Wisła Kraków. Sen o potędze - Mateusz Miga - ebook

Wisła Kraków. Sen o potędze ebook

Mateusz Miga

4,2

Opis

Osiem mistrzowskich tytułów, dwa Puchary Polski, wygrane z Schalke, Parmą i FC Barceloną, pamiętne mecze z Realem Madryt czy Interem Mediolan. I nadrzędny cel: awans do Ligi Mistrzów, do bram piłkarskiego raju, do których pukali siedmiokrotnie. Czasem po cichu, jakby onieśmieleni, innym razem z całych sił, rozpaczliwie łomocząc do utraty tchu. Efekt zawsze był ten sam – wrota pozostawały zatrzaśnięte. Na krajowym podwórku rządzili jednak niemal niepodzielnie przez 13 długich lat…

Kiedy pod koniec 1997 roku do Wisły Kraków przyjechali panowie w garniturach, otwierając walizkę pełną pieniędzy i kupując kilkunastu piłkarzy, nikt nie spodziewał się tego, co wkrótce miało się stać. Że z dnia na dzień zamienią ligowego outsidera stojącego na skraju bankructwa w najlepszą drużynę w kraju. Ta historia jak ze snu kibica wreszcie doczekała się książki!

Maciej Żurawski porównywany do Ronaldo z powodu… wagi. Wódka ze sprite’em, przez którą Kamil Kosowski nie trafił do Benfiki. Turecka dieta Franciszka Smudy i prowadzenie piłki głową zalecane przez Wojciecha Łazarka. Kopalnia anegdot na temat Białej Gwiazdy ery Bogusława Cupiała. Kulisy największych sukcesów i okoliczności wydarzeń, o których przy Reymonta najchętniej by zapomniano. Opowieść, która pomaga znaleźć odpowiedź na pytanie, co poszło nie tak. Dlaczego dziś Wisła znów walczy o przetrwanie.

***

 

Miło było znów cofnąć się do czasów wielkich sukcesów Wisły. I dotknąć tych wszystkich pamiętnych momentów, w których brałem udział.
Marcin Baszczyński

Wiele ciekawych historii, których nie znałem, złożyło się na bardzo fajny i rzetelny opis „złotego okresu” Wisełki. Polecam wszystkim kibicom! Jazda, jazda, jazda! Biała Gwiazda!
Andrzej Iwan

Wisła Kraków Henryka Kasperczaka to ostatnia ekscytująca polska drużyna, Mateusz Miga zaś to jeden z najbardziej dociekliwych dziennikarzy sportowych. Z tego połączenia wyszła jedna z lepszych polskich książek sportowych ostatnich lat.
Marek Wawrzynowski, Wirtualna Polska,
autor „Wielkiego Widzewa”, Sportowej Książki Roku 2013

Autor odsunął kotarę, zajrzał za kulisy i opisał anatomię drużyny dominującej w ekstraklasie przez lata. Książka napisana z reporterskim zacięciem pokazuje, jak Biała Gwiazda zyskiwała blask. Dziesiątki rozmów Mateusza Migi ze świadkami sukcesów, jak i porażek pozwoliły mu też odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: dlaczego mimo takich inwestycji wiślacy nie spełnili największego marzenia Bogusława Cupiała i nigdy nie awansowali do Ligi Mistrzów?
Łukasz Olkowicz, „Przegląd Sportowy”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 487

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (6 ocen)
2
3
1
0
0

Popularność




WSTĘPTA KSIĄŻKA SIĘ NIE UKAŻE

Gdy zaczynałem zbierać materiały do tej książki, nie przypuszczałem, że spotkam się z tak specyficznym odbiorem. Gwoli ścisłości – rozmawiałem w tym czasie z wieloma osobami, które z przyjemnością opowiedziały mi o swoich wspomnieniach związanych z pobytem w Wiśle. Śmiało mogę stwierdzić, że większość osób, z którymi się skontaktowałem, podeszła do mojego projektu z życzliwością. Uznały one, podobnie jak ja, że dzieje Wisły za czasów rządów Tele-Foniki, w okresie, gdy ośmiokrotnie sięgała po tytuł mistrzowski, to po prostu ciekawa historia.

Ale były też inne postawy. Z każdą kolejną rozmową w krakowskim środowisku piłkarskim o mojej pracy robiło się coraz głośniej. Zacząłem odbierać dziwne sygnały. „Daję panu pięć procent szans na to, że ta książka w ogóle się ukaże”, powiedział jeden z rozmówców, który ostatecznie nie udzielił mi wywiadu. Dlaczego? „Chodzi o Bogusława Cupiała. Spytałem jedną z osób z jego otoczenia, czy powinienem udzielać się w tej książce. Stanowczo odradziła, postanowiłem więc nie ryzykować. Wie pan, duży może więcej. W ogóle w środowisku informacja o tej książce została przyjęta bardzo chłodno”, tłumaczył.

Usłyszałem to w momencie, gdy miałem gotową niespełna połowę książki, a w środowisku już wtedy zapanowało przekonanie, że piszę ją tylko po to, by na kilkuset stronach pastwić się nad Bogusławem Cupiałem. Inny rozmówca zgodził się na spotkanie dopiero wtedy, gdy zapewniłem go, że tak nie będzie. „Boję się, że chce pan przedstawić Cupiała w bardzo złym świetle, a ja nie chcę mieć z nim kłopotów”, mówił.

Nie skończyło się na jednej odmowie. „To nie jest dobry moment na taką publikację. Niech się pan dobrze zastanowi nad tym, co pan robi”, argumentowała kolejna osoba, która odmówiła mi wywiadu. Powoli zacząłem uświadamiać sobie, jak silną obawę odczuwają niektórzy ludzie przed właścicielem klubu. „Chodzi o dobre stosunki, o miejsce w loży, o drzwi do Cupiała, które teraz są otwarte, a zaraz mogą się zatrzasnąć”, tłumaczył jeden z moich rozmówców. Od dwóch różnych osób usłyszałem, że książka pisana jest na zlecenie. Kogo? Tego już się nie dowiedziałem.

„Jakbym opowiedział wszystko, co wiem, miałby pan hit XXI wieku, ale nie powiem, bo wolę mieć spokój”, zadeklarował człowiek, który kiedyś należał do zaufanych współpracowników Cupiała.

Najbardziej jednak zaskoczył mnie jeden z byłych prezesów klubu. Spotkał się ze mną, a potem długo i odważnie opowiadał o Bogusławie Cupiale. Dwa miesiące później, gdy książka była niemal gotowa, odpowiedział wreszcie na kolejną prośbę o autoryzację. Po konsultacji z prawnikami wyparł się swoich słów i zażądał, aby zostały usunięte.

Osoby, które odmówiły mi współpracy, miały dla mnie jedną i tę samą radę: „Niech pan namówi do udziału w tym projekcie Bogusława Cupiała”.

Od początku miałem taki zamiar. Uznałem, że pod koniec pracy nad książką, gdy jej ostateczny kształt będzie już dość wyraźnie zarysowany, gdy w głowie będę mieć klarowny obraz wydarzeń ostatnich 17 lat, zwrócę się do Cupiała z prośbą o udzielenie odpowiedzi na najbardziej palące pytania. Uznałem, że kto jak kto, ale właściciel ma wyjątkowo silne prawo do przedstawienia swojego punktu widzenia, do powiedzenia ostatniego słowa, do postawienia kropki nad i. Przecież gdyby nie on, nie miałbym o czym pisać.

Nie liczyłem, że uda mi się uzyskać wypowiedzi Bogusława Cupiała, i… miałem rację. Wszystkie próby dotarcia do właściciela klubu zakończyły się niepowodzeniem. Próbowałem na kilka sposobów, żaden nie okazał się skuteczny, nie mam nawet pewności, czy moja propozycja ostatecznie do niego dotarła, czy przepadła gdzieś po drodze. Próby dodzwonienia się na jego komórkę również spełzły na niczym.

Ostrzegano mnie, zapowiadano, że książka się nie ukaże. A jednak udało się i tak naprawdę nikt, oprócz tych kilku osób, które odmówiły mi współpracy, nie rzucał mi kłód pod nogi.

Wszystkie wypowiedzi zawarte w książce są autoryzowane, chyba że rozmówca autoryzacji nie wymagał.

PROLOGUTRACONE MARZENIE

10 grudnia 2002 roku, mroźny wieczór w Gelsenkirchen. Śniegu jeszcze nie ma, ale czuć w powietrzu, że lada dzień spadnie. Szykuje się sroga zima. Chwilę po godzinie 19.00 Bogusław Cupiał patrzy na pustoszejące trybuny ultranowoczesnej Areny AufSchalke, ale zaraz ponownie opuszcza wzrok na murawę. Widzi, jak Maciej Żurawski zagrywa szybką piłkę, a niemieccy piłkarze, podobnie jak ich kibice, myślami są już chyba poza stadionem. Teraz Mirosław Szymkowiak biegnie skrzydłem, podnosi głowę i podaje do Kamila Kosowskiego, a ten w pełnym biegu, z rozwianą fryzurą, na raty, ale jednak – strzela czwartą bramkę dla Wisły. Zdziera z siebie koszulkę, rzuca byle gdzie, już nawet nie próbuje zapanować nad emocjami. Chwilę później sędzia Tom Henning Øvrebø gwiżdże po raz ostatni, właściciel Wisły wstaje – na pozór całkowicie spokojny – odbiera gratulacje.

– Warto było czekać. To jeszcze niedokończone dzieło, ale ma solidne fundamenty – mówi po wygranej 4:1. Już zawsze chciał widzieć swoich piłkarzy grających tak jak wtedy, w meczu z Schalke.

Kilka godzin później w samolocie Adam Piekutowski podnosi słuchawkę interfonu i komunikuje:

– Halo, halo. Mówi kapitan, czy mnie słychać? Drzwi sprawdzone. Można lecieć!

Boeing 737 z Münster do Krakowa podrywa się w powietrze. To najszczęśliwszy lot w historii Wisły. Lądowanie pamięta tylko pilot.

Bogusław Cupiał oraz jego dwaj wspólnicy – Stanisław Ziętek i Zbigniew Urban – pojawili się w Wiśle pod koniec 1997 roku. Klub szedł na dno. Pstryknięciem palców zlikwidowali wszystkie problemy, w ciągu kilku miesięcy wyjęli z portfela ponad trzy miliony dolarów, a Wisłę posłali w drogę, na której przez lata nie miała w kraju konkurencji. W drogę, która miała się zamienić w autostradę do Ligi Mistrzów. Nigdy tak się nie stało, blask gwiazd z herbu Ligi Mistrzów okazał się oślepiający. Wisła jechała drogą krajową, do Europy zaglądała zazwyczaj dość nieśmiało i raptem na chwilę, rzadko tak zdecydowanie jak wtedy w Gelsenkirchen, jednak na własnym podwórku przez 14 lat tylko momentami dawała się komuś doścignąć. Najgroźniejsi rywale się zmieniali, ale to ona ciągle wygrywała.

Polską piłkę klubową wywrócili do góry nogami. Gdy inne kluby dreptały w miejscu, kombinowały, ciułały kasę, jedne upadały, w ich miejsce pojawiały się nowe, dziwne twory, kupowały, sprzedawały mecze, nagle Wisła, na którą od dłuższego czasu patrzono w kraju z politowaniem, przepchała się z drugiego szeregu i zrobiła krok do przodu. Krok w nieznane, którym odmieniła siebie i całą ligę. To Wisła była pierwszym klubem, który oferował w pełni profesjonalne kontrakty, umowy spłacano co do grosza, a na rynku transferowym konkurencja nie istniała. Jej wizytówką jest drużyna zbudowana w sezonie 2002/03 – w Europie mogła grać z każdym. Już nigdy potem żaden polski klub nie dysponował zespołem tak silnym, a do tego złożonym niemal w całości z Polaków.

W 2015 roku Wisła znów jest na skraju bankructwa, z finansową pętlą u szyi. Na boisku nie straszy ligowych rywali, trzy sezony z rzędu nie potrafiła się zakwalifikować do europejskich pucharów. Najcięższą walkę toczy w gabinetach księgowych. To walka o przetrwanie. Co stało się z kolosem, który przez lata wyznaczał kierunki innym polskim klubom?

Co stało się z marzeniem Bogusława Cupiała?

1. NAD PRZEPAŚCIĄ

Wisła wysychała. Z miesiąca na miesiąc płynęła wolniej i wolniej, długi były coraz większe, a perspektywy bledsze. Choć przystąpiła do rozgrywek sezonu 1997/98, nikt nie był pewien, czy je ukończy. „Bywało, że miesiącami czekaliśmy na i tak skromne wypłaty”, wspomina Grzegorz Pater, który wchodził wtedy do pierwszej drużyny. Aby wiązać koniec z końcem, po treningach pracował na budowie. „Gdy brakowało pieniędzy, to po prostu pożyczałem od znajomych i rodziny”, mówi Bogdan Zając. „Ludzie w tym klubie nie narzekali już na nic, bo do kłopotów byli przyzwyczajeni od dłuższego czasu”, dodaje Paweł Adamczyk, który latem 1997 roku przyszedł do Wisły ze Śląska. Z jednego bankruta do drugiego.

Gdy zbliżał się start rozgrywek, trener Wojciech Łazarek koniecznie chciał zmobilizować piłkarzy.

– Panowie, sytuacja w klubie zmierza w naprawdę dobrym kierunku – zaczął zaraz po wejściu do szatni. Gdy piłkarze podnieśli z zainteresowaniem głowy, kontynuował: – Naprawdę wiele udało się już załatwić. Zdzichu Kapka kupił wam nowe buty, zagracie też w nowych koszulkach.

Nowe buty. Nowe koszulki. Innych argumentów brakowało. Oczekiwania wobec piłkarzy też nie były wielkie – celem było utrzymanie, o niczym więcej nie było sensu myśleć.

Czym była Wisła? Porzuconym dzieckiem. Rozklekotaną drużyną z rozpadającym się, wiecznie rozkopanym stadionem, z fatalnym błotnistym boiskiem. Z piłkarzami, których nikt inny nie chciał. Miała za sobą wspaniałą historię, ale teraźniejszość była przykra, a przyszłość mglista, nikt nie potrafił jej choćby zarysować. Życie klubu przypominało wegetację.

W złym kierunku płynęła od dawna, w zasadzie, z małymi przerwami, od przełomu lat 80. i 90. W końcu musiała osiąść na mieliźnie. Wiele klubów nie radziło sobie z trwającą od kilku lat przemianą ustrojową i podobnie było z Wisłą. Jeszcze w 1991 roku zespół zajął trzecie miejsce w lidze, a Tomasz Dziubiński założył koronę króla strzelców, ale później było coraz gorzej. W 1993 roku „cała Polska widziała” – piłkarze Białej Gwiazdy tylko przyglądali się, jak Legia Warszawa strzela im sześć bramek. „Od tego meczu rozpoczęły się poważne kłopoty. Choć nikomu niczego nie udowodniono, na wielu zawodników nałożyliśmy dyskwalifikacje, PZPN ukarał nas trzema ujemnymi punktami na starcie nowego sezonu, w efekcie rok później spadliśmy z ligi”, mówi Ludwik Miętta-Mikołajewicz, który z klubem związany jest od 1948 roku, najpierw jako koszykarz, potem trener, działacz, w końcu prezes.

Wódka dla kolegów

Wskutek czystki w kadrze pojawiło się kilku nowych zawodników, w tym Artur Sarnat. „Pamiętam to jak dziś. Nim trafiłem do Wisły, przez pół roku byłem zawodnikiem Cracovii. 3 lipca brałem ślub z Basią, zawodniczką sekcji piłki ręcznej Pasów. Zrobiono z tego wyjątkowe wydarzenie – oto przecież piłkarz Cracovii brał za żonę piłkarkę ręczną tego samego klubu. Daliśmy się namówić na wszystko – Basia była na biało, ja na czerwono – jakby w pasach. Ślub Cracovii, kapelan Cracovii, kibice Cracovii, działacze Cracovii, po prostu pasiaste święto. No a dzień później podpisałem kontrakt z Wisłą”.

Kibice Pasów byli zdezorientowani, czuli się oszukani. Szybko skończył się także miesiąc miodowy młodej pary. Dzień po ślubie żona zawiozła pana młodego do Straszęcina na zgrupowanie Wisły i przez najbliższe dwa tygodnie już go nie zobaczyła.

Na obóz Sarnat wziął ze sobą skrzynkę szampana, którym chciał uraczyć nowych kolegów z zespołu, i kilka butelek wódki, w zamyśle dla trenerów. Pracę w charakterze pierwszego szkoleniowca zaczynał wówczas Marek Kusto i najwyraźniej chciał pokazać, kto tu rządzi. Nie zgodził się, by piłkarze wypili do kolacji po lampce szampana, więc jeszcze tego samego wieczora zawodnicy, po cichu, szybko i sprawnie opędzlowali w pokojach wszystkie flaszki, w tym wódkę przeznaczoną dla Kusty i jego współpracowników.

W 1996 roku, na 90-lecie klubu, pod wodzą Henryka Apostela Wisła wróciła do najwyższej klasy rozgrywkowej. Ale pieniędzy ciągle było za mało. „Wiedzieliśmy, że musimy znaleźć sponsora. Gdyby się to nie udało, pewnie jakoś byśmy przetrwali, jednak długi rosłyby z każdym miesiącem”, mówi Miętta-Mikołajewicz.

„Mieszkałem w Krakowie, więc zawsze przyglądałem się temu, co się działo w Wiśle. Po transformacji ustrojowej wiadomo było, że nie będzie to czołowy klub w Polsce – wspomina Orest Lenczyk. Jako trener pracował w klubie już w latach 70. – Wisła była wówczas klubem resortowym, więc miałem do czynienia z pułkownikami milicji, przedstawicielami Urzędu Bezpieczeństwa. Jakoś udawało mi się z nimi porozumieć, bo widzieli, że moja praca przynosi efekty. Nieszczęście zaczęło się, gdy najważniejszym człowiekiem w krakowskiej milicji został generał Jerzy Gruba [ten sam, który dowodził oddziałami ZOMO podczas pacyfikacji kopalni Wujek w 1981 roku – przyp. aut.]. Od tamtej pory wszystko zaczęło się sypać. Podejmował decyzje za plecami, na zasadzie: »Wiecie, musicie, rozkaz«. Wszystko skończyło się wielkim kryzysem”.

Aby utrzymać się przy życiu, systematycznie sprzedawano największe gwiazdy – Tomasza Dziubińskiego, Kazimierza Moskala, wreszcie Grzegorza Kaliciaka. Gdy w 1996 roku menedżer Janusz Kowalik zaprosił tego ostatniego do hotelu Cracovia i na kartce napisał, ile może zarobić w Belgii, 21-letni piłkarz zwariował. „Nim trafiłem do Belgii, byłem na testach we francuskim AS Nancy. Wszystko było dobrze. Do czasu. Kiedy przyjechał Tony Cascarino, wiedziałem, że mogę pakować walizki”, wspomina Kaliciak. Reprezentant Irlandii miał za sobą występy w Chelsea i Olympique Marsylia, on zaś był ledwie materiałem na niezłego napastnika. W końcu przeszedł do St Truiden.

Kaliciak tak podsumowuje tamtą Wisłę: „Przed moim wyjazdem w klubie było goło i wesoło. Niby pieniędzy brakowało, ale znalazły się fundusze choćby na to, by pojechać do Tajlandii na Puchar Króla. Było też sporo utalentowanej młodzieży. Pamiętam takiego piłkarza Pawła Gościniaka. W meczu młodzieżowej reprezentacji Polski z Holandią przykrył czapką Marca Overmarsa. Niestety później ich kariery potoczyły się w zupełnie innych kierunkach. Paweł też lubił zabawę, alkohol. Roztrwonił swój talent, wielu innych także”.

Szopa czy Olisadebe?

Po powrocie do ekstraklasy Wisła była chłopcem do bicia. W przedostatniej kolejce sezonu 1996/97 przegrała w Łodzi z ŁKS-em 0:5 i widmo spadku okazało się całkiem realne. Przed meczem ze Stomilem Olsztyn z piłkarzami spotkała się liczna grupa kibiców. Przesłanie było proste – jeśli przegracie, odwiedzi was 250 osób z kijami baseballowymi. Nietypowa forma motywacji najwyraźniej podziałała. Już po kwadransie było 2:0, ostatecznie skończyło się zwycięstwem 5:2. Kraków odetchnął z ulgą.

Aby w następnym sezonie uniknąć równie stresujących sytuacji, drużyna wymagała wzmocnień. Latem 1997 roku więcej jednak mówiło się o osłabieniach. Lider defensywy Bogdan Zając twierdził, że ma oferty z czołowych polskich klubów i lada chwila opuści Kraków. Tomasz Kulawik i Jacek Matyja zorganizowali dwuosobowy strajk. W lipcu wyszli na środek boiska treningowego tylko po to, by zakomunikować Łazarkowi, że ćwiczyć nie zamierzają, bo wkrótce przeniosą się do Polonii Warszawa. Całą trójkę udało się zatrzymać.

W klubie został także Janusz Świerad, chociaż był bardzo bliski sensacyjnego transferu do OFI Kreta. Wszystko było już dograne. „Nigdy wcześniej ani nigdy później czegoś takiego nie przeżyłem. Gdy wylądowałem w Grecji, na lotnisku czekali na mnie kibice, dziennikarze i kamery telewizyjne”, wspomina. Miał wziąć udział w jednym treningu i podpisać kontrakt. Zaraz na początku gierki treningowej jeden z rywali ostro go zaatakował. Świerad poczuł przeszywający ból, ale wytrzymał na boisku do końca. Gdy schodził do szatni, kolano miał już mocno opuchnięte. Grecy zrobili mu punkcję i odesłali do domu. „Podczas badania okazało się, że nie zerwałem więzadła, bo nie miałem go już przed wyjazdem do Grecji. Zerwałem je kilka miesięcy wcześniej, a mogłem grać, bo mięsień czworogłowy utrzymywał całą nogę. Na szczęście klub zachował się wspaniale, prezes Piotr Skrobowski zorganizował operację w Niemczech, we Freiburgu, i jeszcze jesienią wróciłem na boisko. Zagrałem w czterech meczach”, mówi Świerad.

W obliczu jego kontuzji palącym problemem stało się zatrzymanie Roberta Szopy. Wiosną 1997 roku grał on w zespole Wisły na zasadzie wypożyczenia z Rakowa Częstochowa. Zdobył pięć bramek, dzięki którym Biała Gwiazda zdobyła siedem punktów – bez tych goli nie utrzymałaby się w lidze. Klub z Częstochowy za transfer definitywny zażyczył sobie pół miliona. W sytuacji Wisły – zapewne o jakieś 450 tysięcy za dużo.

Wzmocnień szukano w niższych ligach. Na testach pojawił się między innymi 22-letni piłkarz trzecioligowej Kaszubii Kościerzyna Tomasz Kafarski. Angażu nie wywalczył, bo piłkarzem był kiepskim, za to pięć lat później wrócił do Krakowa jako początkujący trener, by odbyć staż u boku Henryka Kasperczaka. Siłę ataku miał wzmocnić Krzysztof Palej, ale klubu nie stać było na wykupienie 28-letniego napastnika z Unii Tarnów, więc sprowadzano zawodników z takich klubów jak Aluminium Konin, Świt Krzeszowice, Glinik Gorlice czy Garbarnia Kraków. Szału nie było.

Nawet w takiej zapaści finansowej Wiśle mogła się trafić prawdziwa perełka. W sierpniu na testach pojawiło się dwóch czarnoskórych piłkarzy. Marokańczyk przedstawił się jako Abdel Srie i przyznał, że z zawodu jest fotoreporterem. Drugi przybysz był Nigeryjczykiem. „Gołym okiem widać było, że gość ma smykałkę do gry. Był też szybszy od nas wszystkich”, mówi Marcin Pasionek. Miał 19 lat i nazywał się Emmanuel Olisadebe.

W Krakowie spędził ponad tydzień, długo czekał, aby zademonstrować swoje umiejętności, w końcu zagrał w sparingu z algierskim klubem WA Tlemcen (0:3), ale akurat w tym meczu wypadł blado. „Dwa razy bardziej podobał mi się jeszcze inny testowany piłkarz, Festus Agu. Facet miał za sobą grę w hiszpańskiej Composteli. Nie wiem, jakim cudem znalazł się w Krakowie”, wspomina Rafał Wójcik.

Oli pomieszkał chwilę w obskurnym klubowym hotelu, ale temat przenosin do Wisły powoli umierał śmiercią naturalną. Za transfer trzeba było zapłacić 150 tysięcy dolarów, a nikt w klubie nie wiedział, skąd wziąć taką kwotę, brakowało także przekonania, czy Olisadebe z marszu stanie się wartościowym zawodnikiem. Nawet gdyby udało się wygospodarować trochę wolnych środków, zapewne zostałyby przeznaczone na zatrzymanie Roberta Szopy. „W Wiśle poważnie myśleli o transferze Emmanuela, bo liczyli, że w przyszłości uda im się zarobić na wytransferowaniu go do większego klubu – zapewnia menedżer Ryszard Szuster, który przywiózł wówczas Olisadebe do Krakowa. – Pamiętam Wojtka Łazarka, który w swoim stylu rzucił, że jeśli sam miałby coś w skarpecie, wyłożyłby pieniądze na tego chłopaka. Czas płynął, a Wisła wciąż nie podejmowała decyzji. Nie mogliśmy dłużej czekać, więc w końcu pojechaliśmy szukać szczęścia gdzie indziej”, dodaje. Ostatecznie Olisadebe wylądował w Polonii Warszawa, ale na stadionie Wisły zawsze czuł się dobrze – jako piłkarz Czarnych Koszul i Panathinaikosu Ateny łącznie strzelił tutaj cztery gole.

Oszronione kufle

Mimo kłopotów życie w klubie płynęło swoim rytmem. Do sezonu 1997/98 drużyna przygotowywała się na zgrupowaniu we Władysławowie. W drodze z wynajętego domu wczasowego na boisko treningowe piłkarze musieli przejść przez całe miasto, wzdłuż tętniących życiem ogródków piwnych. Widok oszronionych kufli był poważnym sprawdzianem silnej woli. I niektórzy mieli słabą silną wolę… Szybko znaleźli sposób, jak zmylić Łazarka. Po porannym treningu grupa zawodników czekała w szatni nieco dłużej, jeden z nich zerkał, czy trener wyruszył już w drogę powrotną. Gdy znikał z pola widzenia, piłkarze szli prosto do knajpy. „Robiło się piwko lub dwa. Nie więcej, bo po południu był przecież drugi trening – mówi Sarnat. Pewnego razu Łazarek coś zwietrzył, zawrócił i przyłapał zawodników na gorącym uczynku. – Puścił nam to płazem, ale swoje musiał pomarudzić”.

Z czasów sprzed Tele-Foniki Sarnat zapamiętał boisko, które po byle opadach deszczu zamieniało się w prawdziwe bagno. „Człowiek rzucał się za tą piłką w błocie po kostki. Gdzieś z boku stał Wojtek Łazarek i pokrzykiwał: »No ruszaj się, naleśniku!« – wspomina. – Pewnego razu Marek Zając był, zdaje się, po kontuzji. Trener zarządził trening stacyjny, piłkarze mieli wymieniać między sobą piłki i kończyć akcję dośrodkowaniem w pole karne, gdzie stał Marek. »Marku, nie możesz jeszcze kopać, więc będziesz tylko strzelać szczupakiem« – zarządził Łazarek. Coś jednak pokręcił, bo w tym samym momencie w pole karne wpadły trzy piłki i Marek nie wiedział, którą ma uderzyć. Zaraz to dopracowali, a Marek przez półtorej godziny nie robił nic innego, tylko strzelał szczupakiem, lądując potem w błocie”.

Krzysiek, usiądź

Nadzieją na lepszą przyszłość była drużyna juniorów prowadzona przez Wojciecha Stawowego, która dwa razy z rzędu sięgnęła po mistrzostwo Polski. Twórcy tych sukcesów coraz odważniej wchodzili do pierwszego zespołu. Marcin Pasionek, Łukasz Surma i Paweł Weinar już byli podstawowymi piłkarzami drużyny Łazarka, a Rafał Wójcik, Krzysztof Piszczek, Paweł Nowak również grali coraz częściej.

„Mieliśmy po 18–19 lat, a za Wisłę dalibyśmy się pokroić. Problemem był jednak brak bazy treningowej. Boisko wyglądało, jakby przejechał po nim kombajn do buraków. Nie było szans, by szlifować krakowską piłkę. Trener Łazarek chodził ze sztychówką, kopał jakieś dołki i powtarzał, że on zrobi porządne boisko”, wspomina ze śmiechem Rafał Wójcik. Gdy pojawiła się Tele-Fonika, niektórzy musieli jednak zweryfikować swoje plany. W klubie zabrakło dla nich miejsca.

Tak było choćby w przypadku Krzysztofa Piszczka. Jeszcze w 1997 roku rozegrał 11 spotkań w pierwszym zespole, w następnym roku był już w rezerwach, Franciszek Smuda dał mu jeszcze zagrać w końcówce meczu z Newtown, potem musiał jednak odejść, tułał się po mniejszych klubach, aż wreszcie, wspólnie ze Stawowym, wylądował w Cracovii. Pasy pewnie zmierzały do drugiej ligi, a Piszczek szybko stał się ważnym ogniwem zespołu.

Gdy w kwietniu 2003 roku fani Cracovii świętowali awans, on jechał do Poznania, by rozpocząć walkę o życie. Problemy zaczęły się miesiąc wcześniej. Z jego ramieniem działo się coś niepokojącego, ręka drętwiała, ciemniało mu przed oczami, czuł się coraz słabiej, na treningu nie potrafił nadążyć za kolegami. Chociaż był zawodnikiem Cracovii, umówił się na wizytę u lekarza wiślaków Mariusza Urbana. Po serii badań spotkali się ponownie.

– Krzysiek, usiądź na chwilę – usłyszał.

Wyniki otrzymane ze szpitala ścięłyby z nóg największego twardziela. W organizmie piłkarza rozgościł się nowotwór złośliwy i zdążył niemal na wylot przeżreć głowę kości ramiennej w prawej ręce.

W 2008 roku Piszczek był po dwóch wycieńczających sesjach chemioterapii. Lekarze dawali mu 50 procent szans na przeżycie, większość z nich doradzała amputację prawej ręki. Nie chciał o tym słyszeć z dwóch powodów. Po pierwsze ciągle liczył na powrót do normalnego życia. Po drugie – bardziej niż śmierci bał się ludzkiej litości.

– To jedyna rzecz, z którą sobie nie radzę – powtarzał.

O powrocie na boisko już nie myślał, ale w 2004 roku wciąż miał nadzieję. Cały czas widział w sobie piłkarza. Pewnego dnia, łysy, wychudzony, wyczerpany dziesięciomiesięcznym leczeniem, pojawił się na Cracovii. „Nie liczyłem na wiele, chciałem dostać najniższą pensję i wrócić do treningów, a usłyszałem: »Idź na bezrobocie«”, wspominał. Gdy doszedł do siebie i w wieku 29 lat został samodzielnym trenerem Kmity Zabierzów, dostał kolejnego kopniaka. Rak znów zaatakował. „Próbowałem pracować jak najdłużej, ale musiałem pamiętać, by nie dać się pożreć. Z dnia na dzień ból ręki narastał. Zapominałem o nim tylko w trakcie treningu. Gdy schodziłem z boiska, znów docierał do mojej świadomości i stawał się nie do zniesienia. Co godzinę brałem bardzo silne środki przeciwbólowe. W końcu powiedziałem piłkarzom o moich problemach i poleciałem do Monachium na leczenie”.

W Niemczech okazało się, że nowotwór zaatakował płuca, które musiały być operowane. W przerwach między sesjami chemioterapii Piszczek wracał do Polski, by prowadzić treningi. Lekarze w Monachium po raz kolejny namawiali go, aby zgodził się na amputację ramienia. Konsekwentnie odmawiał, bo ciągle liczył, że wygra tę walkę. Tak też się stało, ale tylko na kilka miesięcy, bo wkrótce nowotwór znów ruszył do ofensywy. Lekarze szybko zdali sobie sprawę, że tym razem czasu jest mało. Bardzo mało. Ramię zostało amputowane, natychmiast rozpoczęto leczenie, ale ta bitwa została przegrana. Piszczek zmarł w sierpniu 2009 roku. „Wiem, że z rakiem nie można wygrać, będzie towarzyszyć mi do końca życia”, powtarzał. Niestety miał rację.

„Krzysiek zapowiadał się na super zawodnika. Gdy byliśmy jeszcze juniorami, miałem pewność, że to on jako pierwszy przebije się do seniorów”, mówi Paweł Nowak.

Tylko jeden. Tylko Nowak zdołał zaistnieć w nowej Wiśle. Już w sezonie 1997/98 rozegrał 14 spotkań w pierwszej drużynie.

– Zetnij włosy, to dam ci zadebiutować – mówił do niego Łazarek.

Ściął i zagrał. Przy zespole utrzymał się nawet wtedy, gdy była to już zupełnie nowa drużyna, a trenerem został Franciszek Smuda. W sezonie 1998/99, gdy większość kolegów, z którymi świętował juniorskie sukcesy, wyjechała już z Krakowa, rozegrał 11 meczów, głównie jako rezerwowy. W takiej samej roli pojawił się na boisku w wyjazdowym spotkaniu z Parmą w Pucharze UEFA. „Początkowo czułem się skrępowany, przebierając się w jednej szatni z piłkarzami, których do tej pory znałem tylko z telewizji. Do niektórych chciałem mówić na »pan«, ale szybko wybili mi to z głowy”, opowiada.

Potem jednak i dla niego brakło miejsca. Był wypożyczany do Hutnika Kraków, Proszowianki, Cracovii, aż wreszcie Pasy wykupiły go na stałe za około 100 tysięcy złotych. Do tej pory to ostatni transfer między tymi dwoma krakowskimi klubami.

Zdaniem wielu członków tamtej drużyny, która sięgnęła po mistrzostwo Polski juniorów, największe szanse na pozostanie w Wiśle miał Łukasz Surma, ale sam je pogrzebał. Jeszcze jesienią, gdy już wiadomo jednak było, że wkrótce klub trafi pod skrzydła Tele-Foniki, podpadł Łazarkowi. Trener wpuścił go na boisko w przerwie meczu z Widzewem Łódź. Nie grał źle, ale z jakiegoś powodu trener postanowił zdjąć go z boiska. Wejść w przerwie i nie dotrwać do końca meczu? Upokorzenie. Surma nie wytrzymał i schodząc z murawy, cisnął koszulką o ziemię. „On tej koszulki już nie założy”, komentował Łazarek. Surma tłumaczył się potem, że rzucił koszulką, bo nie chciał mieć kondoma na piersi – Wisła grała wówczas z reklamą Unimila.

Koszulkę jednak założył. Na wiosnę zagrał siedem razy, ale na tym się skończyło. „Łukasz chyba poddał się bez walki. Powinien robić swoje i spokojnie czekać na szansę”, mówi Grzegorz Pater.

Bajki Łazarka

Do sezonu 1997/98 przystąpiono bez napastników. Szopa wrócił do Rakowa, a Janusz Świerad wciąż leczył kontuzję. W pierwszym spotkaniu nowego sezonu na szpicy zagrał nominalny pomocnik Grzegorz Pater. Na dzień dobry Wisła przegrała z GKS-em w Katowicach 0:4 i już było wiadomo, że jeśli nic się nie zmieni, będzie to kolejny trudny sezon. „Warto zwrócić uwagę, że GKS dysponował wówczas silnym zespołem. Ale tak czy inaczej wiedzieliśmy, że czeka nas walka o utrzymanie”, wspomina Marcin Pasionek.

Wkrótce zaczęły się pojawiać pogłoski o nowym sponsorze.

– Panowie, nie martwcie się, niedługo w klubie pojawi się pewien pan, który zasypie nas pieniędzmi – przekonywał w szatni Łazarek.

„Mówił o tym kilkakrotnie, a gdy wciąż się nic nie zmieniało, zaczęliśmy traktować to jako żart – wspomina Paweł Nowak. – Jako swoistą formę mobilizacji”. Nikt z nich nie przypuszczał, że jeszcze chwila, a te bajki staną się rzeczywistością.

2. RATUNEK

Panowie z pieniędzmi w końcu się pojawili. Niczym deus ex machina w dramacie antycznym – przybyli nagle, jakby znikąd, i w jednym momencie rozwiązali wszystkie problemy.

W latach 1991–1994 drużynę utrzymywał krakowski optyk Piotr Voigt. Gdy zapał ostygł, a pieniądze zaczęły się kończyć, misji ratowania sekcji piłkarskiej podjął się Piotr Skrobowski. Na przełomie lat 70. i 80. był świetnym piłkarzem, w reprezentacji Polski zadebiutował w wieku 18 lat, w Krakowie miał sieć pizzerii, ale i jego budżet był ograniczony.

Jesienią 1997 roku wszystko się zmieniło. Stanisław Wachowski, który przez pewien czas był udziałowcem Tele-Foniki, zaprosił do Myślenic Piotra Skrobowskiego i Ludwika Mięttę-Mikołajewicza. Spotkali się tam z trzema biznesmenami – Bogusławem Cupiałem, Zbigniewem Urbanem i Stanisławem Ziętkiem.

Podobno Cupiał od razu chciał wiedzieć, ile to będzie kosztować.

Kwota, którą usłyszał, nie zrobiła na nim wrażenia, a dalsze negocjacje okazały się formalnością. Cupiał decyzję już podjął. „Największym problemem było przekonanie trzeciego wspólnika, Zbyszka Urbana. Nigdy nie interesował się piłką nożną, uważał więc, że skoro nasz zakład wciąż jest na rozruchu, lepiej zainwestować te pieniądze w inny sposób”, wspomina Ziętek. W tym trio rządził jednak Cupiał. Gdy udało się zmiękczyć Urbana, 1 października 1997 roku Tele-Fonika wyłożyła 2,4 miliona złotych, przejęła 95 procent udziałów i spłaciła wszystkie długi sekcji.

„Panowie Cupiał i Ziętek podeszli do pomysłu entuzjastycznie. Zbigniew Urban faktycznie początkowo był zdystansowany, ale już po podpisaniu umowy mocno zaangażował się w poprawę infrastruktury na stadionie. Warto zaznaczyć, że w negocjacjach wydatnie pomógł Wojtek Łazarek. Szybko znalazł wspólny język z Bogusławem Cupiałem”, mówi Miętta-Mikołajewicz.

Klub bez piłkarzy

Wkrótce okazało się, że Cupiał kupił klub bez… piłkarzy. Skrobowski utrzymywał, że mimo sprzedaży sekcji zachował część praw do niektórych zawodników. „Wykładałem pieniądze na ich kupno”, argumentował. „Owszem, istnieje jakaś dziwna lista piłkarzy, na której z boku dopisano na przykład 30 procent czy 60 procent i nazwisko Skrobowskiego oraz kogoś jeszcze, ale nic poza tym. Nie ma żadnej podstawy prawnej, by mógł uzyskać od nas pieniądze za nich”, mówił Zbigniew Ochej, który wraz z Bogdanem Zapaśnikiem został oddelegowany z Tele-Foniki do Wisły, aby uporządkować sprawy papierkowe.

„Cupiał nigdy nie lubił takich nieklarownych sytuacji. Koniecznie chciał mieć 100 procent, więc dopłacił i wykupił pełne prawa do wszystkich zawodników – wspomina Zbigniew Koźmiński, któremu nowi właściciele klubu powierzyli stanowisko wiceprezesa (wcześniej działał w sekcji koszykówki). – Czy czuł się oszukany? Po prostu nie zdawał sobie sprawy ze zwyczajów panujących w świecie piłki”.

Niedługo potem nowi szefowie klubu zaprosili zawodników do fabryki Tele-Foniki w Myślenicach.

– Tytuł mistrzowski ma zostać zdobyty jeszcze w tym sezonie – ponoć usłyszeli piłkarze.

W ówczesnej sytuacji klubu brzmiało to jak żart, bo w rundzie jesiennej drużyna przegrywała mecz za meczem. Zawodnicy bezradnie rozglądali się po futurystycznych wnętrzach fabryki. Szybko zrozumieli przesłanie – Wisła miała stać się drużyną na miarę XXI wieku. „Widać było, że ci ludzie dysponują dużymi pieniędzmi”, mówi Świerad. „Pomyślałem, że fajnie, skoro taki przedsiębiorca przejmuje klub. Nie zastanawialiśmy się, jak długo będzie trwała ta współpraca. Cieszyliśmy się dniem dzisiejszym”, dodaje Sarnat.

Wizyta w fabryce nie była jedyną atrakcją, jaką zgotowali piłkarzom nowi właściciele. „Po zwiedzeniu nowoczesnej kliniki wszyscy zostaliśmy zapisani na darmowe leczenie stomatologiczne”, wspomina Nowak. Właściciele doszli widocznie do wniosku, że skoro zawodnicy nie byli darowani, na samym początku należy zajrzeć im… w zęby.

Cracovia była bez szans

Cała ta historia mogła się potoczyć zupełnie inaczej. Bogusław Cupiał był zainteresowany inwestycją w klub piłkarski Dalin, ale w Myślenicach początkowo patrzono na niego nieufnie. Bano się, że chce przejąć klub tylko po to, by zyskać atrakcyjne tereny nad Rabą. Potem pojawił się temat Cracovii, właściciele Tele-Foniki kilkakrotnie spotkali się z prezesem Pasów Kazimierzem Zawrotniakiem. „Rozmawialiśmy o możliwości współpracy – wspomina Ziętek. – Bywałem na meczach zarówno Cracovii, jak i Wisły, zawsze jednak uważałem się za kibica Białej Gwiazdy. Podobnie jak Bogdan [bliscy znajomi i współpracownicy do Bogusława Cupiała zazwyczaj zwracają się per Bogdan i w ten sam sposób o nim mówią. Tak się po prostu przyjęło – przyp. aut.].

Dlaczego ostatecznie wybrali Wisłę, a nie Cracovię? Ziętek przyznaje, że pewną rolę odegrał przypadek, jednak to drużyna z białą gwiazdą była pierwszym wyborem. „Osobiście znaliśmy kilku piłkarzy, poza tym w tamtym czasie Wisła była znacznie popularniejszym klubem od Cracovii. Było to dla nas ważne ze względów komercyjnych, przecież chcieliśmy w ten sposób reklamować naszą firmę”.

Zawrotniak twierdzi, że nie był w stanie przekonać szefów Tele-Foniki, by poważnie zainwestowali w Cracovię: „Gdyby istniała taka szansa, z pewnością bym jej nie zmarnował. Przecież byliśmy wtedy w znacznie gorszej sytuacji niż Wisła! Istniało zagrożenie, że Cracovia stanie się klubem zaściankowym”. Pasy walczyły wówczas z WKS Włocławek i Czuwaj Przemyśl o utrzymanie w drugiej lidze. „Najlepiej dogadywałem się ze Staszkiem Ziętkiem. Podczas meczów na Wiśle mówiłem mu czasem, by pomogli, by wzięli Cracovię, ale na tym się kończyło. Ziętek nie miał tam zbyt wiele do gadania, o wszystkim decydował Cupiał. O ile dobrze pamiętam, dali nam jednak trochę pieniędzy”, mówi Zawrotniak.

Stosunki między dwoma krakowskimi klubami były początkowo bardzo dobre. Zawrotniak dostał za darmo dwóch piłkarzy – Adama Dąbrowskiego i Guya Feutchine. Musiał tylko pokryć ich pensje.

– I tak ich nie potrzebujecie – argumentował.

W Wiśle nie doceniono talentu Feutchine. Po krótkim pobycie w Cracovii Kameruńczyk wyjechał do Grecji, a po trzech latach był już zawodnikiem PAOK-u Saloniki, w którym z powodzeniem grał przez sześć sezonów; trafił też do reprezentacji Kamerunu. W 2001 roku przyjechał do Polski z drużyną narodową na mecz z kadrą Jerzego Engela. Dziwił się, że w reprezentacji Polski nie ma Marka Zająca i Bogdana Zająca, gdyż uważał ich za najlepszych polskich piłkarzy.

Wisła raz jeszcze pomogła Cracovii. W 2002 roku, gdy Pasy grały w trzeciej lidze, między klubami doszło do wymiany terenów. Wisła weszła w posiadanie czterech hektarów w bezpośrednim sąsiedztwie stadionu, Cracovia za to otrzymała obiekty przy ulicy Wielickiej po zlikwidowanym klubie Kabel Kraków oraz pewną kwotę pieniędzy. Bez tych funduszy zapewne by nie przetrwała. Janusz Filipiak dopiero wkrótce potem zaczął wspierać klub, a na terenach otrzymanych w ramach wymiany stworzył ośrodek treningowy.

Zresztą i Filipiak mógł wylądować po drugiej stronie Błoń. W 2001 roku przez krótki okres był sponsorem… koszykarek Wisły. Wyłożył kilkaset tysięcy złotych, od władz klubu otrzymał tytuł sponsora, a od dziewczyn bukiet kwiatów. Później stosunki między klubami nie były już tak udane – Filipiak i Cupiał działali sobie na nerwy, nie spotykali się nawet przy okazji meczów derbowych.

Na kilka dni przed podjęciem przez Tele-Fonikę decyzji o kupnie klubu do Krakowa przyjechała Odra Wodzisław. Prowadziła 2:0, gdy na murawę wtargnęli wściekli kibice. „Ktoś otworzył furtkę i kilkudziesięciu kibiców z sektora dziesiątego wbiegło na boisko. Policja zaczęła ich gonić, a my, ile sił w nogach, uciekaliśmy do szatni – wspomina Marcin Pasionek. – Kibice byli rozwścieczeni nie tylko naszą słabą grą. Wkurzył ich Mariusz Nosal, który po drugiej bramce podbiegł do nich i coś tam im pokazywał”. Wiślaków stać było tylko na honorowe trafienie, autorstwa Świerada, który potem zmarnował rzut karny i ostatecznie goście wygrali 2:1.

Mały handelek?

Nowe standardy miał wprowadzać Wojciech Łazarek – człowiek instytucja w polskim futbolu, ale wtedy już zdecydowanie u schyłku kariery trenerskiej. Podczas wywiadu Jacek Kmiecik z „Super Expressu” zapytał trenera o produkty sponsora klubu, firmy Unimil.

– Dobre, ale mi akurat spadają – odpowiedział w swoim stylu Łazarek.

Tabloid zrobił z tej kwestii myśl przewodnią wywiadu, a sponsor omal nie zerwał umowy z klubem. Łazarek nie rozumiał tych mechanizmów, znacznie lepiej odnajdywał się w realiach piłki poprzedniego ustroju. Przaśny jak i ona sama, miał swoje wydeptane ścieżki.

Jesienią 1997 roku w klubie znano już mocarstwowe plany nowych właścicieli. Łazarek bał się, że w trakcie rundy jesiennej, nim zespół zostanie poważnie wzmocniony, drużyna straci zbyt wiele punktów, by na wiosnę włączyć się do walki o tytuł mistrzowski. Dlaczego by więc, skoro liga jest przesiąknięta korupcją, nie nabyć kilku punktów, zanim zakupi się nowych zawodników…?

„Muszę przyznać, że dopiero gdy weszliśmy w ten biznes, zrozumiałem, jak duża korupcja panowała wówczas w piłce. Mieliśmy wrażenie, że niemal wszystkie mecze są ustawiane – mówi Ziętek. Wspólnie z Cupiałem ustalili, że nie zdecydują się na takie ruchy, ale w klubie nie wszyscy podzielali ich zdanie. – W pewnym momencie były na nas dość duże naciski ze strony trenerów, byśmy zaczęli działać. Rozmawialiśmy o tym przy drinku, raczej na luzie. Uznaliśmy, że są dwie drogi: albo kupujemy punkty, albo kupujemy zawodników, ale łączenie tego nie ma sensu. W końcu stwierdziliśmy, że pójdziemy tą drugą drogą i tak już zostało”. Wedle niektórych źródeł temat powrócił niedługo później, ale o tym będzie nieco dalej.

Nowi właściciele bezradnie patrzyli, jak drużyna, już jako ich własność, ale jeszcze bez nowych zawodników, osuwa się w dół ligowej tabeli. Z ośmiu spotkań pozostałych do końca rundy jesiennej wiślacy wygrali tylko dwa. Rok zakończyli na 13. miejscu w tabeli. Do prowadzącego Widzewa Łódź mieli 12 punktów straty. Zapowiedzi walki o tytuł mistrzowski przyjmowano z niedowierzaniem, ale piłkarze narzekać nie mogli.

„Wszystkie dotychczasowe kontrakty zostały anulowane, a w ich miejsce wprowadzono nowe umowy. Łącznie z premiami zarabiałem jakieś 10 razy więcej niż przed pojawieniem się Tele-Foniki. To był jakiś kosmos. Nikt z nas, ze starej gwardii, się nie targował”, wylicza Paweł Adamczyk. Artur Sarnat dostał pensję w wysokości 50 tysięcy dolarów rocznie i uznał, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Gdy Bogdan Zając wrócił z wypłatą do domu, wyrzucił banknoty w górę, obsypując nimi swojego syna Mateusza. W jednej chwili ligowi biedacy stali się krezusami.

Dziwni panowie

Na szefów Tele-Foniki w klubie długo patrzono podejrzliwie. Obawiano się, że interesują ich tereny w centrum miasta, a nie prowadzenie piłkarskiego biznesu. Krzysztof Budka na stanowisku menedżera generalnego utrzymał się raptem kilka dni. „Wyleciał za wypowiedź na temat stadionu. W wywiadzie dla prasy dał do zrozumienia, że za nowymi właścicielami stoją ogromne pieniądze. Niefortunnie zbiegło się to w czasie z pobiciem syna Zbigniewa Urbana i zostało źle odebrane przez szefów Tele-Foniki. A może był to tylko pretekst? Może nie byli do niego do końca przekonani? W końcu Krzysiek był kojarzony z Legią”, mówi jego kolega z boiska Andrzej Iwan.

Wątpliwości miał też Skrobowski, który po sprzedaży klubu zachował stanowisko prezesa. „Ci panowie zachowują się dziwnie. Mieli wzmocnić Wisłę, a nie znają się na piłce. Zaczynam się zastanawiać, czy dobrze zrobiłem, wpuszczając ich do klubu. Uznają, że wszystko, co działo się wcześniej, było złe”, mówił. Po miesiącu złożył rezygnację.

Po aferze z prawami do piłkarzy nowi właściciele klubu nie cackali się ze Skrobowskim i faktycznie wiele rzeczy im się nie podobało – choćby spółka PMM, której Skrobowski był jednym z trzech udziałowców, a która posiadała wyłączność na zawieranie umów reklamowych w imieniu sekcji piłkarskiej. Zagwarantowaną miała przy okazji sporą prowizję – co ciekawe, im wyższa była umowa, tym wyższy był procent dla PMM (20 lub 30 procent w przypadku umów wartych więcej niż 350 tysięcy złotych). Umowa z PMM została szybko wypowiedziana, z marszu zerwano kontrakt z Unimilem i zapłacono kary umowne.

Niedługo potem rezygnację ze stanowiska dyrektora sekcji piłki nożnej złożył Tadeusz Kurdziel. On również miał wątpliwości, czy nowi właściciele chcą dobra Wisły, czy może zależy im tylko na atrakcyjnych działkach.

Na terenach z pewnością im zależało. „Bogusław Cupiał nie chciał inwestować w nie swój teren. Dwukrotnie próbował przejąć tereny, które historycznie należały do Towarzystwa Sportowego. Nie mogłem na to pozwolić i nie pozwalało na to prawo. Z powodu konfliktu interesów w późniejszych latach dwukrotnie musiałem rezygnować z funkcji prezesa Wisły SSA”, mówi Miętta-Mikołajewicz.

Wątpliwości zostały jednak szybko rozwiane. Nowym właścicielom najbardziej zależało na budowie silnej drużyny. Już wkrótce do Krakowa zaczęły zjeżdżać tabuny klasowych piłkarzy.

3. PLAC BUDOWY

W trakcie treningu Wojciech Łazarek wyjął z kieszeni brzęczącą komórkę. Spojrzał na wyświetlacz. Tego połączenia nie mógł odrzucić.

– Halo, panie prezesie? Tak… Tak… Tak, dobry jest. Przyda się, gwarantuję – cierpliwie odpowiadał na kolejne pytania.

Zapewniał w ten sposób, że pozyskanie Radosława Kałużnego będzie dobrym pomysłem. Piłkarz Zagłębia Lubin był już jedną nogą w Legii, wszystko było ustalone, ale na rynku transferowym Wisła biła wszystkich, nie oglądając się na konsekwencje. Po zapewnieniach ze strony trenera oferta warszawian szybko została przebita.

Kilka tygodni wcześniej nowi właściciele klubu zaprosili Łazarka na spotkanie.

– Proszę sporządzić listę zawodników, z którymi już w tym sezonie zdobędzie pan mistrzostwo Polski – usłyszał.

Wyszedł do drugiego pokoju, a jego telefon rozgrzał się do czerwoności. Gdy wrócił, zaczął wyczytywać kolejne nazwiska oraz orientacyjną kwotę transferu. Przy jednej pozycji jakby się zawahał:

– To może kosztować nieco więcej – cmoknął.

Mimo to na jego rozmówcach podana kwota nie zrobiła większego wrażenia:

– Proszę kontynuować.

W trakcie spotkania nikt nie mówił o planach minimum. Celem na rundę wiosenną było wygranie wszystkich meczów, przegonienie 12 drużyn, odrobienie 12-punktowej straty, skok z pozycji trzynastej na pierwszą i sięgnięcie po tytuł mistrzowski.

– Do końca sezonu zostało 17 kolejek, a więc można zdobyć 51 punktów. Oto nasz cel – usłyszał Łazarek. Mógł go zaakceptować lub zacząć się rozglądać za inną posadą.

Negocjacje transferowe z zawodnikami były wyjątkowo krótkie. Gdy piłkarz zjawiał się na spotkaniu, na stole czekała pusta kartka.

– Niech pan napisze, ile od nas oczekuje, a na pewno się dogadamy – mówili właściciele.

W takiej atmosferze rozmowy były formalnością. „Strasznie zepsuliśmy wówczas rynek. Śmiano się z nas nawet za granicą: »Co to za dziwny klub, który nawet nie próbuje negocjować cen«. Działaliśmy bez rachunku ekonomicznego, bez jakiegokolwiek hamulca. Odbiło się to potem na wszystkich polskich klubach, bo kontrakty poszły w górę”, wspomina Zbigniew Koźmiński. Zgadza się z tym ówczesny prezes Legii Marek Pietruszka. „Próbowałem się porozumieć z prezesem Wisły Ludwikiem Mięttą-Mikołajewiczem. Zgodziliśmy się, że postaramy się nie wchodzić sobie w drogę, aby nie podbijać niepotrzebnie cen”, mówi. Wyjątkiem był transfer Kałużnego.

„Powiedziałem Ludwikowi, że od dłuższego czasu prowadzimy rozmowy z Zagłębiem w sprawie Kałużnego. Zapewniłem, że jeśli nie dojdziemy do porozumienia, dam mu znać, ale na razie prosiłem go, by dali nam pierwszeństwo. Zgodził się, a my w pewnym momencie dogadaliśmy się z Zagłębiem, o czym poinformowałem Wisłę. Mieliśmy zapłacić za Kałużnego 600 tysięcy złotych. Piłkarz też zgodził się na transfer”, mówi Pietruszka. Dzień później odebrał telefon z Zagłębia. „Powiedzieli, że Wisła daje 50 tysięcy więcej. Wkurzyłem się, bo miało tego nie być. Podniosłem stawkę do 700 tysięcy, a potem dostałem sygnał, że Wisła znów nas przebiła. Licytowałem się z nimi przez kilka dni. Doszedłem do miliona 150 tysięcy złotych, po czym zrezygnowałem, bo uznałem, że Kałużny nie jest wart tych pieniędzy”, wspomina. Mylił się.

Lepiej niż na Zachodzie

Wisła działała z nieznanym dotąd rozmachem. Tu nie chodziło tylko o budowę drużyny, to był krok milowy w rozwoju polskiej piłki, która w latach 90. wciąż była krainą bylejakości. Nagle pojawiła się firma jakby z innego biznesowego świata. Piłkarze otrzymywali w pełni profesjonalne kontrakty, po wygranym meczu do szatni nie wchodził prezes z walizką pieniędzy, to, co na papierze, zgadzało się z tym, co na koncie, a  pensje wypłacano bez choćby dnia poślizgu.

Pierwszym oficjalnie sfinalizowanym transferem było pozyskanie Daniela Dubickiego z ŁKS-u Łódź. „Chciałem zmienić klub, bo miałem dość siedzenia na ławce rezerwowych. W ŁKS-ie w ataku grali Marek Saganowski i Mirek Trzeciak”, wspomina. Nie przewidział, że lada moment krakowski klub pozyska jeszcze 12 innych zawodników i w Wiśle również nie będzie mieć pewnego miejsca w składzie.

Największe wrażenie robiły transfery z lig zagranicznych. Okazało się, że polski klub jest w stanie konkurować finansowo z zespołami z Austrii, Belgii czy Francji. „Nie było mi źle w Belgii – mówi Grzegorz Kaliciak. – Gdy zadzwonili z Krakowa, ustaliłem z menedżerem, że walniemy takie żądania, by się odczepili. Tak zrobiliśmy, a Wisła natychmiast się zgodziła… Gdy kilka dni później przyjechałem do Krakowa, czekała już na mnie gotowa umowa z ustalonymi wcześniej warunkami. W Wiśle zarabiałem więcej niż w Belgii”. Tego w polskiej piłce jeszcze nie było.

Lepszy kontrakt niż w KRC Genk otrzymał także Krzysztof Bukalski, choć początkowo do całej sprawy podchodził z dużym dystansem. „Nim udałem się na rozmowy, zrobiłem mały wywiad środowiskowy. Chciałem się dowiedzieć, czy nowi właściciele klubu nie znikną za kilka miesięcy, bo w tamtych latach takie historie często się zdarzały – mówi. Wynegocjował dobry kontrakt, chociaż w rozmowach nie uczestniczył jego agent. – Nawet nie przyjechał do Krakowa, a prowizję zapewne zgarnął”, dodaje ze śmiechem.

Kolejne transfery finalizowano błyskawicznie i w Polsce zaczęto zdawać sobie sprawę, że w Krakowie powstaje bardzo silna drużyna. Teraz Łazarek musiał się zmierzyć z innymi problemami – klęska nieurodzaju zamieniła się w problem bogactwa.

Kiedyś miał podobny problem w Izraelu. Objął zupełnie nieznaną mu drużynę, a wkrótce przyjechał z nią na zgrupowanie do Zakopanego. W ciągu kilku dni z 40-osobowej kadry wybrał 20 zawodników.

– Wojtek, jak ty tak szybko zobaczyłeś, kto się nadaje, a kto nie? – zapytał go Jerzy Kowalik.

– Synuś, to się robi tak – Łazarek chrząknął. – Ustawiłem ich w rzędzie i kazałem odliczać. Parzystych wziąłem, nieparzystych odstrzeliłem.

– A co jeśli wśród tych odstrzelonych był jakiś dobry chłopak? – dociekał Kowalik.

Łazarek miał już gotową odpowiedź:

– Chujowo stał.

Bo wrócicie do domu!

Gdy w styczniu Łazarek zabrał zespół na zgrupowanie do Wisły, próbował zapanować nad grupą blisko 50 zawodników. Klub wynajął chyba wszystkie wolne kwatery w mieście, bo nie znaleziono hotelu z odpowiednią liczbą miejsc. „Graliśmy cztery sparingi w ciągu jednego dnia, a i tak mieliśmy jednego rezerwowego”, wspomina ze śmiechem Marcin Pasionek. Podczas treningu w hali piłkarze zderzali się głowami. Z zespołem trenowało kilku testowanych zawodników, w tym pierwszy (!) bramkarz Spartaka Moskwa Aleksandr Filimonow. Nie wiadomo jednak, czy ktokolwiek miał czas, by przyjrzeć się ich umiejętnościom.

Podobny tłok był na drugim obozie, w Zakopanem. „Praktycznie każdego dnia dojeżdżał nowy zawodnik. Po treningu siadaliśmy przy recepcji, popijaliśmy kawkę i czekaliśmy, kto nowy dziś przyjedzie”, wspomina Bogdan Zając, który otrzymał wówczas ofertę z GKS-u Katowice. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej przyjąłby ją bez chwili zastanowienia. Teraz grzecznie podziękował i postanowił podjąć walkę o miejsce w składzie przebudowywanej drużyny Wisły.

Pewnego dnia panowie uznali, że trzeba się zintegrować, więc silną ekipą ruszyli w miasto. Za cel obrali popularną w Zakopanem dyskotekę Morskie Oko przy Krupówkach. Spotkali tam piłkarzy GKS-u Katowice. Nastąpił kolejny etap integracji. „Co tam się działo! Niektórzy przyjmowali już pozycje horyzontalne”, wspomina Kaliciak. Najwytrwalsi wrócili do hotelu nad ranem, co nie umknęło Łazarkowi. Na drugi dzień wzywał imprezowiczów na rozmowy.

– Zaraz zadzwonię po busa i wrócicie do Krakowa! – straszył. – A ty co, spod Waterloo jesteś, że będziesz sobie tutaj wódeczkę pił? – pytał Kaliciaka.

Groźbą szybkiego wylotu ze zgrupowania najmniej przejął się Kałużny, który do Zakopanego przyjechał tuż przed imprezą.

– Nawet nie zdążyłem się rozpakować. Tylko zęby umyłem – wzruszył ramionami.

Mimo takich zawirowań praca na boisku szła pełną parą i Łazarek szybko zmontował z tych chłopaków bardzo dobrą ekipę.

Lista Łazarka

Pewne jest, że trener nie spodziewał się tak wysokiej skuteczności transferowej nowych właścicieli klubu. W wypowiedziach dla prasy mówił o delikatnym wzmocnieniu drużyny, tymczasem w trakcie dwóch miesięcy pozyskano 13 zawodników. Wykazał się Zdzisław Kapka, który był odpowiedzialny za finalizowanie najtrudniejszych transakcji. „Gdy gdzieś jechał, nie było obawy, że wróci z pustymi rękoma. Tydzień siedział na miejscu, a dobił targu. I nie istniało ryzyko, że weźmie coś na boku”, wspomina Ziętek.

Szaleństwo transferowe pochłonęło około 2,5 miliona dolarów i poskutkowało powstaniem najsilniejszej drużyny w kraju. Takich pieniędzy w tak krótkim czasie jeszcze nigdy nie rzucono na polski rynek. Nawet wtedy, gdy Legia Warszawa czy Widzew Łódź budowały drużyny na Ligę Mistrzów.

Dziś praktycznie nikt już nie pamięta, kto dokładnie był na owej liście Łazarka. „W sprawie Marcina Kuźby byliśmy już dogadani, jednak Górnik wycofał się nagle z wcześniejszych ustaleń”, wspomina Ziętek. Mówiło się o Tomaszu Kłosie, Marku Saganowskim, Tomaszu Wieszczyckim, Mirosławie Trzeciaku, Rafale Kaczmarczyku, Pawle Wojtali, a nawet o podstarzałym już Zbigniewie Mandziejewiczu… Próbowano ściągnąć do Krakowa praktycznie każdego wyróżniającego się piłkarza. Wisła płaciła najlepiej w kraju, ale i tak nie każdego była w stanie przekonać do przenosin pod Wawel.

„Z Marcinem Mięcielem osobiście rozmawiałem dwa razy. Nie chciał do nas przyjść, bo przecież Wisła walczyła wówczas o utrzymanie, a on z Legią w minionym sezonie sięgnął po wicemistrzostwo”, mówi Ziętek. Za Olgierda Moskalewicza Waldemar Folbrycht, szef Pogoni Szczecin, zażyczył sobie milion marek, co sprowadziło na ziemię nawet Cupiała i spółkę, ze Szczecina wzięto więc Grzegorza Nicińskiego. Łazarkowi i Stanisławowi Ziętkowi wpadł w oko podczas jesiennego meczu krakowian z Pogonią. Biała Gwiazda prowadziła już 2:0, jednak potem Niciński zdobył kontaktową bramkę, przy drugiej asystował i mecz zakończył się remisem. Od Moskalewicza był o połowę tańszy.

Moskalewicz też trafił do Krakowa, ale dopiero rok później. Nie chciał się ruszać ze Szczecina, ale nawet on miał już po dziurki w nosie fatalnej sytuacji finansowej Pogoni. Jego karta zawodnicza została zastawiona w restauracji Korner. „To była jadłodajnia, w której stołowała się drużyna. Przez kilka miesięcy narastał dług Pogoni wobec restauracji, więc w końcu przekazano tam w zastaw moją kartę”, wspomina.

Gdy w styczniu 1999 roku Wisła ponowiła swoją ofertę, Moskalewicz był już zdecydowany na przenosiny. „W Pogoni wszyscy piłkarze mieli już dość tej sytuacji. Cieszyłem się, że pieniądze z mojego transferu [1,25 miliona złotych – przyp. aut.] pozwoliły na uregulowanie choć części zobowiązań klubu wobec zawodników – mówi piłkarz, który po zmianie barw klubowych znalazł się w zupełnie innej rzeczywistości. – Z panem Kapką porozumiałem się praktycznie natychmiast. Dostałem więcej, niż oczekiwałem. A gdy przyjechałem do Krakowa, okazało się, że mój kontrakt jest… jeszcze wyższy. Trzeba przyznać, że była to miła niespodzianka”.

Był jeden piłkarz, który choć trafił do Wisły, długo nie mógł się z nią dogadać, a nawet zerwał negocjacje. „Gdy usłyszałem, że mam podpisać kontrakt na dziesięć lat, podziękowałem za rozmowę, spakowałem się i wróciłem do Łęcznej. To były przejściowe czasy, w kraju wiele się zmieniało, firmy pojawiały się, by zaraz zniknąć, i po prostu przestraszyłem się tak długiej umowy – mówi Jakub Wierzchowski. – Sprawa ucichła, ale po trzech tygodniach Wisła odezwała się ponownie z propozycją krótszego kontraktu i tym razem szybko się dogadaliśmy. Szefowie klubu zadzwonili do mnie ze zgrupowania w Izraelu. Już nawet nie wiedziałem, z kim rozmawiam, bo co chwilę przekazywali sobie słuchawkę”. Jeśli chodzi o finanse, porozumiał się w jednej chwili.

Kolega w Barcelonie

W szaleństwie transferowym pozyskano kilku zawodników, którzy niemal od razu stali się zbędni. Adam Paluszek z WKS-u Wieluń grał w reprezentacji Polski U-18, był uznawany za spory talent, ale w Krakowie go nie ujawnił. „Trener Łazarek dawał mi sygnały, że będzie na mnie stawiać, ale wszystko popsuły kontuzje. Najpierw zerwałem mięsień, potem uszkodziłem staw skokowy. Kolejne miesiące mijały, a szansa na grę w pierwszej drużynie bezpowrotnie uciekała. Dostałem jeszcze szansę od Oresta Lenczyka. Zagrałem w sparingu, strzeliłem zwycięską bramkę i złamałem nos, co znów wykluczyło mnie na jakiś czas z gry”, wspomina Paluszek. Głośniej zrobiło się o nim dopiero wtedy, gdy bramki w sparingach zaczął strzelać Tomasz Frankowski ubrany w koszulkę z nazwiskiem „Paluszek” na plecach.

Pechowy zawodnik czuje żal do Wisły: „Przy podpisywaniu kontraktu troszkę mnie oszukano. Nie zwracałem uwagi na poszczególne punkty w umowie. To był błąd, bo potem nie miałem gdzie spać i za co jeść”. Przez pięć sezonów błąkał się w rezerwach, w pierwszym zespole nawet nie zadebiutował. Potem próbował sił na Wyspach Owczych i w niższych ligach niemieckich. W wieku 26 lat dał sobie spokój z piłką. Dziś mieszka i pracuje w Anglii.

Inne nieudane transfery? Grzegorz Jurczyk w kadrze zespołu terminował dwa lata, również bez szans na grę, w końcu oddano go z powrotem do Victorii Jaworzno. Do ekstraklasy wrócił po latach, jako piłkarz Polonii Bytom. Arūnas Pukelevičius, pozytywnie zaopiniowany przez Łazarka, rozegrał dwa mecze jako rezerwowy, po zakończeniu sezonu wylądował w Chinach, wreszcie wrócił na Litwę. „Facet nie wyróżniał się nawet wtedy, gdy zsyłano go do nas, do drużyny rezerwowej”, wspomina Rafał Wójcik.

Drugim obcokrajowcem, który pojawił się w Wiśle podczas pierwszego zaciągu Tele-Foniki – i który, mimo trudnych początków, w krakowskiej drużynie poradził sobie znacznie lepiej – był Sunday Ibrahim. Na transfer namówił go Czesław Boguszewicz, polski trener pracujący wówczas w Nigerii. Wprost z upalnego Lagos niespełna 18-letni Ibrahim trafił do zasypanego śniegiem Zakopanego. Najpierw na testy. „Nie znałem języka, a nikt w drużynie nie mówił po angielsku. Gdy rozpoczynał się trening, nie wiedziałem, co będziemy robić ani jak długo potrwa. Gdy biegliśmy w góry, nie miałem pojęcia, czy zaplanowano krótki, czy może dwugodzinny bieg. Zaciskałem zęby i robiłem to, co inni, bo bardzo, ale to bardzo nie chciałem wracać do Nigerii jak inni piłkarze, którym nie wyszło w Europie – mówi Ibrahim. – W młodości przyjaźniłem się i rywalizowałem z Samuelem Okunowo. Ja byłem kapitanem Greater Tomorrow, a on kapitanował Liberty Boys. W tym samym czasie, gdy ja trafiłem do Wisły, on został zawodnikiem Barcelony i wygrywał rywalizację o miejsce w składzie z Michaelem Reizigerem. To dodawało mi przekonania, że i ja poradzę sobie w Wiśle”, dodaje. Szybko przekonał do siebie Łazarka i wkrótce podpisał siedmioletni kontrakt.

Gardzicie solanką?

Po naładowaniu akumulatorów w Wiśle i Zakopanem formę piłkarską wykuwano w warunkach iście bojowych. Wojciech Łazarek załatwił zgrupowanie w Izraelu, co nie okazało się najszczęśliwszym pomysłem. Pięć miesięcy wcześniej, po serii zamachów bombowych palestyńskich terrorystów, Izrael zawiesił wszelkie rozmowy pokojowe. „Nie było za ciekawie. Mieszkaliśmy na obrzeżach Tel Awiwu, a ludzie mówili o wojnie; rozdawano maski gazowe, niektórzy zabijali okna dechami. Nie mieliśmy kontaktu z Polską. Padały propozycje, by wcześniej wrócić do kraju”, wspomina Sarnat.

Za przewodnika robił grający wówczas w Izraelu Kazimierz Moskal, który w latach 80. i 90. przez osiem sezonów grał w Wiśle. W 1990 roku zgłosił się po niego Lech Poznań, szykujący się do kwalifikacji do Ligi Mistrzów. „Nie chciałem odchodzić z Krakowa, ale byłem świeżo po ślubie, urodził się nam syn, a nie zanosiło się, bym od Wisły dostał obiecane mieszkanie”, wspomina. Mimo protestu kibiców krakowianie sprzedali swojego asa za dwa miliardy starych złotych, co stanowiło wówczas wartość około 200 tysięcy dolarów. Do Krakowa mógł wrócić bardzo szybko, bo początkowo Lech nie wywiązywał się z zobowiązań. Mimo to w Poznaniu spędził aż cztery sezony. Potem przeniósł się do Izraela, gdzie przez cztery lata był gwiazdą Hapoelu Tel Awiw. „Długo zastanawiałem się, czy wyjazd w tamten rejon świata to dobry pomysł. Pół roku przede mną trafił tam mój kolega z Lecha Damian Łukasik i mówił, by nie przejmować się tym, co mówią w telewizji, tylko śmiało przyjeżdżać. I faktycznie, żyło się tam całkiem normalnie, choć ze trzy razy zdarzyło się, że prosiłem w klubie o bilet powrotny do Polski”, wspomina. Tuż przed przyjazdem Wisły do Izraela zmienił barwy klubowe na Maccabi Ironi Aszdod. „W pewnym momencie doszło do dość napiętej sytuacji między Libanem a Izraelem. Nad głowami latały samoloty i nie czułem się z tym zbyt dobrze. »Za głośno huczą? Nie możesz spać?«, pytali w klubie, gdy o tym wspominałem”, mówi. Gdy przyjechała Wisła, szalał ze szczęścia. Raz postanowił zabrać kolegów do knajpy – wykonał pięć kursów swoim nissanem micrą, żeby wszystkich przywieźć, tyle samo razy musiał później obrócić, by wszystkich odstawić z powrotem do hotelu.

Poza wszystkim zgrupowanie w Izraelu okazało się dla drużyny dobrym przetarciem. Rozegrano kilka wartościowych sparingów, w tym z Dynamem Kijów, które cztery miesiące wcześniej w Lidze Mistrzów rozbiło na Camp Nou Barcelonę 4:0. Z Wisłą kijowianie zagrali w praktycznie najsilniejszym składzie, był to dla nich element przygotowań do ćwierćfinałowych meczów z Juventusem Turyn. Na boisko wybiegli i Andrij Szewczenko, i Serhij Rebrow. Po wyrównanym boju wiślacy przegrali 1:2. Bramkę dla Wisły zdobył Marek Koniarek, dla którego było to jedyne trafienie podczas pięciomiesięcznego pobytu w krakowskim zespole.

Pod Wawel trafił krótko przed przejęciem zespołu przez Tele-Fonikę. „Jesienią grałem regularnie, ale miałem pecha pod bramką. Zimą przydałem się, bo pomagałem ściągnąć do Wisły Ryśka Czerwca. Potem uznałem, że w tej nowej Wiśle nie będzie dla mnie miejsca. Prezes Cupiał super się zachował i puścił mnie za darmo do GKS-u Katowice”, mówi Koniarek.

Spotkanie z Dynamem toczyło się w specyficznej atmosferze. Krakowianie chcieli sfilmować jego przebieg, jednak osobnicy w skórzanych kurtkach – kibice, działacze czy ochroniarze, nie do końca wiadomo – dość wyraźnie zasugerowali, że nie jest to najlepszy pomysł. Pod koniec spotkania omal nie doszło do regularnej bijatyki. Jeden z Ukraińców ostro zaatakował Polaka tuż przy linii bocznej, pod nosem Łazarka. Trener natychmiast, niczym rozjuszony nosorożec, ruszył w stronę rywala, w krok za nim poderwali się rezerwowi, w ciągu kilku sekund byli tam już wszyscy. Chemia w tym zespole była od samego początku – zakopiańska integracja dała dobre rezultaty.

Podczas zgrupowania na piłkarzy czekało sporo przyjemności. Pierwszą miała być wycieczka nad Morze Martwe, szybko jednak okazało się, że kąpiel w tak zasolonej wodzie kilkanaście godzin po meczu nie jest dobrym pomysłem – sól podrażniała każde, niewidzialne nawet zadrapanie.

– Ja wam tutaj solankę załatwiłem, a wy co? Gardzicie? – pieklił się Łazarek, kiedy piłkarze, jeden po drugim, jak poparzeni wyskakiwali na brzeg.

Dyskoteka z Cupiałem

Do Izraela z drużyną polecieli nowi właściciele klubu. Niektórzy wciąż patrzyli na nich podejrzliwie. „Prezes Cupiał uspokajał nas, że szybko z tego biznesu się nie wycofa. Powiedział, że wie, ile to kosztuje, i że chce sponsorować klub przez przynajmniej dziesięć lat”, mówi Krzysztof Bukalski. „Pewnego wieczoru zaprosił nas na dyskotekę: »Chłopcy, bawimy się, rachunek otwarty«”, wspomina Kazimierz Węgrzyn.

Powtarzać dwa razy nie musiał. Łazarek z przerażeniem patrzył, jak piłkarze z minuty na minutę coraz bardziej się rozkręcają. Po pierwszych drinkach hamulce puściły i już nikt nie pamiętał, że są przecież na zgrupowaniu piłkarskim, a za dwa tygodnie ruszają rozgrywki ligowe. Na parkiet wyskoczyli wszyscy, nawet ci, którzy z powodu kontuzji nie mogli grać w meczu z Dynamem. Łazarek siedział tuż obok parkietu i wszystko uważnie filmował. W końcu, około 3.00 nad ranem, podszedł do Tomasza Kulawika:

– Zbieraj chłopaków i do hotelu, bo robi się za wesoło – rozkazał.

Gdy udało się zgromadzić całą drużynę, piłkarze podeszli do stolika Cupiała, by się pożegnać. Ten był zawiedziony. „Pytał: »Wojtuś, czemu chłopcy muszą iść? Przecież tak dobrze się bawią«. Było to z jego strony bombowe, spontaniczne zachowanie. To zgrupowanie dużo nam dało w kwestii budowania atmosfery w zespole”, mówi Węgrzyn.

Podobnie jak w Zakopanem, także w Tel Awiwie część piłkarzy wykradła się na nocną wycieczkę. Jacek Matyja, który został w hotelu, miał za zadanie zablokować tylne drzwi małym kamieniem – chodziło o to, by wyglądały, jakby były zamknięte, ale by się nie zatrzasnęły. Nad ranem imprezowa ekipa wraca do hotelu, patrzy, a tam w drzwiach zatknięty ogromny głaz, który tylko cudem nie został dostrzeżony przez hotelową obsługę. Aby dotrzeć do tylnych drzwi, trzeba było pokonać wysoki murek. Grzegorz Kaliciak stracił równowagę i z impetem runął w dół, w efekcie skręcił kostkę. Na drugi dzień Łazarek popatrzył na niego podejrzliwie:

– Kostka? A kiedy ty to niby zrobiłeś?

W trakcie meczu z reprezentacją olimpijską Izraela (1:1) jeden z rywali rozorał Węgrzynowi łydkę. „Miałem 12-centymetrową ranę, prawie do mięsa”, wspomina. Przed meczem z Dynamem Kijów Łazarek wezwał go do swojego pokoju. Gdy wszedł, zobaczył trenera w towarzystwie Bogusława Cupiała.

– To co, grasz jutro? – zagaił trener.

– Trenerze, raczej nie, mam głęboką ranę na nodze.

– No to pokaż.

Węgrzyn zaczyna zdejmować opatrunek. Łazarek z Cupiałem w napięciu czekają na to, co zobaczą. Wreszcie im oczom ukazuje się paskudna rana. Właściciel klubu odruchowo odwraca głowę, trener udaje niewzruszonego:

– Synuś, zawiniesz plastrem, założysz dechę, raz jeszcze zaplastrujesz i będzie dobrze!

Węgrzynowi nie pozostało nic innego, jak zabezpieczyć ranę i zagrać w meczu z Dynamem.

Podczas zgrupowania nowi właściciele klubu również postanowili pobiegać za piłką. Wojciech Łazarek, Stanisław Wachowski i Stanisław Ziętek w jednej drużynie, Jerzy Kowalik (asystent Łazarka), Zdzisław Kapka i Bogusław Cupiał w drugiej. Ten ostatni uznał, że koledzy z zespołu, jako byli piłkarze, sami załatwią sprawę. „Prezes Cupiał siedział w ataku na stołeczku. My mieliśmy rozegrać i podać mu piłkę, wtedy on szybko wstawał i – pyk – do bramki”, wspomina ze śmiechem Kowalik.

W starciu z Kowalikiem poważnej kontuzji kolana doznał Ziętek. „Zderzyliśmy się. Jurek wstał, otrzepał się i był gotów do dalszej gry. Ja już się nie podniosłem”, opowiada. Innych urazów brakowało. Drużyna była gotowa.

4. PREMIERA

Wreszcie stało się. Wiosną 1998 roku na listach przebojów królował Perfect z utworem Niepokonani. Taka sama miała być Wisła, która 7 marca na odnowionym stadionie ruszyła w pościg za czołówką. W podstawowym składzie znalazło się aż pięciu zawodników ze „starej” drużyny. I właśnie oni, a dokładnie Jacek Matyja oraz Tomasz Kulawik, zdobyli bramki, dzięki którym Wisła pokonała GKS Katowice 2:0. Spośród 13 nowych nabytków w podstawowym składzie znalazło się miejsce dla sześciu; jeszcze Daniel Dubicki wszedł po przerwie z ławki rezerwowych. Fajerwerków nie było, w przerwie meczu (przy stanie 1:0) Łazarek psioczył w klubowym korytarzu:

– Idzie nam jak kurwie w deszcz!

Faktycznie padało, ale aż tak źle nie było, okazało się bowiem, że wystarczyło sześć tygodni, by za pieniądze Tele-Foniki przeistoczyć zlepek nazwisk w całkiem sprawnie działającą drużynę. Różnicę między starą a nową Wisłą najmocniej odczuł Artur Sarnat. „Do tej pory w każdym meczu miałem mnóstwo roboty. Człowiek schodził z boiska umordowany, bo przez 90 minut cały czas żył, bronił, ustawiał zespół, dyrygował obroną. Ciągle było coś do roboty. Nagle nic. Koniec. Zaczęło się od pojedynku z GKS-em Katowice. Od tego momentu miałem w spotkaniu dwie lub trzy sytuacje i tyle. Był to dla mnie problem, bo musiałem się nauczyć utrzymywać koncentrację na wysokim poziomie. Miałem znacznie mniej do roboty, za to do szatni schodziłem umordowany psychicznie”, opisuje.

Przebudowana została nie tylko drużyna, ale też stadion – w ekspresowym tempie postawiono dwie nowe trybuny. Prace trwały do samego końca – jeszcze tuż przed meczem tu i ówdzie stały betoniarki. I mimo że w nocy ktoś złośliwy rozsypał na murawie odłamki szkła, inauguracja odbyła się bez większych komplikacji.

Gin z tonikiem

Bogusław Cupiał zadebiutował w roli gospodarza. Jego nowe królestwo, loża zwana od teraz cupiałówką, niewielki balkonik liczący 55 miejsc, stała się obiektem pożądania najróżniejszej maści biznesmenów. Każdy chciał być możliwie blisko, mieć wpływ na klubowe decyzje, wkraść się w łaski, ubić jakiś interes albo najzwyczajniej w świecie najeść się i napić. Ci, dla których zabrakło miejsca w cupiałówce, jak niepyszni siadali w dolnej loży, pośród dziennikarzy i mniej prominentnych gości. W przerwie grzecznie ustawiali się w kolejce po frytki i kiełbaskę z rusztu.

Tam, na samej górze, między krzesełkami sprawnie krążył pan Jasio – niepozorny kelner z hotelu Cracovia. „Bogdan lubił, jak się piło to, co on, więc początkowo wszyscy zgodnie zamawiali gin z tonikiem. Gdy ktoś się wyłamywał, od razu był podejrzany”, wspomina Ziętek. Zbigniew Koźmiński na dźwięk słów „gin z tonikiem” od razu się krzywi. „Tyle tego wtedy wypiliśmy, że wciąż czuję obrzydzenie”.