychylne? Co się wydarzy, gdy granice między światem realnym a tym, czego nie da się pojąć rozumem, zaczną się zacierać?


Wróć do Triory to powieść, którą każda kobieta powinna mieć na swojej półce. Opisy małej wioski w górach zachęcają do tego, by ją odwiedzić i zostać na dłużej. Serdecznie polecam!

Magdalena Szymczyk, czytammwpociagu.blogspot.com


Jolanta Kosowska stworzyła powieść pełną magii. Barwna Triora, plastyczny język, porywająca fabuła. Serdecznie polecam wybrać się w tę podróż.

Karolina "Lotta" Krakowiak, www.lottaczyta.com.pl

Jolanta Kosowska po raz kolejny zabiera czytelników w niezwykłą podróż, w której teraźniejszość przeplata się z tajemniczą przeszłością, świat realny z onirycznymi obrazami, a niepokojąca atmosfera dopełnia całości. Wróć do Triory jest niesamowitą lekturą, która pozostawia po sobie niezapomniane wrażenia, nie tylko czytelnicze.

Katarzyna Pessel, takijestswiat.blogspot.com


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 382

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

Kiedy wszedłem do pokoju, nawet się nie odwrócił.

– Cześć – rzuciłem w kierunku jego pleców.

Nie odpowiedział. Pogłośnił muzykę. Nagle jakieś szalone dźwięki z piekła rodem wypełniły całe pomieszczenie. Basy grzmiały tak głośno, że poczułem, jak rytm mojego serca podporządkowuje się tym szalonym dźwiękom. Nie cierpię takiej muzyki. Drażni, denerwuje, zwiększa napięcie, zagłusza nawet myśli, potrafi wyprać mózg z wszystkiego. Jakby tych basów było mało, w pewnym momencie rozległ się przeciągły jęk solisty. W kółko i bez przerwy jedno zdanie: „Wszystko to jest gówno, gówno, gówno”. Do tego uporczywego wycia dołączyło się po chwili drugie. Jeszcze donośniejsze od pierwszego. Filip zaczął wtórować soliście. Mijali się o jeden interwał. Wydawało mi się, że wyraz „gówno” nigdy się nie kończy. Zawtórowałem im. Zaskoczony Filip podskoczył jak oparzony. Błyskawicznie odwrócił się w moją stronę. Wyłączył muzykę.

– Oszalałeś, człowieku?! Jak możesz tak fałszować?

– Jak widać, mogę.

– Koszmar.

– Moim marzeniem była szkoła muzyczna. Chciałem grać na perkusji. Nie przyjęli mnie ze względu na brak wyczucia rytmu. Podziękowali mi po pierwszych kilku taktach. Nie miałem szansy się nawet rozkręcić.

– Ocalili świat przed koszmarem.

Spojrzał w moją stronę z nieukrywanym zainteresowaniem. Zatrzymał wzrok odrobinę dłużej. Też mu się przyglądałem. Ten incydent z narkotykami musiał nie trwać długo. Prochy nie zdążyły go jeszcze zniszczyć. Ciemne włosy, mocno zaznaczone brwi, brązowe oczy, skóra osmagana wiosennym słońcem, podkoszulek napięty na dobrze rozbudowanych mięśniach klatki piersiowej i ramion. Spodziewałem się, że będzie szczupły, blady, wymoczkowaty, zniszczony przez narkotyki i ambicje swoich rodziców. Myliłem się. On dzielił czas pomiędzy sport i fortepian. Pewnie jeszcze pomiędzy dziesiątki innych rzeczy, o których być może kiedyś się dowiem, ale jedną z nich na pewno była siłownia.

– Nazywam się Marcin Morawski.

– Wiem – odpowiedział beznamiętnie. – Słyszałem, że ma mnie pan uczyć historii. Nie wydaje się to panu co najmniej śmieszne?

***

Parę dni wcześniej

 

– Laura mówiła, że szukasz pracy? – Głos Hanki w słuchawce brzmiał pogodnie. – Wertowałam dzisiaj oferty. Coś ciekawego rzuciło mi się w oczy. Pomyślałam, że to pasuje do ciebie. Poszukują nauczyciela historii z przygotowaniem psychologicznym…

Przesłała mi link internetem. Oferta pracy była dziwna. Budziła wątpliwości. Nie trzymała się kupy. Poszukiwano kogoś, kto podjąłby się udzielania korepetycji chłopakowi, który po długiej chorobie i jeszcze dłuższym okresie rekonwalescencji postanowił przystąpić do matury. Płacono dobrze, pozornie wymagano niewiele, ale mnie po przeczytaniu tego ogłoszenia wydawało się, że w tym musi być jakiś kruczek, że to musi być jakaś bardzo pokręcona historia.

– I co? – Hanka zadzwoniła po chwili. – Ta praca pasuje do ciebie jak ulał. Ty możesz mu pomóc. Nikt lepiej od ciebie tego nie ogarnie. – Paplała jak najęta. Nie dopuszczała mnie do głosu. Nie dawała szans na zastanowienie. – Pomożesz mu przejść przez to wszystko. Przygotujesz go do matury. Będzie miał ciebie. To tak, jakby wygrał szczęśliwy los na loterii. Świetnie dogadujesz się z młodzieżą. Jesteś nauczycielem historii. Pracowałeś z młodzieżą w ośrodku dla uchodźców. Tam też bywało ciężko.

Przekonała mnie. Zadzwoniłem i umówiłem się na spotkanie z rodzicami chłopaka. Pomyślałem, że może w tym jest palec Boży, że może właśnie tak miało być. Przed paroma dniami skończyłem pracę przy projekcie. Rozglądałem się za nową robotą. Czekałem na nowe wyzwania. Miałem chwilę czasu w życiu. Ten czas mogłem wykorzystać na pomoc młodemu. Jego rodzice umówili się ze mną u siebie. Mieszkali w domu położonym na obrzeżach miasta, ogrodzonym wysokim płotem, do którego przylegał jeszcze wyższy, równo przystrzyżony żywopłot. Na teren posesji wiodła ciężka metalowa brama. Rzucił mi się w oczy wiszący przy bramie domofon. Zadzwoniłem.

– Jestem umówiony na rozmowę w sprawie pracy.

– Pana godność?

– Marcin Morawski.

– Proszę wejść – zabrzmiało chłodno. – Czekamy na pana.

Dom znajdował się na tyłach ogrodu. Ogarnąłem wzrokiem idealnie przystrzyżone po zimie trawniki, przycięte krzewy, wyplewione klomby, staw, strumyk, mostek, karłowate wierzby, latarnie, kamienną ławkę… Każdy człowiek jest inny, pomyślałem. Dla niektórych ludzi najważniejsze są ogrody, są spełnieniem ich duszy. Kiedy ja zachorowałem, to całe życie moich rodziców skoncentrowało się na mnie. Wszystko toczyło się pod dyktando i w takt mojej choroby. Tutaj było chyba inaczej, a może ktoś szukał odskoczni od codzienności i przygnębienia, dbając pedantycznie o ten ogród? Nawet źdźbło trawy nie rosło pomiędzy kamieniami, którymi wyłożona była ścieżka. Nie było śladu mchów. Uformowana z zimozielonego krzewu kula wydawała się tak idealna, jakby była przycięta przed pięcioma minutami. Żadna gałązka nie wystawała na zewnątrz, żaden liść nie burzył symetrii. Przed domem wylegiwał się duży kocur. Na mój widok wstał leniwie. Przeciągnął się i ruszył majestatycznym krokiem przez uchylone drzwi tarasu do domu.

– Duffi, zostań na dworze! – Z głębi mieszkania dobiegł do mnie ostry kobiecy głos.

Zapukałem do drzwi. Zostałem wpuszczony. Przyjęto mnie chłodno, z dużą rezerwą. Kobieta, która mi otworzyła, była ubrana w garsonkę i buty na wysokim obcasie. Jej włosy były starannie upięte, na twarzy widniał nienaganny makijaż, przez ramię miała przewieszoną torebkę. Wyglądała, jakby właśnie szykowała się do wyjścia, jakbym swoim przyjściem zaburzył misterium jej wychodzenia z domu. Obrzuciła mnie przenikliwym spojrzeniem. Poczułem się tak, jakby chciała przeszyć mnie wzrokiem na wylot.

– Spóźnił się pan – stwierdziła chłodno.

– Był wypadek tuż przed skrętem w państwa ulicę. Policja zablokowała dojazd, stałem w korku… – wyjaśniłem.

Byłem przekonany, że to wystarczy. Sygnał karetki pogotowia i wycie syreny radiowozu na pewno tu dotarły.

– To idiotyczne, że spóźnia się pan na rozmowę w sprawie pracy i do tego szuka jakiegoś usprawiedliwienia – powiedziała kobieta lodowatym tonem. Po jej twarzy przebiegł cień. Wydęła wargi w grymasie oburzenia. – To takie zupełnie nieprofesjonalne.

– Spóźniłem się z powodów niezależnych ode mnie – powiedziałem spokojnie.

– I co z tego? – zapytała zaczepnie. – Uważa pan, że to coś zmienia? – Puszyła się jak paw. – Spóźnienie jest spóźnieniem.

– Myślę inaczej… – wszedłem jej w słowo.

– Nie interesuje mnie pana zdanie – przerwała mi gwałtownie. – Spóźnienie jest spóźnieniem. Zaburza życie innych ludzi – powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Wdziera się w ich prywatność, psuje harmonię dnia, powoduje, że płynność czasu zostaje zakłócona…

Jeszcze chwila, a powie, że tym dziesięciominutowym spóźnieniem zrujnowałem jej życie, doprowadziłem do sytuacji kryzysowej, przyczyniłem się do katastrofy, którą można by porównać z wybuchem samochodu pułapki postawionego przy wejściu do marketu w gęsto zaludnionym miasteczku.

– Nie cierpię spóźnień – kontynuowała kobieta. Mówiła coraz głośniej. Z minuty na minutę napędzała się coraz bardziej. Myślę, że słychać ją było w całym domu. – Spóźnienia powinny być karalne. Karze się za kradzież. Powinno się karać za spóźnienia. Spóźnienie to kradzież czyjegoś czasu…

Mimo woli poczułem się rozdrażniony. Przyszło mi na myśl, że ona musi być nauczycielką. Tylko nauczyciele są tacy akuratni i wszystkowiedzący, skrupulatni i poukładani, nieomylni, jakby stworzeni do kształtowania, analizowania i oceniania zachowań innych ludzi. Prawie wszyscy moi belfrzy w przeszłości byli do niej podobni. Może z wyjątkiem dwóch. Miałem w ogólniaku wspaniałego polonistę i normalnego matematyka. Dwóch dobrych nauczycieli na dwanaście lat szkolnej edukacji. Tylko dwóch, a może aż dwóch? Tych dwóch to było jednak za mało, żeby wymazać wszystkie traumatyzujące wspomnienia ze szkolnych lat. Wszyscy inni nauczyciele wygłaszali autorytatywnie opinie, które jako prawdy z definicji nie wymagały dowodzenia. Uważali się za alfę i omegę. Mierzyli mój świat miarą swej własnej etyki i własnego poczucia przyzwoitości. Chcieli w wypowiedziach uczniów słyszeć swoje myśli i słowa, bo przecież tylko ich poglądy miały rację bytu. Próbowali nas kształtować na swój wzór i swoją miarę, jakby oni byli idealni. Trauma z lat szkolnych spowodowała, że rozwinęła się we mnie nadwrażliwość na ten styl bycia. Nadwrażliwość przerodziła się z czasem w alergię na takie zachowanie. Stojąca obok mnie kobieta denerwowała mnie coraz bardziej. Nagle coś przeskoczyło mi w mózgu i z zakamarków pamięci wypełzły szkolne wspomnienia.

– Morawski, spóźniłeś się – przywitała mnie już od progu profesor Lisiecka, moja wychowawczyni w ogólniaku.

Nie zdążyłem otworzyć ust. Nie miałem szansy czegokolwiek wyjaśnić, a ona jednym tchem zaczęła wyliczać.

– Siedzisz po nocach przy komputerze, grasz w durne gry, oglądasz głupawe filmy, spędzasz całe godziny na portalach społecznościowych, a rano nie możesz wstać – stwierdziła stanowczo, choć zupełnie mnie nie znała. Wygłaszała idiotyczne farmazony, które nie miały ze mną nic wspólnego.

– To jest klasa maturalna – ciągnęła z upodobaniem. – Najwyższa pora spojrzeć na życie poważniej. Istnieje jakaś hierarchia ważności, coś, co porządkuje nasze życie, broni przed chaosem i samozagładą.

– Też tak myślę – powiedziałem szybko. Wykorzystałem moment, gdy miałem szansę coś powiedzieć, bo ona na chwilę zamilkła, żeby złapać oddech. – Przyszedłem na zajęcia, pomimo że spędziłem noc w szpitalu… Wypuszczono mnie z izby przyjęć o wpół do ósmej. Miałem bóle brzucha. Byłem parę godzin na obserwacji… Nie pojechałem nawet do domu. Przyjechałem tutaj. Autobus ze szpitala jedzie ponad pół godziny. Niestety, nie miałem szansy zdążyć.

Nie spodziewała się tego. Zaskoczyłem ją. Zamilkła. Zastygła z półotwartymi ustami. Spojrzała na mnie zdezorientowana. Zapewne myślała, że kłamię, że pozwalam sobie kpić z niej w tak paskudny i prymitywny sposób przy całej klasie. Mierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów. Demonstracyjnie wyciągnęła rękę po przyniesione przeze mnie zaświadczenie lekarskie. Przechyliła głowę tak gwałtownie, że loczek na czubku jej głowy podskoczył jak sprężynka. Przeczytała zaświadczenie powoli. Po jej twarzy przebieg dziwny grymas. W żadnym wypadku nie wyglądało to na grymas zadowolenia.

– W porządku. – Zabrzmiało nieszczerze. – Dzisiaj jesteś usprawiedliwiony – dodała z wyraźną niechęcią – ale w przyszłości pamiętaj, że nie cierpię, gdy ktoś się spóźnia na moje zajęcia. Nieszanowanie czasu innych to złodziejstwo. To wystąpienie przeciwko siódmemu przykazaniu. Zamach na innych ludzi.

Teraz nagle przyszło mi na myśl, że moja rozmówczyni musiała być absolwentką uczelni podobnej do tej, którą skończyła pani Lisiecka, fabryki magistrów, którym się wydaje, że są dobrze przygotowani do pracy pedagogicznej z młodzieżą. Nagle straciłem ochotę na tę rozmowę i na tę pracę.

– Czemu pan nie wchodzi do środka? – Głos kobiety wdarł się w moje wspomnienia. – Proszę wejść. Nie będziemy rozmawiać w drzwiach. Stoję w przeciągu.

Przyjęła mnie w gabinecie swojego męża. Usiadła w fotelu za biurkiem. Ręką wskazała mi krzesło. Poczułem się jak petent w urzędzie. Nędzny, mały petent naprzeciw wielkiego urzędnika.

– Potrzebujemy kogoś, kto zająłby się naszym synem – zaczęła chłodno. – Filip jest chory – powiedziała z ociąganiem. – Właściwie był – poprawiła się błyskawicznie, jakby nagle ten użyty przypadkiem czas teraźniejszy ją przeraził. – Uzależnił się od narkotyków. W dzisiejszych czasach łatwo o coś takiego. To straszna choroba. Parę miesięcy przebywał w ośrodku. Przed dwoma tygodniami wrócił do domu. Zmądrzał. Chce zmienić swoje życie, zdać maturę, pójść na studia. My z mężem oczywiście chcemy mu w tym pomóc. Filip potrzebuje korepetycji. W ostatnim czasie nie za bardzo przykładał się do nauki. Teraz musi wszystko nadrobić. Zdecydowaliśmy się na nauczanie indywidualne. Tak będzie lepiej – relacjonowała chłodnym głosem. Oddzieliła się ode mnie grubym murem obojętności, za którym skrzętnie ukrywała swoje emocje i uczucia. Nie odrywała wzroku od mojej twarzy. Żaden, nawet najmniejszy grymas nie zdradzał tego, co naprawdę myślała i czuła.

– Nie chcemy z mężem, żeby Filip wracał do dawnej szkoły. Jego koledzy już zdali maturę. Dostali się na studia. Trudno powtarzać rok w szkole, w której wcześniej

było się prymusem – mówiła. – To takie… – Nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa. – To takie…

– Niezręczne – dokończyłem za nią.

– Raczej żałosne – powiedziała lodowatym głosem. Obrzuciła mnie niechętnym spojrzeniem. – Żałosne – powtórzyła. – Rzeczy powinno się nazywać po imieniu. To byłoby żałosne.

Zamilkła na chwilę. Poprawiła się w fotelu. Wyprostowała.

– Udało mi się uzyskać zgodę kuratorium na to, żeby Filip mógł się uczyć w domu i zdawać przedmioty semestralnie. Jeśli wszystko pozalicza, to zostanie dopuszczony do matury. Nie jest w stanie sam się uczyć. Potrzebuje dodatkowej motywacji. Trzeba go mobilizować. Ma już pomoc z wielu przedmiotów. Pan ponoć jest nauczycielem historii. – Zabrzmiało to tak, jakby mi nie wierzyła. – On wybrał sobie historię na maturę. Płacimy więcej niż za normalne korepetycje, jednak mamy też inne wymagania. Chodzi o naukę, ale i czas spędzany z Filipem. My z mężem nie możemy mu cały czas towarzyszyć. Chyba pan sam to rozumie. – Spojrzała na mnie przelotnie. – Choroba chorobą, a życie musi toczyć się dalej. Rozkręciliśmy firmę, która obecnie jest w rozkwicie. Nie możemy się nagle wycofać. Nie możemy stracić wszystkiego, co udało nam się osiągnąć, tylko dlatego, że nasz syn pozwolił sobie na uzależnienie od narkotyków. Nie uda nam się później tego odbudować. Stracimy wszystko zupełnie bez sensu. Nie wiem, czy pan mnie rozumie?

– Staram się – skłamałem.

– Mamy dobrze prosperująca szkołę językową. Na początku byliśmy tylko we dwoje – ja i mój mąż. Jestem po germanistyce, mąż skończył filologię romańską. Teraz zatrudniamy wielu lektorów… Mamy mnóstwo zobowiązań, poczynając od indywidualnych klientów, kończąc na olbrzymich korporacjach. Musimy żyć i funkcjonować normalnie. Ta słabość Filipa nie może nas zrujnować. I tak już podkopał naszą reputację, zmniejszył na rynku wiarygodność naszej firmy.

Zamilkła na chwilę, jakby sama przestraszyła się tego, co powiedziała. Spojrzała w moją stronę. Udałem, że patrzę na ogród za oknem.

– Potrzebujemy kogoś, kto uczyłby Filipa historii i towarzyszył mu trzy razy w tygodniu po trzy godziny…

– Towarzyszył? – Nie zrozumiałem.

– Mówiłam, że Filip jest chory. Uzależnienie jest chorobą – zaczęła tłumaczyć od początku.

– To rozumiem – przerwałem jej.

– Obawiam się, że nie do końca. On jest teraz trudny. Inny niż kiedyś. Nawet wtedy, kiedy ćpał, nie zachowywał się aż tak idiotycznie. Czasami mam wrażenie, że jemu coś się stało w głowę, że te prochy uszkodziły mu centralny układ nerwowy. Psycholog twierdzi, że to przez tę jego wrażliwość, przez poczucie winy, utratę pewności siebie… To artystyczna dusza. Grał na fortepianie, odnosił już pierwsze sukcesy. Miał wsparcie Jakuba Janickiego. Nie wiem, czy pan zna to nazwisko?

– Nie znam. Nie interesuję się muzyką klasyczną.

– Szkoda. Pan Janicki to niezwykły młody człowiek, dwudziestoparoletni pianista, który odnosi już międzynarodowe sukcesy. Młody, genialny… Filip zawsze chciał być podobny do niego.

– Rozumiem.

– Nic pan jeszcze nie rozumie – przerwała mi rozdrażniona. – Filip marzy o sukcesach. Te sukcesy są mu potrzebne do życia bardziej niż powietrze. On całym sobą chce być pianistą. Miał już pewne osiągnięcia i nagle wszystko zaprzepaścił. Nie potrafi się z tym pogodzić… Marzył, że będzie kimś wielkim, a tu nagle przez to wszystko musi zaczynać od nowa. Nieważne. Przysłał pan e-mailem życiorys – zmieniła nagle temat. – Pozwoliliśmy sobie z mężem coś niecoś posprawdzać.

W jednej chwili szlag mnie trafił. Serce poczułem w gardle. Nie startuję w wyborach prezydenckich, tylko ubiegam się o miernie płatną pracę w ramach współczucia dla bliźniego. Nie powinno ich obchodzić moje życie.

– Jest pan nauczycielem. – Zabrzmiało to jak zarzut. – Wykonujemy taki sam zawód. – Wbiła we mnie wzrok. – Pracował pan parę miesięcy w prywatnym ogólniaku. Rodzice zażądali usunięcia pana z pracy – cedziła powoli każde słowo. – Rozmowy dyrekcji z przedstawicielami komitetu rodzicielskiego niczego nie zmieniły. Odbyło się nawet spotkanie pana z rodzicami. Ponoć rodzice poczuli się oburzeni pana zachowaniem. Dyrektorka nie była w stanie pana wybronić. Zażądano natychmiastowego zwolnienia pana z pracy… – Zawiesiła głos. Czekała na to, co powiem.

Nie miałem jej w tej sprawie nic do powiedzenia. W naszych czasach wszystkie wartości podporządkowane są pieniądzom. Światem rządzi kasa. Tamta szkoła istnieje dzięki opłatom przekazywanym przez rodziców. Mierny ogólniak o niskim poziomie, pchający do matury często zabłąkane i trudne dzieci bogatych rodziców. Postawiłem sobie za cel, że spróbuję ich czegoś nauczyć. Jeżeli nie uda mi się historii, to przynajmniej samodzielnego myślenia i trafnego wyciągania wniosków z obserwowanych faktów, niekoniecznie tylko historycznych. Samodzielnie myślący niezależni ludzie nie wszystkim się podobają. Od początku byłem na straconej pozycji. Od początku liczyłem się z tym, że mogę wylecieć. To było tylko kwestią czasu. Pracowałem w tej szkole od stycznia do listopada. I tak uważam to za niemały wyczyn.

– Został pan dyscyplinarnie zwolniony z pracy – powtórzyła matka Filipa.

– Niczego nie żałuję – powiedziałem spokojnie. – Miałem swoje własne przemyślenia na temat wychowywania młodzieży i nauczania historii… Nie wszyscy je akceptowali. Do dziś uważam, że miałem rację.

– Później wyjechał pan w ramach projektu unijnego do Niemiec. Zaskakująco dobrze radził sobie pan z nieletnimi uchodźcami z Syrii. Brał pan udział w przygotowaniu młodzieży muzułmańskiej do życia w katolickiej Europie. Wrócił pan zaledwie przed paroma dniami…

– Czy to zbrodnia? – zapytałem zaczepnie.

Z minuty na minutę czułem się coraz bardziej jak na przesłuchaniu. Przyszedłem tutaj rozmawiać o pracy, nie spowiadać się z mojego życia. Uważam, jak uważał zawsze mój ojciec, że jak długo mogę sobie w lustrze patrzeć w oczy, tak długo moje życie jest w porządku. Z patrzeniem sobie w oczy nie miałem jak dotąd żadnych problemów.

– To nie zbrodnia, ale takie decyzje zaskakują. Ma pan bardzo ciekawy życiorys. Nie możemy z mężem zrozumieć, dlaczego ubiega się pan o tę pracę.

Sam nie wiem, pomyślałem. Chyba z tych samych powodów, z których próbowałem zmienić sposób nauczania historii w tamtej prywatnej szkole i pracowałem z uchodźcami. Może będę mógł młodemu pomóc.

***

Nie jestem dobrym nauczycielem. Drażnią mnie rozwydrzone małolaty, którym się wydaje, że świat został stworzony tylko po to, żeby się wokół nich kręcił, że wszystko i wszystkich można kupić. Właściwie powinienem nie lubić ich rodziców, którzy z braku czasu i dla świętego spokoju tolerują wszystko, obserwują spokojnie narodziny emocjonalnych potworów skupionych tylko na sobie i swoich potrzebach. Kiedy nareszcie ujrzą w swoim dziecku monstrum, zrzucają wszystko na niewydolny system oświaty, niekompetentnych nauczycieli, zgubny wpływ mediów i niepożądane interakcje w grupie rówieśniczej.

Korepetycje z Filipem mnie przerosły. Od początku to było dziwne. Jak można potrzebować korepetycji z historii? Zresztą on potrzebował ich ze wszystkiego. Te korki, jak zresztą i wiele innych rzeczy, były potrzebne właściwie nie jemu, lecz jego rodzicom, aby mogli uciszyć swoje wyrzuty sumienia, usprawiedliwić bierność, kupić za pieniądze opiekę, której sami nie potrafili mu zapewnić. Filip niedawno wrócił z ośrodka. Ponoć już nie ćpał i miał ochotę rozpocząć nowe życie. Chciał wszystko zacząć od nowa, oczywiście na tyle, na ile pozwalały mu ubytki w funkcjonowaniu kory mózgowej zniszczonej przez marihuanę, metamfetaminę i LSD. Rodzice chcieli, żeby przygotowywał się do matury. On próbował odnaleźć swoje miejsce w świecie, do którego wrócił. A ja miałem mu w tym pomóc. Totalna porażka. To było nasze piąte spotkanie i piąty raz przeżywałem gehennę. On postanowił odbudować swoje relacje społeczne na własnych zasadach. W tej chwili był na etapie niszczenia wszystkich i wszystkiego. Być może kiedyś ten etap przejdzie w etap twórczy, ale ja na pewno nie będę już obserwatorem tych przemian. To by mnie zabiło. Ze spotkania na spotkanie Filip drażnił mnie coraz bardziej. Sprawił, że zwątpiłem zupełnie w swoje pedagogiczne umiejętności, że miałem sam do siebie pretensje o brak dystansu, cierpliwości, wyrozumiałości i dobrej woli. Dzisiaj zamiast historii mieliśmy zajęcia sportowe. Rzut krążkiem CD w ścianę połączony z rykiem podobnym do ryku rzymskich legionów ruszających do walki. Psychopata… Właśnie kolejny krążek uderzył o ścianę, odbił się od niej i wylądował na moich kolanach.

– Przesadzasz! – powiedziałem zniecierpliwiony. – Zachowujesz się jak idiota. Jakby ci piątej klepki brakowało. Udajesz czy naprawdę prochy uszkodziły ci nieodwracalnie istotę szarą mózgu?

Zamarł w bezruchu. Przestał krzyczeć. Wpadł w bezdech. Żadna kolejna płyta nie uderzyła o ścianę. Zastygł z krążkiem CD w ręku. Pomyślałem, że za chwilę wtargnie do pokoju któreś z jego rodziców i wyrzuci mnie za drzwi. Jego ojca chyba nie było w domu. Nie słyszałem trzaskania drzwiczkami na podjeździe ani ciężkich kroków na schodach. Matka wróciła niedawno. Jakiś czas temu dotarł do mojej świadomości charakterystyczny stukot obcasów po kamiennej posadzce korytarza. Ściany tego pustego domu zwielokrotniały każdy dźwięk. Teraz też krzyk Filipa i mój podniesiony głos musiały być słyszane w całym domu. Przemknęło mi przez myśl, że znowu zostanę bez pracy. Mam to gdzieś, pomyślałem. Mam go powyżej dziurek w nosie. Narcyzowaty chłopaczek, dupek, który musi być pępkiem świata, gówniarz, który nie chce wydorośleć. Wczoraj przeszedł samego siebie. Przekroczył granicę mojej tolerancji. Zachowywał się idiotycznie. Straciłem przez niego całe niedzielne popołudnie tej powoli zaczynającej się wiosny. Kiedy wróciłem do domu, to już na nic nie miałem siły ani ochoty. Nawet spacer z Laurą i Adasiem mnie przerastał. Para w gwizdek! Wysiłek na nic! Nic tylko narastająca frustracja. Nie dziwię się, że jego nauczyciele zmieniają się co tydzień. Nikt przede mną nie wytrzymał z tym chłopakiem nawet dwóch spotkań. I tak należałem do tych najwytrwalszych. Dzisiaj był u nas ring wolny, piąte starcie. Byłem idiotą, że zdecydowałem się na tę pracę. Rozum mi chyba odebrało. Przez moment zrobiło mi się go żal. Idiotyczna chęć niesienia pomocy przyćmiła racjonalne myślenie. Straciłem instynkt samozachowawczy. Myślałem, że mogę mu pomóc. Uwierzyłem w swoje pedagogiczne umiejętności. Przeliczyłem się.

– Przestań! – powiedziałem podniesionym głosem. – Usiądź na chwilę! Pogadajmy!

Nagle jego stupor minął. Wściekłość ustąpiła miejsca zaskoczeniu. Odwrócił się gwałtownie w moją stronę. Po jego twarzy przebiegł dziwny grymas.

– Niby o czym mam z panem rozmawiać? O historii? Chyba pan żartuje! – Prowokował. Był bezczelny. Chciał wywołać awanturę. – Nie zauważył pan jeszcze, że ja mam w dupie pana historię?!

Rozkoszny chłopak, pomyślałem. Jego słowa są miodem dla uszu, zachowanie balsamem dla duszy. Czas spędzany z nim to czysta przyjemność. Jestem kretynem, że znoszę to wszystko. Chęć niesienia pomocy, podobnie jak konieczność zarabiania pieniędzy, często upodla.

– Ty masz w dupie mnie i moją historię – wycedziłem powoli. – Ja mam powyżej dziurek w nosie twojego zachowania, ale zastanów się, może zanim rzucę tę pracę, będę mógł jeszcze coś dla ciebie zrobić.

Zaskoczyłem go. Spojrzał na mnie zdziwiony.

– Niby co chciałby pan dla mnie zrobić? – burknął.

– Myślę, że coś by się znalazło.

– Wątpię – warknął pod nosem.

– Mam wrażenie, że uciekasz przed czymś, z czym nie możesz sobie poradzić, że to wszystko, co wyczyniasz, to tylko gra. Ty jesteś chyba zupełnie innym facetem niż ten, którego udajesz.

– Nie pana sprawa – warknął. – Pan próbuje szufladkować i oceniać. Patrzy pan na mnie przez pryzmat stereotypów. Myśli pan jak wszyscy naokoło. Niczym się pan od całej reszty nie różni. Dla pana narkoman to świr.

– To ty robisz wszystko, żeby uznano cię za świra. Tak jest najłatwiej. Chociażby dzisiaj, od godziny rzucasz płytami o ścianę – dodałem spokojnie. – W naszej kulturze jest to co najmniej dziwne.

– Niech pan wyjdzie! – zaczął wrzeszczeć jak opętany. – Mam dosyć otaczających mnie dupków! Świat jest pełen zadufanych kretynów, którzy uważają się za wszystkowiedzących.

Puściłem jego słowa mimo uszu, udałem, że ich nie słyszę. Przeniosłem wzrok na szaro-granatowe niebo za oknem.

– Jesteś taki jak wszyscy inni. Wcale od innych nie lepszy!

Nie drgnąłem. Nadal siedziałem w fotelu. Zegar na ścianie pokazywał wpół do czwartej. Musiałem jeszcze trochę wytrzymać. Chłopak spojrzał niechętnie w moją stronę. Odwrócił wzrok. Nagle przestałem dla niego istnieć, rozpłynąłem się w otaczającym mnie powietrzu. Ważniejsza ode mnie stała się pociągnięta szarą zimną farbą ściana. Skupił się na tej ścianie i trzymanym w ręku CD. Rzucił na mnie przelotne spojrzenie. Wziął zamach i cisnął krążkiem o ścianę. Krążek odbił się od twardej powierzchni i wylądował pośrodku pokoju. Siedziałem w fotelu i parzyłem, jak kolejne płyty trafiają w ścianę tuż nad telewizorem i spadają na kamienną posadzkę. Podłoga była usłana dziesiątkami plastikowych krążków. Obok Johna Lennona wylądowała płyta z utworami Czesława Niemena, obok niej Queen z uśmiechniętą twarzą Freddiego Mercury’ego, a tuż obok David Bowie, Joe Cocker, Jacek Kaczmarski, Marek Grechuta… Wkurzający palant, pomyślałem, jemu nie pomoże żadna terapia. Mózg mu zżarły prochy, uszkodziły ośrodki w korze mózgowej. Ponoć kiedyś to był sympatyczny chłopak. Tak przynajmniej twierdzi ten psycholog z ośrodka, który go odwiedza dwa razy w tygodniu. Ponoć kiedyś był bardzo wrażliwy, uczył się grać na fortepianie, ponoć odnosił już pierwsze sukcesy. Zawsze myślałem, że pianiści są spokojni i zrównoważeni. Lata mozolnych ćwiczeń i ciągłych wyrzeczeń, setki godzin spędzonych przy klawiaturze, drobne kroki do przodu, długa droga do sukcesu, marzenia o wielkich koncertach, sny o sławnych scenach. Utożsamiałem ich ze spokojem, wrażliwością i klasą. Jak widać, nie do końca miałem rację. Myślałem stereotypowo. Pomyliłem się okrutnie. Filip jest inny. Fortepian stoi w rogu pokoju. Na wieszaku wisi smoking. Wszędzie walają się nuty. Biblioteczka kusi dziesiątkami opasłych tomów, a tu nagle burza nieokiełzanych emocji, agresja i nienawiść. Czyżby prochy aż tak uszkadzały duszę? Potrafiły aż tak poniżyć, zniszczyć i zeszmacić? Kolejny już raz próbował mnie sprowokować. Przestałem na niego patrzeć. Ciekawszy od niego był świat za oknem. Duży kocur o irytującym imieniu Duffi wylegiwał się leniwie na tarasie. Rozciągnął się na rozgrzanych słońcem kaflach posadzki, przymknął oczy, drzemał. Też bym się chętnie wyłożył na słońcu. Nareszcie wiosna, pomyślałem, nawet ten niepoukładany kot to docenia. Błękitne bezchmurne niebo, słońce, delikatne podmuchy wiatru, pierwsze liście na drzewach, olbrzymie kwiaty na magnolii, zieleń trawnika załamana łanem żonkili. W tym momencie myślałem już tylko o tym, że pójdę wieczorem trochę pobiegać. Dawno już nie biegałem. Kiedyś startowałem w maratonach ulicznych. Później przyszła tamta choroba i na wiele miesięcy spacer w okolicach domu męczył mnie bardziej niż maraton. Teraz wszystko się oddaliło i wyblakło, nie straszyło po nocach, przestało mieć znaczenie. Nie dałem się poniżyć chorobie. Filip pozwolił się upodlić narkotykom. Jeden z krążków CD odbity od ściany poturlał się po podłodze. Zatrzymał się na moim bucie. Podniosłem go odruchowo.Ten New Songs Leonarda Cohena z ulubionym utworem Laury In My Secret Life.

– Cohen też ci coś zrobił? – spytałem obojętnie.

– Umarł – odparł niespodziewanie.

Omiotłem wzrokiem leżące na podłodze krążki. Freddie Mercury, a tuż obok David Bowie, Joe Cocker, Jacek Kaczmarski, Marek Grechuta…

– Oni wszyscy już nie żyją – stwierdziłem chłodno.

– No właśnie… Durne martwe palanty.

Milczałem. Nie rzucał już płytami o ścianę. Raptem ta czynność przestała go zajmować. Usiadł w fotelu pod oknem i próbował zgnieść jedną z płyt butem.

– Nienawidzę ich – syczał.

– Kawałków plastiku czy tych, którzy umarli?

Nie odpowiedział od razu. Nadal pastwił się nad leżącym na ziemi krążkiem.

– Wypadli z gry – odezwał się po chwili. – Są zerem, nikim, nędznym wspomnieniem. Ich czas minął. Dali się pokonać życiu.

– Myślę inaczej. Taki Cohen i jego In My Secret Life…

– Nie interesuje mnie pana zdanie – przerwał mi gwałtownie. – Mam je gdzieś…

– Wiem, mnie, moją historię i moje zdanie masz w dupie.

Udał, że nie słyszy.

– Jestem do nich podobny – powiedział nieoczekiwanie. – Wypadłem z gry.

– Mam nadzieję, że tylko na chwilę – wszedłem mu w słowo.

Zamyślił się.

– Mniejsza o mnie.

Wziął do ręki kolejny krążek.

– Zna go pan?

Wyciągnął rękę w moim kierunku. Facet na okładce płyty miał najwyżej dwadzieścia pięć lat, odrobinę za długie jasne włosy, błyszczące, wyraźnie niebieskie oczy, przyjemny uśmiech… Jakub Janicki. Biała koszula, smoking, w tle klawiatura fortepianu… Myślę, że dziewczyny szaleją na jego koncertach, nawet wtedy, kiedy gra Schuberta, Mozarta lub Chopina. Musi się podobać. Ujmujący uśmiech, dwudniowy zarost, spadająca na oczy czupryna, ciepłe spojrzenie dużych, intensywnie niebieskich oczu. Sympatycznie wyglądający facet. Dodajmy do tego jeszcze jakieś rzewne dźwięki, półmrok panujący na sali, biały krąg światła oświetlający tylko jego i fortepian, palce przesuwające się szybko po klawiaturze… Z takim wyglądem można być młodzieżowym idolem, grając Mozarta.

– Nie znam się na muzyce fortepianowej… – powiedziałem z ociąganiem. – Żałuję…

– Mało kto się zna.

Jakub Janicki… Nagle przyszło mi na myśl, że już się spotkałem z tym nazwiskiem.

– To nazwisko padło w rozmowie z twoją mamą.

– Co mówiła?

– Mówiła, że grałeś kiedyś na fortepianie, a twoim nauczycielem był Jakub Janicki.

– Muzyka była zawsze fanaberią moich rodziców. Takie głupie drobnomieszczańskie przekonanie, że dziecko z dobrego domu powinno chodzić do szkoły muzycznej. Szkoła muzyczna i klasa fortepianu – powiedział z przekąsem. – Czysty, niczym niezmącony snobizm.

Zamilkł na chwilę. Wlepił wzrok w okno.

– W końcu się do tej szkoły muzycznej przekonałem, tylko że oni wtedy zmienili już plany. Z tą szkołą nigdy nie było im po drodze. Moim starym zawsze brakowało dla mnie czasu. Mieszkamy daleko od szkoły muzycznej. Dojazd jest kiepski, z kilkoma przesiadkami. Musieli mnie zawieźć, odebrać, często na mnie poczekać… I do tego niekończące się przygotowania do występów i trwające godzinami szkolne koncerty. To wszystko wymagało dużo cierpliwości, konsekwencji, poświęcenia. W kółko ćwiczenia i wprawki, rytmika i chór. Wymyślili, że będę miał prywatne lekcje w domu. To wiele upraszczało. Jeden z profesorów ze szkoły muzycznej polecił im Jakuba. Kuba był już wtedy znany. Taki wybitnie utalentowany młody facet. On miał wtedy trochę ponad dwadzieścia lat i właśnie wyprowadził się z domu. Potrzebował pieniędzy. Ja byłem w gimnazjum… I tak oto dostałem w prezencie nie nauczyciela muzyki, lecz przyjaciela, starszego brata… Kogoś, kto miał dla mnie czas, rozumiał mnie, wymagał i chwalił. Jakub stawiał przede mną cele i wytyczał drogi. Zacząłem odnosić pierwsze sukcesy… Był moim idolem, starszym bratem, wzorem, mistrzem, przyjacielem. Był wszystkim, czego wcześniej nie miałem. Nie wiem, czy pan to rozumie.

– Rozumiem.

– Wydaje się panu, że pan rozumie – warknął niespodziewanie. – Ja nie miałem normalnego dzieciństwa. Rodzice nie mieli dla mnie czasu. Pamiętam tylko zamknięte drzwi od gabinetu ojca i rozchichotane przyjaciółki mojej matki. I szczelnie wypełniony czas. Uczyłem się tańczyć i grać w tenisa, chodziłem na dżudo, uczyłem się języków obcych, męczyłem się z tym fortepianem… Aż nagle pojawił się Kuba… On przestawił mój świat do góry nogami.

– Próbowałeś teraz grać?

– Próbowałem. Kicha! Przez parę miesięcy nie siadałem do klawiatury. Palce mi zesztywniały. Nawet proste etiudy i wprawki brzmią fatalnie… A może to nie to. Ponoć prochy niszczą nerwy obwodowe. Może to te moje nerwy zostały zniszczone…

– E, bzdura… Tak długo to ty znowu nie ćpałeś. Musisz poćwiczyć.

– Wiem, ćwiczenie czyni mistrza – powiedział z sarkazmem. – Ja jeszcze nie wiem, czy chcę znowu grać… – Zawiesił głos. Zamilkł. Spuścił głowę. Cisza się przedłużała, ciążyła, stawała się nie do wytrzymania. Gdzieś z oddali dochodził stukot butów jego matki.

– Kuba odwiedzał mnie w ośrodku – odezwał się po chwili Filip. – Parę miesięcy temu. Mówił, że muzyka jest najlepszym lekarstwem, że pozwala odbudować duszę, wsłuchać się w siebie i znaleźć tę równowagę, którą gdzieś się zgubiło po drodze. Zacząłem ćpać, kiedy on pojechał na tournée. To było jakieś półtora roku wstecz. Byłem wtedy w maturalnej klasie. Jakuba nie było przez parę miesięcy. Czasami gadaliśmy przez telefon. Znalazłem w necie jego nagrania. Koncert w Los Angeles, koncert w San Francisco… A u mnie było nudno. On wyjechał, a ja nagle miałem nadmiar czasu. Żadnych lekcji, przygotowań, godzin ćwiczeń. Z perspektywy początku września moja majowa matura wydawała się jeszcze abstrakcją. Jakiś dupek namówił mnie na chałturzenie w knajpie. To była niby normalna knajpa. Tam po raz pierwszy zapaliłem jointa. Ktoś powiedział, że to szkodzi mniej niż papierosy. Ktoś inny, że poprawia nastrój, pobudza zmysły… Coś w tym było, bo po marihuanie grało mi się lepiej. W ośrodku mówili, że to z powodu zjawiska synestezji. Wiesz, co to znaczy?

Coś tam wiedziałem, ale w żaden sposób nie kojarzyłem zjawiska synestezji z narkomanią. Wstyd się przyznać, ale ja niewiele wiem o prochach. Pamiętałem tylko, że synestezja polega na wzajemnym przenikaniu się wrażeń zmysłowych.

– Dźwięk przybiera kształty, kolor zyskuje zapach… Takie tam bajery. Teraz już wiem, że to było gówno. Wtedy myślałem inaczej. – Zamyślił się. Zamilkł na chwilę. Miałem czas, żeby oczami wyobraźni zobaczyć tamtą knajpę i tamtego Filipa palącego pierwszego jointa.

– Wtedy wydawało mi się, że bardzo tego potrzebuję – powiedział po chwili. – Przynajmniej trema mnie opuściła, palce śmigały swobodniej po klawiaturze, na końcu pojawiły się nawet jakieś improwizacje. Gościom się spodobało. Właściciel był zadowolony. Jakiś koleś zaproponował mi w przerwie kolejnego skręta. Poczułem się cudownie. Tak przynajmniej myślałem. Później nie potrafiłem już grać bez tych jointów. Potrzebowałem marychy coraz częściej i coraz więcej. Nabrałem przekonania, że potrafię grać tylko po prochach. Improwizowałem, ubierałem w nuty marzenia, halucynacje i widma. Rzeczywistość mieszała się z wytworami chorej wyobraźni… Czułem się jak wielki artysta – mówił powoli, nie patrzył na mnie. – Zarabiałem nieźle. Starzy niczego nie zauważyli. Zajęci swoimi sprawami, nawet nie spostrzegli, że się staczam. Z czasem marihuana to było za mało… Chciałem innych doznań, innych przeżyć… Pojawiły się mocniejsze prochy. Kiedy Jakub wrócił ze Stanów, byłem już zupełnie innym człowiekiem. Przestaliśmy do siebie pasować. Długo unikałem spotkania z nim. Powiedziałem mu, że już nie gram… Że setki innych rzeczy zastąpiły w moim życiu ten cholerny fortepian…

– Ale w końcu spotkaliście się?

– Spotkaliśmy – odpowiedział niechętnie. – Przyjechał któregoś wieczoru do tej knajpy. Do dzisiaj nie wiem, skąd się o niej dowiedział. Pamiętam, improwizowałem coś na fortepianie, byłem już mocno napędzony i nagle zobaczyłem go siedzącego przy barze. Sączył jakiegoś drinka i nie odrywał ode mnie wzroku. To właśnie ten jego wzrok przyciągnął moją uwagę. Mój mózg go z trudem rozpoznał. W pierwszej chwili myślałem, że to tylko jakieś imaginacje, że wyobraźnia płata mi figle. Tamtego wieczoru powiedział mi, że zmieniłem talent na nędzne miedziaki, coś wielkiego na bzdury, że zamiast uwolnić, skrępowałem i uwięziłem swoją duszę. Atakował mnie bezlitośnie. Oceniał mnie. Potępiał. Nie chciał mnie zrozumieć. Patrzył na mnie jak na zero, jak na nędznego pędraka. Próbowałem się jakoś bronić, ale język mi się plątał, a rzeczywistość mieszała się ze światem urojonym. Chciałem poczęstować go skrętem… Odwrócił się i wyszedł. Poczułem się nim rozczarowany… – Mówił coraz wolniej. Przerwy pomiędzy wyrazami stawały się coraz dłuższe. Coraz trudniej było mu o tym opowiadać.

– Co było dalej?

– Dalej było jeszcze gorzej. To Jakub nakablował moim rodzicom, że włóczę się po podejrzanych miejscach i że biorę prochy. Wyrzucili go wtedy za drzwi. Pamiętam, jak ojciec wrzeszczał, że Jakub naoglądał się w Stanach tych głupot i teraz widzi patologię w każdym człowieku, że swoje amerykańskie doświadczenia przenosi do Polski. Krzyczał, że w naszym otoczeniu nie ma narkomanii, w każdym razie nie w naszym domu. Teraz wiem, że Jakub próbował mi pomóc, ale ja wszedłem w to wszystko już za głęboko. Gdzieś tam w środku go nienawidziłem. Smoking, biała koszula, wewnętrzna dyscyplina, dzień po dniu dziesiątki wyrzeczeń, żeby zbliżać się małymi kroczkami do celu, żeby realizować swoje marzenia. Jego nieskazitelność naprzeciw mojej grzesznej i niczym nieskrępowanej duszy… Jak biel i czerń, czystość i zbrodnia…

– Nie wróciliście do lekcji?

– W dupie miałem te jego lekcje – burknął Filip. – Nie miałem ochoty na jego muzykę. We mnie grała już zupełnie inna, wtedy wydawało mi się, że lepsza…

Matka Filipa weszła bez pukania do pokoju. Obrzuciła nas czujnym spojrzeniem. Czyżby stała wcześniej pod drzwiami i podsłuchiwała?

– Już piąta. – Spojrzała na mnie uważnie. Miałem wrażenie, że próbuje przeszyć mnie wzrokiem na wylot. – Korepetycje miały się skończyć o czwartej. Nie spieszy się pan dzisiaj do domu?

– Siedzimy po uszy w Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Tak jakoś nam zeszło… – skłamałem jak z nut, dziwiąc się sam sobie. – Potrzebujemy jeszcze piętnastu minut. Dobrnęliśmy właśnie do krwawych rządów jakobinów…

– Piętnaście minut i ani minuty dłużej… Muszę wyjść. Do Filipa przyszła pani Beata. Już czeka…

Wyszła, trzaskając drzwiami. Jej obcasy zadudniły po posadzce korytarza. Chyba jednak podsłuchiwała, pomyślałem, nie słyszałem wcześniej jej kroków. Czyżby przyszła boso, trzymając buty w ręku? Ludzie bywają jednak zdrowo popierniczeni.

– A więc wróćmy do terroru jakobinów…

Po twarzy Filipa przebieg grymas podobny do uśmiechu. Nie widziałem wcześniej, żeby się uśmiechał.

– Jakub zniknął z mojego życia. Nie widziałem go przez kilka miesięcy, aż odwiedził mnie któregoś dnia w ośrodku.

– I znowu nie chciałeś z nim rozmawiać?

– Chciałem. Mówił, że to uzależnienie jest jak melodia, w którą wkradły się fałszywe tony. Te tony wracają i wracają, zaburzają rytm, plączą oktawy, powodują, że z całego utworu powstaje niespójny bełkot, muzyczny koszmar. Jedno przeciągłe wycie, przeraźliwy zgrzyt… Mówił, że jeżeli wyłapię te fałszywe tony, to odnajdę w sobie równowagę, która pomoże mi wrócić…

– Ładnie mówił.

– Ładnie – powtórzył za mną bezwiednie. – Miał rację. Udało mi się wyeliminować coś niecoś i jest już lepiej. Zapewne pan w to nie wierzy.

– Dlaczego miałbym ci nie wierzyć? Nie wiem, jak było wcześniej…

– Wcześniej było koszmarnie. Przeraźliwy dźwięk, jakby ktoś szarpał struny skrzypiec. Na chwilę obecną jest linia prosta. Tak jakby ktoś monotonnym głosem śpiewał „la, la, la”. To takie tło, na które trzeba będzie nanieść konkretne dźwięki. One ułożą się w melodię, która znowu stanie się tematem mojego życia. Cicho, cicho, a później coraz głośniej i głośniej. Od pianissimo do forte. I znowu wszystko będzie miało swoje kolory, zapachy i smak.

– Wierzysz w to?

– Chcę w to wierzyć.

– Dałeś mu znać, że jesteś już w domu? Że możecie zacząć lekcje?

– Dzwoniłem.

– I co?

– To jakieś fatum.

– Fatum?

– Jakub jest ciężko chory. Ponoć choruje na ziarnicę. To nowotwór układu limfatycznego. Tak mówił… Jak zakapował moim starym o tej knajpie i o prochach, to go nienawidziłem. Ja im wcześniej mówiłem, że chodzę do kumpla się uczyć, że razem przerabiamy materiał z fakultetów, że uczyć się w dwójkę jest łatwiej. Dawno już spali, kiedy wracałem do domu. Nagle on i te jego informacje… Dla mnie zaczęło się piekło. W myślach dziesiątki razy dziennie życzyłem mu wszystkiego najgorszego. Teraz czuję się podle. Jak jakaś gnida. Chyba pan to rozumie.

Wstał. Podszedł do okna. Widziałem tylko jego plecy i dłonie oparte o parapet. Jego palce przesuwały się po parapecie jak po klawiaturze.

– Kiedy do niego zadzwoniłem, nic nie mogłem zrozumieć. Powiedziałem mu, że już zmądrzałem, że pozbyłem się złych tonów, ale brakuje mi tych dobrych – odezwał się po chwili. – Jakub nie był w stanie ze mną rozmawiać. Przy każdym słowie zanosił się kaszlem. Mówił, że próbują go leczyć, że właśnie tego dnia miał kolejną chemioterapię… Mam wrażenie, jakby to wszystko było przeze mnie.

– To jakieś bzdury. Pojedź do niego.

– Nie mogę. Nie wychodzę sam z domu. Ponoć jest na to jeszcze za wcześnie.

– Pojadę tam z tobą.

– Pan pojedzie ze mną?

Odwrócił się gwałtownie w moją stronę. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Pojadę.

– Kiedy? – Wbił we mnie wzrok, jakby się bał, że się wycofam.

– Może być jutro. Jutro o czternastej mamy się spotkać.

– Z Marsylianką i Wielką Rewolucją Francuską w tle.

– Marsylianka może poczekać…

– Niech pan już idzie! – powiedział nieoczekiwanie. – Chcę być chwilę sam.

Spojrzałem na zegar. Dochodził kwadrans po piątej. Podniosłem się leniwie z fotela. Zasiedziałem się tu dzisiaj. Pewnie Laura szaleje z niepokoju. Miałem już dwa SMS-y: Czy pamiętasz, że masz jeszcze wpaść do Zosi? Pamiętałem. Obiecałem zrobić Zośce zakupy. Robiąc zakupy Zosi, kup dla nas mleko.

– No to cześć.

Nie spojrzał nawet w moją stronę. Wkładał właśnie do odtwarzacza CD z utworami granymi przez Jakuba Janickiego. Za plecami usłyszałem dźwięki skocznego mazurka.

– Mazurek a-mollopus sześćdziesiąte ósme Fryderyka Chopina – rzuciłem w przestrzeń za moimi plecami.

– Skąd pan wie? Mówił pan, że nie zna się na muzyce klasycznej.

– Nie znam się. Moja babcia uwielbiała Chopina.

Matkę Filipa zastałem w salonie. Właśnie skończyła rozmawiać przez telefon. Siedziała zamyślona ze słuchawką w ręku.

– Wychodzę – poinformowałem.

Podskoczyła jak oparzona. Musiała nie usłyszeć wcześniej moich kroków.

– Niech pan usiądzie na chwilę – powiedziała łagodnie. – Pani Beata poszła do ogrodu. Ja mam jeszcze trochę czasu. Chciałam z panem porozmawiać.

Usiadłem, a ona nagle przestała się spieszyć do tej rozmowy. Wbiła wzrok w świat za oknem. Kot przeciągnął się leniwie i ruszył łapa za łapą po tarasie. Pani Beata w kącie ogrodu podziwiała pierwsze wczesnowiosenne kwiaty.

– Słyszałam waszą rozmowę.

– Domyśliłem się.

– Nie wiedziałam, że Filip wie o chorobie Jakuba… Może i lepiej. Byliśmy z mężem zdania, że nie powinniśmy mu o tym mówić – mówiła powoli, z rozmysłem dobierając słowa. – Może to głupie, ale nie chcieliśmy go obciążać. Sam pan rozumie. My teraz boimy się własnego cienia. Psycholog mówi, że ten nasz strach to współuzależnienie. Wie pan, ja to wszystko świetnie rozumiem, jeżeli chodzi o innych ludzi. Jestem zupełnie bezradna, kiedy dotyczy to nas i naszego syna.

Pierwszy raz wzbudziła moją sympatię.

– Boimy się, że Filip znowu zacznie, że w narkotykach będzie szukał ucieczki przed problemami. Psycholog wciąż powtarza, że trzeba mu zaufać. My ufaliśmy mu bezgranicznie…

– Wszystko można odbudować. Zaufanie również. To kwestia czasu…

– Wiem, ale czasami myślę, że właśnie ten czas mnie zabija. Nie potrafię żyć w ciągłym strachu. Nie mówiliśmy Filipowi o Jakubie, bo parę dni temu zadzwoniła do nas moja siostra. Ona chce zabrać Filipa na jakiś czas do siebie. Z tej matury w tym roku i tak nic nie będzie. On musi najpierw dojść z sobą do ładu. Odnaleźć samego siebie. Nas nie lubi. Wini nas o wszystko. Twierdzi, że spapraliśmy mu dzieciństwo. Klarę, moją siostrę, uwielbia. Zresztą z wzajemnością. Klara mieszka na wsi, ma stajnię, kilkanaście koni, prowadzi treningi z jeździectwa naturalnego. Dla niej największym szczęściem jest galopować bez siodła po bezkresnych łąkach. Jak to ona mówi? „Prawdziwe szczęście to czuć powiew wiatru pomiędzy uszami konia i niczym nieskrępowaną wolność”. Harmonia człowieka i zwierzęcia. Mistyka, tajemnica, więź… Ona to taka zaklinaczka koni. Filipa zawsze fascynowała… Kiedyś powiedział mi, że Klara żyje naprawdę. Nikogo nie udaje i nikogo nie gra. Potrafi się cieszyć ze wszystkiego… Rozmawiałam z psychologiem. Mówił, że to dobry pomysł. Ja też tak myślę. Klara Klarą, ale tam będzie miał utrudniony dostęp do prochów…

Zamilkła niespodziewanie. Pani Beata wchodziła po schodach prowadzących na taras.

– Na mnie już czas – oświadczyła zimno matka Filipa. Zniknął ciepły ton rozmowy sprzed dwóch minut. Znowu była pracodawcą rozmawiającym ze swoim pracownikiem. – Jestem dzisiaj wieczorem bardzo zajęta. Mąż w firmie. Później idzie na jakąś biznesową kolację. Zapewne wróci bardzo późno. Ja mam termin u fryzjera. Później idę do kosmetyczki. O ósmej umówiłam się z przyjaciółkami na babski wieczór… No, wie pan, takie popołudnie tylko dla mnie… Pani Beata zostanie z Filipem.

Zrozumiałem. Wstałem pospiesznie.

– To dobry pomysł z tym wyjazdem. Zrobimy jutro krótką wycieczkę i na tym skończymy zajęcia z historii.

Tym razem nie wył żaden szalony solista ani ciszy nie rozdzierały inne dźwięki z piekła rodem. Filip siedział przy klawiaturze fortepianu. Z daleka dochodziły mnie dźwięki Nocturne Oubliée Chopina. Całkiem nieźle, pomyślałem. Ta blokada to chyba nie kwestia uszkodzonych nerwów obwodowych, lecz chorej duszy. Zatrzymałem się w drzwiach. Nie zauważył mnie. Palce śmigały jak szalone po klawiaturze, głowę miał podniesioną, oczy przymknięte. Szykował się na spotkanie ze swoim mistrzem. Nieważne, że ten mistrz miał tylko kilka lat więcej od niego. Poruszyłem się. Próg zaskrzypiał. Usłyszał mnie. Wstał gwałtownie. Był już ubrany i gotowy do wyjścia. Nawet kurtkę miał na sobie. Nie odzywaliśmy się po drodze. On denerwował się przed spotkaniem z Jakubem. Ja biłem się ze wspomnieniami. Wczoraj opowiedziałem wszystko Laurze. Przycupnęła koło mnie na oparciu fotela, wtuliła się we mnie i słuchała.

– To jakieś fatum. Cały czas to gówno. Chyba nigdy się od tego nie uwolnię. Jakby na całym świecie byli tylko młodzi chorzy na raka faceci.

– E tam. – Zmierzwiła mi włosy ręką. Wtuliła się we mnie jeszcze bardziej. Jej włosy musnęły moją twarz. Całym sobą czułem ciepło jej ciała. – Dasz sobie radę. Nie jest z ciebie żaden mięczak… Tak naprawdę to ty jesteś bardzo twardy facet.

Przed siedmioma lat rozpoznano u mnie nowotwór jądra. Zachorowałem tuż po zdaniu matury. Byłem wtedy młodszy od tego Jakuba. Pamiętam, że wypożyczyliśmy z kumplami łajbę i wybieraliśmy się na Mazury, kiedy nagle zobaczyłem krew w moczu. Po tygodniu znałem już diagnozę, która nijak nie pasowała do atmosfery radości, luzu i wakacji. Rak jądra. Niespodziewanie runął cały mój świat. W jednej chwili prysły wszystkie odważne marzenia, dobrze przemyślane plany i dalekosiężne cele. Ich miejsce zajęły strach, rozpacz, beznadziejność i terapia. Przeszedłem przez operację, chemioterapię i radioterapię. Nigdy nie zapomnę zapłakanych rodziców, milczących przyjaciół, lekarzy, którzy w trakcie rozmów uciekali w bok wzrokiem. Pamiętam psychologa klinicznego, który próbował do niedawna jeszcze pełnemu radości życia dziewiętnastolatkowi wytłumaczyć filozofię umierania i śmierci. On mówił i mówił, a ja nie potrafiłem nic zrozumieć. Mój mózg się zablokował. Wszystko odbijało się ode mnie jak piłka. Psycholog wypowiadał słowa, których sensu nie byłem w stanie zrozumieć. Operował niezrozumiałymi dla mnie terminami. Jak obcy język, którego nigdy wcześniej nawet nie słyszałem. Nigdy dotąd nie byłem na pogrzebie. Nigdy nawet nie przeszedłem obok śmierci. Wydawała mi się abstrakcją, elementem gier komputerowych, sceną w filmie. Raptem dotarło do mnie, że mam tylko jedno życie. Nie mam dwóch, trzech czy czterech, jak bohaterowie multimedialnych rozgrywek. Pamiętam zdziwienie, że to może być koniec. Rozczarowanie, że to może być już. Żal, że przeżyłem tak mało. Rozpacz, że tak wielu rzeczy nigdy nie doświadczę. Pamiętam strach, złość, bunt, żal do całego świata i do Pana Boga. Przeszedłem przez to wszystko, nie pokonało mnie, przeżyłem. Widocznie śmierć nie była mi wtedy pisana. Z czasem oddalił się gdzieś lęk, tak jak oddaliła się chemioterapia. Mijały lata i nic się nie działo. Powoli się odradzałem. Miałem znowu marzenia i nowe plany. Nieśmiało stawiałem nowe cele. Kolejnym kontrolom towarzyszyło coraz mniej emocji. Przestały mnie straszyć po nocach, budziły mniejszy niepokój. Były coraz rzadsze, stały się rutyną. Wszystko się oddaliło, niemal o wszystkim udało mi się zapomnieć. Myślę, że to był prezent od Pana Boga, że podarował mi drugą szansę na szczęśliwe życie. Poczułem się pewnie, uwierzyłem w swoje szczęście. Skończyłem studia, podjąłem pierwszą pracę, zakochałem się w Laurze, prawie zapomniałem o tamtej chorobie. Aż przyszła wznowa, która kolejny raz potrząsnęła moim życiem…

– To tutaj – wyrwał mnie ze wspomnień głos Filipa. Staliśmy przed starą czynszową kamienicą, której parter zajmował ciąg sklepików, na pierwszym piętrze mieściły się biura, a drugie piętro wyglądało na część mieszkalną. Miejski deptak oddzielał kamienicę od sporego parku.

– Mieszkanie Jakuba jest na drugim piętrze. Długo szukał takiego lokum. Nikomu nie przeszkadza, kiedy ćwiczy. Może grać od rana do wieczora. Latem ławki w parku są oblegane przez tych, którzy słuchają jego muzyki… Takie prywatne darmowe koncerty dla zakochanych i emerytów…

Stanął przed bramą. Nacisnął dzwonek domofonu. Pchnął bramę. Zatrzymałem się.

– Nie idziesz? – Obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem.

– Zostanę. Nie znam faceta. To wasze spotkanie. Myślę, że będzie lepiej, jak sami pogadacie. Przestało padać. Posiedzę sobie na ławce w parku.

***

Filip wrócił odmieniony. Pogadali, umówili się na lekcje, kiedy Filip wróci od Klary, a Jakub ochłonie już trochę po terapii. Filip znowu miał cele i marzenia. Ten Janicki musiał mieć w sobie coś wyjątkowego. Chyba niewyobrażalny zapał. Mieli trudności, które każdy z nich musiał pokonać. Jakub walczył z chorobą. Filip z uzależnieniem. Jakub przeszedł operację, teraz musiał odbyć cykl chemioterapii, później czekała go jeszcze radioterapia. Filip musiał zapomnieć o prochach, wrócić do normalności, odnaleźć wewnętrzną równowagę, znaleźć sobie nowe marzenia, postawić nowe cele, zacząć znowu ćwiczyć. Dostał od Jakuba całą listę ćwiczeń, wprawek i utworów. Wymyślili, że za kilkanaście miesięcy podbiją świat koncertami na dwa fortepiany.

– Jakub mówi, że przed laty był uczeń i nauczyciel, że teraz wszystko może się zmienić, że tylko od mojej postawy zależy, czy ten stary układ można zastąpić czymś nowym – opowiadał Filip. – Niech pan tylko pomyśli, dwóch młodych muzyków, którzy razem będą odnosić spektakularne sukcesy.

Pomyślałem, że Janicki jest lepszy od tych wszystkich psychologów, psychoterapeutów i speców od uzależnień, którymi otaczają Filipa rodzice. Zna chłopaka, daje mu nadzieję, pokazuje drogę, tworzy marzenia, wyznacza cele.

Filip nie chciał jechać tramwajem. Szliśmy na piechotę. Usta mu się nie zamykały.

– Pojadę do ciotki. Tam jest zawsze najlepiej. Proste, nieskomplikowane życie. Takie same zasady od lat. Nie ma obłudy, zakłamania, fałszu, pogoni za nie wiadomo czym. Wszystko jest klarowne, proste i jasne. Trzeba wstać rano, dać zwierzętom jeść, posprzątać boksy, przygotować konie do treningu… Ser, mleko, miód, jajka, najlepsze na świecie bułki drożdżowe… Cisza, spokój, otwarte przestrzenie, odgłos końskich kopyt, który wyprzedza wynurzające się z mgły galopujące stado… Tam mija każde rozdrażnienie. Moja ciotka zawsze mówi, że trzeba zejść z forte do poziomu miłego dla końskiej i ludzkiej duszy piano, czasami do pianissimo. To zupełnie inne życie niż w naszym domu. Czasami mam wrażenie, że moja matka i ciotka Klara nie mogą być siostrami. Siostry nie mogą być aż tak różne. Pewnie którąś z nich zamieniono w szpitalu.

Następnego dnia Filip wyjechał do ciotki Klary. Wieczorem przesłał mi SMS-a: Z Pana też jest równy facet. Dziękuję. Historii się nie nauczyłem, ale bardzo mi Pan pomógł. Czekał tu na mnie stary fortepian. Taka niespodzianka. Nawet nastrojony.

***

Wieczorem parę dni później zadzwonił do mnie niespodziewanie doktor Wroński. Serce poczułem w gardle. Dech mi zaparło w piersiach. Miałem nieprzepartą chęć odłożyć słuchawkę. W pierwszej chwili pomyślałem o badaniach kontrolnych, które robiłem przed tygodniem. Mieliśmy je omówić na wizycie za tydzień. Dzwonił wcześniej tylko wtedy, kiedy coś było nie w porządku.

– Coś nie tak? – Chciałem, żeby to zabrzmiało normalnie. Nie wyszło. Sam nie mogłem poznać swojego głosu. Był matowy, lekko drżący. Chyba serce podskoczyło mi do góry i ucisnęło struny głosowe. – Coś nie tak? – powtórzyłem głośniej. – Mam termin u pana za tydzień.

– Wszystko w porządku. Zupełnie nic. Idealnie. W badaniach nic nie ma. Wszystko dokładnie sprawdziłem – odpowiedział pospiesznie.

– Już myślałem…

– Źle myślałeś. Wszystko jest dobrze.

– Zazwyczaj dzwoni pan tylko wtedy, kiedy coś jest nie w porządku. Ale mnie pan przestraszył.

– Dzwonię w zupełnie innej sprawie. Pomyślałem, że mógłbyś nam w czymś pomóc. Laura jest w domu? – spytał nieoczekiwanie. – Czy opiekujesz się Adasiem?

– Poszli na basen. Dopiero wyszli. Wrócą za jakieś dwie godziny.

– Jesteś bardzo zajęty?

– Nie bardzo – powiedziałem z ociąganiem. – Projekt