Więzy - Sierra Cartwright - ebook + książka

Więzy ebook

Sierra Cartwright

4,0

Opis

W obliczu groźby utraty rodzinnej fortuny Lara Bertrand zwraca się do jedynego człowieka, który może jej pomóc – przystojnego i potężnego Connora Donovana.

Wie, że jest dla niej niebezpieczny pod każdym względem – bezwzględny i bezpardonowo realizujący swoje cele. Tylko desperacja skłania ją do złożenia ryzykownej propozycji.

Gdy pełna klasy i elegancka Lara wkracza do jego biura z niewiarygodną propozycją, Connor jest oszołomiony i ogromnie zaintrygowany. Od kiedy spotkał ją po raz pierwszy, pociągała go jej chłodna uroda, choć Lara zawsze zachowywała dystans.


Connor nie waha się jej pomóc, jednak wyznacza wysoką cenę. Chce nie tylko jej ręki, ale także całkowitej uległości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (6 ocen)
3
1
1
1
0

Popularność




Tytuł oryginału: Bind

Copyright © by Sierra Cartwright, 2015

Originally published in the English language as Bind by Totally Bound Publishing

a subsidiary of Totally Entwined Group Limited, Lincoln.

Published in Poland by arrangement with Prava i prevodi Literary Agency,

and Bonnier Zaffre Publishing Fiction.

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2016

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Agnieszka Śmiechowska-Kłoczko

Redakcja: Joanna Fiuk/eKorekta24.pl

Korekta: Maria Talar, Dorota Ring/Melanż

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Katarzyna Ewa Legendź

Zdjęcie na okładce: Westend61/Getty Images

ISBN: 978-83-8053-159-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Rozdział pierwszy

– Pozwoli pani, że pomogę.

Seksowny, intymny dźwięk męskiego głosu sprawił, że Lara przestała szamotać się z płaszczem i spojrzała przez ramię. Poczuła dudnienie pulsu. Connor Donovan.

Zwróciła na niego uwagę od razu, gdy tylko wszedł na salę godzinę wcześniej. Nawet na imprezie dla samej śmietanki Houston ten człowiek przyciągał wzrok.

Jej przyjaciółka Erin przedstawiła ich sobie – był jej starszym bratem i prezesem Donovan Worldwide.

Był nienagannie uprzejmy, choć trochę nieobecny duchem, jakby skupiał się na czymś innym niż ich pogawędka. Jego lodowate maniery idealnie uzupełniały zimne, onieśmielające szare oczy.

Wbrew sobie cały czas go obserwowała.

Nie minęło piętnaście minut, a wraz z kilkoma innymi magnatami biznesu przeprosił towarzystwo i opuścił salę. Oczywiście wyjście takich wpływowych gości nie przeszło niezauważone.

Connor wrócił pierwszy, a Lara z przyjemnością obserwowała sposób, w jaki poprawił jeden ze swoich śnieżnobiałych wykrochmalonych mankietów.

A teraz stał zaledwie pół kroku za nią.

– Mogę?

Jego głos brzmiał przyjaźnie, ale jakiś nieuchwytny ton sprawił, że zadrżała. Zdała sobie sprawę, że to nie była prośba.

– Będę panu wdzięczna.

Gdy jego palce musnęły jej dłoń, poczuła mrowienie, jakby przeszedł przez nią prąd.

Z bliska aż za dobrze widziała, jak zabójczo przystojny był ten mężczyzna. Postanowiła, że nie da mu po sobie poznać podniecenia. Dorastała wśród apodyktycznych mężczyzn, ale on roztaczał wokół siebie wyjątkową aurę władcy.

Trzymał płaszcz, dopóki się w nim nie umościła.

– Dziękuję – powiedziała, odwracając się w jego stronę.

Choć była słusznego wzrostu i miała na sobie szpilki tak wysokie, że ich noszenie groziło kalectwem, to jednak musiała odchylić głowę do tyłu, by spojrzeć mu w oczy.

Patrzył na nią, w ogóle nie mrugając, i przez jedną chwilę była w centrum jego uwagi.

– Pomoc pięknej kobiecie to przyjemność.

Postanowiła nie traktować go poważnie. Na pewno nie zostałby mianowany prezesem Donovan Worldwide w tak młodym wieku, gdyby nie umiał wykorzystywać potęgi słów. A jednak jego maniery dżentelmena z Południa zrobiły na niej wrażenie. Mógł przecież po prostu przejść przez szatnię bez zatrzymania i nikt nie miałby mu tego za złe. Tymczasem się zatrzymał.

Wyciągnął otwartą dłoń w kierunku szklanych drzwi obrotowych, przepuszczając ją przodem.

Na zewnątrz zimny deszcz zacinał jak bicz ukręcony z mokrego wiatru. Na szczęście podjazd był zadaszony, ale oczywiście na postoju nie czekała ani jedna taksówka.

Jak na zawołanie tuż przed nimi zatrzymał się sedan.

– Podwiozę panią – powiedział Connor.

– To nie będzie konieczne.

W tym momencie podbiegł parkingowy.

– Taksówka dla pani?

Skinęła głową, odgarniając włosy z twarzy. Parkingowy dmuchnął w gwizdek, by wezwać taksówkę.

– Jest pani pewna? – spytał Connor.

Myśl, że mogłaby spędzić z nim choćby parę minut na tylnym siedzeniu samochodu, przyprawiła ją o dreszcze, które nie miały nic wspólnego z temperaturą.

– Zaręczam panu, że nic mi nie będzie.

Podjechała taksówka. Connor odprawił parkingowego machnięciem ręki i pomimo ulewnego deszczu otworzył jej drzwi samochodu i podał rękę, gdy wsiadała.

– Do zobaczenia wkrótce. – W jego głosie brzmiała obietnica.

Zatrzymał na niej wzrok, a jego oczy nie były już tak zimne, choć wydawały się tysiąc razy bardziej niebezpieczne.

Zdecydowanym ruchem zatrzasnął drzwi i oddalił się pewnym krokiem.

W ciągu zaledwie kilku minut, jakie spędzili razem, poczuła siłę jego autorytetu. Wiedziała, że mogła nie przyjąć od niego propozycji pomocy, było jednak coś hipnotyzującego – coś uwodzicielskiego – w sposobie, w jaki instynktownie przejmował kontrolę nad sytuacją.

Podała kierowcy adres i postarała się zrzucić z siebie czar Connora.

***

– Powinnaś poprosić mojego brata, żeby się z tobą ożenił.

Zszokowana tym stwierdzeniem Lara wzdrygnęła się i wylała trochę wina z kieliszka trzymanego w dłoni. Co takiego? Na samą myśl o tej sugestii jej serce najpierw zamarło, by za chwilę ruszyć galopem. Roztargniona sięgnęła po serwetkę i zaczęła wycierać czerwoną plamę rosnącą powoli na białym obrusie.

– Powinnaś wyjść za niego. Pamiętasz go z przyjęcia, prawda?

Czy mogłaby zapomnieć?

– Byłaby z was nieziemska para – drążyła z uśmiechem Erin Donovan, sięgając po swój kieliszek chardonnay i odchylając się na krześle. – Sama widzisz, to idealne rozwiązanie.

– Idealne? Nie rozumiem, w jaki sposób małżeństwo miałoby cokolwiek zmienić.

– Po pierwsze miałabyś Connora jako doradcę.

– Zatrudniłam już doradców.

– Którzy nie prowadzą tak dochodowych firm jak Donovan Worldwide.

– Faktycznie – zgodziła się Lara.

– Jeśli uzna, że warto, mógłby wam pomóc w kwestiach finansowych.

Jej ojciec w życiu by nawet tego nie rozważył.

– Na pewno mogłabyś załatwić mu miejsce w zarządzie, gdyby był twoim mężem – nalegała Erin. – Miałabyś kogoś, kto wspierałby cię na twoim stanowisku. A przede wszystkim miałabyś kochanka, z którym mogłabyś dzielić ten ciężar. Przestań się krzywić – dostaniesz od tego zmarszczek.

Lara patrzyła na Erin z niedowierzaniem. Znały się jeszcze ze studiów, a potem nadal spotykały się co tydzień, by pogadać o interesach i nie tylko. Przez lata stały się dla siebie kimś więcej niż koleżankami – były przyjaciółkami i powiernicami.

Aż do tej chwili Lara uważała Erin za osobę niezwykle inteligentną i mającą dar rozwiązywania problemów. Ale ta jej sugestia, by Lara poślubiła kogoś, kogo nie kocha, zwłaszcza chłodnego, dynamicznego Connora! Chociaż ośli upór jej ojca wpędził BHI w kłopoty finansowe, małżeństwo nie było przecież sposobem na rozwiązywanie problemów nękających jej rodzinny biznes.

– Postradałaś rozum.

Erin pociągnęła łyk wina, odstawiła kieliszek i pochyliła się do przodu.

– Powinnaś to przemyśleć.

– W życiu.

Choć jej spotkanie z Connorem trwało zaledwie kilka minut, długo była pod jego wrażeniem. Następnego dnia przyłapała się na obmyślaniu scenariuszy tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby pozwoliła mu się odwieźć do domu.

Powtarzała sobie, że najprawdopodobniej nic. To, że zaproponował jej podwiezienie, nie oznaczało, że go pociąga.

Niestety, musiała przyznać, że myśl o nim tak ją podniecała, że uwolnienie się od niej wymagało kilku żałosnych dni i mnóstwa determinacji.

Teraz, ponad trzy tygodnie później, pozostałości tego wspomnienia nadal odbierały jej spokój.

– Z plotek wynika, że nie jest zainteresowany małżeństwem.

Co więcej, podobno rzadko umawia się na randki, dodała w myślach.

– Ha! Więc go sprawdziłaś! – triumfowała Erin.

– Tego nie powiedziałam – zaprotestowała Lara.

– W takim razie skąd byś to wszystko wiedziała? – Erin wyszczerzyła się bezczelnie. – Moim zdaniem byłabyś dla niego idealna. Widziałaś go, wszystko traktuje tak cholernie poważnie. A odkąd umarł tata, jest jeszcze gorzej. Nie to, żebym go winiła, ale ostatnio zrobił się jeszcze bardziej surowy niż wcześniej, jakby uważał, że nie zasługuje na szczęście. Potrzebuje wakacji – albo kogoś, kto wstrząśnie jego poukładanym światkiem. Ciotka Kathryn też jest tego zdania.

Przechyliła głowę i zmierzyła Larę wzrokiem, jakby sprawdzała, czy się nadaje.

– Nie patrz tak na mnie – powiedziała Lara. – Nie jestem tym kimś. Moje życie jest już wystarczająco skomplikowane.

Wychodziła jedynie na popołudniowego drinka ze znajomymi. Zdarzało jej się zaszaleć, kogoś poderwać, zabawić się, ale wolała być panią swojego czasu.

– Poza tym nie jest w moim typie.

– A to akurat prawda – zgodziła się Erin. – Lubisz ciepłe kluchy.

– Wolę określenie „nieskomplikowany”.

– Mhm. Pamiętasz Randy’ego? To były właśnie ciepłe kluchy.

– Był miłym facetem.

– Potrzebował czterech randek, żeby cię pocałować.

– Trzech.

– O trzy za dużo.

Lara starała się powstrzymać uśmiech. Gdyby powiedziała, jak było naprawdę, Erin droczyłaby się z nią bez końca. To ona przejęła inicjatywę, a pocałunek – gdy wreszcie nastąpił – nie przyprawił jej o dreszcze ani miękkie kolana. W rzeczywistości Lara była dziwnie obojętna. Kiedy poszli w końcu do łóżka, wszystko było jakieś pobieżne, a jej pragnienia nie zostały ugaszone. Gdy dała mu do zrozumienia, że chce czegoś więcej, naburmuszył się na wpół obrażony, na wpół zakłopotany.

Wmawiała sobie, że świetny seks – co tam, nawet dobry seks – był przeceniany. Randy to porządny facet, wyrozumiały – nie protestował, gdy musiała zostać w pracy do późna lub odwoływała randki, by uporać się z jakimś kolejnym dramatycznym oświadczeniem ojca. W końcu jednak brak chemii sprawił, że związek się rozmył.

Pewnego wieczoru przy kolacji, ich pierwszym spotkaniu od ponad tygodnia, zaproponowała, by rozstali się w przyjaźni. Uśmiechnął się, a ona dostrzegła w tym uśmiechu ulgę.

Uznała, że skoro i tak tonęła w pracy, równie dobrze przez jakiś czas może się z nikim nie umawiać. Zdecydowanie wystarczały jej bujna wyobraźnia i wibrator. Może i nie miała u boku mężczyzny, ale mówiła sobie, że w jej obecnej sytuacji to nawet lepiej.

– Przemyśl to – zachęcała Erin.

Lara sięgnęła po wino, nie odpowiadając.

– Przynajmniej umów się z nim na spotkanie.

– Przestaniesz wreszcie?

– Mogę dać ci jego prywatny numer telefonu.

Na samą myśl o nim zadrżała. Skąd ta intensywność odczuć?

– Nie, w żadnym wypadku. Dzięki.

– W takim razie podam ci tajny kod, dzięki któremu połączą cię z jego gabinetem, jeśli zdecydujesz się zadzwonić do biura. Numer znajdziesz w sieci.

– Tajny kod?

– Nie śmiej się. Masa dziennikarzy finansowych i sprzedawców ima się wszelkich sposobów, by uzyskać połączenie.

– Jego sekretarka musi być twardą sztuką.

– Sekretarz – poprawiła Erin.

– Twój brat zatrudnia mężczyznę jako swojego osobistego asystenta? – Nie powinno jej to szokować, a jednak była zaskoczona.

– O, tak.

– O?

Erin musnęła palcem wskazującym brzeg swojego kieliszka.

– Jest… interesujący.

– W jakim sensie?

– O, nie. Nic ci nie powiem. Idź i sama zobacz.

– Przestań! Powiedz mi.

– Nie ma mowy – odpowiedziała Erin, teatralnie wachlując twarz dłonią. – Dobra, zdradzę tylko tyle: Thompson to klejnot. Wspaniały. Były wojskowy. Sama nie wiem. Jest… groźny.

– Groźny? Interesujące określenie.

– Jakby miał mnóstwo tajemnic. Nie mówi o sobie zbyt wiele. Ten facet diabelnie mnie przeraża, i to w niewiarygodnie podniecający sposób.

– Zaintrygowałaś mnie.

– Taki był mój cel.

Groźny. Jeśli dodać do tego: przystojny, tajemniczy i potężny, będzie to – wypisz, wymaluj – opis Connora.

Kelner przyniósł im kawę i kawałek słynnego limonkowego ciasta, które zamówiły na spółkę.

– Będzie mnie to kosztować godzinę na bieżni – stwierdziła Erin, zatapiając łyżeczkę w deserze.

– Jest warte każdej minuty.

Zapłaciły i wyszły z lokalu. Nietypowo wilgotne, gorące wiosenne powietrze natychmiast przytłoczyło Larę i napełniło nagłym niepokojem.

– Siedem, siedem, trzy, cztery – powiedziała mimochodem Erin.

Lara rzuciła jej groźne spojrzenie.

– Podaję ci kod, żebyś mogła się skontaktować z Connorem.

– Nie przyda mi się.

– Chcę, żebyś została moją bratową – rzuciła Erin, wesoło machając ręką na pożegnanie.

Lara ruszyła w kierunku wieżowca, w którym mieściła się siedziba jej rodzinnej firmy: Bertrand Holdings, Inc. Było już właściwie po godzinach pracy, zdjęła więc czarny żakiet i przewiesiła go przez swoją dużą torbę.

Wcześniej zastanawiała się, czy nie odwołać kolacji z Erin. Pracowała jednak bez przerwy tyle godzin, że postanowiła wyrwać się na spotkanie, a potem wrócić do biura i dokończyć sprawy służbowe, posprzątać biurko, a w drodze powrotnej do domu wstąpić na siłownię. Ostatnio miała wrażenie, że spędza za biurkiem więcej czasu niż gdziekolwiek indziej.

Problem polegał na tym, że nic nie wskazywało, by ten stan rzeczy miał się wkrótce zmienić. Potrzebowali więcej rąk do pracy, ale z powodu cięć budżetowych wszystkie wydziały zaczynały świecić pustkami. Dewiza: róbmy więcej, mając mniej, była powtarzana w firmie jak mantra. U Lary skutkowało to przesiadywaniem dwunastu godzin dziennie w biurze przez sześć dni w tygodniu.

Weszła do wieżowca przez szklane drzwi obrotowe i odetchnęła z ulgą, gdy klimatyzacja owiała chłodnym powietrzem jej wilgotną skórę. Szybki spacer przynajmniej częściowo zniwelował skutki zjedzenia ciasta.

Idąc w kierunku wind, pomachała pracownicy ochrony.

– Grzesznicy nie zaznają spoczynku?

– Muszę pamiętać, by w przyszłym życiu zostać świętą – odparła Lara.

– Ja też, siostro.

Większość pracowników poszła do domu kilka godzin wcześniej, toteż w budynku panował spokój. Zdumiewało ją, jak bardzo centrum miasta zmieniało się po godzinach. Brak energii był wręcz namacalny, przytłaczający. Pusta winda czekała, by zawieźć Larę prosto na osiemnaste piętro.

Zamyślona wyszła z windy, prawie na kogoś wpadając.

– Bardzo przepraszam.

– Wszystko w porządku?

Lara podniosła wzrok. Poczuła mrowienie w całym ciele, gdy uświadomiła sobie, że osobą, która trzyma ją w ramionach, jest Connor Donovan. Wstrzymała oddech, czas się zatrzymał.

– No, proszę – odezwał się, nie wypuszczając jej z rąk. – Panna Bertrand.

Instynkt samozachowawczy kazał jej się cofnąć, ale nie zrobiła tego. Nie była w stanie.

Patrzyli na siebie bez słowa. Connor ściągnął ciemne brwi, przez co wyglądał jeszcze bardziej onieśmielająco. Jednak mars na jego czole, sama jego obecność, zamiast ją przestraszyć, zaprzątnęły jej uwagę. Nie była świadoma upływu czasu, aż wreszcie zaczęła odzyskiwać równowagę.

– Jestem… zaskoczony, że panią tu spotykam.

A to niby czemu, pomyślała.

Miał na sobie gołębioszary garnitur, wykrochmaloną koszulę, czerwony krawat i lśniące buty. Wyglądał w tym stroju niewiarygodnie przystojnie, a delikatny cień zarostu na jego twarzy jeszcze potęgował to wrażenie. I ten jego głos… Nie chodziło tylko o słowa, ale o głęboki, modulowany ton, który przywodził jej na myśl letnie noce i bardzo gorący seks.

Jego oczy podkreślone kolorem ubrania były jednak tak zimne, jak je zapamiętała.

Bardzo powoli zwolnił uścisk. Zrobiła dwa małe kroki w tył. Czuła pulsowanie krwi w miejscach, gdzie przed chwilą były jego ręce.

– Żałowałem, że nie pozwoliła mi pani odwieźć się do domu tamtego wieczoru.

– Z pewnością jest pan bardzo zajęty.

– Dla ważnych spraw i osób zawsze znajduję czas.

Czy niedorzecznością było myśleć, że i ona go pociąga? Potrząsnęła głową. Był potężnym człowiekiem, więc to oczywiste, że miał wysokie libido. To nic nie znaczy.

Pod jego badawczym spojrzeniem była aż nazbyt świadoma swojej nagiej skóry, wilgotnych kosmyków włosów przyklejonych do karku i swojej sylwetki podkreślonej jedwabną koszulą. Żałowała, że zdjęła żakiet. Jednak wzięła się w garść, zanim całkiem straciła kontrolę nad sytuacją.

– Byłam na kolacji z pańską siostrą. Przełożyłabym ją, gdybym wiedziała, że przychodzi pan na spotkanie w interesach.

Przez jego oczy przeleciał cień.

– Sądziłem, że spotkam się z zarządem, a przynajmniej z Pernellem i z  p a n i ą. 

Zacisnęła dłonie na torebce, by ukryć szok na wieść, że ojciec nic jej o tym nie powiedział.

– Tak czy inaczej moja propozycja jest już nieaktualna.

– Jaka propozycja?

– Dotycząca waszego wydziału komunikacji.

…który przynosił straty, który chciała sprzedać. Lara wbiła wzrok w jego drogą skórzaną aktówkę, bez wątpienia zawierającą teczkę z dokumentami lub – co bardziej prawdopodobne – pamięć przenośną.

– I zmienił pan zdanie?

– Pernell jasno dał do zrozumienia, że nie jest otwarty na rozmowy.

– Rozumiem. – Kolana zmiękły jej na myśl o kolejnym przejawie uporu jej ojca. – Żałuję, że mnie przy tym nie było.

– Ja również. Sprawy mogłyby się potoczyć inaczej, lepiej.

Postanowiła grać na zwłokę. Może jej ojciec sam nie wiedział, co robi. Z drugiej strony propozycja Connora mogła być niekorzystna. Potrzebowała czasu, by to sprawdzić, dowiedzieć się, co jest grane, a przede wszystkim przemyśleć całą sprawę.

– Czy byłby pan skłonny kontynuować negocjacje?

– Na dotychczasowych warunkach? Nie.

Zrobił krok w jej stronę, a ona nie drgnęła, czekając jak zaczarowana. Był tak blisko, że znów mogła poczuć jego zapach… Pachniał niezłomną determinacją i męską siłą. Nie czuła bicia swojego serca. Zobaczyła, że wyciąga rękę w kierunku przycisku wzywającego windę, i dopiero wtedy jej tętno ruszyło w szalonym tempie.

– Jeśli chciałaby pani dowiedzieć się więcej, proszę zadzwonić – powiedział, podając jej wizytówkę. – To mój osobisty numer telefonu.

Wzięła kartonik.

– Miłego wieczoru.

Nie mogąc wydobyć z siebie głosu, kiwnęła tylko głową i patrzyła, jak wsiada do windy. Chwilę później zniknął jej z oczu.

Głośno wypuściła powietrze, czując jednocześnie ulgę i rozczarowanie. Czego się spodziewała? Wyprostowała ramiona i ruszyła do biura ojca. Zapukała krótko i weszła, nie czekając na zaproszenie. Pernell spojrzał na nią i uniósł brwi.

– Lara, kochanie. – Odchrząknął. – Nie sądziłem, że jeszcze dziś cię tu zobaczę.

– Najwyraźniej.

Usiadła naprzeciwko ojca i rzuciła torbę na gruby dywan. Twarda zielona skóra fotela z wysokim oparciem skrzypiała przy każdym jej ruchu. Reszta biura była równie niepraktyczna. Ciemne mahoniowe regały uginały się pod ciężarem nagród, pamiątek i zabytkowych zegarów. Na gigantycznym biurku stał wielki telefon, leżały suszka, kilka znakomitych piór i kubek ołówków. Ojciec niechętnie zgodził się na zainstalowanie komputera, ale kazał go postawić na kredensie pod ścianą. Byłaby zdziwiona, jeśli okazałoby się, że kiedykolwiek go włączył. Całe pomieszczenie świadczyło o kulcie tradycji starego świata lub – w jej opinii – o anachronicznym sposobie prowadzenia interesów.

Jej miejsce pracy dla odmiany było urządzone minimalistycznie i wyposażone w nowoczesne urządzenia. Miało ułatwiać skupienie i sprawne działanie. Dyskretne i nieliczne meble uzupełniała ekscentryczna kompozycja z czerwonych kwiatów ułożonych w dekoracyjnej metalowej wazie, mająca stymulować twórcze myślenie.

Ich biura stanowiły jedynie wierzchołek góry lodowej dzielących ich różnic.

– Przed chwilą wpadłam na Connora Donovana.

– O? – Odwrócił głowę, unikając jej wzroku.

Zacisnęła dłonie na podłokietnikach.

– Sądził, że przyszedł na spotkanie z tobą i ze mną.

– Doprawdy?

– Tato, proszę, nie traktuj mnie protekcjonalnie. Dlaczego nie powiedziałeś, że jesteśmy z nim umówieni? – Czuła narastającą frustrację i bała się, że zaraz wybuchnie.

– Pomyślałem, że najpierw wybadam, czy ma coś ciekawego do powiedzenia.

Jak długo to się już ciągnie, ta zabawa w kotka i myszkę, za każdym razem, gdy próbuje wydobyć od niego jakieś informacje? Gdy była młodsza, ojciec szalał na jej punkcie, a ona biegła do niego, kiedy tylko mogła. Sam ją do tego zachęcał. Zawsze, pracując w weekend, zabierał ją ze sobą. Gdy chodziła do szkoły średniej, pozwalał jej latem pracować w firmie i był wówczas jej największym mentorem. Jeszcze na studiach z niecierpliwością czekała na ich spotkania.

Dopiero będąc na podyplomówce, zdała sobie sprawę, że ojciec jest przywiązany do przestarzałych metod biznesowych, i zaczęła podważać jego decyzje.

Coraz częściej wykluczał ją z rozmów, aż przepaść między nimi stała się tyleż głęboka, co nieprzekraczalna. Wreszcie odkryła źródło frustracji, która pięć lat wcześniej doprowadziła jej matkę do rozwodu z ojcem: ten człowiek był uparty jak osioł.

– Connor powiedział, że jeśli chodzi o tę ofertę, to nie ma już o czym rozmawiać – powiedziała wprost, nie mając zamiaru godzić się na gierki.

– Nigdy nie było – odparł, rozpierając się wygodniej w fotelu. Najwyraźniej czuł, że odzyskuje kontrolę.

– To znaczy?

– Ma jakieś pomysły na współpracę przy niektórych projektach. Ale zasadniczo jest na tyle arogancki, by sądzić, że sprzedamy mu wydział komunikacji.

– Przyjrzałeś się jego ofercie?

– Brakowało tam przecinka i kilku zer. Nawet na nią nie spojrzałem. – Złączył przed sobą dłonie i kontynuował: – Wyrzuciłem go na zbity pysk. I kazałem mu się zabierać razem z jego skandaliczną ofertą.

– Co takiego? – Adrenalina poderwała ją na równe nogi.

– Siadaj. Nie lubię zadzierać głowy, gdy na ciebie patrzę – powiedział Pernell i uśmiechnął się po raz pierwszy od tygodni. Uśmiech odmłodził jego twarz, odegnał cienie spod oczu ciemnych jak jej własne, w jego źrenicach zamigotały iskierki.

– Bawiło cię to.

– Laro, żałuj, że nie widziałaś jego twarzy.

BHI było prywatną firmą, która nie odpowiadała przed akcjonariuszami, a jedynie przed siedmioosobowym zarządem. Należeli do niego ona i ojciec oraz matka, Helene, która zachowała swoją pozycję w firmie w ramach korzystnej ugody rozwodowej. Pernell tak ją jednak irytował, że nie pojawiła się nawet na jednym spotkaniu w ciągu ostatniego roku. Raz na jakiś czas odgrażała się, że przyjdzie, lecz Lara sądziła, że mówiła tak tylko po to, by zdenerwować Pernella.

Pozostali członkowie zostali nominowani przez ojca. Pracowali z nim od lat, byli w podobnym wieku i mieli zbliżony sposób myślenia.

Lara wierzyła, że kłopoty finansowe firmy mogłyby zostać zażegnane dzięki stabilnej, silnej polityce, dobremu planowi pięcioletniemu, kilku zmianom na stanowiskach kierowniczych i – przede wszystkim – sprzedaży kilku wydziałów.

Na ostatnim zebraniu zarządu przedstawiła ponury kwartalny raport finansowy, po raz trzeci z rzędu. Nie stać ich było, by ta spirala nabierała tempa.

Jej płomienna przemowa wzywająca do zmian nic jednak nie dała i przegłosowano utrzymanie dotychczasowego kursu.

Jeden z członków zarządu zauważył, że swego czasu przetrwali dekady fluktuacji rynkowych. Jeszcze wszystko się zmieni na lepsze, zawsze tak było. Filozofia biznesowa Pernella polegająca na unikaniu radykalnych przekształceń zawsze służyła firmie.

Teraz upór jej ojca rujnował wartość rynkową BHI, a on nie chciał dostrzec prawdy.

Przez ostatnie półtora roku utwierdzała się w przekonaniu, że przedsiębiorstwo potrzebuje natychmiastowych zmian. Napięcie, które się z tego powodu między nimi pojawiło, zatruwało ich relacje.

– Tato…

– Idź do domu – przerwał. – Odpocznij, zasłużyłaś sobie. Napij się wina.

Z doświadczenia wiedziała, że to już koniec rozmowy. Zresztą może miał rację, mówiąc, że oferta była celowo zaniżona, ale nie wiedziała tego na pewno.

– Idź do domu, Laro Marie – powiedział miękko.

– Tylko wtedy, gdy i ty pójdziesz.

– Donald przyjedzie po mnie za pół godziny.

Jego kierowca, powiernik, lokaj. Skinęła głową i ostrzegła:

– Nie dokończyliśmy tej rozmowy.

– Uwierz mi, wiem. – Westchnął, lecz natychmiast zorientowawszy się, że okazuje słabość, wstał. – Zobaczymy się jutro.

Właśnie ją wyrzucał, tak jak przed chwilą Connora.

Ojciec poczekał, aż podniesie torebkę z podłogi, a następnie odprowadził ją do wyjścia. Gdy tylko wyszła za próg, zatrzasnął za nią drzwi.

Buzowała w niej frustracja. Zamiast posprzątać na biurku, ruszyła w kierunku podziemnego parkingu. Wiedziała, że powinna trzymać się pierwotnego planu i pojechać na siłownię, ale chciała wrócić do domu i w spokoju przemyśleć wszystko. Zapowiadał się niezły wieczór.

Szybki krok nie ukoił jej nerwów i siadając za kierownicą swojego sedana, nadal wrzała.

W samochodzie panował chłód, więc rozpuściła włosy i poruszała ramionami, by rozluźnić napięte mięśnie. Niestety, wyglądało na to, że napięcie stało się ich naturalnym stanem.

Tego wieczoru ruch na ulicach Houston był całkiem znośny, zapewne dlatego, że w mieście nie odbywał się żaden mecz ani koncert, i powrót do jej zabytkowego domu w dzielnicy Heights zajął jej niecałe dwadzieścia minut.

Całą drogę myślała o tym, co powiedziała jej Erin, i o niespodziewanym spotkaniu z Connorem.

Zanim weszła do domu, podlała bugenwillę i rośliny doniczkowe, których podwiędłe łodygi dobrze odzwierciedlały jej stan ducha.

Ruszyła prosto do sypialni. Rzuciła torbę, kopniakiem pozbyła się butów, a potem zdjęła pończochy i bluzkę. Jak zwykle zostawiła wszystko w formie bezładnej kupki. Czasem cieszyła się, że mieszka sama i z nikim się nie spotyka – miało to swoje korzyści.

Przebrała się w szorty, podkoszulek i klapki i poszła do kuchni po kieliszek wina, jak zasugerował jej ojciec. Ten dzień był tak frustrujący, że postanowiła zmniejszyć zawartość alkoholu w kieliszku o połowę, dolewając wody gazowanej. Czuła, że będzie potrzebowała co najmniej jednej dolewki.

Z kieliszkiem w jednej dłoni i iPadem w drugiej skierowała się do ogrodu na tyłach domu – jej ulubionej oazy. Otoczenie domu było tym, co ostatecznie przekonało ją do zakupu nieruchomości bez prób zbicia ceny. Znajdowały się tam zadaszony taras, mały ogród warzywny, liczne oleandry, okazałe bananowce, kilka gatunków palm i sadzawka z rybkami, której populację mieszkańców musiała ciągle odnawiać z powodu wybujałych apetytów okolicznego ptactwa. To była niewielka oaza w ruchliwym mieście.

W chłodnych miesiącach włączała na tarasie grzejnik, lecz dziś musiała uruchomić pod sufitem wiatrak, by poruszał ciężkie od wilgoci powietrze.

Usiadła na huśtawce, pociągnęła duży łyk wina, po czym odstawiła kieliszek i włączyła tablet. Czekając na połączenie z internetem, odepchnęła się palcami stóp od podłogi i wprawiła huśtawkę w ruch.

Słyszała dzieci bawiące się na pobliskim podwórku i odgłosy psów biegających radośnie wokoło. Pani Fuhrman, sąsiadka zza płotu, zapewne wypuściła swoich pięć adoptowanych zwierzaków. Ich podekscytowane skomlenie i szczekanie działały na nią kojąco.

Zamyślona, nieświadomie wpisała nazwisko Connora w wyszukiwarkę. Nie po raz pierwszy przeglądała artykuły na jego temat. Większość tego, co w nich pisano, wiedziała już od Erin, dlatego czytała tylko kilka pierwszych akapitów i przechodziła do kolejnych tekstów.

Po śmierci ojca Connor został wezwany z uczelni do domu, by przejąć stery rodzinnego przedsiębiorstwa Donovan Worldwide. Jego dziadek William, nazywany Pułkownikiem, pozostał na stanowisku dyrektora naczelnego, a Connora mianowano prezesem. Miał podejmować większość decyzji. Nieoficjalne źródła donosiły, że Pułkownik przeszedł niedawno zawał serca, co oznaczało, że na Connora spadło jeszcze więcej obowiązków.

Lara znalazła kilka wzmianek o Erin jako guru zasobów ludzkich oraz o młodszym bracie Connora, zajmującym się działem badań i rozwoju. Erin mówiła, że mieli też brata przyrodniego o imieniu Cade, który był najstarszy z rodzeństwa. Erin wydawała się go uwielbiać, ale rzadko go widywała. O skandalu związanym z jego narodzinami krążyły jedynie niejasne plotki. Prowadził ranczo – prasa pisała o tym: „rodzinna działalność biznesowa w sektorze rolnym” – w zachodnim Teksasie.

W rozmowie z Erin Lara zdradziła się, że już wcześniej sprawdzała Connora w sieci, szukając jakichkolwiek informacji o tym, czy jest z kimś w związku. Nie znalazła żadnych jego współczesnych zdjęć z kobietami, choć był fotografowany na przyjęciu w Bostonie z Julienem Bondsem, uznanym geniuszem technologicznym. W internecie było jednak frustrująco mało danych, które pozwoliłyby jej się zorientować, kim naprawdę był i co się dla niego liczyło.

Bezwiednie przejrzała wszystkie zaznaczone zdjęcia, bez wyjątku przedstawiające mężczyznę, na którego widok ciekła jej ślinka. Niezależnie od tego, w co był ubrany: spodnie khaki, koszulkę polo i mokasyny czy garnitur, wyglądał wspaniale. Wysoki i przystojny o szczupłym ciele biegacza lub rowerzysty. Był silny i seksowny. I wywoływał w niej całe spektrum fizycznych reakcji.

Podniosła wzrok znad ekranu i spojrzała w dal, odtwarzając w pamięci ich niespodziewane spotkanie przy windzie.

Jako profesjonalistka rozumiała, że Connor przyszedł w interesach, ale jej kobieca strona doszukiwała się w tym zdarzeniu czegoś więcej.

Słowa Erin nieproszone kołatały się w jej głowie. Poślubić Connora? Absurdalny pomysł. A jednak na chwilę ją oczarował. Zastanawiała się, jak by to było z nim być, pozwolić mu się całować. Czy w sypialni byłby równie odważny jak poza nią? Oczami wyobraźni zobaczyła jego palce odpinające górny guzik jej ulubionej bluzki. Czy obnażając jej ciało, musnąłby ją delikatnie, czy raczej agresywnie zabrałby się do kolejnego guzika?

Czy ma jakieś zahamowania?

A może podarłby tkaninę, spiesząc się, by ją posiąść? Stąd tylko krok dzielił ją od kolejnych obrazów. Wyobraziła sobie, że sam się rozbiera, zdejmuje pasek i zbliżając się do niej, owija go sobie wokół dłoni.

Potrząsnęła głową.

Co się z nią dzieje? Nie była pewna, skąd u niej ta nieproszona fantazja. W końcu i bez tego mężczyźni uważali ją za zbyt perwersyjną. Lepiej, jeśli będzie unikała takich myśli.

Dodanie Connora Donovana do asortymentu jej wieczornych fantazji to przepis na katastrofę.

Zdecydowanie odgoniła od siebie te myśli.

Powinna się teraz skupić na realnych problemach: jej rodzinny biznes wymagał pełnej uwagi. A Connor dał do zrozumienia, że byłby skłonny pomóc.

Na myśl o pójściu do niego na spotkanie poczuła falę lodowatych szpilek sunącą w górę kręgosłupa aż do szyi.

Sięgnęła po kieliszek i z namysłem pociągnęła głęboki łyk. Jej ojciec bez wątpienia uznałby jej działania za nielojalne, jednak jej zadania jako dyrektora finansowego polegały na doradzaniu i dawaniu rekomendacji, nawet jeśli właściciel nie chciał ich słyszeć.

Podjąwszy decyzję, zaczęła wyłączać tablet, jednak jej wzrok jeszcze raz przyciągnęło zdjęcie Connora, tym razem poprawiającego jeden ze swoich wykrochmalonych mankietów.

Cholera, wszystko, co robił, epatowało urokiem.

Weszła do domu, zostawiwszy iPada oraz niedopite wino na blacie kuchennym. Wmawiała sobie, że nie użyje pod prysznicem końcówki masującej, by się masturbować, myśląc o Connorze.

Włączyła ciepłą wodę w łazience i zrozumiała jednak, że się oszukuje. Była podniecona – pogrążona w perwersyjnych myślach o nim – i potrzebowała ulgi.

Rozdział drugi

Lara Bertrand.

Chryste.

Pięć minut przed dzwonkiem budzika Connor Donovan odrzucił kołdrę i zwlókł się z łóżka.

Poprzedniego wieczoru po powrocie do domu spędził sporo czasu na basenie, próbując pozbyć się jej z myśli. Pływanie jednak nie pomogło. Dręczyło go wspomnienie jej ciemnych oczu, długich włosów, które chciał chwycić i pociągnąć, i pięknej ozłoconej słońcem skóry, która zdradzała jej cajuńskie korzenie. Jej wyraźny zapach – cytrusowo-korzenny – przywoływał na myśl magnolie i parne, niekończące się letnie noce. Pamiętał dotyk jej ciała, gdy przez chwilę trzymał ją w ramionach. Uległość, z jaką natychmiast reagowała na bliskość, wręcz go parzyła, podsycając fizyczne pragnienie.

Connor rzadko myślał o kobietach. Jego obsesją była praca, a ideę randkowania odrzucał, ponieważ liczyły się dla niego głębsze relacje. Te z kolei wymagały i zasługiwały na to, by poświęcić im czas i energię. Egoizmem byłoby zapraszać kobietę, wiedząc, że będzie to tylko przygodna znajomość.

Jednak to, co podpowiadała mu racjonalna część jego umysłu, nie miało specjalnie wpływu na podświadomość, dlatego wspomnienie Lary prześladowało go przez całą noc.

Śnił o niej, widząc ją w swoim łóżku, nagą, z rękoma przywiązanymi do zagłówka nie jedwabnym sznurem, lecz liną. Konopny splot zostawiłby na jej skórze maleńkie ślady, którymi mógłby się cieszyć godzinami. Miała zamknięte oczy, plecy wygięte w łuk i szeroko rozłożone nogi, gdy błagała o jego dotyk i jego dominację.

Teraz szukał jej zapachu na swojej poduszce – korzennych cytrusów i kobiecej zmysłowości.

Potrząsnął głową. Co on, u diabła, robił, myśląc o córce swojego przeciwnika? Wyobrażanie jej sobie w poddańczej pozie nie prowadziło do niczego oprócz wzwodu.

Odegnał myśli o Larze, postanawiając się skupić na codziennych zadaniach, i jak co dzień jeszcze przed świtem ruszył do łazienki na jednominutowy zimny prysznic.

Po chwili, rozbudzony i ożywiony, przeczesał mokre włosy palcami, wytarł się ręcznikiem i włożył spodenki treningowe.

W porannej ciszy poszedł poćwiczyć do jednej z gościnnych sypialni swojego loftu, do której wstawił telewizor i kilka przyrządów treningowych, na wypadek gdyby nie chciał korzystać z siłowni dla mieszkańców budynku.

Wziął butelkę wody z małej lodówki i od razu wypił ponad pół litra, a następnie włączył składankę utworów rockowych z lat osiemdziesiątych i telewizor z zablokowanym dźwiękiem.

Skoncentrował się na nadchodzącej godzinie. Usiadł na wioślarzu i sięgnął po uchwyt. Wiosłując, skupił się na oddechu, aż osiągnął właściwy rytm.

Co jakiś czas zerkał na ekran telewizora, by śledzić światowe indeksy gospodarcze. Miał zaledwie dziesięć lat, gdy dziadek zaczął go uczyć, jak ważne jest zrozumienie wzajemnej zależności różnych rynków. Tłumaczył mu, że drobne załamanie za granicą może się okazać katastrofalne w skutkach dla któregoś z oddziałów Donovan Worldwide.

Connor słuchał uważnie. Jak mogłoby być inaczej? Dziadek był pieszczotliwie nazywany Pułkownikiem, choć nigdy nie zaszedł w armii wyżej niż do rangi kapitana. Jednak poślubił Libby Sykes i został honorowym patriarchą rodziny oraz właścicielem jej dóbr. Ciężko pracował, by pomnożyć rodzinną fortunę, i nieustannie przypominał swoim spadkobiercom o ich obowiązkach. Connor z poświęceniem uczył się wszystkiego, wypełniając kolejne zeszyty mądrością dziadka.

Jego ojciec zginął w strasznym wypadku samochodowym. Przyrodni brat Connora, Cade, który siedział wtedy za kierownicą, przeżył, przynajmniej fizycznie. Ale zżerało go poczucie winy.

Po wypadku Connor wrócił do domu, by pracować u boku dziadka w Donovan Worldwide. Cztery lata temu, w wieku dwudziestu trzech lat, przyjął stanowisko prezesa – dwie dekady wcześniej, niż się spodziewał. Sprostał temu zadaniu, jak wszystkim innym.

Nic poza wyzwaniem nie sprawiało, że krew szybciej krążyła mu w żyłach. Im większe, tym większa nagroda. Wiedział, że pozyskanie wydziału komunikacji BHI będzie trudne, ale mieli kilka patentów, które Connor chciał zdobyć. Pozwoliłyby one jego firmie rozwinąć skrzydła na rynku międzynarodowym. Kiedy poprosił swojego młodszego brata Nathana o zebranie jak największej ilości informacji na temat Bertrandów, Nathan powiedział, że Pernell nigdy się nie zgodzi na sprzedaż.

To jednak nie powstrzymało Connora.

Podobnie jak pokolenia przed nim zdawał sobie sprawę, że musi podejmować ryzyko – rzecz jasna rozważnie – by się rozwijać. Do diabła, nawet żeby się chociaż utrzymać na powierzchni.

Poświęcał wiele godzin dziennie na przygotowywanie ocen ryzyka. Uważnie badał wszelkie pomysły, które przeszły przez sito ocen jego ciotki Kathryn, dziadka i braci. Te naprawdę warte wypróbowania studiował tygodniami, nawet miesiącami. Nie spieszył się. A gdy w końcu zaczynał działać, robił to z całkowitą pewnością.

Niewiele było rzeczy, które mogły go zaskoczyć.

Miał reputację człowieka, który załatwia sprawy bardzo bezpośrednio, co niejednokrotnie szokowało innych. Wydział komunikacji BHI był gotowy do przejęcia, od miesięcy krążyły o tym plotki. Pernell powinien więc rozglądać się za kupcem lub choćby starać o fuzję.

Przybywając do siedziby BHI, Connor spodziewał się spotkać z zarządem, a przynajmniej z Pernellem i Larą. Miał przygotowaną ofertę, był gotów na rozmowy, otwarty na negocjacje.

Tymczasem Pernell przyjął go w swoim gabinecie sam. Nawet nie wstał na powitanie. Upór tego człowieka był tak silny jak jego cajuńskie korzenie. Nawet nie spojrzał na ofertę – kazał się Connorowi wynosić i nie wracać, chyba że potroi oferowaną cenę i przyniesie walizkę pełną gotówki.

Pernell bez wątpienia uważał się za niezwykle przebiegłego, niestety ta strategia nie zadziałała na Connora. Z uprzejmym uśmiechem odparł, że w takim razie jego oferta jest już nieaktualna.

Connor patrzył, jak kolejne holdingi BHI z branży komunikacyjnej traciły na wartości, podobnie jak niektóre ich inwestycje w branży hotelarskiej. Wystarczyło poczekać i przejąć to, co zostanie. Problem stanowiły te cholerne patenty, które były warte więcej niż cały wydział. A on chciał zdobyć je wszystkie, nie tylko niektóre.

To sprowadziło jego myśli z powrotem do Lary.

Na chwilę stracił rytm. Skupił się i odzyskał regularność wioślarskich ruchów. Wmawiał sobie, że ta nietypowa dla niego reakcja wynikała z szoku po spotkaniu z Pernellem.

W głębi serca wiedział jednak, że to nieprawda.

Nigdy wcześniej nie doświadczył tego rodzaju skręcającej trzewia reakcji na kobietę.

Ujęła go już przy pierwszym spotkaniu, gdy Erin przedstawiła ich sobie na przyjęciu. Przytrzymanie jej płaszcza w holu było takie naturalne. Gdy odmówiła odwiezienia się do domu, czuł się dziwnie rozczarowany.

Wczoraj, gdy wpadła na niego przy windzie, jej zaskoczenie było szczere.

Poczuł płynącą przez niego falę energii. Pociągała go tak bardzo, że zapomniał o gniewie.

Chciał spędzić z nią więcej czasu.

Zadźwięczał nastawiony timer i Connor rozluźnił mięśnie z głośnym westchnieniem. Zwalniając ruchy, przypomniał sobie, że ćwiczenia miały pomóc mu oczyścić umysł. Obsesyjne myślenie o ciemnowłosej piękności doprowadzi go donikąd.

Poszedł do kuchni po kubek kawy, którą popijał, siekając warzywa. Kiedy omlet smażył się na oliwie, skwiercząc smakowicie, Connor sprawdził skrzynkę mailową i kalendarz oraz plan comiesięcznego rodzinnego spotkania biznesowego, przygotowany przez Thompsona.

Sekretarz jak zwykle zadbał już o potwierdzenia, wśród których brakowało tylko informacji od Cade’a, co niespecjalnie zdziwiło Connora. Jego przyrodni brat mieszkał w Corpus Christi, a to kawał drogi od Houston – mógł się dłużej zastanawiać nad koniecznością przyjazdu. Pozostali: Erin, Nathan, ciotka Kathryn i dziadek, obiecali przybyć na zebranie.

Connor zjadł śniadanie, metodycznie posprzątał kuchnię i wziął prysznic. Tym razem nie spieszył się, pozwalając, by gorąca woda rozluźniła i ukoiła spięte mięśnie.

Wypił drugą kawę i ubrał się w garnitur, podczas gdy świt właśnie zaczynał błądzić na horyzoncie, zmieniając niebo nad Houston z czarnego w ciemnoszare.

W prognozach pogody nie zapowiadano deszczu, a powietrze nie było zbyt wilgotne, zrezygnował więc z jazdy samochodem i poszedł do pracy pieszo.

Biurowce nadal stały ciemne i pozbawione energii, która miała zacząć w nich pulsować dopiero za godzinę. Miasto obudzi się ze snu, niejedna fortuna urośnie, zniknie lub zmieni właściciela. Zamierzał znaleźć się pośród wygranych, gdy nadejdzie koniec tego dnia.

Wchodził do biura, gdy skrawek słońca właśnie pojawił się nad horyzontem.

Thompson był już w pracy i stał przy dzbanku do kawy. Większość pracowników miała się zjawić nie wcześniej niż za pół godziny, a do tego czasu Thompson będzie już na pełnych obrotach.

– Napije się pan kawy? Chętnie się podzielę.

– Dobry z ciebie człowiek, Thompsonie, dziękuję.

Asystent miał wprawdzie imię, ale na początku poprosił, by go nie używać, a Connor szanował jego życzenie. Niektórzy mówili do niego „panie Thompson”, inni – „twardziel Thompson”. Jedno i drugie przyjmował bez zastrzeżeń. Facet służył wcześniej w armii, był szeroki w barach, miał wielką bliznę na ogolonej głowie i imponującą posturę, zatem w pełni zasługiwał na swój przydomek.

Tak naprawdę niewiele mówił o swojej wojskowej przeszłości, a Connor nie wypytywał go o szczegóły.

Thompson miał niesamowite zdolności organizacyjne. „Nie chciałby pan szukać magazynka ani broni, będąc pod ostrzałem”, powiedział podczas rozmowy o pracę. Podjął pracę w Donovan Worldwide kilka lat temu, kiedy firma uruchomiła program zatrudniania weteranów. Początkowo pracował w departamencie IT. Naprawił wówczas jeden z notebooków Connora, co stanowiło nie lada wyzwanie. Urządzenie było prezentem od Juliena Bondsa, a wszyscy wiedzieli, że sprzęt Bondsa potrafili naprawić jedynie geniusze. Najwyraźniej Thompson się do nich zaliczał.

W dodatku nie poprzestał jedynie na naprawie, tylko zintegrował kilka programów, zoptymalizował planowanie, ustawił powiadomienia i ogólnie sprawił, że praca Connora stała się łatwiejsza i efektywniejsza. Choć Thompson nie miał kwalifikacji, jakich Connor poszukiwał u kandydatów na stanowisko swojego asystenta, gdy rozpoczęto rekrutację, poprosił Thompsona, by złożył swoje CV. Jeśli czegoś nie potrafił, to się tego uczył, łącznie ze zdobyciem dyplomu uczelni ekonomicznej na studiach wieczorowych.

Connor uważał zatrudnienie go za jedną ze swoich najlepszych decyzji.

Teraz przyjął kubek kawy i podziękował skinieniem głowy. Pociągnął łyk i się wzdrygnął.

– Cholera. To mogłoby rozpuścić łyżeczkę.

– Zawsze mówię…

– Wiem, wiem: tylko cioty i damulki dodają śmietankę lub cukier.

– A pan nie jest ani jednym, ani drugim, panie Donovan.

– Tak mówią – powiedział, krztusząc się drugim łykiem.

– Proszę hartować ducha. Gdy pan skończy, będzie pan w pełni rozbudzony.

– Albo tak roztrzęsiony, że będzie można mierzyć moje drgawki na skali Richtera – odparł Connor, ignorując szeroki uśmiech asystenta, i ruszył do swojego gabinetu, gdzie miał nadzieję znaleźć jakąś zachomikowaną saszetkę cukru.

Plan dnia leżał równo na środku wypolerowanego do połysku biurka, a obok niego kilka dokumentów. Projekty kampanii reklamowych wymagające jego zatwierdzenia wolał oglądać w formie wydruków niż na ekranie komputera. Namacalność papieru bardziej do niego przemawiała.

Zostawił kubek z kawą i aktówkę na kredensie, mając nadzieję, że napój nie przegryzie się przez ceramikę i blat.

Thompson wcześniej odsłonił okna, więc Connorowi pozostało jedynie podlać bambus, który dostał w prezencie od ciotki Kathryn. Miała fioła na punkcie zanieczyszczenia powietrza w budynku i krok po kroku wprowadzała do biur rośliny. Musiał przyznać, że lubił swoją, i spędzał niedorzecznie dużo czasu, przestawiając ją tak, by miała jak najlepszy dostęp do rozproszonego światła słonecznego oraz odpowiednie podlewanie. Przez ostatnie cztery miesiące urosła już dziesięć centymetrów.

Wziął kawę, usiadł za biurkiem i włączył komputer oraz monitory. W międzyczasie zajrzał do szuflady, w której wśród długopisów i spinaczy znalazł ukryty skarb w postaci saszetki cukru.

Wsypał całość do kubka, do ostatniego ziarenka, po czym spróbował. Nie pomogło.

Zrezygnowany zgniótł torebkę w maleńką kulkę, by Thompson nie znalazł jej wśród śmieci. Niektóre sprawy muszą pozostać świętą tajemnicą.

Przejrzał papiery na biurku, na kilku naniósł poprawki, inne podpisał. Gdy monitory komputera wyświetliły logo firmy, był gotów zmierzyć się z tygodniowymi raportami.

W południe spotkał się na lunchu ze swoim prawnikiem, a następnie wrócił do siedziby firmy na spotkanie rodzinne.

W najmniejszej sali konferencyjnej byli już ciotka Kathryn, Erin i Nathan. Żadne z nich nie zwróciło na niego uwagi. Kathryn patrzyła przez okno, bez wątpienia celowo ignorując bratanka i bratanicę oraz śniąc o rejsie Kanałem Panamskim. Erin i Nathan siedzieli za stołem i jeśli ich język ciała stanowił jakąś wskazówkę, wyglądało na to, że się o coś sprzeczali. Erin mówiła z ożywieniem, machając rękami, a Nathan pochylał się do przodu ze zmarszczonym czołem.

– Sklep gorseciarski to fanaberia – mówił właśnie Nathan, wykorzystując fakt, że Erin musiała przerwać tyradę, aby nabrać tchu. – Nie utrzyma się.

– Mam inne zdanie. Gorsety przeżywają renesans, jest na nie ogromne zapotrzebowanie. I nie ma lepszej lokalizacji niż Kemah.

Kemah było miasteczkiem leżącym na tyle blisko Houston, że uważano je za część metropolii. Położone w zatoce Galveston, miało deptak, park rozrywek oraz sklepy i butiki ściągające dziesiątki tysięcy odwiedzających rocznie. Dobre sklepy radziły sobie, Connor w to nie wątpił.

– Nie mówię, że jest inaczej – odparł Nathan. – Ale czynsze są wysokie. Ile gorsetów musiałabyś sprzedać miesięcznie, by zapłacić rachunki, nie mówiąc o zaopatrzeniu i reklamie?

– Kobiety szaleją na ich punkcie – odparła i dodała z błyskiem w oku: – Oraz niektórzy mężczyźni.

– To zbyt wąska specjalizacja. Nawet mały butik potrzebuje czegoś więcej. Akcesoriów. Sam nie wiem…

– Zabawek? Wibratorów i takich tam?

Nathan nie dał się sprowokować i odpowiedział jak biznesmen:

– Przynieś mi zestawienie przewidywanych kosztów i zysków ze sprzedaży oraz zadbaj o to, by liczby się zgadzały. Albo zainwestuj własne pieniądze, ale i tak radzę ci dobrze się przyjrzeć realiom tego biznesu. Nie pozwól, by entuzjazm wziął górę nad rozsądkiem.

– Chodzi ci o emocje.

Nim Nathan zdążył odpowiedzieć, Connor odchrząknął.

– Żałuję, że muszę przerwać wam tę dyskusję… – Choć nie była niczym niezwykłym. Rodzina miała szeroki zakres zainteresowań, myśli, opinii i ulubionych projektów, obejmujących najwyraźniej kolejne rośliny doniczkowe. – Co to? – spytał, wskazując na wielką donicę w kącie.

– Hibiskus – odparła ciotka Kathryn, odwracając się. – Uznałam, że brzoskwiniowy odcień kwiatów rozjaśni to miejsce. Czegoś tu brakowało.

Oprócz tego krzykliwego czerwonego obrazu na ścianie? – pomyślał Connor.

– Czy one nie rosną na zewnątrz?

– Wiele osób uprawia je w domach, bo dobrze sobie radzą w doniczkach, pod warunkiem że są odpowiednio nawożone i stoją poza bezpośrednim działaniem słońca. Z ich kwiatów można robić herbatę. Koi nerwy.

– Można je też dodawać do mojito – podsunęła Erin.

– Zastanawiam się, czy nie wymienić go na skrzydłokwiat – ciągnęła Kathryn, ruszając w stronę stołu z przekąskami i napojami. Zaparzyła filiżankę zielonej herbaty i postawiła ją przed Erin, która na ten widok zmarszczyła nos.

– Wypij – poleciła Kathryn. – Mówię poważnie.

Erin przysunęła filiżankę.

– A co dla ciebie, Connorze? Kawa?

– O nie, już i tak nie zasnę do następnego stulecia.

– Zapewne Thompson podzielił się z tobą swoją kawą – domyśliła się Erin.

Kiwnął głową.

– Myślę, że parzy taką mocną, by udowodnić swoją męskość – powiedziała.

– To raczej deklaracja hartu ducha – poprawił ją Connor, siadając.

– Dla ciebie herbata? – zwróciła się Kathryn do Nathana. – Coś miłego i kojącego?

– Nie w tym życiu. Napiję się wody.

Wziął sobie butelkę, a Kathryn zaparzyła kolejną filiżankę herbaty.

Connor przysiadł się do Erin. Jedną z jego pierwszych decyzji jako prezesa było zastąpienie długiego stołu konferencyjnego mniej formalnym, okrągłym. Zachęcał do zacieśniania więzi na rodzinnych spotkaniach, na których nie obowiązywała ścisła hierarchia. Mimo to wszyscy siadali mniej więcej na tych samych miejscach: Pułkownik po jego prawej stronie, a Nathan po lewej.

– Jakieś wieści od dziadka? – spytała Erin.

Ciotka Kathryn siedziała wyprostowana, ze ściągniętymi ramionami, wdychając herbacianą parę unoszącą się przed jej twarzą. Erin ignorowała swoją filiżankę. Nathan odkręcił wodę i sięgnął po egzemplarz planu spotkania ze sterty leżącej na środku stołu.

– Powiedział, że przyjedzie – odparł Connor.

Wiedział, że Pułkownik na pewno dotrzyma słowa, choćby miało go to wiele kosztować. Od czasu zawału, który przeszedł kilka miesięcy temu, mówił z większym namysłem, ruszał się wolniej i używał laski. Był zbyt uparty, by korzystać z chodzika, jak zalecił lekarz. Co miesiąc odwiedzał rehabilitantkę. Cokolwiek mu zaleciła, Pułkownik robił więcej.

– Czy oprócz sklepu z gorsetami Erin mamy jakieś nowe przedsięwzięcia do omówienia?

– Chciałabym w tej kwestii dodać – odezwała się Erin – że to nie pierwszy raz, gdy jednemu z nas odrzuca się projekt.

– Nie odrzuciłem go – zaoponował Nathan.

– Semantyka.

Connor odsunął na bok swój plan spotkania.

– Myślę, że potrzebujemy nowego rodzaju kategorii inwestycyjnej. – Widząc, że Nathan chce jej przerwać, podniosła dłoń. – Mamy świetną procedurę zdobywania dofinansowania z fundacji.

Nathan pokiwał głową.

– Oraz rygorystyczne przepisy, których przestrzegamy, szukając większych przejęć. A co z mniejszymi pożyczkami na biznes taki jak ten? Taki, który mieści się w ramach naszej społeczności biznesowej?

Nathan zamknął usta. Najmłodszy z braci Donovanów może i nie lubił ryzyka, ale ich prababka ustanowiła zasadę, że firma ma inwestować większość swoich funduszy w okolicy, w której jej rodzina osiedliła się pięć pokoleń wstecz. Ich teksańskie korzenie sięgały głęboko i były dumą rodziny.

– Zrób zestawienie wytycznych – zasugerowała ciotka Kathryn.

Erin spojrzała na Connora.

– Mnie to pasuje – powiedział.

Do sali wszedł Pułkownik, wolno, ale bez laski. Connor wstał, by mu pomóc, ale dziadek odprawił go machnięciem ręki.

– Gdzie twoja laska…? – zaczęła Kathryn.

– Skończ z tym tematem – przerwał jej. – Albo ustąpię twojej matce. Zawsze chciała zobaczyć Kanał Panamski.

– Kanał Panamski?

– Rozmawiała już z biurem podróży. Są jeszcze bilety na twój rejs.

– Już skończyłam.

– Nie chce, byśmy ja i jej matka wiedzieli, że zamierza spędzić dwa tygodnie z Neilem Lathropem.

– Dziadku! – zbeształa go Erin.

– Ten facet jest od niej o trzydzieści lat młodszy. Wszyscy wiedzą, że się spotykają.

– O trzydzieści jeden – poprawiła niefrasobliwie Kathryn.

– Lathropowie chcą od kobiety tylko jednego, i nie są to pieniądze.

– To zapewne prawda – zgodziła się Kathryn. – I nie jest wcale takie złe. Powinnam zacząć się spotykać z młodszymi już dawno temu.

– Nie chcę tego słuchać – zaprotestował Nathan.

Connor zastanawiał się, czy zawał nie zniszczył u Pułkownika niektórych filtrów społecznych związanych z savoir-vivre’em. Pięć lat temu takie słowa nie przeszłyby mu przez usta.

Siadanie zajęło Pułkownikowi sporo czasu i wymagało skupienia oraz wysiłku.

– Czekamy na Cade’a? – spytał w końcu.

– Nie przyjedzie – odparł Connor.

– Tak jak i w zeszłym miesiącu. Ma obowiązki, również wobec rodziny. Ta jego matka…

– Zadzwonię do niego – wtrąciła Kathryn.

– Rozmawiamy co tydzień – dodał Connor, wdzięczny ciotce za ucięcie tyrady dziadka.

Niezależnie od tego, jak ważna była dla Pułkownika rodzina, jego stosunki ze Stormy – matką Cade’a – niezmiennie go irytowały.

– To nie wystarczy.

– Prawda – zgodził się Connor.

Faktycznie Cade powinien bardziej się udzielać. Ich rozmowy były krótkie i zwykle to Connor je inicjował. Rozumiał opory brata – stanowiły przejaw opiekuńczości w stosunku do matki, poza tym dźwigał ciężar śmierci ojca. Nikt go nie winił, ale to nie miało dla niego znaczenia.

– Chcę go tu widzieć na następnym spotkaniu.

– Dopilnuję tego – obiecała Kathryn.

– Zabierajmy się do pracy – powiedział Pułkownik, sięgając po plan spotkania. – Jestem umówiony z trenerką.

– Masz na myśli fizykoterapeutkę? – spytała Kathryn.

– Nie. Wynająłem osobistą trenerkę. Każe mi podnosić ciężary i budować wytrzymałość. Tak, tak, zanim zaczniesz swoją nudną śpiewkę, powiem, że kardiolog, neurolog i cała reszta „-logów” wyrazili zgodę. Jeszcze w tym roku mam zamiar wziąć udział w pięciokilometrowym rajdzie pieszym.

– Super, dziadku! – poparła go Erin.

Connor pochylił się nad stołem, by ukryć szeroki uśmiech.

– Będę zbierał fundusze dla ofiar zawału – dodał Pułkownik. – Spodziewam się, że mnie wesprzecie. Oraz fundację.

Nie było to pytanie i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Kathryn kiwnęła głową.

– Wymień sumę.

– Im więcej ludzi z Donovan Worldwide pomoże, tym lepiej.

– Wchodzę w to – powiedziała Erin. – Stworzę zespół.

Kierowała działem HR, a do programów związanych ze zdrowiem przywiązywała szczególną wagę. Zachęcała pracowników do udziału w specjalnych projektach.