Wieża - Ahsan Ridha Hassan - ebook + książka

Wieża ebook

Ahsan R. Hassan

0,0

Opis

OBIECUJĄCY DEBIUT NA MIARĘ NEILA GAIMANA!

Wybór pięciu niezwykle wciągających tekstów literatury niepokoju, która zdecydowanie wykracza poza ramy gatunku. Wyłącznie dla ambitnego czytelnika.

W zbiorze Wieża znajdziemy tajemniczą budowlę istniejącą na granicy rzeczywistości i szaleństwa, która nagle wyrosła w ogrodzie młodego małżeństwa; współczesnego nekromantę, zdającego sobie sprawę, że ślady pozostawione w Internecie nie podlegają naturalnym prawom rozkładu; demona likantropii, nawiedzającego stolicę Śląska; proces rodem z powieści Franza Kafki prowadzony przez przerażające istoty, a nawet ducha Romana Polańskiego.

Obowiązkowa lektura dla każdego, kto ceni sobie fabułę wciągająca od pierwszego zdania, plastyczny styl, zaskakujące pomysły, słowem – dobrą literaturę.

Groza zbyt współczesna, niemieszcząca się w ramach gatunku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 359

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

WIEŻA

 

 

Kiedy Michał obudził się pewnego dnia z niespokojnych snów i zszedł na taras pooglądać widoki, stwierdził, że w jego ogrodzie wyrosła Wieża. Na dobre.

– Znowu podziwiasz swoją zmyśloną konstrukcję. – Monika boso weszła na lakierowane deski, ubrana jedynie w jego białą koszulę. Włożyła mu kubek gorącej kawy w dłoń. – Brrr, dzisiaj jest chłodno. Wracam do łóżka oglądać serial. – Wspięła się na palce i pocałowała męża w policzek. – Liczę, że zaraz dołączysz do mnie, tygrysku. – W odpowiedzi uśmiechnął się kącikiem ust i siorbnął łyk podanego mu napoju, patrząc przed siebie. – W taki piękny sobotni poranek mam ochotę się kochać. Tylko nie wpuść kota do sypialni, jak ostatnio. – Weszła do domu, po czym zawołała z wnętrza: – I pamiętaj, że dzisiaj przyjeżdżają moi rodzice.

– Pamiętam.

Michał patrzył w miejsce, gdzie wczoraj wieczorem po pracy kosił trawę – w miejsce, gdzie kwitły jabłonie, a między nimi wyrastała Wieża. Nie była prosta i masywna jak te, które budowano we wczesnym średniowieczu, ani też zmyślnie rozbudowana w stylu gotyckim; wręcz przeciwnie, wiła się, poskręcana trochę w lewo, trochę w prawo, a jej smukła konstrukcja wzniesiona z czerwonej cegły pięła się wysoko w niebo, ponad dwadzieścia metrów nad ziemię. Na samej górze znajdował się daszek w kształcie stożka, z czerwonej dachówki, z niego wyrastał komin, dymiący łagodnie prawie niewidzialnym dymem, który przypominał obłoki na tle błękitnego nieba, a zaraz obok powiewała szkarłatna chorągiew z wyhaftowanym symbolem złotego oka. Chorągiew pojawiła się niedawno. Pod daszkiem usytuowany był mały balkonik, na który wchodziło się przez dębowe wrota na samym szczycie Wieży. Innych drzwi, jawnych czy sekretnych, Wieża nie miała.

Michał dopił kawę, wytrzepał fusy za taras i ruszył w stronę sypialni, mieszczącej się na piętrze ich nowego domu. Dzień zapowiadał się cudownie, a on chciał wykorzystać go jak najlepiej przed przyjazdem teściów.

Tymczasem szkarłatny proporzec z symbolem wyhaftowanego oka falował łagodnie na wietrze. Nic nie zapowiadało zbliżającej się burzy.

 

1.

21 marca

Nareszcie na swoim!

Chociaż mieliśmy olbrzymie trudności z uzyskaniem kredytu, w końcu, dzięki pomocy finansowej teścia, udało się. Kupiliśmy nasz wymarzony dom pod lasem.

Dzisiaj przewiozłem większość rzeczy. Monika została w starym mieszkaniu na Kazimierzu – mamy tam nasze łóżko, nie chciała spać na samym materacu w domku. Jest bardzo wygodna. Mi to nie przeszkadza, dzisiaj śpię w nowym. Czeka nas jeszcze sporo pracy z rozpakowywaniem gratów i układaniem ich na właściwe miejsca, ale o to zacznę martwić się jutro. Teraz, póki jeszcze nie jestem tak zmęczony, żeby zasnąć z głową na blacie, opiszę moje pierwsze wrażenia.

Dom mieści się kilka, no, może kilkanaście kilometrów za Krakowem. Z początku mieliśmy obiekcje co do kupna ze względu na odległość, ale w końcu są samochody, a do pracy można dojeżdżać. Pamiętam, jak agent nieruchomości pokazał nam go po raz pierwszy. Wszystko było wtedy jeszcze zaśnieżone, wczesnym wieczorem jechaliśmy autem sprzedawcy.

– Naprawdę się państwu spodoba – mówił ze sztucznym uśmiechem. – Okazja jakich mało.

Zjechaliśmy z głównej drogi, minęliśmy ostatnie budynki i wjechaliśmy na wzgórze. Po chwili silnik samochodu terenowego zgasł.

– Jesteśmy na miejscu.

Wyszliśmy na mróz. Kiedy zobaczyliśmy dom, od razu się zakochaliśmy. Widok był baśniowy (postaram się to tak opisać, żeby nic nie spieprzyć): wyobraźcie sobie granatowe niebo w styczniu. Zbliża się wieczór, a na nieboskłonie lśnią pojedyncze gwiazdy. Poniżej, na tle pagórków, wyrasta bór, tworzony przez oszronione sosny i jodły. Ze ścianą lasu graniczy olbrzymia, prawie stuarowa działka. Dzieli się na dwie części: tę niższą, w której wiosną kwitną drzewa i kwiaty, i tę na wzgórzu, gdzie nad krajobrazem spowitym śnieżną kołdrą góruje domek z drewna; w jego wnętrzu jaśnieje przytulne światło, a z komina wydobywa się dym.

– To jest to miejsce. – westchnęła Monika.

Agent pokazał nam cały dom. Obejrzeliśmy salon z tarasem oraz widokiem na pagórkowatą okolicę i bór. Następnie poszliśmy do obszernej kuchni, połączonej z jadalnią i spiżarką, do której trzeba było zejść po schodkach. Kuchnia urządzona była w stylu zakopiańskim, pod sufitem znajdowały się drewniane belki, z których zwisał czarny, metalowy żyrandol i suszona jemioła, w rogu pomieszczenia postawiono ławę. Na parterze mieściły się również łazienka i pokój gościnny oraz sypialnia, która miała osobną łazienkę z wanną. Następnie agent pokazał nam piwniczkę, której ściany były pokryte kamieniem (idealna do przechowywania wina i nalewek) oraz pralnię. Na samym końcu poszliśmy na pierwsze piętro. Znajdowały się tam dwa pokoje: jeden większy (dla dziecka w przyszłości), jeden całkiem mały – w zasadzie w tej kliteczce ze skośnym dachem zmieściłoby się wyłącznie biurko i krzesło (muszę przekonać Monikę, że zrobię z tego moją pracownię, a jej garderobę umieścimy w wolnym pokoju).

– Perfekcyjnie. – Zachwyciła się Monika.

Kiedy agent podał nam cenę (ze względu na kryzys była bardzo niska), od razu postanowiliśmy, że musimy kupić ten dom.

Teraz dochodzi jedenasta, w salonie pachnie drewnem i nocnym powietrzem (uchyliłem wszystkie okna, żeby się wietrzyło). Siedzę przy stole, obok komputera znajduje się kubek („pisarz to osoba, która zamienia kawę w słowa”), mój ulubiony. Reszta blatu wyłożona jest talerzami owiniętymi w gazety. Otaczają mnie pudła – w ogóle cały dom zawalony jest pudłami i rozkręconymi meblami. Z miejsca, w którym siedzę, widać duże okna i wyjście na taras, a z tarasu dostrzegam coś jeszcze. Miałem nadzieję, że po przeżyciach na Kazimierzu to minie, ale niestety chyba nie udało mi się tego pozbyć. Kiedy patrzę w mrok, gdzieś w ogrodzie widzę budowlę. Widzę ją nawet wyraźnie. Najpierw przyśniła mi się, w noc, kiedy wróciliśmy z oglądania domu z agentem. Potem, kiedy przyjechaliśmy ponownie, z początku nic nie widziałem, ale jeśli dłużej wpatrywałem się w tamto miejsce, zaczynałem zauważać zarysy konstrukcji wykonanej z włókien. Monika jeszcze nic nie wie; poza tym i tak to zlekceważy. Teraz widzę tylko mdłe kontury smukłej budowli, jakby wieży. Czasem znikają, czasem pojawiają się mocniej, wyraźniej, jak nieprzyjemne pulsowanie bólu w skroni…

Za bardzo się rozpisałem, pora iść spać. Jutro czeka mnie sporo pracy.

Koniec wpisu.

*

– Michaś, co dzisiaj zjesz na kolację? – Monika zawołała z kuchni, kiedy zatrzasnęły się drzwi wejściowe. Z przedpokoju doszedł dźwięk szelestu ściąganego płaszcza i szurania, sugerującego wkładanie kapci.

– Cześć, słonko. – Michał wszedł do kuchni, luzując krawat przy kołnierzyku. – Zjem, co mi dasz, jestem głodny jak wilk.

– Nie pomagasz. – Monika odwróciła się i drewnianą łyżką przerzuciła pieczarki na patelni.

– No dobrze. – Podszedł do żony i objął ją, stając za jej plecami. – Zobaczmy, co my tu mamy… Pieczarki do omletu i… – Wsunął dłonie pod fartuszek i bezceremonialnie chwycił jej małe piersi – deser!

– Przestań, Michaś. – Uśmiechnęła się i delikatnie, acz stanowczo odepchnęła go od siebie. – Prawie miesiąc uczę się gotować w tej kuchni i nic mi nie wychodzi.

– Przesadzasz, kochanie. Żeberka, które robiłaś ostatnio, były co prawda trochę zbyt chrupkie, ale mi smakowały. – Podszedł do lodówki i wyciągnął karton z sokiem pomarańczowym. Już chciał napić się prosto z opakowania, kiedy Monika zwróciła mu uwagę:

– Nie, nie, nie, mój drogi. Pij ze szklanki, nie z kartonu. – Wycelowała w niego łyżkę, z której zwisała pieczarka. – Czasy studenckie już dawno się skończyły. Nie pozwolę, żeby jakiś Hun pałętał się po mojej kuchni. Wiesz, że mnie to brzydzi.

– Niech ci będzie. – Z niechęcią odstawił karton na lodówkę i sięgnął po szklankę. Nalał sobie i usiadł wygodnie na ławie.

– Jak w pracy, kruszynko? Dalej ta pipa zawala cię robotą?

– Daj spokój. – Westchnęła, przygotowując składniki na omlet. – Chyba do tej pory nie może pogodzić się z tym, że awansowałam na stanowisko kierownicze. Niestety cały czas jest nade mną i wpycha swój nochal, kiedy tylko może. A jak u ciebie, nastawienie się poprawiło? – Wbiła jajka do miski i zaczęła mieszać.

– Nie jest to moja praca marzeń – mruknął. – Dzisiaj cały dzień znowu musiałem wypełniać tabelki w Excelu. Przeszczep mówił… znasz Przeszczepa? Ten łysy facet, który był tydzień temu na naszej parapetówce i podrywał wszystkie twoje samotne koleżanki. – Kiwnęła głową. – No, w każdym razie mówił, że mają nas rzucić do jakiegoś banku, żebyśmy przeglądali księgi rachunkowe. Projekt na trzy miesiące.

– To chyba dobrze? – Monika wlała płynne ciasto na patelnię, olej zaskwierczał.

– Niestety nie. – Pokręcił głową. – Mamy pracować tam, gdzie trzymają księgi rachunkowe, czyli w zupełnym odizolowaniu, w pomieszczeniu bez okien. Po tygodniu będę wyglądał jak goblin.

– Moje biedactwo. – Nałożyła omlet na talerz, posypała smażonymi pieczarkami, polała sosem śmietanowym i położyła przed mężem. – Masz na poprawę humoru.

– Dzięki, poczekać na ciebie?

– Nie, jedz, póki ciepłe. – Wlała porcję na drugiego omleta. – Ale słuchaj, kochanie, nie ma na co narzekać. Masz stabilną pracę na umowę, zarabiasz względnie dużo, stać cię na dołożenie się do kredytu, a nie tak jak większość naszych znajomych – pokończyli studia i albo mieszkają z rodzicami, albo pracują za grosze.

– Wiem, wiem. Tylko rozumiesz, o co mi chodzi, słonko? Czasami mam po prostu tego wszystkiego serdecznie dość.

– Będzie lepiej. – Dosiadła się do niego ze swoim omletem. – A jak zjemy, to chodź na górę. Mam na ciebie ochotę. – Puściła do niego oko.

 

Skończyli.

– To było świetne. – Michał obrócił się na plecy. Był nagi, a jego mokre ciało przykleiło się do pościeli.

– Zdecydowanie. – Monika dyszała. – Doszłam nawet cztery razy.

Patrzyli na sufit poddasza, próbowali wyrównać oddechy.

– Co powiesz na kąpiel? – Zaproponowała, jeszcze lekko zarumieniona.

– Jestem za.

Wstała i poszła w stronę ich sypialnianej łazienki; nawet nie włożyła bielizny. Michał założył okulary, obrócił się i oparł głowę na dłoni. Lubił patrzeć na Monikę: na jej zgrabne pośladki, wcięcie w talii, delikatne, kobiece ramiona, burzę loków w kolorze kasztana, małe piersi i ładne nogi. Lubił nawet jej bliznę na prawym przedramieniu – pamiątkę po wypadku z dzieciństwa z udziałem Moniki, nieuwagi dziadków i garnka z gorącym rosołem, który wylała na siebie. Cud, że przeżyła. Uwielbiał każdą część jej ciała i lubił jej o tym przypominać. Tak jak przed chwilą, kiedy całował ją wewnątrz, a ona wyginała się w łuk i jęczała.

– Chodź, tygrysie. – Napuściła wody do wanny.

– Już idę! – Wyskoczył z łóżka.

 

Kiedy leżeli w wannie, ona wygodnie ułożona między jego udami, on obejmując ją swoim ramieniem i leniwie zanurzając gąbkę w wodzie, by po chwili wycisnąć ją między jej piersi, Monika podjęła temat, który nie spodobał się Michałowi:

– Za dwa tygodnie przyjeżdżają moi rodzice.

Zatrzymał dłoń z gąbką w powietrzu.

– Skoro muszą.

– Michaś, nie bądź o to zły. To są moi rodzice i kiedyś powinni nas odwiedzić. W końcu ojciec wyłożył większość pieniędzy przy wkładzie własnym i pomaga nam z ratami kredytowymi.

– Nikt go o to nie prosił – mruknął.

– Ale sam zaoferował się z pomocą. Polewaj mnie tą gąbką, podoba mi się. – Zacisnęła dłoń na jego ręce. – No, już lepiej. Poza tym, tygrysku, póki ojciec nam pomaga, mamy możliwość myślenia o ewentualnej zmianie pracy, której tak nie lubisz. Jeżeli kredyt byłby tylko na naszej głowie, to całość pensji poszłaby na pokrycie raty i na życie, a tak to mamy możliwość wyboru. – Nic nie odpowiedział. – Twoi rodzice też by nam pomogli, gdyby mogli, tak? No właśnie. Więc nie ma się na co obrażać. Swoją drogą zaproś ich kiedyś, mogą chyba przylecieć z tego Bristolu.

– Mama na razie nie może, nie dostanie wolnego. A tata bez niej się nie ruszy.

– Prawda. – Pokiwała głową.

– Problem z twoim ojcem jest taki – podjął na nowo – że po prostu mną gardzi. Uważa mnie za nieudacznika i cały czas porównuje do tego, jak mu tam… Adama.

– Daj spokój. – Odwróciła się i spojrzała twardo, ucinając dyskusję. – Mój tata jest po prostu trudny. I nie wracajmy do tamtychspraw. Już nie raz o nich dyskutowaliśmy. Popełniłam kiedyś błąd, głupi błąd, ale naprawiłam go. Wybrałam ciebie. – Pocałowała go. Namiętnie.

– Czuję, że hoplita znowu szykuje się do falangi ze swoją włócznią. – Zanurzyła dłoń pod wodę. – Chyba musimy mu przypomnieć, czyją jesteśmy żoną. Usiądź na skraju wanny.

 

29 kwietnia

Dzisiaj zawitał do naszego domu Kotovski, a wraz z nim pierwsza kłótnia. Zaczęło się jak zwykle, od błahostki, a skończyło na tych samych tematach, co zawsze.

 

Michał wszedł do domu najciszej, jak potrafił. Widział na podjeździe samochód Moniki, musiał zachować jak największą ostrożność. Powoli przymknął drzwi i położył zamknięty wiklinowy koszyk na dywanie w przedpokoju, a obok niego pudło. Koszyk się poruszył. Michał poczekał, aż prezent się uspokoi. Po chwili zdjął buty, powiesił kurtkę na wieszaku i nasłuchiwał. Była w salonie.

Podniósł koszyk i w największej konspiracji zaczął skradać się wzdłuż korytarza, jak wykwalifikowany członek gildii złodziei. Dotarł do drzwi, zajrzał do środka. Monika siedziała w fotelu pod białym kocykiem, czytała książkę. Obok, na stoliku, stały dzban z zieloną herbatą i filiżanka. Nic nie podejrzewała. Zrobił krok, zaskrzypiała podłoga.

– Kochanie, to ty? – Odwróciła się.

W tym momencie drzwiczki wiklinowego koszyka otworzyły się z trzaskiem. Michał poczuł, jak futrzany pocisk w kolorze dmuchawca wystrzelił z impetem ze środka. Pocisk, uzbrojony w komplet pazurów, pędził w stronę Moniki, rozdzierając powietrze rozpaczliwym, przeciągłym miauczeniem. Monika wrzasnęła i w ostatniej chwili skuliła się w fotelu; kot przeleciał milimetry od jej twarzy i z pełną mocą uderzył w dzban. Trzasnęło i w tym samym momencie gorący, zielony płyn zalał część koca i podłogę. Kot zwinnie odbił się od przeszkody, wylądował na ziemi i rzucił się w kierunku Michała. Biała smuga mignęła mężczyźnie między nogami i pobiegła na górę.

Nastała cisza.

– Najmocniej… cię… przepraszam – wyjąkał, patrząc na Monikę, która siedziała wtulona w fotel. Na kocyku pojawiła się słomkowo-zielona, parująca plama. Podbiegł do żony i szybko zrzucił z niej okrycie, żeby się nie poparzyła.

– Naprawdę wybacz, chciałem ci zrobić niespodziankę, ale kot…

Monika jakby nagle oprzytomniała. Spojrzała najpierw na stolik, który był teraz zalany herbatą; na podłogę, na której znajdowała się duża plama i potłuczony dzbanek; na kocyk, który nie był już biały; na końcu spojrzała na Michała, który stał z na wpół przerażoną, na wpół głupkowatą miną.

– Idiota. – Wstała i wyszła.

 

Jakiś czas później Michał wycierał podłogę w salonie. Zdołał już posprzątać resztki dzbanka i umyć stolik. Moniki nie było, musiała pójść przebrać zalaną koszulkę.

– Miała prawo się wściec – pomyślał. – Wciąż ma uraz przez tę sytuację z rosołem.

Starł podłogę, zaniósł kocyk do pralni i wrócił do salonu. Czekał. Nie było sensu jej szukać, to by ją jeszcze bardziej rozsierdziło. Musiał przetrzymać krótką burzę i wszystko wróci do normy. Po chwili przyszła, minę miała skwaszoną.

– Coś ty sobie myślał? – Zaczęła podniesionym głosem. – Miałam się poparzyć tą herbatą?

– Kochanie, przepraszam – Podszedł do niej, nie za blisko.

– Nie – przerwała. – Nie przepraszaj mnie. Po prostu znajdź tego kota i go oddaj.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale. Nie życzę go sobie w tym domu.

– Monika, daj spokój. – Michał oponował, ale głos miał dalej potulny. – Przecież to nieszkodliwe… Relatywnie nieszkodliwe stworzenie. Pomyślałem, że będzie po prostu nas trochę więcej w domu… – Za późno ugryzł się w język.

 

Monice oczy momentalnie się zaszkliły.

– Kochanie, nie o to mi chodzi. – Podszedł do niej, przytulił.

– Momentami cię nienawidzę. – Głos jej się załamał. – Musisz mi na każdym kroku przypominać, że nigdy nie będę… w pełni kobietą?

– Kochanie, nie to miałem na myśli. – Tulił ją mocniej, zaczęła szlochać. – Wiesz, że cię kocham i dla mniej zawsze jesteś w pełni… – Odepchnęła go.

– Zostaw mnie – powiedziała cicho. – Po prostu już o tym nie rozmawiajmy. – I wyszła.

Przejdzie jej – pomyślał. Zawsze jej przechodzi. Może kiedyś pogodzi się z tym, że nigdy nie będą mieć dzieci.

Monice przeszło wieczorem.

Kiedy Michał siedział w salonie z laptopem, po prostu weszła do środka, przełożyła komputer na stolik i usiadła na kolanach męża. Objęła go rękami i pocałowała.

– Przepraszam – powiedziała smutno. – Po prostu byłam w szoku. Możemy zatrzymać kota.

– Też cię przepraszam – odpowiedział. – Powinienem skonsultować to z tobą.

– Powinieneś. Ale tego nie zrobiłeś, trudno. Niespodzianka to niespodzianka. Widziałam, że rozłożyłeś już mu miseczki i kuwetę.

– Tak, pomyślałem, że nawet jak go jutro oddam, to kot musi jeść. I mieć gdzieś srać.

– To prawda. – Uśmiechnęła się. – Jak go nazwiemy?

– Hmmm… – Michał mruknął.

– Wymyśl coś, jesteś w tym dobry.

– Może, biorąc pod uwagę dzisiejsze wejście, nazwiemy go Herbaciany?

– Herbaciany? – Ściągnęła brwi. – Nie, Herbaciany źle mi się kojarzy.

– W takim razie nazwijmy go Kotovski. To ładne imię dla kota, oryginalne.

– Może być Kotovski. Tylko czy mu się spodoba?

– Już mu się spodobało, patrz. – Monika odwróciła się w stronę, którą wskazał Michał.

Na środku salonu stał kot. Był młody, nieduży, miał wielkie oczy i futro w kolorze dmuchawca. Na dźwięk imienia Kotovski spojrzał na nich rozumnie.

– Chodź, Kotovski. – Monika wysunęła w jego stronę dłoń. Kot najwyraźniej uznał, że nowa pani zamierza go ukarać, więc odskoczył, a potem wybiegł z pokoju.

– Jeszcze się przyzwyczai. – Michał pokiwał głową.

Siedzieli przez chwilę wtuleni w siebie. W pewnym momencie Monika zauważyła pudło za fotelem.

– Co tam chowasz? – spytała.

– To właśnie chciałem ci pokazać. Tylko musisz zrobić miejsce. – Zeszła z niego, a Michał sięgnął za siebie po pudło, wyjął zawartość i położył na kolanach. – To jest mój nowy nabytek. Maszyna do pisania marki Continental – dodał z dumą.

– Łał. – Udała podziw. – I gdzie chcesz ustawić ten element dekoracyjny? W salonie?

– Za grosz wyrozumiałości. – Obruszył się. – Zamierzam napisać na niej moją pierwszą opowieść.

– Na tym? Przecież nikt już nie używa maszyny do pisania. A przynajmniej żaden szanujący się pisarz. Teraz wszyscy piszą na komputerach.

– Nie znasz się. – Michał wstał i przytulił czarną maszynę do siebie. – Mam talent i nie zamierzam go zmarnować w tej ogłupiającej pracy. Nie chcę do końca życia wstukiwać danych w Excelu i spłacać kredytu za otrzymaną jałmużnę.

– No dobrze, ale kiedy chcesz pisać? I gdzie?

– Już wszystko przemyślałem. W tym małym pomieszczeniu na piętrze zrobię swoją pracownię.

– Ale…

– Żadnego ale. Twoją garderobę umieścimy w drugim pokoju. A czas? Mam dwa tygodnie urlopu, akurat w sam raz, żeby napisać książkę.

– Michał, chyba sobie żartujesz. – Monika przybrała ostry ton. – Mieliśmy jechać na Mazury. Poza tym, jeśli się wkręcisz w pisanie, znowu będziesz chciał rzucić pracę, jak wtedy, kiedy byłeś agentem ubezpieczeniowym. Tylko że teraz jesteśmy małżeństwem i mamy poważne zobowiązania finansowe na głowie.

– Tym razem będzie inaczej. Mam wszystko zaplanowane. Dwa tygodnie, ani dnia dłużej, i wracam do pracy. A w międzyczasie puszczę mój rękopis do agencji literackiej. Za pół roku, no może rok, książka powinna trafić do księgarń.

– Michaś… Nie obraź się, ale jak znowu ci nie wyjdzie… Nie chcę, żeby ci się pogorszyło, jak wtedy, na Kazimierzu. Pamiętasz? Nie chcę, żebyś znowu widział różne rzeczy. Rzeczy, których nie ma.

– Za późno – uciął. – Już je widzę.

I Michał wyszedł. Z maszyną do pisania pod pachą i urażoną dumą wielkiego pisarza.

 

W sypialni było ciemno. Michał leżał w łóżku, próbował zasnąć. Otworzyły się drzwi, usłyszał odgłos stóp, potem poczuł, jak Monika wskoczyła do łóżka, pod kołdrę. Przybliżyła się, dalej leżał obrócony plecami.

– Nie chciałam cię urazić.

– Uraziłaś.

– Pogadajmy o tym rano, bez nerwów. – Pogładziła go po włosach. – Teraz mnie przytul, dobrze?

– Ech… – Odwrócił się. – Niech ci będzie.

Szelest kołdry, odgłos całowania, znowu cisza.

– Michaś?

– No?

– Co tym razem?

Westchnął.

– Wieża. Chyba, tak myślę. Jutro pokażę ci gdzie. Chcesz?

– Chcę. I wiesz… Czuję się przy tobie naprawdę bezpieczna. – Wtuliła się bardziej.

– A ja przy tobie szczęśliwy. – Pogładził jej policzek z czułością.

– Kocham.

– Ja kocham.

Zasnęli.

 

3 maja

Nadszedł dzień gniewu, dies irae, dzień przyjazdu teściów. Srebrny mercedes klasy S zajechał pod nasz dom wieczorem. Wyszli z niego ojciec Moniki i kobieta, z którą mieszka od czasu rozwodu, będzie z pięć lat. Na początku było nawet sympatycznie, sztucznie, ale sympatycznie. Angela, kobieta teścia, ubrana (a jakże!) w futro i śliską sukienkę, od razu zalała nas słodkimi jak karmelki zapewnieniami o tym, jak to dobrze nas widzieć, i równie cukierkowym zapachem perfum. Zdawało mi się, że powietrze wokół niej jest gęste i lepkie niczym w sierpniowy wieczór, kiedy zbiera się na burzę. Zostałem wyściskany i wycałowany, jak podczas spotkań z ciotkami w czasach, kiedy zacząłem odkrywać alfabet. Ojciec wyszedł dopiero po chwili. Dumnie wysiadł z samochodu, podszedł do Moniki – pocałowała go w policzki, porośnięte brodą – potem bezceremonialnie podszedł do mnie i uścisnął mi dłoń. Nie był to prawdziwy uścisk, raczej zimne i pośpieszne dopełnienie niewygodnych formalności powitania.

– Córciu, pokaż mi dom – zwrócił się do Moniki i wziął ją pod rękę. Nawet na mnie nie spojrzał. Monika nie miała wyboru, więc ruszyli w stronę wejścia. Angela uśmiechnęła się do mnie wyraźnie zakłopotana.

– Niech pani idzie z nimi, zajmę się bagażami – zapewniłem. Szybko do nich dołączyła. W trójkę wyglądali nawet zabawnie: Angela w futrze i w szpilkach, mierząca prawie metr dziewięćdziesiąt, pośrodku niższa od niej Monia w szarym dresie i po lewej teść, który trzymał ją pod rękę. Był o głowę niższy od córki, nosił białe jeansy, brązowy pasek od spodni i białą koszulę, z której wylewał się brzuch. Szedł swoim kaczym krokiem. Kojarzyli mi się z trójką zwierząt: lamą, kucykiem i czarnym kaczorem.

Gdy tylko zaniosłem bagaże, dołączyłem do nich.

Oglądanie domu nie obyło się bez złośliwości. Teść na każdym kroku musiał wyrazić swoje zdanie. Monika prowadziła ich po wszystkich pokojach po kolei i opowiadała w międzyczasie, jak wyglądały na początku i jaki mamy pomysł na przyszłość. Kiedy mówiła o „jej” pomieszczeniach, na przykład kuchni, ojciec zachwalał oryginalne i wyśmienite koncepcje; „moje” naturalnie gnoił. W dość obrazowy sposób wyraził się na temat mojego planu zamontowania szafek na wina w piwniczce: nazwał ją meliną i kurnikiem z grzędami. Nic nie odpowiedziałem.

– Mam nadzieję, że nie będzie wam przeszkadzać. – przed wyjściem z piwniczki teść wyciągnął drewnianą fajkę i nabił ją tytoniem. Od lat był zamiłowanym fajczarzem. Przeszkadzało mi to bardzo i już chciałem mu odpowiedzieć, że w tym domu nie palimy, ale Monika mnie szturchnęła.

Pokazywaliśmy resztę budynku, a za nami snuł się gęsty dym z fajki, przypominający szare kłębowisko wyrzygiwane przez lokomotywę. Kiedy wprowadziliśmy ich do sypialni, chciałem, żeby ojciec jak najszybciej ją opuścił i nie naruszał swoją obecnością i śmierdzącym oparem najbardziej intymnej przestrzeni domu. Jak na złość, po wypaleniu pierwszej porcji tytoniu wszedł w butach do sypialnianej łazienki, wyskrobał popiół do umywalki i nabił fajkę ponownie, zanim zdołała przestygnąć.

– A co jest w tym pomieszczeniu? – spytał, wchodząc do mojej przyszłej pracowni. – Widzę biurko i krzesło, a to przecież idealne miejsce na garderobę, córciu – zwrócił się do Moniki, kręcąc głową. – A to co? Maszyna do pisania? Chyba nie zamierzasz dopuścić, żeby twój mąż zaniedbał i tak już mało ambitną, ale stabilną finansowo pracę? – prychnął, a z jego ust wydobył się ciemny obłok.

Zagotowało się we mnie. Jak śmie dotykać mojej maszyny swoimi tłustymi paluchami?!

– Może pan już opuścić to miejsce i palić na tarasie? – wskazałem wyjście, mówiąc stanowczym i pozornie opanowanym tonem. – Monika ma problemy z astmą, nie można palić tak blisko sypialni.

Zmierzył mnie wzrokiem i wypuścił dym. Zdawało się, że nie zamierza się ruszyć, że będzie trwał w miejscu jak głaz w kształcie człowieka, wyciosany przez złośliwe gnomy.

– Córciu, idziemy się wypakować i wziąć prysznic – odezwał się do Moniki, cały czas na mnie patrząc. – Zjedzmy coś, a potem napijmy się whisky i wina. Przywiozłem kilka butelek do twojego nowego domu, które będziesz mogła trzymać w „jego” piwniczce – dodał z kpiną i wyszedł.

– Michaś. – żona chwyciła mnie za rękę w drzwiach. – Proszę cię, bądź dla niego miły. Zostają tu do poniedziałku, nie daj się wytrącić z równowagi. Pojadą i będziemy mieć spokój. – pocałowała mnie. – Pamiętaj też, że ojciec płaci większą część rat kredytu. Obiecujesz mi, że nie dasz się sprowokować?

Obiecałem.

– To teraz chodź pomóc mi nakryć do stołu. I przygotuj jakąś muzykę na wieczór, może być jazz.

Kiedy schodziliśmy na dół, miałem nadzieję, że nie zostaną do poniedziałku, a pojadą jak najszybciej. Jak się miało wkrótce okazać, moje życzenia się spełniły. I miały swoją cenę.

 

Dochodziła dwudziesta trzecia, siedzieli w salonie. W tle grał przyjemny jazz, a w powietrzu unosił się leniwie dym fajkowy – pachniał delikatnie, nieznacznie drażnił nos. Monika sprzątała ze stołu wraz z Angelą, która ruszyła do pomocy mimo udzielonej jej grzecznej odmowy.

– Jestem gościem, słodziutka, ale jestem też panią w moim domu i nie pozwolę ci samej tego sprzątać. Wiem, ile z tym pracy.

Monika nie wiedziała, czy nie odpowiedzieć czegoś zjadliwego dla wyrażenia uczucia, że ta obca dla niej kobieta, która ma się za „panią domu”, jest tak naprawdę intruzem w domu jej matki. Mimo sporej ilości wina, wypitej tego wieczoru, powstrzymała się.

Tymczasem Kotovski biegał po stole i próbował zwędzić resztki ciasta z talerzy. Przegapił moment, kiedy po obfitej kolacji mógł zdobyć jakieś smakowite pozostałości, bo szybko je uprzątnięto, i nie chciał teraz popełnić tego samego błędu. Ciekawiło go, jak smakuje karma dla ludzi i czemu nie piją wody z misek, tylko z dziwnych pojemników, które trzymają w rękach. Niestety we wszystkich próbach był mało skuteczny; kobiece dłonie były szybsze i zwinniejsze w sprzątaniu ze stołu niż jego łapki w przechwytywaniu resztek. W końcu odpuścił.

Michał i teść siedzieli naprzeciwko siebie w fotelach. Pili kolejną szklankę whisky, wzrok mieli mętny. Kiedy kobiety poszły do kuchni, ojciec Moniki odjął fajkę od ust i zagadnął:

– Znasz się na tytoniach, chłopcze?

– Nie bardzo.

– Tak przypuszczałem. – Włożył fajkę z powrotem w swoje mięsiste wargi. – Gdybyś był moim synem, nauczyłbym cię wszystkiego o paleniu. Ale nim nie jesteś i nie łudź się, że to się zmieni. – Michał uśmiechnął się kwaśno. – W swoim życiu wypaliłem mnóstwo znakomitych mieszanek – Gawitha Hoggartha z dominującą nutą tytoniu Virginia, która jest tak słodka, że jeżeli zostawisz ją na dłuższy czas w opakowaniu, zaczyna pokrywać się cukrem; jej młodszą siostrę Coniston Cut Plug o zupełnie innym charakterze i temperamencie, jak to z siostrami bywa; paliłem Gordona Pyma, który wziął swoją nazwę od bohatera powieści Edgara Allana Poe; moją fajkę nabijałem również tytoniami Gallway, Limerick, Independence, wszystkimi Mac Barenami i innymi niezliczonymi odmianami; dzisiaj skończyłem palić Fribourg & Treyer z nutką wyśmienitego Black Cavendish, a za moment nabiję kocioł jednym z najlepszych produktów od Samuela Gawitha, jedyną w swoim rodzaju mieszanką Commonwealth Mixture, w której pochodząca z Cypru Latakia, moja ulubiona odmiana silnego tytoniu, stanowi połowę składu. Swoją drogą, kiedy paliłem po raz pierwszy właśnie ten rarytas – uniósł w górę metalową puszkę angielskiego tytoniu z wizerunkiem zamkowych ruin na wzgórzu – poczęła się Monika. Wśród dymu i iskier – dla podkreślenia swoich słów wciągnął powietrze przez fajkę, a wnętrze drewnianego kotła zaczerwieniło się od żaru, który odbijał się w jego czarnych oczach. Wypuścił dym. – Zastanawiasz się pewnie, czemu ci o tym opowiadam? Czemu wspominam o nazwach, które i tak zbyt wiele ci nie mówią, a które, gdybyś był palaczem fajki, powinny wywoływać na twoim języku, podniebieniu i w nozdrzach przyjemne skojarzenia? Odpowiedź jest bardzo prosta. – Spojrzał Michałowi w oczy. – Bo się cholernie różnimy. Nie mamy i nie będziemy mieli ze sobą zbyt wiele wspólnego, zapamiętaj to.

Michał wciąż nic nie odpowiadał, patrzył na teścia i pił whisky.

– Jest jedna rzecz, która nas łączy – podjął. – Ten dom. Moja córka dokonała wyboru, niekoniecznie się z nim zgadzam, i wybrała na swojego męża właśnie ciebie. To znaczy, że wspólnie odpowiadacie finansowo za niektóre zobowiązania, a jednym z nich jest dom, w którym właśnie siedzimy. Zapamiętaj to dobrze.

– O czym rozmawiacie? – Dosiadły się do nich Monika i Angela z kieliszkami wina w dłoniach. Michałowi ulżyło.

– Męskie tematy. – Ojciec uciął krótko. – Ale jak widzicie, drogie damy, brakuje mi kompana, więc muszę się więcej napić. – Wyciągnął szklankę w stronę Michała. – Chłopcze, nalej mi jeszcze.

Tamten nie ruszył się.

– No mówię do ciebie, bądź wreszcie użyteczny. – Michał siedział dalej w fotelu, dławiąc w sobie złość.

– Ja to zrobię. – Monika wzięła od ojca szklankę, napełniła ją i wsadziła mu z powrotem w dłoń. Szybko zmieniła temat: – Jak twoja firma, tato?

– Dajże spokój. – Teść spochmurniał. – Kolejny rok kryzysu, straciliśmy kontrakt na obsługę kilku kluczowych klientów. Nie chciałem ci mówić, córciu, ale skoro już spytałaś… – Jednym łykiem wypił prawie całą zawartość szklanki. – Ciężkie czasy nastały, ciężkie czasy.

– Przykro mi, tato. Mam nadzieję, że się jakoś odbijecie.

– Na pewno. – Angela energicznie potrząsnęła głową i chwyciła pulchną dłoń partnera.

– Szczerze mówiąc, córciu, liczyłem, że twój mąż nas trochę odciąży. No ale nie jest to Adam.

– Tato, przestań.

– Czemu mam przestać, mówię, jak jest – przerwał jej. – Dobrze wiesz, że to był sensowny chłopak, nie jak twój obecny małżonek. No ale dobrze. – Odpuścił, widząc spojrzenie Moniki. – Nie będę taki srogi w stosunku do Michała. Czym w końcu zawinił, będąc nieudacznikiem? Ma to przecież po rodzicach.

To przelało szalę goryczy, Michał nie wytrzymał, syknął głośno:

– Przynajmniej nie doprowadziłem mojej firmy na skraj bankructwa.

Nastała cisza.

Kiedy kobiety zamilkły, a mężczyźni mierzyli się ciężkimi spojrzeniami, Kotovski postanowił przejść do akcji. Tak bardzo ciekawiło go, co też ten gruby człowiek pije w dziwnej misce! Nie wyglądało jak woda. Przemknął niepostrzeżenie za wysoką kobietą i wdrapał się na fotel. Kiedy ta sama kobieta zwróciła na niego uwagę i chciała wydobyć z siebie ostrzegawczy krzyk, kot przeszedł do czynu. Wyciągnął pazurki, z całej siły wybił się ze szczytu fotela, w którym siedział gruby człowiek, i zanurkował w dół, wprost na jego dłoń.

Gruby człowiek wrzasnął i wypuścił miskę. Kotovski od razu dopadł do rozlanej na ziemi zawartości. Polizał. Nie zasmakowało mu. Potem poczuł ból i poleciał parę metrów dalej, w stronę ściany. Uderzył w nią z wielką siłą, aż zakręciło mu się w łebku. Upadł, ale wylądował na czterech łapkach. Wyczuwając niebezpieczeństwo, postanowił opuścić pokój i uciec na górę.

– Zabiję tego kota! – darł się ojciec Moniki.

– O mój Boże! – Angela patrzyła z przerażeniem na szybko pojawiające się kropelki krwi na jego dłoni.

Monika pobiegła po apteczkę i bandaż. Po chwili wróciła, uspokoiła ojca i opatrzyła mu rękę.

Michał cały czas siedział w fotelu, patrząc mętnym wzrokiem na rozsypany na ziemi popiół od fajki, która wyleciała z ust teścia. W tle grał jazz.

– Ten cholerny kot to pewnie też pomysł twojego męża. – Usłyszał za plecami zdenerwowany głos. Odstawił szklankę na stół, wstał i obrócił się.

– Tak, to był mój pomysł. I co w związku z tym?

– Taki z ciebie chojrak?

– Tak, i co mi zrobisz?

– Dobrze. – Ojciec wyrwał Monice prawie opatrzoną dłoń i wstał. Podszedł do Michała i mimo że był od niego niższy o półtorej głowy, patrzył w oczy swojemu przeciwnikowi. – Jesteś nieudacznikiem, chłopcze.

– Krytykowałeś mnie przez cały pobyt – powiedział Michał przez zaciśnięte zęby; alkohol dodawał mu odwagi. – Wszedłeś z butami do naszego – nie twojego, a naszego – domu, wszystkie moje pomysły zmieszałeś z błotem i na koniec kopnąłeś mojego kota. A nie jesteś to twój dom, tylko nasz. Mój i Moniki, czy ci się to podoba, czy nie. Płacę za ratę kredytu, umowa jest na moje nazwisko. Zapamiętaj: to jest mój dom. I nic nas nie łączy. A jak ci się nie podoba, to zbieraj się rano do siebie.

– Wspaniale. – Teść zmrużył oczy. – Skoro wyrzucacie mnie z waszego domu… Nie będę wam więcej pomagać przy spłacie kredytu. Dobrej nocy życzę wszystkim. – I wyszedł.

 

Dochodziła trzecia nad ranem, na horyzoncie pojawiały się wyładowania elektryczne, które znaczyły niebo jasnymi pęknięciami, potem dochodził pomruk grzmotu. Gwiazdy były niewidoczne za sprawą czarnych kłębów chmur zwiastujących burzę.

Michał stał na tarasie z kubkiem gorącej herbaty w dłoni. Kręciło mu się w żołądku po tym, jak zwrócił całą whisky, którą wypił tego wieczoru z teściem. Nie miał stalowych trzewi. Nerwów też niestety nie. Najpierw spór z ojcem Moniki, zaraz potem kłótnia z żoną. Dlaczego to zrobił? Obiecał, że nie da się sprowokować! Nie dało się zachować spokoju, on go poniżał.

Ale to nie było najgorsze.

Michał patrzył na burzowy horyzont. I na Wieżę. Widział ją wyraźnie, jak stała poskręcana, niewzruszona na tle nadciągającej nawałnicy. Tylko chorągiew ze złotym okiem trzepotała na wietrze.

Do głowy zaczęły uderzać mu wspomnienia, które dawno zakopał, a które wciąż w nim siedziały. Myślał, że sobie z nimi poradził. Ten cholerny grubas musiał jednak przypomnieć mu o Adamie. Michał do tej pory wyrzucał sobie, że pozwolił Monice pojechać na studiach na Erasmusa do Portugalii, że po prawie dwuletnim związku zerwali ze sobą, bo zaczęła się spotykać na wyjeździe z tym całym wypacykowanym chłopcem, którego wszyscy podziwiali. Rok później, po serii rozstań i powrotów, Adam ostatecznie ją zostawił, a oni wrócili do siebie i wzięli ślub. Niedawno. Michał nie wiedział, czy dobrze robi. Mimo że na myśl o Monice w żołądku rozlewało mu się przyjemne ciepło, od tamtej pory czuł do niej również jakąś niechęć. I coś jeszcze, w krótkich przebłyskach, kiedy przypominał sobie o pewnym wieczorze. Zdarzyło się to w czasie, kiedy Monika po raz trzeci schodziła się z Adamem. Michał poszedł na domówkę studencką. Nie wiedział, że jeden ze znajomych zaprosił Monikę i Adama. Michał akurat nieopatrznie wszedł do pokoju, który był na końcu korytarza – malutkiego pomieszczenia, w którym oprócz łóżka mogły się zmieścić tylko dwie osoby. Zajrzał do środka. Adam miał spuszczone spodnie. Był w trakcie zostawiania swojego materiału genetycznego w ustach Moniki.

Mimo że się potem zeszli, mimo że stoczyli dziesiątki kłótni i rozmów, mimo setek zapewnień Moniki, że kocha tylko jego, a Adam był nieporozumieniem, głupotką, mimo że w końcu zdecydował się na ślub – gdzieś w środku został niepokój. I wstręt. Mógł znaleźć sobie inną dziewczynę i zostawić Monikę. Nie mógł. A raz na jakiś czas powracało tamto wspomnienie, tamten ciasny pokój i Monika, jego żona. Która już nie była jego.

Ciężko wybaczyć, a niemożliwe zapomnieć.

Michał pociągnął łyk herbaty, patrzył na Wieżę na tle czarnego nieba, rozświetlanego błyskawicami. W tym momencie poczuł, że ktoś go obserwuje. Albo coś. Odwrócił głowę w stronę boru. Tuż przy siatce ogrodzeniowej stała sarna. Jej zwierzęce oczy świeciły jasnym odblaskiem, jak dwa małe reflektory samochodu. Stała nieruchomo i wpatrywała się w Michała. Zaraz potem do ogrodzenia podeszła druga sarna, potem następna, i kolejna. Jasne punkciki oczu pojawiały się co chwilę wzdłuż ogrodzenia, jedne bliżej, inne dalej. I wszystkie patrzyły na Michała. Albo na Wieżę, sam już nie wiedział. Nie minęło pięć minut, a wzdłuż całej siatki stał niezliczony rząd saren; w ciemności było widać wyłącznie pary oczu, mieniące się jasnym odblaskiem reflektorów.

Powiało, wraz z wiatrem zaczął kropić pierwszy deszcz.

Michał położył kubek na tarasie i wrócił do domu.

Znowu błysnęło, bliżej, a w świetle pioruna ukazała się poskręcana, wijąca się w niebo Wieża z chorągwią nerwowo smaganą wiatrem i zacinającą ulewą. W jasnym rozbłysku widać było również setki saren stojących nieruchomo pod ogrodzeniem. Wpatrywały się w Wieżę, a ich futro szybko wilgotniało od tysięcy kropel.

Kubek stygł i napełniał się deszczem.

 

2.

27 maja

Minął prawie miesiąc od afery z teściem, a Monika cały czas wydaje się być na mnie obrażona. Przepraszałem ją chyba ze trzydzieści razy i niby wszystko jest w porządku, ale jak tylko zahaczamy o temat kupna czegoś do domu, to odcina się złośliwym komentarzem: „A masz z czego zapłacić? Bo ja już niedługo nie”. I pokazuje mi kartkę z dwoma słupkami: aktywa i pasywa. W aktywach wpisuje nasze zarobki, a w pasywach niezbędne wydatki, jak chociażby rata na kredyt czy utrzymanie dwóch samochodów (stare rzęchy, ale przynajmniej mamy wygodny dojazd do miasta). Po zsumowaniu zostaje naprawdę niewiele. Tłumaczę jej, że ojciec na pewno blefował i lada dzień wyśle nam na konto kasę na kolejną ratę. A ona dalej swoje – kreśli następne wyliczenia, ile nadgodzin będziemy musieli brać, żeby wrócić do normalnego poziomu życia, bez zaciskania pasa.

Z przyjemniejszych tematów: urządziłem swoją pracownię. Co prawda nie ma tam zbyt wiele – poza biurkiem, krzesłem i maszyną do pisania przyniosłem jeszcze kilka ryz papieru, pióro z atramentem i zdjęcia moich ulubionych pisarzy: Kafki, Kinga i Hemingwaya. Same potrzebne rzeczy, nie ma tam nic zbędnego, co rozpraszałoby twórcę przy pracy. Dlatego też zrezygnowałem z laptopa na rzecz maszyny do pisania – czego oczywiście Monika nie potrafi zrozumieć. Próbowałem kiedyś pisać na komputerze, ale po pięciu minutach skupienia musiałem wejść na pocztę, sprawdzić najnowsze wiadomości, memy, Facebooka i kiedy znowu wracałem do pracy, okazywało się, że mija pół godziny, a mnie się już nie chce tworzyć.

Monika nie do końca akceptuje obecność mojej pracowni w domu i twierdzi, że to strata miejsca.

– Skoro chcesz pisać, to czemu nie robisz tego w salonie? – pyta z wielce zdziwioną miną, a ja jej tłumaczę, że ważna jest przestrzeń, że wszyscy wielcy pisarze mieli swoje pracownie. Pyta się wtedy, czemu nie piszę teraz, a chcę wykorzystać czas urlopu. Wyjaśniam, że pisanie to nie jest pięć minut ani godzina roboty. Że po godzinie to się dopiero rozkręcam, po dwóch zaczynam pisać swoim indywidualnym stylem, a po trzech jestem tak wciągnięty w swoją powieść, że mogę ją pisać bez przerwy i muszę to robić, dopóki nie postawię ostatniej kropki. I dlatego jest mi potrzebny aż dwutygodniowy urlop. Inaczej nie potrafię. A nie chcę płodzić niczego miernego.

Jeszcze tylko kilka tygodni i zabiorę się za pisanie. Już się nie mogę doczekać, czuję, jak opowieść siedzi mi w głowie i musi wyjść. Żeby tylko jakoś przetrzymać ten czerwiec w gobliniej pracy.

 

3 czerwca

Teść nie blefował. Monika jest załamana. I wściekła. No nic, poczekamy jeszcze kilka dni. Na razie robię przelew (dzisiaj jest termin spłaty raty) z naszych pieniędzy odłożonych na wakacje i narty zimą. Będzie dobrze.

 

17 czerwca

Cholerny karzeł! Dzwonimy do tego zadufanego w sobie troglodyty przez dwa tygodnie. Kiedy łaskawie odbiera, mówi Monice, że nie ma o czym z nią rozmawiać i żeby podała mnie do telefonu. To zaczynam z nim gadać, mówię, że przepraszam za swoje zachowanie, poniosło mnie pod wpływem alkoholu, kłaniam się przed nim w pas (długo będę zbierał po tym telefonie poczucie własnej godności, ale Monika mi kazała), a on z zadowoleniem chrząka i mówi:

– To właśnie chciałem od ciebie usłyszeć, chłopcze. Ale bardzo mi przykro, nie zmienię swojej decyzji. Aha – przekaż mojej córce, że przykro mi, że z twojego powodu cierpi, mogła wybrać innego. – rozłączył się.

Gnój. W chwili, gdy zapisuję te słowa, ręce mi się trzęsą ze złości.

Ech, no nic, jakoś sobie poradzimy. Za dwa tygodnie Monika jedzie na Mazury ze znajomymi (już się na mnie nie boczy, że zostaję pisać, chyba zrozumiała), a ja będę mógł stworzyć swoje dzieło. A potem wszystko się jakoś ułoży.

 

29 czerwca

Monika jutro wyjeżdża, a ja zaczynam od rana pracę nad moją powieścią. Czuję się podekscytowany. Następny wpis umieszczę w połowie lipca. Koniec na dzisiaj, idę do Moniki na przedwyjazdowy seks.

 

Trzydziestego czerwca Michał odwiózł Monikę na dworzec. Kiedy wrócił i zamknął za sobą drzwi, wykrzyknął z radości:

– Nareszcie! – A potem stanął w miejscu i zastanawiał się, od czego zacząć. Czekał tak długo na ten moment, że kiedy spełniło się jego małe marzenie, nie wiedział, co z nim zrobić. Po chwili namysłu uznał, że najpierw powinien wszystko dokładnie przygotować.

Skoro Monika będzie dopiero za dwa tygodnie, kalkulował w głowie, to tak naprawdę mam trzynaście dni wolnego. W ostatni dzień trzeba posprzątać dom i pojechać po nią – Michał nie zakładał wykonywania jakichkolwiek czynności zbędnych, odciągających od pisania, a do takich z całą pewnością kwalifikowało się sprzątanie domu. Aktywności odciągające od tworzenia, ale konieczne, podzielił na dwie kategorie: dom i czynności fizjologiczne. Dom zawierał dwie podkategorie: czynniki żywe i czynniki martwe. Do czynników żywych zaliczał Kotovskiego – zwierzaka trzeba przynajmniej raz na dwa dni karmić i wymieniać mu wodę w miseczce, a raz na trzy dni zmieniać żwir w kuwecie; kwiaty w domu – te trzeba podlewać codziennie, szczególnie, że zaczynają się upały; florę ogrodową – Michał obiecał Monice, że zadba o mały ogródek, nad którym pracowała przez ostatni miesiąc, oraz że skosi trawnik. Do czynników martwych zaliczało się: pozmywanie brudnych naczyń, wystawienie śmieci i posprzątanie wszystkich pomieszczeń przed przyjazdem Moniki.

Kategoria „czynności fizjologiczne” była zdecydowanie bardziej skomplikowana. Wiązały się bowiem one z samym Michałem. Na początku odrzucił konieczność golenia – zajmuje to zbyt wiele czasu, a i tak nie zamierza opuszczać domu do powrotu Moniki. Kwestia mycia się: zminimalizował do jednego razu dziennie. Najlepiej rano, po wstaniu, żeby się rozbudzić. Wypróżnianie się – trzeba przygotować kilka rolek papieru toaletowego, żeby zawsze był pod ręką: nie daj Boże ogarnie go twórczy płomień i nagle zachce mu się defekować, a tu zabraknie papieru i z powodu gorączkowych poszukiwań rolki będzie musiał zbiec z samej góry do piwniczki (tam mają teraz składzik), a zaraz potem wbiec na piętro i w tym czasie, o zgrozo!, umknie mu myśl lub ważne zdanie. Nie można ryzykować natchnienia literackiego z gównianego powodu.

Najgorsze były przygotowania żywieniowe. Michał miał prawie pustą lodówkę i musiał zaplanować kupno prowiantu tak, żeby nie zepsuł mu się przez najbliższe dwa tygodnie. Wziął kartkę i zaczął zapisywać listę zakupów:

– 16 butelek 1,5 litrowej wody niegazowanej Nałęczowianka

– pasztet x 14 (7 pomidorowych, 7 z papryką)

– zupki chińskie: 14 sztuk

– wafle ryżowe: 5 opakowań

– dżem: 4 słoiki

– ketchup: 2 opakowania

– mrożone pierogi: 6 paczek

– paluszki rybne: 5 paczek

Kiedy Michał wypisał już zapas całego suchego prowiantu, konserw, mrożonek i napojów, przypomniał sobie o najważniejszym: kawa! Bez niej nie byłby w stanie niczego napisać. Zanotował:

– Lavazza: 4 paczki

To byłoby chyba wszystko, mógł przejść do działania.

Ruszył do kuchni i wyciągnął z lodówki fioletową puszkę z kocią karmą. Nałożył Kotovskiemu jedzenie do miseczki. Z górką. Na trzy dni. Do drugiej miseczki nasypał suchej karmy, a że się nie zepsuje tak szybko jak mokra, usypał na srebrnym pojemniczku spory kopiec. Następnie poznosił z całego domu puste plastikowe butelki oraz słoiki, jakie Monika przeznaczyła na przetwory, i napełnił każdy z nich wodą z kranu po sam brzeg. Tak zapełnione naczynia poroznosił we wszystkie miejsca w domu, w których znajdowały się kwiaty. Kiedy wrócił do kuchni, postawił na stole swój ulubiony pisarski kubek na kawę (nie musiał go ciągle myć, po spożyciu kawy wystarczyło opłukać wodą i na nowo można było zalać czarnym naparem) oraz stos talerzy płaskich (na kanapki) i stos talerzy głębokich (na zupki chińskie i pierogi). Naszykował również zestaw sztućców i kubków na wodę – o ile mógł pić kawę z jednego dyżurnego naczynia, o tyle brzydził się spożywać jedzenie i inne płyny z raz użytej zastawy.

Po skończeniu przygotowań w kuchni ruszył do piwnicy. Monika nie lubiła monotonii i kupowała papier w różnych barwach, więc po chwili Michał wyszedł na schody obładowany różnokolorowymi rolkami. Zanim dotarł na samą górę, jedna z nich wyleciała mu z rąk i, ku uciesze Kotovskiego, potoczyła się po stopniach. Kot natychmiast wystrzelił za nią, rozwijając papierową autostradę od schodów do salonu. Michał stwierdził, że potem to posprząta. Szkoda marnować cenny czas. Została mu jeszcze tylko jedna czynność do odhaczenia i mógł zagłębić się w pisarskim świecie. Wziął listę zakupów i wyszedł do sklepu. Na krótko. Tak przynajmniej sądził.

 

Wrócił do domu późnym wieczorem. Rzucił na środek przedpokoju stos siatek i zatrzasnął za sobą drzwi. Był wkurzony i lał się z niego pot. Przegrzebał szeleszczące torebki w poszukiwaniu pierogów, paluszków rybnych oraz innych produktów, które mogły się popsuć, i zaniósł je do lodówki. Resztę zostawił w przedpokoju.

Nalał sobie wody do szklanki i trzęsącą się dłonią podniósł ją do ust, po czym wypił zawartość jednym łykiem. Było tak gorąco, że koszulka kleiła się do niego jak pośliniony znaczek. Skoro i tak zmarnował już dzisiaj tyle czasu, postanowił złamać zasadę niemycia się wieczorami i udał się pod prysznic.

Po wyjściu z łazienki usłyszał telefon. Zszedł do salonu i odebrał, zasiadając w fotelu:

– Cześć, kochanie, jak udała się podróż? – oparł telefon o ramię, ze słuchawki wydobyło się brzęczenie, które było pełnym złości i zmęczenia głosem Moniki. – To straszne, że tyle się pociąg spóźnił. Mam nadzieję, że nie ugotowałaś się w przedziale. – Znowu brzęczenie. – Jasne, rozumiem cię doskonale. Zaraz pewnie Agata przyjedzie i cię odbierze. A u mnie? – Zastanowił się, czy opowiedzieć żonie o tym, że stał w tym cholernym supermarkecie przez godzinę w kolejce, potem trafił na korek, a że nie ma klimatyzacji, to myślał, że się ugotuje, i że jakieś niecierpliwe babsko próbowało go wyprzedzić i zahaczyło o samochód, wskutek czego zerwało mu kawałek zderzaka i zmarnował kolejne godziny podczas czekania na policję. – U mnie w porządku. Przygotowałem wszystko do pisania i zaraz się zabieram. – Brzęczenie. – Jak to późno, przecież dochodzi dopiero… – Spojrzał na zegarek. – Faktycznie już dziewiąta, ale to zleciało. Już jadą? O, to świetnie. W takim razie baw się dobrze i daj znać, jak będziesz miała zasięg. Też cię kocham. – Rozłączył się.

Michał jeszcze raz rzucił okiem na zegarek. Dziewiąta dwa. Późno, jak na rozpoczęcie pisania. W dodatku czuł się zmęczony po całym nerwowym dniu. Upał też go wykończył. Zastanowił się, czy teraz powinien siąść do maszyny. Nie. Jutro wstanie wcześnie, o wschodzie słońca, i rozpocznie pracę nad swoją powieścią. Tymczasem pójdzie sprawdzić, czy wszystko jest gotowe, czy w maszynie jest papier, a w wieży w salonie muzyka. Michał zakładał, że jako twórca dzieła powinien odciąć się od wszystkich czynników zewnętrznych, by opowieść miała odpowiednie warunki do wypływania z niego wprost na czyste karty. Świetnym sposobem odseparowania się od świata była muzyka. Przygotował sześć płyt rockowych tak, że kiedy kończyła się jedna, zaraz włączała się następna. To miało zapewnić ciągłość odizolowania od bodźców zewnętrznych.

Kiedy wszystko było gotowe, Michał zgasił światło w całym domu i poszedł na górę. Przed snem wyjrzał na ogród. Wieża stała nieporuszona, a szkarłatna chorągiew ze złotym okiem zwisała swobodnie. Nie wiało.

Michał poszedł spać i tym samym zakończył pierwszy dzień pisania.

 

Rankiem zadzwonił budzik. Michał odruchowo go wyłączył i obrócił się na drugi bok. Kiedy kilka godzin później, w okolicach dziesiątej, wreszcie się obudził, zerwał się z łóżka i pobiegł do łazienki.

Nie panikuj, trzymaj się planu, powtarzał pod nosem, kiedy schodził do kuchni.

Zaparzył kawę, posmarował wafle ryżowe dżemem truskawkowym i przystąpił do pośpiesznego konsumowania śniadania. Kiedy skończył, włożył talerz do zlewu, przepłukał kubek dyżurny i zalał go nową porcją kawy. Uzbrojony w swoje czarne natchnienie ruszył do pracowni. Zatrzymał się przy schodach, zawrócił do salonu i kiedy muzyka rozbrzmiała na cały regulator, z zadowoleniem poszedł na górę.

Wszedł do pracowni. Rozejrzał się w poszukiwaniu Kotovskiego; zwierzaka nigdzie nie było. Zamknął drzwi na klucz.

Nareszcie, przeszło mu