Winni jesteśmy wszyscy - Bartosz Szczygielski - ebook + audiobook

Winni jesteśmy wszyscy ebook i audiobook

Bartosz Szczygielski

3,9

57 osób interesuje się tą książką

Opis

Istnieją miejsca, do których nie należy zaglądać,

a także czyny, których nie wolno się dopuścić.

I to za żadną cenę.

W piątkowe popołudnie, kiedy wszyscy myśleli już o weekendzie, Konrad Łazar zastanawiał się nad czymś innym. Próbował zrozumieć, jak doszło do tego, że była kochanka wykrwawia się na jego oczach i, co ważniejsze, dlaczego nie udało mu się tego przewidzieć.

Przecież na co dzień płacono mu za to, by zbierał informacje. By układał je w logiczne ciągi i przewidywał następstwa pewnych wydarzeń. W końcu był w tym naprawdę dobry.

Tego się jednak nie spodziewał. Podobnie jak faktu, że odtąd nikt w jego otoczeniu nie będzie bezpieczny, a śmierć upomni się o wszystkich, na których mu zależy.

Wkrótce Konrad wyruszy do miejsca, w którym wszystko się zaczęło, a które należy spalić do szczętu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 373

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 24 min

Lektor: Filip Kosior

Sortuj według:
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

Wraz z upływem mojego terminu przydatności do spożycia, z nocnej sowy staję się porannym ptaszkiem. Nie narzekam, bowiem te wczesne poranki przeznaczam na lekturę przy pierwszej kawie. I nie zdarzyło mi się jeszcze, by przez książkę zawalić sobie cały plan dnia, a przy "Winnych" przepadałam dla świata. Nieważne budziki, timery i krzyk zgrozy mojej córki, tak mocno pochłonęła mnie ta historia, że po prostu nie mogłam i nie chciałam przestać. Wokół Konrada zaczynają ginąć ludzie. I choć ich śmierć wygląda na zupełnie przypadkową i niepowiązaną ze sobą, on podejrzewa, coś zgoła innego. Już poprzednia książka Szczygielskiego wywarła na mnie tak duże wrażenie, że pamiętam ją do dziś, a to moim zdaniem świadczy o jakości. "Winni jesteśmy wszyscy" jest do niej porównywana, a moim zdaniem stoi level wyżej. Pierwszym zaskoczeniem była sekwencja zdarzeń, autor przedstawia je od końca, powoli zmierzając do ich źródła. Następnie mamy przeskok w czasie do przodu o pół roku i dzień po dniu...
10

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Bartosz Szczygielski, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Anna Rychlicka-Karbowska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Anna Nowak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Krzysztof Iwański

Fotografia autora: Mikołaj Starzyński

 

Na okładce wykorzystano ilustrację Gustave’a Dorégo Hell at Last,

Yawning, Received Them Whole, wykonaną około 1886 roku

do wydania Raju utraconego Johna Miltona.

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66736-18-4

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redkacja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla M., bez której nie byłoby mnie

 

 

 

 

 

17.42

 

 

 

 

Śmierć miała znajomą twarz.

Widywał ją regularnie i znał na pamięć prawie każdy jej fragment. Miała oczy w kolorze suchego cementu. Otoczone cienką warstwą skóry, spod której przebijały żyłki ciągnące się pomiędzy pieprzykami. Każda sekunda spędzona na biurowej wykładzinie pozwalała mu lepiej zapamiętać szczegóły. Zapamiętać tę chwilę. Wiedział, że będzie do niej wracał wielokrotnie, a z każdym kolejnym razem pamięć będzie odbierała mu detale, które teraz były wyraźne jak nigdy wcześniej. Z czasem wszystko pokryje mgła.

Identyczna z tą, która zbliżała się do źrenic Agnieszki.

Nie mógł zrobić nic, żeby ją zatrzymać.

Włosy kobiety zsunęły się z czoła i wylądowały w świeżej kałuży krwi. Czuł bijące od niej ciepło. Metaliczny zapach wdzierał się do nozdrzy i napierał dalej, by wryć się w sam środek mózgu. Powoli. Kolejny szczegół, który będzie prześladował go przez następne miesiące, by zniknąć później pod naporem innych myśli.

Konrad przesunął się odrobinę w stronę Agnieszki. Na tyle, na ile pozwalało mu rozerwane przez kulę ciało. Odgarnął włosy z jej twarzy. Zostawiły na skórze ślady jak po pędzlu.

– Spokojnie – powiedział, przysuwając się bliżej. – Spokojnie.

Dzwonienie w uszach powoli ustawało. Zaczynały docierać do niego dźwięki otoczenia. Krzyki z sąsiednich pokojów. Jeden po drugim. Głosy przerażenia, których nie potrafił rozróżnić, a które nagle się urwały, zagłuszane przez huk wystrzału. Znał ten dźwięk. Walther P-99. Polimerowy szkielet. Częściowo napięta iglica.

Podniósł się z podłogi i oparł plecami o biurko. Spojrzał na leżące obok ciało. Kałuża wokół głowy Agnieszki robiła się coraz większa, coraz cieplejsza. I miał wrażenie, że coraz bardziej lepka. Zbliżała się do jego nóg, a on nie robił nic, żeby ją powstrzymać.

Położył dłoń na głowie kobiety. Wyczuł tam miękką masę. W opuszek palca wskazującego wbił się kawałek czaszki. Na wykładzinie obok nich było ich pełno. Czuł to, choć nie mógł ich zobaczyć. Jedyne, co widział, to krew wsiąkająca we włókna.

– Spokojnie.

Mówił do siebie. Agnieszka już nie słuchała, a jeżeli to robiła, to z zupełnie niedostępnego dla niego miejsca. Konrad spojrzał na kobietę po raz ostatni, a potem zajął się sobą. Nie mógł dłużej czekać. Krew wypływająca z rany pod prawym obojczykiem zniszczyła mu już koszulę i spodnie. Jeszcze chwila, a zabierze mu znacznie więcej.

Pochylił się i lewą dłonią sprawdził, czy na plecach ma ranę wylotową. Zdawało mu się, że trwało wieczność, zanim wymacał fragmenty rozerwanej tkanki.

– Opanuj się. – Rozejrzał się po pokoju.

Znał tę przestrzeń lepiej niż własne mieszkanie. Liczba mebli była podobna. Minimalizm w czystej postaci, by przychodzący tu klienci widzieli wyłącznie tyle, ile musieli. Pasowało mu to. Wcześniej nie zwracał na to uwagi, ale wcześniej nie wykrwawiał się, siedząc oparty o biurko, które kosztowało równowartość dwóch jego pensji. Teraz zamiast prostych mebli wolałby mieć pod ręką apteczkę, żeby zatamować krwawienie. Jeżeli nie zrobi tego w ciągu kilku minut, straci przytomność, a wtedy już nic nie będzie w stanie zdziałać.

Zestaw pierwszej pomocy wisiał na ścianie przy biurku sekretarki. Pamiętał to ze szkolenia BHP. Dzieliło go od apteczki kilkanaście metrów. Wystarczyło wyjść na korytarz, minąć ekspres do kawy i miałby na wyciągnięcie ręki gazę i bandaż. Liczył, że ktoś dbał o to, by wnętrze apteczki było uzupełnione. Takie rzeczy też miały termin przydatności do użycia.

Jego zbliżał się niebezpiecznie szybko.

Musiał improwizować. Prawa część ciała wyglądała tak, jakby dostała główną rolę w filmie o zombie, więc postanowił zaufać lewej. Zaczął macać dłonią po powierzchni biurka. Musiał uważać, żeby nie strącić kawy w jednorazowym kubku. Nie zdążył wypić nawet połowy, kiedy wszystko trafił szlag.

Natrafił na długopis, który położył sobie na kolanach – zamierzał skorzystać z niego za chwilę. Kolejny traf był już znacznie lepszy. Apaszka w kolorze dojrzałego awokado. Agnieszka rzuciła ją niedbale na blat, gdy do niego przyszła. Spojrzał na metkę, choć wyczuł pod palcami, że źle trafił.

– Jasna cholera. – Zgniótł materiał w dłoni. – Jedwab.

Równie dobrze mógł zrobić opatrunek z ażurowego obrusu, ale nie miał wyboru. Wiedział, że w tej chwili liczy się ucisk, nic więcej. Resztą zajmą się medycy, o ile zdążą przyjechać, zanim dostanie kolejną kulkę.

Konrad przycisnął apaszkę do rany najmocniej, jak potrafił. Oznaczało to, że ledwo musnął ciało. Palce zachowywały się tak, jakby wsadził rękę w gniazdko elektryczne. Drgały nieustannie w takt coraz szybciej bijącego serca.

Apaszka przesiąkła krwią w parę sekund. Luksusowe materiały nie nadawały się na pole walki. Nawet jeżeli to znajdowało się w centrum Warszawy, a on z okna widział Pałac Kultury. Miejsce, w którym się umiera, nie miało najmniejszego znaczenia. Zdawał sobie z tego sprawę lepiej niż Agnieszka. Śmieszyło go to, jaką przykładała wagę do stroju, i to że nie chciała wyjść z mieszkania, jeżeli buty nie pasowały do torebki. Teraz jedna ze szpilek leżała pod ścianką działową, a druga obok jej siniejącej stopy. Na żadnej nie dostrzegł śladów krwi.

Życie jest pełne niespodzianek, pomyślał, dociskając materiał do ciała.

Zrobiło się przeraźliwie cicho, a to nie oznaczało niczego dobrego. Złapał za długopis i włożył go do ust. Ściągnął skuwkę zębami, a następnie wypluł ją na podłogę. Zacisnął długopis w dłoni na tyle, na ile starczyło mu sił. Przycisnął pięść do klatki piersiowej, tak by końcówka długopisu była na dole. Prowizoryczna broń, ale jeżeli będzie miał szczęście, to wystarczy.

Podniesienie się z podłogi kosztowało go więcej, niż zakładał. Biurko stało trzy metry od miejsca, gdzie kilka minut temu znajdowały się drzwi. Teraz na progu widział kupkę mlecznego szkła i klamkę. Obszedł biurko i ruszył w stronę korytarza.

Wyjrzał ostrożnie z gabinetu.

Wszystkie dźwięki, których na co dzień nawet nie rejestrował, teraz uderzyły w niego z podwójną mocą. Minilodówka stojąca pod ekspresem do kawy brzęczała niemiłosiernie. Zagłuszała wszystkie jego myśli. Musiał się skupić, jeżeli chciał wyjść z tego żywy. Zrobił pierwszy krok, uważając, żeby nie stanąć na szkło. Wolał nie wzbudzać dodatkowego hałasu. Szczególnie że nie wiedział, gdzie teraz znajduje się strzelec.

Przechodząc wzdłuż korytarza, zajrzał ostrożnie do kolejnego z gabinetów. Monika, która wiecznie zostawiała w zlewie brudny kubek po kawie, płakała cicho pod swoim biurkiem. Nawet nie zwróciła na niego uwagi. Wpatrywała się w swoje nogi i resztki rajstop, które je oblekały. Chciał jej powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale nigdy nie był dobrym kłamcą, więc nawet się nie odezwał.

Miał ruszyć dalej, ale zatrzymał się w pół kroku.

Mężczyzna stał na końcu korytarza. Tuż przy biurku sekretarki, która leżała na podłodze. Żyła, ale potrzebowała nowych spodni. Strzelec wpatrywał się prosto w niego. Włosy miał zlepione od krwi, a biała koszulka z podobizną Myszki Miki wyglądała, jakby przed chwilą wyciągnął ją z pralki i zarzucił niedbale na siebie. Kilkanaście minut temu ta koszulka była biała. Teraz ledwo można było dojrzeć jakikolwiek inny kolor niż czerwień.

– Spokojnie. – Konrad przycisnął długopis mocniej do piersi.

Był za daleko, żeby zaatakować. Wychodząc ze swojego gabinetu, liczył na to, że uda mu się zajść faceta od tyłu. Wbiłby mu wtedy długopis w tętnicę szyjną i zakończył to przedstawienie. Kiedy stał z nim twarzą w twarz, był na straconej pozycji. Nóż w tej sytuacji sprawdziłby się znacznie lepiej, ale Konrad nie mógł wybrzydzać. Nauczono go korzystać z tego, co miał pod ręką. Czegokolwiek, co dawało choć najmniejsze szanse przeżycia.

– Porozmawiajmy – zaproponował, robiąc krok do przodu. – Możemy…

Nie zdążył dokończyć zdania. Mężczyzna podniósł pistolet i przyłożył go sobie do skroni. Konrad nawet nie próbował go powstrzymać. Patrzył tylko, jak w jednej chwili facet stoi wyprostowany kilka metrów od niego, by w kolejnej jego ciało zwaliło się na podłogę. Twarz strzelca wybuchła przy tym, rozsadzając lewy oczodół i plamiąc fragmentami mózgu wszystko wokół.

Resztki faceta były wszędzie.

Wliczając w to usta sekretarki.

 

 

 

 

 

17.30

 

 

 

 

Sekretarka biura wyglądała na niezadowoloną.

Konrad mógł się tego spodziewać. Było już grubo po siedemnastej, i na dodatek piątek. Dziewczyna utknie w korku w zatłoczonym autobusie, kiedy tylko wyjdzie z pracy. Mógł ją pocieszyć i powiedzieć, że to nie nastąpi jeszcze przez najbliższą godzinę, a gdy wreszcie do tego dojdzie, ruch na drogach będzie mniejszy, ale wolał nic nie mówić. Postawił tylko na jej biurku przyniesiony z dołu kubek z kawą. Ostrożnie przesunął po blacie dwie saszetki z cukrem tak, jakby dostarczał amfetaminę. Wiedział, że Ewelina oficjalnie nie słodzi, a przynajmniej nie wtedy, kiedy ktoś patrzy. W szufladzie miała schowany cały arsenał saszetek z cukrem, podkradanych regularnie z każdej kawiarni, w której postawiła stopę. Korzystała z niego w ekstremalnych sytuacjach. Teraz potrzebowała dodatkowego zastrzyku energii, bo on potrzebował jej jeszcze przez chwilę.

– Przepraszam, że cię w to wciągam – powiedział do jej pleców. Dźwięk kserokopiarki sprawił, że musiał mówić głośniej, niżby sobie tego życzył. – Wynagrodzę ci to.

Zdawało mu się, że dziewczyna wzruszyła ramionami, ale równie dobrze mogła przekładać kolejne kartki na skanerze. Do biura mógłby teraz wejść Donald Trump, a Ewelina nie zwróciłaby na niego uwagi. Była już po pracy i bliska tego, by włączyć tryb weekendowy, czyli wyciszyć służbowy telefon i zaszyć się w domu z książką. Doskonale mógł sobie wyobrazić, jak wyglądało jej życie. Bardzo mu to ułatwiła.

Obserwował jej konto na Instagramie.

– Będę u siebie. – Zaczął się wycofywać. – Zostaw mi, proszę, wszystko na biurku, jak skończysz. Dziękuję.

Niewzruszona postawa Eweliny mówiła mu, że będzie musiał solidne odpokutować za swoje zachowanie. Wprawdzie Konrad mógł jej zlecać dodatkowe zadania, których nie miała w umowie, ale wolał tego nie nadużywać. Zwłaszcza po tym, jak poszli na jedną, bardzo nieudaną randkę, zakończoną wizytą na SOR-ze. Od tamtej pory zawsze, kiedy jadł na mieście, pytał, czy w daniu są orzechy nerkowca. Tracił cały swój urok osobisty, gdy zaciskały mu się drogi oddechowe.

Kobieta odwróciła się w jego stronę i omal nie upuściła trzymanych w dłoniach dokumentów.

– Chryste, Konrad. – Zmrużyła oczy i głęboko odetchnęła. – Nie skradaj się tak do ludzi, co?

Odłożyła kartki na blat, a potem wyciągnęła z uszu słuchawki. Niewielkie pchełki, które zamaskowane zostały czarnymi włosami opadającymi na ramiona. Żałował, że ich randka nie przebiegła inaczej, bo Ewelina wydawała się naprawdę przemiłą dziewczyną. Nawet teraz, kiedy musiała zostać po godzinach, uśmiech nie schodził jej z twarzy. Konradowi wydawało się, że czasem dalej z nim flirtuje, ale kiepsko wychodziło mu czytanie takich znaków. Wolał proste, nieskomplikowane sygnały.

– Wybacz – odpowiedział z uśmiechem. – Sądziłem, że mnie słyszysz.

– Sprawdzałam, co tam nowego na Spotify – wyjaśniła. – Dobrze, że cię zauważyłam, bo jeszcze byś się obraził, co?

Puściła do niego oczko. Wyciągnęła dłoń z jedną ze słuchawek, a Konrad zobaczył na jej przedramieniu długą bliznę. Znak, że dziewczyna kiedyś próbowała się pożegnać ze światem i nawet była na tyle uparta, że przejechała po żyłach wzdłuż. Nigdy o tym nie mówiła, a on nie pytał. Doceniał za to fakt, że Ewelina nie ukrywała swojej blizny. Nosiła ją z dumą, co uważał za dość niespotykane, ale godne pochwały.

– Posłuchaj, może ci podejdzie.

Lekko się zawahał, zanim włożył słuchawkę do ucha, nie do końca bowiem ufał jej gustowi muzycznemu. Zanim wylądowali w szpitalu, rozmawiali chwilę o ulubionych kapelach. Spodobało mu się, gdy powiedziała, że słucha ciężkich brzmień. Potem wspomniała o Linkin Park, a on połknął orzeszek i randka dobiegła końca przy dźwiękach jego zamykającego się gardła. Gdy teraz Konrad usłyszał w słuchawce pierwsze dźwięki utworu, który polecała mu Ewelina, postanowił, że zaprosi ją na spotkanie raz jeszcze.

Kiedyś.

– Całkiem niezłe. – Pokiwał głową. – Co to?

– Grinding Teeth. – Uśmiechnęła się. – Make Them Suffer.

Bał się przyznać, że nie wie, która z nazw odnosi się do kapeli. On ze swoją edukacją muzyczną zatrzymał się na ostatnim albumie Death. Okazjonalnie sprawdzał, co tam nowego u Slayera, ale ostatnio robił to coraz rzadziej. Lubił po prostu to, co już dobrze znał. Spojrzał na leżący na blacie telefon dziewczyny z nadzieją, że może zobaczy tam okładkę albumu, ale wyświetlacz był czarny. Podobnie jak cały sprzęt. Flagowiec. Może nie najnowszej generacji, ale dalej niemal wybitny telefon z prawie czystym Androidem na pokładzie.

Zaimponowała mu.

– Wiesz, że wtedy, podczas kolacji, żartowałam, prawda?

– Teraz wiem. – Oddał jej słuchawkę. – Dobra, idę dokończyć ten raport i się zbieram. Pół godziny maksymalnie.

– Spokojnie. Nigdzie mi się nie śpieszy.

Zatrzymał się w pół kroku.

– Mogę cię potem podrzucić do domu. Jeżeli chcesz, oczywiście.

– Rozważę.

Sięgnęła po przyniesioną przez Konrada kawę, ściągnęła plastikową nasadkę i wsypała do środka cały cukier. Nigdy nie widział, żeby ktokolwiek słodził kawę z taką zmysłowością.

– Pół godziny – obiecał. – Maks czterdzieści minut.

Nie czekał na odpowiedź. Upił potężny łyk swojego napoju i ruszył korytarzem do gabinetu. Chciał jeszcze skorzystać z toalety. Odświeżyć się odrobinę, zanim wróci do stukania w klawisze. Czuł, jak koszula lepi mu się do pleców. Z tym nic już nie zrobi, ale przynajmniej będzie mógł opłukać twarz.

Sądził, że w biurze nie ma już nikogo, ale mijając poszczególne pokoje, zauważył, że prawie wszyscy dalej siedzą na swoich miejscach i wpatrują się w ekrany laptopów. Kiwał tylko głową ze zrozumieniem. Sam był w podobnej sytuacji. Przechodząc obok stanowiska z kawą, zauważył, że Monika po raz kolejny zostawiła na nim swój brudny kubek. Starał się nie być złośliwy, mimo wszystko miał jednak nadzieję, że kiedyś ktoś ją za to solidnie ukarze.

Dotarł do toalety, ale drzwi były zamknięte.

– Zawsze coś – powiedział do siebie.

Przełożył wizytę na później. Zatrzymał się przed swoim gabinetem i spojrzał na mleczne szkło. Widniał na nim tylko numer pokoju, ale liczył na to, że kiedyś na podobnych drzwiach zobaczy swoje nazwisko. Teraz dzielił gabinet z jeszcze jednym pracownikiem biura, ten jednak rzadko pojawiał się na miejscu. Wszystkim to odpowiadało, a Konradowi najbardziej. Lubił myśleć, że ta przestrzeń jest tylko jego.

Wszedł do środka, gdzie oprócz designerskiego biurka i równie designerskiej komody nie było praktycznie nic. Taki sam zestaw mebli stał w drugim końcu pokoju, ale Konrad nie zwracał na niego uwagi. Miał swoją przestrzeń i to na niej się skupiał. Postawił kubek z kawą na biurku i podszedł do okna. Musiał dokończyć raport, który obiecał wysłać szefowi dziś do końca dnia. Zwykle w praktyce oznaczało to, że przesłałby go za pięć dwunasta, ale tym razem chciał zrobić sobie wolny wieczór. Dlatego też poprosił Ewelinę o pomoc. Nie spodziewał się, że tak przyjemnie się to potoczy.

Życie jest pełne niespodzianek, pomyślał.

Podobało mu się to zdanie.

Nagle wydało mu się, że poczuł zapach stoiska z cukierkami. Słodki, a w zbyt dużej ilości powodujący odruch wymiotny. Odwrócił się i zobaczył, że w drzwiach stoi Agnieszka. Wyglądała na zdenerwowaną, czyli dokładnie tak, jak zawsze. Zamknęła przeszklone drzwi, choć nigdy wcześniej tego nie robiła. Szybko podeszła do jego biurka i rzuciła na nie swoją apaszkę oraz torebkę. W środku coś zabrzęczało, a Konrad miał wrażenie, że to coś prawie się stłukło. Kiedy kobieta podeszła bliżej, nie mógł oderwać wzroku od jej łydek. Agnieszka zawsze chodziła po biurze w szpilkach, które uwydatniały jej największe atuty. Podkreślała je dodatkowo dopasowanym do ciała kostiumem. Dziś w kolorze latte. Blond na jej głowie pasował do ubrania, co nie mogło być przypadkiem.

– Myślałem, że masz dziś wolne – powiedział, podchodząc do krzesła, żeby poprawić wiszącą tam marynarkę. Zrobiłby teraz cokolwiek, byle tylko nie kontynuować rozmowy. – Jestem zajęty. Czego chcesz?

Nie lubił tej wersji samego siebie. Oschłej. Pragmatycznej. Nieprzyjemnej. Agnieszka sama do tego doprowadziła, dobrze o tym wiedział. Traktowała go identycznie od kilku tygodni. Wymieniali się jedynie zdawkowymi informacjami, które pozwalały im koegzystować w tej samej biurowej przestrzeni. Nic ponadto.

Już nie.

– Musiałam zostawić dokumenty Monice. – Agnieszka zbliżyła się odrobinę, a on poczuł zapach perfum, które jej podarował. – Masz ochotę na kawę?

– Mam kawę – odparł, wskazując na kubek stojący na blacie. – Słuchaj, naprawdę nie mam czasu.

Rozejrzała się po biurze.

– Jesteś sam? – Wskazała głową na przeciwległą część gabinetu. – Sądziłam, że…

– Aga – przerwał jej. Czuł, do czego to może zmierzać. – Jak to nic związanego z pracą, to naprawdę nie mam teraz czasu.

Obserwował, jak zmienia się wyraz jej twarzy. Zniknęła zaciętość, którą widział, kiedy wchodziła do gabinetu. Zastąpiła ją dziwna błogość.

– Konrad…

W szpilkach była prawie jego wzrostu. Teraz, kiedy znajdowała się kilka centymetrów od niego, odniósł wrażenie, że zrobiła się mniejsza. Bezbronna. Nie rozumiał, co się dzieje. Od dawna tak się nie zachowywała, a on od dawna nie miał tak wielkiej ochoty na to, by ją odtrącić. Nie wpadać w to samo bagno, z którego ledwo udało mu się wyrwać, i to nie do końca z własnej woli. Wiedział, że będzie tego żałował, ale pozwolił Agnieszce się przytulić. Położyła głowę na jego ramieniu, a Konrad wahał się, czy powinien ją objąć. Zamknął oczy i wziął głęboki wdech. Uwielbiał zapach jej włosów.

Mango i kokos.

Kiedy otworzył oczy, spostrzegł, że za drzwiami gabinetu ktoś stoi. Nie spodziewał się dziś już nikogo, ale postać ukryta za mlecznym szkłem chyba nie zamierzała wchodzić do środka. Sterczała na korytarzu i wpatrywała się w nich. Wpadające przez okna światło sprawiało, że byli widoczni jak na dłoni. Mężczyzna uniósł rękę, a Konrad zdążył tylko napiąć mięśnie.

Kula przeszyła głowę Agnieszki, a potem jego ciało.

Kawa na biurku nawet nie drgnęła, kiedy upadali.

 

 

 

 

 

17.15

 

 

 

 

Upadające na podłogę pieniądze przykuły uwagę baristki.

– Przepraszam – powiedział, schylając się po drobne. – Sekunda.

Zbieranie z posadzki drobniaków nie było najłatwiejszym zadaniem. Nie kiedy dzień wcześniej, jak w każdy czwartek, obciął paznokcie prawie do zera. Włosy ścinał co drugi tydzień. Z początku nie wychodziło mu to najlepiej, ale po kilku miesiącach nabrał takiej wprawy, że nie musiał nawet korzystać z lustra. Szybko potrafił się zaadaptować, co uważał za jedną ze swoich największych zalet. Okazjonalną niezdarność traktował jako wadę, ale tej w CV nie podawał.

– Już, już. – Wyprostował się i położył zebrane pieniądze na kontuarze. – Dwie duże latte na wynos poproszę.

Stojąca naprzeciwko dziewczyna uśmiechnęła się do niego uroczo.

– Jeszcze złotówka – powiedziała, wstukując coś na kasie fiskalnej. – Muszę doliczyć kubki.

– Ach, tak, jasne.

Konrad zaczął przeszukiwać kieszenie. Wyszedł z biura tylko na chwilę, więc zostawił marynarkę na krześle. Teraz tego żałował. Nie wziął ze sobą portfela, a jedynie fajki, kartę dostępu i trochę drobnych. Grzebiąc w kieszeniach, magicznie nie wyciągnie z nich dodatkowej gotówki.

– Do której mają państwo czynne?

– Do osiemnastej.

– Obiecuję, że doniosę tę złotówkę. – Uśmiechnął się i wywinął kieszenie spodni na drugą stronę. – Dziś.

Zależało mu na dramatycznym geście. Każdy rozmówca, niezależnie od tego, kim był, obserwował go tak samo czujnie, jak on jego. Różnica między nimi była taka, że Konrad doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Niewielkie rozproszenie, odwrócenie uwagi od tematu pozwalało mu przełamać lody. Pokazać swoją ludzką stronę i wyjść poza obraz faceta z wielkiego biurowca, który chce oszczędzić złotówkę na kawie. Złotówkę, którą baristka będzie musiała potem oddać z napiwków lub, co gorsza, z pensji. Teraz był po prostu zapominalskim facetem w potrzebie.

– Będę wdzięczna – odpowiedziała i zamknęła kasę. – Kawa na zwykłym?

– Innego nie uznaję.

Odszedł od kontuaru, by nie przeszkadzać dziewczynie w pracy. Sam nienawidził, kiedy ktoś patrzył mu na ręce. Schował jeszcze do kieszeni kilka dodatkowych opakowań z cukrem i rozejrzał się po kawiarni. Dwa stojące tam stoliki były już puste. O tej godzinie rzadko kto zostawał w biurowcu. Jedynie desperaci lub ci, którzy mają coś ważnego do zrobienia. A już na pewno nikt nie kręcił się tutaj w piątkowe popołudnie.

Kawiarnia w holu biurowca była dla wielu jego pracowników jedynym miejscem w okolicy, gdzie mogli liczyć na dobrą kawę. W biurze Konrada, jednym z kilkunastu w budynku, to, co wylewało się z ekspresu, smakowało jak błoto. Nie pomagały pisma do dyrekcji z prośbą o zmianę sprzętu i nowe ziarna do mielenia. Nikt też nie kwapił się do zrobienia firmowej zrzutki, ale każdy na kawę narzekał.

Baristka dopiero zabierała się do przygotowywania jego zamówienia, więc miał jeszcze chwilę na to, by zapalić.

– Za dwie minuty jestem – powiedział.

Wyszedł z kawiarni zagłuszony przez dźwięk mielonych ziaren. Przed biurowcem panował typowy piątkowy chaos. Na chodniku roiło się od ludzi, którzy maszerowali w stronę przystanku tramwajowego. Stali tam wyprostowani niczym na szkolnym apelu i czekali, aż przyjedzie wyczekiwany przez nich środek transportu. Ten, który zabierze ich do domu, gdzie spędzą najbliższe dwa dni, martwiąc się o to, że w poniedziałek będą musieli zacząć od początku.

Konrad wyciągnął papierosa z paczki i odpalił. Nie był na przerwie od trzynastej. Przy życiu trzymała go myśl, że jest na ostatniej prostej i będzie mógł trochę odetchnąć. Kończył właśnie duże zlecenie i trochę zmusił do pomocy sekretarz biura. Ta druga kawa była dla Eweliny w ramach podziękowania. W końcu to przez niego dalej siedziała na czwartym piętrze, zamiast być już w drodze do domu.

– Hej.

Facet, który stanął obok niego, wyglądał dziwnie znajomo. Konradowi zajęło chwilę, zanim przypomniał sobie, że razem pracują. Kika razy nawet rozmawiali o tym, o czym się rozmawia na przerwach. Wiedział, jakie ten człowiek ogląda seriale na Netfliksie i gdzie chce wyjechać na wakacje. Był nowy i siedział po drugiej stronie biura. Raz pożyczył mu nawet kartę wejściową, bo Konrad zostawił swoją w domu. Pracownicza przysługa, która nic nie znaczyła, a dawała szasnę na rewanż w przyszłości. Teraz Konrad go nawet nie poznał, bo stojący obok mężczyzna miał na sobie koszulkę z Myszką Miki, a nie koszulę. Wielkie uszy na jego piersi przyciągały uwagę.

– Hej – odparł.

Za nic nie potrafił przypomnieć sobie, jak mężczyzna ma na imię.

– Wchodzisz jeszcze na górę? – spytał tamten, poprawiając wojskowy plecak. – Mam… Zapomniałem zabrać laptopa, a mam trochę pracy w weekend i nie wziąłem karty.

– Czekam na kawę i zaraz wracam – odparł Konrad, zaciągając się po raz kolejny. Spojrzał przez okna biurowca w stronę kawiarni. Baristka dopiero się rozgrzewała i chyba zamierzała namalować mu na kawie jakiś obraz ze spienionego mleka. – Masz, jak się śpieszysz. Chwilę tu jeszcze postoję.

Ściągnął z karku smycz, na której miał zawieszoną kartę. Facet wziął ją od niego i przez chwilę gładził palcami.

– Dzięki – odpowiedział.

– Tylko nie zatrzaskuj drzwi, okej? Przymknij je, to nie będę musiał odrywać Eweliny od pracy.

– Pewnie. – Kolega poprawił plecak. – Miałem szczęście, że cię tu spotkałem. Życie jest pełne niespodzianek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ

 

 

 

 

 

KONRAD ŁAZAR

 

 

DZIEŃ PIERWSZY – PONIEDZIAŁEK

 

 

06.00

 

 

Dwadzieścia siedem.

Konrad Łazar próbował złapać oddech. Wyregulować go choć do tego stopnia, by nie brzmieć jak młynek do kawy, do którego wrzucono garść kamieni. Leżał na podłodze i wpatrywał się w sufit. Dostrzegł na nim kilka nowych pęknięć, gdzie łuszczyła się farba. Gapił się w nie przez moment, a potem usiadł i sprawdził na smartwatchu swoje tętno. Powyżej stu dwudziestu, czyli nie umarł, choć odnosił wrażenie, że niewiele mu brakuje. Powracanie do formy sprawiało mu więcej trudności, niż podejrzewał. O wiele więcej. Wcześniej nie miał idealnej kondycji, ale przynajmniej potrafił zrobić codzienny trening bez stanu przedzawałowego.

Dwadzieścia siedem pompek.

O trzy więcej niż w zeszłym tygodniu. Uznał to za sukces. Przed dwoma miesiącami ledwo dochodził do dziesięciu. Jeszcze kilka tygodni i powinien dobić do upragnionej czterdziestki. Potem do pięćdziesiątki, a wtedy będzie musiał znaleźć sobie nowy cel.

Poczuł wibracje na nadgarstku. Zegarek przypomniał mu, że powinien się pośpieszyć, jeżeli chce zdążyć na czas do pracy. Kiedyś korzystał z niego jako budzika. Teraz już nie musiał, bo wstawał o piątej. Codziennie. Spojrzał na cyfrową tarczę.

Szósta rano.

Poniedziałek.

Cztery stopnie.

Kolejny poniedziałek po zwolnieniu lekarskim, kiedy miał stawić się w biurze, i kolejny, kiedy pojedzie na Wolę, by tam poczuć się jak ścierwo. Powinien do tego doliczyć jeszcze wizytę w Ursusie, ale nie miał na to siły. Jeszcze nie teraz. Próbował nie myśleć o sobie jak o największym błędzie swoich rodziców, ale mu to nie wychodziło. Ścierwo i tak było najłagodniejszym określeniem, jakie przychodziło mu do głowy. Konrad nie potrafił inaczej na siebie patrzeć. Nie po tym, co się stało. Sam do tego doprowadził, choć wszyscy próbowali wmówić mu co innego. On wiedział lepiej. W końcu był wtedy na miejscu.

Wstał z podłogi i rozprostował plecy.

Muszę tu posprzątać, pomyślał, rozglądając się po salonie.

Kilkanaście metrów kwadratowych wypełnionych pustką. Przy jednej ze ścian Konrad postawił regał, gdzie chciał wystawić swoje książki. Kiedy go zmontował, okazało się, że całe jego zbiory mieszczą się na jednej półce. Reszta pozostała pusta. Za to dokupił drugi regał, by choć trochę zapełnić przestrzeń. Oprócz tych dwóch smutnych mebli w pokoju nie było nic więcej. Każdy oddech Konrada odbijał się echem od ścian, co doprowadzało go kiedyś do furii. Ostatnio przestał zwracać na to uwagę.

Podszedł do leżącej pod ścianą listwy rozdzielającej. Miał tam podpięte telefony – dwa na Androidzie, a ostatni na iOS. Jednego ze smartfonów, z których korzystał, specjalnie nie aktualizował, więc sprzęt już ledwo działał. Drugiemu nie mógł nic zarzucić, podobnie jak iPhone’owi. Na co dzień korzystał z tego z Androidem. Lepiej parował się ze smartwatchem, choć zdarzało się, że powiadomienia przychodziły na niego z opóźnieniem. Przynajmniej jeżeli chodzi o wszelkiego rodzaju komunikatory, bo wiadomość o nowym mailu dostawał od razu. No i zawsze mógł znaleźć sparowany telefon, jeżeli gdzieś go zapodział. Wystarczyło wybrać odpowiednią funkcję, a ten piszczał tak głośno, że nawet sąsiedzi wiedzieli, gdzie jest.

Zdjął zegarek i podłączył go do ładowarki. Sprawdził poziom baterii leżącego obok smartfona.

Miał o jakieś 95 procent więcej energii od niego.

Konrad od miesięcy czuł się zmęczony. Lekarz zapewniał, że to minie. Powiedział mu także, że ramię wróci do pełnej sprawności. W obu wypadkach minął się z prawdą, więc kolejną wizytę Konrad sobie odpuścił. W gabinecie pojawił się tylko po to, by przyznano mu zdolność do pracy. Nikt nie robił mu problemów.

Wypiął kabel ze smartfona i sprawdził, czy przyszły do niego jakieś nowe wiadomości. Zrobił to odruchowo. Wiedział, że w skrzynce odbiorczej nie ma niczego nowego, w przeciwnym wypadku dostałby wcześniej powiadomienie na zegarek. Czekał na ważnego maila. Chciał to mieć już za sobą.

Zabrał telefon do łazienki.

Rozebrał się i przyjrzał odbiciu w lustrze. Przejechał palcami po bliźnie, która jednocześnie wydawała mu się szorstka i gładka. Ilekroć na nią patrzył, miał wyrzuty sumienia. Nie robił niczego, żeby je zagłuszyć. Alkohol odstawił już dawno. Raz wymieszał go z bunondolem, który przyjemnie rozpuszczał się pod językiem i niesamowicie go rozluźniał. Łazar niewiele więcej pamiętał z tamtego dnia. Wtedy zdecydował, że może warto odstawić leki. Zresztą prawie nie bolało. Czasem odczuwał sztywność i coś mu wypadało z dłoni. Mógł się do tego przyzwyczaić, a po cichu liczył, że kiedyś to minie.

Włączył Spotify i wybrał listę, którą przygotował w chwili, kiedy opuścił szpital. Rozpoczynał ją Widower, ale teraz Konrad przynajmniej wiedział, jak nazywa się zespół. Wszystko mu się zgadzało. Słowa utworu, muzyka i nazwa kapeli. Odkręcił wodę i wszedł pod prysznic. Chciał zagłuszyć wszystko, co działo się wokół niego.

Make them suffer, pomyślał.

Idealna nazwa dla kapeli.

 

 

07.40

 

Cierpiał, stojąc przed domofonem.

Próbował przypomnieć sobie numer mieszkania, ale za każdym razem, gdy tu przychodził, drzwi do klatki schodowej były otwarte. Po prostu wchodził, wsiadał do windy i wysiadał na szóstym piętrze. Nic więcej. Teraz jak na złość metalowe drzwi stawiały opór, a on robił się coraz bardziej sfrustrowany. Zakupy trzymane w dłoni sprawiały, że drętwiała mu cała ręka, ale nie miał zamiaru pokonywać tej trasy po raz drugi. Wziął wszystko z bagażnika samochodu na raz i choć teraz tego żałował, na zmianę decyzji było już za późno.

– Pieprzone RODO – powiedział, gapiąc się na liczby przy przyciskach.

Zdawał sobie sprawę, że ochrona danych osobowych nie ma tutaj nic do rzeczy. Nazwiska z list lokatorów zniknęły na długo przed tym, zanim RODO rozpełzło się po świecie. Konrad nie miał jednak na kogo zwalić winy za swoją obecną sytuację, więc robił to, co potrafił najlepiej. Improwizował. Wiedział, że zazwyczaj w tego typu blokach umieszczano po dwa mieszkania na jednym piętrze. Wcisnął przycisk na domofonie i odczekał, aż z głośnika wydobędzie się zachrypnięty głos. Nie potrafił do niego przywyknąć, choć był tu już wielokrotnie.

– Halo?

– To ja, otwórz.

Pomylił się. Domofon odebrał mężczyzna. Konrad postawił więc na sprawdzoną kartę, która działała niemal zawsze. Przynajmniej na starszych osiedlach, gdzie mieszkańcy znali się od lat. Mówił szybko i zwięźle, tak by nie dawać rozmówcy czasu do namysłu. Pewność siebie otwierała wiele drzwi, a ludzka naiwność sprawiała, że nawet te zamknięte stawały czasem otworem. Wystarczyło znaleźć sposób, a ludzie robili dokładnie to, czego się od nich oczekiwało.

Ciche brzęknięcie udowodniło, że miał rację.

– Dzięki – rzucił w stronę domofonu i wszedł do środka.

Wspinając się na półpiętro, uświadomił sobie, gdzie popełnił błąd w wyliczeniach. Wprawdzie na wyższych kondygnacjach znajdowały się tylko po dwa mieszkania, ale na parterze aż trzy. Konrad zakłócił więc spokój facetowi z piątego piętra i miał nadzieję, że ten nie wyjdzie na korytarz w oczekiwaniu na starego znajomego, który nigdy się nie pojawi. Przewidywał, że sam kiedyś wyląduje w dokładnie takiej samej sytuacji. Miał już prawie czterdziestkę, a na horyzoncie widział jedynie pustkę. Wysprzątane mieszkanie, codziennie to samo jedzenie i telewizor od lat nastawiony na ten sam kanał. Wszystko, byle tylko nic nie zmieniać.

Wsiadł do windy i pożałował, że nie ma ze sobą zatyczek do nosa. Któryś z sąsiadów musiał ostatnio bardzo mocno imprezować. Podłoga wyglądała tak, jakby wylano na nią wszystkie możliwe rodzaje alkoholi, a całość doprawiono treścią żołądka połowy drużyny piłkarskiej. Ewentualnie średniej wielkości konia. Cuchnęło jak w rzeźni. Starał się niczego nie dotykać. Równie dobrze mógł później spalić buty, które miał teraz na sobie. Poszedłby schodami, ale wycieczka na szóste piętro ze wszystkimi torbami kosztowałaby go zbyt wiele. Dalej nie czuł się w pełni sił, a im bliżej celu się znajdował, tym mocniej to odczuwał.

Zanim wysiadł z windy, przeczytał jeszcze wszystkie napisy na ścianach. Najwyraźniej dziewczyna spod dwunastki lubiła dobrą zabawę. Ktoś nawet wyrył w sklejce jej numer telefonu, ale dwie ostatnie cyfry zostały czymś zalepione. Wyglądało to jak guma do żucia, ale Konrad od lat nie widział nikogo, kto by ją żuł. Wolał nie sprawdzać, co to może być. Poniżej markerem dopisano nick ostraniunia69.

Uśmiechnął się pod nosem.

Z ulgą przyjął to, że winda w końcu skończyła swoją podróż. Barkiem otworzył drzwi i wydostał się na korytarz. Płaszcz też mógł uznać za stracony. To samo pomyślałby o palcu, którym wcisnął przycisk z numerem piętra, ale był do niego przywiązany. Odkażanie powinno wystarczyć. Zatrzymał się w pół kroku i wziął głęboki wdech.

Drzwi do mieszkania były już uchylone.

Za każdym razem czuł się dokładnie tak samo. Wielka gula zbierała mu się tuż pod grdyką i ilekroć próbował ją przełknąć, ta robiła się coraz większa. Jeszcze kilka takich wizyt i się udusi. Znów głęboko odetchnął, poprawił uchwyt na torbach i wszedł do mieszkania.

– Dzień dobry, pani Marto – powiedział, kładąc pakunki na podłodze i zamykając za sobą drzwi. – Przepraszam za spóźnienie. Nie mogłem znaleźć miejsca parkingowego.

Mieszkanie było niewielkie, a przynajmniej takie sprawiało wrażenie. Przytwierdzona do ścian boazeria mocno je wizualnie zmniejszała. Czuł się tu jak w klatce, choć klatki nie mają powierzchni pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Dwa pokoje, osobna kuchnia, łazienka i korytarz. Wszystko w zasięgu wzroku obite drewnem, któremu przydałaby się renowacja, a najlepiej śmietnik. Niektóre z desek na ścianach wypaczyły się już od wilgoci, która osiadała na skórze w chwili, kiedy przestąpiło się próg.

Konrad wiedział, gdzie kierować pierwsze kroki. Po lewej stronie miał kuchnię – wizytę zawsze zaczynał od tego miejsca. Odrobinę dalej była niewielka sypialnia i na wprost łazienka. Na końcu korytarza znajdował się salon. Stojąc przy drzwiach, czuł zapach, który się z niego wydobywał. Mieszanka leków, potu i desperacji.

Śmierdziało szpitalem.

– Mówiłam ci tyle razy, żebyś mówił mi po imieniu.

Wychodząca z kuchni kobieta ledwo się poruszała. Marta Zabrocka miała na barkach ogromny ciężar, którego nie dało się zobaczyć gołym okiem. Życie uderzyło w nią z całą siłą, kiedy nie była na to przygotowana. Miała trochę ponad pięćdziesiątkę, a Konrad odnosił wrażenie, że jeszcze chwila, a grabarze zapukają do jej drzwi. Przerzedzone włosy, które łamały się przy najmniejszym podmuchu wiatru, i skóra w odcieniu popiołu. Zupełnie nie pasowały do tego, kim była jeszcze kilka miesięcy temu.

– Ciągle zapominam. – Poprawiła wyjściową sukienkę w kwiaty, która sięgała do kolan. Materiał był już wyblakły, ale prezentował się nieźle. – Jedną czy dwie?

– Zero. – Wysilił się na uśmiech. – Na diecie jestem.

Złapał za torby, ale kobieta powstrzymała go gestem.

– Zostaw. Później się tym zajmę. Chodź.

Nie czekała, aż za nią podąży. Obydwoje wiedzieli, że to nie jest prośba. Zniknęła w kuchni, a Konrad spojrzał na ciężkie pakunki i zostawił je w korytarzu. Później przeniesie je do salonu i rozłoży na meblościance, tak żeby Marta nie musiała się po nie schylać. Odnosił wrażenie, że jeden skłon za dużo, a jej kręgosłup pęknie. Słyszał ocierające się o siebie kości, kiedy kobieta się poruszała. Dawno nie widział nikogo, komu życie tak bardzo dopiekło w tak krótkim czasie. Pamiętał, że przed strzelaniną Marta mogła uchodzić za wzór aktywnej kobiety w sile wieku.

Raz zaprosiła go do teatru, a on bawił się na sztuce jak nigdy wcześniej.

Inne życie.

– Nie mieli jogurtu naturalnego light – powiedział, wchodząc do kuchni. – Kupiłem jakiś inny, ale mogę jeszcze pójść do spożywczaka tu na rogu.

– Na pewno jest dobry.

Kuchnia była najprzyjemniejszym pomieszczeniem w domu. Mała, ale wyjątkowo ustawna. Niewielki blat zaścielony był lekami i pozostałościami po niedojedzonym śniadaniu. Konrad widział, że dziś był to mus bananowy. Jego ślady dostrzegał nawet na podłodze i sukience Marty, ale nie zamierzał jej o tym mówić.

Jedna ze ścian była w całości zabudowana i tam zmieściło się wszystko, czego można od kuchni wymagać. Lodówka z magnesami z różnych części świata, kuchenka z piekarnikiem poplamionym starym tłuszczem i szafki. W pomieszczeniu upchnięto nawet mały stół, na którym stały teraz dwa kubki z kawą.

– Powinienem go schować do lodówki. – Podszedł i usiadł na krześle. – Kupiłem też herbatę, bo ostatnio widziałem, że się kończyła.

– Dziękuję.

– Mam też…

– Konrad – przerwała mu. – Przestań.

Marta usiadła naprzeciwko niego i przesunęła cukierniczkę w jego stronę.

– Jak chcesz pierdolić głupoty, to na osiedlu jest taka jedna. Kupisz jej tatrę i będziesz miał używanie przez całą noc.

Próbował zachować powagę. Przez chwilę nawet mu się to udało, ale potem się poddał. Zaśmiał się tak, jak dawno tego nie robił. Marta pozostała niewzruszona, ale przynajmniej na moment wróciła kobieta, którą kiedyś znał.

– Chyba widziałem jej portfolio w windzie. – Posłodził dwie łyżeczki. – Niunia jakaś tam.

Nie mówił tego kobiecie, ale odkąd ograniczył cukier, nic mu nie smakowało. Do tego doszło jeszcze to, że przestał palić. Wyostrzyły mu się zmysły smaku i węchu. Teraz, kiedy przechodził obok kebabu, musiał wstrzymywać oddech, choć kiedyś sięgałby po chusteczkę, żeby wytrzeć strużkę śliny. Zastanawiał się, kiedy zmienił się w zrzędliwego starca, któremu wiecznie coś przeszkadza.

– Narobiło się tego tałatajstwa wszędzie, że strach wieczorem wyjść z domu. Siedzą tylko na ławkach i hałasują. – Upiła łyk kawy. – Nie to, żebym mogła wychodzić, ale wiesz, o co chodzi.

– Kiedyś było lepiej?

– Inaczej. – Zamyśliła się. – Kiedyś było inaczej.

Pod tym stwierdzeniem mógł się podpisać. Jego życie niewiele się zmieniło. Tego samego nie mogła powiedzieć Marta. Ona przynajmniej mogła mówić, choć wolała zagrzebać swoje problemy. To, co kiedyś dawało jej siłę, stało się ciężarem, którego nie była w stanie się pozbyć.

Mimowolnie odwrócił głowę w stronę korytarza. Kilka metrów do niego siedziała pusta skorupa człowieka. Coś, czego nie mógł nawet nazwać, a co śniło mu się po nocach. Poczuł żółć zbierającą się w żołądku.

– Ładnie dziś wyglądasz. Nauczyłeś się w końcu prasować koszule.

– Ważny dzień.

– Awans? Konrad Łazar pnie się po szczeblach kariery?

– A wiesz, że nie pomyślałem o tym – przyznał. Podejrzewał raczej odwrotny scenariusz, życie jednak lubi zaskakiwać. – Muszę coś załatwić na mieście, ale faktycznie mam dziś pogadankę z szefem.

Jego firma przeżywała ostatnio małą zapaść, mimo to klienci powoli zaczynali się do nich odzywać. Bardzo powoli. Kilka osób odeszło z biura, a ich zadania zostały przekazane innym. Konrad wprawdzie miał mniej pracy, ale liczył, że w końcu się to zmieni. Był dobry w tym, co robił. Nie mógł powiedzieć tego samego o swoim towarzyszu niedoli z biurka obok. Nie rozumiał, dlaczego facet dalej pracuje w firmie zajmującej się białym wywiadem, skoro nie ma pojęcia, skąd wyciągnąć aktualny KRS. A to była tylko jedna rzecz, która przychodziła Łazarowi teraz do głowy. Gdyby się zastanowił, znalazłby przynajmniej dziesięć kolejnych.

Nie znosił gościa.

– Dalej ją lubisz, prawda?

Marta przerwała ciszę, która musiała trwać dłużej, niż Konrad zakładał. Kiedy zdarzało mu się zamyślić, odcinał się od całego świata.

– Tak, oczywiście. Inaczej bym tu nie przychodził – skłamał. – Właśnie, zapomniałbym.

Podniósł się i wyciągnął portfel z kieszeni spodni. W środku miał cały wachlarz paragonów, które do niczego mu się nigdy nie przydały, ale nie mógł się zebrać, by je wyrzucić. Wyciągnął gotówkę i położył ją na stole.

– Wystarczy?

– Konrad…

– Mam ustawiony limit na karcie – zaczął się tłumaczyć. – Jak potrzeba więcej, powiedz.

Patrzyli obydwoje na pięćset złotych w dziesięciu banknotach. Odkąd przyjeżdżał tu regularnie, starał się zostawiać tyle, ile mógł. Z wypłaty odkładał dość, by wystarczyło na ratę kredytu, rachunki i jedzenie. Reszta trafiała na ten stół, a i tak czuł, że robi za mało. Marta z początku próbowała się unieść honorem i nie przyjmować od niego gotówki. Kiedy przytłoczyła ją rzeczywistość, zmieniła zdanie, choć czasem zdarzało jej się jeszcze zaprotestować. Wtedy po prostu kładł pieniądze gdzieś w salonie i uznawał sprawę za załatwioną, a do tematu później nie wracali.

– Dziękuję. – Zabrała gotówkę i ścisnęła ją w dłoni. – Posiedzisz chwilę? Poszłabym do apteki tu na rogu.

Spojrzał na smartwatcha. Ekran wybudził się momentalnie, co nie zawsze było takie oczywiste. Dochodziła ósma, więc miał jeszcze trochę czasu.

– Pewnie.

– Kupię jakieś witaminy i krople żołądkowe. – Podniosła się. – Ostatnio ciągle boli mnie brzuch. Jak nie urok, to sraczka.

Mówiąc to, przejechała dłonią po sukience. Konrad zauważył, że ubranie na niej wisiało. Musiała schudnąć dobrych dziesięć kilogramów, a to oznaczało, że ważyła teraz poniżej sześćdziesięciu. Zastanawiał się, skąd w niej tyle siły. On już dawno by się poddał.

– Nie musisz mi się tłumaczyć. – Także się podniósł. – Sypiasz w ogóle?

– Ostatnio więcej, niżbym chciała – odparła. – Jestem tak zmęczona wieczorami, że nawet nie pamiętam, kiedy odnoszę kubek z herbatą do kuchni.

Na potwierdzenie swoich słów Marta podeszła do zlewozmywaka i podniosła stojący wewnątrz kubek. W środku zachlupotały resztki wieczornej herbaty. Konrad zauważył nawet cienki plasterek cytryny. Teraz przypomniał sobie, że miał ją kupić. Następnym razem będzie musiał zrobić listę zakupów, zanim wyjdzie z domu.

– Przebiorę się tylko. – Przeszła obok niego, a zapach przepoconych bandaży stał się aż nadto wyczuwalny. – Na pewno nie masz nic przeciwko?

– Na pewno.

Choć tyle mógł dla niej zrobić.

– Mam ją nakarmić?

Wskazał na stojącą na blacie miskę z musem. Sam nie tknąłby tego nawet za milion dolarów, ale on miał wybór.

– Możesz spróbować. – Uśmiechnęła się i wyszła z kuchni.

Czekało go znacznie trudniejsze zadanie niż tylko wciśnięcie komuś śniadania. Konrad potrafił być bardzo przekonujący. Raz namówił katechetę, by ten przeszedł na judaizm, a przecież sam nie był nawet wierzący. Tylko że wtedy widział w oczach rozmówcy jakąkolwiek reakcję. Teraz nie mógł liczyć na to samo.

Złapał za miskę z musem i ruszył do salonu. Chciał mieć to jak najszybciej za sobą.

Pokój przywitał go zasłoniętymi żaluzjami, na których tle przesuwały się drobinki kurzu. Porozrzucanymi na podłodze jednorazowymi ręcznikami. Część z nich zwinięta była w kulkę, a część tak mokra, że pod nimi zrobiły się już małe plamy. Jedna ze ścian w całości zabudowana była meblościanką, która pamiętała jeszcze czasy Gierka. Za przeszklonymi elementami nie stały kubki z duraleksu ani porcelana po dziadkach, której nigdy nikt nie mógł dotknąć. To wszystko zniknęło, a zamiast pojawiły się odżywki w wielkich puszkach i kilka tubek maści na odleżyny. Patrzył na wszystko wokół, byleby opóźnić to, co nieuniknione.

Odchrząknął.

– Cześć, Aga. Mogę wejść?

 

 

08.15

 

Matka Agnieszki wyszła z mieszkania dwadzieścia minut wcześniej.

Wiedział o tym doskonale, bo od tego czasu już czterokrotnie zdążył sprawdzić zegarek. Mimo wszystko Konradowi wydawało się, że minęły przynajmniej dwie godziny. Starał się o tym nie myśleć, ale czuł, że to sytuacja, której nie da się po prostu zignorować. Za każdym razem było dokładnie tak samo.

– Mam dziś rozmowę z bossem. – Zebrał z podłogi kolejny przemoczony ręcznik. – Twoja mama mówi, że to pewnie awans.

Wrzucił papier do przyniesionego z kuchni śmietnika. Mógł kursować między pomieszczeniami, ale wolał mieć kobietę cały czas na oku. Od momentu, kiedy w szpitalu powiedzieli, że nic więcej nie mogą dla niej zrobić, Konrad starał się, jak mógł, by ulżyć Marcie. Agnieszka siedziała na wózku pośrodku pokoju i patrzyła w jeden punkt gdzieś ponad jego ramieniem. Czasem ruszyła nieznacznie głową czy dłonią, ale lekarze mówili, że to naturalne. Widział poprawę. Kilka tygodni temu nie robiła nawet tego.

– Widzę, że rehabilitacja działa. – Lekko się uśmiechnął.

Na drzwiach do salonu wisiała kartka, którą Marta napisała odręcznie. Prosty, klarowny komunikat, obok którego trudno było przejść obojętnie. Łazar znał go już na pamięć. Agnieszka jest dorosłą kobietą i tak proszę się do niej zwracać. Konrad nie wiedział, skąd mu się to brało, ale mimowolnie chciał podczas rozmowy używać zdrobnień. Mówić jak do dziecka czy psa, bo poziom reakcji ze strony Agnieszki był podobny. Brutalnie nijaki.

Nienawidził się za to.

Teraz zwracał się do niej normalnie. Tak, jak robił to przed strzelaniną, ale bez złośliwości. Podtekstów odnoszących się do ich związku, który kobieta sama zakończyła. Zastanawiał się, co stało się tego feralnego dnia w biurze i czy przypadkiem Agnieszka nie chciała mu wtedy czegoś powiedzieć. Czegoś o nich. Nie miał teraz szansy na to, by się dowiedzieć. Patrzył na warzywo, które trzeba było przewijać, karmić, smarować maścią na odleżyny i kąpać. To wszystko z nadzieją, że kiedyś Agnieszce się poprawi i że powie choć jedno słowo. Konrad nie wiedział, czy kobieta cokolwiek rozumie z tego, co dzieje się wokół niej. Jeżeli tak było, to musiała w myślach błagać o śmierć.

Niedotlenienie mózgu. Tyle wiedział. Marta nie lubiła o tym mówić, a lekarze nie mieli na tyle poczucia przyzwoitości, by podzielić się informacjami z kimś, kto nie należał do rodziny. Znajomi przestali odwiedzać Agnieszkę po kilku tygodniach. W rogu salonu dalej leżały kosze ze słodyczami, które przynieśli, zanim wykasowali jej numer ze swoich smartfonów. Ona była w ich oczach martwa, a nikt nie lubi patrzeć na trupy. Nie na takie, które się ślinią.

– Pobrudziłaś się. – Podszedł i wierzchem dłoni wytarł strużkę z jej brody.

Zdawało mu się, że kobieta drgnęła. Spojrzał w jej oczy, ale nie zobaczył w nich niczego. Wpatrywały się w jeden punkt i nic poza nim nie istniało. Kiedyś spoglądała tak na niego, ale „kiedyś” było bardzo dawno temu i miało w sobie jakieś emocje.

Będąc tak blisko niej, poczuł, że powinien zrobić coś, na co nie miał ochoty. Wykraczało to daleko poza jego strefę komfortu czy jakkolwiek nazwałby to kołcz z Internetu. Szczerze nienawidził tych kolesi, którzy widzieli we wszystkim szansę na odkrycie nowej drogi życiowej czy swojego powołania. Nie wierzył im. Nie wierzył w drugie szanse i jednorożca na końcu tęczy, który spod ogona wyrzuca złote monety. Łazar wiedział, co wtedy lądowało na ziemi. Dokładnie to samo, z czym będzie się musiał teraz zmierzyć.

– Kurwa.

Rozejrzał się po salonie. Przy stoliku leżało opakowanie pieluch dla dorosłych. Gustowne, biało-fioletowe opakowanie. Robiąc zakupy, wybierał te niebieskie, ale Marta widocznie lepiej wiedziała, czego potrzeba jej córce. Podszedł i podniósł je z ziemi.

– Ciężka inkontynencja moczu i kału – przeczytał na głos. – Chryste.

Westchnął i podziękował w duchu, że nie musi zajmować się tym na co dzień. Nie dziwił się, że Marta wygląda tak, jakby całe życie z niej uciekło. W kraju musiały być tysiące takich samych matek, które codziennie po trochu umierały, by ich dziecko dalej mogło egzystować. Nie miał siły nazwać tego życiem. Nie teraz. Nie – bo znał Agnieszkę przed tym wszystkim.

– Jak to robicie?

Nigdy jej nie przewijał i nigdy nie sądził, że będzie musiał. Robił zakupy, dawał pieniądze i na tym kończyła się jego odpowiedzialność. Mógł dopisać do swojej listy kolejny powód, by czuć się jak ścierwo. Nieważne, jak irracjonalnie to brzmiało, Konrad czuł, że obecny stan rzeczy był jego winą. Przez jeden bezdennie głupi ruch zaprzepaścił kilka istnień za jednym razem. Jedno miał przed sobą, drugie wracało właśnie z apteki, a to nie wszystkie, które miał na sumieniu. Na myśl o tym, że dziś czeka go kolejne zderzenie z przeszłością, zrobiło mu się słabo.

– Chodź, musimy cię wykąpać.

LIFO.

Zapełniający się stos danych można opróżnić na dwa sposoby. Zaczynając od tego, co znalazło się w nim najwcześniej, lub tego, co trafiło tam najpóźniej. Konrad zdecydował się na drugą opcję. Last in, first out. Metodę poznał na kursach programowania, ale widział, że ma także zastosowanie w księgowości, przy wycenie zapasów. On wcielał ją w życie każdego dnia. Jeden problem po kolei, począwszy od tego, który pojawił się jako ostatni. W końcu dojdzie do samego początku stosu.

Kiedyś.

Wyciągnął jedną pieluchę z opakowania i wsadził pod ramię. Podszedł do Agnieszki i chciał wziąć ją na ręce. Wtedy zauważył leżącą pod oknem karimatę. Pamiętał, że kiedy jeszcze kobieta mogła poruszać się samodzielnie, chodziła na zajęcia z jogi. Może z pilatesu, aż tak bardzo się tym nie interesował, by to sobie przypomnieć. Wiedział, że pomagało jej to w medytacji i uspokojeniu się po ciężkim dniu w biurze. Teraz mógł wykorzystać miękką matę do czegoś innego.

– Poczekaj. – Poprawił włosy, które przyczepiły jej się do policzka. – Sekunda, okej?

Ułożył ją na wózku, by nie zrobiła sobie krzywdy. Wziął karimatę i rozwinął ją na podłodze. Nie miał innego pomysłu, bo przenoszenie Agnieszki teraz do łóżka nie miało sensu. Bał się, że pobrudzą całą pościel.

– Tak to zrobimy.

Ostrożnie wziął ją na ręce. Ważyła znacznie mniej, niż pamiętał. Jej głowa kołysała się na boki, kiedy układał ją na podłodze. Wyglądała jak lalka, która spędziła na śmietniku o kilka lat za długo. Marta ubierała ją w rzeczy, które łatwo można było ściągnąć. Zielone, wytarte dresy na gumce i koszulkę ze śladami starego jedzenia. Nic, w czym Agnieszka pokazałaby się komukolwiek.

Dobrze, że nikt jej nie odwiedzał.

– Przepraszam – powiedział, ściągając jej spodnie. – To nie miało tak wyglądać.

Leżała nieruchomo, gdy ją rozbierał.

 

 

09.46

 

Spuścił wzrok tylko na chwilę, a marchewki prawie stoczyły się z biurka.

Miniwarzywa, które zastępowały mu papierosy. Kilka z nich wypadło z woreczka i potoczyło się po blacie. Konrad zdążył je wszystkie złapać, zanim doszło do tragedii. Uśmiechnął się do siebie na samą myśl o tym, co dziś określał tym słowem. Stał w tym samym biurze, w którym przed kilkoma miesiącami medycy opatrywali Agnieszce ranę postrzałową, a on leżał na podłodze korytarza przygnieciony kolanem AT-ka. I choć wszystko w biurze wyglądało dokładnie tak jak wcześniej, miał wrażenie, że wszystko jest inne.

Oprócz Piotra Merdowskiego.

Jego firmowy współlokator zachowywał się dokładnie tak samo jak zawsze. Siedział niewzruszony i wpatrywał się w ekran swojego macbooka pro. Czasem uderzał w klawisze, czym doprowadzał Konrada do szału. Klawiatura motylkowa w laptopie tej klasy była najgorszym, co mógł wymyślić producent. Za takie pieniądze, ile sobie za sprzęt życzył, ten powinien działać jak marzenie. Tymczasem klawisze hałasowały jak szklane kulki opuszczane na podłogę pustego kościoła. Łazar nie miał pojęcia, co Piotr robi na komputerze, ale wiedział, że nie jest to nic związanego z pracą. Facet wiecznie się spóźniał z oddawaniem raportów, które i tak robili za niego stażyści.

– Hej – przywitał się Konrad i usiadł za biurkiem.

– Spóźniłeś się. – Piotr odsunął komputer na bok. – Wierzchowski cię szukał.

– Tak, wiem – westchnął. – Sekretarka mi powiedziała.

Facet rozpromienił się, kiedy Konrad wspomniał o nowej pracownicy. Mogłaby być jego córką, a przy dobrych wiatrach nawet wnuczką. Merdowski miał bliżej do emerytury niż Łazar do czterdziestki, a dzieliły go od niej dwa lata. Niecałe. Piotr wpisywał się we wszystkie możliwe stereotypy, jakie Konradowi przychodziły na myśl na słowa „facet po sześćdziesiątce”. Wystający znad paska brzuch, przerzedzone włosy i cera, której przydałby się solidny peeling.

W siedzącym nieopodal mężczyźnie drażniło go praktycznie wszystko. A najbardziej to, że nie potrafił racjonalnie tego wytłumaczyć.

– Ciekawe, czy kogoś ma.

– Kto?

– No ta, jak ona ma. – Merdowski udał, że szuka czegoś w pamięci. – Ania, Agnieszka. Coś na A.

– Aneta – odparł niechętnie Łazar. – Za wysokie progi.