Wiedźma opiekunka. Kroniki Belorskie. Tom 2 - Olga Gromyko - ebook

Wiedźma opiekunka. Kroniki Belorskie. Tom 2 ebook

Olga Gromyko

4,6

36 osób interesuje się tą książką

Opis

Wolha Redna, której niezwykłe przygody poznaliśmy w powieści Zawód: Wiedźma, powraca w drugim tomie bestsellerowych Kronik Belorskich autorstwa Olgi Gromyko - znanej w Polsce m.in. dzięki znakomitej trylogii Rok Szczura.

 

Najbardziej W.REDNĄ wiedźmę w historii świata czekają nowe wyzwania – na początek egzaminy końcowe w Wyższej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Kiedy wydaje się, że wrota do wymarzonego życia stają przed dziewczyną otworem, musi ona udać się na staż do Jego Wysokości króla Nauma, a potem… potem już nic nie idzie zgodnie z planem.

 

Wolha Redna jednak nigdy nie poddaje się bez walki i nawet jeśli jej życiu zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo, wciąż pozostaje W.REDNĄ sobą.

 

W Wiedźmie Opiekunce spotkamy starych znajomych i dobrze nam znany nieprzeciętny humor, ale też nowych barwnych bohaterów i nowe niezwykłe przygody rudej wiedźmy.

 

Przygotujcie się na potężną dawkę emocji, magii i humoru spod znaku Kronik Belorskich!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 546

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
Maya87

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle kolejna dobra i z dużym poczuciem książka tej autorki . Polecam
00

Popularność




ROZDZIAŁ 1

Nadzieje pesymistów na to, że wiosna będzie chłodna i długa, rozwiały się już w połowie kwiotnia. Ledwo stopniały ostatnie sople, zaraz zawiały gorące południowe wiatry, wywabiając z pąków kwiaty, a z ziemi – soczyste młode trawy. Ptaki, nieco zdziwione niespodziewanym ciepłem, wiły gniazda. Zwierzęta liniały, a ludzie wyciągali ze skrzyń buty i kurtki, na wszelki wypadek nie chowając jeszcze futer i walonek. Zaledwie trzy tygodnie wcześniej w dół rzeki ciągnęły karawany lodowych kier, a dzisiaj już łąki zamgliły się żółtymi chmurkami mleczy i przekwitały śliwy. Leśne jeziorko, które nie zdążyło jeszcze zarosnąć grzybieniami, otoczone było pędami sitowia i przyprószone kwiatami wierzby. Na powierzchni wody tańczyły słoneczne odblaski, nad rozgrzanym piaskiem drgała leniwa mgiełka, ważki z furkotem przecinały powietrze w pogoni za muchami. Soczyste wiosenne liście jaskrawymi zielonymi płomyczkami trzepotały na gałązkach, ptasia orkiestra wykonywała brawurową symfonię, a w głębi lasu odzywała się natchniona kukułka.

Wszystko to było tak piękne i upajające, że od samego tylko patrzenia na górę konspektów, pożółkłych zwojów, podniszczonych grimuarów i całej reszty tego świństwa ciemniało mi w oczach, a w duszy kiełkowała nieprzeparta chęć, by utopić się w jeziorze.

– Bilet sto dwudziesty siódmy, punkt trzeci – kontynuował Len nieubłaganie. – Samoistny rozpad zaklęć i jego przyczyny.

– A... E... No, na przykład...

– Doskonale, pamiętasz. Idziemy dalej.

Spojrzałam na wampira z wdzięcznością. Gdyby nie on, już dawno zwichnęłabym sobie język i zmęczyła gestami ręce, dowodząc, że cenne wiadomości o samoistnym rozpadzie jeszcze nie zarosły kurzem w odmętach mojej pamięci.

– Bilet sto dwudziesty ósmy, punkt pierwszy. Historia rozwoju magii.

– A możemy go opuścić?

– Na egzaminie też masz taki zamiar?

– Uuu... Ja naprawdę wolę napisać siedemnaście reakcji kondensacji energii. No powiedz, co za różnica, w którym roku Rion Kopylski wynalazł transgresję multipolarną?

– Nie Rion Kopylski, tylko Połowia Belorska, tak w zasadzie twoja krajanka.

– Chodź, powtórzymy te najważniejsze sprawy, a potem wrócimy do historii.

– Porzuć nadzieję, tęgogłowa pannico. Nie będzie dla ciebie ani litości, ani dyplomu.

– Ożeż ty wąpierzu jeden! – Skoczyłam na Lena i, sczepieni kończynami, potoczyliśmy się po plaży. Próba obrony mojego dobrego imienia była skazana na porażkę. Wampir bardzo szybko znalazł się na górze i z zadowoleniem przygładził prawą ręką roztrzepane włosy, lewą bez widocznego wysiłku przyciskając mnie do piasku.

– Oj, Len! – jęknęłam po chwili, rezygnując z walki o wolność.

– Błagaj o litość.

– Za nic!

– No to sobie leż – pozwolił wampir wielkodusznie.

– Ale Len! Ja powinnam powtarzać! Za trzy dni mam egzamin!

Wampir ziewnął demonstracyjnie, nie zabierając ręki.

– Powtarzaj. Bilet sto dwudziesty ósmy, punkt pierwszy. Historia rozwoju magii.

– Nie wiem! – Rzuciłam się ostatkiem sił, jednak jego ramię wydawało się zrobione ze stali i nawet nie drgnęło.

– Właśnie! To się bierz do nauki.

– Nie zamierzam! I tak mi się nie trafi!

– W takim razie bez sensu wysłałem do szkoły zapytanie o młodego specjalistę?

– Zrobiłeś to?!

– Tak, i już żałuję. Z ciebie to taka magiczka jak z kozła mleczna krowa!

– Len, jesteś skarbem! – pisnęłam z zachwytem.

– Wiem – zgodził się wampir smętnie. – A na dodatek durniem, jakiego ze świecą szukać. Wydawało mi się, że znam cię na tyle długo i dobrze, żeby nie popełnić takiego błędu.

– Puść, już będę grzeczna!

– Coś mi się nie bardzo chce wierzyć – westchnął, ale się odsunął.

Uskrzydlona wspaniałą perspektywą, otworzyłam konspekt, lecz długi słupek dat i imion szybko przywrócił mi rozum, więc ponownie się zbuntowałam.

– Powiedz mi z łaski swojej, dlaczego muszę zaśmiecać sobie głowę tymi bzdurami? Czy strzygi na cmentarzu lub strzygonie w lesie będą mnie pytać o nazwisko wynalazcy lewitacji albo zdechną ze strachu na sam dźwięk daty utworzenia Międzyrasowego Konwentu Magów?!

– Nie zaśmiecać, tylko trenować. Ty się ucz, a nie rozpraszaj. I narzuć koszulę, bo już ci się ramiona spaliły.

– Poważnie? Nie czuję. Czekaj, poleżę jeszcze parę minut, niech opalenizna mocniej złapie. Bo kto wie, jakie będzie lato. W zeszłym roku dobrego słońca nie było wcale, łaziłam blada jak wampir... Znaczy się upiór.

Nawet największy złośliwiec nie zdobyłby się na to, by nazwać Lena bladym. Opalenizna rozlewała się po jego skórze równiej niż warstwa melasy. Mało tego, wampir nie musiał w celu jej uzyskania godzinami wystawiać się na działanie słońca czy nacierać specjalnymi maściami.

– No to zaczynamy. Ja będę podawał datę, a ty mi ją dokładnie omówisz – zaproponował Len. Nie wypuszczając z rąk książki, przekręcił się na plecy i słodko przeciągnął, szeleszcząc skrzydłami po piasku. – Sto czterdziesty siódmy rok przed naszą erą.

– Mhm... Teoria urzeczowienia życzeń?

– Tak. Podglądasz. Zamknij konspekt. O, żeby go leszy wziął!

Nie odmówiłabym, gdyby leszy wziął nie tylko konspekt, ale też zwoje, grimuary, egzaminy, szkołę, a przy okazji Lena.

– Kaiel idzie – wyjaśnił wampir, zrywając się na nogi i śpiesznie otrząsając piasek z piersi oraz spodni. – Nie ma mnie tu! Nie było i nie będzie.

– No dobrze – burknęłam, w duchu ciesząc się z nieoczekiwanej chwili oddechu. Chociaż oddechu dosyć wątpliwego.

Kaiel był naszym wspólnym bólem głowy. Po pierwsze, uważał Lena za coś w rodzaju chodzącego notatnika oraz konsultanta w sprawach (nie)kluczowych i sunął śladem władcy jak wyjątkowo krwiożerczy bąk. Po drugie, był święcie przekonany, że umiera na straszliwą chorobę, tylko nijak nie potrafił określić na jaką. Kella go rozczarowała ‒ porywczą zielarkę wkurzyły jęki „zawodowego chorego” tak, że do reszty wyszła z siebie i w dosadnych słowach wygarnęła symulantowi wszystko, co o nim myśli, czym śmiertelnie obraziła biednego cierpiącego. Tak więc Kaiel przerzucił się na mnie. Całe wakacje i praktykę przeddyplomową spędziłam w Dogewie, zbierając materiał na temat właściwości unikalnego zjawiska przyrodniczo-magicznego, zwanego efektem brudnopisu, przy okazji trenując praktyki lecznicze na cierpiących wolontariuszach. (Len i Kella wiedzieli o tym doskonale, a zielarka chętnie powierzała mi nieskomplikowane operacje w rodzaju zaklęcia przeciwko opryszczce i z jeszcze większą radością zwaliła na moje barki Kaiela). Ten dosyć młody wampir (miał ze sto osiemdziesiąt, może dwieście lat) wyglądał na całe trzydzieści i, moim oraz Kelli zdaniem, był zdrowy jak byk. Mimo to sumiennie badałam go na każde zawołanie, uczciwie próbując odnaleźć w krzepkim i utuczonym ciele złowieszcze oznaki nadciągającej śmierci. Bez skutku. Dur brzuszny, gruźlica, atak serca, tężec i gangrena znikały w okamgnieniu, wystarczyło tylko, żebym przekonała Kaiela, że ich objawy są zupełnie inne. Wierzył, ale jedynie przez moment. Mijały dwa-trzy dni i już znajdował u siebie nowe symptomy, po czym jęcząc, leciał do mnie, święcie przekonany, że jedna jedyna na świecie mogę uratować go przed nieuchronną zagładą.

Len miał jeszcze gorzej. Jedyną oficjalnie potwierdzoną chorobą Kaiela była demencja. O dziwo, tę konkretną diagnozę wampir-symulant ignorował całkowicie i z oburzeniem odmawiał przyjmowania przygotowanych przez Kellę eliksirów na polepszenie pamięci.

Moje pierwsze zetknięcie z Kaielem miało miejsce jesienią dwa lata wcześniej, kiedy to Len z daleka wyczuł kolejnego zbliżającego się do Domu Narad petenta i zerwał się z fotela, po czym zupełnie mając za nic godność władcy, wyskoczył przez otwarte okno.

– Mam już tego typa po dziurki w nosie i głębiej – narzekał potem. – Nie może dnia przeżyć bez władcy. Wczoraj też był... biedny i cierpiący. Chomąto mu znikło. A tak naprawdę to sobie chłopina popił wieczorkiem i nie pamięta, gdzie rozprzęgał konia. I teraz ja mam dłubać w jego podświadomości i przekopywać się przez brudne gacie. Łazi do mnie z kompletnymi bzdurami zamiast lepiej poszukać... – dodał z rozdrażnieniem.

– No i co, znalazło się chomąto?

– Ano znalazło. Wpakował je pod piec.

– No dobra, takie miejsce mnie osobiście by do głowy nie przyszło. I nie przejmuj się tak, trzeba mieć lżejsze podejście do życia, bo zanim skończysz dwie setki, zamienisz się w prawdziwą strzygę: paskudną, wściekłą, przynudzającą i wredną. Skoro już ten facet... znaczy się wampir... zebrał się na odwagę i przyszedł do ciebie, pewnie to chomąto jest dla niego jak rodzone dziecię. Może to był prezent od teściowej z okazji ślubu? Ulituj się nad biedakiem, niechaj znajdzie to swoje chomąto i się cieszy!

– A on w podzięce następnym razem pójdzie o krok dalej i wyśle mnie na poszukiwanie topora! – perorował Len z coraz większym zapałem.

– Może jednak się będzie krępował?

– Akurat!

Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko, że naprawdę nie miałam pojęcia, kogo bronię! Topór, portki, kadź, dziwne dźwięki na strychu, nocne spacery starszej córki, krzywo patrzący sąsiad, fakt, że nie wzeszły nasiona ogórków zebranych przed dwoma laty, występujący we śnie grób, wiadro, które utonęło (albo wypłynęło) w studni, krakanie wrony za oknem, bulgotanie w lewym podżebrzu pod naciskiem – to wszystko musieliśmy z Lenem zbadać, wyjaśnić, doradzić i tak dalej, i tym podobne. Nic dziwnego, że władca uciekał przed namolnym poddanym jak przed dżumą.

W Dogewie schowanie się przed Kaielem, zresztą jak i przed każdym innym wampirem, było niemożliwe. Wyczuwał mnie na odległość wiorsty jak ścierwnik zdechłą krowę. Tak więc o ile Len czy Kella zauważali go zawczasu i mogli (z której to możliwości skwapliwie korzystali) dać nura w krzaki, żeby się przyczaić, to mnie pozostawało tylko zgrzytanie zębami w uprzejmie wyduszanym powitaniu.

– Dzień dobry, Kaielu – rzuciłam możliwie najbardziej niedbale, udając, że jestem całkowicie pochłonięta nauką.

– Może dla kogo i dobry, a może dla kogo i ostatni – skomentował Kaiel smętnie, jota w jotę trzymając się swojego zwykłego scenariusza, i stanął obok mnie, zasłaniając słońce. – Nie widziałaś przypadkiem władcy?

– Nie, nie było go tu i nie będzie – wyrecytowałam, przewracając stronę. Smutne doświadczenie podpowiadało, że tak łatwo się Kaiela nie pozbędę. I miało rację. Nie odchodził, tylko sapał nade mną z uczuciem. W żadnym wypadku nie należało zadawać mu jakichkolwiek pytań, szczególnie o zdrowie. W przeciwnym razie już nie było żadnego ratunku przed dokładnym opisem przepełnionego cierpieniem dnia i dokładnie takiej samej nocy.

– Coś się niewyraźnie czuję – zaczął Kaiel, nie doczekawszy się zainteresowania z mojej strony.

Wcale się nie zdziwiłam. Było to jego dyżurne zdanie. Skuliłam się wewnętrznie w oczekiwaniu nieuniknionego i milczałam jak krasnolud na przesłuchaniu. Ile mi krwi napsuł ten „umierający” wampir – nie da się wyrazić słowami.

– Coś mi się w głowie kręci... Serce kołacze. I w oczach ciemnieje... – kontynuował, wyraźnie nabierając wiatru w żagle i dochodząc dokładnie do tego samego co zawsze logicznego wniosku: – To chyba śmierć po mnie przyszła.

– Moim zdaniem ona od zeszłego lata nigdzie nie odchodziła.

– I jak ci nie wstyd żartować z takich rzeczy! – oburzył się Kaiel. – Wy, ludzie, to nie macie serca ani litości. Nie ma w was współczucia dla bliźniego. Umrę na twoich oczach, a ty nawet nie zapłaczesz.

– Nie zapłaczę – potwierdziłam. – Kaielu, pan mnie przeżyje. Co panu znowu do głowy strzeliło? Od jak dawna się panu w głowie kręci? Kwadrans?

– Cztery kwadranse – poprawił mnie wampir dumnie. – Z rana się normalnie czułem, przed obiadem też, a jak skończyłem sadzić ziemniaki i się wyprostowałem, to mi od razu w oczach ciemnieć zaczęło...

Omal nie jęknęłam z wściekłości.

– Kaielu, po prostu się pan przegrzał w słońcu. Proszę chwilę posiedzieć w cieniu, wypić szklankę wody i ta pańska śmierć odejdzie z niczym.

– Gorącej czy zimnej? – uściślił wampir skrupulatnie.

– Ciepłej, przegotowanej!

– A to na pewno pomoże?

– Na pewno, na pewno, tylko niech pan już stąd idzie i nie stoi w słońcu, bo tylko się pan od tego gorzej poczuje.

Jedynie bezpośrednie zagrożenie zdrowia mogło przegonić Kaiela z plaży. Nieco pojaśniał i oddalił się rześkim krokiem całkiem zdrowego wampira.

Len wygrzebał się z krzaków i wznowiliśmy katorżniczą pracę w granitowych kopalniach nauki. Ostatecznie jednak nie udało mi się nauczyć, czytaj: logicznie poukładać w pamięci historii rozwoju magii – wykułam ją na blachę jak ten szpak, nie wnikając w sens słów. Len z ubolewaniem przekonał się, że nic więcej ze mnie nie wykrzesze, i ogłosił krótką przerwę.

Moje ramiona spaliły się do reszty i zdaniem wampira znacznie bliżej miały do gotowanego raka niż do zdrowej opalenizny. Chociaż ciepły piasek wabił i kusił, musiałam narzucić koszulę i przenieść się w cień, pod wierzby. Marcowy huragan obalił jedno z drzew, wyrywając je z korzeniami, a teraz powoli, w cierpieniach, konało na ziemi, smętnie zwieszając ledwo co wypuszczone listki.

– Len, chodź mi pomóż, co?

Wydawać by się mogło, że wampir drzemał, wyciągnięty w niewielkim spłachetku cienia, ale chętnie zerwał się na nogi i podszedł do drzewa. Jeszcze raz pomyślałam, że obcowanie z telepatą ma swoje zalety – nie zadając pytań, jednym szarpnięciem podniósł wierzbę i ustawił odziomkiem w jamie.

– Nieco bardziej na lewo... Teraz do mnie... Dobrze, tak trzymaj. – Na czworakach zaczęłam entuzjastycznie wyrównywać i udeptywać ziemię dookoła pnia. Prace leśne akurat zbliżały się ku końcowi, gdy w krzakach ponownie zaszeleściło i wynurzyła się z nich Kella niosąca bukiet młodych pokrzyw. Przed ich leczniczymi oparzeniami zielarkę chroniły grube rękawice z płótna.

Na widok Lena zachłysnęła się z oburzenia.

– Władco! Co tutaj robisz?!

– Trzymam drzewo – uprzejmie, choć mało zrozumiale wyjaśnił Len, wyraźnie próbując nie patrzeć zielarce w oczy, z których strzelały błyskawice.

– Po całej Dogewie cię szukają!

– Dlaczego?

– Jeszcze pytasz?! Za pół godziny przybywa poselstwo z Arlissu!

– Kello, przecież wczoraj wyraźnie dałem do zrozumienia, że nie chcę i nie zamierzam go podejmować. Sami się bawcie.

– „Nie chcę” i „nie zamierzam” to dwie różne rzeczy. Zbieraj się natychmiast, idziemy do Domu Narad!

– Kello, a mogę wiedzieć, z kim rozmawiasz? – zapytał władca przymilnym tonem.

Zielarka nieco spuściła z tonu.

– Władco, masz obowiązek być tam obecny.

– Nic z tych rzeczy.

– Będzie skandal!

– Będzie – zgodził się Len obojętnie.

– Władco!

– Zielarko?

– Błagam, przyjmij ich.

– Nie.

– Len!

– Nie.

– Twój niezrozumiały upór uderza mnie w samo serce!

– Gdybyś miała serce, tobyś mnie rozumiała.

Kella jakoś dziwnie zamilkła, po czym rzuciła w moją stronę spojrzenie z ukosa.

– Len, czy ja cię aby od czegoś nie odrywam? – spytałam nieśmiało, wyczuwając pismo nosem. – To idź, sama powtórzę, już mi niewiele zostało.

– Wcale mnie nie odrywasz. Kello, idź sobie. Kontynuowanie tej rozmowy nie ma sensu.

Na pobladłej twarzy zielarki wyraźnie malowała się chęć trzepnięcia Lena pokrzywą.

– Ty nieznośny smarkaczu! – uniosła się, zapominając o konwenansach. – Już mam powyżej uszu tych twoich głupich wybryków. I bez tego załatwiłeś sobie, a Dogewie przy okazji, taką renomę, że gorzej się nie da! Władać jest łatwo, chociaż raz posłuchaj i zapomnij o swojej dumie, ty napuszony dzieciaku!

Kella nagle uświadomiła sobie, na kogo podniosła głos, i na jej twarzy wykwitły ceglaste rumieńce. W rozszerzonych źrenicach pojawił się strach.

– Aek’vill kress – rzucił władca cicho i wściekle, przerywając wytężone, przeraźliwe milczenie. – K’ere-ell, Kie-Lanna.

Zabrzmiało to jak policzek.

Zielarka zachwiała się, po czym upuściła pokrzywę pod nogi Lena, schowała twarz w dłoniach i, potykając się jak postrzelona sarna, na oślep rzuciła do ucieczki.

– Len... – zaczęłam ostrożnie.

– Bądź cicho, dobrze?

– A może...

– Wiem. Przesadziłem. Ona również. – Wampir cofnął się o krok i otaksował wkopane drzewo krytycznym spojrzeniem. – Zostawmy ten temat, chodź się przygotowywać do egzaminu.

Wzruszyłam ramionami, zebrałam z ziemi konspekty, ale proces nauczania napotkał trudności i po chwili zakończył się całkowicie. Len zauważalnie stracił zainteresowanie magią praktyczną, zrobił się roztargniony i prawie nie słuchał moich odpowiedzi.

Bardzo szybko miałam dość brzmienia własnego zacinającego się głosu oraz obojętnego przytakiwania wampira. Z trzaskiem zamknęłam konspekt, wyrywając Lena ze stanu melancholii, po czym ogłosiłam, że już wystarczy, a tak w ogóle to chcę jeść, bo Kryna obiecała, że upiecze na kolację pasztet. Czy władca uczyni nam ten zaszczyt i przyłączy się do posiłku? Nie, nie uczyni – po części z braku czasu, po części z niechęci do podrobów. Może zajrzy później, bliżej nocy... I czy nie zabrałabym ze sobą jego spodni? W wilczym pysku mogą nieco stracić na wyglądzie. Zapewniłam Lena, że posiadanie spodni władcy sprawi mi ogromną, z niczym nieporównywalną radość.

Tym razem mój sarkazm okazał się chybiony. Władca rzucił: „Odwróć się!”, a gdy pozwolił mi się obejrzeć, schludnie złożone spodnie leżały na piasku. Obok otrząsał się biały wilk, doprowadzając do porządku kosmate futro.

I tak się rozstaliśmy. Wilk zniknął w lesie, węsząc po śladach Kelli, a ja, ze spodniami przerzuconymi przez ramię, ruszyłam w kierunku najbliższego przesmyku przestrzennego – podczas pracy nad dyplomem gruntownie zbadałam siatkę portów i tuneli „brudnopisu”.

Zupełnie nie zaskoczył mnie fakt, że prawie natychmiast trafiłam na Kellę, która starannie podlewała łzami krzak jaśminu. Krzak nie wyglądał na szczególnie zachwycony. Trzeba przyznać, że dogewska zielarka miała fenomenalny wprost talent do pojawiania się przed nosem ludzi szukających samotności i znikania akurat w chwili, gdy ktoś pilnie potrzebował jej pomocy.

Podeszłam do płaczącej dziewczyny i usiadłam obok. Mówiąc prawdę, „dziewczyna” była mniej więcej dziesięć razy ode mnie starsza, choć wyglądała na równolatkę. Z tego powodu Kella często zadzierała nosa, pobłażliwie wołając na mnie „mała”, ale czy to moja wina, że wampiry żyją pięć razy dłużej od ludzi? Nawet gdybym nie wiem jak chciała, to mało prawdopodobne, bym dożyła czasów, kiedy różnica wieku przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Tak że dawno machnęłam ręką na etykietę i z uporem zwracałam się do Kelli per ty. Nie żeby jej się szczególnie to podobało, ale nigdy otwarcie nie wyraziła dezaprobaty.

– Hej. – Leciutko dotknęłam jej łokcia. – Co się takiego stało?

Zamiast odpowiedzieć wampirzyca gwałtownie przytuliła się do mnie, obejmując rękoma za szyję. Z roztargnieniem pogłaskałam ją po wstrząsanych łkaniem plecach. Nigdy nie umiałam ani nie lubiłam pocieszać.

– Nie przejmuj się tak. Pokłóciłaś się z władcą, no i co z tego... Przecież dziesięć razy dziennie koty drzecie...

– On... on mnie... stręczycielką nazwał! – chlipnęła Kella rozpaczliwie w moją na wskroś przemoczoną koszulę na ramieniu.

– Za co?!

Ale wampirzyca zaniosła się nową serią łkań, wyraźnie nie życząc sobie odpowiadać na pytanie, więc spróbowałam zmienić temat.

– A co to był za język, w którym rozmawialiście?

– Alladar – odburknęła niewyraźnie. – To nasz starożytny i rodzimy język...

– O...? A ja myślałam, że wampiry mówią w ogólnym. – Na mojej twarzy malowało się głębokie i szczere zainteresowanie.

Zadziałało. Zielarka oderwała się od mojego ramienia, wyciągnęła z kieszeni chustkę i głośno wydmuchała nos.

– Używamy alladaru tylko w rozmowach między sobą, a i to nie zawsze. Ten ogólny jest jak pożar leśny: ogarnia jedną rasę za drugą. Za dwa-trzy stulecia wszyscy po prostu zapomną, że istniały jakieś inne języki. Po co tracić siedem lat na naukę alladaru, jeżeli już po pół roku można spokojnie gadać w ogólnym?

Podrapałam się w czubek głowy. Wszystkie rasy rozumne, oczywiście z wyjątkiem ludzi, znajdowały w języku ogólnym jakieś wady. Krasnoludom nie podobał się nadmiar samogłosek. Elfom – toporne brzmienie. Trolli nie zadowalał zbyt mały zasób słów niecenzuralnych, a teraz jeszcze wampiry cierpią z powodu nierównowartościowego zastępstwa. Natomiast moim skromnym zdaniem ich narzecza nadawały się wyłącznie do zaklęć – tak samo skomplikowane i wyłamujące język. Ale nie zdążyłam podzielić się z Kellą tym niepochlebnym dla wampirzycy wnioskiem, bo na polanę wyskoczył biały wilk.

Na mój widok cofnął się zaskoczony, potem jednak kichnął z pretensją, pokręcił pyskiem w lewo, w prawo, po czym transformował. Wykonał kilka zamachów skrzydłami, żeby rozruszać mięśnie i postąpił krok w naszym kierunku.

Dwa chmurne spojrzenia nieco zachwiały jego zdecydowaniem. Wampir przestąpił z nogi na nogę, wreszcie zakasłał skrępowany.

– Wolho, twój pasztet nie może się już doczekać – przypomniał.

Włożyłam w sceptyczne prychnięcie cały mój stosunek do jego talentów dyplomatycznych.

– Zgadzam się, to idiotyczna wymówka. Ale proszę, idź już. Musimy z Kellą poważnie porozmawiać.

Spojrzałam na zielarkę.

– Idź – przytaknęła. – Poradzimy sobie.

– A jeśli się pozabijacie, to czy mogę zabrać wasze czaszki do muzeum? – spytałam z nadzieją. – No dobra, dobra, wszystko rozumiem! Już mnie nie ma!

– Tylko oddaj spodnie – przypomniał sobie Len. Mściwie rzuciłam w niego zmiętym elementem garderoby.

Niestety, próba podsłuchiwania wampirów mijała się z celem. Po pierwsze, Len i tak natychmiast by mnie przyłapał. Po drugie, od razu przeszli na ten swój gardłowy język. No to naprawdę sobie poszłam.

Żeby dopełnić mojego pecha, obiecany przez Krynę pasztet pozostał teorią. W ogóle od momentu, gdy w jej domu zamieszkał pewien – muszę przyznać, że całkiem sympatyczny i przyjemny w obyciu – wampir płci męskiej imieniem Oroen, moja gospodyni zaczęła spędzać w kuchni oburzająco mało czasu, na całe dnie znikając gdzieś ze swoim wybrańcem. Niekiedy odnosiłam wrażenie, że żywią się powietrzem. Przez ostatni miesiąc łaziłam wściekła i głodna, dokarmiając się u pacjentów i od czasu do czasu na bankietach wyprawianych przez Lena. Nie żeby mnie rzadko zapraszał, ale po prostu nie znosił oficjalnych przyjęć i uciekał z nich pod każdym możliwym pretekstem. Głodowaliśmy więc wspólnie.

Tym razem zamiast cieplutkiego, pachnącego pasztetu z chrupiącą skórką czekały na mnie: garnek zimnych ugotowanych ziemniaków, garniec zsiadłego mleka i pajda czerstwego chleba. Z ciężkim westchnieniem zaczerpnęłam łyżką mleka, potrzymałam koło ust i z grymasem cierpiętnicy wylałam z powrotem do garnca. Wcześniej Kryna przynajmniej kupowała mięso dla wilka. Ale zwierzę zniknęło pod moją nieobecność, z końcem zimy. Pewnie zdechło z głodu, pomyślałam chmurnie, rzucając łyżkę.

Przez okno widziałam narożnik Domu Narad i przestępujące z nogi na nogę gniade konie w niebiesko-złotych czaprakach. Delegacja z Arlissu właśnie wkraczała do budynku po zakończeniu ceremonii powitalnej. Jako ostatni za drzwiami zniknęli dogewscy Starsi. Przełknęłam ślinę, wyobrażając sobie długi stół nakryty białym obrusem i zastawiony wyszukanymi daniami. Oczywiście, wystarczyło, bym poskarżyła się Lenowi na wymuszoną wegetariańską dietę, a znalazłby mi bardziej gościnną gospodynię. Ale nie chciałam robić Krynie przykrości i, co tu dużo mówić, planowałam przynajmniej odrobinę schudnąć przed balem absolwentów.

Jeden z koni zarżał i moja uwaga ponownie skupiła się na Domu Narad. W polu widzenia pojawili się Len i Kella – oboje w pełnych regaliach: on ubrany na biało, ona na czarno. Dłoń zielarki leżała na uprzejmie podstawionym łokciu władcy. Gołąbki wyraźnie ignorowały się nawzajem po zawarciu tymczasowego rozejmu na obopólnie korzystnych warunkach. Len puścił Kellę przodem, wszedł za nią i zamknął drzwi. Koń zarżał ponownie, odganiając pyskiem natrętnego owada. Duży ogier pod siodło, lecz zupełnie inny od hodowanych w Dogewie. Tutejsze były nieco masywniejsze, o gęstszych, ale krótkich szczotkach grzyw i długich falujących ogonach. Wampiry nazywały je k’iardami i twierdziły, że lepszych wierzchowców na tym świecie nie ma. No to w Arlissie chyba były...

Odwróciłam się od okna. Widok zsiadłego mleka i konspektów napełnił moją duszę niewysłowioną rozpaczą.

ROZDZIAŁ 2

Ostatecznie przed odjazdem nie miałam już okazji, by zobaczyć się z Lenem. Z jakiegoś powodu uznałam to za zły znak. I to nawet nie z powodu egzaminu. W okolicach dziesiątego roku nauki człowiek zaczyna rozumieć, że wiedza absolutna nie istnieje, za względną nie postawią mniej niż trói, a wszystkie braki można łatać na bieżąco, używając kombinatoryki stosowanej. Poza tym miałam wrażenie, że wszystkie oceny zostały porozdzielane zawczasu, podpisane dyplomy od dawna leżą na biurku mistrza, a egzaminy końcowe są szkole potrzebne wyłącznie dla papierologii – bo chyba nie ma wątpliwości, że po dziesięciu spędzonych razem latach nasi wykładowcy doskonale wiedzą, kto i do czego jest zdolny? Oczywiście, nikt nie miał ochoty wyjść na kompletnego kretyna, ale nie było też powodów do nadmiernych zmartwień.

Bez szczególnego pośpiechu, ale i bez ociągania zapakowałam do sakw podręczniki, konspekty, zwoje, kartki i skrawki papieru z notatkami, przebrałam się w strój podróżny, pożegnałam Krynę i Kellę, które przyszły życzyć mi tradycyjnego połamania pióra, i wyjechałam z Dogewy.

Len nawet nie wyszedł na ganek Domu Narad.

Im dalej odjeżdżałam, tym bardziej miałam ochotę zawrócić konia i pędem ruszyć z powrotem. Gdzieś wewnątrz narastało poczucie, że zostawiam przyjaciela w tarapatach. Ale potrafiłam całkiem dobrze wyobrazić sobie twarz Lena, gdybym cofnęła się po przejechaniu połowy drogi, by przekonać się, czy u niego wszystko w porządku. Przecież dogewskie wampiry prędzej wszystkie jak jeden mąż padną trupem, niż pozwolą, żeby na ich drogocennego władcę spadło choćby piórko!

Gdy tylko Dogewa zniknęła z pola widzenia, moje obawy zelżały, jednak nie zniknęły całkowicie. Ale nawet bez nich miałam nad czym rozmyślać – nadchodzący egzamin wypchnął z głowy wszystko inne. Tradycyjnie jako pierwsze zaliczały pytie. W przeciwnym razie po prostu nie szło z nimi wytrzymać ‒ kiedy musiały męczyć się oczekiwaniem do ostatniego dnia, cały czas korciło je, żeby teoretycznie w ramach „powtórzenia materiału” przepowiedzieć idącym na stracenie kolegom jakieś świństwo. Nazajutrz egzaminatorzy męczyli magów praktyków, a na ostatku tych najbardziej cierpliwych – zielarzy.

Liczyłam, że wrócę do Starminu wieczorem tuż przed egzaminami, ale niespodziewana burza popsuła te plany i musiałam przeczekać w karczmie przy drodze, więc do szkoły dotarłam akurat w sam środek zamętu – umęczeni bezsennymi nocami tegoroczni absolwenci snuli się po korytarzach w tę i nazad z nosami w konspektach, mrucząc po cichu fragmenty zaklęć. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Na pierwszym piętrze wprost z sufitu padał śnieg, na drugim laboranci z wydziału wiedzy nienaturalnej biegali z siatkami za szczurołakiem, nad głową co rusz przelatywał mi jakiś piorun. Raz zderzyłam się z niewidzialną ścianą, którą ktoś postawił w otwartych drzwiach. Potem ledwo zdążyłam cofnąć nogę znad wykreślonego na podłodze pentagramu, a ten natychmiast wybuchł wysokim na cztery łokcie słupem ognia, pozostawiając po sobie czarny, dymiący kontur. Dwójka zasapanych aspirantów niosła do sali egzaminacyjnej długi stół przykryty aksamitnym obrusem. Stół sprytnie wyginał się na zakrętach, a obrus ze wstrętem podciągał rogi, unikając krążących w powietrzu pulsarów.

W skrzydle sypialnianym było nieco ciszej. Zapomniany przez wszystkich zombi, który metodycznie i smutno oskubywał liście z niegdyś całkiem rozłożystego fikusa, na mój widok śpiesznie schował się za wysoką donicą.

– Witaj mi, nadobna panno! – Welka oderwała się od podniszczonego foliału Eliksiry miłosne i antymiłosne. – Aleś ty czerwona!

– No, przesadziłam trochę – przyznałam. – Nie masz przypadkiem jakiegoś balsamu nawilżającego? Ramiona mnie palą żywym ogniem.

Oprócz korzystnego działania słońca, od którego na mojej skórze wykwitły piekące karmazynowe plamy, pobyt nad jeziorem zafundował mi co najmniej setkę swędzących bąbli po ugryzieniach komarów. Pogrzebawszy w naściennej szafce, Welka wybrała wielką, pękatą butelkę, otworzyła ją, podejrzliwie powąchała, po czym się skrzywiła. Sądząc z wyrazu jej twarzy, zielarka w mękach próbowała przypomnieć sobie, co zostało wlane do środka i czy przypadkiem na skutek zaplanowanej operacji nie straci przyjaciółki. Po chwili namysłu zdecydowała się zaryzykować, dała mi butelkę i wróciła do notatek.

– I jak tam twoja wiedza? – spytałam, próbując obejrzeć zawartość butelki pod światło. Z miernym skutkiem, ale chyba pływało tam coś na kształt zdechłego szczura, w niewiadomy sposób wepchniętego przez wąziutką szyjkę.

– Mam sieczkę w głowie – przyznała zielarka uczciwie, przewracając stronę. Z konspektu na łóżko wyślizgnęła się suszona gałązka uczepu. – Odnoszę wrażenie, jakbym po raz pierwszy w życiu widziała własne notatki. A ty?

– Nawet nie pytaj. – Wytrząsnęłam odrobinę balsamu na dłoń. Okazał się gęsty i przezroczysty, lekko szarawy, wewnątrz zatopione były jakieś malutkie płatki. O dziwo, swędzenie natychmiast ustało, a po ramionach rozlało się przyjemne zimno.

– Szczęściara. Ty masz egzamin za pół godziny, a ja dopiero jutro – pozazdrościła mi Welka.

Osobiście uważałam takie szczęście za nieco wątpliwe. Ledwo zdążyłam wetrzeć w ramiona ostatnią porcję balsamu, w pokoju, lekceważąc jakiekolwiek konwenanse, zmaterializowali się Ważek, Temar i Enka. Ten ostatni trzymał pod pachą obżartego Mruczka. Cieplutka posadka szkolnego talizmanu i naturalna zachłanność obligowały zwierzę do zżerania wszystkich poczęstunków przynoszonych przez adeptów przed egzaminami, więc w tej chwili czarny kocur zwisał bezwładnie na trzymającej go ręce i tylko od czasu do czasu ruszał ogonem, żeby nikt przypadkiem nie wywalił go na śmietnik. Reszta przybyłych wyglądała na tak strasznie przejętych, jakby zabili kogoś i zamierzali powierzyć nam ciało na przechowanie.

– No w końcu!

– Zjawiła się!

– Ty, ruda, gdzie cię nosiło?!

– Nie jestem ruda! – odgryzłam się odruchowo. Jak na złość z wiekiem moje jasnokasztanowe włosy coraz mocniej połyskiwały miedzią. – Jestem zło-cis-ta!

– Oj-ij-aj! – przedrzeźnił mnie Temar. – Powiedz lepiej, czyś gotowa do czynów heroicznych i wielkich? Czy bezcenne okruchy wiekopomnej wiedzy uwiecznione zostały dla potomnych, czyś gotowa obdarować nimi potrzebujących, czy zaślepiona pychą odmówisz wyciągnięcia pomocnej dłoni do głodnych i kalekich?

– Czy chodzi ci przypadkiem o „jak mi idą przygotowania do egzaminu, czy napisałam ściągi i czy będę ci podpowiadać, gdy zaczniesz tonąć”?

– Jasnowidząca... – westchnął Temar z szacunkiem.

– No podpowiem, co mi innego zostaje? Jeżeli uda mi się samej cokolwiek sobie przypomnieć...

– I kto to mówi! – jęknęli jednym głosem koledzy w nieszczęściu. – To zbieraj się, piękna panno, do boju z wrednymi staruchami!

– Połamania nóg! – życzyła nam Welka.

– Nie dziękuję! – powiedziałam zwyczajowo, zamykając drzwi.

* * *

„Wredne staruchy”, reprezentowane przez byłego aspiranta, a dziś bakałarza trzeciego stopnia Almita (magia obiektów), bakałarza drugiego stopnia Kreniana (zielarstwo) oraz bakałarza czwartego stopnia Rodomira (magia żywiołów), przywitały nas bardzo ciepło, po raz kolejny potwierdzając moje domysły co do zawczasu wypisanych dyplomów. Egzamin się jeszcze nie zaczął, wszyscy czekali na mistrza (czytaj: Ksana Dejanira Perłowa, bakałarza magii praktycznej pierwszego stopnia albo po prostu dyrektora Ksandera). Adepci, których cały tłumek wpuszczony został do auli, najpierw rzucili się do stołu z biletami. Odwracali karteczki, jęczeli, łapali się za serce, wywracali oczami, próbowali jakoś zaznaczyć najlepiej wyuczone tematy albo przynajmniej zapamiętać, gdzie się znajdują. Bakałarze tylko chichotali w kułak, nie robiąc żadnych uwag.

Wreszcie, stukając grubą jesionową laską, do auli wkroczył mistrz. Laski pozostałych członków komisji spokojnie stały za ich fotelami – były niczym innym jak symbolami, takimi samymi jak togi i wysokie kołpaki wkładane przy najbardziej uroczystych okazjach. Ciągłego noszenia ze sobą przyciężkiej, dekorowanej srebrem i klejnotami laski nie podjąłby się najbardziej wytrzymały mag, nawet gdyby faktycznie miała jakąś magiczną moc. Czasami praktycy używali dodatkowych źródeł mocy, ale zdecydowanie woleli bransolety, medaliony albo pierścienie.

Rozmowy i hałasy natychmiast ucichły, a my z przerażeniem przypomnieliśmy sobie, że znajdujemy się na egzaminie państwowym z magii. Komisja z ociąganiem zajęła miejsca, gotowa sprawdzić i ocenić naszą skromną wiedzę.

Mistrz zaczął od odebrania Ważkowi ściąg. Potem zrobił mi uwagę:

– Wolho, przestań szczękać zębami! Strach znajdować się z tobą w jednej auli.

Posłusznie zacisnęłam szczęki. Zęby przestały dzwonić, za to zaczęły mi drżeć nogi.

Mistrz spojrzał na stół z biletami i ściągnął brwi. Wszystkie oznaczenia, zadrapania oraz zagięte rogi znikły jak zmarszczki na tkaninie pod rozgrzanym żelazkiem. Enka, który i bez tego kolorem twarzy przypominał umarlaka, pokrył się plamami wyglądającymi jak trupie. Westchnęłam, uświadamiając sobie, że na drugim bilecie po lewej w trzecim rzędzie już nie ma trzech praw nekromancji, twierdzenia Łupina-Babkina i zadania na dematerializację.

Mistrz z zadowoleniem pogłaskał się po brodzie i szerokim gestem zaproponował, byśmy losowali.

Tak myślałam! Trzynastka! Ja to mam prawdziwe szczęście do tego numeru, w ciągu dziesięciu lat i czterdziestu egzaminów udało mi się wyciągnąć równo tuzin trzynastych biletów! Podałam asystentce rzucający się w oczy numer i, nie patrząc już więcej na biały świstek, usiadłam w drugiej ławce w środkowym rzędzie. Wzięłam ze stosiku kilka czystych kartek z urzędowymi pieczęciami w rogach, zdjęłam pokrywkę z kałamarza i sprawdziłam na paznokciu pióro. Dopiero potem przeczytałam pytania. Hurra! Odpowiedź na pierwsze znałam doskonale, drugie potrafiłam sobie przypomnieć, a trzecim była ta po trzykroć przeklęta historia rozwoju magii. Oczywiście połowa dat zdążyła wywietrzeć mi z głowy, ale dzięki Lenowi te pierwsze na liście nadal stały przed oczyma. Szybciutko przeniosłam je na papier, żeby nie pogubić, zanim przystąpię do odpowiadania.

Mistrz wstał i przeszedł się pomiędzy rzędami, bez ceregieli zaglądając pod ławki w poszukiwaniu konspektów. Odebrał Ważkowi kopię ściągi. Chwilę stał nade mną, wpatrując się w chaotyczne bazgroły. Z nawyku przykryłam swoją twórczość ręką – ile by mnie nie rugał, nie potrafiłam pozbyć się tego odruchowego gestu. Nie lubię, gdy patrzy mi się przez ramię. Ale tym razem mistrz zmilczał i ruszył dalej.

Rozejrzałam się na boki. Enka sapał, kreśląc na kartce schemat latającej miotły. Ważek w natchnieniu przepisywał z kopii kopii ściągi.

Patologiczna miłość Ważka do ściągania nie dawała się wyjaśnić. Po wykuciu konspektu na blachę, przeczytaniu całej masy literatury podstawowej i przejrzeniu kupy dodatkowej, nadal nie mógł powstrzymać się przed pokusą zapisywania malutkich skrawków papieru jemu tylko zrozumiałymi piktogramami. Prawie zawsze wpadał, co skutkowało koniecznością losowania drugiego biletu i odpowiedzi bez przygotowania. Niezmiennie odpowiadał śpiewająco, zaskakując tym egzaminatorów.

Po półgodzinie komuś puściły nerwy i potykająca się postać niepewnym krokiem dotarła do katedry, mnąc w spoconych dłoniach zapisaną z dwóch stron kartkę.

– B-b-bilet siódmy. T-teoretyczne i pra... praktyczne podstawy telekinezy. – Wander przeczytał pytanie, jąkając się i oblizując wyschnięte wargi, po czym skierował pełne przedśmiertnej męki spojrzenie na sufit.

Mistrz pokrzepiająco skinął w kierunku adepta, przeniósł wzrok na salę i z całkiem zrozumiałym oburzeniem ujrzał tylko porzucone kartki i pióra. Wszyscy zdający zgodnie zanurkowali pod ławki.

– C-co tu się, do licha, dzieje?! – ryknął Ksander, stukając laską. – Natychmiast mi stamtąd wyłazić! Rodomirze, Krenianie, tylko na to popatrzcie!

Mistrz obejrzał się i drgnął zaskoczony. Nad stołem komisji egzaminacyjnej połyskiwały osierocone gałki magicznych lasek.

Brak zdolności Wandera w dziedzinie magii praktycznej zdążył już przejść do legend. Cała grupa przepisywała od niego prace domowe, ale gdy zachodziła konieczność wykonania natychmiastowych działań przy tablicy, biedak gubił się, denerwował i mylił najprostsze zaklęcia, stanowiąc niemałe zagrożenie dla otoczenia.

Mistrz z niezadowoleniem pokręcił głową, ale dostrzegłam, jak nieznacznie poruszył końcem laski, tworząc niewidoczny ekran Grundela – rozpraszacz zaklęć.

– Można łyk wody? – poprosił adept rozpaczliwie, docierając do praktycznej części zagadnienia.

– Proszę nalać wody do szklanki za pomocą telekinezy. I niech to będzie pańska odpowiedź – poradził mistrz, mocniej ściskając laskę.

Wander skinął głową, zmarszczył czoło i zagapił się na karafkę.

Na początek woda zawrzała.

Skupił się. Wrzenie ustało, szkło pokryło się szronem. Prawie natychmiast karafkę rozerwało na kawałki, a na stole została jej lodowa kopia, otoczona obłokiem bezdźwięcznie wirujących szklanych okruszków.

– Wystarczy – rzucił mistrz śpiesznie. – Następne pytanie!

Odłamki z brzękiem spadły na podłogę. Niewzruszona asystentka zabrała lodową karafkę i wytarła pozostałą na stole kałużę. Egzamin trwał dalej. Szczęśliwie dla nas Wander nie trafił już na ani jedno praktyczne pytanie i, niezmiernie zadowolony z zakończenia koszmaru egzaminacyjnego, w podskokach wybiegł z auli, trzaskając drzwiami.

Westchnęliśmy z zazdrością. Zdecydowałam się nie przeciągać oczekiwania na wyrok i zajęłam opustoszałe krzesło przed katedrą. Mistrz spojrzał na bilet, skinął głową i skierował na mnie wyczekujące spojrzenie spod groźnie ściągniętych brwi. Na pierwszym roku odjęłoby mi mowę, na piątym – zadrżał głos, na dziesiątym ‒ bez chwili wahania odpowiedziałam tym samym. Komisja zakrztusiła się źle maskowanymi chichotami. Mistrz z irytacją postukał kostką palca wskazującego w stół, przywołując wszystkich do porządku.

Póki odpowiadałam na pierwsze pytanie, arcymag nie przeszkadzał i wydawało się, że w ogóle nie słucha, tylko wertuje rozłożone na stole papierzyska, kiwając głową co jakiś czas, bym nie pomyślała, że o mnie zapomniał.

– No dobrze – powiedział w końcu. – Widzę, że teorię lewitacji opanowałaś. Co tam masz jako drugie pytanie? Blokadę psychosomatyczną? Bardzo dobrze. Omińmy zasady i charakterystykę, tyle to każdy się na trzecim roku nauczył, przejdź od razu do praktyki. Na mnie.

Na nim?! Zmusić arcymaga, by zamarł jak trup, i to biorąc pod uwagę, że na bank zastosuje przeciwzaklęcie, a może nawet „lustro” odbijające czar na rzucającą?

Oblizałam nieoczekiwanie wyschnięte wargi, żywo wyobrażając sobie, jak ktoś wynosi moje zastygłe w bezruchu ciało z auli razem z krzesłem i ustawia przy donicy z fikusem. Komisja zaciekawiła się i obudziła z lekkiej, czujnej drzemki, w której zwykle przeczekiwała egzamin. Mawiano, że bakałarz Werogor z katedry zielarstwa wprawił się na tyle, że sypiał z otwartymi oczyma, pochrapując potakująco przy co dłuższych i bardziej nudnych odpowiedziach.

Najprościej byłoby zastosować uniwersalne zaklęcie Mirtona, w razie czego odchylenie go również nie było szczególnym problemem. Można też spróbować plastycznej formuły z siedmioma niewiadomymi, opartej na magii żywiołów, lecz to zaklęcie było najbardziej kapryśne i nieprzewidywalne, a poza tym wymagało doskonałej znajomości przeciwnika. Badawczo spojrzałam na mistrza, próbując odgadnąć, jakie słabe punkty może mieć jego obrona. Najłatwiejsze wydawało się wyczarowanie sobie wystarczająco ciężkiej maczugi i zajście od tyłu...

Właściwie istniało jeszcze jedno bardzo dobre i potężne zaklęcie... zbyt potężne nawet dla doświadczonego maga. Wyplatane bardzo długo i dokładnie, ale za to pozwalające na wkładanie mocy po kawałku, a nie jednym impulsem na końcu. Bardzo wygodna sprawa, szczególnie w sytuacji, gdy człowiek miał czas na odnowienie rezerwy magicznej: pleciesz jedną część, odpoczywasz, pleciesz drugą, aktywujesz i używasz. Ale wydawało się mało prawdopodobne, by komisja chciała czekać dobę czy pozwoliła mi na przebieżkę do najbliższego źródła mocy...

A jeżeli założymy, że mistrz już przygotował „lustro”, które wisi między nami, czekając na mój atak? Najprawdopodobniej zostało skonstruowane tak, by odbić bezpośredni cios i przepuścić niedokończone zaklęcie. A ono, przechodząc przez „lustro”, pociągnie je za sobą i w ten sposób się dostroi.

Ale jeśli „lustra” tam nie ma, to mogę zawczasu gotować się do sesji poprawkowej na jesieni...

Połączyłam koniuszki zauważalnie drżących palców w klasyczną kulę, udając, że zdecydowałam się na Mirtona – gigantyczna pokusa dla przeciwnika, by jednak ustawić „lustro”. Tymczasem, absolutnie nie wierząc w powodzenie, wypowiedziałam w myśli zupełnie inne słowa i na wszelki wypadek zamknęłam oczy, by nie widzieć swojej porażki.

Zaklęcie poszło, a ja nie poczułam sprzężenia zwrotnego, czyli albo zadziałało, albo jednak nie dostroiło się do końca. Przynajmniej do mnie nie wróciło. Minął pierwszy niekończący się moment oczekiwania. Potem drugi. Zaryzykowałam otworzenie jednego oka. Ofiara patrzyła na mnie tak samo badawczo, lekko wychylona do przodu.

Siedzący obok Almit z niedowierzaniem wyciągnął rękę i pomachał nią przed nosem mistrza.

Poczułam się nieswojo. Adepci wykazali się wyczuciem chwili i co sił rzucili do ściągania. Ważek uroczyście wyciągnął zza ucha malutką kulkę papieru, która natychmiast rozrosła się w jego ręku w ważący pół puda foliał Teoria i praktyka pracy z przestrzenią, rozłożył go na kolanach, po czym księga sama z siebie zaczęła przewracać strony, by w końcu zatrzymać się na rozdziale „Manipulacja rozmiarami”.

Bakałarze dla przyzwoitości poczekali chwilę, ale nic się nie zmieniło. Chyba tylko hałas w auli narastał – adepci w pośpiechu wymieniali się wiedzą.

Krenian odkaszlnął.

– Wolho, dodatkowe pytanie. Jak stoisz ze zdejmowaniem blokady psychosomatycznej?

Posłałam bakałarzowi rozpaczliwe spojrzenie, zbyt późno przypominając sobie, że rozwianie nałożonego przeze mnie zaklęcia leży wyłącznie w mocy zaklinającego albo ofiary, z tym że ja nie miałam już żadnej rezerwy, a mistrz z jakichś powodów nie śpieszył się skorzystać ze swoich umiejętności.

– Leć do źródła w auli, tylko szybko – pozwolił mi domyślny Almit.

Zerwałam się z miejsca, po drodze przewracając krzesło, i jak strzała pomknęłam do źródła. Odnowienie rezerwy zajęło około kwadransa. Kiedy wróciłam, sala egzaminacyjna przypominała bibliotekę – na wszystkich ławkach w stosikach i pojedynczo leżała literatura pomocnicza, z wiszącej przed Temarem kryształowej kostki dobiegał czyjś nosowy głos dyktujący osiemnaście różnic pomiędzy strzygą a kudłakiem. Komisja miała w tym czasie ważniejsze zadanie niż pilnowanie adeptów – szanowni bakałarze zebrali się dookoła mistrza i bezskutecznie próbowali dojść, co i w jaki sposób mu zrobiłam. Na mój widok w pośpiechu zajęli swoje miejsca, pokasłując w kułaki z podszytym szacunkiem skrępowaniem.

Po zdjęciu blokady skuliłam się w oczekiwaniu na gromy i pioruny, ale mistrz jak gdyby nic mruknął coś z zadowoleniem, niedbale nakreślił parę zawijasów w arkuszu egzaminacyjnym i zrobił sobie niewielką przerwę, na parę minut opuszczając salę. Pytanie z teorii rozwoju magii zaliczałam u Almita, a pozostali bakałarze zgodnie zapadli w drzemkę.

– No to w którym roku niefortunnie zszedł z tego świata wielce szacowny arcymag Kapucjusz? – ponowił pytanie były aspirant, uśmiechając się do wnętrza swojej brody.

Doskonale wiedziałam, że trójkę już wypracowałam, a niższej oceny Almit i tak mi nie postawi, jako że zbyt dobrze pamiętał własne cierpienia na egzaminie państwowym, więc zapomniałam o resztkach strachu i, nawet nie próbując przypomnieć sobie odpowiedzi, bezczelnie strzeliłam:

– W roku trzysta czterdziestym pierwszym.

– A dlaczegóż to z takim smutkiem? – zaciekawił się bakałarz.

– Bo niby z czego tu się cieszyć...

– To fakt. W roku trzysta czterdziestym pierwszym arcymag był martwy od prawie dwóch stuleci. – W głosie egzaminatora słychać było szczere współczucie.

– No bo przecież zszedł niefortunnie... Skąd pan wie, ile by jeszcze przeżył?

Almit jedynie westchnął, z tęsknotą spoglądając w okno, za którym stary kasztanowiec wypuszczał puchate pąki. Na zewnątrz szczebiotały ptaki, jaskrawo świeciło słońce, a historii rozwoju magii sam nie bardzo pamiętał.

Bakałarz z wyraźnym wstrętem powrócił do egzaminu.

– Wolho, ostatnie pytanie... Skup się, twoja ocena od niego zależy.

Zerknęłam na Almita podejrzliwie, spodziewając się jakiegoś kruczka.

– Tak więc pytanie... Co mam ci postawić?

– Piątkę! – krzyknęłam radośnie.

Almit westchnął ponownie i podpisał swój protokół. Komplet stanowiły cztery, zgodnie z liczbą członków komisji. Oceny, które postawili mi pozostali bakałarze, zachowano w tajemnicy do początku balu absolwentów.

Jednak nikt nie wątpił, że zdałam.

ROZDZIAŁ 3

Przed wieczorem cała szkoła wiedziała, że zaczarowałam mistrza. Krążyły trzy wersje: podłożył się, udawał, by naciągnąć ocenę ulubionej uczennicy, albo naprawdę miałam duży fart. Zresztą, precedensy istniały – dwa lata wcześniej ktoś wyhodował egzaminatorowi rogi, i to tak solidne, że trzeba je było odpiłować ręcznie. Almit, miłośnik ponurych opowieści z życia wziętych, pamiętał, jak za którymś razem zaginęła cała komisja, po czym odnalazła się dopiero po tygodniu i za nic nie chciała przyznać, gdzie ją nosiło. Jednak jeszcze nikomu nie udało się usadzić naszego mistrza.

Kolację opuściłam ‒ po powrocie do pokoju padłam na łóżko i zasnęłam snem bliskim wiecznemu. Welka próbowała mnie dobudzić, lecz z jej słów wynikało, że wskrzeszenie prawdziwego trupa byłoby łatwiejsze – a kto jak kto, ale ona się na tym znała. Po szkole natychmiast zaczęły rozpełzać się plotki, jedna mroczniejsza od drugiej. Nikt nie wątpił, że padłam ofiarą zemsty mistrza. Dalej opinie były podzielone – niektórzy zesłali mnie daleko i na długo, inni relegowali bez prawa powrotu, a ci o najbardziej miękkich sercach zamknęli w karcerze z nożem kuchennym i workiem ziemniaków do obrania. Szczególnie wykazała się jedna z pytii (jak później się okazało, egzamin oblała wręcz śpiewająco), że niby oko wewnętrzne pomogło jej ujrzeć moje zimne truchło w tajemnicy zakopane pod kasztanowcem.

Rano obudziłam się z ciężką, ale i pustą głową, jak gdyby śpiesznie wepchnięta do środka wiedza z czystym sumieniem opuściła niewygodne miejsce zamieszkania tuż po zakończeniu egzaminu. Welki w pokoju nie było, ze szczeliny pod drzwiami dolatywały na przemian zapachy gotowanych pokrzyw i trupiego jadu, w związku z czym natychmiast poczułam głód. Oczywiście nie wzięłabym do ust ani jednego, ani drugiego, po prostu taki sam zapach zwykle dochodził z naszej szafy chłodzącej, w której oprócz żywności przechowywałyśmy również dekokty Welki i moje prace domowe z nekromancji.

Niestety, szafa nie spełniła moich oczekiwań – Welka wyraźnie była na kolejnej diecie, dla której akurat wybrała moment obecności u mnie zdrowego apetytu, bądź na odwrót: tak usilnie się pokrzepiała, że wymiotła wszystko do ostatniego okruszka. Sytuację pogarszał fakt, że w ramach przygotowań do biesiady absolwentów stołówkę zamknięto do wieczora. Nikt oprócz mnie nie cierpiał szczególnie z tego powodu, w szkole panowała nadzwyczajna wręcz cisza: adepci z młodszych klas wyjechali już na wakacje, a pytie i praktycy od wczoraj świętowali zdane egzaminy. Zielarze tymczasem mieli na głowie inne sprawy, żaden z nich nie opuścił jeszcze sali egzaminacyjnej.

Zmusiłam mój głodny mózg do pracy i zdecydowałam się zjeść śniadanie w Wesołym Bysiu. Dodałam sobie rześkości garścią wody, ubrałam się, zaczarowałam drzwi, narysowałam w dolnym rogu framugi klucz-runę dla Welki i, pogwizdując, zbiegłam po schodach na pierwsze piętro. A tam czekała na mnie zasadzka. Mistrz wychynął zza rogu tak nieoczekiwanie i bezgłośnie, że ledwie zdołałam powstrzymać się przed odpędzającym biesy egzorcyzmem. Standardowe „dzień dobry” nie wystarczyło, arcymag z właściwą sobie bezpośredniością złapał mnie za nadgarstek, nie pozwalając się wyminąć.

– Wolho! Właśnie cię szukam! Chodź ze mną do gabinetu.

Nie zdążyłam pisnąć słowa sprzeciwu i pokornie powlokłam się za nim – a raczej za swoją wyciągniętą ręką. Amulet Lena, chroniący przed nieupoważnionym czytaniem myśli, wisiał na mojej szyi, a mistrz, dzięki wieloletniemu doświadczeniu z telepatią, takowego nie potrzebował. I teraz obie zainteresowane strony męczyła ciekawość: czego on znowu chce?! Jak jej się to udało?!

Jednak, o dziwo, tematem rozmowy wcale nie okazał się egzamin. A przynajmniej nie na początku. Mag zatrzasnął drzwi, skinął głową w kierunku jednego z krzeseł, a sam przeszedł na drugą stronę biurka, ale nie usiadł. Stanął obok, opierając się rękoma o wytarty dębowy blat, i troskliwym, acz przenikliwym głosem, na dźwięk którego aż mnie zmroziło, zapytał:

– Czy już zastanawiałaś się nad swoją przyszłością?

Wyraziłam całą sobą głęboki namysł, lecz udało mi się tylko wykrzywić twarz.

– Nie błaznuj! – ofuknął mnie mistrz, swoim zwyczajem ściągając brwi. – Twoja edukacja się skończyła. Pozostał staż. Gdzie masz zamiar go robić?

– Oczywiście, że w Dogewie! – odparłam zdziwiona, zaczynając martwić się już na poważnie.

– Nawet o tym nie myśl – uciął.

– A to niby dlaczego? – Oburzona, zerwałam się z krzesła i wsparłam dłonie o przeciwną stronę blatu. – Chce pan powiedzieć, że nie otrzymał z Dogewy zapytania o młodego specjalistę?

Mistrz zmieszał się zauważalnie, ale nadal patrzył mi prosto w oczy.

– Zamówienia złożone przez inne państwa są przez szkołę rozpatrywane w ostatniej kolejności i tylko przy braku wewnętrznych wakatów.

– A dla mnie mają najwyższy priorytet! – nie chciałam się poddać, w zapale waląc pięścią w biurko. – Bo co? Że niby znaleźli się inni chętni na moje specyficzne talenty?

– Jest wolny etat na dworze – krótko wyjaśnił mistrz.

– Na jakim znowu dworze?

– Oczywiście, że królewskim. – Mag zabrał ręce ze stołu w obawie, że następny mój cios trafi w jego dłoń. – Dorost przeszedł na emeryturę, król potrzebuje nowego maga.

– No i co z tego?

– Poleciłem ciebie.

– Po co? – spytałam bez krzty nadziei, myśląc o tym, że jak dotąd rekomendacje mistrza działały wyjątkowo na moją niekorzyść.

– Nie zadawaj głupich pytań. Jesteś najlepszą absolwentką, jedyną kobietą na wydziale magii praktycznej... Do tego dosyć pociągającą. – Mistrz zakasłał ze skrępowaniem i natychmiast spoważniał. – Moim zdaniem po prostu idealna kandydatka.

– I wcale nie mniej idealna dla Dogewy. Tym bardziej że w odróżnieniu od króla mój „pociąg” interesuje Lena w ostatniej kolejności.

– Jesteś tego taka pewna? – zapytał mistrz sarkastycznie i natychmiast wylał na moją głowę swój słuszny gniew: – Co za brednie! Każdej innej babie można nie dać jeść, tylko żeby miała okazję pokazać się na dworze, a ta nosem kręci! No jakie ty masz w tej Dogewie perspektywy? Najważniejsze w naszej pracy to stworzyć sobie odpowiednią renomę. Jeżeli magiczka podczas rozmowy kwalifikacyjnej niedbale rzuci: „A w czasie moich praktyk na dworze...”, to pracodawca aż podskoczy z zachwytu. I razem z nim podskoczy honorarium. Teraz wyobraź sobie, że w twoim zwoju z przebiegiem pracy jako pierwsza pozycja występuje Dogewa. Dobrze będzie, jeśli skończy się kopem w tyłek, bo można i na pal trafić!

– Tylko dlaczego ja w ogóle mam szukać pracy, skoro w Dogewie czeka na mnie stała posada?

Mistrz zapatrzył się na mnie z nieudawanym zdumieniem i przerażeniem.

– Zgodziłabyś się spędzić resztę życia w wampirzej melinie?

– Lepsza ich melina niż ten pana królewski dwór! – Zagotowało się we mnie. – Plotki, intrygi, tanie sztuczki i stuprocentowo skuteczne trucizny sprzedawane bez recepty, zgodnie z najjaśniejszą wolą! Gdzie są przygody, które przejdą do legend, wierni przyjaciele, z których poznania można być dumnym, czyny, o których nie wstyd opowiedzieć dzieciom?! Już lepiej wyjdę na machaniu mieczem na trakcie!

– A pakuj ty się w przygody, ile chcesz! – wydarł się mistrz, nieoczekiwanym rzutem odzyskując kontrolę nad biurkiem. Ledwo zdążyłam odskoczyć. – Tylko skończ staż, stwórz sobie zaplecze, jakieś oparcie w życiu, żebyś z podbitym okiem miała dokąd wracać! Żeby nie zostać zupełnie z niczym, jak pogonisz na łeb na szyję za mirażem! Popracuj jako nadworna magiczka, wyrób sobie dobre imię, zaoszczędź parę groszy, kup dom, a potem baw się w bohaterkę, ile dusza zapragnie!

Trzeba przyznać, że w jego słowach było sporo gorzkiej prawdy. Opuszczając szkołę, miałam przy sobie dyplom, wyprawkę w postaci dwudziestu kładni i konia, którego musiałam jeszcze spłacić.

– Konia bez stażu nie dostaniesz – dorzucił mistrz mściwie, dokładnie przewidując tok moich myśli. – Kupiony za uczelniane pieniądze. Lewituj sobie na miotle jak ostatnia wiedźma!

– Ale to mój koń! – zaprotestowałam. Nową kobyłę dostałam rok temu w miejsce Stokrotki, która zaginęła gdzieś na mokradłach. Myszata Wiewiórka nie miała żadnych szczególnych zalet, ale była lepsza niż nic.

– Koń jest własnością szkoły i dostałaś go do tymczasowego, zauważ, tymczasowego użytku! Zastanów się, co takiego złego jest w dworskim życiu? Szacunek, niewymagająca praca, wysoka płaca, trzypokojowe apartamenty w pobliżu królewskiej sypialni. Skończysz staż za jakieś dwa lata, wykupisz tę swoją Wiewiórkę, a na razie możesz...

– Dwa lata sypiania w pobliżu króla?! A co, jeśli on nabierze zwyczaju pukania nocą do moich drzwi?

– Nie otwieraj – doradził mistrz całkiem poważnie. – Popuka sobie, popuka i pójdzie precz.

– Pójdzie, już to widzę! Chyba tylko po strażników i taran!

Powód do oburzenia jak najbardziej miałam. Trzecim problemem Belorii, po tradycyjnych durniach i drogach, był król Naum, który objął tron jakieś siedem lat temu i od tego czasu zdołał zjednać sobie wyjątkową wręcz niechęć całego narodu belorskiego. Szczęśliwie dla Nauma naród mu się trafił cierpliwy i pobłażliwy, traktujący wszystkie fanaberie monarchy jak zło konieczne. W każdym innym królestwie władca już dawno zostałby otruty, a w najlepszym razie z hukiem wyleciał z pałacu. Natychmiast po zajęciu tronu Naum rozpoczął swoją karierę zawodową od ataku na sąsiednie państwo – Winessę. Tam ucieszono się z obecności jego osoby jeszcze mniej niż u nas i zgotowano mu zbrojne powitanie. Król zapłacił okup w postaci solidnego kawałka granicznych terytoriów, zasmęcił się i podniósł podatki, żeby zrekompensować sobie utratę dochodów z kopalni miedzi (które Winessa otrzymała razem z ziemiami). Zwykli ludzie, którym w sumie było wszystko jedno, na kogo harują, porównali minimum życiowe Belorii i Winessy. Jako że ta ostatnia wypadła znacznie lepiej, zebrali swój nędzny dobytek i zaczęli stopniowo emigrować. W końcu miejsca w ich nowej ojczyźnie było teraz pod dostatkiem.

Król szybko obniżył podatki, jednak to tylko zaszkodziło – nie mając pojęcia, czego oczekiwać po nieprzewidywalnym monarsze, i zwyczajowo spodziewając się najgorszego, chłopi poczęli uciekać do Winessy całymi tłumami. Gospodarka zachwiała się w posadach, ale szczęśliwie dla Nauma Starmin zalały fale uciekinierów z Atrii, niewielkiego królestwa na północy, na którego tronie zasiadał nie mniej durny władca. Nie zdążyli zadomowić się w nowym miejscu, kiedy Naum, który w tym czasie odzyskał pewność siebie, ponownie podniósł podatki, co spowodowało, że nowo przybyli bez chwili wahania poszli w ślady rodowitych Belorczyków. Dodatkowo władca zarządził reformę monetarną (dzięki której wartość belorskiego kładnia spadła dwukrotnie), wymyślił prawo dotyczące kościelnych ziem (z błogosławieństwa arcypatrona, głównego belorskiego kapłana, Naum obłożony został ogólną anatemą, którą po trzykroć ogłaszano codziennie we wszystkich świątyniach), wprowadził i prawie natychmiast zniósł prawo pierwszej nocy (z powodu katastroficznego wzrostu zachorowań na choroby weneryczne), wymyślił dodatkowy podatek od koni (skutkiem czego biedne stworzenia masowo padły ofiarą tajemniczej epidemii) oraz popełnił mnóstwo innych, wcale nie mniej sławetnych czynów, które wpędziły wszystkich myślących ludzi Starminu w głęboki smutek.

W barwnych słowach uczciwie wyłożyłam mistrzowi swoje zdanie o pracodawcy i natychmiast miałam okazję poczuć na sobie wszystkie uroki blokady psychosomatycznej. Nie mogłam poruszyć nawet palcem, a mistrz biegał po gabinecie, ze wzburzenia powiewając brodą, i wznosił ręce do sufitu, jak gdyby przywoływał Wyższy Rozum do podziwiania mojej głupoty – że niby magiczka nie ma prawa marzyć o niczym innym, tylko o mieszkaniu w pałacu i spełnianiu królewskich zachcianek.

– Gdy dożyjesz moich lat, zrozumiesz, że chciałem dla ciebie tylko dobrze!

– A jeśli nie dożyję? – Deaktywacja zaklęcia zajęła mi ledwie kilka chwil, czego mistrz zupełnie się nie spodziewał. Zamilkł w pół słowa i z wyrazem zaskoczenia na twarzy odwrócił się w moim kierunku.

– Tak szybko poradziłaś sobie z neutralizacją?!

Skinęłam, zawstydzona.

– Ale to... doskonale!

Patrzyłam na niego chmurnie, zupełnie nie podzielając tych zachwytów. Szlag by trafił ten cały dyplom z wyróżnieniem! Gdybym była zwykłą trójkową studentką, to już podążałabym traktem do Dogewy, a całe grono pedagogiczne roniłoby łzy szczęścia: dzięki bogom, że się jej w końcu pozbyliśmy! Ale nie, nasz kochany monarcha musi mieć towar pierwszej klasy!

– Całe dwa lata! – Nie mogłam się uspokoić. – Najlepsze lata życia królowi na zatracenie!

– Właśnie dlatego najlepsze, że z wiktem i opierunkiem – zapewnił mnie arcymag z fałszywym optymizmem. – Nie będzie stażu, to nie będzie adnotacji w dyplomie. A bez niej nie będziesz oficjalnie uważana za magiczkę. Z adnotacją z Dogewy tym bardziej.

– Czy nie można jakoś skrócić tego okresu? Przynajmniej do roku?

– Za późno. Szkoła, reprezentowana przez moją osobę, już zawarła z królem kontrakt, który nie może zostać przez ciebie zerwany.

– A przez szkołę?

W odpowiedzi podał mi kwotę rekompensaty. Gwizdnęłam z szacunkiem. Mało prawdopodobne, żeby udało mi się zebrać taki majątek nawet w ciągu pięciu lat tego typu pracy. Tym bardziej że o ile słyszałam, uczciwa robota była w pałacu wyjątkowo marnie opłacana, a nie miałam najmniejszych chęci brać łapówek w zamian za przymykanie oka na to i owo.

– I kiedy zaczynam tę, za przeproszeniem, pracę?

– Od jutra.

– Co?! – zakrzyknęłam z jeszcze większą rozpaczą. – A bal absolwentów?!

– Przecież bal jest dziś wieczorem. – Mistrz ściągnął brwi w wyrazie niezrozumienia.

– Dokładnie! A jutro będzie poranek absolwenta!

Stary mag z dezaprobatą pokręcił głową.

– Co jest dla ciebie ważniejsze: balanga czy pierwsza prawdziwa praca?

– Ja na tę balangę czekałam dziesięć lat! Może tylko z tego powodu do tej całej szkoły przyszłam?!

– Wiesz co, głupie dziecko, uciekaj stąd, bo jeszcze zamienię cię z powrotem w pierwszoklasistkę albo i w coś gorszego – nakazał mistrz ze zmęczeniem. – Trzeba było wcześniej myśleć. Opuszczać wykłady, dostawać dwójki. A teraz bądź tak miła i zachowuj się jak na dyplomowanego specjalistę przystało.

Ze złością odwróciłam się na pięcie i prawie biegiem ruszyłam do wyjścia. Jeszcze nie wiadomo, kto kogo by zmienił! Ech, pośpieszyłam się ze zdjęciem tej blokady, stałby sobie teraz mistrz w muzeum, w towarzystwie preparatów, pokrywał się kurzem, pierwszorocznych by do niego prowadzali na wycieczki...

– A, przy okazji...

Zatrzymałam się w drzwiach, zbyt wściekła, by się obejrzeć.

– Jeśli chodzi o egzamin, postawiłem ci piątkę. Gratulacje. Ostatnie, czego się mogłem spodziewać przy twoim braku szacunku dla łatwych metod i oczywistych rozwiązań! – Mistrz prychnął z aprobatą. – Byłem pewien, że nie użyjesz Mirtona. Nawet sobie „lustra” nie przygotowałem. Jak się okazało, niesłusznie.

I zanim miałam okazję przemyśleć sobie to stwierdzenie, drzwi zamknęły się, klepiąc mnie w tyłek.

* * *

Mój dobry nastrój był nie do odratowania. Nie cieszyło mnie ani jedzenie na balu, ani po raz pierwszy dozwolony alkohol, ani nowa srebrzysto-niebieska jedwabna sukienka, uszyta przez dogewskie krawcowe. Była pożegnalnym prezentem od Lena i wpędziła w dziką zazdrość połowę absolwentek (po raz kolejny udowadniając przy okazji, że złość piękności szkodzi). Natchniona, traktująca o prawdach wyższych przemowa mistrza, w której rozpisane zostały uroki czekającej nas zawodowej drogi, nie wywołała we mnie oczekiwanego entuzjazmu. Powstrzymałam się przed oklaskami – jako że sufit auli i tak groził zawaleniem – i po cichu wyśliznęłam się na zewnątrz. Ściągnęłam ze stóp straszliwie niewygodne pantofle i przespacerowałam się na bosaka po ciepłej ziemi. Chwilę stałam przy ogrodzeniu, podziwiając gwiazdy i uciekającą w nieznane drogę, która w świetle księżyca lekko lśniła.

– Sssmutno ci, malutka? – Usłyszałam za plecami pełne współczucia syknięcie.

Nade mną zawisła czarna góra z połyskującymi wężowymi oczyma. Smok poruszył koniuszkiem ogona, podcinając mi kolana. Ze śmiechem opadłam na śliskie łuski i złapałam się przechylonego na bok grzebienia.

– Smutno?! Ja tu wrę ze słusznego gniewu! Uważaj, żeby ci się ogon nie stopił!

Odporny na wysoką temperaturę gad tylko prychnął, zniżając swój łeb na wysokość mojej głowy. Wyciągnęłam rękę i podrapałam miękki skomplikowany wzorek ze srebrnych łusek na jego brodzie. Lewark z zadowoleniem zmrużył oczy.

– Daj ssspokój, malutka, wssszyssstko będzie dobrze... Co to sssą dwa lata? Drobiazg, ssszczególnie dla magów i wampirów. Wrócisssz do tej ssswojej Dogewy, ona na ciebie poczeka...

– Gdyby to wszystko było takie proste! – westchnęłam, bez najmniejszego skrępowania używając smoczego ogona w charakterze kozetki. – Wtedy w Dogewie coś we mnie pękło, Lewarku. W zimie siedzi sobie człowiek w pokoju i myśli, że tutaj to przy kominku miło i że przytulnie się powylegiwać pod kołdrą, pogadać z przyjaciółkami, pospacerować po targu, kupić coś smacznego... A latem to ma się ochotę uciec z domu gdzie nogi poniosą: przejechać parędziesiąt wiorst pustą drogą, posiedzieć na brzegu jeziora, posłuchać szumu fal, zdrzemnąć się na leśnej polanie... I zupełnie obojętne mi są reputacja, przyszłość czy wątpliwe korzyści w postaci pałaców. Ja chcę po prostu iść do przodu. I wszystko mi jedno dokąd. Wszystko jedno po co. Byle do przodu. Wrócić do Dogewy? Ależ jak najbardziej! Tylko że ja chcę tam wracać. Wracać i ponownie odchodzić. Zresztą, tak naprawdę nie wiem do końca, czego chcę. I pewnie to właśnie mnie tak bardzo martwi...

– A wiesssz – spokojnie syknął smok, nie otwierając oczu – że sssama to wssszystko śśświetnie wyjaśśśniłaśśś? Tylko póki co nie potrafisssz sssię z tym pogodzić.

– Z czym? – spytałam ostrożnie.

Lewark uśmiechnął się i w mroku zalśniły dwie rozjarzone czerwienią szczeliny.

– Masz piękne oczy. Zbyt piękne... Nie martw sssię, malutka, wssszyssstko będzie dobrze. Będzie z ciebie dossskonały mag praktyk...

– Już ja widzę te moje praktyki... – mruknęłam ze złością. – Przez te dwa lata stracę resztę odruchów, strzygi nie dam rady odróżnić od zombi, komu ja będę potem potrzebna?! Chyba nawet najmarniejsza wiedźma by pogardziła taką „prestiżową” robotą... Wiedźma... Wiedźma!!! Lewark, damy radę!

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydawnictwo Papierowy Księżyc

skr. poczt. 220, 76-215 Słupsk 12

tel. 59 727-34-20, fax. 59 727-34-21

e-mail: wydawnictwo@papierowyksiezyc.pl

www.papierowyksiezyc.pl