Wielki Gatsby - Scott F. Fitzgerald - ebook

Wielki Gatsby ebook

Scott F. Fitzgerald

3,9

Opis

Wielki Gatsby - najsłynniejsza powieść F. Scotta Fitzgeralda - w chwili ukazania się została uznana za najpełniejszy obraz ,,straconego pokolenia", którego dojrzewanie do dorosłości przypadło na lata pierwszej wojny światowej.

Romantyczna miłość, przyjaźń, amerykański sen o szczęściu i sukcesie dostępnym dla każdego to stereotypy, które przynoszą głównemu bohaterowi - Jayowi Gatsby'emu, parweniuszowi przedzierzgniętemu w bogacza - tragiczne rozczarowanie. Miłość zniszczył kult pieniądza, przyjaźń okazała się pustym słowem, a sukces finansowy nie wprowadził go tak naprawdę do ,,lepszej" sfery.

Jak podzwonne brzmią najsłynniejsze chyba słowa tej powieści: ,,Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość".  

Na podstawie Wielkiego Gatsby'ego nakręcono film z niezapomnianymi rolami Roberta Redforda i Mii Farrow.

F. Scott Fitzgerald (1896–1940), amerykański powieściopisarz, autor opowiadań i scenariuszy filmowych, zyskał sławę już dzięki swej debiutanckiej powieści  Po tej stronie raju (1920). Później opublikował Pięknych i  przeklętych  (1922), Wielkiego Gatsby’ego (1925) oraz Czuła jest noc (1934), a także kilka tomów opowiadań.

Fitzgerald wraz z żoną, pisarką Zeldą Sayre, wiele lat spędził w Paryżu; tam zaprzyjaźnił się m.in. z Hemingwayem.

W twórczości Fitzgeralda często znajdują wyraz elementy autobiograficzne – burzliwe małżeństwo z Zeldą, jej choroba psychiczna i jego alkoholizm – najwyraźniej widoczne i najbardziej przejmujące w powieści Czuła jest noc, wznowionej przez REBIS w nowym przekładzie. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 218

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (98 ocen)
31
38
22
6
1

Popularność




Zeldzie – raz jeszcze

Rozdział I

Gdy byłem młodszy i wrażliwszy, ojciec mój dał mi pewną radę, nad którą do dziś często się zastanawiam.

– Ile razy masz ochotę kogoś krytykować – powiedział – przypomnij sobie, że nie wszyscy ludzie na tym świecie mieli takie możliwości jak ty.

Powiedział tylko tyle, ale ponieważ zawsze rozumieliśmy się doskonale bez dłuższych wyjaśnień, wiedziałem, że ma na myśli nieporównanie więcej. W rezultacie unikam pochopnych sądów i zwyczaj ten uczynił ze mnie powiernika wielu interesujących ludzi, a także ofiarę niejednego nudziarza. Umysły nienormalne szybko wykrywają taką skłonność u człowieka normalnego i chętnie ją wykorzystują; stąd w czasie studiów niesłusznie bywałem podejrzewany nawet o dwulicowość tylko dlatego, że zdarzało mi się poznać bolesne tajemnice różnych dziwnych, bliżej mi nieznanych typów. W większości wypadków wcale nie zabiegałem o zaufanie – udawałem, że śpię czy nie mam czasu, albo stawałem się odpychająco wyniosły, gdy wnosząc z nieomylnych znaków, czułem w powietrzu czyjeś zwierzenia; bo zwierzenia młodych ludzi albo przynajmniej forma, w jakiej je czynią, mają zazwyczaj charakter plagiatu i psuje je brak szczerości. Aby powstrzymać się od sądzenia bliźnich, trzeba mieć ogromny zapas ufności. Do dziś pozostała mi obawa, że coś istotnego przeoczę, że coś mi się wymknie, jeśli nie będę pamiętał, iż poczucie fundamentalnych zasad przyzwoitości nie wszystkim przy urodzeniu jest równo dane – jak to mój ojciec snobistycznie zauważył, a ja ze snobizmem powtarzam.

Lecz tak się chwaląc moją tolerancją, muszę teraz przyznać, że ma ona granice. Postępowanie człowieka może wynikać z zasad twardych jak skała albo niepewnych jak grzęzawisko, lecz przychodzi moment, kiedy jest mi zupełnie obojętne, z czego wynika. Gdy ostatniej jesieni powróciłem ze Wschodniego Wybrzeża, marzyłem o świecie, który by strzegł moralnego ładu niczym żołnierz na warcie – dość już miałem burzliwych wypadów dających mi przywilej zaglądania w cudze serce. W tym moim nastroju nie mieścił się tylko Gatsby – człowiek, który użycza swego imienia tej książce – Gatsby, uosobienie wszystkiego, do czego czułem głęboką niechęć.

Jeśli przyjąć, że na wybitną indywidualność składa się nieprzerwany ciąg udanych posunięć, to trzeba przyznać, iż w nim było coś wspaniałego, jakiś wyższy stopień wrażliwości na obietnice życia, jak gdyby należał do gatunku tych skomplikowanych mechanizmów, które rejestrują trzęsienie ziemi odległe o dziesięć tysięcy mil. Zdolność ta nie miała nic wspólnego ze zwiotczałą wrażliwością, której tak chętnie nadaje się rangę temperamentu twórczego – był to niezwykły dar nadziei, romantyczna żarliwość, jakiej nigdy u nikogo nie spotkałem i pewnie już nigdy nie spotkam. Nie, Gatsby był w porządku, jak się w końcu okazało: to, co czyhało na niego, co płynęło w ślad za jego marzeniem jak mętna piana za okrętem, tylko to zgasiło we mnie na jakiś czas zainteresowanie dla próżnych żalów ludzkich i krótkoskrzydłych uniesień.

* * *

Moja rodzina to ludzie zamożni, którzy od trzech pokoleń cieszą się pewnym znaczeniem w jednym z miast środkowego Zachodu. Carrawayowie stanowią rodzaj klanu i wedle rodzinnej tradycji pochodzą od książąt Buccleuch, lecz faktycznym założycielem tej linii był brat mego dziadka, który przybył tu w roku 1851, wykupił się od udziału w wojnie secesyjnej i założył hurtownię wyrobów żelaznych, którą do dziś ojciec mój prowadzi.

Nigdy nie widziałem tego stryjecznego dziadka, lecz mówią, że jestem do niego podobny, o czym ma świadczyć jego dość niewydarzony portret wiszący w biurze ojca. Skończyłem studia na Uniwersytecie Yale w New Haven w 1915, dokładnie w ćwierć wieku po moim ojcu, i wkrótce potem uczestniczyłem w owej spóźnionej teutońskiej „wędrówce ludów”, zwanej Wielką Wojną. Tak mnie rozruszało to odpieranie najazdu, że po powrocie do domu nie mogłem usiedzieć na miejscu. Moje rodzinne strony przestały już być ciepłym sercem świata, wydały mi się raczej jego nędznym krańcem, wobec czego postanowiłem przenieść się na Wschód i poznać pracę maklera giełdowego. Każdy, kogo znałem, trudnił się maklerstwem, pomyślałem więc, że jeszcze jeden samotny młody człowiek też się z tego utrzyma. Wszystkie moje ciotki i wujowie radzili nad tym, jakby szło o wybranie dla mnie szkoły średniej, wreszcie powiedzieli z pełną powagi rezerwą: „Ostatecznie, czemuż by nie...” Ojciec zgodził się pomagać mi przez rok i tak, odkładając sprawę kilkakrotnie, wiosną roku dwudziestego drugiego przybyłem na Wschód, jak mi się zdawało – na stałe.

Najrozsądniej było wynająć mieszkanie w mieście, ale robiło się ciepło, a ja właśnie zostawiłem za sobą kraj przestronnych trawników i przyjaznych drzew, więc gdy młody mój kolega z biura zaproponował wspólne wynajęcie domu w miejscowości podmiejskiej, pomysł wydał mi się genialny. Znalazł odrapany domek letni za osiemdziesiąt dolarów miesięcznie, lecz w ostatniej chwili firma wysłała go do Waszyngtonu, więc przeniosłem się za miasto sam. Miałem psa – przynajmniej przez kilka dni, zanim uciekł – miałem starego dodge’a i Finkę, która słała mi łóżko i gotowała śniadanie, mrucząc swoje fińskie mądrości nad elektryczną kuchenką. Czułem się samotnie przez dzień czy dwa, dopóki pewnego ranka nie zaczepił mnie na drodze jakiś człowiek, przybyły tu później ode mnie.

– Jak można dostać się do West Egg? – spytał bezradnie.

Powiedziałem mu. I przestałem się czuć samotnie. Umiałem wskazać drogę, znałem już wszystkie ścieżki, jakbym tu mieszkał od początku świata. Przygodny przechodzień nadał mi honorowe obywatelstwo tej okolicy.

I tak, w miarę jak słońce przygrzewało i liście na drzewach strzelały z pąków szybko jak na filmie, nabierałem owego znanego przekonania, że wraz z nastaniem lata życie rozpocznie się na nowo.

Po pierwsze – zamierzałem bardzo dużo czytać; po drugie – nabrać jak najwięcej sił, korzystając z przepysznego świeżego powietrza. Kupiłem kilkanaście tomów traktujących o bankowości, kredytach i inwestycjach finansowych i stały one na mojej półce w złocie i czerwieni jak nowe pieniądze z mennicy, obiecując odsłonić pełne blasku tajemnice, które tylko Midas i Morgan, i Mecenas znali. A miałem szlachetny zamiar przeczytać jeszcze wiele innych książek. Na uniwersytecie bawiłem się trochę w literata – pisywałem nawet przez rok pełne powagi i naiwności artykuły wstępne w „Yale News” – i teraz wszystkie te zainteresowania chciałem przywrócić memu życiu, aby znów się stać tym najbardziej ograniczonym ze wszystkich specjalistów – „człowiekiem wszechstronnym”. To wcale nie jest paradoks – najlepiej widzi się życie, mimo wszystko, tylko z jednego okna.

Czysty przypadek zrządził, że wynająłem dom w jednej z najdziwniejszych osad Ameryki Północnej. Leżała na owej podłużnej wesołej wyspie rozciągającej się prosto na wschód od Nowego Jorku, na której obok innych przyrodniczych ciekawostek są też dwa małe półwyspy niezwykłego kształtu. W odległości dwudziestu mil od miasta wrzynają się w słoną masę najbardziej ujarzmionych wód zachodniej półkuli, w to wielkie, mokre klepisko cieśniny Long Island, jakby dwa ogromne jaja, identyczne w formie i rozdzielone tylko niewielką zatoką. Nie są one idealnie owalne, jak jajko Kolumba, mają końce spłaszczone u nasady – lecz ich fizyczne podobieństwo musi bez przerwy zadziwiać mewy latające w górze. Dla stworzeń bezskrzydłych bardziej frapującą osobliwością jest fakt, że te dwa jaja jednakowej wielkości i kształtu pod każdym innym względem całkowicie się różnią.

Mieszkałem w West Egg, które było – no, powiedzmy, mniej eleganckie niż East Egg1, choć ta powierzchowna etykieta nie określa dziwacznego, nawet trochę niesamowitego kontrastu. Domek mój stał na samym czubku jajka, pięćdziesiąt jardów od cieśniny, wtłoczony pomiędzy dwie duże rezydencje, wynajmowane na sezon za sumkę dwudziestu albo piętnastu tysięcy dolarów. Ta na prawo była zjawiskiem monstrualnym pod każdym względem – prawdziwa imitacja normandzkiego ratusza, z wieżą, której nowiutkie mury ledwie przykrywał rzadki zarost bluszczu; do tego marmurowy basen i ponad czterdzieści akrów trawników, drzew i kwiatów. Była to posiadłość Gatsby’ego. Albo raczej, ponieważ nie znałem pana Gatsby’ego, posiadłość, w której mieszkał dżentelmen o tym nazwisku. Mój własny domek był obrazą dla oczu, ale obrazą niewielką i tolerowaną, miałem więc widok na wodę, na część trawnika mego sąsiada i pocieszającą bliskość milionerów – wszystko to za osiemdziesiąt dolarów miesięcznie.

Po drugiej stronie zatoki lśniły nad wodą białe pałace wytwornego East Egg i historia owego lata zaczyna się faktycznie tego wieczoru, kiedy pojechałem tam na obiad do Buchananów. Daisy była moją daleką kuzynką, a Toma znałem z czasów studenckich. Tuż po wojnie spędziłem z nimi dwa dni w Chicago.

Mąż Daisy, obdarzony wielką sprawnością fizyczną, należał niegdyś do najwspanialszych futbolistów na boisku uniwersyteckim w New Haven – był w pewnym sensie bohaterem narodowym, jednym z tych, co w dwudziestym pierwszym roku życia osiągają tak boleśnie ograniczoną doskonałość, że potem już wszystko pachnie im klęską. Miał niesamowicie bogatą rodzinę – nawet na uniwersytecie wyrzucano mu szastanie pieniędzmi – teraz zaś przybył z Chicago na Wschód z taką pompą, że po prostu dech w piersiach zapierało; sprowadził na przykład do gry w polo całe stado kucyków z Lake Forest. Aż trudno było sobie wyobrazić, że ktoś z mego pokolenia może sobie na to pozwolić.

Nie wiem, dlaczego tu przyjechali. Spędzili cały rok we Francji bez żadnego wyraźnego powodu, a potem niezmordowanie przenosili się z jednego miejsca na drugie, zawsze tylko tam, gdzie gra się w polo i gdzie wszyscy są bogaci. „To już ostatnia przeprowadzka”, powiedziała mi Daisy przez telefon, ale nie uwierzyłem jej – nie mogłem zajrzeć w głąb jej serca, lecz czułem, że Toma zawsze będzie gnać z miejsca na miejsce tęsknota za dramatycznym napięciem walki na boisku, za bezpowrotnie utraconą szansą gry.

I tak się stało, że pewnego ciepłego, wietrznego dnia pojechałem do East Egg, aby zobaczyć dwoje starych przyjaciół, których ledwie znałem. Ich dom był jeszcze wspanialszy, niż myślałem, wesoły, czerwono-biały, w kolonialnym stylu Południa, z widokiem na zatokę. Trawnik, który rozpoczynał się nad wodą, biegł przez ćwierć mili do drzwi wejściowych, przeskakując po drodze zegary słoneczne i ścieżki wysypane tłuczoną cegłą, i gorejące kwietniki, aż wreszcie, dopadłszy domu jakby z rozpędu, wspinał się na ścianę dzikim winem. Fasadę domu łamał szereg oszklonych drzwi, płonących teraz odbiciem złota i szeroko otwartych na to ciepłe, wietrzne popołudnie, a Tom Buchanan, ubrany do konnej jazdy, szeroko rozstawiwszy nogi, stał na ganku.

Zmienił się od czasu studiów w New Haven. Był to teraz krzepki trzydziestoletni mężczyzna o włosach koloru słomy, raczej twardo zarysowanych ustach i wyniosłej postawie. Błyszczące aroganckie oczy panowały nad jego twarzą, nadając całej postaci wyraz nieustannej agresywności. Nawet kobieca trochę kokieteryjność jeździeckiego stroju nie mogła ukryć ogromnej siły tego ciała – cholewki błyszczących butów opinały łydki tak, że sznurowadła zdawały się pękać, a gdy poruszył ramieniem, pod cienką kurtką zarysowały się grube węzły muskułów. Było to ciało zdolne do potężnego uchwytu – ciało okrutne.

Ton jego głosu, szorstki, ochrypły tenor, potęgował wrażenie brutalności. Był w tym głosie odcień protekcjonalnej pogardy, nawet wobec ludzi, których lubił – niektórzy koledzy w New Haven po prostu go nie znosili.

„Och, nie myśl – zdawał się mówić – że chcę w tych sprawach decydować tylko dlatego, że jestem silniejszy i bardziej męski od ciebie”. Na ostatnim roku studiów należeliśmy do tego samego koła i chociaż nie przyjaźniłem się z nim bliżej, zawsze zdawało mi się, że aprobuje moją osobę i z właściwą sobie szorstką, zuchwałą pożądliwością pragnie, abym go lubił.

Rozmawialiśmy przez chwilę na ganku, zalanym słońcem.

– Ładnie tu mamy – powiedział, błyskając niespokojnie oczami.

Obrócił mnie za ramię i szeroką, płaską dłoń przesunął po roztaczającej się przed nami panoramie, ogarniając tym gestem nisko wtulony włoski ogród, pół akra intensywnych, odurzających róż i motorówkę o zadartym dziobie, bijącą się z przypływem u brzegu.

– To należało do Demaine’a, tego od nafty. – Znów mnie obrócił, grzecznie i bardzo nagle. – Wejdziemy do środka.

Minęliśmy wysoki hall i znaleźliśmy się w jasnej, różowej przestrzeni, z dwóch stron związanej z domem kruchymi ścianami wielkich, oszklonych drzwi. Drzwi, otwarte na oścież, odcinające się połyskliwą bielą od soczystego trawnika, zdawały się wpuszczać trawę do wnętrza. Lekka bryza wionęła przez pokój, przy jednych drzwiach wydęła kotary, przy drugich wciągnęła je do środka, jak spłowiałe flagi rzuciła w górę, na tortowe stiuki plafonu, potem ściągnęła w dół i marszczyła nad dywanem koloru wina, a na dywanie robiła się smuga cienia jak od wiatru na morzu.

Jedyną rzeczą naprawdę nieruchomą w tym pokoju była ogromna sofa: kołysały się na niej, niby na zakotwiczonym balonie, dwie młode kobiety. Były w białych sukniach, jeszcze marszczących się i rozwianych, jak gdyby balon tylko co wylądował po krótkim locie naokoło domu. Przez dobrą chwilę stałem wsłuchany w szelest i trzepot kotar i jęk obrazu na ścianie. Potem trzasnęły z tyłu drzwi zamykane przez Toma Buchanana, schwytany wiatr zamarł w kątach pokoju, a kotary i dywany, i dwie młode kobiety powoli spłynęły na ziemię.

Młodszej z nich nie znałem. Leżała wyciągnięta w poprzek sofy, zupełnie bez ruchu, z brodą lekko uniesioną do góry, jak gdyby na tej brodzie balansowało coś, co łatwo może zlecieć. Jeśli nawet dostrzegła mnie kątem oka, to nie dała tego po sobie poznać i – doprawdy! – tak mnie tym zaskoczyła, że chciałem pokornie przeprosić za najście.

Druga kobieta, Daisy, usiłowała wstać – lekko pochyliła się naprzód z uprzejmym wyrazem – potem roześmiała się nagle, niedorzecznie, czarująco, ja też się roześmiałem i podszedłem bliżej.

– Znieruchomiałam ze szczęścia!

I jak gdyby w tym, co powiedziała, było coś bardzo dowcipnego, zaśmiała się jeszcze raz i przytrzymała moją dłoń, patrząc mi prosto w twarz z wyrazem, który pozwalał sądzić, że naprawdę nikogo w świecie tak nie pragnęła widzieć jak mnie. Cała Daisy! Dała mi półszeptem do zrozumienia, że dziewczyna z wysuniętą brodą nazywa się Baker. (Niektórzy twierdzili, że Daisy mówi ściszonym głosem tylko po to, aby się do niej nachylać; nieuzasadniona złośliwość, która nie umniejszała ani trochę jej wdzięku.)

Tymczasem wargi panny Baker poruszyły się, prawie niedostrzegalnie skinęła mi głową i znów szybko odrzuciła ją do tyłu – widocznie to, co balansowało na jej bródce, zachwiało się, napędzając jej strachu. I znów słowa przeprosin cisnęły mi się na usta. Niemal każdy przejaw doskonałej samowystarczalności działa na mnie oszałamiająco i skłania do hołdu.

Powróciłem wzrokiem do kuzynki, która zaczęła zadawać mi pytania swoim niskim, niepokojącym głosem. Był to ten rodzaj głosu, który ucho śledzi z napięciem, odbierając każde zdanie jak muzyczną frazę, graną nieodwołalnie tylko jeden raz. Miała twarz smutną i ładną, i dużo w niej blasku – błyszczące oczy i połyskliwe, namiętne usta, ale mężczyznom, dla których nie była obojętna, najtrudniej było zapomnieć niepokój jej głosu: tę jakąś zniewalającą śpiewność, to szeptane „Słuchaj!”, niby zapewnienie, że właśnie przed chwilą oddawała się sprawom radosnym i podniecającym, i obietnica, że owe sprawy radosne i podniecające powtórzą się zaraz, za chwilę.

Powiedziałem jej, że w drodze na Wschód zatrzymałem się jeden dzień w Chicago i mnóstwo znajomych zasyła jej pozdrowienia.

– Czy tęsknią za mną? – wykrzyknęła z uniesieniem.

– Całe miasto jest pogrążone w żałobie. Tylne lewe koło każdego samochodu jest pomalowane na czarno, niby wieniec pogrzebowy, a nad brzegiem jeziora przez całą noc rozlegają się żałobne pienia.

– Ależ to wspaniałe! Wracajmy, Tom. Jutro! – I zaraz dodała, ni stąd, ni zowąd: – Musisz zobaczyć nasze maleństwo.

– Bardzo bym chciał.

– Śpi teraz. Ma trzy lata. Nigdy jej nie widziałeś?

– Nigdy.

– Koniecznie musisz ją zobaczyć. Ona jest...

Tom Buchanan, krążący niespokojnie po pokoju, zatrzymał się i położył mi dłoń na ramieniu.

– Co robisz, Nick?

– Jestem maklerem giełdowym.

– Gdzie pracujesz?

Podałem mu nazwę firmy.

– Nigdy nie słyszałem – stwierdził z całą stanowczością.

Zirytowało mnie to.

– Posłyszysz – odparłem krótko. – Posłyszysz, jeśli zostaniesz tu dłużej.

– Och, nie bój się, zostanę – powiedział, rzucając krótkie spojrzenie na żonę, a potem na mnie, jakby się miał przed czymś na baczności. – Musiałbym stracić rozum, żeby zamieszkać gdzie indziej.

W tym miejscu panna Baker powiedziała:

– No pewnie! – z tak zaskakującą nagłością, że aż się wzdrygnąłem – były to pierwsze słowa, jakie wydała z siebie od chwili mego przyjścia. I prawdopodobnie zaskoczyły ją nie mniej niż mnie, bo ziewnęła i kilkoma szybkimi, zręcznymi ruchami podniosła się z sofy. – Zupełnie zesztywniałam – poskarżyła się. – Leżę bez ruchu na tej sofie od niepamiętnych czasów.

– Nie patrz na mnie – odparła Daisy. – Przez całe popołudnie próbowałam cię wyciągnąć do Nowego Jorku.

– Nie, dziękuję – powiedziała panna Baker na widok czterech koktajli wniesionych do salonu. – Jestem w okresie bezwzględnego treningu.

Gospodarz spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– Trening! – Wychylił kieliszek, jakby w nim była tylko kropla na dnie. – W jaki sposób ty w ogóle dochodzisz do jakichś wyników, dla mnie to niepojęte.

Spojrzałem na pannę Baker, zastanawiając się, o jakich „wynikach” może być mowa. Patrzyłem na nią z przyjemnością. Była to smukła dziewczyna o małych piersiach, trzymająca się bardzo prosto jak młody kadet, co podkreślała jeszcze lekkim podaniem ciała do tyłu. Jej szare, przymrużone oczy patrzyły na mnie z twarzy szczupłej, pełnej wdzięku i niezadowolonej, uprzejmie odwzajemniając moją ciekawość. Wydało mi się teraz, że gdzieś już widziałem ją samą albo jej fotografię.

– Pan mieszka w West Egg – stwierdziła pogardliwie. – Znam tam kogoś.

– Ja nie znam tam żywej duszy.

– Musi pan znać Gatsby’ego.

– Gatsby? – spytała Daisy. – Jaki Gatsby?

Zanim zdołałem odpowiedzieć, że to mój sąsiad, oznajmiono obiad; Tom Buchanan władczym gestem chwycił mnie pod ramię i wyprowadził z pokoju, jakby przesunął pionek na szachownicy z jednego pola na drugie.

Smukłe i leniwe, z rękami lekko wspartymi na biodrach, obie młode kobiety wyszły przed nami na różową werandę, otwartą na zachód słońca, gdzie w zacichającym wietrze migotały na stole płomienie czterech świec.

– Po co świece? – sprzeciwiła się Daisy, marszcząc brwi. Zgasiła je palcami. – Za dwa tygodnie będziemy mieli najdłuższy dzień w roku. – Spojrzała na nas rozpromieniona. – Czy wy też czekacie na ten najdłuższy dzień w roku po to, żeby go w końcu przegapić? Bo ja zawsze czekam na najdłuższy dzień w roku i zawsze go przegapię.

– Powinniśmy coś wymyślić – powiedziała panna Baker, ziewając tak, jakby nie siadała do stołu, lecz kładła się do łóżka.

– Doskonale – powiedziała Daisy. – Ale co? – zwróciła się do mnie bezradnie. – Jakie plany robią ludzie?

Zanim mogłem odpowiedzieć, spojrzała z przerażeniem na swój mały palec.

– Patrzcie – poskarżyła się. – Skaleczony.

Wszyscy spojrzeliśmy – na palcu był siniec.

– To twoje dzieło, Tom – zwróciła się do męża z wyrzutem. – Wiem, że nie chciałeś, ale jednak skaleczyłeś mnie. Dobrze mi tak, skoro poślubiłam brutala, prawdziwego, ogromnego, niezdarnego...

– Nienawidzę tego słowa: niezdarny – zaprotestował Tom ze złością. – Nawet w żartach.

– Niezdarny – upierała się Daisy.

Chwilami ona i panna Baker mówiły obie naraz, jakby od niechcenia, jakby popisując się żartobliwą niekonsekwencją; lecz nie było w tej paplaninie beztroski i pogody, była chłodna, jak ich białe suknie i obojętne oczy, wyzbyte wszelkich pragnień. Były obecne, godziły się na obecność Toma i moją, mile i uprzejmie starały się nas bawić albo starały się o to, żebyśmy je bawili. Wiedziały, że wkrótce obiad się skończy, a nieco później skończy się wieczór i zostanie niedbale odsunięty w niepamięć. Jakaż jaskrawa różnica z Zachodem, gdzie wieczór przeżywało się w gorączce, wiążąc z każdą jego chwilą zawsze zawiedzione oczekiwania albo też po prostu – nerwową obawę, że wszystko się zaraz skończy?

– Czuję się przy tobie zupełnie niecywilizowany – wyznałem Daisy przy drugim kieliszku wina, które pachniało korkiem, lecz skądinąd było doskonałe. – Czy nie możecie mówić o zbiorach albo o czymś takim?

Nic szczególnego nie miałem na myśli, robiąc tę uwagę, którą podjęto w sposób nieoczekiwany.

– Cywilizacja się kończy – wybuchnął Tom gwałtownie. – W tych sprawach jestem czarnym pesymistą. Czytałeś Goddarda Rozkwitazjatyckich imperiów?

– Nie znam tego – odpowiedziałem zaskoczony jego tonem.

– Świetna książka i każdy powinien ją przeczytać. Chodzi o to, że jeśli nie będziemy uważać, to biała rasa zostanie... to kolorowi wykończą białych. Jest to w tej książce naukowo dowiedzione.

– Tom robi się strasznie uczony – powiedziała Daisy z bezwiednym smutkiem. – Czyta głębokie dzieła, pełne długich wyrazów. Co to było za słowo, cośmy...

– Czytam dzieła naukowe – z naciskiem powtórzył Tom, rzucając jej niecierpliwe spojrzenie. – Ten facet wszystko przemyślał. My, biali, jako rasa panująca, musimy się mieć na baczności, bo w przeciwnym razie wszystko wezmą w swoje ręce rasy kolorowe.

– Musimy je poskromić – szepnęła Daisy, robiąc do słońca minę pełną okrucieństwa.

– Powinieneś mieszkać w Kalifornii – zaczęła panna Baker, lecz Tom przerwał jej, ciężko pochylając się na krześle.

– Chodzi o to, że jesteśmy nordykami. Ja i ty, i ty, i... – zawahał się na mgnienie oka, ale lekkim skinieniem głowy zaliczył również Daisy do nordyków, na co Daisy mrugnęła do mnie okiem. – I to my wyprodukowaliśmy wszystko, co składa się na cywilizację – no wiesz, naukę, sztukę itepe. Rozumiesz?

Było coś żałosnego w jego skupieniu, jak gdyby zadowolenie z siebie, intensywniejsze niż dawniej, już mu nie wystarczało. Nagle wewnątrz domu zadzwonił telefon, lokaj opuścił werandę, a Daisy, korzystając z chwilowej przerwy, pochyliła się ku mnie.

– Zdradzę ci domowy sekret – szepnęła z zapałem. – Dotyczy nosa naszego lokaja. Chcesz posłuchać o tym nosie?

– Ależ po to właśnie przyszedłem.

– A więc nasz lokaj nie zawsze był lokajem. Zajmował się czyszczeniem srebra u kogoś tam w Nowym Jorku, kto miał srebrną zastawę na dwieście osób. Od rana do nocy musiał czyścić srebro, aż w końcu od tego czyszczenia zaczął mu się nos błyszczeć.

– Sprawa miała się coraz gorzej – powiedziała panna Baker.

– Tak. Sprawa miała się coraz gorzej, aż w końcu musiał zrezygnować z posady.

Zachodzące słońce z romantyczną tkliwością ogarnęło na chwilę jej rozpaloną twarz; słuchając, czułem, jak głos jej przyciąga mnie i zniewala – potem twarz jej zbladła i promienie światła opuściły ją jak dzieci, z żalem żegnające o zmierzchu zabawę na ulicy.

Lokaj wrócił i szepnął coś na ucho Tomowi, na co Tom zmarszczył brwi, odsunął krzesło i bez słowa wszedł do domu. Zdawało się, że jego zniknięcie coś w Daisy poruszyło, bo znów zwróciła się do mnie głosem żarliwym i śpiewnym:

– Tak bardzo się cieszę, że cię tu widzę, Nick. Przypominasz mi... przypominasz mi różę, słowo ci daję, różę. Prawda? – Odwróciła się do panny Baker, szukając u niej potwierdzenia. – On jest zupełnie jak róża?

To była nieprawda. Niczym nie przypominam róży. Poddając się rosnącemu wzburzeniu, Daisy plotła trzy po trzy, jak gdyby zachłystywała się potokiem słów; aby zagłuszyć swoje serce, które tak chciało się przed nami odsłonić. Nagle rzuciła serwetkę na stół, przeprosiła nas i zniknęła we wnętrzu domu.

Wymieniłem z panną Baker niewinne, nic nieznaczące spojrzenie. Właśnie miałem coś powiedzieć, gdy ona nastawiła uszu i ostrzegawczo syknęła „Szsz!” Stłumiony, podniecony szept dobiegł nas z pokoju i panna Baker bezwstydnie pochyliła się na krześle, nasłuchując. Szept osiągnął granicę rozpoznawalnej mowy, lecz znów przycichł, jeszcze raz zabrzmiał podnieceniem i potem zamarł całkowicie.

– Pan Gatsby, o którym pani wspominała, jest moim sąsiadem – zacząłem.

– Niech pan nic nie mówi. Chcę słyszeć, co się tam dzieje.

– O co chodzi? – spytałem naiwnie.

– Czy to możliwe, żeby pan nie wiedział? – powiedziała panna Baker szczerze zdumiona. – Myślałam, że wszyscy wiedzą.

– Ja nie wiem.

– No przecież – powiedziała z wahaniem – Tom ma kogoś w Nowym Jorku.

– Kobietę?

Panna Baker skinęła głową.

– Mogłaby mieć tyle przyzwoitości, żeby nie dzwonić w czasie obiadu. Nie uważa pan?

Zanim pojąłem, o czym mówi, zaszeleściła suknia, zaskrzypiały buty i Tom wraz z Daisy zjawili się przy stole.

– Przepraszam, ale to było konieczne! – wykrzyknęła Daisy z udaną beztroską.

Usiadła, badawczym spojrzeniem obrzuciła pannę Baker, potem mnie i mówiła dalej:

– Wyjrzałam na chwilę do ogrodu, bardzo tam romantycznie. Jakiś ptaszek siedzi na trawie, myślę, że to słowik, który tu przyjechał statkiem zza oceanu. Zanosi się śpiewem. – I własny jej głos zaśpiewał: – Jakie to romantyczne, prawda, Tom?

– Bardzo romantyczne – powiedział Tom; a potem żałośnie do mnie: – Jeśli będzie dość widno po obiedzie, to chciałbym ci pokazać stajnie.

Spłoszył nas dźwięk telefonu. Daisy stanowczym ruchem głowy dała znak mężowi i wtedy temat stajni, a właściwie wszystkie tematy w ogóle rozpłynęły się w powietrzu. Z ostatnich pięciu minut spędzonych przy stole pozostały mi w pamięci tylko fragmenty, zapalono – bez powodu – świece i wiem, że chciałem patrzeć wszystkim otwarcie w oczy, a jednocześnie uniknąć czyichkolwiek spojrzeń. Nie mogłem odgadnąć myśli Daisy ani Toma, ale wątpię, czy nawet panna Baker, która zdawała się posiadać dużo sceptycznej odporności, potrafiła zapomnieć o ostrym, metalicznym, naglącym wezwaniu ze strony naszego piątego – nieobecnego – towarzysza obiadu. Są ludzie, którym taka sytuacja może wydać się intrygująca, mnie jednak wrodzony instynkt popychał do bezzwłocznego wezwania policji.

Nie muszę powtarzać, że o koniach nie było już mowy. Tom i panna Baker, przedzieleni szeroką smugą zapadającego mroku, przeszli do biblioteki, gdzie – zdawało się – będą czuwać przy całkiem konkretnych zwłokach, ja zaś, udając miłe zainteresowanie i jednocześnie lekką głuchotę, podążyłem za Daisy przez werandę okalającą cały dom na frontowy ganek. W jego głębokim cieniu usiedliśmy obok siebie na trzcinowej kanapce.

Daisy objęła twarz dłońmi, jakby chciała sprawdzić jej piękny owal, i spojrzenie jej powędrowało w aksamitny mrok. Widziałem, że szarpią nią gwałtowne uczucia, więc zadałem kilka, w moim przekonaniu kojących, pytań na temat jej córeczki.

– Bardzo mało się znamy, Nick – powiedziała nagle – nawet jak na kuzynów. Nie byłeś na moim ślubie.

– Byłem wtedy na wojnie.

– To prawda. – Zawahała się. – No cóż, wiele przeszłam, Nick, i zapatruję się na wszystko dość cynicznie.

Niewątpliwie miała do tego powody. Czekałem, lecz nic więcej nie powiedziała, i po chwili wróciłem dość nieśmiało do tematu jej córki.

– Przypuszczam, że już mówi i... je, i w ogóle.

– O tak. – Spojrzała na mnie z roztargnieniem. – Posłuchaj, Nick, chcesz wiedzieć, co powiedziałam, kiedy się urodziła?

– Bardzo.

– Może ci to wyjaśni, jaki mam teraz stosunek do... do niektórych spraw. Więc było to w niecałą godzinę po jej urodzeniu, a Tom był Bóg wie gdzie. Obudziłam się po narkozie z uczuciem zupełnego osamotnienia i zaraz spytałam pielęgniarkę, czy to chłopak, czy dziewczynka. Kiedy powiedziała mi, że dziewczynka, odwróciłam głowę i rozpłakałam się. „To dobrze – powiedziałam – cieszę się, że to dziewczynka. I mam nadzieję, że będzie głupia – to najlepsza rzecz dla kobiety na tym świecie być pięknym głuptaskiem”. Rozumiesz, wydaje mi się, że tak czy inaczej wszystko jest straszne – ciągnęła dalej z wielkim przekonaniem. – Wszyscy tak myślą, najbardziej wykształceni ludzie. A ja to wiem. Byłam wszędzie, wszystko widziałam i wszystkiego próbowałam. – Błysnęła oczami zuchwale, podobna w tym do Toma; i zaśmiała się z budzącą dreszcz pogardą. – Jestem zepsuta, o Boże! jeszcze jak zepsuta!

Gdy tylko umilkła i głos jej przestał zwodzić moją czujność i wymuszać wiarę, odczułem w tym, co powiedziała, głęboką nieszczerość. Zrobiło mi się przykro. Czyżby cały wieczór był oszukańczą grą, zaaranżowaną po to, aby nabrać mnie na współczucie? Czekałem – i rzeczywiście, po chwili spojrzała na mnie z szelmowskim uśmieszkiem nieukrywanej satysfakcji, jak gdyby otwarcie przyznawała, że jest członkiem jakiegoś bardzo ekskluzywnego tajnego związku, do którego należy wraz z Tomem.

* * *

W domu wnętrze szkarłatnego pokoju kwitło światłem. Tom i panna Baker siedzieli na przeciwległych końcach sofy, dziewczyna czytała mu głośno ilustrowane pismo i szmer obojętnych, monotonnych słów układał się w kojącą melodię. Światło lampy błyszczało na cholewkach jego butów, matowiało na jej włosach koloru jesiennych liści i lśniło refleksem na papierze, gdy przewracała stronę, wprawiając w drganie smukłe mięśnie swoich ramion.

Gdyśmy weszli, nakazała nam ciszę podniesioną dłonią.

– Dalszy ciąg nastąpi – rzekła po chwili, rzucając pismo na stół – w najbliższym numerze. – Niespokojnie poruszyła kolanem i wstała. – Dziesiąta godzina – stwierdziła, odczytując czas najprawdopodobniej na suficie. – Grzeczne dzieci idą spać.

– Jordan gra jutro w turnieju – wyjaśniła Daisy. – W Westchester.

– Ach, to pani jest Jordan Baker!

Teraz wiedziałem, dlaczego jej twarz wydała mi się znajoma – ten czarujący wyraz pogardy widziałem na wielu zdjęciach z imprez sportowych w Asheville, Hot Springs i Palm Beach. Słyszałem też o niej jakieś plotki, niezbyt pochlebne, ale dawno już zapomniałem, co to była za historia.

– Dobranoc – powiedziała miękko. – Obudź mnie o ósmej, dobrze?

– Pod warunkiem, że wstaniesz.

– Wstanę. Dobranoc panu. Chyba się zobaczymy niedługo.

– Oczywiście, że się zobaczycie – zapewniła Daisy. – Prawdę mówiąc, chciałabym was wyswatać. Musisz do nas często zaglądać, Nick, a ja was jakoś... no, jakoś was skojarzę. Wiesz, niechcący zamknę was razem w szafie, wypchnę w łodzi na pełne morze albo coś w tym rodzaju...

– Dobranoc! – krzyknęła panna Baker ze schodów. – Nie słyszałam ani słowa.

– To miła dziewczyna – powiedział Tom po chwili. – Nie powinni jej pozwalać na takie szwendanie się z miejsca na miejsce.

– Kto nie powinien? – zimno spytała Daisy.

– Jej rodzina.

– Cała jej rodzina to ciotka, która ma już chyba z tysiąc lat. Poza tym Nick się nią zajmie. Prawda, Nick? Jordan będzie do nas przyjeżdżać na weekendy przez całe lato. Ciepło domowego ogniska dobrze na nią wpłynie.

Daisy i Tom przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

– Czy ona jest z Nowego Jorku? – spytałem pospiesznie.

– Z Louisville. Spędziłyśmy tam nasze panieńskie lata. Nasze piękne, dziewicze...

– Czy uraczyłaś Nicka malutką porcją zwierzeń na werandzie? – spytał nagle Tom.

– Ja się tobie zwierzałam? – Spojrzała na mnie. – Doprawdy nie pamiętam, ale zdaje mi się, żeśmy rozmawiali o rasie nordyckiej. Tak, nawet jestem tego pewna. Tak to jakoś na nas przyszło i ni stąd, ni zowąd...

– Nie powinieneś wierzyć we wszystko, co usłyszysz – doradził mi Tom.

Odpowiedziałem lekko, że w ogóle niczego nie słyszałem, i w parę minut później wstałem, żeby się pożegnać. Odprowadzili mnie do drzwi i stali obok siebie w pogodnej smudze światła. Gdy puściłem w ruch motor, Daisy krzyknęła tonem nieznoszącym sprzeciwu:

– Czekaj! Zapomniałam cię spytać o coś ważnego. Słyszeliśmy, żeś się zaręczył z kimś tam na Zachodzie.

– To prawda – włączył się Tom łaskawie. – Słyszeliśmy, że jesteś zaręczony.

– To oszczerstwo. Jestem za biedny.

– Ale słyszeliśmy – nalegała Daisy i ku mojemu zdumieniu znów się ożywiła niby kwiat, który rozchyla płatki. – Słyszeliśmy od trzech osób, więc musi to być prawda.

Wiedziałem, rzecz jasna, o czym mówią, ale naprawdę nie byłem zaręczony. Pogłoski zapowiadające mój ślub były jedną z przyczyn, dla których wyjechałem na Wschodnie Wybrzeże. Trudno zerwać starą przyjaźń z powodu plotek, z drugiej zaś strony nie miałem zamiaru dać się plotkom zapędzić w małżeństwo.

Ich zainteresowanie moją osobą nawet mnie wzruszyło i zbliżyło do nich, chociaż byli tak bogaci; kiedy jednak wracałem do siebie, czułem zmieszanie i lekki niesmak. Wydawało mi się, że Daisy pozostaje jedno: wziąć dziecko na ręce i uciec z tego domu – lecz najwyraźniej wcale nie miała takich zamiarów. Co do Toma, to fakt, iż „ma kogoś w Nowym Jorku”, mniej mnie zaskoczył niż to, że może być przygnębiony lekturą książki. Widocznie coś go pchało do szukania duchowej strawy wśród zwietrzałych idei, egotyzm płynący z fizycznej krzepy nie starczał już na pożywienie dla tego władczego serca.

Czuło się już pełne lato na tarasach zajazdów i wokół przydrożnych garaży, gdzie w kałużach światła sterczały nowe czerwone pompy benzynowe. Gdy dotarłem do mojej posiadłości w West Egg, odstawiłem wóz do szopy i posiedziałem chwilę przed domem na porzuconym walcu do trawy. Wiatr ucichł, pozostała głośna, jasna noc i jakieś skrzydła biły wśród drzew, a w powietrzu uparcie trwał dźwięk organów, bo ziemia pełnymi miechami dęła w chór żab, pełen życia. Czarna sylwetka skradającego się kota zamajaczyła w księżycowym świetle i gdy powiodłem za nią wzrokiem, spostrzegłem, że nie jestem sam – o pięćdziesiąt stóp dalej, z cienia otaczającego dom mojego sąsiada, wynurzyła się jakaś postać i stanęła z rękami w kieszeniach, zapatrzona w srebrzysty pieprz rozsypanych gwiazd. Swoboda ruchów i jakaś wyraźna pewność siebie w ustawieniu nóg na trawniku kazała mi się domyślić, że to pan Gatsby we własnej osobie wyszedł, aby rozstrzygnąć, jaka też część tutejszego nieba należy do niego.

Chciałem go zagadnąć. Panna Baker wspomniała o nim przy obiedzie i to wystarczyłoby do nawiązania znajomości. Ale nie odezwałem się, bo niespodzianie dał do zrozumienia, że chce być sam – dziwnym ruchem wyciągnął ramiona ku ciemnej wodzie i, choć byłem daleko, mógłbym był przysiąc, że drżał. Mimo woli spojrzałem na morze; dostrzegłem tylko pojedyncze zielone światło; malutkie i bardzo dalekie, mogące oznaczać granicę czyjejś przystani. Gdy znów poszukałem wzrokiem Gatsby’ego, już go nie było i zostałem sam w pełnej niepokoju ciemności.

1 West Egg – East Egg (ang.) – dosłownie: Zachodnie Jajko – Wschodnie Jajko (przyp. tłum.).

Rozdział II

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział III

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IV

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział V

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VI

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VII

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VIII

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IX

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: The Great Gatsby

Copyright © for the Polish translation by Ariadna Demkowska-Bohdziewicz 1962

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2012

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

W publikacji wykorzystano czcionkę z rodziny Liberation (https://fedorahosted.org/liberation-fonts/)

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce: © Sie Productions/Corbis/FotoChannels

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Wielki Gatsby, wyd. XII, Poznań 2012)

ISBN 978-83-7818-072-2

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail:rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersja do formatu epub:

AKAPIT, Poznań, tel. 61-879-38-88