Wiele hałasu o ciebie - Samantha Young - ebook + książka

Wiele hałasu o ciebie ebook

Samantha Young

4,2

60 osób interesuje się tą książką

Opis

Samantha Young, autorka uwielbianej przez czytelniczki serii Hart’s Boardwalk, w chwytającej za serce komedii romantycznej dziejącej się w urokliwym nadmorskim miasteczku w Anglii!

Eve ma trzydzieści trzy lata i jest redaktorką w wydawnictwie w Chicago. A właściwie była, bo właśnie złożyła wypowiedzenie po tym, jak ominął ją długo oczekiwany awans. Jakby tego było mało – facet, z którym się spotykała, wystawił ją do wiatru.

A teraz, ledwie kilka dni później, prowadzi lokalną księgarnię w angielskim Alnster. Cztery tygodnie – właśnie tyle mają trwać jej wakacje połączone z pracą. Tylko Eve wie, jak bardzo potrzebna jej odmiana.

Ale nie wszystko idzie zgodnie z planem. Wręcz bardzo, bardzo NIEzgodnie. Eve zakochuje się w pięknym nadmorskim miasteczku i jego życzliwych mieszkańcach. Zwłaszcza w jednym – charyzmatycznym i zabójczo przystojnym farmerze imieniem Roane.

Tyle że przecież obiecała sobie: żadnych mężczyzn!

Tylko co zrobić, gdy serce wie lepiej?

Ta opowieść to miód na serce. I powód do płaczu ze śmiechu!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (291 ocen)
146
83
43
18
1
Sortuj według:
dagizpragi

Z braku laku…

Samantha Young jest dla mnie wzorem kobiety biznesu. Od kilku lat pisze książki, które właściwie niczym się nie różnią. Linia fabularna: kobieta na rozdrożu z zazwyczaj trochę przesadzonym problemem + wyspiarski klimat + przeidealizowany facet. W tej konkretnej pozycji urzekła mnie jedna sytuacja, po której turlałam się ze śmiechu. Spoiler! (no ale dobra co można zaspoilerować w romansidle?) Główna bohaterka Eve w kulminacyjnym momencie każdego romansiaka, czyli chwilowym rozejściu się parki przed obowiązkowym happy endem, obraża się śmiertelnie na swojego lubego z uwagi na zatajenie przed nią informacji o sobie. Jakie to wstrętne tajemnice krył przed narzeczoną amant? Odpowiadam: nie przyznał się, że jest młodszy, superbogaty i... że jest baronetem :D Eve na te wieści śmiertelnie się obraża i pakuje się do domu. Kurtyna.
30
ElzMan

Z braku laku…

Tak jak uwielbiam książki tej autorki, wszystkie czytałam kilka razy tak ta pozycja jest wg mnie nudna :( i bardzo mnie rozczarowała
20
Natalie88

Z braku laku…

Mnie również rozczarowała ta pozycja, męczyłam ja już żeby doczytać. Wszystkie pozycje jak dotąd były wspaniałą dawka emocji,miłości,czasem humoru. Często płakałam gdy nadchodził moment kulminacyjny,ale tu coś nie wyszło. I to ANO non stop
10
krzyzanowska_k

Nie oderwiesz się od lektury

Samantha Young po raz kolejny pozwoliła mi miło spędzić czas. Historia jest świetna, bohaterowie prawdziwi, a Anglia w całej swojej urodzie tylko dodała książce jeszcze więcej uroku. Dawno tak dobrze się nie bawiłam przy literaturze tak typowo kobiecej. Myliłam się myśląc że czas wrócić do fantastyki. Chyba dopiero po jeszcze jednej powieści Samanthy Young.
00
Dorotaciolek

Całkiem niezła

dzięki recenzjom nie jestem rozczarowana. calkiem może być :)
00

Popularność




Nic tak nie kocham na świecie jak ciebie (…)*.

William Szekspir, Wiele hałasu o nic

* Ten i pozostałe fragmenty pochodzą z przekładów Leona Ulricha (przyp. tłum.).

Rozdział pierwszy

Chicago

Nie byłam na randce od dwóch lat.

To mogło wyjaśniać motylki w moim brzuchu i narastające, przytłaczające uczucie paniki. Nerwowo postukiwałam stopą w podłogę.

Upiłam kolejny łyk wody przyniesionej przez kelnera i próbowałam wyglądać, jakby wcale mnie nie obchodziło, że facet, z którym się umówiłam, spóźnia się piętnaście minut.

To nie miało sensu.

Gadaliśmy z Aaronem dopiero od czterech tygodni, ale wydawało mi się, że trwało to znacznie dłużej. Poznaliśmy się na portalu randkowym i kiedy uświadomiliśmy sobie, jak wiele nas łączy (pasja do podróży, obsesja na punkcie programów o gotowaniu i remontach, uwielbienie dla Szekspira, zamiłowanie do cichych wieczorów w domu i – od czasu do czasu – głośnych wieczorów poza domem…), przenieśliśmy się na Snapchata.

Przez cztery tygodnie codziennie przesyłaliśmy sobie snapy.

Policzki piekły mnie ze wstydu. Przemknęłam palcami po ekranie komórki i uruchomiłam aplikację. Zapisałam mnóstwo fragmentów rozmów, bo tak świetnie nam się gadało, i chętnie do nich wracałam.

Zerknęłam na snapy z poprzedniego wieczora.

AARON T

Jaka jesteś rano?

JA

Przed pierwszą kawą do niczego się nie nadaję.

AARON T

Zapamiętać: zacząć ranek od przyniesienia Evie kawy do łóżka. Tam musi mi się przydać.

JA

😂

JA

A do czego mam się przydać? Rano to przede wszystkim Ty powinieneś przydać się mnie. 😠

AARON

To zrobimy tak. Ja przydam Ci się najpierw. Potem przyniosę Ci kawę. A potem odwdzięczysz mi się i też mi się przydasz.

AARON T

Wiesz, że „przydać się” to eufemizm na zejście na dół, prawda?

JA

*prych* Owszem, ale dzięki, że tak uroczo to wyjaśniłeś.

AARON T

Starałem się być dżentelmenem.

Zmarszczyłam brwi, odłożyłam telefon na stolik i znów zatrzymałam wzrok na wejściu do restauracji. Nasz flirt na początku był niewinny, ale w miarę jak poznawaliśmy się z Aaronem bliżej, zaczęło się robić gorąco. Czułam się wtedy dziwnie – jednocześnie beztroska i bezpieczna. Nie spotkaliśmy się jeszcze twarzą w twarz, ale był ze mną bardzo szczery. Z zasady nie umawiałam się z młodszymi facetami po tym, jak kilka razy źle się to skończyło z powodu ich niedojrzałości. Aaron miał dwadzieścia osiem lat – o pięć mniej ode mnie. Ale już w pierwszym tygodniu pozbyłam się wszelkich obaw związanych z jego dojrzałością, bo bardzo otwarcie zwierzał mi się z tego, jak była dziewczyna wpłynęła na jego samoocenę. Rzucił studia prawnicze, bo go unieszczęśliwiały, i zaczął od nowa – poszedł na weterynarię. Kocham zwierzęta, więc bardzo mi się to w nim spodobało. Ale jego eks go nie wspierała. A kiedy ze względu na przeciążenie nauką zaczął opuszczać treningi na siłowni i kiepsko się odżywiać, zmiażdżyła jego pewność siebie, wygłaszając ostre komentarze na temat jego ciała.

Wysłał mi na snapie swoje zdjęcia. Wcale nie był gruby, po prostu nie miał figury modela. I co z tego? Wydawał się świetnym gościem. Był dwa razy „P”: prawdomówny i przystojny.

Nie przepadałam za randkami, zwłaszcza internetowymi, i zwykle trzymałam duży dystans, ale ponieważ Aaron był tak otwarty, opowiedziałam mu o tym, że przez ostatnich pięć lat zaliczałam jedną nieudaną randkę za drugą. I o tym, jak w dniu swoich trzydziestych pierwszych urodzin postanowiłam dać sobie na chwilę spokój z randkowaniem. Większość przyjaciół starała się podnosić mnie na duchu, ale widziałam troskę w ich oczach.

Biedna Evie. Po trzydziestce i nadal sama. Chyba powinna bardziej się postarać, żeby kogoś znaleźć, a nie robić przerwę w poszukiwaniach.

Jedynie moja najlepsza przyjaciółka i pokrewna dusza, Greer, szczerze wspierała mnie w mojej decyzji. Do dnia, gdy kilka miesięcy temu skończyłam trzydzieści trzy lata. Wtedy stwierdziła, że czas wracać do gry. Nie potrafiła wyobrazić sobie dwóch lat bez seksu.

Też coś.

Szczerze mówiąc, mój wibrator był o sto procent efektywniejszy niż siedmiu na ośmiu kolesi, z którymi uprawiałam seks.

Długo nie udawało nam się z Aaronem zgrać grafików i dziś przypadał pierwszy dogodny termin dla nas obojga. Po czterech tygodniach miałam wrażenie, że rozmawiamy od zawsze, a Aaron zaczął pokazywać mi bardzo zalotne oblicze.

Czułam, że stworzyłam z nim relację, jaka nie łączyła mnie od dawna z żadnym facetem, i że mogę z nim porozmawiać o wszystkim. W rozpaczliwej nadziei, że może wreszcie kogoś znalazłam, zdecydowanie za bardzo otworzyłam się przed facetem, którego w życiu nie widziałam na oczy.

I który nie przyszedł na naszą randkę.

Znów odpaliłam telefon i zaczęłam przeglądać zapisane snapy.

AARON T

Powiedz, co lubisz w sobie najbardziej.

JA

Mam wiele wad… ale myślę, że jestem dobrym człowiekiem. A przynajmniej się staram.

AARON T

Dobroć jest niedoceniana. A ty JESTEŚ dobra. Wiem to. To jedna z rzeczy, które ja też najbardziej w Tobie lubię.

JA

😮

JA

A co Ty najbardziej w sobie lubisz?

AARON T

Samoświadomość. Wiem, kiedy zachowuję się jak dupek, i albo staram się powstrzymać, albo od razu przepraszam.

JA

Samoświadomość też jest niedoceniana. I też ją w Tobie lubię.

AARON T

Ale tego, że bywam dupkiem, już nie?

JA

Nie ma ludzi idealnych. Każdy bywa dupkiem.

AARON T

A czego w sobie nie lubisz?

JA

Szczerze mówiąc, nie zawsze czuję się dobrze ze swoim wyglądem. Z wiekiem nabrałam więcej pewności siebie, ale nadal czasami nie jestem sobą zachwycona.

AARON T

Skąd u Ciebie niepewność? Wyglądasz zajebiście.

JA

Dzięki. Ale jestem wysoka i z pewnością nie szczupła. Wiele razy słyszałam na pierwszej randce: „Spora jesteś jak na dziewczynę” – okazywała się ona ostatnią.

Faktyczniejestem wysoka – mam metr siedemdziesiąt osiem, w obcasach metr osiemdziesiąt osiem, ale chyba nie to przeszkadzało niektórym kolesiom. Mam bujne piersi, pośladki i biodra, za to wcięcie w talii, choć widoczne, jest niewielkie, a brzuszek – lekko wystający. Faceci albo uwielbiali mój wzrost i obfite kształty, albo uznawali mnie za grubaskę. Nie znosiłam tego słowa. Wzdrygałam się na sam jego dźwięk. Ale zdarzały się dni, zwykle przed okresem, kiedy czułam, że mam nadwagę, i wątpiłam w to, że mogłabym komukolwiek się spodobać.

Przeważnie byłam raczej zadowolona ze swojego wyglądu, czasem czułam się seksowna. Kto wie, może miałabym więcej pewności siebie, gdybym była o parę centymetrów niższa i mieściła się w kiecki mniejsze o rozmiar lub dwa. Każdy chyba chciałby czasem wyglądać zupełnie inaczej. Nie katowałam się jednak, kiedy nachodziły mnie takie myśli, bo zwykle lubiłam i swoje wnętrze, i swoją powierzchowność.

Starałam się nie dopuścić do tego, żeby inni psuli mi samopoczucie, krytykując mój wygląd. Zauważyłam jednak, że wahania pewności siebie łączą się z okresami internetowego randkowania. Płytkie podejście bardzo mnie zniechęcało do facetów, ale nie oznaczało to, że ci, którzy odrzucili mnie ze względu na moją urodę, nie wywarli na mnie podświadomego wpływu.

AARON T

Wspominałaś, że jesteś redaktorką. Co i gdzie redagujesz? Opowiedz.

JA

Jestem asystentką redakcji w „Reel Film”, czasopiśmie filmowym.

AARON T

Fajnie. Co to właściwie robisz? Piszesz recenzje i w ogóle?

JA

Nie, wspieram redaktora. Zaczynałam od pracy biurowej, ale przez ostatnich kilka lat pomagałam redagować artykuły pisane przez dziennikarzy.

JA

Mój redaktor przechodzi na emeryturę, zwalnia się jego posada. Możliwe, że ją dostanę.

AARON T

Super. Może pójdziemy to uczcić?

JA

Może 😮 A w jaki sposób?

AARON T

W jaki tylko chcesz. Jestem do usług 😉

Westchnęłam ciężko, próbując rozluźnić ściśnięty żołądek. Pracowałam w „Reel Film” od dziesięciu lat i wiele razy pomijano mnie przy obsadzaniu stanowiska redaktora, ale moje długie oczekiwanie wreszcie dobiegło końca. Cieszyłam się z tego, ale rozpraszały mnie kontakty z Aaronem. Nie mogłam się przez niego skupić – a przecież nawet się nie spotkaliśmy. Nasze rozmowy działały na mnie jak narkotyk. Dzięki nim po raz pierwszy od dawna czułam się młodo.

A teraz… tak mnie wystawił?

Zerknęłam na ostatniego snapa z poprzedniego wieczora.

JA

Nie mogę się doczekać jutrzejszego spotkania.

Zauważyłam, że odczytał wiadomość dopiero kilka godzin temu.

Zaczęłam stukać w ekran. Zerknęłam na zegarek. Aaron był już spóźniony o dwadzieścia minut. Szybko wysłałam snapa.

JA

Jestem w restauracji. Coś cię zatrzymało?

Po kilku minutach nerwowego oczekiwania zauważyłam, że odczytał wiadomość.

Przepełniła mnie ulga.

Jednak kiedy minęła minuta, później pięć i nie doczekałam się odpowiedzi, zaczęło mnie mdlić. Z pięciu minut zrobiło się dziesięć.

Wyszłam na skończoną idiotkę.

A jednak siedziałam tu i rozważałam wszystkie inne możliwości.

Może ktoś ukradł mu telefon i to nie on otwierał wiadomości.

Może miał wypadek.

Może zdążył się już we mnie zakochać i poczuł się nieco przytłoczony.

Na samą tę myśl parsknęłam śmiechem. Zignorowałam speszone spojrzenia pary siedzącej przy sąsiednim stoliku.

Z lewej strony nachylił się nade mną kelner. Zerknęłam na niego i posłałam mu wymuszony uśmiech.

– Mam zwolnić stolik?

Mężczyzna pokręcił głową.

– Nie trzeba. A czy chciałaby pani coś zamówić?

– Macie w menu alternatywną rzeczywistość, taką, w której nikt nie wystawił mnie do wiatru?

Kelner uśmiechnął się współczująco.

– Niestety nie. Ale jeśli to panią pocieszy, wiele osób chętnie by ją zamówiło.

Wybuchłam śmiechem.

– Często widuje pan takie sytuacje? Ciekawe, jaką znajdzie wymówkę. Jeśli w ogóle zechce się wytłumaczyć.

– Może umarł mu pies.

– A może pies połknął jego złotą rybkę i musiał mu zrobić rękoczyn Heimlicha.

Mężczyzna zachichotał.

– Mnie też kiedyś wystawił facet. Napisał, że wygasła mu wiza i musiał wyjechać z kraju. Dwa tygodnie później spotkałem go w Andersonville.

– No nie.

– No tak.

Poczułam się nieco lepiej, kiedy dotarło do mnie, że nie jestem jedyną osobą, którą spotkało coś takiego. Powiedziałam przyjaznemu kelnerowi, że wracam do domu, a kiedy wychodziłam z lokalu, uśmiechnął się do mnie serdecznie.

Mimo żarcików czułam się głupio – odsłoniłam się przed kimś, kto mnie wystawił.

Po drodze do metra wciąż zerkałam na telefon, żeby sprawdzić, czy Aaron odpisał, ale odpowiedzi nie było. Zastanawiałam się, jak koleś, z którym rozmawiałam godzinami przez cztery tygodnie, mógł zrobić coś takiego. Jeśli się rozmyślił, dlaczego po prostu mi o tym nie powiedział? Wydawał się brutalnie szczerym typem.

Nie tchórzem.

Nie kutasem.

Skrzywiłam się.

Cóż, uprzedzał, że bywa dupkiem.

Ale nie przywiązywałam do tego większej wagi. Myślałam tylko o tym, jak fajnie nam się gada, i o tym, że Aaron, tak samo jak ja, uwielbia Szekspira. Omawialiśmy nasze ulubione dramaty i spieraliśmy się o to, które Szekspirowskie komedie są najlepsze. On obstawał przy Dwóch panach z Werony, ja przy Wieczorze Trzech Króli. Tak się cieszyłam, że znalazłam kogoś, kto w dzisiejszych czasach też uwielbiał mojego ukochanego pisarza. To była jedna z jego cech, które wydawały mi się zbyt dobre, by mogły być prawdziwe.

Jak widać, nie pomyliłam się.

A co, jeśli Aaron przyszedł, zobaczył mnie i uznał, że jestem za gruba, za wysoka albo za…

– Zamknij się, Evie! – wrzasnęłam na siebie.

Nie pozwolę, żeby zrobił mi coś takiego.

Wściekła wyciągnęłam telefon.

JA

Mogłeś wykazać chociaż trochę przyzwoitości i dać znać, że nie jesteś już zainteresowany.

Serce waliło mi jak młotem, a dłonie zaczęły lepić się od potu, kiedy zobaczyłam, że od razu odczytał wiadomość.

Ale odpowiedzi nie było.

Co jest, do cholery?

Uraza, smutek, gniew i dezorientacja kotłowały się we mnie, kiedy jechałam niebieską linią metra do swojej maleńkiej kawalerki w Wicker Park. Wszystkie emocje, które ukrywałam w restauracji, teraz zaczęły się ze mnie wylewać. Kiedy dotarłam do siebie, łzy płynęły mi po twarzy. Starłam je sfrustrowana, przeklinając się za to, jak dałam się wyprowadzić z równowagi Aaronowi, i za to, że tak odsłoniłam się przed kimś, kogo w życiu nie widziałam na oczy.

Co za naiwna kretynka! Powinnam być mądrzejsza.

Nie. Pokręciłam głową. Nie mogłam sobie tego robić. Nie był wart moich łez. I nie zamierzałam pozwolić, by wpędził mnie w poczucie winy.

Może był kolejnym nudnym, osądzającym palantem poszukującym kobiet istniejących jedynie w filmach i na zretuszowanych zdjęciach w czasopismach.

Czy to zabrzmiało gorzko?

– To zabrzmiało gorzko – mruknęłam do siebie.

No dobra, może i byłam nieco zgorzkniała.

Ale właśnie dlatego unikałam randkowania – byłam już po trzydziestce, a w takich sytuacjach czułam się jak odrzucona szesnastolatka.

Telefon zabzyczał mi w torebce, a serce podskoczyło mi do gardła. Na ekranie wyświetliła się wiadomość od Greer. Poczułam rozczarowanie, a zaraz potem – wyrzuty sumienia z jego powodu. Zastukałam w ekran, żeby wyświetlić wiadomość.

Jak poszła randka? A może wciąż trwa? 😉

Prychnęłam, przygryzłam drżące wargi, odgoniłam łzy i szybko odpowiedziałam.

Nie przyszedł. Pisałam, odczytał moje wiadomości, ale nie odpisał.

Co za drań! Mam przyjechać?

Wiedziałam, że zrobiłaby to. Uśmiechnęłam się przez łzy, ale pokręciłam głową i odpisałam.

Dam radę. To kutas i tyle. Już po sprawie. Idę spać. Jutro wielki dzień.

Telefon znów zabzyczał. Tym razem Greer dzwoniła. Zawahałam się przez chwilę – nie miałam ochoty udawać podczas rozmowy z nią, że wszystko w porządku. Ale w końcu odebrałam. Wiedziałam, że przyjaciółka się o mnie martwi.

– Hej.

– Po pierwsze – zaczęła – naprawdę jest dupkiem. Zapomnij o nim. Człowiek, który uważa się za fana Szekspira, a nie znosi Romea i Julii, jest do niczego. Po drugie, super z tym jutrem! Koniecznie zadzwoń, jak tylko zrobią cię tą cholerną redaktorką!

Sprzeczne sygnały od Aarona kładły się cieniem na ważnym momencie w moim życiu. Nie podobało mi się to.

– Zadzwonię.

– Po trzecie… cóż, miałam poczekać z nowinami, aż się spotkamy, ale chyba przyda ci się teraz coś na pociechę.

– Dawaj.

– Evie, skarbie… będziesz ciocią!

Pokręciłam głową, starając się zrozumieć jej słowa.

– Eee… jak… co? Nie mam… – Byłam jedynaczką. Greer o tym wiedziała.

– Rany, ale masz dziś spóźniony zapłon. Jestem w ciąży, Evie! Hurra!

Zamrugałam zbita z tropu.

– Żartujesz sobie, żeby mnie pocieszyć? – Greer wiele razy powtarzała, że nie chce ślubu ani dzieci. Od dwóch lat spotykała się z Andre, ale był to bardzo luźny związek.

– Nie – zachichotała. – Od jakiegoś czasu gadaliśmy o tym z Andre. Mam trzydzieści cztery lata, nie robię się coraz młodsza, więc… postanowiliśmy spróbować. I jestem w ciąży!

O rany boskie.

Należałyśmy z Greer do sześcioosobowej paczki. Poznałyśmy się na Uniwersytecie Northwestern i po studiach zostałyśmy w Chicago. Z biegiem lat kolejne przyjaciółki odpadały z grupy – wychodziły za mąż, rodziły dzieci i widywałyśmy się tylko na chrzcinach i urodzinach ich dzieciaków albo na kolacji raz na parę miesięcy, kiedy udawało im się załatwić opiekę.

Wiedziałam jednak, że Greer nie chce się ustatkować i założyć rodziny. Myślałam, że chcemy tego samego, że nie jestem sama.

A teraz ostatni bastion wśród moich przyjaciółek został zdobyty – przez dziecko.

– Wspaniale! – Zmusiłam się, by zabrzmieć radośnie, w duchu przeklinając się za swój skrajny egoizm. – Co za niespodzianka!

– Miałam ci powiedzieć na lunchu w sobotę, ale uznałam, że potrzebujesz dobrych wieści.

– Cieszę się twoim szczęściem! – To była szczera prawda. Życzyłam Greer jak najlepiej. Miałam jednak mieszane uczucia w związku z tą sytuacją. – Muszę uderzyć w kimono. Jutro dam ci znać, jak poszło. No i rozumiem, że lunch w sobotę jest aktualny? Mamy co świętować. Przekaż Andre moje gratulacje.

– Przekażę, skarbie. I oczywiście, widzimy się w sobotę. Obie będziemy miały powody do świętowania.

Rozłączyłyśmy się.

Poczłapałam do łóżka, opadłam na plecy i wbiłam wzrok w popękany sufit. Słyszałam brzęczenie telewizora sąsiada z góry.

Greer była w ciąży.

A ja musiałam szczerze przyznać, że bałam się zostać z tyłu.

Telefon znów zabzyczał. Serce zaczęło mi bić trzy razy szybciej, kiedy zobaczyłam ikonkę Snapchata.

Kliknęłam.

AARON T

Przepraszam. Jednak nie czuję się gotów na poważny związek, a wiem, że tego właśnie chcesz. Przykro mi, że zachowałem się jak kutas. Zasługujesz na kogoś lepszego. Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukasz.

Łzy znów napłynęły mi do oczu. Nie wiedziałam, czy mówi prawdę, ale postanowiłam, że po raz ostatni będę z nim szczera.

JA

Mnie też jest przykro.

Przykro, że przez cztery tygodnie marnowałam energię emocjonalną.

Wiadomość przez cały czas wyświetlała się jako „dostarczona”. Zastukałam w zdjęcie profilowe Aarona i zauważyłam, że nie widzę już jego liczby punktów. Usunął mnie ze znajomych.

Cóż, to naprawdę koniec.

Zrozpaczona leżałam w ciemności, zastanawiając się, czy mój smutek wynika z kolejnego zawodu miłosnego, czy tylko z urażonej dumy.

Może z obu.

– Jutro – wyszeptałam do siebie. – Jutro wszystko będzie lepiej.

Rozdział drugi

– Tu jesteś, Evie. – Patrick, mój redaktor, uniósł rękę i gestem wskazał, bym poszła za nim.

Szef oderwał mnie od lektury. W wolnym czasie dorabiałam, redagując powieści pisarzy, którzy wydawali książki na własny koszt. Jedna z moich klientek była autorką kryminałów. Trzy dni temu napisałam do kolegi ze studiów pracującego w FBI z prośbą o sprawdzenie kilku faktów. Autorka oparła się na informacjach znalezionych w internecie i chciałam sprawdzić, czy są prawdziwe. Kilka minut po przyjściu do biura dostałam odpowiedź. Tak mnie wciągnęła, że zapomniałam, że jestem w pracy.

Nagłe pojawienie się Patricka mnie oszołomiło i wyrwało z ogarniającej melancholii. Ruszyłam przez otwartą przestrzeń biurową w stronę biura Patricka, uśmiechając się do kolegów. Moje biurko stało przed przeszklonym boksem, w którym pracował mój szef.

Szłam coraz szybszym krokiem, aż dotarliśmy do środka.

– Zamknij drzwi.

Wprawdzie wszyscy mogli zobaczyć, co dzieje się w boksie, ale po zamknięciu drzwi stawał się on dźwiękoszczelny. Fajna opcja. Rozejrzałam się. Biurko Patricka stało przy rzędzie okien wychodzących na śródmiejską East Washington Street.

Całe pomieszczenie było zastawione pudłami z dobytkiem mojego redaktora.

Pracowałam dla Patricka od dziesięciu lat. Był niezłym szefem. Dziękował mi za moją pracę. Miałam wrażenie, że ją docenia. Przez lata zdarzyło nam się jednak kilka starć, głównie dlatego, że nie wstawił się za mną trzy razy, kiedy w czasopiśmie zwalniał się etat dla redaktora.

Teraz odchodził na emeryturę i wszyscy spodziewali się, że stanowisko obejmę po nim ja, lojalna, długoletnia asystentka redakcji.

– Szybko zacząłeś się pakować – zauważyłam. – Odchodzisz dopiero za sześć tygodni.

Patrick z roztargnieniem skinął głową.

– Usiądź, Evie.

Nie spodobał mi się jego ton. Powoli opadłam na krzesło przed jego biurkiem.

– Wszystko gra?

Uświadomiłam sobie, że nie pamiętam, kiedy Patrick ostatni raz dotarł do pracy przede mną. Zwykle byłam w biurze co najmniej kwadrans wcześniej niż on.

– Evie… wiesz, że uważam cię za świetną asystentkę. I pewnego dnia będziesz wspaniałą redaktorką… ale kierownictwo postanowiło zatrudnić doświadczonego redaktora. To młody gość, ma dwadzieścia pięć lat i wykształcenie kierunkowe, dwa lata przepracował w małym wydawnictwie. Przyjdzie w poniedziałek, żebym mógł go wdrożyć.

Poczułam się, jakby podłoga usuwała mi się spod nóg.

– Czekaj… że co?

Mój szef zmarszczył brwi.

– Gary Slater. Będzie twoim nowym szefem.

Czyżby biuro zaczęło wirować?

A może to moje ciało nie mogło znieść wzbierającego we mnie gniewu?

– Bardziej doświadczony? Z wykształceniem kierunkowym? – Wstałam na chwiejnych nogach. Redagowałam teksty w czasopiśmie od siedmiu lat. Patrick wiedział, że pracuję też jako wolny strzelec. Takie doświadczenie się nie liczyło? – Wiesz, że mam wykształcenie kierunkowe. – Zaczęłam pracę jako absolwentka anglistyki, ale potem zaharowywałam się, żeby skończyć studia podyplomowe z edytorstwa w Graham School na Uniwersytecie Chicago. – Facet ma dwadzieścia pięć lat. Ja pracuję tu od dziesięciu, a chcą zrobić dzieciaka świeżo po studiach moim szefem?

– Mów ciszej, Evie – upomniał mnie Patrick.

Z trudem się opanowałam.

– To jakiś żart?

Pokręcił głową.

– Niestety nie.

– A ty? – Wykrzywiłam usta w grymasie rozczarowania. – Próbowałeś w ogóle o mnie walczyć?

Patrick westchnął.

– Oczywiście. Mówiłem im, że masz odpowiednie doświadczenie, ale chcieli kogoś, kto pracował już jako redaktor.

– Pracowałam. Redagowałam za ciebie teksty przez ostatnie siedem lat. Ale jak widać, to bez znaczenia, bo nie mam najważniejszej kwalifikacji: fiuta!

Mój szef zbladł.

– Evie!

Czułam, że tracę panowanie nad sobą, ale nie dbałam o to. Wśród pięciu redaktorów w „Reel Films” nie było ani jednej kobiety. W czasopiśmie pracowała tylko jedna krytyczka. I nietrudno było zgadnąć, jakie filmy kazano jej recenzować.

Uświadomiłam sobie, że mam dość.

– Odchodzę.

– Evie… – Patrick odsunął się od biurka. – Wiem, że jesteś zdenerwowana, ale nie rób niczego pochopnie.

– Pochopnie? – Ryknęłam śmiechem i obróciłam się, żeby otworzyć drzwi boksu. – Do cholery, pracuję tu od dziesięciu lat i tak mi za to dziękujesz? Nie!

Nie zwracając uwagi na świdrujące spojrzenia kolegów, zaczęłam wrzucać wszystkie swoje rzeczy do swojej wielkiej workowatej torby.

– Evie, możesz przestać? – spytał Patrick, podchodząc do mnie.

Zapięłam wypchaną torbę, odwróciłam się do niego i spiorunowałam go wzrokiem. Staliśmy oko w oko.

– Patricku, mam nadzieję, że to pisemko rodem z lat pięćdziesiątych pójdzie na dno. A tobie… nie dziękuję za ostatnie dziesięć lat.

Po tych słowach wybiegłam z biura. Nie zwracałam uwagi na nikogo, skupiałam się wyłącznie na tym, żeby wreszcie się stamtąd wyrwać.

Kiedy winda zatrzymała się na parterze, nogi zaczęły mi się trząść tak mocno, że bałam się, że mnie nie uniosą i runę na marmurową podłogę. Byłoby to idealne zwieńczenie ostatnich groteskowych dwudziestu czterech godzin.

Udało mi się jednak wyjść z budynku.

Poszłam dalej.

I dalej, i dalej.

Myśli wirowały mi w głowie, kiedy zastanawiałam się, co zrobić ze swoim życiem. Jak to się stało, że skończyłam w tym miejscu, bez żadnych perspektyw?

Kiedy myślałam, że nie mogę już być w głębszej rozpaczy, zadzwonił mój telefon. Wyciągnęłam go i zobaczyłam, że dzwoni mój ojczym. Uwielbiałam Phila, ale to nie był dobry moment na rozmowę. Jednak ponieważ rzadko dzwonił, kiedy byłam (albo myślał, że jestem) w pracy, czułam się w obowiązku odebrać.

– Evie, skarbie, dzwoniłem do biura, ale powiedzieli, że odeszłaś.

– Tak.

– Czemu mi nie powiedziałaś?

– To… świeża sprawa. – Rozejrzałam się wokół i uświadomiłam sobie, że jestem w Millennium Park, przy Jay Pritzker Pavilion. Obok mnie przebiegła kobieta w sportowym stroju, z sześciopakiem na brzuchu, a jakiś facet oblał sobie koszulę latte i zaczął kląć jak szewc.

Nie pamiętałam, jak tam dotarłam.

Było ze mną kiepsko.

– …więc od razu zadzwoniłem – powiedział Phil.

Że co?

– Słucham, Philu?

– Twoja mama – powtórzył cierpliwie. – Przed chwilą z nią rozmawiałem. W sobotę odbieram ją z odwyku i chce, żebym ją do ciebie przywiózł.

Poczułam, jak ściska mi się żołądek. Chwiejnym krokiem dotarłam do najbliższej ławki i opadłam na nią.

Kochałam swoją mamę.

Ale to były fatalne wieści na koniec fatalnego dnia.

Nie byłam w stanie znieść kolejnego rozczarowania matką.

– Philu, nie mogę teraz o tym rozmawiać. Muszę kończyć – rozłączyłam się. Miałam wyrzuty sumienia, bo mój ojczym był świetny. Nie mogłam jednak skupiać się na poczuciu winy.

Myślałam tylko o tym, że muszę uciec.

Przypomniałam sobie o pieniądzach z ubezpieczenia na życie, które dostałam po śmierci ojca, ulokowanych na kilku kontach oszczędnościowych. Część wydałam na czesne, ale wraz z odsetkami uskładała się spora kwota. Zamierzałam wykorzystać ją na zakup domu, kiedy w końcu poznam pieprzonego Księcia z Bajki i będę chciała się ustatkować.

Wyglądało na to, że to marzenie nigdy się nie spełni, więc otworzyłam wyszukiwarkę w telefonie i wpisałam „wakacyjny wypoczynek w Anglii”. Było to idiotyczne, biorąc pod uwagę, że nie miałam stałej pracy. Powinnam była skupić się na poszukiwaniu posady w Chicago – co mogło okazać się wyjątkowo trudne, bo wątpiłam, czy Patrick da mi referencje.

Jednak w tym momencie liczyło się tylko jedno – chciałam uciec od swojego życia.

Uwielbiałam literaturę klasyczną – Jane Austen, Charlesa Dickensa, Geoffreya Chaucera, Charlotte Brontë – dlatego wyjazd do Anglii był moim największym marzeniem.

Nerwowo przeglądałam wakacyjne oferty, aż jeden link przykuł moją uwagę.

WIELE HAŁASU O KSIĄŻKI – WAKACJE Z KSIĘGARNIĄ!

Przyciągnęło mnie nawiązanie do Szekspira.

Kiedy przeczytałam ogłoszenie, ręce zatrzęsły mi się z emocji.

Much Ado About Books było małą księgarnią w urokliwej rybackiej wiosce Alnster w hrabstwie Northumberland. Sprawdziłam w Google – leżało ono na północy Anglii, blisko granicy ze Szkocją. Właścicielka nie tylko wynajmowała mieszkanie nad księgarnią, ale też pozwalała gościom ją prowadzić.

Było to wymarzone miejsce na urlop dla mola książkowego.

Chciałam to zrobić.

Chciałam uciec daleko od swojego życia i prowadzić księgarnię w angielskiej wiosce, gdzie wszystkie moje problemy i zmartwienia przestałyby się liczyć. W dodatku miejsce zostało nazwane na cześć Szekspirowskiej sztuki. To było przeznaczenie.

Na pewno.

Żadnych mężczyzn, przez których wątpiłabym w siebie.

Żadnej pracy, przez którą czułabym się jak nieudacznica.

W ogóle żadnej sytuacji życiowej, przez którą tak bym się czuła.

Nie zamierzałam jednak spędzić w Anglii dwóch tygodni.

Co to, to nie.

Sprawdziłam numer kierunkowy do Wielkiej Brytanii i drżącymi palcami wystukałam numer podany w ogłoszeniu.

– Much Ado About Books, w czym mogę pomóc?

– Halo, chciałabym zarezerwować pobyt w księgarni.

– A… tak. Jestem Penny Peterson, jej właścicielka.

Znów poczułam motyle w brzuchu.

– Cześć, Penny. Jestem Evie Starling. Chcę zrobić rezerwację na cały miesiąc. Od poniedziałku. Proszę, powiedz, że to da się zrobić!

Rozdział trzeci

Alnster, hrabstwo Northumberland

Podczas mojego pierwszego dnia w Anglii, gdyby nie delikatna, ciemnoszara kreska na horyzoncie, nie dałoby się dostrzec, gdzie kończy się morze, a zaczyna niebo.

Nigdy w życiu nie widziałam jednak nic piękniejszego niż nadmorska wioska, w której właśnie się znalazłam. Sam port był niewielki, miał kształt wykutego w skale półkola z łukowatymi ramionami, niemal łączącymi się w głębi morza. Przerwa pomiędzy nimi wystarczała jedynie, aby małe kutry mogły wypłynąć.

Wąska kamienista plaża prowadziła do ścieżki, a za nią, po lewej, ciągnął się niski kamienny murek, odgraniczający szeregi ogródków.

Szarość dnia przełamywały kolorowe kwiaty i rośliny kwitnące w ogródkach. Każdy z nich miał z jednej strony furtkę z kutego żelaza prowadzącą do portu, a z drugiej – wiodącą na ulicę. Na kratach wisiały tabliczki informujące, że to własność prywatna, domyśliłam się więc, że ogródki należą do szeregowych domów stojących po drugiej stronie ulicy.

Spojrzałam na parę staruszków siedzących w ogródku z tarasem i mnóstwem doniczek, patrzących na morze – i pomyślałam, że musi być cudownie mieć takie schronienie, gdzie można siedzieć i podziwiać port z dala od turystów.

Przeniosłam wzrok z powrotem na wodę i mocniej oparłam się o dużą walizkę stojącą obok. Kiedy tu jechałam, a taksówka minęła urocze angielskie domki i skręciła tak, że zobaczyłam morze na horyzoncie przed sobą… już wiedziałam.

Wiedziałam, że tak miało być. Ożywienie, które czułam od chwili pożegnania z Greer, wreszcie zastąpił spokój.

– Znam cię lepiej, niż myślisz – stwierdziła moja przyjaciółka poprzedniego wieczora, kurczowo trzymając mnie za łokcie, kiedy stałyśmy na chodniku przed lotniskiem O’Hare. – Poczułaś, że cię opuszczam? A teraz ty świrujesz i uciekasz do Anglii.

Dostrzegłam troskę w jej ciemnych oczach.

Zalało mnie poczucie winy.

– Nie, Greer. Kocham cię i pragnę twojego szczęścia… – Skrzywiłam się ze wstydu. – Faktycznie, trochę dziwnie mi z tym, że zaszłaś w ciążę. Ale to nie jest moje dziecko, a twoje i Andre. Nie mogę oczekiwać, że wszyscy będą stać w miejscu tak jak ja, tylko dlatego, że mam trzydzieści trzy lata i moje życie nie wygląda tak, jak się spodziewałam. – Ja też chwyciłam ją za łokcie. – Czas ruszyć z miejsca.

– I chcesz to zrobić, uciekając? – spytała, wbijając we mnie palce.

– Wiem, że może na to wyglądać i może przez chwilę tak było. Ale przemyślałam sprawę i naprawdę nie o to chodzi. Chcę po prostu nabrać trochę dystansu do mojego życia w Chicago. Spojrzeć na nie z innej perspektywy.

– Inni jeżdżą na parę tygodni do Grecji. Nie płacą, żeby móc prowadzić cudzy sklep w jakiejś zapadłej dziurze w Anglii.

Uśmiechnęłam się ironicznie, słysząc jej rzeczowy ton.

– Nie jestem innymi.

– Wiem. – Podeszła do mnie bliżej. Miała łzy w oczach. – Dlatego cię kocham i dlatego… mam straszne przeczucie, że właśnie cię tracę.

Zrozumiałam, co ma na myśli. Mocno ją przytuliłam. Poznałyśmy się z Greer na pierwszym roku studiów. Przyjaźniłyśmy się od piętnastu lat i wiele razy mówiła mi, że jestem jedyną osobą, na którą może liczyć i która zawsze będzie przy niej. Pochodziła z rozbitej rodziny, a rodzice wciągnęli ją w swoje rozwodowe potyczki. Ja też miałam problemy rodzinne – to nas zbliżyło.

Jednak nawet bez podobnych doświadczeń zostałybyśmy z Greer najlepszymi przyjaciółkami. Z niektórymi spotkanymi ludźmi łapiemy kontakt od razu. Greer była dla mnie jedną z takich osób. Już pierwszego dnia, kiedy wybrałyśmy się razem na spacer po kampusie, zapanowało między nami swobodne milczenie. Nie czułyśmy potrzeby paplania, nieustannego zadawania pytań ani wzajemnego zabawiania się. Mogłyśmy po prostu być. Zaufanie przyszło nam łatwo. Instynktownie czułyśmy, że możemy się nim obdarzyć.

Inne przyjaciółki musiały długo starać się o taką swobodną ciszę i zaufanie. My miałyśmy je od razu.

Wiedziałam, że pokrewieństwo dusz to nie tylko romantyczna mrzonka. Że pokrewną duszą może być przyjaciółka.

– Nigdy mnie nie stracisz, Greer Bishop. Jesteś moją rodziną i cholerną miłością mojego życia.

Roześmiała się, ale jej głos drżał od łez.

– A ty mojego.

– A niedługo – odsunęłam się i zerknęłam na jej brzuch – ja zostanę ciocią, a Bishopiątko kolejną miłością mojego życia.

Zobaczyłam wdzięczność na twarzy Greer.

– Serio?

Fakt, że w ogóle w to wątpiła, sprawił, że zrobiło mi się głupio z powodu mojego egoizmu.

– Jestem teraz na dziwnym etapie życia, ale ani przez chwilę nie miej wątpliwości, że chcę, żebyś miała wszystko, czego potrzebujesz do szczęścia. Jeżeli tym wszystkim są Andre i Bishopiątko, będę spać spokojnie, wiedząc, że masz to, czego pragniesz.

– Tego samego chcę dla ciebie. – Uśmiechnęła się smutno. – Tylko wolałabym, żebyś była tutaj, nie ponad sześć tysięcy kilometrów stąd.

Zachichotałam.

– Wracam za miesiąc. Obiecuję.

– Nie rób tego. – Greer chwyciła mnie za rękę i ścisnęła. – Nie składaj obietnic, których nie możesz dotrzymać.

Jej szczera obawa, że mogę postanowić zostać w Anglii, wydawała mi się absurdalna. Oczywiście, że zamierzałam wrócić do domu. Jednak nie zdołałam przekonać o tym Greer – mogłam tylko mocno ją przytulić i zostawić ją stojącą na chodniku. Wiedziałam, że rozchmurzy się dopiero, gdy wrócę. Na razie jednak zamierzałam cieszyć się swoim miesiącem w północnej Anglii.

Ale najpierw musiałam się wyspać. W samolocie nie zmrużyłam oka, bo robiłam redakcję dla jednego z moich lojalnych niezależnych autorów.

Jet lag mnie dobijał.

Niechętnie oderwałam wzrok od niesamowitego widoku, chwyciłam walizkę i przeszłam przez ulicę do szeregowców. Były zbudowane z kamienia, podobnie jak domki stojące przy zakręcie drogi, ale o kondygnację wyższe. Większość miała frontowe drzwi i dwa otwierane pionowo drewniane okna – jedno na dole i jedno na górze. Na niemal wszystkich strychach znajdowały się dobudówki z mansardowymi oknami wystającymi z dachów wyłożonych szarym łupkiem.

Jeden z domów miał kolor błękitny, drugi – piękne, niepomalowane zabytkowe ściany. Kolejny był biały – i tak dalej.

Za rzędem szeregowców znajdował się budynek wolnostojący – również kamienny, ale nowszy i pokaźniejszy. Miał też większe okna – jedno na górze, drugie na dole. Nad dolnym oknem znajdował się szyld:

MUCH ADO ABOUT BOOKS

Uśmiechnęłam się i pociągnęłam walizkę wąskim chodnikiem, mijając kolejne domy. Zatrzymałam się przed frontowymi drzwiami. Nie były wykonane z litego drewna jak w sąsiednich budynkach – miały w górnej części dużą szybę, za którą wisiała tabliczka z napisem „ZAMKNIĘTE”.

Zapukałam głośno.

Chwilę później zobaczyłam za szybą ciemnowłosą kobietę. Uśmiechnęła się, usłyszałam szczęk zamka, a po chwili drzwi się otworzyły.

– Evangeline?

– Evie. – Mimo wyczerpania uśmiechnęłam się szeroko.

– Jestem Penny. Miło cię poznać. – Miała śpiewny angielski akcent, inny niż arystokraci z Downton Abbey – i służący z tego serialu. – Pomogę ci. – Penny wyszła na ulicę, chwyciła moją walizkę i wciągnęła ją do sklepu, zanim zdołałam ją powstrzymać.

Przez zmęczenie miałam spóźniony refleks.

– Jest ciężka – zaprotestowałam za późno, wchodząc za gospodynią do środka. Penny była mocno zbudowana i dobrych kilka centymetrów niższa ode mnie. Na moje oko była też ze dwadzieścia lat ode mnie starsza i nie chciałam, żeby nadwyrężyła sobie plecy, taszcząc mój bagaż.

– Nic dziwnego. Przyjechałaś na miesiąc – stwierdziła z uśmiechem.

Zatrzymałyśmy się pośrodku sklepu.

– Podoba mi się twój akcent.

– Dziękuję. Jestem Geordie, ale mieszkam tu już prawie dwadzieścia lat, więc akcent nieco osłabł.

– Kim jest Geordie?

Uśmiechnęła się.

– Mieszkańcem Newcastle. Stamtąd pochodzę.

Przemknęło mi przez myśl, że warto byłoby dowiedzieć się czegoś więcej o geografii północnej Anglii, ale na razie miałam inne priorytety.

Zmęczenie. Łóżko. Sen.

– Macie tu bardzo świeże powietrze. – Rozejrzałam się po księgarni, oszołomiona ze zmęczenia. – W Chicago jest całkiem inne, ale przed przyjazdem nie zdawałam sobie z tego sprawy. – W głębi pomieszczenia po lewej znajdowała się niewielka lada, a na niej stały małe tace wypełnione gadżetami dla turystów: breloczkami, ozdóbkami i słodyczami. Na parapecie dużego frontowego okna ustawiono książki, a obok nich mieściło się siedzenie, na którym mogli zrelaksować się klienci.

Po lewej, tuż za drzwiami, znajdował się niewielki wygaszony kominek, przed nim stały dwa urocze staroświeckie fotele, a obok – szeroka biblioteczka wypełniona książkami. Napis nad nią głosił, że mieści nowości.

Prawa strona pomieszczenia była wypełniona dębowymi biblioteczkami, rozstawionymi w takich odstępach, by klienci mogli przechadzać się między nimi. Księgarnia była niewielka, ale na boku każdej biblioteczki wisiała tabliczka z nazwą gatunku: „ROMANS”, „KRYMINAŁ”, „POEZJA” i wiele innych.

Księgarnia wyglądała tak, jak ją sobie wyobrażałam, kiedy oglądałam zdjęcia w internecie – przypominała mi niewielką księgarnię w moim rodzinnym mieście, do której rodzice zabierali mnie raz w miesiącu, gdy byłam mała. Mogłam wtedy wybrać sobie nową książkę – lub jakąś zamówić, jeśli wybranego przeze mnie tytułu nie było na miejscu.

Ogarnęła mnie nostalgia. Dalej rozglądałam się po sali.

Naprzeciwko okna stała witryna z książkami poświęconymi historii hrabstwa Northumberland oraz powieściami, których akcja była osadzona w tym regionie.

– Książki, książki, książki… – mamrotałam. Wydawało mi się, że pokój zaczyna się chwiać.

– Świeże morskie powietrze to dobra rzecz – stwierdziła Penny. Spojrzałam z powrotem na nią i zauważyłam jej rozbawioną minę. – Ale u nieprzyzwyczajonych osób może powodować senność… a do tego jeszcze jet lag. Musisz być skonana.

– Skonana. Ładne słowo.

– Oznacza „zmęczona”, skarbie. Rozgość się, a jutro pogadamy o księgarni.

Jak przez mgłę zapamiętałam wchodzenie po wąskich schodach w tylnej części pomieszczenia i oglądanie mieszkania z Penny. Kojarzyłam za to, że zostawiła mi w kuchni jedzenie, mleko, herbatę i kawę – to było przemiłe. A potem, zanim się obejrzałam, zniknęła.

Ostatnią rzeczą, którą pamiętałam, było ściągnięcie butów i rzucenie się twarzą w dół na pierwsze łóżko, które znalazłam.

Penny była urocza i zostawiła mi karteczkę.

Wpadnę koło 11.00 pokazać ci, co i jak. The Anchor serwuje wspaniałe angielskie śniadania. Otwierają o 7.30. Mam nadzieję, że dobrze spałaś, Penny.

Usłyszałam w głowie, jak to mówi, i uznałam, że uwielbiam jej akcent.

Obudziłam się o piątej rano z paskudnym jet lagiem. Zrobiłam sobie kawę, poskubałam ciastka, które zostawiła mi Penny, rozpakowałam walizkę i rozsiadłam się w salonie. Strefa dzienna była otwarta, z aneksem kuchennym i kącikiem wypoczynkowym, a z dużego nowoczesnego okna było widać morze.

W rogu pomieszczenia stał piec opalany drewnem, ale mieszkanie miało też centralne ogrzewanie, które musiało włączyć się o zaprogramowanej godzinie, bo mimo paskudnej pogody na dworze w środku nie było zimno. Napisałam Greer, że dotarłam na miejsce, przez godzinę rozmarzona wpatrywałam się w fale, a potem wzięłam szybki prysznic w łazience przylegającej do głównej sypialni. Kiedy wyszłam, zza deszczowych chmur wyglądało słońce, a wioska mieniła się kolorami – od kwiatów w portowych ogródkach do jaskrawych fasad niektórych kamiennych domów.

Postanowiłam skorzystać z rekomendacji Penny – wysuszyłam włosy, przebrałam się w obcisłe dżinsy i koszulkę i chwyciłam torebkę. Cieszyłam się na śniadanie. Już od kilku godzin burczało mi w brzuchu, zupełnie zbitym z tropu z powodu różnicy czasu.

Wiatr od morza był dość mocny, ale przyjemny. Popatrzyłam na przeciwny brzeg portu. Mieścił się na nim duży kamienny budynek z ogrodem, w którym stały puste ławki i krzesła. Domyśliłam się, że to The Anchor. Ruszyłam ścieżką biegnącą wzdłuż drogi do portu, która szybko zaczęła piąć się ostro pod górę.

W okolicy było już kilka osób. Po tym, jak rwały się do robienia zdjęć, domyśliłam się, że to turyści. Odsunęłam się, żeby przepuścić dwa przejeżdżające auta, i zauważyłam inny pub, The Alnster Inn. Też wyglądał na otwarty. Zastanawiałam się, dlaczego Penny nie poleciła mi tego miejsca.

Weszłam na szczyt wzgórza i znalazłam się przed wejściem do The Anchor. Niewielki parking przed pubem był już pełny – uznałam to za dobry znak. Tutaj także stały ławki i stoły – ale kto by chciał jeść na parkingu, mogąc podziwiać widoki z drugiej strony budynku?

Weszłam do środka i zachwyciłam się wnętrzem w rustykalnym stylu. Właśnie tak wyobrażałam sobie stary angielski pub – miał niskie stropy i grube, ciemne, drewniane belki. Po lewej stronie pomieszczenia znajdował się długi bar, a prawą przecinała na pół ściana. We frontowej części stały stoliki i krzesła, między którymi niemal nie dało się przejść, i olbrzymi kominek, zajmujący prawie całą tylną ścianę. Wokół zewnętrznej ściany biegła ławka, nad nią znajdowały się okna z gomółkowymi szybami i żelaznymi okuciami, a przed nią stały rzędem stoliki. We frontowej sali panował ruch, a kiedy weszłam, kilkoro klientów podniosło wzrok znad talerzy.

Usłyszałam ciche szczeknięcie. Goście siedzący przy kominku przyszli z psami.

Tak, właśnie tak wyobrażałam sobie pub.

Uśmiechnęłam się do stojącej za barem blondynki.

– Stolik dla jednej osoby? – spytała. Skinęłam głową.

– Tak, proszę.

– Jest wolnych kilka mniejszych stolików w tylnej sali.

Podziękowałam jej i przez wąskie przejście przy barze weszłam do drugiej sali. Była znacznie większa i nowocześniejsza, a w jednej ze ścian znajdowały się drzwi prowadzące do ogródka, który widziałam z portu. Zauważyłam wolny stolik przy drzwiach, usiadłam i westchnęłam z zadowoleniem, podziwiając widok.

Angielskie śniadanie okazało się zupełnie inne od jego wersji, którą znałam z Chicago. Smak był dla mnie nietypowy, ale po namyśle stwierdziłam, że mi odpowiada. Po posiłku poczułam się lepiej, ociągając się, wypiłam kawę i wstałam, by zapłacić przy barze.

– Zatrzymałaś się w Alnster? – spytała kobieta.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, co mówiła – wymawiała nazwę wioski inaczej, niż była ona zapisana.

– Anster? Myślałam, że nazywa się Alnster?

Kobieta zachichotała.

– W tych stronach, jeśli coś pisze się „a-l-n”, zwykle wymawia się to „an”, a „l” jest nieme. Podobnie jak „w” w nazwach miejscowych, tak dla utrudnienia.

– Ojej. – Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. – Dobrze, że dowiedziałam się o tym teraz, zanim udało mi się błędnie wypowiedzieć nazwę przy klientach. – Zauważyłam, że uniosła brwi, i mówiłam dalej: – Przyjechałam do Much Ado About Books.

Barmanka zmarszczyła brwi.

– Penny nadal ją wynajmuje?

Wzruszyłam ramionami. Zaskoczyło mnie to pytanie.

– Mnie wynajęła. Na miesiąc.

– Miesiąc? To pewnie będziemy się widywać. Jestem Milly Tait. Ja i mój mąż Dexter prowadzimy to miejsce. – Wyciągnęła do mnie dłoń. Uścisnęłam ją.

– Cześć, Milly. Jestem Evie. Od dawna tu mieszkasz?

– The Anchor otworzył mój dziadek siedemdziesiąt pięć lat temu. Wcześniej był to tylko pub, ale Dex jest kucharzem i zrobił z tego miejsca gastropub z prawdziwego zdarzenia.

– Fajnie. Czyli pochodzisz stąd?

– Tu się urodziłam i wychowałam. A ty z której części Stanów jesteś?

– Z Chicago.

– Dziewczyna z dużego miasta? – przekomarzała się barmanka. – Tutaj życie płynie w zupełnie innym tempie.

– Zmiana tempa bardzo mi się przyda.

– Wyczuwam tu jakąś historię. Może chciałabyś wpaść wieczorem i mi ją opowiedzieć?

Nie wiedziałam, czego się spodziewać po tutejszych mieszkańcach. Czy będą mieć pretensje, że turystka przyjechała poprowadzić jeden z lokalnych sklepów? Potraktują mnie obojętnie? A może przyjmują tymczasowych mieszkańców z otwartymi ramionami? Cieszyłam się, że Milly jest tak przyjazna.

– Bardzo chętnie.

Uregulowałam rachunek, pożegnałam się z Milly i ruszyłam na spacer po wiosce. Księgarnia znajdowała się niemal na samym jej skraju. Dalej stało już tylko kilka domów, potem droga się kończyła zaczynały się klify. Wiodła wzdłuż nich ścieżka wydeptana przez lata przez spacerowiczów – postanowiłam przejść się tamtędy któregoś dnia. Jednak centrum Alnster leżało na drugim końcu wioski, tam, gdzie znajdowały się The Anchor, The Alnster Inn, poczta, sklep spożywczy, rzeźnik, piekarnia, sklep z pamiątkami, kawiarnia i galeria sztuki ze sklepem jubilerskim. Mieściły się po dwa w budynkach oddzielonych uliczkami. Wchodziłam w te brukowane zaułki, a na ich końcach znalazłam sielskie, urokliwe domki.

Przy głównej drodze, po drugiej stronie centrum, powstało nowe osiedle. Domy nie były aż tak urokliwe, ale miały widok na morze. Nad piaszczystymi wydmami po drugiej stronie drogi znajdował się plac zabaw.

Szłam wzdłuż domów po chodniku zasypanym piaskiem, a kiedy droga skręciła, zorientowałam się, że zabudowania rozciągają się daleko wzdłuż wybrzeża. Zauważyłam niedużą szkołę podstawową, ale niewiele poza tym – domyśliłam się, że tutejsze dzieci zapewne dojeżdżają autobusem do liceum w pobliskim większym miasteczku.

Wróciłam do głównej ulicy, a kiedy minęłam The Anchor, przebiegł obok mnie pies. Jego widok zaparł mi dech w piersiach – przestałam zwracać uwagę na wioskę i podążyłam za czworonogiem. Serce waliło mi jak młotem.

– Duke? – wypowiedziałam jego imię, chociaż wiedziałam, że to nie on. Stanęłam jak wryta i patrzyłam na pięknego, wielkiego czarnego doga niemieckiego, który wodził nosem wzdłuż niewidzialnej linii na chodniku. Był bliźniaczo podobny do mojego psa Duke’a. Adoptowaliśmy go, kiedy miał rok, i był z nami dziewięć lat, aż do końca swojego życia. Trafił do nas zaledwie trzy miesiące po tym, jak zmarł mój ojciec, a odszedł tuż po moich piętnastych urodzinach. Jego śmierć złamała mi serce i przywołała wiele wspomnień. Znów czułam się tak jak wtedy, gdy straciłam tatę.

– Shadow! – Zagrzmiał męski głos za moimi plecami.

Już miałam odwrócić się w jego stronę, kiedy dog podążył za jakimś zapachem – na środek jezdni.

Na ostrym zakręcie przed wzniesieniem.

Moje stopy same ruszyły z miejsca.

– Shadow, chodź tu, piesku!

Usłyszałam ryk silnika i przyspieszyłam, a dog nagle uniósł łeb i spojrzał na mnie. Potem pojawił się samochód. Zanim się spostrzegłam, ruszyłam biegiem, nie spuszczając oczu z psa i samochodu.

Auto nie zwalniało!

Z sercem w gardle wpadłam na drogę, chwyciłam zdezorientowanego czworonoga za obrożę i przeciągnęłam go na drugą stronę ulicy. W ostatnim momencie zahaczyłam o coś stopą i skręciłam kostkę.

Runęłam jak długa.

Ból przeszył moje kolana i lewą dłoń. Pokręciłam głową w oszołomieniu.

Przechyliłam głowę na bok, kiedy usłyszałam w uchu sapanie i poczułam na swoim nosie zimny, mokry nos doga. Pies nachylił się nade mną i przenikliwie patrzył mi w oczy. Uświadomiłam sobie, że nadal kurczowo trzymam go za obrożę.

– Jezu, Shadow, coś ty narobił. – Usłyszałam w pobliżu głęboki męski głos. – Wszystko w porządku?

Przechyliłam się na bok, odwróciłam się w stronę, z której dobiegały słowa – domyślałam się, że ostatnie zdanie było skierowane do mnie – i odchyliłam głowę do tyłu, by spojrzeć w górę.

Zamrugałam oczami, oślepiona jaskrawym niebem, i przez chwilę miałam wrażenie, że wpadłam pod samochód, zginęłam i trafiłam do nieba.

Patrzył na mnie najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego w życiu widziałam.

Rozdział czwarty

Zamrugałam szybko, pewna, że miraż, który zobaczyłam po upadku, zaraz zniknie… ale wciąż miałam go przed oczami.

Mężczyzna przykucnął przy mnie, wyciągnął rękę i chwycił psa, ani na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku. Jego ciepłe brązowe oczy przyglądały się mojej twarzy z mieszaniną przerażenia i troski.

– Wszystko w porządku? – powtórzył.

Te słowa sprawiły, że zwróciłam uwagę na jego usta. Nieco zapuszczona broda okalała kuszące wargi, z których dolna była pełniejsza. Mojej mamie skojarzyłyby się z Harrisonem Fordem. Mnie przywodziły na myśl Matta Davisa.

Boże, jak długo gapiłam się na jego usta?

– Trzeba zabrać cię z jezdni – stwierdził, zachęcająco kiwając głową. – Jesteś w stanie się ruszyć? Czy mojemu psu grozi pozew? – Uniósł kąciki swoich olśniewających ust, żeby nadać swoim słowom żartobliwy ton.

Uświadomiłam sobie, że wciąż jak kretynka wbijam w niego wzrok, więc zerknęłam z powrotem na doga.

– Dam radę wstać.

– Nic ci się nie stało? – Nieznajomy podniósł się, jedną ręką przyciągnął do siebie czworonoga, drugą zaś podał mnie.

Wciąż nieco oszołomiona, chwyciłam ją, a mężczyzna ostrożnie pomógł mi stanąć na nogi. Kiedy poczułam jego stwardniałą dłoń w swojej, bardziej miękkiej, po plecach przebiegł mi dreszcz i na chwilę zaparło mi dech w piersiach. Gdy już odzyskałam równowagę, z zaskoczeniem zauważyłam, że nieznajomy jest ode mnie co najmniej kilkanaście centymetrów wyższy, a wydawał się jeszcze potężniejszy przez swoje szerokie ramiona.

Uśmiechnął się do mnie szeroko, błyskając białymi zębami, i rzucił:

– Jeśli jeszcze chwilę tak postoimy, to Shadow będzie musiał ratować nas. Ale ma dziś taką głupawkę, że raczej nie nadawałby się na bohatera. Nie to, co niektórzy.

Uświadomiłam sobie, że mówi z takim akcentem jak Milly. A choć oboje brzmieli podobnie do Penny, u nich akcent był mniej słyszalny i łatwiej mi było ich zrozumieć.

– Shadow, do nogi – nakazał mężczyzna ostrym tonem, a potem pociągnął mnie za rękę i przeprowadził przez jezdnię. Pies szedł tuż przy nim.

Kiedy znaleźliśmy się na chodniku, nie zdążyłam otworzyć ust, by podziękować nieznajomemu, kiedy usłyszałam inny głos.

– Jest cała, Roane?

Mężczyzna spojrzał za mnie, a kiedy się odwróciłam, zauważyłam Milly z The Anchor stojącą na szczycie wzgórza. Marszczyła brwi zatroskana, a grupka ludzi za nią przyglądała nam się z zaciekawieniem.

– Wszystko gra, Milly! – krzyknął do niej mężczyzna.

Spojrzała na niego nachmurzona.

– Co za diabeł wstąpił w Shadowa?

Poczułam, że nieznajomy ściska moją dłoń, i uświadomiłam sobie, że wciąż trzyma mnie za rękę. Nie puszczając jej, odpowiedział:

– Ma dopiero dwa i pół roku, Milly. Czasem wciąż zachowuje się jak szczeniak.

Kobieta odchrząknęła.

– Evie, nic ci nie jest, panienko?

Byłam wdzięczna za jej troskę, ale czułam się dobrze, więc zaprzeczyłam ruchem ręki.

– Nic, dziękuję.

Milly skinęła głową i wróciła do pubu.

– Evie, tak?

Zerknęłam na swoją dłoń, która wciąż znajdowała się uścisku nieznajomego, a potem spojrzałam mu w oczy. Przyglądał mi się z nieskrywanym uznaniem.

Znów przeszedł mnie dreszcz.

– Uszkodziłaś sobie struny głosowe podczas upadku? Czy po prostu nie chcesz, żebym się dowiedział, jak się nazywasz?

– Evangeline Starling – wykrztusiłam z siebie. Wciąż czułam się zdezorientowana. – Ale wszyscy mówią mi Evie.

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, mocniej ścisnął moją dłoń i lekko nią potrząsnął.

– Jestem Roane Robson. Miło cię poznać, Evie Starling.

Speszona jego intensywnym spojrzeniem, szarpnęłam rękę i przyjrzałam mu się lepiej. Miał gęste, ciemne, lekko kręcone włosy, zmierzwione od morskiej bryzy, jego szerokie ramiona opinał ciemnozielony sweter z warkoczowym splotem i luźną nitką zwisającą ze szwu. Miał też na sobie granatowe dżinsy upstrzone plamami z błota, wpuszczone w sięgające kolan kalosze. Jego skóra miała oliwkowy odcień, choć maj w Anglii był wciąż chłodny – widocznie albo był naturalnie smagły, albo opalił się trwale przez lata pracy na słońcu.

Shadow siedział przy swoim panu. Sięgał mu łbem do pasa. Roane poklepał go z roztargnieniem, po czym chyba zauważył mój pytający wzrok.

– Prowadzę farmę tu niedaleko.

To wyjaśniało, czemu był tak ubrany.

Nie, żeby przeszkadzał mi jego surowy wygląd.

Był najbardziej męskim facetem, jakiego w życiu spotkałam. Do tego miał niski, głęboki głos, który docierał do miejsc w moim ciele, gdzie wcale nie powinnam go czuć.

Nie przyjechałam tu, żeby poznać uroczego farmera – chociaż w tej chwili zupełnie otwarcie pożerał mnie wzrokiem, a w jego oczach dostrzegłam szczery zachwyt.

Poczułam, że oblewam się rumieńcem. Nie byłam typem kobiety budzącej tak jawny, otwarty podziw – a w każdym razie do tej pory mi się to nie zdarzyło.

– Miło było cię poznać – stwierdziłam i zerknęłam na psa. – Dobrze, że nic mu się nie stało. Jest piękny.

– To mój najlepszy kumpel, a ten przyjezdny dupek, zamiast patrzeć na drogę, gapił się w telefon. Potrąciłby go, gdybyś go nie odciągnęła. – Roane zrobił krok w moją stronę. Skóra zaczęła mnie mrowić, kiedy poczułam jego bliskość. – Proszę, powiedz, że nie wpadłaś tu tylko na jeden dzień. Bardzo chciałbym postawić ci drinka, by się zrewanżować.

Ja to mam szczęście!

Wyrzekam się facetów. Wyjeżdżam do Anglii, żeby odnaleźć siebie.

A zamiast tego znajduję przystojnego angielskiego farmera, który patrzy na mnie, jakby chciał całować z wdzięczności moje stopy, a potem zedrzeć ze mnie ubranie i podziękować mi jeszcze serdeczniej.

Naprawdę mu się podobałam, czy po prostu był wdzięczny, że uratowałam jego psa?

– Hmm… – Odchrząknęłam, próbując wyrwać się spod jego absurdalnego uroku. A więc tak wygląda przypływ pożądania?

– Wynajmuję księgarnię. Od Penny Patterson.

Roane zmarszczył brwi.

– Wciąż przyjmuje najemców?

Milly też zadała to pytanie. O co tu chodziło?

Już miałam wypowiedzieć swoje pytanie na głos, ale mężczyzna kontynuował:

– Na długo przyjechałaś?

– Na miesiąc. Dotarłam wczoraj.

Uniósł brwi.

– Miesiąc? – W jego oczach pojawiła się ciekawość i nagle znów wyszczerzył zęby w uśmiechu: szelmowskim, bardziej pasującym do zepsutego kobieciarza niż do farmera. – W takim razie na pewno możesz wypić dziś ze mną drinka w The Anchor.

O rany.

– No nie wiem. – Nagle poczułam, że chcę uciec od tego przystojniaka. Jak najszybciej i jak najdalej. Pochyliłam się, żeby podrapać Shadowa za uchem. Uśmiechnęłam się do psa i skrzywiłam do Roane’a. – Muszę wracać do sklepu. Miło było cię poznać – powtórzyłam.

Przeszłam ledwie trzy kroki, kiedy pan i jego pies znaleźli się z powrotem u mojego boku.

Szłam dalej, ale rzuciłam farmerowi spojrzenie, które miało wyrażać: „W czym mogę pomóc?”.

– Nalegam. Muszę ci się odwdzięczyć w imieniu Shadowa. Sam by to zrobił, ale onieśmielają go piękne kobiety.

Jego flirciarska odzywka sprawiła, że parsknęłam śmiechem.

– A szkoda. Przystojniak z niego.

– Wiem, ten piękniś zawsze odciąga ode mnie uwagę kobiet.

Zachichotałam i pokręciłam głową, słysząc te bzdury. Kiedy mijaliśmy port, patrzyłam pod nogi, żeby kolejny raz nie zaliczyć gleby. Kiedy zerknęłam z powrotem na Roane’a, przesuwał wzrokiem po mojej twarzy. Przez dłuższą chwilę zatrzymał go na moich ustach, a potem nasze spojrzenia się spotkały. Oszołomiona jego nieskrywanym zainteresowaniem zahaczyłam stopą o szparę w chodniku i straciłam równowagę.

Roane chwycił mnie za ramię, chroniąc przed upadkiem. Jęknęłam i znów poczułam, że się czerwienię.

– Pewnie masz mnie za niezdarę.

– Przewróciłaś się, ratując mojego psa – przypomniał mi, gdy delikatnie przeprowadzał mnie na drugą stronę i zerkał, żeby upewnić się, czy Shadow idzie za nim. – To wcale nie czyni cię niezdarą.

Faktycznie, nie to – tylko jego intensywny sposób bycia i otwarte zauroczenie moją osobą.

Zauroczenie, które wbrew sobie zaczynałam odwzajemniać.

– Możesz już puścić – przypomniałam, delikatnie odsuwając ramię.

Na chwilę napiął palce, a potem zabrał rękę. Shadow przecisnął się między naszymi nogami i potruchtał przed nami.

– Trzymaj się blisko – polecił Roane, a dog zastrzygł uszami.