Wielkie włoskie wakacje - Jolanta Kosowska - ebook + audiobook

Wielkie włoskie wakacje ebook i audiobook

Jolanta Kosowska

4,0

Opis

Klaudia i Karolina spędzają lato, podróżując po Włoszech. Pewnego dnia uwagę Klaudii, studentki historii sztuki, przyciąga piękna kołatka na bramie jednego z domów w Asyżu. Nieznana siła popycha ją w głąb podwórza i do wnętrza domu, gdzie jej oczom ukazuje się obraz z dymiącym Wezuwiuszem. Klaudia, choć nigdy nie była w Asyżu, jest pewna, że już kiedyś widziała ten obraz, podobnie jak cały dom i podwórze. Postanawia iść za głosem serca i odwiedzić Pompeje. Wkrótce okaże się, że w tę samą stronę podąża ktoś jeszcze, a dziewczyna słyszy jego kroki…

Błękit nieba, lazurowe zatoki, oszałamiające krajobrazy, boskie smaki i zabytki architektury skrywające mnóstwo ludzkich historii – czego więcej trzeba, aby rozbudzić wszystkie zmysły? Jolanta Kosowska kolejny raz zabiera czytelników w fascynującą, nie tylko literacką podróż.

Cudowna włoska przygoda, tajemnice, miłość i niezliczone intrygi. Jolanta Kosowska w szczytowej formie zabiera nas na niezapomnianą wycieczkę po Włoszech, jednocześnie fundując historię, w której nic nie jest oczywiste. Polecam.
Agnieszka Lingas-Łoniewska, pisarka

Niemal namacalnie czułam rozpalone słońcem mury Florencji, Asyżu i Wenecji. Z wąskich, skrywających dawne tajemnice uliczek powiało też niepokojem. Bohaterce powieści teraźniejszość zaczęła mieszać się z przeszłością, której nie miała prawa znać. Czy nam również coś takiego może się przytrafić?
Danuta Chlupová, dziennikarka, pisarka

Powieść tę można w pewnym sensie potraktować jako swoiste kompendium wiedzy o Italii, jej zabytkach, kulturze i sztuce. To także opowieść o nadziei – niełatwe, smutne doświadczenia życiowe nie muszą na resztę życia odbierać nam szansy na szczęście. Niekiedy trzeba tylko postarać się prawidłowo odczytać znaki, które wysyła nam los.
Agnieszka Janiszewska, nauczycielka historii, pisarka

Jolanta Kosowska
Urodzona na Opolszczyźnie, całe życie związana z Wrocławiem, Opolem i Sobótką, absolwentka wrocławskiej Akademii Medycznej i studiów podyplomowych w Akademii Wychowania Fizycznego. Z zawodu lekarka, specjalistka w trzech dziedzinach medycyny. Nieustannie szuka nowych wyzwań i swojego miejsca na ziemi. Od paru lat mieszka i pracuje w Dreźnie. Jest związana z drezdeńską Polonią. Na co dzień przyjmuje pacjentów w poradni przyjaznej cudzoziemcom. Dzieli swój czas pomiędzy pracę zawodową, podróże i pisanie powieści. Debiutowała powieścią obyczajową „Niepamięć” (2012, Wydawnictwo Bukowy Las). Nakładem Wydawnictwa Novae Res ukazały się jej powieści „Déjà vu”, „Niemoralna gra”, „Nie ma nieba”, „W labiryncie obłędu”, „Drugie dno”, „Niepamięć”, „Wróć do Triory” oraz „Trzy razy miłość”.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 36 min

Lektor: Julia Łukowiak

Popularność




Zazwyczaj boimy się rzeczy, których nie

Książkę dedykuję towarzyszom moich podróży.

– Nie zgadzam się! – powiedział krótko.

Siedziałem w fotelu naprzeciw szefa i nie spuszczałem z niego wzroku. Był wściekły. Ostatnio irytowałem go coraz bardziej, nie panował już nad emocjami. Przestaliśmy do siebie pasować, a właściwie to ja przestałem pasować do tej pracy. Była nudna i monotonna. Lubię, kiedy dużo się dzieje, dni pędzą jak szalone, a w naczyniach krwionośnych buzuje adrenalina. Każdy człowiek jest inny. Mnie zabija monotonia.

– W żadnym wypadku! – Głos szefa doszedł do mnie jak z zaświatów. Stefan mówił coraz głośniej, jakby siłą głosu chciał dodać mocy swoim argumentom.

Wydawało mi się, że jego krzyk spowodował drżenie szyb w oknach. Było go słychać za ścianą, bo drzwi otworzyły się z impetem i do pomieszczenia wtargnęła Magda.

– Wołał mnie pan? – zapytała.

– Nie wołałem – burknął. – Rozmawiamy.

– Tak głośno rozmawiacie, że w pokoju obok nie słyszę własnych myśli.

Drzwi zamknęły się z trzaskiem.

Nie wstałem i nie wyszedłem, chociaż na pewno tego ode mnie oczekiwał. Siedziałem naprzeciw niego i próbowałem wzbudzić w nim wyrzuty sumienia.

– Nie zgadzam się – powtórzył ciszej.

Obrzucił mnie niechętnym wzrokiem. Na chwilę spotkały się nasze spojrzenia. Wstał i zaczął chodzić po gabinecie tam i z powrotem. Robił tak, kiedy się nad czymś zastanawiał. Pomyślałem, że jeszcze nie wszystko stracone. Wyprostował się jak żołnierz, usztywnił. Miarowe kroki dudniły po podłodze. Zawsze mnie to denerwowało. Zawiesiłem wzrok na zieleni za oknem.

– Pomyśl! – odezwał się po chwili. – Dopiero wróciłeś z urlopu. Ponad dwa tygodnie byłeś we Francji. Inni w tym czasie pracowali. Wszyscy potrzebują odpoczynku. Nie może być tak, że wracasz z urlopu i prosisz o następny. – Ton jego głosu się zmienił. Stał się spokojniejszy i bardziej przyjazny. – Nie zgadzam się – powtórzył kolejny raz. – Urlopy są zaplanowane. Wszystko ma funkcjonować normalnie. Każdego dnia musi pojawiać się nowy numer naszej gazety, a w nim nowe artykuły. Pracujesz w gazecie codziennej, my nie zbieramy materiałów i nie drukujemy ich raz w miesiącu… – mówił rzeczy oczywiste, które słyszałem już dziesiątki razy.

Stanął nade mną. Wlepił wzrok w moją twarz.

– Powiedz mi, dlaczego? Powiedz cokolwiek, co mogłoby mnie przekonać, że muszę przedłużyć ci ten urlop…

Milczałem. Nie wiedziałem, co mam mu powiedzieć. Wszystko, co przychodziło mi na myśl, było równie idiotyczne.

– Odpowiedz mi! – niecierpliwił się. – Zakochałeś się we Francji?

– Nie – zaprzeczyłem gwałtownie. – Nie zakochałem się we Francji, chociaż kraj bardzo mi się podoba. Język francuski potrafi doprowadzić mnie do obłędu… Niechęć Francuzów do nauki języków obcych przyćmiewa wszystko. Miałem ciągłe problemy z komunikacją. Średni kraj na dłuższy pobyt… W każdym razie dla mnie…

– Nie udawaj idioty! Ja nie mówię o Francji – przerwał mi gwałtownie. – Kraj jak kraj… Spytałem, czy zakochałeś się w trakcie swojego wyjazdu.

– Nie. Można nawet powiedzieć, że odkochałem się jeszcze bardziej.

Nie wiem, czy zrozumiał. Wiedział, że rozstałem się z Aśką parę miesięcy temu. Powiedziałem mu to, kiedy namawiał mnie na napisanie reportażu z wystawy, którą projektowała. Nie pasowaliśmy do siebie. Rozstaliśmy się bez żalu. Byliśmy zupełnie różni. Aż dziwne, że spędziliśmy razem parę lat. Ona jest perfekcjonistką, u niej wszystko musi być idealne – idealna fryzura, brwi, rzęsy, pedantycznie wyprasowane spodnie i perfekcyjnie dobrane dodatki. Idealne muszą być wszystkie spotkania, wyjazdy. Zero luzu i spontaniczności. Kosmyk włosów sterczący nad uchem potrafi doprowadzić ją do frustracji. Kropla kawy na sukience ma rangę równą konfliktowi na Bliskim Wschodzie. Perfekcjonizm do bólu, pedantyzm i nuda.

Ja jestem zupełnie inny. Jestem gliną i chociaż już od paru lat nie pracuję w policji, to mam wrażenie, że przesiąknąłem tym wszystkim na tyle, że gdzieś tam w środku zapewne do końca życia będę policjantem. Czasami myślę, że to nie zawód, a sposób postrzegania rzeczywistości. Moje oczy za wiele widziały, żebym miał się przejmować pyłem z kortów na moich butach, niedomytą szklanką czy wczorajszą bułką. Świat dzieli się na rzeczy bardzo ważne, mniej ważne i drobiazgi, dla których nie warto marnować nawet minuty życia. Odkąd zrezygnowałem z pracy w policji, pracuję jako dziennikarz. Tworzę przeciętne artykuły na zupełnie nudne tematy. Co jakiś czas się ożywiam, pisząc reportaże do kroniki policyjnej. Wtedy przez moment znowu czuję się jak ryba w wodzie.

Z Joanną nigdy do siebie nie pasowaliśmy. Ja byłem wyluzowany, ona sztywna. Ja byłem niedbały, ona pedantyczna. Ja byłem spontaniczny, ona planowała wszystko bardzo dokładnie. Często miałem wrażenie, że nawet muśnięcie dłoni jest zaplanowane, każdy uśmiech, każdy pocałunek. Aż dziwne, że przez tyle lat spotykaliśmy się tak często. Dobrze, że nigdy nie zamieszkaliśmy razem. To byłaby katastrofa. Ja i mój nieład kontra jej pedantycznie poukładane drobiazgi. Pewnego dnia stwierdziliśmy oboje, że męczymy się ze sobą i ten stan jest dla nas nie do wytrzymania. Rozstaliśmy się. Zupełnie tego nie przeżywałem, ona też nie. Tak naprawdę to mi ulżyło. Miałem wrażenie, że u ramion na nowo wyrosły mi skrzydła i wiatr wieje w żagle, tak jakby ta nasza znajomość więziła mnie i ograniczała, oplatała pajęczyną.

Postanowiłem na chwilę odpocząć od tak zwanych związków. W każdym razie od tych toksycznych, które kradną czas i zniewalają duszę, drapieżnie wdzierają się w codzienność i wymagają niewolniczego podporządkowania. Pojechałem na wymarzony urlop na Lazurowe Wybrzeże, żeby wspinać się w Parku Narodowym Calanques. To miały być takie cudowne wakacje. Tylko ja, cisza, spokój, zieleń drzew, lazur morza, biel skał, szmaragdowy kolor zatoczek i codziennie inne wspinaczkowe wyzwanie. Wymarzony spokój trwał krótko. Trzeciego dnia po moim przyjeździe zobaczyłem Aśkę stojącą pod ścianką i asekurującą jakiegoś ledwie poruszającego się po skałach mężczyznę. Przekląłem w myślach. Ten wyjazd planowałem, kiedy jeszcze byliśmy razem. Joanna wiedziała, że pojadę na urlop do Cassis. Facet był wymuskany i elegancki. Miał błękitny kask, pasujący kolorem do równie błękitnej koszulki, buty wspinaczkowe renomowanej firmy, bezpieczną uprząż biodrowo-piersiową… Wszystko pasowało do siebie perfekcyjnie, jakby był żywą reklamą sklepu oferującego sprzęt wspinaczkowy. Wyglądał profesjonalnie jak stojąca pod ścianką Aśka, ale poruszał się jak ślimak. Przesuwał się po ścianie niepewnie i nieporadnie.

Zobaczyłem ich i pomyślałem, że szlag trafił te moje wymarzone wakacje. Na pewno nigdy nie kochałem Aśki, bo nic nie zakłuło mnie w środku, nie poczułem żadnej fali gorąca, nie zabrakło mi tchu, a moje serce nie przyspieszyło. Nic z tych rzeczy. Pomyślałem, że trzeba mieć pecha, żeby wyjechać na urlop, przejechać prawie dwa tysiące kilometrów, chcieć odpocząć i nagle spotkać Joannę z jakimś facetem. Jak na złość zauważyliśmy się równocześnie. Na twarzy Aśki zagościł jeden z jej wystudiowanych uśmiechów, pomachała mi ręką, przesłała buziaka. Starałem się nie patrzeć w jej stronę.

– Arek! – krzyknęła do tamtego faceta. – Mówiłam ci, że spotkamy tutaj Kacpra.

Zachowywała się jak kopnięta. Pomyślałem, że jeszcze moment, a zapomni, że asekuruje tego frajera, puści linę i ruszy w moją stronę. Zwinąłem się stamtąd, wróciłem na kwaterę, zapakowałem swoje rzeczy i wyjechałem z Lazurowego Wybrzeża. Nagle straciłem ochotę na wspinaczkę. Życie jest za krótkie, żeby w kółko powtarzać te same błędy i spotykać ludzi, których spotykać nie warto. Postanowiłem spędzić swój urlop w Prowansji. Podróż tam była kiedyś moim marzeniem. Park Camargue, Arles, Gordes, Awinion, Orange, Pont du Gard, kanion Verdon… Postanowiłem odpocząć. To był nietypowy urlop. Jedyny w swoim rodzaju. Włóczyłem się po wzgórzach, wylegiwałem się pod drzewami, czytałem, czasami coś zwiedzałem, jeździłem na rowerze, piłem wino i jadłem. Męczyłem się z moim francuskim, który jest koszmarny, ogranicza i zaburza mi komunikację. Poznałem paru ciekawych ludzi. Zbierałem materiały do reportażu o Polakach mieszkających w Prowansji. Odpocząłem, wynudziłem się, zdążyłem zatęsknić za pracą. Z przyjemnością przyszedłbym dzisiaj do pracy i rzucił się w wir redakcyjnych zadań, gdyby nie Jakub. Kiedy wczoraj wieczorem przekroczyłem próg mojego mieszkania, natychmiast rozdzwonił się telefon.

– Jesteś w domu? – Usłyszałem głos młodszego brata.

Zapewne próbował dodzwonić się już wcześniej. Wyjeżdżając na urlop, wyłączyłem komórkę. Komórka to smycz. Nic bardziej nie ogranicza, nie uzależnia i nie kontroluje niż telefon komórkowy. Ten urlop miał być tylko dla mnie. Nie chciałem z nikim rozmawiać, nikogo o niczym informować, odbierać e-maili, odpowiadać na Messengerze, udzielać się na Instagramie ani wrzucać uśmiechniętych zdjęć na WhatsAppie. Wszedłem do domu, włączyłem telefon i wyświetliłem się Jakubowi na Messengerze. Zadzwonił od razu.

– Wróciłeś! – stwierdził radośnie.

– Wróciłem.

– Jak było?

– Świetnie. Zdołałem odpocząć. Zamiast wspinać się w Calanques, wędrowałem po Prowansji. Odkryłem kilka niesamowitych miejsc…

Nie słuchał mnie. Pomyślałem, że ma jakiś problem. On dość często miewa problemy. Właśnie przez to musiałem odejść z pracy w policji. Nie mogłem tej pracy pogodzić z wyczynami Jakuba. Opiekowałem się nim od śmierci naszych rodziców. Coś zrobiłem nie tak, bo młody wymknął się spod kontroli. Być może ufałem mu za bardzo, traktowałem zbyt poważnie, pozostawiałem mu za dużo swobody, byłem za mało czujny. Chciałem mu zrekompensować brak rodziców. Przesadziłem. Mamy różne spojrzenie na prawo. Spojrzenie mojego o sześć lat młodszego brata jest bardziej „liberalne”. Ma za sobą kradzieże, narkotyki, alkohol, włamanie… Zaliczył odsiadkę, zresocjalizował się. Od dwóch lat żyje poprawnie. Ma kuratora, resztę wyroku w zawieszeniu, pracuje, ma własne mieszkanie.

– Świetnie, że jesteś – przerwał moje rozmyślania głos. – Wpadnę do ciebie na kolację.

Przyjechał po piętnastu minutach. Włosy miał zlepione potem i mokrą koszulkę na plecach.

– Kiedyś wlepią ci mandat za zbyt szybką jazdę rowerem… – mruknąłem. – Czy ty w ogóle patrzysz na ograniczenia prędkości?

Udał, że nie słyszy. Rozsiadł się w fotelu. Wbił wzrok w podłogę, milczał. Zaniepokoiło mnie to zachowanie. Podałem mu aparat.

– Pooglądaj fotki z Prowansji! Zorganizuję coś do jedzenia.

Nie potrafię ugotować zbyt wiele. Makaron z sosem pomidorowym, makaron z parmezanem, makaron z jajkiem i szpinakiem, makaron z białym serem na słodko, makaron z serem owczym na ostro… Makaron w każdym wydaniu.

– Makaron? – Usłyszałem za plecami.

– Makaron.

– A z czym dzisiaj?

Rzuciłem okiem na prawie pustą lodówkę, w której został tylko jeden słoiczek przecieru pomidorowego, kilka ząbków czosnku, jedna cebula i hermetycznie zapakowany kawałek kiełbasy.

– Z pomidorami i kiełbasą – odkrzyknąłem.

– Obleci – powiedział bez entuzjazmu.

Siedzieliśmy, jedliśmy makaron i milczeliśmy. Przywykłem już do tego, że Jakuba nie należy ponaglać. Szczególnie jeżeli nie chce się od niego w odpowiedzi usłyszeć kłamstwa.

– Dobrze, że już jesteś – odezwał się po chwili.

– Stało się coś? – zapytałem pomiędzy jednym a drugim kęsem. Chciałem, żeby zabrzmiało to obojętnie.

– Nic szczególnego – zaczął oględnie. – Chodzi o pewien drobiazg.

– Mówisz: drobiazg?

Zrobiłem się czujny. Spojrzałem na niego uważnie. Nie podniósł wzroku znad talerza. Oddzielał widelcem makaron od kiełbasy.

– Zupełny… Miałem wolne popołudnie, w mieszkaniu była duchota nie do wytrzymania. Sąsiedzi musieli gdzieś wyjechać, bo ich pies wył rozpaczliwie. Na tarasie stojącego naprzeciwko domu kąpały się w basenie dzieci. Co chwilę wybuchały głośnym śmiechem. Ta starsza kobieta, co ma balkon obok mojego, raz po raz wywieszała nowe pranie. Schło w okamgnieniu. Duchota narastała. Wydawało mi się, że widzę, jak drży rozgrzane upałem powietrze w moim salonie… Pociłem się przy każdym ruchu. Myślałem, że z tego upału przyjdzie mi umrzeć – rozkręcał się po swojemu. Przestraszyłem się, że nigdy nie dojdzie do drobiazgu, który go tak dręczy.

– Przejechałeś piętnaście kilometrów na rowerze, żeby mi opowiedzieć o urokach tegorocznego lata? – przerwałem mu.

– W porządku, będę się streszczał. Wyszedłem z domu. Chciałem pójść na plażę. Przeraził mnie tłok. Parawan przy parawanie, grajdoł obok grajdoła i do tego te chmary chlapiących się w wodzie dzieciaków. Tłumy brodziły przy brzegu, a przedarcie się z okolicy wydm do morza wydawało się czymś niemożliwym. Zrezygnowałem. Zadzwoniłem do Marzeny…

– Nie znam Marzeny.

– Nic nie tracisz. Po tamtym dniu to już nieaktualne.

– Nieaktualne? Coś się stało?

– Właśnie próbuję ci opowiedzieć. Zadzwoniłem do Marzeny i umówiłem się z nią na promenadzie. Marzyło mi się popołudnie w klimatyzowanych pomieszczeniach przy lampce wina. Marzena zwykle wybiera się długo. Poszedłem przejść się po molo. Tam było nawet przyjemnie. Czułem na twarzy lekkie podmuchy wiatru. Tylko ludzi było trochę za dużo…

– Znam nasze molo – przerwałem mu.

Bałem się, że nie opowie o tym niepokojącym mnie coraz bardziej drobiazgu. W przeszłości też zawsze ględził, kiedy miał coś do ukrycia. Zastanawiał się, czy warto to powiedzieć. Wtedy też za dziesiątkami nic nieznaczących szczegółów próbował przemycić prawdę. Teraz było chyba podobnie.

– Wiem, że znasz – burknął. – Chcę ci tylko przybliżyć tamto wydarzenie. Marzena napisała, że potrzebuje jeszcze pół godziny. Powłóczyłem się po molo, a potem czekałem na nią, siedząc na ławce na promenadzie. Jakiś facet obok malował portret zamyślonej dziewczyny, a przy zejściu na plażę młody mężczyzna grał na skrzypcach…

– Błagam – jęknąłem. – Wiem, jak wygląda nasza promenada w sezonie.

– Obok mnie na ławce usiadła dziewczyna – opowiadał dalej niezrażony. – Wyglądało, jakby na kogoś czekała. Wyjęła z torby kajet i długopis. Coś pisała. Od czasu do czasu odkładała zeszyt na ławkę i wystawiała twarz w kierunku słońca. Nagle rozdzwonił się jej telefon. Pomyślałem, że jakiś kochaś chce przełożyć spotkanie. Dziewczyna była zdenerwowana. „Żartujesz? – Usłyszałem jej głos. – Jak to uciekł? Nie możesz go złapać? Boks był otwarty?”. Nic więcej już nie słyszałem, bo dziewczyna zerwała się z ławki i ruszyła biegiem. Po chwili wmieszała się w tłum na promenadzie. Spojrzałem na ławkę i zobaczyłem zostawiony przez nią zeszyt. Wziąłem go i pobiegłem za nią. W oddali mignęła mi jej niebieska sukienka. Biegłem szybko, widziałem ją coraz wyraźniej. Dziewczyna skręciła w plątaninę uliczek przy promenadzie. Zagapiłem się. Wszedłem pod koła nadjeżdżającej taksówki. Pisk hamulców sprowadził mnie na ziemię. „Jest pan kompletnym idiotą!  – wrzeszczał taksówkarz. – Upał panu mózg uszkodził”. Próbowałem go udobruchać. Kajałem się, przepraszałem. Bałem się, że wezwie policję i dopiero narobi bałaganu. W końcu nikomu nic się nie stało. Samochód był cały, ja też, tylko pasażerka taksówki się przestraszyła. To była starsza kobieta. Otworzyła okienko i krzyczała, że jestem samobójcą i koniecznie trzeba wezwać lekarza, żeby mnie przewiózł na obserwację szpitalną. Zrobiło się zamieszanie. Paru przechodniów zaczęło przyglądać się nam z zainteresowaniem. Kątem oka widziałem, jak dziewczyna wsiadła do zaparkowanego kilkadziesiąt metrów dalej samochodu i ruszyła pospiesznie. Ja zostałem z tym zeszytem w ręce…

– Nie wezwali policji? – upewniłem się.

– Nie wezwali. Kobieta przestała krzyczeć. Po chwili była gotowa mi pomóc. Doszła do wniosku, że brak mi wsparcia społecznego, że ludzie są bezduszni i zapatrzeni tylko w siebie, dlatego postanowiłem targnąć się na swoje życie. Próbowałem tłumaczyć. Nie chciała mnie słuchać. Podała mi swój numer telefonu. Zaprosiła na niedzielny obiad. Rozumiesz, że poczułem się fatalnie.

Rozumiałem.

– A Marzena?

– Tamtego dnia rozstaliśmy się.

– Dlaczego? – zapytałem. – Przez ten zeszyt?

– W pewnym sensie. Marzena jest chorobliwie zazdrosna. Trudno to wytrzymać. Szła promenadą i widziała mnie z daleka. Według niej mizdrzyłem się do siedzącej obok mnie dziewczyny. Na widok Marzeny dziewczyna uciekła, a ja dokonałem jasnego wyboru, nie zostając na ławce i nie czekając na nią, a biegnąc jak szalony za oddalającą się pospiesznie postacią.

– Przecież to brednie. Na pewno wszystko da się wyjaśnić… – przerwałem mu.

– Próbowałem. Nie wierzy. Zresztą ja już nie mam ochoty jej niczego tłumaczyć. Nie chcę czuć się przez całe życie jak w trakcie przesłuchania na komisariacie.

– Jak mogę ci pomóc? Może spróbuję spotkać się z Marzeną i wszystko jej wyjaśnić. Może mi uwierzy…

– Po co chcesz się z nią spotkać? – zapytał zaskoczony.

– Jak to po co? – Przestałem cokolwiek rozumieć.

– To zupełnie nie o Marzenę chodzi.

– A o co?

– O zeszyt. Ten zeszyt to pamiętnik.

– Pamiętnik?

– Pamiętnik – mruknął pod nosem.

– Przeczytałeś go? – zapytałem z niedowierzaniem.

Młody ma awersję do czytania czegokolwiek. Nie wiem, czy po zdaniu matury przeczytał chociaż jedną książkę. Ze studiów wyleciał po letniej sesji na drugim roku. Nie miał wtedy czasu na podręczniki. Bardziej od książek pociągały go różne sposoby szybkiego zdobywania pieniędzy.

– Przeczytałem. – Głos Kuby wyrwał mnie z zamyślenia.

– I co?

– Przeraził mnie – wycedził powoli.

– Przeraził? – Nie mogłem zrozumieć. Jakoś to „przeraził” nie pasowało do mojego brata. Przy jego stosunku do otaczającej rzeczywistości i letniego słońca za oknem było czymś zaskakującym.

– Przeraził – powtórzył poważnie. – Przeczytałem go i teraz nie mogę się od niego uwolnić.

– Nie możesz się od niego uwolnić? Dlaczego?

Nie odpowiedział od razu.

– Nie wiem – odparł po chwili. – Może dlatego, że nic z tego nie rozumiem.

– Nic nie rozumiesz?

– Niewiele… Przeczytałem te zapiski i ogarnęły mnie złe przeczucia. Minęło parę dni, a ja nie mogę przestać o nich myśleć. Prześladuje mnie ten pamiętnik. Wydaje mi się, że coś grozi jego autorce – dodał po chwili.

– Żartujesz?

– Nie.

– Chcesz mnie w coś wkręcić i zabawić się moim kosztem? – dociekałem.

– Skądże! – zaprzeczył gwałtownie.

– Dlaczego mi o tym mówisz?

Żaden z nas już nie jadł. Jakub grzebał widelcem w talerzu i od czasu do czasu podnosił wzrok na mnie. Na jego talerzu pojawiły się dwie piramidy – jedna z kiełbasy, druga z makaronu.

– Jesteś gliną… – powiedział pod nosem.

– Nie jestem już gliną – przerwałem mu chłodno.

– Gliną jest się całe życie. To nie jest zawód, tylko sposób postrzegania rzeczywistości… Przynajmniej tak kiedyś mówiłeś.

– Było, minęło. Dlaczego się czepiasz? – warknąłem.

– Nie czepiam się. Stwierdzam fakt.

Awantura wisiała na włosku. Nie raz już było tak między nami. Przez niego odszedłem z pracy w policji. To, co robię teraz, jest tylko niezbyt udanym zamiennikiem, namiastką tego, co robiłem kiedyś, takim zajęciem na chwilę, na przetrwanie. Z czegoś w końcu trzeba żyć. Ja i pisanie artykułów do codziennej gazety nie pasujemy do siebie. Dziennikarstwo nie budzi we mnie emocji, nie przyspiesza mojego tętna, nie zaprząta myśli, nie powoduje, że wybudzam się w nocy i nie mogę zasnąć, a myśli tabunami galopują mi po głowie. Nic z tych rzeczy. Nuda, monotonia, spokój… Flaki z olejem. Mam wrażenie, że wraz ze zmianą miejsca pracy przybyło mi lat. Jakbym się nagle postarzał. Nie mogłem zostać w policji. Nikt nic głośno nie mówił, ale szeptano za moimi plecami. Czułem się głupio. Z dnia na dzień coraz bardziej idiotycznie, coraz bardziej niezręcznie. Byłem oficerem policji, którego młodszy brat wciąż popadał w konflikty z prawem. Złożyłem wypowiedzenie, kiedy Kubę złapano z dwudziestoma działkami marihuany na jakiejś dyskotece. Szef nie próbował mnie zatrzymać. Miałem wrażenie, że odetchnął z ulgą. Pomogłem mu swoją rezygnacją. Zapewne już od dawna przestałem pasować do jego zespołu.

– Mówiłem, że już zawsze będziesz gliną… – powtórzył Jakub pod nosem.

Milczałem. Nagle poczułem się bardzo głodny. Zacząłem jeść. Kuba nadal beznamiętnie mieszał widelcem w talerzu.

– Przeczytaj ten pamiętnik! Może mnie uspokoisz.

Położył zeszyt na stole. Pożegnał się pośpiesznie, nie dojadł makaronu, prawie uciekł.

– A ty nie chcesz się tym zająć? – rzuciłem w kierunku jego pleców.

– Ja? – Odwrócił się gwałtownie. – Chyba żartujesz! Po wyjściu na wolność obiecałem sobie, że będę trzymał się z daleka od dziwnych spraw, niewytłumaczalnych wydarzeń i policji… – mówił szybko. – Ja mam kuratora, wyrok w zawieszeniu. Nic nie będę robił w tej sprawie. To nie dla mnie. To mogłoby się źle skończyć.

Wyszedł. Trzasnął drzwiami. Zbiegł po schodach. Słyszałem dudnienie jego butów odbijające się echem od ścian pustej klatki schodowej. Po chwili doszedł do mnie trzask pchniętej gwałtownie bramy. Wyglądało, jakby Jakub uciekał w pośpiechu. Może i lepiej, pomyślałem.

Byłem zmęczony. Wyruszyłem z Arles wczoraj wieczorem tuż przed dziesiątą. Wcześniej byłem jeszcze na polonijnej kolacji. Zbierałem materiały do cyklu artykułów o Polakach żyjących w Prowansji. Przejechałem prawie dwa tysiące kilometrów. Pod Berlinem stałem dwie godziny w korku. Do domu dotarłem tuż po dwudziestej. Kuba wyszedł, a ja poczułem się bardzo zmęczony. Wziąłem prysznic, zaparzyłem kawę. Zapach świeżo zmielonych ziaren rozszedł się po mieszkaniu. Cicha muzyka, głęboki fotel, przytulność koca… Nareszcie poczułem, że wróciłem do domu. Zapewne poszedłbym spać, gdyby nie zostawiony przez Jakuba pamiętnik. Był to gruby zeszyt w twardej oprawie przedstawiającej jakieś ciągnące się po horyzont wzgórza. Zapisany drobnym, starannym, lekko pochylonym w prawo pismem. Zacząłem czytać.

Poniedziałek

Włóczyłyśmy się z Karoliną już kolejny dzień po Włoszech. Nasz pomysł był szalony. Chciałyśmy przejechać samochodem całe Włochy. Byłyśmy już nad Lago di Garda, spędziłyśmy kilka godzin w Wenecji, zwiedziłyśmy Mediolan i Padwę. Włóczyłyśmy się parę dni po Toskanii, która mnie zauroczyła. Małe wioseczki i średniowieczne miasteczka, pojedyncze domy porozrzucane po wzgórzach, polne drogi wijące się po pagórkach i wyglądające jak wstążki, srebrzyste gaje oliwne i zielone winnice, falujące łany traw, które przypominały bezkresne zielone morze. To były niesamowite dni, kiedy czas nagle zwolnił, myśli zaczęły płynąć niespiesznie, a my dałyśmy się wchłonąć niepowtarzalnej atmosferze Toskanii. Spokój, chianti i lenistwo. Do szczęścia nie potrzebowałyśmy niczego więcej. Spędziłyśmy dzień we Florencji. Widziałyśmy San Gimignano wieczorem, kiedy nagle niebo zajęło się łuną, a wznoszące się nad miastem wieże wydawały się płonąć w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Spacerowałyśmy uliczkami Volterry w strumieniach ulewnego deszczu. Piłyśmy cappuccino w Sienie. Byłyśmy w średniowiecznym Certaldo Alto. Widziałyśmy grobowiec Giovanniego Boccaccia. Czytałyśmy wieczorem Dekameron…

Przebiegłem wzrokiem pierwszą stronę. Wspomnienia z podróży. Nic, co mogłoby mnie zaniepokoić. Przed paroma laty spędziłem dwa tygodnie w Toskanii. Zakochałem się w toskańskich wieczorach, kiedy słońce chowało się za wzgórzami, zmrok zapadał szybko, a w domach porozrzucanych na wzgórzach powoli zapalały się światła. Po chwili mrok gęstniał, a pojedyncze okna wyglądały jak gwiazdy zawieszone w połowie drogi pomiędzy ziemią i niebem. Nie znam nikogo, kto byłby w Toskanii, a kogo by ona nie uwiodła. Autorka pamiętnika też była nią oczarowana. Jej wspomnienia były podobne do moich. Przewróciłem kartkę i zacząłem czytać dalej.

Potem pojechałyśmy do Rzymu. To miasto mnie rozczarowało. A może po pobycie w Toskanii wszystkie inne miejsca już zawsze będą mi się wydawały za głośne, za mało romantyczne, za tłoczne i po prostu beznadziejne? Rzym był dla mnie właśnie taki – tłoczny, głośny, brudny, męczący, nieromantyczny… Wyjący sygnałami karetek i samochodów policyjnych. Rozmyty i przymglony. Tam nawet błękit nieba wydawał się pociągnięty zimną szarością. Wszystko było pozbawione wyrazistych letnich kolorów. Męczyły mnie ścisk i hałas. Przytłoczyła ilość zabytków. Oczarował mnie tylko kościółek Domine Quo Vadis przy Via Appia Antica z kopią odcisku stóp Jezusa. W tym miejscu było inaczej. Cisza, spokój, zaduma, wiara i legenda, przeszłość i teraźniejszość splecione ze sobą i tworzące niepowtarzalną atmosferę tego miejsca. Z Rzymu miałyśmy ruszyć na południe, nad Zatokę Neapolitańską, ale Karolina uparła się, że chce koniecznie zobaczyć Asyż. Już w Sienie wspominała, że musi tam pojechać. Nagle ten Asyż stał się dla niej bardzo ważny.

Rozłożyłem mapę. Dziewczyny były najpierw na północy Włoch. Potem w Toskanii. Zwiedziły Rzym i wróciły do Umbrii. Tej Karolinie musiało bardzo zależeć na Asyżu, skoro cofnęły się prawie dwieście kilometrów.

Asyż… Niesamowite miasto. Położone na wzgórzu, widoczne z daleka. Przyciąga wzrok kamienną zabudową, która zależnie od pory dnia wydaje się biała, beżowa, żółta lub pomarańczowa. Średniowieczne miasto z mnóstwem kościołów i bazylikami dwóch świętych. Ponad miastem górują ruiny fortecy Rocca Maggiore. W tym miejscu czas zwolnił, wszystko zaczęło płynąć spokojniej, jakby podporządkowane atmosferze tego szczególnego miasta. Było wczesne popołudnie. Postanowiłyśmy przejść z Karoliną z bazyliki Świętej Klary do bazyliki Świętego Franciszka. Poszłyśmy do katedry San Rufino. Stamtąd do Piazza del Comune i dalej plątaniną wąskich uliczek i schodów w kierunku bazyliki Świętego Franciszka. Karolinie zależało na dokładnym obejrzeniu świątyni, a właściwie jej górnej części z freskami przedstawiającymi dwadzieścia osiem scen z życia świętego. Karo cały czas szuka inspiracji do pracy dyplomowej i nagle ubzdurała sobie, że przecież może połączyć teraźniejszość z żywotami świętych. Wybrała Franciszka. Życie świętej Klary wydawało się jej nudne i monotonne.

Droga wiodła pod górę. Mijałyśmy gęsto wybudowane kamienne domy. Gdzieniegdzie pomiędzy budynkami pięły się wąskie schody, ułożone z nierównych głazów. Mijałyśmy szczelnie pozamykane bramy i na głucho zamknięte okiennice, za którymi mieszkańcy miasta ukrywają swoją prywatność przed ciekawskimi spojrzeniami turystów. Z wielu okien zwisały kwiaty, przy wielu powiewały chorągwie. Szłyśmy, rozmawiałyśmy, robiłyśmy zdjęcia i nagle wydarzyło się coś zaskakującego.

Poprawiłem się w fotelu. Wypiłem łyk kawy. Zacząłem czytać uważniej.

Moją uwagę przykuła brama, do której prowadziły cztery kamienne stopnie. Tuż przy schodkach rosły okazałe białe i różowe malwy. To właśnie te kwiaty przyciągnęły moją uwagę, wydały mi się staromodne, trochę zaściankowe. Chciałam zrobić im zdjęcie, przybliżyłam obraz i nagle zobaczyłam z bliska bramę. Ta brama wydała mi się znajoma. Nie wiem dlaczego, ale nagle serce zabiło mi mocniej. Świat wokół mnie zawirował. Wrota były szerokie, drewniane, ozdobione metalowymi ćwiekami, miały dużą klamkę. Klamka kończyła się głową lwa. W połowie wysokości bramy zawieszona była sporych rozmiarów kołatka. Zatrzymałam się. Nie mogłam oderwać od niej wzroku.

– Coś się stało? – zapytała Karolina.

– Nie, nic – skłamałam pospiesznie. – Wydaje mi się, że znam tę bramę – dodałam po chwili.

– Kobieto! – jęknęła Karolina. – Studiujesz historię sztuki, znasz niejedną taką bramę. Widziałaś ich setki, a może nawet tysiące. Przez całe studia obejrzałaś ich mnóstwo. Brama jak brama – stwierdziła sceptycznie. – Nic nadzwyczajnego… Chyba nie masz zamiaru w taki upał zatrzymywać się przy każdej bramie…

– Ta jest wyjątkowa – przerwałam jej.

– Co w niej jest takiego wyjątkowego?

– Wszystko. Przyjrzyj jej się uważniej! Metalowe elementy układają się w romby. Klamka kończy się głową lwa. Ten lew przypomina trochę lwa świętego Marka z Wenecji. Pomyśl, gdzie jest Wenecja, a gdzie Asyż. Drzwi mają kołatkę. Jeżeli zakołaczę, to rozlegnie się bardzo głośny dźwięk, który w niczym nie będzie przypominał uderzenia metalu o drewno. Kołatka jest tak skonstruowana, że za cienką powierzchnią drewna wbudowana jest metalowa komora. Zastukam, a rozlegnie się donośny dźwięk przypominający bicie dzwonu…

– Oszalałaś! Skąd możesz to wiedzieć? – Karo przyglądała mi się zaniepokojona. – Słońce ci dokuczyło? Mówiłam, że przyjazd do Włoch latem jest bez sensu. Latem we Włoszech jest za gorąco.

Nie słuchałam jej. Podeszłam do bramy. Z bliska wszystko wydało mi się jeszcze bardziej znajome. Przejechałam dłonią po drewnie, poczułam rozgrzane słońcem metalowe okucia. Dotknęłam klamki. Przesunęłam palcami po kołatce. Poczułam pod opuszkami dwie splecione ze sobą litery.

– Znam tę bramę – powtórzyłam. – Jestem tego pewna…

– Nie możesz jej znać – ucięła Karolina. – Nigdy nie byłaś w Asyżu. Mówiłaś, że jesteś we Włoszech po raz pierwszy.

Miała rację. Nigdy wcześniej nie byłam we Włoszech.

– Przegrzałaś się – skwitowała Karo. – Jest koszmarnie gorąco. Powietrze aż drży od upału. Nikt normalny w taką duchotę nie spaceruje po ulicach. We Włoszech latem powinno się leżeć na plaży – marudziła. – Napij się czegoś!

Pomyślałam, że ona ma rację. Upał zaburza myślenie, obraz rzeczywistości miesza się z wyobraźnią, myśli biegną ociężale, trudno myśleć logicznie, nie można się skupić. Wypiłam duszkiem pół butelki wody mineralnej która wyjęta z plecaka była obrzydliwie ciepła. Nic nie pomogła. Nadal miałam wrażenie, że znam dobrze te schodki, drzwi, klamkę i kołatkę.

– Spróbuję otworzyć – szepnęłam.

– Oszalałaś? Chcesz włamać się komuś do domu? – Karolina patrzyła na mnie przerażona.

– To nie jest wejście do domu.

– A co?

– Ta brama prowadzi na podwórko. Podwórze jest duże, otoczone z trzech stron krużgankami. – Nie mam pojęcia, skąd to wiedziałam, ale wiedziałam na pewno. Gdzieś z zakamarków mojego mózgu wypełzał obraz tego podwórka. – Są tam dwie kamienne studnie. Jedna z nich ozdobiona jest płaskorzeźbą przedstawiającą tańczące westalki, kapłanki rzymskiej bogini ogniska domowego. Drugą zdobią drzewka oliwne. Pnie drzewek splatają się ze sobą. Za studnią, tą w głębi, bardziej po prawej stronie, znajduje się wejście do domu. Pośrodku podwórka jest ułożony z kamieni krąg, który otacza mały ogród obsadzony drzewkami pomarańczowymi i oliwnymi…

– Wciskasz mi jakieś brednie – przerwała mi gwałtownie Karolina. – Zapewne przeglądałaś jakiś przewodnik po Asyżu. Tam zobaczyłaś tę bramę i to podwórko i teraz próbujesz mnie w to wkręcić…

– Nie przeglądałam przewodników po Asyżu… – zaczęłam się bronić. – Przecież nawet nie planowałyśmy tu przyjechać. To ty przed czterema dniami wpadłaś na ten pomysł. Pamiętasz? Siedziałyśmy w Sienie w kawiarni, piłyśmy kawę i jadłyśmy te przeraźliwie słodkie migdałowe ciasteczka.

– Ricciarelli – weszła mi w słowo.

– Jadłyśmy ricciarelli… – powtórzyłam. – Nagle w tej kawiarni zaintrygował cię życiorys świętego Franciszka. Stwierdziłaś, że jest inspirujący, że może wykorzystasz go w pracy magisterskiej. Święty Franciszek niespodziewanie stał się twoim idolem. W Rzymie już o niczym innym nie mówiłaś, tylko o wyprawie do Asyżu. Przewodnik kupiłam dopiero przed chwilą. Nigdy nie oglądałam żadnych zdjęć tego miasta.

– Bzdura! – Patrzyła na mnie niepewnie. – Sama wiesz, że to jakaś ściema. Zmocz swój kapelusz i włóż mokry na głowę! Coś ci się stało z tej duchoty. Chodźmy do bazyliki. W kościołach zwykle jest chłodno.

Posłuchałam jej. Nie nacisnęłam klamki. Nie zastukałam kołatką. Wylałam pół butelki wody mineralnej na swój kapelusz. Strużki ściekały z włosów na twarz i ramiona. Na błękitnej sukience pojawiły się ciemne plamy. Poczułam się o wiele lepiej. Pomyślałam, że może to nic takiego, że to tylko promienie gorącego południowego słońca mieszają wyobraźnię ze światem realnym. Może ja faktycznie źle znoszę upały?

Ruszyłyśmy w kierunku bazyliki. Przeszłyśmy obok pomnika świętego Franciszka. Przystanęłyśmy na chwilę na dziedzińcu przed wejściem do górnego kościoła. Ten dziedziniec jest jak niepowtarzalny taras widokowy. Po horyzont ciągną się wzgórza, na nich pojedyncze domy, wysokie pinie obok strzelistych cyprysów, gaje oliwne, sady pomarańczowe, wąskie drożyny i łany zbóż. W oddali widać kopułę bazyliki Najświętszej Marii Panny od Aniołów. Mogłabym tak stać i patrzeć bez końca.

– Wejdźmy do bazyliki, zanim znowu zaczniesz bredzić – ponaglała mnie Karolina. – Kapelusz ci już wysechł.

Weszłyśmy schodami do kościoła górnego bazyliki Świętego Franciszka. Tutaj było przyjemnie i chłodno. Jedyną nawę bazyliki dzielą cztery przęsła, które tworzą podstawę sklepienia krzyżowego wspartego na wysmukłych pilastrach. Przez biforia, upiększone witrażami, wpadają promienie słońca. Wszystkie ściany są ozdobione freskami. W górnych partiach ścian są obrazy ze Starego i Nowego Testamentu, w dolnych dwadzieścia osiem fresków przedstawiających sceny z życia świętego Franciszka. To dla tych malowideł przyjechałyśmy do Asyżu. One są bardzo ważne dla Karoliny. Mnie też zachwyciły. Przez chwilę nie liczyło się nic innego, tylko freski wykonane ręką Giotta, promienie słoneczne wpadające przez szkło witraży, niepowtarzalna harmonia włoskiego gotyku. Potem zeszłyśmy do kościoła dolnego, żeby zobaczyć namalowane nad ołtarzem freski przedstawiające alegorię trzech ślubów zakonnych – czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. W tamtej chwili moja pasja, historia sztuki, była najważniejsza. Wydawało nam się, że byłyśmy w bazylice krótko. Wyszłyśmy z kościoła i stwierdziłyśmy ze zdziwieniem, że jest już późne popołudnie. Światło stało się miękkie, budowla rzucała długie cienie. Przed bazyliką grupa dzieci bawiła się w berka. Powietrze też było chłodniejsze. Nie drżało już z gorąca. Zbliżał się przyjemny wieczór po gorącym dniu. Zatrzymałam się przy schodach, spojrzałam na krużganki i nagle wszystko wróciło. Pomyślałam, że dom, do którego prowadzi tamta brama, też ma krużganki. Znowu przed oczami stanęły mi malwy, cztery kamienne schody i brama.

Usiadłyśmy w małej trattorii tuż obok bazyliki. Ze skrzynek bujnie wylewały się różnobarwne pelargonie. Zjadłyśmy spóźniony obiad. Rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym, ale moje myśli cały czas były przy tamtej bramie. Karolina raz po raz przyglądała mi się uważnie.

– Męczy cię to? – odezwała się niespodziewanie.

– Męczy.

– Nie przeszło? – dopytywała.

– Nie przeszło.

– Nic nie pomógł mokry kapelusz?

– Zupełnie nic.

– Ani woda mineralna?

– Woda mineralna też nie pomogła. Nic mi nie pomogło – powiedziałam rozdrażniona. – Pobyt w bazylice też niczego nie zmienił… Kiedy byłam wewnątrz kościoła, na chwilę zapomniałam o tamtej bramie. Wyszłyśmy ze świątyni i wszystko wróciło.

– Musiałaś oglądać jakiś film o Asyżu – powiedziała niepewnie.

– Nie pamiętam, żebym cokolwiek na ten temat oglądała.

Nagle zapragnęłam tam pobiec. Gwałtownie wstałam. Potrąciłam szklankę z sokiem. Złociste krople wylądowały na mojej sukience.

– Stało się coś? – Kelner wyrósł jak spod ziemi.

– Nic – powiedziałam pospiesznie. – Jest już późno, a ja chcę jeszcze coś zobaczyć.

Do rachunku dorzuciłam cztery euro za chleb, wodę i obrus. Ruszyłam w kierunku tamtej ulicy i bramy. Na początku szłam powoli. Z minuty na minutę coraz szybciej. Słońce zniknęło już za dachami domów. Na chwilę niebo zapłonęło czerwoną łuną. Zniknął gdzieś spokojny błękit. Szłam coraz szybciej. Bałam się, że zapadnie zmrok i nie odnajdę tamtego miejsca. Gdzieś z oddali dochodził do mnie głos dzwonów. Pomyślałam, że wybiła ósma. W Asyżu dzwony zawsze biją o ósmej. Zawsze? Co za bzdura! Skąd ja mogę wiedzieć, kiedy biją dzwony w Asyżu! Nagle droga wydała mi się znajoma. Tak jakby gdzieś z zakamarków mojej pamięci wypełzały wspomnienia. Byłam pewna, że trzeba iść prosto jeszcze jakieś dwieście, a może trzysta metrów. Po prawej stronie będzie dom ze studnią, obok niego kamienna ławka. Przy tym domu droga skręci w lewo. Za zakrętem będzie już widać ułożony z grubo ciosanych kamieni mur i tamtą bramę. To jakieś bzdury, pomyślałam przerażona, jakieś brednie. Jest dom, jest wbudowana w jego ścianę kamienna studnia, obok ławka… Droga skręca ostro w lewo. Przeszłam jeszcze parę kroków i zobaczyłam bramę. Podeszłam do niej. Kołatka była pokryta zielonym nalotem. Chwyciłam ją dłonią. Uniosłam. Metal zazgrzytał głośno. Uderzyłam kołatką o drewno. Rozległ się dźwięk podobny do głosu dzwonu.

– Nie wygłupiaj się! Co ty wyczyniasz? Co powiesz, kiedy ktoś ci otworzy? – Usłyszałam za plecami Karolinę.

Uniosłam kołatkę i jeszcze raz ją upuściłam. Ponownie rozległ się melodyjny dźwięk. Położyłam rękę na klamce. Od spodu w klamce było wgłębienie. Poczułam pod palcami dwie splecione ze sobą litery – C i M. Wydały mi się bardzo znajome. Nacisnęłam klamkę. Pchnęłam drzwi. Nie drgnęły. Przekręciłam klucz tkwiący w zamku. Obrócił się z głośnym zgrzytnięciem. Brama otworzyła się z przeraźliwym piskiem. Moim oczom ukazało się podwórko. W pierwszej chwili poczułam się rozczarowana. Było inne, niż pamiętałam.

Jak ja mogę cokolwiek pamiętać?! – pomyślałam przerażona. – Przecież nigdy nie byłam w Asyżu! Nie oglądałam żadnego przewodnika, nie widziałam żadnego filmu. Przyjechałam tu z Karoliną, bo ona nagle chciała się pomodlić w dwóch bazylikach i znaleźć temat na swoją pracę dyplomową. Ja nie muszę odwiedzić każdego kościoła we Włoszech. Wyleczyłam się z tego już w Padwie, kiedy poszłam do bazyliki Świętego Antoniego. Nasz pobyt w tamtym mieście zbiegł się z jakimś religijnym świętem, bo przed wejściem do świątyni kłębił się tłum pielgrzymów. Starsze kobiety szły ze świecami i mamrotały modlitwy. Tłum porwał mnie ze sobą i pchał w kierunku grobowca świętego Antoniego. Nagle zrobiło mi się duszno i gorąco. Poczułam się jak osaczona. Ktoś zaczął jakąś pieśń. Pozostali ją podjęli. Idąca obok mnie starsza kobieta przeszyła mnie zimnym spojrzeniem. Coś mruknęła pod nosem. Zarzuciła mi czarną chustę na odsłonięte ramiona. Uklękłam, bo wszyscy klęczeli. Ktoś coś mówił, inni za nim powtarzali. Pomyślałam, że to zapewne litania do świętego Antoniego. Było mi coraz bardziej gorąco. Serce biło jak szalone. Uciekłam stamtąd w popłochu, potykając się o klęczących ludzi. Wyleczyłam się ze zwiedzania bazylik, kościołów i katedr. Nigdy sama nie wpadłabym na pomysł, żeby pojechać zwiedzać bazyliki w Asyżu. Przyjechałam tu, bo Karolinie bardzo na tym zależało. Nie byłam nigdy wcześniej w tym miejscu, a wszystko wydało mi się znajome. Byłam pewna, że znam to podwórko, chociaż wyglądało ono inaczej. W pamięci miałam podwórze wyłożone nierównym brukiem z kępami traw, które wdarły się pomiędzy kamienie. To tutaj miało równą powierzchnię ułożoną z granitowych płyt. Pośrodku, oddzielone kamiennym murkiem od reszty podwórka, rosły dwa drzewka pomarańczowe i dwa oliwne. Po lewej stronie, nieopodal bramy znajdowała się studnia ozdobiona postaciami tańczących kobiet. Druga studnia była po prawej stronie. Za nią widziałam wejście do domu. Nie pasowało ono do tamtych wspomnień. Było marmurowe i przeszklone, łamało harmonię tego zakątka, wydawało się aktem barbarzyństwa. Podwórko z trzech stron otaczały krużganki, które ktoś pokrył szklaną taflą. Straciły swoją lekkość, stały się zimne i bezduszne. Gdzieniegdzie po szklanych powierzchniach próbowały się piąć winorośle i krzewy bugenwilli. Kiedyś było tutaj zupełnie inaczej. Trawa rosła między kamieniami, winorośl pięła się bujnie po ścianach krużganków, setki kwiatów bugenwilli tworzyły fioletowe baldachimy, przy kamiennej ławce rosły wysokie malwy, dojrzałe kule pomarańczy kontrastowały z ciemną zielenią liści, srebrzyły się drzewka oliwne, a drzwi do domu były zawsze otwarte… Ktoś coś krzyknął na ulicy. Podskoczyłam jak oparzona. Moje serce znalazło się w gardle. Nagle świat z zewnątrz wdarł się w ciszę podwórka. Za moimi plecami przesuwał się tłum turystów. Przewodnicy nawoływali swoje grupy. Jakaś matka uspokajała płaczące dziecko. Tylko tutaj, na tym podwórku, cisza wydawała się dzwonić w uszach. Poruszyłam się. Zrobiłam kilka kroków. Moje buty zadudniły po granicie. Odgłos kroków odbił się od ścian domu. Nagle miałam wrażenie, że słyszę podwójne kroki. Cofnęłam się przerażona. Zatrzasnęłam bramę. Co za bzdury! Przecież ja nie mogę znać tego podwórka. Nie mogę znać tej bramy ani tego domu. Nigdy wcześniej tutaj nie byłam i nie mogę niczego pamiętać!

– Chodźmy stąd. – Doszedł do mnie głos Karoliny. – Robi się już ciemno…

Miała rację. Zmrok wdarł się pomiędzy gęstą zabudowę. Snuł się wąskimi uliczkami. Błękit nieba przeszedł w granat. Gdzieniegdzie jaśniały już okna. Powoli zapalały się latarnie.

Szłyśmy w milczeniu. Myślałyśmy o tym samym, chociaż każda z nas zapewne myślała inaczej.

– To tylko upał – mruczała pod nosem Karolina. – Upał źle wpływa na zmysły. Powoduje, że rzeczywistość miesza się z wyobraźnią.

Chciałam wierzyć, że ma rację.

Serce biło mi szybko, nie potrafiło się uspokoić. Przed oczami przesuwały się obrazy, których nie byłam w stanie zrozumieć. W kółko i bez końca to podwórko. Byłam pewna, że pamiętam chłód wody z tamtej studni, że wiem, jak wygląda sień domu, że na brzegu ławki też są wyryte w kamieniu splątane ze sobą litery C i M. To bzdury, powtarzałam w myślach, to tylko moja wyobraźnia.

Po zapadnięciu zmroku opustoszały ulice Asyżu. W ciszy słychać było oddalające się kroki spóźnionych przechodniów. Mijałyśmy kościół Świętego Piotra. Drzwi były jeszcze otwarte. Weszłyśmy do środka. W świątyni panował półmrok. Jaśniej było tylko przy ołtarzu. Tu mrok rozpraszało czerwone światło wiecznej lampki. Rząd świec płonął pod ścianą. W kościele było tylko parę osób. Ktoś na chwilę przyklęknął, nakreślił ręką znak krzyża. Kilka postaci siedziało w ławkach z głowami pochylonymi w modlitwie. Usiadłam i nagle przyłapałam się na tym, że w myślach klepię modlitwę. Na krótki moment to Ojcze nasz stało się najważniejsze, zajęło moje myśli, uwolniło mnie od wspomnień. Od wspomnień? – nagle oprzytomniałam. – Przecież to bzdury, ja nie mogę mieć żadnych wspomnień związanych z Asyżem!

Kiedy wróciłyśmy na kwaterę, było już późno. Noc spędziłam na werandzie. Nie spieszyło mi się do łóżka. Widziałam, jak Karolina krząta się po pokoju, jak gasi światło. Zdmuchnęłam stojącą na stoliku świecę. Na werandzie zapanowała ciemność. Położyłam się na leżaku i patrzyłam na księżyc. Zbliżała się pełnia. Tarcza księżyca była nieregularna i rozmyta, przysłonięta przez jasne obłoki. Zasnęłam na leżaku. Obudził mnie poranny chłód. Lekka mgiełka otulała wieże miasta. Wszystko wydawało się delikatne i pastelowe, ciche i spokojne. Moje myśli też zwolniły, przestały galopować. Miniony dzień się oddalił. Przypominał sen. Nie straszyły mnie już myśli o tamtym podwórku. Wręcz przeciwnie, jego wspomnienie wydawało mi się czymś przyjemnym.

Karolina poszła biegać. Spotkałyśmy się dopiero przy śniadaniu.

– Coś nie tak, dziewczyny? – zapytała gospodyni. – Wróciłyście późno. Nie zajrzałyście nawet do kuchni. Nie przyszłyście pogadać. Dzisiaj też wyglądacie na markotne.

– Markotne? Nie, skądże – zaprzeczyła pospiesznie Karolina. – Przebiegłam przed śniadaniem dziesięć kilometrów. Jeszcze nie zdołałam ochłonąć…

– Jak tam wczorajsze zwiedzanie Asyżu? – dopytywała Agnes.

– Pełne wrażeń – odezwała się Karolina. – Zaintrygował nas pewien dom. Szłyśmy z kościoła Świętego Rufina w kierunku bazyliki Świętego Franciszka. Skręciłyśmy w boczne uliczki. Tam było ciszej i spokojniej. Miałyśmy wrażenie, że niektóre z mijanych domów są opustoszałe…

– Ciężko mieszkać w takich domach – weszła jej w słowo Agnes. – Nasz jest dużo nowszy. Tamte mają małe okna, przez które wpada niewiele światła. Zimą są zimne. Latem bywają za gorące. Turystom wydają się piękne, ale dla mieszkańców są utrapieniem. Część z tych domów jest niezamieszkała. Mają właścicieli, którzy w większości mieszkają daleko stąd. Ich ceny są horrendalne.

– Jedna brama przykuła naszą uwagę. Zajrzałyśmy nawet na podwórko.

– I co?

Kobieta spojrzała na nas z zainteresowaniem.

– Jest ciekawe – powiedziała pospiesznie Karolina. – Od ulicy oddziela je mur i brama. Do tej bramy prowadzi parę kamiennych schodów, obok schodów rosną malwy. Brama jest drewniana, zdobiona metalowymi ćwiekami i okrągłą kołatką…

– Myślę, że mówicie o Domu Marcusa – przerwała jej Agnes. – To bardzo romantyczne miejsce.

– Weszłyśmy do środka i rozejrzałyśmy się po podwórku – zaczęłam opowiadać. – Dwie kamienne studnie… krużganki pokryte taflą szkła, ogródek z drzewkami pomarańczowymi i oliwnymi…

– Nie pamiętam, żeby były tam studnie – przerwała mi gospodyni. – Może są, a wypadły mi z pamięci. Kiedyś próbowano tam zrobić hotel. Zamiast starego bruku położono granitowe płyty, pokryto szkłem krużganki… Nie byłam tam wcześniej, dopiero w trakcie remontu. Francesco Dervoni chciał zrobić z tego miejsca coś wyjątkowego. Chciał teraźniejszość połączyć z pewną legendą. Coś nie wypaliło. Nie pamiętam dokładnie, co tam się stało…

Agnes nie chodziła już po kuchni. Przysiadła się do nas. Postawiła przed sobą filiżankę. Zapach świeżo parzonej kawy rozchodził się po pomieszczeniu.

– Nie chcę kłamać – odezwała się po chwili. – Zapytam o szczegóły mojego Antonia. Potem opowiem wam coś więcej. Byłam tam tylko na jakimś przyjęciu. Zaraz po nim wyjechałam z Asyżu. Studiowałam wtedy we Florencji, miałam mnóstwo egzaminów. Antonio mówił mi przez telefon, że zaraz po tym doszło tam do jakiejś tragedii. Nie pamiętam dokładnie. Wiem, że coś stało się temu Dervoniemu. Chodzi mi po głowie, że to było samobójstwo… Ta tragedia rzuciła cień na ten dom. Ludzie boją się takich miejsc. Miało być tak romantycznie i tę całą romantyczną atmosferę nagle diabli wzięli…

Kakao